Zimne ognie - Simon Beckett

Kup ebooka

29.99 zł
23.09 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1

Maga­zyn pło­nął całą noc. Dym cią­gnął się ciemną chmurą po sza­rym nie­bie, a jego zapach napeł­niał wio­senne powie­trze przed­wcze­snym sma­kiem jesieni.

Ludzie wycho­dzący razem z Kate ze sta­cji metra odwra­cali głowy w stronę czar­nej kolumny. Dym góro­wał nad dachami budyn­ków, ale chwilę póź­niej biu­rowce cał­kiem go prze­sło­niły.

Kate ledwo go zauwa­żyła. Ból głowy zaczy­nał wspi­nać się po jej czaszce. Wła­śnie roz­gry­zała aspi­rynę, krzy­wiąc się od gory­czy, kiedy skrę­ciła za róg i zoba­czyła pożar pro­sto przed sobą.

Zatrzy­mała się, prze­stra­szona jego bli­sko­ścią, ale gdy tylko się oka­zało, że ulica nie jest zamknięta, ruszyła dalej. Z każ­dym kro­kiem coraz lepiej sły­szała trzask bucha­ją­cych pło­mieni. Dookoła maga­zynu pano­wał chaos mun­du­rów, żół­tych kasków, bia­łych samo­cho­dów poli­cyj­nych i czer­wo­nych wozów stra­żac­kich. Ich węże leżały na jezdni i pluły w dym stru­mie­niami wody. Pło­mie­nie zda­wały się nic sobie z nich nie robić i wystrze­li­wały w górę w bez­ład­nych eks­plo­zjach koloru.

Gorący podmuch ude­rzył Kate w twarz i pokrył ją popio­łem. Odwró­ciła pie­kące oczy i ze zdzi­wie­niem stwier­dziła, że sta­nęła w miej­scu. Zła na sie­bie, że bez­myśl­nie się gapi, znów ruszyła i omi­nęła tłum, który zebrał się za poli­cyj­nym kor­do­nem.

Kiedy dotarła do geo­r­giań­skiego sze­re­gowca kilka prze­cznic dalej, nie pamię­tała już o pło­ną­cym maga­zy­nie. Więk­szość domów skła­da­ją­cych się na ten kom­pleks była w ruinie, ale jeden rzu­cał się w oczy dzięki świe­żej far­bie i zło­tym lite­rom w oknie na par­te­rze, uło­żo­nym w napis: "Powell PR i Mar­ke­ting".

Kate weszła do środka. Nie­wielki gabi­net zaj­mo­wały trzy biurka usta­wione przo­dem do sie­bie. Za jed­nym z nich stał ostrzy­żony na łyso, wysoki męż­czy­zna o afro­ka­ra­ib­skiej uro­dzie i nale­wał wodę do eks­presu do kawy. Sze­roko się uśmiech­nął.

-?Czo­łem, Kate.

-?Cześć, Clive.

Eks­pres zasy­czał i zabul­go­tał. Clive wlał resztkę wody i odsta­wił dzba­nek.

-?Wielki dzień.

W jego gło­sie pobrzmie­wały deli­katne nale­cia­ło­ści z oko­lic New­ca­stle. Kate pode­szła do jed­nego z dużych rega­łów na doku­menty i wysu­nęła szu­fladę.

-?Nawet mi nie przy­po­mi­naj.

-?Dener­wu­jesz się?

-?Powiedzmy, że chcia­ła­bym już poznać wynik, jaki­kol­wiek będzie.

Syczący eks­pres nagle ucichł. Clive nalał kawę do dwóch kub­ków i podał jeden Kate. Zatrud­nił się u niej zaraz po tym, jak zało­żyła swoją agen­cję, i jeśli kogo­kol­wiek mia­łaby mia­no­wać wspól­ni­kiem, to tylko jego.

-?Widzia­łaś pożar?

-?Mmm. -?Kate prze­glą­dała teczki.

-?Podobno wybuchł jesz­cze w nocy. Straszne z tym dziec­kiem, co?

Spoj­rzała na niego.

-?Jakim dziec­kiem?

-?Jacyś ludzie miesz­kali tam na dziko, jedna para miała nie­mow­laka. Ucie­kli wszy­scy, ale mały został w środku. W wia­do­mo­ściach mówili, że jego matka się popa­rzyła, pró­bu­jąc go ura­to­wać. Dwu­mie­sięczne dziecko.

Kate odsta­wiła kubek z kawą. Cią­gle czuła na sobie zapach dymu. Spoj­rzała na swoje ubra­nie i zoba­czyła malut­kie płatki popiołu. Przy­po­mniała sobie ich deli­katny dotyk na twa­rzy i łasko­ta­nie w krtani, kiedy mimo­wol­nie je wdy­chała. Znów poczuła tam­ten ostry smak.

Wsu­nęła szu­fladę, nie wycią­ga­jąc żad­nej teczki.

-?Będę na górze.

Swój gabi­net miała na pierw­szym pię­trze. Zamknęła za sobą drzwi i strzą­snęła popiół ze spód­nicy i żakietu. Wie­działa, że nie będzie się w nim dobrze czuła, dopóki nie zanie­sie go do pralni. Zawie­siła żakiet za drzwiami i pode­szła do okna. W szy­bie poka­zało się jej słabe odbi­cie. Dym pożaru zabar­wiał niebo na szaro i na jego tle jej ciemne włosy były nie­wi­doczne. Widziała tylko swoją twarz, wiszący w powie­trzu blady owal.

Odwró­ciła się i pode­szła do biurka. Z dołu dobie­gały ją głosy kolej­nych osób sta­wia­ją­cych się do pracy. Biuro było za cia­sne dla Clive'a i dwóch dziew­czyn, ale sąsied­nie pomiesz­cze­nie wyma­gało kosz­tow­nego remontu. Kate wes­tchnęła i włą­czyła kom­pu­ter. Cze­ka­jąc, aż się uru­chomi, szybko spraw­dziła fir­mowe konta na Face­bo­oku i Twit­te­rze, żeby zoba­czyć, ile miały wejść przez noc. Odpo­wiedź była przy­gnę­bia­jąca, ale przy­naj­mniej recen­zja nowej restau­ra­cji, którą zamie­ścili na blogu minio­nego dnia, dostała pięć nowych polu­bień. Lep­sze to niż nic, pomy­ślała. Ktoś zapu­kał do jej drzwi.

-?Tak?

Do gabi­netu weszła dziew­czyna z bukie­tem czer­wo­nych róż owi­nię­tych w celo­fan. Podała je Kate z pyta­ją­cym wyra­zem na twa­rzy.

-?Wła­śnie przy­szły.

Mię­dzy łodygi wetknięta była mała koperta. Kate ją otwo­rzyła i wyjęła z niej białą kartkę, na któ­rej wid­niało czy­jeś odręczne, pochy­lone do przodu pismo. Prze­czy­tała wia­do­mość i wło­żyła kartkę z powro­tem do koperty. Podała kwiaty dziew­czy­nie.

-?Dzięki, Caro­line. Wyjdź z nimi na ulicę i daj pierw­szej star­szej pani, jaką zoba­czysz, okej?

-?Co mam jej powie­dzieć? -?zapy­tała, zdzi­wiona.

-?Cokol­wiek. Po pro­stu, że to pre­zent od nas. -?Kate ner­wowo się uśmiech­nęła. -?Pamię­taj: im star­sza, tym lepiej.

Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy, gdy tylko Caro­line zamknęła za sobą drzwi. Jesz­cze raz prze­czy­tała liścik. "Z góry współ­czuję, Paul".

Kate podarła kartkę na strzępy i wyrzu­ciła do kosza. Musiała użyć całej siły woli, żeby roz­luź­nić napięte mię­śnie.

