1
Magazyn płonął całą noc. Dym ciągnął się
ciemną chmurą po szarym niebie, a jego zapach napełniał wiosenne
powietrze przedwczesnym smakiem jesieni.
Ludzie wychodzący razem z Kate ze stacji metra odwracali głowy w stronę
czarnej kolumny. Dym górował nad dachami budynków, ale chwilę później
biurowce całkiem go przesłoniły.
Kate ledwo go zauważyła. Ból głowy zaczynał wspinać się po jej czaszce.
Właśnie rozgryzała aspirynę, krzywiąc się od goryczy, kiedy skręciła za
róg i zobaczyła pożar prosto przed sobą.
Zatrzymała się, przestraszona jego bliskością, ale gdy tylko się
okazało, że ulica nie jest zamknięta, ruszyła dalej. Z każdym krokiem
coraz lepiej słyszała trzask buchających płomieni. Dookoła magazynu
panował chaos mundurów, żółtych kasków, białych samochodów policyjnych i czerwonych wozów strażackich. Ich węże leżały na jezdni i pluły w dym
strumieniami wody. Płomienie zdawały się nic sobie z nich nie robić i wystrzeliwały w górę w bezładnych eksplozjach koloru.
Gorący podmuch uderzył Kate w twarz i pokrył ją popiołem. Odwróciła
piekące oczy i ze zdziwieniem stwierdziła, że stanęła w miejscu. Zła na
siebie, że bezmyślnie się gapi, znów ruszyła i ominęła tłum, który
zebrał się za policyjnym kordonem.
Kiedy dotarła do georgiańskiego szeregowca kilka przecznic dalej, nie
pamiętała już o płonącym magazynie. Większość domów składających się na
ten kompleks była w ruinie, ale jeden rzucał się w oczy dzięki świeżej
farbie i złotym literom w oknie na parterze, ułożonym w napis: "Powell
PR i Marketing".
Kate weszła do środka. Niewielki gabinet zajmowały trzy biurka ustawione
przodem do siebie. Za jednym z nich stał ostrzyżony na łyso, wysoki
mężczyzna o afrokaraibskiej urodzie i nalewał wodę do ekspresu do kawy.
Szeroko się uśmiechnął.
-?Czołem, Kate.
-?Cześć, Clive.
Ekspres zasyczał i zabulgotał. Clive wlał resztkę wody i odstawił
dzbanek.
-?Wielki dzień.
W jego głosie pobrzmiewały delikatne naleciałości z okolic Newcastle.
Kate podeszła do jednego z dużych regałów na dokumenty i wysunęła
szufladę.
-?Nawet mi nie przypominaj.
-?Denerwujesz się?
-?Powiedzmy, że chciałabym już poznać wynik, jakikolwiek będzie.
Syczący ekspres nagle ucichł. Clive nalał kawę do dwóch kubków i podał
jeden Kate. Zatrudnił się u niej zaraz po tym, jak założyła swoją
agencję, i jeśli kogokolwiek miałaby mianować wspólnikiem, to tylko
jego.
-?Widziałaś pożar?
-?Mmm. -?Kate przeglądała teczki.
-?Podobno wybuchł jeszcze w nocy. Straszne z tym dzieckiem, co?
Spojrzała na niego.
-?Jakim dzieckiem?
-?Jacyś ludzie mieszkali tam na dziko, jedna para miała niemowlaka.
Uciekli wszyscy, ale mały został w środku. W wiadomościach mówili, że
jego matka się poparzyła, próbując go uratować. Dwumiesięczne dziecko.
Kate odstawiła kubek z kawą. Ciągle czuła na sobie zapach dymu.
Spojrzała na swoje ubranie i zobaczyła malutkie płatki popiołu.
Przypomniała sobie ich delikatny dotyk na twarzy i łaskotanie w krtani,
kiedy mimowolnie je wdychała. Znów poczuła tamten ostry smak.
Wsunęła szufladę, nie wyciągając żadnej teczki.
-?Będę na górze.
Swój gabinet miała na pierwszym piętrze. Zamknęła za sobą drzwi i strząsnęła popiół ze spódnicy i żakietu. Wiedziała, że nie będzie się w nim dobrze czuła, dopóki nie zaniesie go do pralni. Zawiesiła żakiet za
drzwiami i podeszła do okna. W szybie pokazało się jej słabe odbicie.
Dym pożaru zabarwiał niebo na szaro i na jego tle jej ciemne włosy były
niewidoczne. Widziała tylko swoją twarz, wiszący w powietrzu blady owal.
Odwróciła się i podeszła do biurka. Z dołu dobiegały ją głosy kolejnych
osób stawiających się do pracy. Biuro było za ciasne dla Clive'a i dwóch
dziewczyn, ale sąsiednie pomieszczenie wymagało kosztownego remontu.
Kate westchnęła i włączyła komputer. Czekając, aż się uruchomi, szybko
sprawdziła firmowe konta na Facebooku i Twitterze, żeby zobaczyć, ile
miały wejść przez noc. Odpowiedź była przygnębiająca, ale przynajmniej
recenzja nowej restauracji, którą zamieścili na blogu minionego dnia,
dostała pięć nowych polubień. Lepsze to niż nic, pomyślała. Ktoś zapukał
do jej drzwi.
-?Tak?
Do gabinetu weszła dziewczyna z bukietem czerwonych róż owiniętych w celofan. Podała je Kate z pytającym wyrazem na twarzy.
-?Właśnie przyszły.
Między łodygi wetknięta była mała koperta. Kate ją otworzyła i wyjęła z niej białą kartkę, na której widniało czyjeś odręczne, pochylone do
przodu pismo. Przeczytała wiadomość i włożyła kartkę z powrotem do
koperty. Podała kwiaty dziewczynie.
-?Dzięki, Caroline. Wyjdź z nimi na ulicę i daj pierwszej starszej pani,
jaką zobaczysz, okej?
-?Co mam jej powiedzieć? -?zapytała, zdziwiona.
-?Cokolwiek. Po prostu, że to prezent od nas. -?Kate nerwowo się
uśmiechnęła. -?Pamiętaj: im starsza, tym lepiej.
Uśmiech zniknął z jej twarzy, gdy tylko Caroline zamknęła za sobą drzwi.
Jeszcze raz przeczytała liścik. "Z góry współczuję, Paul".
Kate podarła kartkę na strzępy i wyrzuciła do kosza. Musiała użyć całej
siły woli, żeby rozluźnić napięte mięśnie.
Zabrała się do przeglądania e-maili, ale po chwili rozproszył ją dźwięk
stacjonarnego telefonu. Podniosła słuchawkę.
-?Tak?
-?Mam na linii Paula Sutherlanda z CNB Marketing -?powiedział Clive. -
Mam mu powiedzieć, że jesteś zajęta?