Zabrała się do prze­glą­da­nia e-maili, ale po chwili roz­pro­szył ją dźwięk sta­cjo­nar­nego tele­fonu. Pod­nio­sła słu­chawkę.

-?Tak?

-?Mam na linii Paula Suther­landa z CNB Mar­ke­ting -?powie­dział Clive. - Mam mu powie­dzieć, że jesteś zajęta?

Na chwilę się zawa­hała.

-?Nie, połącz go.

W słu­chawce kilka razy klik­nęło. Kate zamknęła oczy.

Sekundę póź­niej usły­szała zna­jomy głos.

-?Cześć, Kate. Pomy­śla­łem, że zadzwo­nię i spy­tam, czy kwiaty dotarły.

-?Ow­szem, cho­ciaż tro­chę przed­wcze­śnie. -?Cie­szyła się, że głos jej nie drży.

-?Bła­gam, chyba nie sądzisz, że naprawdę macie szanse?

-?Pocze­kamy, zoba­czymy.

Usły­szała wes­tchnię­cie.

-?Kate, Kate, Kate. Prze­cież wiesz, co będzie. Zaszli­ście daleko, przy­znam. Ale nie oszu­kuj się.

-?To wszystko? Bo jeśli tak, to mam sporo pracy.

W odpo­wie­dzi usły­szała chi­chot.

-?Oj, nie bądź taka. Chyba mogę ci cza­sem dora­dzić, co? Jako stary kum­pel.

Kate zaci­snęła zęby.

-?Kate? Jesteś tam?

-?Nic się nie zmie­ni­łeś. Zawsze byłeś dup­kiem.

Od razu poża­ło­wała swo­ich słów. Znowu usły­szała śmiech. Paul był z sie­bie wyraź­nie zado­wo­lony.

-?Nie mów, że ci się to nie podo­bało. Ale okej, widzę, że tracę czas, pró­bu­jąc ci prze­mó­wić do rozumu. Mała Kate musi robić wszystko po swo­jemu, nawet jak dostaje przez to po gło­wie. Roz­cza­ru­jesz się, ale posta­raj się tym zbyt­nio nie prze­jąć.

Roz­łą­czył się. Kate ude­rzyła słu­chawką w apa­rat.

Sukin­syn.

Cała się trzę­sła, wzbie­rały w niej dawne uczu­cia. Zdała sobie sprawę, że zaci­ska dło­nie w pię­ści. Roz­luź­nia­jąc je, wzięła pierw­szy głę­boki wdech, potem drugi. W końcu jej oddech się uspo­koił.

Prze­stała też dygo­tać, ale za to znów dał o sobie znać ból głowy. Kate żało­wała, że rano upięła włosy w tak cia­sny kucyk. Deli­kat­nie poma­so­wała skro­nie. Warto było się w to pako­wać?

Kiedy sześć tygo­dni wcze­śniej na jej biurku wylą­do­wało zapro­sze­nie do prze­targu na repre­zen­to­wa­nie fun­du­szu Par­ker Trust, przy­stę­po­wała do kon­kursu bez więk­szych nadziei na suk­ces. Firma spe­cja­li­zo­wała się w dys­kret­nym inwe­sto­wa­niu pie­nię­dzy zamoż­nych klien­tów, wpła­ca­jąc dosta­tecz­nie dużo na "Szczytne Cele" (w brie­fie prze­tar­go­wym te słowa wydru­ko­wali dużymi lite­rami), by zapew­nić sobie sta­tus orga­ni­za­cji cha­ry­ta­tyw­nej. Kate dzi­wiła się, że w ogóle sły­szeli o jej agen­cji, a tym bar­dziej że gotowi byli powie­rzyć jej nad­zór nad dłu­go­trwałą, kosz­towną kam­pa­nią.

Tym więk­sze było jej zasko­cze­nie, kiedy Powell PR tra­fiło do finału. Cią­gle jesz­cze się z niego nie otrzą­snęła, kiedy dowie­działa się, z kim przyj­dzie jej w tym finale kon­ku­ro­wać.

Od tego momentu praca nad ofertą dla Par­ker Trust prze­sło­niła jej wszystko inne. Clive żar­to­wał, że Kate powinna posta­wić łóżko w swoim gabi­ne­cie i w ten spo­sób oszczę­dzić czas, który zabie­rały jej powroty do domu. Jesteś szczę­śliwa, tylko jak pra­cu­jesz, mawiał, na co ona się uśmie­chała, ale pod tym uśmie­chem czaił się paniczny strach. Szczę­śliwa? Tego wie­czora ćwi­czyła na siłowni, aż każdy mię­sień ją palił. Chciała się pozbyć nie­po­koju jak zbęd­nych kalo­rii.

A teraz zostało już tylko parę godzin cze­ka­nia. Redwood, pre­zes zarządu fun­du­szu, uprze­dził Kate, że osta­teczna decy­zja zosta­nie podana do wia­do­mo­ści przed połu­dniem. Zwy­cię­stwo ozna­cza­łoby finan­sowe bez­pie­czeń­stwo, może nawet więk­szą sie­dzibę. Agen­cja zyska­łaby renomę i dostęp do klien­tów z wyż­szej półki.

Kate nie chciała nawet myśleć o tym, czym byłoby dla niej prze­gra­nie prze­targu.

Zdała sobie sprawę, że bez­myśl­nie naci­ska guzik dłu­go­pisu. Odło­żyła go w końcu i znów zaj­rzała do skrzynki pocz­to­wej. Wkrótce pochło­nęła ją praca, choć od czasu do czasu Kate na­dal spo­glą­dała na wiszący na ścia­nie zegar.

Pora­nek się prze­dłu­żał. Na każdy dźwięk tele­fonu Kate tężała, ale nie dzwo­nił nikt z Par­ker Trust. Za cztery dwu­na­sta nawet już nie uda­wała, że pra­cuje. Sie­działa w ciszy swo­jego gabi­netu, patrząc na zegar i cze­ka­jąc na wia­do­mość. Długa wska­zówka peł­zła po cyfer­bla­cie i leni­wie zbli­żała się do dwu­na­stej. Wresz­cie wszyst­kie trzy wska­zówki usta­wiły się w jed­nej, pio­no­wej linii, a po chwili sekund­nik roz­po­czął kolejny minu­towy marsz.

Kate poczuła, jak ucho­dzi z niej całe napię­cie, a pustkę po nim zapeł­nia głę­boki zawód. Ludzie z Par­ker Trust byli zawsze do bólu punk­tu­alni. Gdyby wygrała prze­targ, już by wie­działa. Sie­działa bez ruchu, a świa­do­mość porażki powoli w nią wsią­kała. Nie była już ewen­tu­al­no­ścią, ale fak­tem, z któ­rym trzeba się było zmie­rzyć. Nagle Kate się otrzą­snęła. To tylko prze­targ. Nie wygra­łaś, trudno. Będą następne.

Wypro­sto­wała się i wró­ciła do czy­ta­nia e-maili.

Zadzwo­nił tele­fon.

Kate się wzdry­gnęła. Po kolej­nym dzwonku pod­nio­sła słu­chawkę.

-?Tak?

-?Pan Redwood z Par­ker Trust -?powie­działa Caro­line.

Mimo że wie­działa, co usły­szy, Kate poczuła, że serce zabiło jej moc­niej. Odchrząk­nęła.

-?Połącz go.

Po dłuż­szej niż zwy­kle serii głu­chych klik­nięć w słu­chawce ode­zwał się męski głos.

-?Panna Powell?

-?Miło pana sły­szeć -?odparła z led­wie zauwa­żalną nutą sar­ka­zmu.

-?Prze­pra­szam za opóź­nie­nie. Zdaję sobie sprawę, że cze­kała pani na mój tele­fon.

Głos dosko­nale do niego paso­wał. Redwood był Szko­tem, szczu­płym, cierp­kim i drę­twym. Clive uwa­żał go za robota i Kate przy­zna­wała mu rację.

-?Tak -?powie­działa.

-?Pro­szę mi wyba­czyć -?odparł tonem nie­wy­ra­ża­ją­cym ani tro­chę skru­chy. - Mamy w zwy­czaju naj­pierw infor­mo­wać stronę prze­graną -?cią­gnął -?żeby nie­jako skró­cić jej cier­pie­nie. I trwało to tro­chę dłu­żej, niż sądzi­li­śmy.

Chwilę zajęło Kate zro­zu­mie­nie sensu jego słów. W końcu wyją­kała:

-?Nie rozu­miem. Roz­ma­wia­li­ście pań­stwo z CNB?

Redwood nie­cier­pli­wie wes­tchnął.

-?Może zacznę od początku. Jest mi nie­zmier­nie miło poin­for­mo­wać panią, że jej firma wygrała prze­targ. Zarząd posta­no­wił zle­cić pani agen­cji pro­wa­dze­nie naszej kam­pa­nii.

Kate miała wra­że­nie, jakby opusz­czała wła­sne ciało. Za oknem wyła syrena.

-?Panno Powell? Wszystko w porządku?

-?Tak, tak! Bar­dzo się cie­szę. Dzię­kuję.

-?Jesz­cze raz prze­pra­szam za spóź­nioną wia­do­mość. -?W jego gło­sie zabrzmiała nuta gniewu. -?Oba­wiam się, że w CNB nasza decy­zja nie spo­tkała się z apro­batą. Osoba, z którą się kon­tak­to­wa­li­śmy, była nad wyraz... nie­ustę­pliwa. -?Redwood w ostat­niej chwili ugryzł się w język. - W każ­dym razie gra­tu­luję. Cie­szę się bar­dzo na naszą współ­pracę.

Kate coś odpo­wie­działa, ale sama nie była pewna co. Umó­wili się na spo­tka­nie przed koń­cem tygo­dnia i Redwood się roz­łą­czył. Ona wsłu­chi­wała się jesz­cze przez chwilę w sygnał w słu­chawce, zanim ją odło­żyła. Na dole mru­czała ryt­micz­nie dru­karka, ktoś się śmiał. Kate wyj­rzała przez okno. Z początku myślała, że czarna plama na nie­bie to desz­czowa chmura, ale w końcu sobie przy­po­mniała.

Wresz­cie zeszła na dół, żeby powie­dzieć resz­cie o wygra­nej.

Auto­bus zatrzy­mał się nie­da­leko jej miesz­ka­nia w Ful­ham. Wysia­da­jąc, Kate zdała sobie sprawę, że teraz mogła już sobie pozwo­lić na wzię­cie tak­sówki od sta­cji metra. Z nawy­kami ciężko wal­czyć. W azja­tyc­kim super­mar­ke­cie kupiła mleko i paczkę ryżu. Po chwili waha­nia dorzu­ciła jesz­cze do koszyka butelkę bia­łego wina.

Na ulicy owiało ją zimne powie­trze, jakby dla przy­po­mnie­nia, że wio­sna na razie dotarła tylko do kalen­da­rza. Zaczęło tro­chę padać, więc Kate przy­śpie­szyła kroku, żeby zdą­żyć przed więk­szą ulewą. O mały włos nie nadep­nę­łaby na dzie­cięcą ręka­wiczkę leżącą na kra­wę­dzi kałuży i świe­cącą jaskrawą czer­wie­nią na tle brud­nego chod­nika. Musiała nie­dawno komuś upaść, bo cią­gle była czy­sta.

Kate ją pod­nio­sła i rozej­rzała się za matką z wóz­kiem, a nie widząc nikogo w pobliżu, poszu­kała widocz­nego miej­sca, gdzie mogłaby poło­żyć zgubę. Nie zna­la­zła nic lep­szego od zabło­co­nego chod­nika, ale nie chciała zosta­wiać ręka­wiczki na ziemi. Była nie więk­sza od jej dłoni. Patrząc na nią, nagle przy­po­mniała sobie o pło­ną­cym maga­zy­nie. Poczuła, jak zaci­ska się jej krtań. Bez zasta­no­wie­nia wło­żyła ręka­wiczkę do kie­szeni i poszła dalej.

Tym­cza­sem prze­stało padać. Żela­zna brama przed wik­to­riań­skim sze­re­gow­cem była otwarta, jak zwy­kle odkąd odpa­dły zawiasy. Poprzedni loka­tor poło­żył płyty chod­ni­kowe w malut­kim ogródku, ale zosta­wił na środku tro­chę miej­sca na krzewy róży. Przy­da­łoby się je przy­ciąć, pomy­ślała Kate, po czym weszła na nie­wielką werandę i otwo­rzyła drzwi.

Na pod­ło­dze w przed­po­koju leżała sterta kopert. Kate je pod­nio­sła i wybrała te, które były zaadre­so­wane do niej. Tylko dwie -?jakiś rachu­nek i wyciąg z konta ban­ko­wego. Listy z ulot­kami rekla­mo­wymi podzie­liła na pół i część odło­żyła na wycie­raczkę sąsiadki z par­teru. Wła­śnie pro­sto­wała plecy, kiedy sta­ruszka otwo­rzyła drzwi.

-?Tak mi się zda­wało, że kogoś sły­szę.

Kate zmu­siła się do uśmie­chu.

-?Dzień dobry, pani Wil­lo­ughby. Jak się pani miewa?

Ze zgrozą zoba­czyła, że sąsiadka wycho­dzi za próg miesz­ka­nia, opie­ra­jąc się ciężko o laskę. Jej ciem­no­zie­lona sukienka była ide­al­nie wypra­so­wana, jak zawsze, a nie­bie­sko-szara peruka przy­po­mi­nała bar­dziej czapkę niż włosy.

-?Bar­dzo dobrze, dzię­kuję. -?Spoj­rzała na swoją wycie­raczkę. -?To do mnie?

Kate pod­nio­sła koperty z ziemi i podała je kobie­cie.

-?Oba­wiam się, że nic cie­ka­wego.

Pani Wil­lo­ughby ni­gdy nie dosta­wała listów, ale zawsze wycho­dziła na klatkę, żeby przy­wi­tać swoją młod­szą sąsiadkę. Kate wie­działa, że poczta była tylko wymówką, i na ogół chęt­nie zamie­niała ze sta­ruszką kilka zdań. Ale tego wie­czora nie miała ochoty na roz­mowę.

Pani Wil­lo­ughby prze­glą­dała ulotki i kupony zniż­kowe i Kate na chwilę uwie­rzyła, że uda jej się uciec. Zaczęła iść w stronę swo­ich drzwi, ale sąsiadka pod­nio­sła głowę.

-?Nie, żad­nego listu. Jed­nak ni­gdy nie wia­domo, prawda?

Kate się uśmiech­nęła, a pani Wil­lo­ughby oparła się o laskę obiema rękami, co ozna­czało, że szy­kuje się na dłuż­szą roz­mowę. Zanim jed­nak znowu otwo­rzyła usta, jej uwagę odwró­ciło jakieś szare stwo­rze­nie prze­cho­dzące przez otwór w drzwiach wyj­ścio­wych.

Kocur zamiau­czał i zaczął się ocie­rać o nogę Kate, a po chwili ruszył w kie­runku otwar­tego miesz­ka­nia sąsiadki.

-?O nie! -?zawo­łała Kate i chwy­ciła go wpół. Kot jęk­nął z nie­za­do­wo­le­niem. -?Lepiej już go zabiorę. Jak wbie­gnie do pani, to do wie­czora go nie zła­piemy.