Na chwilę się zawahała.
-?Nie, połącz go.
W słuchawce kilka razy kliknęło. Kate zamknęła oczy.
Sekundę później usłyszała znajomy głos.
-?Cześć, Kate. Pomyślałem, że zadzwonię i spytam, czy kwiaty dotarły.
-?Owszem, chociaż trochę przedwcześnie. -?Cieszyła się, że głos jej nie
drży.
-?Błagam, chyba nie sądzisz, że naprawdę macie szanse?
-?Poczekamy, zobaczymy.
Usłyszała westchnięcie.
-?Kate, Kate, Kate. Przecież wiesz, co będzie. Zaszliście daleko,
przyznam. Ale nie oszukuj się.
-?To wszystko? Bo jeśli tak, to mam sporo pracy.
W odpowiedzi usłyszała chichot.
-?Oj, nie bądź taka. Chyba mogę ci czasem doradzić, co? Jako stary
kumpel.
Kate zacisnęła zęby.
-?Kate? Jesteś tam?
-?Nic się nie zmieniłeś. Zawsze byłeś dupkiem.
Od razu pożałowała swoich słów. Znowu usłyszała śmiech. Paul był z siebie wyraźnie zadowolony.
-?Nie mów, że ci się to nie podobało. Ale okej, widzę, że tracę czas,
próbując ci przemówić do rozumu. Mała Kate musi robić wszystko po
swojemu, nawet jak dostaje przez to po głowie. Rozczarujesz się, ale
postaraj się tym zbytnio nie przejąć.
Rozłączył się. Kate uderzyła słuchawką w aparat.
Sukinsyn.
Cała się trzęsła, wzbierały w niej dawne uczucia. Zdała sobie sprawę, że
zaciska dłonie w pięści. Rozluźniając je, wzięła pierwszy głęboki wdech,
potem drugi. W końcu jej oddech się uspokoił.
Przestała też dygotać, ale za to znów dał o sobie znać ból głowy. Kate
żałowała, że rano upięła włosy w tak ciasny kucyk. Delikatnie pomasowała
skronie. Warto było się w to pakować?
Kiedy sześć tygodni wcześniej na jej biurku wylądowało zaproszenie do
przetargu na reprezentowanie funduszu Parker Trust, przystępowała do
konkursu bez większych nadziei na sukces. Firma specjalizowała się w dyskretnym inwestowaniu pieniędzy zamożnych klientów, wpłacając
dostatecznie dużo na "Szczytne Cele" (w briefie przetargowym te słowa
wydrukowali dużymi literami), by zapewnić sobie status organizacji
charytatywnej. Kate dziwiła się, że w ogóle słyszeli o jej agencji, a tym bardziej że gotowi byli powierzyć jej nadzór nad długotrwałą,
kosztowną kampanią.
Tym większe było jej zaskoczenie, kiedy Powell PR trafiło do finału.
Ciągle jeszcze się z niego nie otrząsnęła, kiedy dowiedziała się, z kim
przyjdzie jej w tym finale konkurować.
Od tego momentu praca nad ofertą dla Parker Trust przesłoniła jej
wszystko inne. Clive żartował, że Kate powinna postawić łóżko w swoim
gabinecie i w ten sposób oszczędzić czas, który zabierały jej powroty do
domu. Jesteś szczęśliwa, tylko jak pracujesz, mawiał, na co ona się
uśmiechała, ale pod tym uśmiechem czaił się paniczny strach. Szczęśliwa?
Tego wieczora ćwiczyła na siłowni, aż każdy mięsień ją palił. Chciała
się pozbyć niepokoju jak zbędnych kalorii.
A teraz zostało już tylko parę godzin czekania. Redwood, prezes zarządu
funduszu, uprzedził Kate, że ostateczna decyzja zostanie podana do
wiadomości przed południem. Zwycięstwo oznaczałoby finansowe
bezpieczeństwo, może nawet większą siedzibę. Agencja zyskałaby renomę i dostęp do klientów z wyższej półki.
Kate nie chciała nawet myśleć o tym, czym byłoby dla niej przegranie
przetargu.
Zdała sobie sprawę, że bezmyślnie naciska guzik długopisu. Odłożyła go w końcu i znów zajrzała do skrzynki pocztowej. Wkrótce pochłonęła ją
praca, choć od czasu do czasu Kate nadal spoglądała na wiszący na
ścianie zegar.
Poranek się przedłużał. Na każdy dźwięk telefonu Kate tężała, ale nie
dzwonił nikt z Parker Trust. Za cztery dwunasta nawet już nie udawała,
że pracuje. Siedziała w ciszy swojego gabinetu, patrząc na zegar i czekając na wiadomość. Długa wskazówka pełzła po cyferblacie i leniwie
zbliżała się do dwunastej. Wreszcie wszystkie trzy wskazówki ustawiły
się w jednej, pionowej linii, a po chwili sekundnik rozpoczął kolejny
minutowy marsz.
Kate poczuła, jak uchodzi z niej całe napięcie, a pustkę po nim zapełnia
głęboki zawód. Ludzie z Parker Trust byli zawsze do bólu punktualni.
Gdyby wygrała przetarg, już by wiedziała. Siedziała bez ruchu, a świadomość porażki powoli w nią wsiąkała. Nie była już ewentualnością,
ale faktem, z którym trzeba się było zmierzyć. Nagle Kate się
otrząsnęła. To tylko przetarg. Nie wygrałaś, trudno. Będą następne.
Wyprostowała się i wróciła do czytania e-maili.
Zadzwonił telefon.
Kate się wzdrygnęła. Po kolejnym dzwonku podniosła słuchawkę.
-?Tak?
-?Pan Redwood z Parker Trust -?powiedziała Caroline.
Mimo że wiedziała, co usłyszy, Kate poczuła, że serce zabiło jej
mocniej. Odchrząknęła.
-?Połącz go.
Po dłuższej niż zwykle serii głuchych kliknięć w słuchawce odezwał się
męski głos.
-?Panna Powell?
-?Miło pana słyszeć -?odparła z ledwie zauważalną nutą sarkazmu.
-?Przepraszam za opóźnienie. Zdaję sobie sprawę, że czekała pani na mój
telefon.
Głos doskonale do niego pasował. Redwood był Szkotem, szczupłym,
cierpkim i drętwym. Clive uważał go za robota i Kate przyznawała mu
rację.
-?Tak -?powiedziała.
-?Proszę mi wybaczyć -?odparł tonem niewyrażającym ani trochę skruchy. -
Mamy w zwyczaju najpierw informować stronę przegraną -?ciągnął -?żeby
niejako skrócić jej cierpienie. I trwało to trochę dłużej, niż
sądziliśmy.