Pani Wil­lo­ughby nawet na chwilę nie prze­stała się uśmie­chać.

-?No tak, rozu­miem. Nie chcę pani zatrzy­my­wać. Pew­nie oby­dwoje jeste­ście głodni.

Poże­gnała się i weszła do środka, a Kate pode­szła do swo­ich drzwi. W nich też był otwór dla kota, ale Dougal nie miał zamiaru z niego korzy­stać, skoro jego pani była na miej­scu i za chwilę miała mu otwo­rzyć. Zamknęła je za sobą i dopiero wtedy wypu­ściła go z rąk. Czmych­nął po scho­dach do kuchni na pię­trze. Kate poszła za nim wol­nym kro­kiem. Było jej tro­chę głu­pio, że zbyła sta­ruszkę. Zdjęła żakiet, krzy­wiąc się od nie­wy­wie­trzo­nego wciąż zapa­chu dymu. Zawie­siła go na wie­szaku, żeby naza­jutrz zabrać do pralni, i na widok zgru­bia­łej kie­szeni przy­po­mniała sobie o ręka­wiczce.

Zanie­po­koił ją ten irra­cjo­nalny odruch, żeby ją zabrać. Zde­cy­do­wa­nym ruchem wyjęła ręka­wiczkę z kie­szeni z zamia­rem wyrzu­ce­nia jej do śmieci. W kuchni otwo­rzyła pokrywę kosza, uwal­nia­jąc słod­kawy zapach psu­ją­cej się żyw­no­ści. Przez chwilę trzy­mała ręka­wiczkę nad sko­rup­kami jajek i skór­kami obra­nych warzyw, ale nie była w sta­nie wyko­nać decy­du­ją­cego ruchu. Zamknęła kosz i poszła do sypialni. Otwo­rzyła szu­fladę i wrzu­ciła ręka­wiczkę za stertę ręcz­ni­ków.

Wró­ciła do przed­po­koju i z ulgą roz­pu­ściła włosy. W tele­fo­nie mru­gała lampka, ale oka­zało się, że osoba, która dzwo­niła, roz­łą­czyła się bez nagry­wa­nia wia­do­mo­ści.

Kate prze­szła boso do salonu. Jak w całym miesz­ka­niu tu też ściany były poma­lo­wane na biało. Lubiła pro­ste kolory, a poza tym do domu nie wpa­dało natu­ralne świa­tło. Nawet kiedy na dwo­rze było jasno, w środku pano­wał pół­mrok.

Kate włą­czyła lampkę sto­łową. Meble w dużym pokoju były oszczędne i nowo­cze­sne, z wyjąt­kiem sosno­wej skrzyni, która słu­żyła za sto­lik do kanapy. Na ścia­nie wisiał abs­trak­cyjny obraz, który kupiła na wysta­wie, jedyny barwny ele­ment wystroju. Miesz­ka­nie było bar­dziej przy­tulne zimą, kiedy w dłu­gie wie­czory zacią­gała zasłony i wypeł­niała rogi pokoju sztucz­nym świa­tłem. Teraz, cho­ciaż było dość ciemno, włą­czona lampa jakoś jej nie paso­wała.

Zga­siła ją i włą­czyła tele­wi­zor. Bez­myśl­nie prze­łą­czała kanały i nic jej nie inte­re­so­wało, ale ekran roz­ja­śniał nieco pokój, a dźwięki z gło­śnika zmniej­szały wra­że­nie pustki.

Kate usły­szała miauk­nię­cie i poczuła, że Dougal ociera się o jej nogę i sztur­cha głową o kostki.

-?Głodny?

Wzięła go na ręce. Był duży i miał bli­sko osa­dzone oczy, które dawały mu nie­zbyt wyra­fi­no­wany wyraz nie­usta­ją­cego zdzi­wie­nia. Dostała go w zesta­wie z miesz­ka­niem. Agentka nie wspo­mniała o kocie, kiedy Kate pod­pi­sy­wała umowę kupna. Ludzie, któ­rzy miesz­kali tu przed nią, nie zabrali swo­jego kota ze sobą. Kate nie chciała kota, ale Dougal był albo zbyt tępy, albo zbyt uparty, żeby to zaak­cep­to­wać.

Wyrwał się z jej uści­sku i zesko­czył na pod­łogę, gło­śno miau­cząc.

-?No dobrze, rozu­miem. Pora kola­cji.

Kate poszła do kuchni i wyjęła z szafki puszkę kociej karmy. Kot wsko­czył na blat i pró­bo­wał dobrać się do mięsa, jesz­cze zanim je wygrze­bała widel­cem do miski. Zepchnęła go na dół.

-?Pocze­kaj, gło­do­mo­rze.

Posta­wiła jego miskę na ziemi i patrzyła, jak Dougal pożera jedze­nie. Pomy­ślała, że sama powinna coś zjeść. Otwo­rzyła lodówkę, zaj­rzała do środka i znów ją zamknęła. Z salonu dobiegł sztuczny śmiech. Wró­ciła tam i zoba­czyła, że leci tele­tur­niej. Wyłą­czyła tele­wi­zor. Śmiech gwał­tow­nie ucichł.

Pokój wypeł­niła cisza, zda­wał się teraz jesz­cze ciem­niej­szy, ale nie chciało jej się wsta­wać, żeby włą­czyć lampę. W kuchni kot szu­rał miską o kafelki.

Co się ze mną dzieje?

Wygra­nie prze­targu dla Par­ker Trust było jej naj­więk­szym suk­ce­sem zawo­do­wym. Powinna być w eufo­rii, a tym­cza­sem czuła tylko pustkę. Żad­nej satys­fak­cji, żad­nego speł­nie­nia. W sumie nic się nie zmie­niło. Rozej­rzała się po ciem­nie­ją­cym salo­nie. Czy to wszystko? Nic wię­cej mnie w życiu nie czeka?

Usły­szała klapkę w drzwiach. Dougal napeł­nił żołą­dek i znowu wyszedł na dwór. Kate została sama. Mrok i cisza wokół niej nagle stały się uciąż­liwe. Włą­czyła świa­tło i uru­cho­miła wieżę, nie dba­jąc o to, jaka płyta jest w odtwa­rza­czu.

Pokój wypeł­nił głos Toma Jonesa śpie­wa­ją­cego It's Not Unu­sual. Kate wyszła do przed­po­koju i pod­nio­sła słu­chawkę tele­fonu. Nie uma­wiała się z nikim na wyj­ście, bo wie­działa, że po prze­gra­nym prze­targu będzie wolała zostać w domu, ale teraz samotny wie­czór był wyklu­czony. Po dwóch sygna­łach w słu­chawce ode­zwał się kobiecy głos.

-?Halo?

-?Lucy, cześć, to ja.

-?Kate, cześć! Pocze­kaj.

Jej przy­ja­ciółka odło­żyła słu­chawkę i sły­chać było, jak pod­nosi głos. Zneu­tra­li­zo­wała dzie­cięcy sprze­ciw i wró­ciła do tele­fonu.

-?Prze­pra­szam. Mały spór o to, co oglą­dać w tele­wi­zji.

-?Kto jest górą?

-?Ja. Powie­dzia­łam jej, że albo obej­rzy ze mną EastEn­ders, albo pój­dzie do łóżka. Oka­zuje się, że jest wielką miło­śniczką EastEn­ders. Jak poszło?

-?Wygra­li­śmy.

-?Kate, to wspa­niale! Pew­nie zwa­rio­wa­łaś ze szczę­ścia.

-?Chyba jesz­cze to do mnie nie dotarło.

-?Dotrze. Rozu­miem, że wycho­dzisz na mia­sto świę­to­wać?

Kate prze­ło­żyła słu­chawkę do dru­giego ucha, żeby lepiej sły­szeć Lucy niż Toma Jonesa.

-?Nie­zu­peł­nie. Słu­chaj, nie chcia­ła­byś gdzieś ze mną wysko­czyć? Ja sta­wiam. O ile Jack zgo­dzi się poniań­czyć.

-?Dzi­siaj? Nie mogę. Jack późno wraca.

Kate nie dała po sobie poznać, jak bar­dzo jest zawie­dziona.

-?Nie ma sprawy. Wiem, że późno daję znać.

-?Ale fakt, że strasz­nie dawno ni­gdzie razem nie wyszły­śmy. Mam pomysł. Wpad­nij do nas. Przy­nieś dwie butelki wina i przy odro­bi­nie szczę­ścia może uda nam się ubz­dryn­go­lić przed przyj­ściem Jacka.

To pod­nio­sło Kate na duchu.

-?Ale nie będę prze­szka­dzać?

-?No co ty! Naj­wy­żej będziesz musiała poło­żyć małe spać, jeśli wcze­śniej nie zasną.

Kate uśmiech­nęła się na myśl o dzie­ciach Lucy.

-?Z dziką roz­ko­szą.

Powie­działa, że przy­je­dzie za godzinę, i roz­łą­czyła się w znacz­nie lep­szym nastroju. Znów była zajęta, miała dokąd iść. W myślach już widziała, jak bawi się z Emily i Angu­sem, a potem upija tro­chę z Lucy i zapo­mina o głu­pich smut­kach. Tom pod­krę­cił tempo i Kate zako­ły­sała bio­drami.

Zadzwo­niła po tak­sówkę i nalała sobie kie­li­szek wina z lodówki.

-?Na zdro­wie -?powie­działa do sie­bie.

Zabrała kie­li­szek do łazienki, posta­wiła go na kra­wę­dzi wanny i roze­brała się. Cze­ka­jąc, aż woda się nagrzeje, przy­glą­dała się swo­jemu odbi­ciu w lustrze. Jak zwy­kle żało­wała, że nie jest wysoka i ele­gancka, ale chwi­lowo pły­nęła na wyso­kiej fali, więc za bar­dzo się nie przej­mo­wała.

Wzięła szybki prysz­nic, gorącą wodą zmy­wa­jąc z sie­bie męczący dzień. Wytarła się ręcz­ni­kiem i wła­śnie zaczęła się ubie­rać, kiedy ktoś zadzwo­nił do drzwi. Tak­sówka przy­je­chała za wcze­śnie. Cho­lera. Kate wahała się, czy ubrać się do końca, ale drugi, prze­cią­gły dzwo­nek pomógł jej pod­jąć decy­zję. Narzu­ciła na sie­bie szla­frok i pobie­gła na dół.

Przez matową szybę w drzwiach widać było męską syl­wetkę. Kate prze­krę­ciła zamek i uchy­liła drzwi.

-?Jest pan za... -?zaczęła, ale szybko prze­rwała.

Na weran­dzie stał Paul i sze­roko się uśmie­chał.

-?Za jaki?

Na jego widok zamarła. Pró­bo­wała otrzą­snąć się z szoku.

-?Co tu robisz?

-?Przy­sze­dłem ci pogra­tu­lo­wać.

Uniósł butelkę szam­pana, którą trzy­mał za szyjkę. Czuć było od niego piwem i papie­ro­sami. W jego uśmie­chu było coś, co Kate nie do końca paso­wało. Nie otwie­rała sze­rzej drzwi.

-?Wycho­dzę -?powie­działa.

Wyszcze­rzył się jesz­cze bar­dziej i obej­rzał ją od stóp do głów. Kate zdła­wiła impuls, by zasu­nąć poły szla­froka.

-?Za chwilę mam tak­sówkę. Muszę się ubrać.

Prze­su­nął wzrok z jej piersi na twarz.

-?Nie przej­muj się mną. Nie zoba­czę niczego, czego już bym nie widział.

Kiedy tylko spró­bo­wała zapro­te­sto­wać, zro­bił krok do przodu, a ona odru­chowo się cof­nęła. Stwo­rzyła mu tym samym dosta­tecz­nie dużo miej­sca, by mógł wepchnąć ramiona mię­dzy drzwi a fra­mugę. Zmu­sił Kate do zro­bie­nia jesz­cze jed­nego kroku w tył i nagle stał w środku.

-?Paul! -?zawo­łała, ale on prze­szedł obok niej.

-?No, Kate. Ruchy. Mówi­łaś, że się śpie­szysz.

Wszedł cięż­kim kro­kiem na górę, obi­ja­jąc się nie­zdar­nie o ściany. Kate zatrzy­mała się w kory­ta­rzu, a on wlazł do salonu. Nie wchodź na górę, zostaw go, nie wchodź, mówił jej wewnętrzny głos. Ale nie wie­działa, co robić. Zamknęła drzwi wej­ściowe, ale te do miesz­ka­nia zosta­wiła otwarte, i pobie­gła za nim.

Paul leżał na kana­pie z rękami roz­ło­żo­nymi na opar­ciu. Miał czer­woną twarz. Nie­wiele się zmie­nił od ich ostat­niego spo­tka­nia. Uro­sły mu włosy i wyraź­nie przy­tył, ale w jego zacho­wa­niu była wciąż ta sama aro­gan­cja.

-?Ładne miesz­ka­nie -?powie­dział z uśmiesz­kiem.

-?Skąd masz mój adres?

-?Jeśli chcesz go trzy­mać w tajem­nicy, powin­naś się wykre­ślić z książki tele­fo­nicz­nej. I na twoim miej­scu nagrał­bym nową wia­do­mość na sekre­tarkę. Masz strasz­nie znu­dzony głos.

Kate stała w drzwiach.

-?Chcę, żebyś wyszedł.

-?Nawet mi nie zapro­po­nu­jesz drinka? -?Zama­chał butelką szam­pana. -?Nie? -?Upu­ścił ją na kanapę. -?Mar­nie nam idzie to świę­to­wa­nie.

-?Po co przy­sze­dłeś, Paul?

Na jego twa­rzy zary­so­wała się nie­pew­ność, jakby sam nie wie­dział, co nim kie­ro­wało. Chwilę póź­niej już jej nie było.

-?Żeby cię zoba­czyć. Co, już nie jestem godny two­jej uwagi?

-?Nie mamy o czym roz­ma­wiać. Zresztą powie­dzia­łam ci, że wycho­dzę.

-?Dokąd?

-?Do Lucy.

Odpo­wie­działa odru­chowo, zanim zdą­żyła się powstrzy­mać. Była na sie­bie wście­kła.

Paul przy­po­mniał sobie swój nie­przy­jemny uśmie­szek.

-?Cią­gle się spo­ty­kasz z tą głu­pią krową?

-?Lucy nie jest krową i tobie nic do tego, z kim się spo­ty­kam.

Nagle spo­waż­niał.

-?Już zapo­mnia­łem, jaka jesteś zaro­zu­miała.

Kate nic nie odpo­wie­działa.

-?Oj, już nie patrz na mnie takim zra­nio­nym wzro­kiem -?rzu­cił i spoj­rzał na nią z wyrzu­tem. -?Nic się nie zmie­ni­łaś. Święta, nie­ska­zi­telna Kate. -?Nie­spo­dzie­wa­nie pochy­lił się do przodu. -?Nie mów mi, że cię to nie bawi. Udało ci się! Poko­na­łaś mnie. Możesz się nade mną poznę­cać, nie mam nic prze­ciwko.

-?Wolę, żebyś już poszedł.