Chwilę zajęło Kate zrozumienie sensu jego słów. W końcu wyjąkała:
-?Nie rozumiem. Rozmawialiście państwo z CNB?
Redwood niecierpliwie westchnął.
-?Może zacznę od początku. Jest mi niezmiernie miło poinformować panią,
że jej firma wygrała przetarg. Zarząd postanowił zlecić pani agencji
prowadzenie naszej kampanii.
Kate miała wrażenie, jakby opuszczała własne ciało. Za oknem wyła
syrena.
-?Panno Powell? Wszystko w porządku?
-?Tak, tak! Bardzo się cieszę. Dziękuję.
-?Jeszcze raz przepraszam za spóźnioną wiadomość. -?W jego głosie
zabrzmiała nuta gniewu. -?Obawiam się, że w CNB nasza decyzja nie
spotkała się z aprobatą. Osoba, z którą się kontaktowaliśmy, była nad
wyraz... nieustępliwa. -?Redwood w ostatniej chwili ugryzł się w język. -
W każdym razie gratuluję. Cieszę się bardzo na naszą współpracę.
Kate coś odpowiedziała, ale sama nie była pewna co. Umówili się na
spotkanie przed końcem tygodnia i Redwood się rozłączył. Ona wsłuchiwała
się jeszcze przez chwilę w sygnał w słuchawce, zanim ją odłożyła. Na
dole mruczała rytmicznie drukarka, ktoś się śmiał. Kate wyjrzała przez
okno. Z początku myślała, że czarna plama na niebie to deszczowa chmura,
ale w końcu sobie przypomniała.
Wreszcie zeszła na dół, żeby powiedzieć reszcie o wygranej.
Autobus zatrzymał się niedaleko jej mieszkania w Fulham. Wysiadając,
Kate zdała sobie sprawę, że teraz mogła już sobie pozwolić na wzięcie
taksówki od stacji metra. Z nawykami ciężko walczyć. W azjatyckim
supermarkecie kupiła mleko i paczkę ryżu. Po chwili wahania dorzuciła
jeszcze do koszyka butelkę białego wina.
Na ulicy owiało ją zimne powietrze, jakby dla przypomnienia, że wiosna
na razie dotarła tylko do kalendarza. Zaczęło trochę padać, więc Kate
przyśpieszyła kroku, żeby zdążyć przed większą ulewą. O mały włos nie
nadepnęłaby na dziecięcą rękawiczkę leżącą na krawędzi kałuży i świecącą
jaskrawą czerwienią na tle brudnego chodnika. Musiała niedawno komuś
upaść, bo ciągle była czysta.
Kate ją podniosła i rozejrzała się za matką z wózkiem, a nie widząc
nikogo w pobliżu, poszukała widocznego miejsca, gdzie mogłaby położyć
zgubę. Nie znalazła nic lepszego od zabłoconego chodnika, ale nie
chciała zostawiać rękawiczki na ziemi. Była nie większa od jej dłoni.
Patrząc na nią, nagle przypomniała sobie o płonącym magazynie. Poczuła,
jak zaciska się jej krtań. Bez zastanowienia włożyła rękawiczkę do
kieszeni i poszła dalej.
Tymczasem przestało padać. Żelazna brama przed wiktoriańskim szeregowcem
była otwarta, jak zwykle odkąd odpadły zawiasy. Poprzedni lokator
położył płyty chodnikowe w malutkim ogródku, ale zostawił na środku
trochę miejsca na krzewy róży. Przydałoby się je przyciąć, pomyślała
Kate, po czym weszła na niewielką werandę i otworzyła drzwi.
Na podłodze w przedpokoju leżała sterta kopert. Kate je podniosła i wybrała te, które były zaadresowane do niej. Tylko dwie -?jakiś rachunek
i wyciąg z konta bankowego. Listy z ulotkami reklamowymi podzieliła na
pół i część odłożyła na wycieraczkę sąsiadki z parteru. Właśnie
prostowała plecy, kiedy staruszka otworzyła drzwi.
-?Tak mi się zdawało, że kogoś słyszę.
Kate zmusiła się do uśmiechu.
-?Dzień dobry, pani Willoughby. Jak się pani miewa?
Ze zgrozą zobaczyła, że sąsiadka wychodzi za próg mieszkania, opierając
się ciężko o laskę. Jej ciemnozielona sukienka była idealnie
wyprasowana, jak zawsze, a niebiesko-szara peruka przypominała bardziej
czapkę niż włosy.
-?Bardzo dobrze, dziękuję. -?Spojrzała na swoją wycieraczkę. -?To do
mnie?
Kate podniosła koperty z ziemi i podała je kobiecie.
-?Obawiam się, że nic ciekawego.
Pani Willoughby nigdy nie dostawała listów, ale zawsze wychodziła na
klatkę, żeby przywitać swoją młodszą sąsiadkę. Kate wiedziała, że poczta
była tylko wymówką, i na ogół chętnie zamieniała ze staruszką kilka
zdań. Ale tego wieczora nie miała ochoty na rozmowę.
Pani Willoughby przeglądała ulotki i kupony zniżkowe i Kate na chwilę
uwierzyła, że uda jej się uciec. Zaczęła iść w stronę swoich drzwi, ale
sąsiadka podniosła głowę.
-?Nie, żadnego listu. Jednak nigdy nie wiadomo, prawda?
Kate się uśmiechnęła, a pani Willoughby oparła się o laskę obiema
rękami, co oznaczało, że szykuje się na dłuższą rozmowę. Zanim jednak
znowu otworzyła usta, jej uwagę odwróciło jakieś szare stworzenie
przechodzące przez otwór w drzwiach wyjściowych.
Kocur zamiauczał i zaczął się ocierać o nogę Kate, a po chwili ruszył w kierunku otwartego mieszkania sąsiadki.
-?O nie! -?zawołała Kate i chwyciła go wpół. Kot jęknął z niezadowoleniem. -?Lepiej już go zabiorę. Jak wbiegnie do pani, to do
wieczora go nie złapiemy.
Pani Willoughby nawet na chwilę nie przestała się uśmiechać.
-?No tak, rozumiem. Nie chcę pani zatrzymywać. Pewnie obydwoje jesteście
głodni.
Pożegnała się i weszła do środka, a Kate podeszła do swoich drzwi. W nich też był otwór dla kota, ale Dougal nie miał zamiaru z niego
korzystać, skoro jego pani była na miejscu i za chwilę miała mu
otworzyć. Zamknęła je za sobą i dopiero wtedy wypuściła go z rąk.
Czmychnął po schodach do kuchni na piętrze. Kate poszła za nim wolnym
krokiem. Było jej trochę głupio, że zbyła staruszkę. Zdjęła żakiet,
krzywiąc się od niewywietrzonego wciąż zapachu dymu. Zawiesiła go na
wieszaku, żeby nazajutrz zabrać do pralni, i na widok zgrubiałej
kieszeni przypomniała sobie o rękawiczce.
Zaniepokoił ją ten irracjonalny odruch, żeby ją zabrać. Zdecydowanym
ruchem wyjęła rękawiczkę z kieszeni z zamiarem wyrzucenia jej do śmieci.
W kuchni otworzyła pokrywę kosza, uwalniając słodkawy zapach psującej
się żywności. Przez chwilę trzymała rękawiczkę nad skorupkami jajek i skórkami obranych warzyw, ale nie była w stanie wykonać decydującego
ruchu. Zamknęła kosz i poszła do sypialni. Otworzyła szufladę i wrzuciła
rękawiczkę za stertę ręczników.
Wróciła do przedpokoju i z ulgą rozpuściła włosy. W telefonie mrugała
lampka, ale okazało się, że osoba, która dzwoniła, rozłączyła się bez
nagrywania wiadomości.
Kate przeszła boso do salonu. Jak w całym mieszkaniu tu też ściany były
pomalowane na biało. Lubiła proste kolory, a poza tym do domu nie
wpadało naturalne światło. Nawet kiedy na dworze było jasno, w środku
panował półmrok.
Kate włączyła lampkę stołową. Meble w dużym pokoju były oszczędne i nowoczesne, z wyjątkiem sosnowej skrzyni, która służyła za stolik do
kanapy. Na ścianie wisiał abstrakcyjny obraz, który kupiła na wystawie,
jedyny barwny element wystroju. Mieszkanie było bardziej przytulne zimą,
kiedy w długie wieczory zaciągała zasłony i wypełniała rogi pokoju
sztucznym światłem. Teraz, chociaż było dość ciemno, włączona lampa
jakoś jej nie pasowała.
Zgasiła ją i włączyła telewizor. Bezmyślnie przełączała kanały i nic jej
nie interesowało, ale ekran rozjaśniał nieco pokój, a dźwięki z głośnika
zmniejszały wrażenie pustki.
Kate usłyszała miauknięcie i poczuła, że Dougal ociera się o jej nogę i szturcha głową o kostki.
-?Głodny?
Wzięła go na ręce. Był duży i miał blisko osadzone oczy, które dawały mu
niezbyt wyrafinowany wyraz nieustającego zdziwienia. Dostała go w zestawie z mieszkaniem. Agentka nie wspomniała o kocie, kiedy Kate
podpisywała umowę kupna. Ludzie, którzy mieszkali tu przed nią, nie
zabrali swojego kota ze sobą. Kate nie chciała kota, ale Dougal był albo
zbyt tępy, albo zbyt uparty, żeby to zaakceptować.
Wyrwał się z jej uścisku i zeskoczył na podłogę, głośno miaucząc.
-?No dobrze, rozumiem. Pora kolacji.
Kate poszła do kuchni i wyjęła z szafki puszkę kociej karmy. Kot
wskoczył na blat i próbował dobrać się do mięsa, jeszcze zanim je
wygrzebała widelcem do miski. Zepchnęła go na dół.
-?Poczekaj, głodomorze.
Postawiła jego miskę na ziemi i patrzyła, jak Dougal pożera jedzenie.
Pomyślała, że sama powinna coś zjeść. Otworzyła lodówkę, zajrzała do
środka i znów ją zamknęła. Z salonu dobiegł sztuczny śmiech. Wróciła tam
i zobaczyła, że leci teleturniej. Wyłączyła telewizor. Śmiech gwałtownie
ucichł.
Pokój wypełniła cisza, zdawał się teraz jeszcze ciemniejszy, ale nie
chciało jej się wstawać, żeby włączyć lampę. W kuchni kot szurał miską o kafelki.
Co się ze mną dzieje?
Wygranie przetargu dla Parker Trust było jej największym sukcesem
zawodowym. Powinna być w euforii, a tymczasem czuła tylko pustkę. Żadnej
satysfakcji, żadnego spełnienia. W sumie nic się nie zmieniło.
Rozejrzała się po ciemniejącym salonie. Czy to wszystko? Nic więcej
mnie w życiu nie czeka?
Usłyszała klapkę w drzwiach. Dougal napełnił żołądek i znowu wyszedł na
dwór. Kate została sama. Mrok i cisza wokół niej nagle stały się
uciążliwe. Włączyła światło i uruchomiła wieżę, nie dbając o to, jaka
płyta jest w odtwarzaczu.
Pokój wypełnił głos Toma Jonesa śpiewającego It's Not Unusual. Kate
wyszła do przedpokoju i podniosła słuchawkę telefonu. Nie umawiała się z nikim na wyjście, bo wiedziała, że po przegranym przetargu będzie wolała
zostać w domu, ale teraz samotny wieczór był wykluczony. Po dwóch
sygnałach w słuchawce odezwał się kobiecy głos.
-?Halo?
-?Lucy, cześć, to ja.
-?Kate, cześć! Poczekaj.
Jej przyjaciółka odłożyła słuchawkę i słychać było, jak podnosi głos.
Zneutralizowała dziecięcy sprzeciw i wróciła do telefonu.
-?Przepraszam. Mały spór o to, co oglądać w telewizji.
-?Kto jest górą?
-?Ja. Powiedziałam jej, że albo obejrzy ze mną EastEnders, albo
pójdzie do łóżka. Okazuje się, że jest wielką miłośniczką EastEnders.
Jak poszło?
-?Wygraliśmy.
-?Kate, to wspaniale! Pewnie zwariowałaś ze szczęścia.
-?Chyba jeszcze to do mnie nie dotarło.
-?Dotrze. Rozumiem, że wychodzisz na miasto świętować?
Kate przełożyła słuchawkę do drugiego ucha, żeby lepiej słyszeć Lucy niż
Toma Jonesa.
-?Niezupełnie. Słuchaj, nie chciałabyś gdzieś ze mną wyskoczyć? Ja
stawiam. O ile Jack zgodzi się poniańczyć.
-?Dzisiaj? Nie mogę. Jack późno wraca.
Kate nie dała po sobie poznać, jak bardzo jest zawiedziona.
-?Nie ma sprawy. Wiem, że późno daję znać.
-?Ale fakt, że strasznie dawno nigdzie razem nie wyszłyśmy. Mam pomysł.
Wpadnij do nas. Przynieś dwie butelki wina i przy odrobinie szczęścia
może uda nam się ubzdryngolić przed przyjściem Jacka.
To podniosło Kate na duchu.
-?Ale nie będę przeszkadzać?
-?No co ty! Najwyżej będziesz musiała położyć małe spać, jeśli wcześniej
nie zasną.