-?Co? Tak po pro­stu? -?Spoj­rzał na nią z uda­wa­nym zasko­cze­niem. -?To prze­cież twoja wielka szansa. Naresz­cie ten wstrętny Paul Suther­land dostał za swoje! Na pewno nie chcesz się na mnie powy­ży­wać?

Kate już czuła pierw­sze ukłu­cia skru­chy. Poko­na­nie Paula nie dało jej aż takiego zastrzyku rado­ści, jakiego się spo­dzie­wała, ale nie mogła zaprze­czyć, że chęć ode­gra­nia się na nim sta­no­wiła część jej moty­wa­cji. Do szału dopro­wa­dzała ją potrzeba prze­pro­sze­nia go za to i przy­zna­nia mu racji.

-?Skąd to prze­ko­na­nie, że jesteś dla mnie aż tak ważny?

Uśmiech­nął się od ucha do ucha, bo wie­dział, że udało mu się ją spro­wo­ko­wać.

-?Bo cię znam. Wiem, jaka jesteś. Nic dziw­nego, miesz­ka­jąc z tobą, mia­łem dużo czasu, żeby ci się przy­glą­dać. -?Jego gniew zaczy­nał coraz moc­niej dawać o sobie znać. -?Wystar­czy raz spoj­rzeć. Panna Dosko­nała. Pew­nie myślisz, że jesteś ode mnie lep­sza, co?

-?W ogóle o tobie nie myślę.

-?Nie? -?Par­sk­nął. -?Zawsze była z cie­bie nie­wdzięczna suka. Zapo­mnia­łaś już, że poda­łem ci twoją karierę na tacy.

Ripo­sta wyszła z jej ust, zanim zdą­żyła pomy­śleć.

-?Nie tylko to mi dałeś, o ile pamię­tam.

-?Co to ma zna­czyć?

Kate ucie­kła wzro­kiem.

-?Paul, to nie ma sensu. Przy­kro mi, że jesteś zawie­dziony, ale...

-?Zawie­dziony? Niby czemu miał­bym być zawie­dziony? Bo jakaś dwu­li­cowa suka wyru­chała mnie na prze­targu, nad któ­rym haro­wa­łem jak wół?

-?Na niczym cię nie wyru­cha­łam.

-?Nie? To kogo? Cały ich zarząd czy tylko Redwo­oda?

Kate otwo­rzyła drzwi.

-?Wyjdź.

Paul się zaśmiał, ale bez humoru.

-?Śmiało, Kate. Możesz mi powie­dzieć. Doty­kał cię tak dobrze jak ja?

-?Wynoś się!

Wstał z kanapy, zanim zdą­żyła wyko­nać ruch. Jedną ręką chwy­cił ją za gar­dło, a drugą pod­parł o jej pod­bró­dek, prze­chy­la­jąc jej głowę w tył.

-?Nie mów mi, kurwa, co mam robić!

Kate poczuła na policz­kach kro­pelki jego śliny. Z ust ziało mu alko­ho­lem. Pró­bo­wała się uwol­nić, ale był zbyt silny. Wykrzy­wił wście­kle twarz.

-?Myślisz, że jesteś taka mądra, co?

Przy­ci­snął ją do drzwi. Klamka wbiła jej się w krę­go­słup. Nagle dostrze­gła zmianę w jego oczach i od razu wie­działa, co ją czeka. Jakby jej myśl miała moc spraw­czą, dłoń Paula powę­dro­wała w dół i odchy­liła połę szla­froka. Nie zwra­ca­jąc uwagi na jej sprze­ciw, zła­pał Kate za pierś. Mocno.

-?Paul! Nie!

Przy­du­sił ją drugą ręką, żeby nie mogła krzy­czeć. Wsu­nął nogę mię­dzy jej uda i jesz­cze moc­niej przy­ci­snął całą do drzwi. Nie miała jak go kop­nąć, pró­bo­wała ode­rwać jego dło­nie. Zaczęło jej bły­skać przed oczami. Paul zsu­nął dłoń niżej i zaczął cią­gnąć za pasek od szla­froka. Chry­ste, nie!

W jed­nej chwili prze­stała wal­czyć. Paul spoj­rzał na nią zdzi­wiony, a ona się uśmiech­nęła.

-?Sypial­nia -?wychar­czała.

Przez chwilę się nie ruszał i wyda­wało się jej, że w jego sta­nie nic do niego nie dociera. Ale w końcu się roz­luź­nił i zro­bił krok wstecz. Kiedy tylko puścił jej gar­dło i zabrał nogę spo­mię­dzy jej ud, z całej siły kop­nęła go kola­nem w kro­cze i ode­pchnęła od sie­bie.

Zro­biła to za wcze­śnie. Kolano zsu­nęło się po jego udzie i jesz­cze zata­cza­jąc się do tyłu, znowu pró­bo­wał ją zła­pać. Kate wybie­gła z pokoju i ruszyła kory­ta­rzem, czu­jąc, że Paul jest tuż za nią. Kiedy była przy scho­dach, chwy­cił jej szla­frok i przy­cią­gnął do sie­bie. Widziała na dole otwarte drzwi i roz­pacz­li­wie wyszarp­nęła mate­riał z jego rąk.

Ude­rzyła ple­cami o ścianę, a on pole­ciał w drugą stronę i sto­czył się nie­zdar­nie ze scho­dów. Sekundę póź­niej leżał bez­wład­nie na pod­ło­dze przed­sionka.

Kate zbie­gła za nim. Miał zamknięte oczy i usta wykrzy­wione w bólu. Prze­szła nad jego bez­wład­nym cia­łem i otwo­rzyła drzwi na ulicę. Nie sta­wiał oporu, kiedy wzięła go pod pachy i zaczęła wycią­gać z miesz­ka­nia. Był ciężki, ale nie miała dużo do przej­ścia. Dopiero kiedy ude­rzył bio­drami o stop­nie werandy, zdał sobie sprawę, co się dzieje.

-?Eeeej -?jęk­nął i cały zesztyw­niał.

Upu­ściła go.

Ude­rzył głową o płytę chod­nika, ale jego okrzyk nie zatrzy­mał Kate, która bie­gła już z powro­tem do wej­ścia. Zamknęła za sobą drzwi i oparła się o nie ple­cami, chwy­ta­jąc łap­czy­wie powie­trze. Mię­śnie jej rąk i bar­ków wyły z bólu.

Przez dłuż­szą chwilę na zewnątrz było cicho. W końcu usły­szała jego jęki i prze­kleń­stwa.

-?Kurwa! -?zawył. -?Co za suka!

Zro­bił parę kro­ków w kie­runku werandy.

-?Jak wejdę na górę, a ty na­dal tu będziesz, dzwo­nię na poli­cję! - zawo­łała.

Owi­nęła się moc­niej szla­fro­kiem i wbie­gła na pię­tro.

Trzy­ma­jąc się bli­sko ścian, pode­szła do okna i wyj­rzała na ulicę. Paul stał przed furtką, pocie­rał dło­nią tył głowy i gapił się na drzwi wej­ściowe. Potem pod­niósł wzrok. Kate cof­nęła się gwał­tow­nie, ale nie wyglą­dało na to, żeby ją zoba­czył. W końcu się odwró­cił i poszedł.

Kate go obser­wo­wała, aż znik­nął jej z oczu. Wtedy zeszło z niej napię­cie. Nogi się pod nią ugięły i ledwo zdo­łała dojść do naj­bliż­szego krze­sła. Cała się trzę­sła.