Kate uśmiechnęła się na myśl o dzieciach Lucy.
-?Z dziką rozkoszą.
Powiedziała, że przyjedzie za godzinę, i rozłączyła się w znacznie
lepszym nastroju. Znów była zajęta, miała dokąd iść. W myślach już
widziała, jak bawi się z Emily i Angusem, a potem upija trochę z Lucy i zapomina o głupich smutkach. Tom podkręcił tempo i Kate zakołysała
biodrami.
Zadzwoniła po taksówkę i nalała sobie kieliszek wina z lodówki.
-?Na zdrowie -?powiedziała do siebie.
Zabrała kieliszek do łazienki, postawiła go na krawędzi wanny i rozebrała się. Czekając, aż woda się nagrzeje, przyglądała się swojemu
odbiciu w lustrze. Jak zwykle żałowała, że nie jest wysoka i elegancka,
ale chwilowo płynęła na wysokiej fali, więc za bardzo się nie
przejmowała.
Wzięła szybki prysznic, gorącą wodą zmywając z siebie męczący dzień.
Wytarła się ręcznikiem i właśnie zaczęła się ubierać, kiedy ktoś
zadzwonił do drzwi. Taksówka przyjechała za wcześnie. Cholera. Kate
wahała się, czy ubrać się do końca, ale drugi, przeciągły dzwonek pomógł
jej podjąć decyzję. Narzuciła na siebie szlafrok i pobiegła na dół.
Przez matową szybę w drzwiach widać było męską sylwetkę. Kate
przekręciła zamek i uchyliła drzwi.
-?Jest pan za... -?zaczęła, ale szybko przerwała.
Na werandzie stał Paul i szeroko się uśmiechał.
-?Za jaki?
Na jego widok zamarła. Próbowała otrząsnąć się z szoku.
-?Co tu robisz?
-?Przyszedłem ci pogratulować.
Uniósł butelkę szampana, którą trzymał za szyjkę. Czuć było od niego
piwem i papierosami. W jego uśmiechu było coś, co Kate nie do końca
pasowało. Nie otwierała szerzej drzwi.
-?Wychodzę -?powiedziała.
Wyszczerzył się jeszcze bardziej i obejrzał ją od stóp do głów. Kate
zdławiła impuls, by zasunąć poły szlafroka.
-?Za chwilę mam taksówkę. Muszę się ubrać.
Przesunął wzrok z jej piersi na twarz.
-?Nie przejmuj się mną. Nie zobaczę niczego, czego już bym nie widział.
Kiedy tylko spróbowała zaprotestować, zrobił krok do przodu, a ona
odruchowo się cofnęła. Stworzyła mu tym samym dostatecznie dużo miejsca,
by mógł wepchnąć ramiona między drzwi a framugę. Zmusił Kate do
zrobienia jeszcze jednego kroku w tył i nagle stał w środku.
-?Paul! -?zawołała, ale on przeszedł obok niej.
-?No, Kate. Ruchy. Mówiłaś, że się śpieszysz.
Wszedł ciężkim krokiem na górę, obijając się niezdarnie o ściany. Kate
zatrzymała się w korytarzu, a on wlazł do salonu. Nie wchodź na górę,
zostaw go, nie wchodź, mówił jej wewnętrzny głos. Ale nie wiedziała, co
robić. Zamknęła drzwi wejściowe, ale te do mieszkania zostawiła otwarte,
i pobiegła za nim.
Paul leżał na kanapie z rękami rozłożonymi na oparciu. Miał czerwoną
twarz. Niewiele się zmienił od ich ostatniego spotkania. Urosły mu włosy
i wyraźnie przytył, ale w jego zachowaniu była wciąż ta sama arogancja.
-?Ładne mieszkanie -?powiedział z uśmieszkiem.
-?Skąd masz mój adres?
-?Jeśli chcesz go trzymać w tajemnicy, powinnaś się wykreślić z książki
telefonicznej. I na twoim miejscu nagrałbym nową wiadomość na
sekretarkę. Masz strasznie znudzony głos.
Kate stała w drzwiach.
-?Chcę, żebyś wyszedł.
-?Nawet mi nie zaproponujesz drinka? -?Zamachał butelką szampana. -?Nie?
-?Upuścił ją na kanapę. -?Marnie nam idzie to świętowanie.
-?Po co przyszedłeś, Paul?
Na jego twarzy zarysowała się niepewność, jakby sam nie wiedział, co nim
kierowało. Chwilę później już jej nie było.
-?Żeby cię zobaczyć. Co, już nie jestem godny twojej uwagi?
-?Nie mamy o czym rozmawiać. Zresztą powiedziałam ci, że wychodzę.
-?Dokąd?
-?Do Lucy.
Odpowiedziała odruchowo, zanim zdążyła się powstrzymać. Była na siebie
wściekła.
Paul przypomniał sobie swój nieprzyjemny uśmieszek.
-?Ciągle się spotykasz z tą głupią krową?
-?Lucy nie jest krową i tobie nic do tego, z kim się spotykam.
Nagle spoważniał.
-?Już zapomniałem, jaka jesteś zarozumiała.
Kate nic nie odpowiedziała.
-?Oj, już nie patrz na mnie takim zranionym wzrokiem -?rzucił i spojrzał
na nią z wyrzutem. -?Nic się nie zmieniłaś. Święta, nieskazitelna Kate.
-?Niespodziewanie pochylił się do przodu. -?Nie mów mi, że cię to nie
bawi. Udało ci się! Pokonałaś mnie. Możesz się nade mną poznęcać, nie
mam nic przeciwko.
-?Wolę, żebyś już poszedł.
-?Co? Tak po prostu? -?Spojrzał na nią z udawanym zaskoczeniem. -?To
przecież twoja wielka szansa. Nareszcie ten wstrętny Paul Sutherland
dostał za swoje! Na pewno nie chcesz się na mnie powyżywać?
Kate już czuła pierwsze ukłucia skruchy. Pokonanie Paula nie dało jej aż
takiego zastrzyku radości, jakiego się spodziewała, ale nie mogła
zaprzeczyć, że chęć odegrania się na nim stanowiła część jej motywacji.
Do szału doprowadzała ją potrzeba przeproszenia go za to i przyznania mu
racji.
-?Skąd to przekonanie, że jesteś dla mnie aż tak ważny?
Uśmiechnął się od ucha do ucha, bo wiedział, że udało mu się ją
sprowokować.
-?Bo cię znam. Wiem, jaka jesteś. Nic dziwnego, mieszkając z tobą,
miałem dużo czasu, żeby ci się przyglądać. -?Jego gniew zaczynał coraz
mocniej dawać o sobie znać. -?Wystarczy raz spojrzeć. Panna Doskonała.
Pewnie myślisz, że jesteś ode mnie lepsza, co?
-?W ogóle o tobie nie myślę.
-?Nie? -?Parsknął. -?Zawsze była z ciebie niewdzięczna suka. Zapomniałaś
już, że podałem ci twoją karierę na tacy.
Riposta wyszła z jej ust, zanim zdążyła pomyśleć.
-?Nie tylko to mi dałeś, o ile pamiętam.
-?Co to ma znaczyć?
Kate uciekła wzrokiem.
-?Paul, to nie ma sensu. Przykro mi, że jesteś zawiedziony, ale...
-?Zawiedziony? Niby czemu miałbym być zawiedziony? Bo jakaś dwulicowa
suka wyruchała mnie na przetargu, nad którym harowałem jak wół?
-?Na niczym cię nie wyruchałam.
-?Nie? To kogo? Cały ich zarząd czy tylko Redwooda?
Kate otworzyła drzwi.
-?Wyjdź.
Paul się zaśmiał, ale bez humoru.
-?Śmiało, Kate. Możesz mi powiedzieć. Dotykał cię tak dobrze jak ja?
-?Wynoś się!
Wstał z kanapy, zanim zdążyła wykonać ruch. Jedną ręką chwycił ją za
gardło, a drugą podparł o jej podbródek, przechylając jej głowę w tył.
-?Nie mów mi, kurwa, co mam robić!
Kate poczuła na policzkach kropelki jego śliny. Z ust ziało mu
alkoholem. Próbowała się uwolnić, ale był zbyt silny. Wykrzywił wściekle
twarz.
-?Myślisz, że jesteś taka mądra, co?
Przycisnął ją do drzwi. Klamka wbiła jej się w kręgosłup. Nagle
dostrzegła zmianę w jego oczach i od razu wiedziała, co ją czeka. Jakby
jej myśl miała moc sprawczą, dłoń Paula powędrowała w dół i odchyliła
połę szlafroka. Nie zwracając uwagi na jej sprzeciw, złapał Kate za
pierś. Mocno.
-?Paul! Nie!
Przydusił ją drugą ręką, żeby nie mogła krzyczeć. Wsunął nogę między jej
uda i jeszcze mocniej przycisnął całą do drzwi. Nie miała jak go kopnąć,
próbowała oderwać jego dłonie. Zaczęło jej błyskać przed oczami. Paul
zsunął dłoń niżej i zaczął ciągnąć za pasek od szlafroka. Chryste,
nie!
W jednej chwili przestała walczyć. Paul spojrzał na nią zdziwiony, a ona
się uśmiechnęła.
-?Sypialnia -?wycharczała.
Przez chwilę się nie ruszał i wydawało się jej, że w jego stanie nic do
niego nie dociera. Ale w końcu się rozluźnił i zrobił krok wstecz. Kiedy
tylko puścił jej gardło i zabrał nogę spomiędzy jej ud, z całej siły
kopnęła go kolanem w krocze i odepchnęła od siebie.
Zrobiła to za wcześnie. Kolano zsunęło się po jego udzie i jeszcze
zataczając się do tyłu, znowu próbował ją złapać. Kate wybiegła z pokoju
i ruszyła korytarzem, czując, że Paul jest tuż za nią. Kiedy była przy
schodach, chwycił jej szlafrok i przyciągnął do siebie. Widziała na dole
otwarte drzwi i rozpaczliwie wyszarpnęła materiał z jego rąk.
Uderzyła plecami o ścianę, a on poleciał w drugą stronę i stoczył się
niezdarnie ze schodów. Sekundę później leżał bezwładnie na podłodze
przedsionka.
Kate zbiegła za nim. Miał zamknięte oczy i usta wykrzywione w bólu.
Przeszła nad jego bezwładnym ciałem i otworzyła drzwi na ulicę. Nie
stawiał oporu, kiedy wzięła go pod pachy i zaczęła wyciągać z mieszkania. Był ciężki, ale nie miała dużo do przejścia. Dopiero kiedy
uderzył biodrami o stopnie werandy, zdał sobie sprawę, co się dzieje.
-?Eeeej -?jęknął i cały zesztywniał.
Upuściła go.
Uderzył głową o płytę chodnika, ale jego okrzyk nie zatrzymał Kate,
która biegła już z powrotem do wejścia. Zamknęła za sobą drzwi i oparła
się o nie plecami, chwytając łapczywie powietrze. Mięśnie jej rąk i barków wyły z bólu.
Przez dłuższą chwilę na zewnątrz było cicho. W końcu usłyszała jego jęki
i przekleństwa.
-?Kurwa! -?zawył. -?Co za suka!
Zrobił parę kroków w kierunku werandy.
-?Jak wejdę na górę, a ty nadal tu będziesz, dzwonię na policję! -
zawołała.
Owinęła się mocniej szlafrokiem i wbiegła na piętro.
Trzymając się blisko ścian, podeszła do okna i wyjrzała na ulicę. Paul
stał przed furtką, pocierał dłonią tył głowy i gapił się na drzwi
wejściowe. Potem podniósł wzrok. Kate cofnęła się gwałtownie, ale nie
wyglądało na to, żeby ją zobaczył. W końcu się odwrócił i poszedł.
Kate go obserwowała, aż zniknął jej z oczu. Wtedy zeszło z niej
napięcie. Nogi się pod nią ugięły i ledwo zdołała dojść do najbliższego
krzesła. Cała się trzęsła.
Na dźwięk dzwonka do drzwi aż podskoczyła. Boże, co znowu? Ostrożnie
podeszła do okna, ale nikogo nie widziała. Ten, kto zadzwonił, musiał
stać na werandzie. Zawahała się, ale w końcu zeszła na dół. W połowie
schodów prawie się potknęła, słysząc drugi dzwonek. Otworzyła drzwi
mieszkania. W zapadającym zmroku sylwetka człowieka za matową szybą była
jeszcze wyraźniejsza niż poprzednio.
Zapytała łamiącym się głosem:
-?Kto tam?
-?Taksówka. Nazwisko: Powell.
To nie był głos Paula i Kate z ulgą oparła głowę o ścianę. Była o krok
od powiedzenia taksówkarzowi, że zmieniła zdanie, tak silną czuła
potrzebę zamknięcia się w domu i schowania pod kołdrą.
-?Dziesięć minut, dobrze? -?zawołała i wbiegła na górę, żeby się ubrać.
2
Dziewczynka przegrywała walkę ze snem.
Powieki jej ciążyły, próbowała je otworzyć, ale znów opadły. Tym razem
już ich nie podniosła. Kate odczekała chwilę, upewniając się, że Emily
śpi, po czym zamknęła książkę i wstała. Mała wyczuła ruch materaca,
przekręciła się na bok i zanurkowała pod kołdrę tak, że widać było tylko
kępkę jej jasnych włosów.