Na dźwięk dzwonka do drzwi aż pod­sko­czyła. Boże, co znowu? Ostroż­nie pode­szła do okna, ale nikogo nie widziała. Ten, kto zadzwo­nił, musiał stać na weran­dzie. Zawa­hała się, ale w końcu zeszła na dół. W poło­wie scho­dów pra­wie się potknęła, sły­sząc drugi dzwo­nek. Otwo­rzyła drzwi miesz­ka­nia. W zapa­da­ją­cym zmroku syl­wetka czło­wieka za matową szybą była jesz­cze wyraź­niej­sza niż poprzed­nio.

Zapy­tała łamią­cym się gło­sem:

-?Kto tam?

-?Tak­sówka. Nazwi­sko: Powell.

To nie był głos Paula i Kate z ulgą oparła głowę o ścianę. Była o krok od powie­dze­nia tak­sów­ka­rzowi, że zmie­niła zda­nie, tak silną czuła potrzebę zamknię­cia się w domu i scho­wa­nia pod koł­drą.

-?Dzie­sięć minut, dobrze? -?zawo­łała i wbie­gła na górę, żeby się ubrać.

2

Dziew­czynka prze­gry­wała walkę ze snem. Powieki jej cią­żyły, pró­bo­wała je otwo­rzyć, ale znów opa­dły. Tym razem już ich nie pod­nio­sła. Kate odcze­kała chwilę, upew­nia­jąc się, że Emily śpi, po czym zamknęła książkę i wstała. Mała wyczuła ruch mate­raca, prze­krę­ciła się na bok i zanur­ko­wała pod koł­drę tak, że widać było tylko kępkę jej jasnych wło­sów.

Kate po cichu odło­żyła książkę na półkę. Na łóżku obok młod­szy o dwa lata brat Emily leżał na ple­cach w bez­tro­skiej pozie, roz­ko­paw­szy pościel. Kate go przy­kryła i zga­siła świa­tło. W sypialni został już tylko sła­biutki blask noc­nej lampki z Myszką Miki.

Dzieci posa­py­wały cichutko w pół­mroku. Kate była wnie­bo­wzięta, kiedy oboje zażą­dali, żeby to ona poło­żyła ich do łóżek. Naj­pierw Angus, pół godziny póź­niej jego sio­strzyczka. Patrząc teraz, jak oboje śpią, poczuła przy­pływ miło­ści. Deli­kat­nie zamknęła drzwi ich pokoju i zeszła na dół.

Ich dom był roz­la­tu­jącą się, wol­no­sto­jącą willą w Fin­chley, z wyso­kimi sufi­tami, porę­czami z maho­niu i małym ogro­dem, który Lucy nazy­wała dżun­glą. Farba na sufi­tach odpa­dała, a porę­cze trzesz­czały, ale i tak było tu lepiej niż w cia­snej, zim­nej norze, w któ­rej Lucy i Jack miesz­kali wcze­śniej. Dom dostali kilka lat temu w spadku po ciotce i do dzi­siaj nie roz­pa­ko­wali wszyst­kich rze­czy. Zabawki, papiery i ubra­nia leżały na krze­słach, pod­ło­dze i na kalo­ry­fe­rach. Kate zawsze żało­wała, że nie wycho­wy­wała się w takim domu. Zro­biła krok nad rower­kiem leżą­cym na boku na dole scho­dów i prze­ci­snęła się obok sterty pudeł, które stały pod ścianą. Jack pro­wa­dził swoją małą firmę wydaw­ni­czo-dru­kar­ską w prze­ro­bio­nym garażu, ale jego rze­czy walały się po całym par­te­rze.

Lucy dokła­dała drewno do kominka. Zamknęła drzwiczki nogą i wytarła dło­nie w szmatę. Sły­sząc Kate, pod­nio­sła wzrok. Miała nie­zwy­kle żywe oczy. Nie­bie­skie, pra­wie fio­le­towe.

-?Zasnęła?

-?Jak kamień.

-?Powin­naś czę­ściej przy­cho­dzić. Przy tobie są takie grzeczne.

Kate się uśmiech­nęła i usia­dła na pod­ło­dze. Polana przy­gnio­tły ogień, ale pło­mie­nie zaczęły już migo­tać za szybą. Salon był duży i prze­wiewny, więc Lucy i Jack palili w kominku codzien­nie, z wyjąt­kiem naj­go­ręt­szych nocy. Kate pod­wi­nęła nogi i oparła się o kanapę. Na sto­liku przed nią leżały resztki chińsz­czy­zny z dostawy, sma­żony ryż i maka­ron zasty­gały w pla­sti­ko­wych pojem­ni­kach. Mię­dzy nimi stała opróż­niona do połowy butelka bia­łego wina.

Lucy odgar­nęła z czoła kosmyk wło­sów i usia­dła obok Kate. Wzięła do ręki zimną kre­wetkę.

-?Wie­dzia­łam, że powin­nam była to posprzą­tać -?powie­działa. -?Do jutra utyję ze trzy kilo.

-?Możesz ze mną cho­dzić na siłow­nię.

-?Nie, dzię­kuję. Gdyby Bóg chciał, żeby kobiety były szczu­płe, nie stwo­rzyłby cze­ko­lady. -?Wło­żyła sobie do ust kolejną kre­wetkę. -?Zresztą pamię­taj, co się stało, jak ostatni raz odwie­dzi­łam siłow­nię. Pozna­łam Jacka.

Kate nalała im obu wię­cej wina. Zro­biła się śpiąca i było jej dobrze. Znała Lucy od sied­miu lat, ale wyda­wało się jej, że ich przy­jaźń trwa znacz­nie dłu­żej. Lucy pra­co­wała jako recep­cjo­nistka w agen­cji PR, w któ­rej Kate dostała swoją pierw­szą pracę, a w któ­rej dyrek­to­rem mar­ke­tingu był Paul Suther­land. Jej szczu­pła syl­wetka i upodo­ba­nie do cia­snych stro­jów przy­ku­wały uwagę męż­czyzn. Dwójka dzieci i sła­bość do sło­dy­czy wszystko zmie­niły, ale jeśli Lucy tego żało­wała, to nie dawała tego po sobie poznać. Cza­sem Kate jej zazdro­ściła. A wła­ści­wie czę­sto.

Lucy obli­zała palce.

-?Czyli co, nie pój­dziesz na poli­cję?

-?Chyba nie ma po co. Mie­liby tylko moje słowo prze­ciwko jego. -?Kate się­gnęła po kie­li­szek. -?Poza tym nic się w końcu nie stało.

-?Bo go powstrzy­ma­łaś. Skąd wiesz, że nie spró­buje jesz­cze raz?

-?Będę ostroż­niej­sza. Ale wąt­pię, żeby pró­bo­wał. Był pijany i wku­rzony, że nie wygrał prze­targu. Chyba nawet on nie zrobi z tego wiel­kiej afery. Nie wyobra­żam sobie, żeby był aż tak głupi.

Lucy zachi­cho­tała.

-?A ja ow­szem.

Kate tego nie sko­men­to­wała. Lucy od samego początku ostrze­gała ją przed Pau­lem, ale ona nie słu­chała.

-?To co teraz, jak już wygra­łaś ten prze­targ? Zaj­miesz się sobą i będziesz tro­chę mniej pra­co­wała?

-?Faj­nie by było. Ale wła­śnie teraz zacznie się harówa.

Lucy zło­wiła jesz­cze jedną kre­wetkę.

-?W takim razie dele­guj. Zawsze chwa­lisz Clive'a za jego pracę.

-?Bo jest świetny, ale nie mogę zwa­lić wszyst­kiego na jego barki.

-?Więc będziesz wszystko robić sama, aż dosta­niesz... -?prze­rwała. -?Aż pad­niesz z wycień­cze­nia.

Pło­mie­nie obej­mo­wały zwę­glone drewno, ogień zaczął pło­nąć na dobre. Kate patrzyła w komi­nek.