Kate po cichu odłożyła książkę na półkę. Na łóżku obok młodszy o dwa
lata brat Emily leżał na plecach w beztroskiej pozie, rozkopawszy
pościel. Kate go przykryła i zgasiła światło. W sypialni został już
tylko słabiutki blask nocnej lampki z Myszką Miki.
Dzieci posapywały cichutko w półmroku. Kate była wniebowzięta, kiedy
oboje zażądali, żeby to ona położyła ich do łóżek. Najpierw Angus, pół
godziny później jego siostrzyczka. Patrząc teraz, jak oboje śpią,
poczuła przypływ miłości. Delikatnie zamknęła drzwi ich pokoju i zeszła
na dół.
Ich dom był rozlatującą się, wolnostojącą willą w Finchley, z wysokimi
sufitami, poręczami z mahoniu i małym ogrodem, który Lucy nazywała
dżunglą. Farba na sufitach odpadała, a poręcze trzeszczały, ale i tak
było tu lepiej niż w ciasnej, zimnej norze, w której Lucy i Jack
mieszkali wcześniej. Dom dostali kilka lat temu w spadku po ciotce i do
dzisiaj nie rozpakowali wszystkich rzeczy. Zabawki, papiery i ubrania
leżały na krzesłach, podłodze i na kaloryferach. Kate zawsze żałowała,
że nie wychowywała się w takim domu. Zrobiła krok nad rowerkiem leżącym
na boku na dole schodów i przecisnęła się obok sterty pudeł, które stały
pod ścianą. Jack prowadził swoją małą firmę wydawniczo-drukarską w przerobionym garażu, ale jego rzeczy walały się po całym parterze.
Lucy dokładała drewno do kominka. Zamknęła drzwiczki nogą i wytarła
dłonie w szmatę. Słysząc Kate, podniosła wzrok. Miała niezwykle żywe
oczy. Niebieskie, prawie fioletowe.
-?Zasnęła?
-?Jak kamień.
-?Powinnaś częściej przychodzić. Przy tobie są takie grzeczne.
Kate się uśmiechnęła i usiadła na podłodze. Polana przygniotły ogień,
ale płomienie zaczęły już migotać za szybą. Salon był duży i przewiewny,
więc Lucy i Jack palili w kominku codziennie, z wyjątkiem najgorętszych
nocy. Kate podwinęła nogi i oparła się o kanapę. Na stoliku przed nią
leżały resztki chińszczyzny z dostawy, smażony ryż i makaron zastygały w plastikowych pojemnikach. Między nimi stała opróżniona do połowy butelka
białego wina.
Lucy odgarnęła z czoła kosmyk włosów i usiadła obok Kate. Wzięła do ręki
zimną krewetkę.
-?Wiedziałam, że powinnam była to posprzątać -?powiedziała. -?Do jutra
utyję ze trzy kilo.
-?Możesz ze mną chodzić na siłownię.
-?Nie, dziękuję. Gdyby Bóg chciał, żeby kobiety były szczupłe, nie
stworzyłby czekolady. -?Włożyła sobie do ust kolejną krewetkę. -?Zresztą
pamiętaj, co się stało, jak ostatni raz odwiedziłam siłownię. Poznałam
Jacka.
Kate nalała im obu więcej wina. Zrobiła się śpiąca i było jej dobrze.
Znała Lucy od siedmiu lat, ale wydawało się jej, że ich przyjaźń trwa
znacznie dłużej. Lucy pracowała jako recepcjonistka w agencji PR, w której Kate dostała swoją pierwszą pracę, a w której dyrektorem
marketingu był Paul Sutherland. Jej szczupła sylwetka i upodobanie do
ciasnych strojów przykuwały uwagę mężczyzn. Dwójka dzieci i słabość do
słodyczy wszystko zmieniły, ale jeśli Lucy tego żałowała, to nie dawała
tego po sobie poznać. Czasem Kate jej zazdrościła. A właściwie często.
Lucy oblizała palce.
-?Czyli co, nie pójdziesz na policję?
-?Chyba nie ma po co. Mieliby tylko moje słowo przeciwko jego. -?Kate
sięgnęła po kieliszek. -?Poza tym nic się w końcu nie stało.
-?Bo go powstrzymałaś. Skąd wiesz, że nie spróbuje jeszcze raz?
-?Będę ostrożniejsza. Ale wątpię, żeby próbował. Był pijany i wkurzony,
że nie wygrał przetargu. Chyba nawet on nie zrobi z tego wielkiej afery.
Nie wyobrażam sobie, żeby był aż tak głupi.
Lucy zachichotała.
-?A ja owszem.
Kate tego nie skomentowała. Lucy od samego początku ostrzegała ją przed
Paulem, ale ona nie słuchała.
-?To co teraz, jak już wygrałaś ten przetarg? Zajmiesz się sobą i będziesz trochę mniej pracowała?
-?Fajnie by było. Ale właśnie teraz zacznie się harówa.
Lucy złowiła jeszcze jedną krewetkę.
-?W takim razie deleguj. Zawsze chwalisz Clive'a za jego pracę.
-?Bo jest świetny, ale nie mogę zwalić wszystkiego na jego barki.
-?Więc będziesz wszystko robić sama, aż dostaniesz... -?przerwała. -?Aż
padniesz z wycieńczenia.
Płomienie obejmowały zwęglone drewno, ogień zaczął płonąć na dobre. Kate
patrzyła w kominek.
-?Lubię pracować -?powiedziała.
-?To nie znaczy, że nie możesz mieć też życia towarzyskiego.
-?A nie mam?
Lucy parsknęła.
-?Chodzisz na siłownię. Ja mam na myśli wychodzenie do ludzi.
Kate potarła dłonią kark. Kolejny ból głowy zapowiadał swoje rychłe
nadejście.
-?Już daj spokój.
-?Wybacz, Kate, ale nie mogę stać i patrzeć, jak zapracowujesz się na
śmierć. -?Ogień z kominka nadawał jej włosom czerwonawego blasku. -
Wiem, że niełatwo jest prowadzić firmę. Jack też haruje jak wół. Ale
musisz mieć jakieś życie poza biurem.
Zupełnie niespodziewanie oczy Kate zaszły łzami. Zamrugała i odwróciła
głowę.
-?Kate? Co się dzieje?
-?Nic, nic.
Lucy oderwała i podała jej kawałek bułki.
-?Nieprawda, że nic. Cały wieczór masz jakiś dziwny nastrój. -
Poczekała, aż Kate wydmucha nos. -?Chodzi o to, co zrobił Paul?
-?Nie. Po prostu jestem głupia i tyle.
Lucy spojrzała na nią zdziwiona.
-?Naprawdę nie wiem, co mi jest -?ciągnęła Kate. -?Powinnam się cieszyć,
ale czuję się... Nie wiem, jak się czuję.
Patrzyła w milczeniu na płomienie. Znad jednego z polan unosiła się
cienka strużka dymu. Kate odwróciła wzrok i nieświadomie potarła dłonią
o rękaw.
-?Potrzebujesz wakacji -?powiedziała Lucy i wzięła łyk wina.
-?Nie mam czasu.
-?To go znajdź. Wiem, że otworzenie własnej agencji było najlepszą
decyzją po tym, co przeszłaś z Paulem, ale praca nie może być całym
twoim życiem. Gdybyś była zadowolona, to jeszcze pół biedy, ale
najwyraźniej nie jesteś.
-?Mam małego doła, to wszystko.
-?Błagam, Kate. Dobrze wiesz, że to nieprawda. -?Lucy westchnęła i postawiła swój kieliszek na stoliku. -?Słuchaj, nie chcę cię zanudzać,
ale nie możesz pozwolić, żeby jedno przykre doświadczenie odebrało ci
chęć do życia. Pora zostawić to za sobą i iść do przodu.
-?Przecież zostawiłam.
-?Nieprawda. Zanim poznałaś Paula, ciągle gdzieś wychodziłaś, ale od
tamtej pory kompletnie się odcięłaś od świata.
Kate wzruszyła ramionami.
-?Ludzie czasem tracą kontakt ze znajomymi.
-?Jeśli sobie na to pozwalają. Ilu osobom powiedziałaś o swoim nowym
mieszkaniu? Założę się, że większość nie ma pojęcia, gdzie teraz
mieszkasz. -?Lucy czekała, aż Kate zaprzeczy, ale ona milczała. -?Od
rozstania z Paulem nie wyszłaś nawet na drinka z facetem. To już ponad
trzy lata.
-?Nie poznałam żadnego, z którym bym chciała.
-?Bo nie próbowałaś. Widzę, jaka jesteś, kiedy razem wychodzimy.
Wysyłasz sygnał "nie dotykaj".
-?To co mam robić? Rozkładać nogi dla każdego napotkanego faceta?
-?Nie, ale zakonnicy też nie musisz odgrywać. Powiedz szczerze. Naprawdę
nie brakuje ci seksu?
Kate unikała jej wzroku.
-?Nie zastanawiam się nad tym.
-?To nie jest szczera odpowiedź.
-?No dobra: niespecjalnie, nie. Zadowolona?
-?W takim razie coś jest z tobą nie tak. -?Lucy podniosła kieliszek do
ust, ale nagle przyszedł jej do głowy kolejny argument. -?Wiem, że
niektórym kobietom pasuje stawianie pracy na pierwszym miejscu, ale nie
wierzę, że jesteś jedną z nich. Poza tym czas mija.
-?Dzięki.
-?A co, nie mam racji? Za rok kończysz trzydzieści cztery lata. Możesz
się uważać za wyjątkową, ale twój zegar biologiczny tyka w takim samym
tempie jak u wszystkich. Nie uważasz, że powinnaś zacząć myśleć o założeniu rodziny i...
-?Błagam!
Kate wylała trochę wina, stawiając kieliszek na stoliku.
-?Wysłuchaj mnie do...
-?Nie muszę słuchać. Wiem dokładnie, co powiesz. Powinnam wyjść za mąż,
ustatkować się i zamieszkać w kuchni. Wybacz, ale ja tak nie uważam.
Może ty jesteś szczęśliwa w takiej roli, ale dla mnie życie to trochę
więcej!
Zaskoczył ją jej własny gniew. Lucy patrzyła na nią przez chwilę, po
czym podciągnęła kolana do piersi i wbiła wzrok w kominek.
-?Może masz rację, ale to nie ja mam łzy w oczach.
Płomienie trzaskały w ciszy.
-?Przepraszam -?odezwała się Kate. -?Nie to chciałam powiedzieć.
-?Nic nie szkodzi -?odparła Lucy. -?Ja powiedziałam dokładnie to, co
chciałam. Możesz tupać nogami i krzyczeć, że nie masz ochoty na związek
i nie zamierzasz się ustatkować, ale ja widzę, jaka jesteś przy Angusie
i Emily, więc nie próbuj mi wmówić, że nie chcesz mieć dzieci, bo i tak
ci nie uwierzę.
Kate chciała zaprotestować, ale nie przychodziła jej do głowy żadna
linia obrony. Lucy przytaknęła, jakby uznała to za dowód swojej racji,
ale zanim mogła cokolwiek dodać, z holu dobiegł dźwięk otwieranego zamka
w drzwiach.
-?Najwyraźniej spotkanie skończyło się przed czasem -?powiedziała Lucy.
Pochyliła się i położyła dłoń na kolanie Kate. -?Chodzi mi tylko o to,
żebyś zadała sobie pytanie, czego naprawdę pragniesz. A potem coś z tym
zrób.
Rzuciła przyjaciółce surowe spojrzenie i wstała, słysząc zbliżające się
kroki. Kate wzięła do ręki kawałek bułki.
-?Mam czerwone oczy?
Lucy się przeciągnęła, wykręcając ręce nad głową.
-?Nie, zresztą nie przejmowałabym się -?powiedziała i ziewnęła. -?Po
paru głębszych Jack nie zauważyłby nawet, gdybyś siedziała tu na golasa.
Drzwi do salonu się otworzyły i do pokoju wszedł zwalisty mężczyzna z szerokim uśmiechem na twarzy. Jego czarne włosy były gęstsze na rękach
niż na głowie. Nachylił się, żeby pocałować Lucy.
-?Wszystko dobrze? Czołem, Kate.
Kate się do niego uśmiechnęła, a on zaglądał po kolei do pustych
pojemników po jedzeniu, masując się po wydatnym brzuchu. Wreszcie usiadł
na fotelu za plecami Lucy, która oparła się o jego nogi.
-?Jak poszło spotkanie?
-?Nieźle. Gavin ma nowy zbiór poezji i chce go wydać. Sally wymyśliła
nowy system dystrybucji...
Kate przestała słuchać. Mimo że przebywanie w towarzystwie Jacka i Lucy
było dla niej jak włożenie wygodnych kapci, wiedziała, że niedługo sobie
pójdzie. Przygnębiała ją myśl o powrocie do pustego mieszkania, ale w takich sytuacjach jak ta czasem czuła się jak wyrzutek, dodatkowe
nakrycie przy stole pełnym gości.
Gapiła się w ogień, a dookoła niosły się odgłosy rozmowy Lucy i Jacka.
Jakiś węgielek głośno trzasnął, a płomienie tańczyły i drgały,
przybierając kształty, których Kate nie potrafiła rozpoznać.