-?Lubię pra­co­wać -?powie­działa.

-?To nie zna­czy, że nie możesz mieć też życia towa­rzy­skiego.

-?A nie mam?

Lucy par­sk­nęła.

-?Cho­dzisz na siłow­nię. Ja mam na myśli wycho­dze­nie do ludzi.

Kate potarła dło­nią kark. Kolejny ból głowy zapo­wia­dał swoje rychłe nadej­ście.

-?Już daj spo­kój.

-?Wybacz, Kate, ale nie mogę stać i patrzeć, jak zapra­co­wu­jesz się na śmierć. -?Ogień z kominka nada­wał jej wło­som czer­wo­na­wego bla­sku. - Wiem, że nie­ła­two jest pro­wa­dzić firmę. Jack też haruje jak wół. Ale musisz mieć jakieś życie poza biu­rem.

Zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie oczy Kate zaszły łzami. Zamru­gała i odwró­ciła głowę.

-?Kate? Co się dzieje?

-?Nic, nic.

Lucy ode­rwała i podała jej kawa­łek bułki.

-?Nie­prawda, że nic. Cały wie­czór masz jakiś dziwny nastrój. - Pocze­kała, aż Kate wydmu­cha nos. -?Cho­dzi o to, co zro­bił Paul?

-?Nie. Po pro­stu jestem głu­pia i tyle.

Lucy spoj­rzała na nią zdzi­wiona.

-?Naprawdę nie wiem, co mi jest -?cią­gnęła Kate. -?Powin­nam się cie­szyć, ale czuję się... Nie wiem, jak się czuję.

Patrzyła w mil­cze­niu na pło­mie­nie. Znad jed­nego z polan uno­siła się cienka strużka dymu. Kate odwró­ciła wzrok i nie­świa­do­mie potarła dło­nią o rękaw.

-?Potrze­bu­jesz waka­cji -?powie­działa Lucy i wzięła łyk wina.

-?Nie mam czasu.

-?To go znajdź. Wiem, że otwo­rze­nie wła­snej agen­cji było naj­lep­szą decy­zją po tym, co prze­szłaś z Pau­lem, ale praca nie może być całym twoim życiem. Gdy­byś była zado­wo­lona, to jesz­cze pół biedy, ale naj­wy­raź­niej nie jesteś.

-?Mam małego doła, to wszystko.

-?Bła­gam, Kate. Dobrze wiesz, że to nie­prawda. -?Lucy wes­tchnęła i posta­wiła swój kie­li­szek na sto­liku. -?Słu­chaj, nie chcę cię zanu­dzać, ale nie możesz pozwo­lić, żeby jedno przy­kre doświad­cze­nie ode­brało ci chęć do życia. Pora zosta­wić to za sobą i iść do przodu.

-?Prze­cież zosta­wi­łam.

-?Nie­prawda. Zanim pozna­łaś Paula, cią­gle gdzieś wycho­dzi­łaś, ale od tam­tej pory kom­plet­nie się odcię­łaś od świata.

Kate wzru­szyła ramio­nami.

-?Ludzie cza­sem tracą kon­takt ze zna­jo­mymi.

-?Jeśli sobie na to pozwa­lają. Ilu oso­bom powie­dzia­łaś o swoim nowym miesz­ka­niu? Założę się, że więk­szość nie ma poję­cia, gdzie teraz miesz­kasz. -?Lucy cze­kała, aż Kate zaprze­czy, ale ona mil­czała. -?Od roz­sta­nia z Pau­lem nie wyszłaś nawet na drinka z face­tem. To już ponad trzy lata.

-?Nie pozna­łam żad­nego, z któ­rym bym chciała.

-?Bo nie pró­bo­wa­łaś. Widzę, jaka jesteś, kiedy razem wycho­dzimy. Wysy­łasz sygnał "nie doty­kaj".

-?To co mam robić? Roz­kła­dać nogi dla każ­dego napo­tka­nego faceta?

-?Nie, ale zakon­nicy też nie musisz odgry­wać. Powiedz szcze­rze. Naprawdę nie bra­kuje ci seksu?

Kate uni­kała jej wzroku.

-?Nie zasta­na­wiam się nad tym.

-?To nie jest szczera odpo­wiedź.

-?No dobra: nie­spe­cjal­nie, nie. Zado­wo­lona?

-?W takim razie coś jest z tobą nie tak. -?Lucy pod­nio­sła kie­li­szek do ust, ale nagle przy­szedł jej do głowy kolejny argu­ment. -?Wiem, że nie­któ­rym kobie­tom pasuje sta­wia­nie pracy na pierw­szym miej­scu, ale nie wie­rzę, że jesteś jedną z nich. Poza tym czas mija.

-?Dzięki.

-?A co, nie mam racji? Za rok koń­czysz trzy­dzie­ści cztery lata. Możesz się uwa­żać za wyjąt­kową, ale twój zegar bio­lo­giczny tyka w takim samym tem­pie jak u wszyst­kich. Nie uwa­żasz, że powin­naś zacząć myśleć o zało­że­niu rodziny i...

-?Bła­gam!

Kate wylała tro­chę wina, sta­wia­jąc kie­li­szek na sto­liku.

-?Wysłu­chaj mnie do...

-?Nie muszę słu­chać. Wiem dokład­nie, co powiesz. Powin­nam wyjść za mąż, ustat­ko­wać się i zamiesz­kać w kuchni. Wybacz, ale ja tak nie uwa­żam. Może ty jesteś szczę­śliwa w takiej roli, ale dla mnie życie to tro­chę wię­cej!

Zasko­czył ją jej wła­sny gniew. Lucy patrzyła na nią przez chwilę, po czym pod­cią­gnęła kolana do piersi i wbiła wzrok w komi­nek.

-?Może masz rację, ale to nie ja mam łzy w oczach.

Pło­mie­nie trza­skały w ciszy.

-?Prze­pra­szam -?ode­zwała się Kate. -?Nie to chcia­łam powie­dzieć.

-?Nic nie szko­dzi -?odparła Lucy. -?Ja powie­dzia­łam dokład­nie to, co chcia­łam. Możesz tupać nogami i krzy­czeć, że nie masz ochoty na zwią­zek i nie zamie­rzasz się ustat­ko­wać, ale ja widzę, jaka jesteś przy Angu­sie i Emily, więc nie pró­buj mi wmó­wić, że nie chcesz mieć dzieci, bo i tak ci nie uwie­rzę.

Kate chciała zapro­te­sto­wać, ale nie przy­cho­dziła jej do głowy żadna linia obrony. Lucy przy­tak­nęła, jakby uznała to za dowód swo­jej racji, ale zanim mogła cokol­wiek dodać, z holu dobiegł dźwięk otwie­ra­nego zamka w drzwiach.

-?Naj­wy­raź­niej spo­tka­nie skoń­czyło się przed cza­sem -?powie­działa Lucy. Pochy­liła się i poło­żyła dłoń na kola­nie Kate. -?Cho­dzi mi tylko o to, żebyś zadała sobie pyta­nie, czego naprawdę pra­gniesz. A potem coś z tym zrób.

Rzu­ciła przy­ja­ciółce surowe spoj­rze­nie i wstała, sły­sząc zbli­ża­jące się kroki. Kate wzięła do ręki kawa­łek bułki.

-?Mam czer­wone oczy?

Lucy się prze­cią­gnęła, wykrę­ca­jąc ręce nad głową.

-?Nie, zresztą nie przej­mo­wa­ła­bym się -?powie­działa i ziew­nęła. -?Po paru głęb­szych Jack nie zauwa­żyłby nawet, gdy­byś sie­działa tu na golasa.

Drzwi do salonu się otwo­rzyły i do pokoju wszedł zwa­li­sty męż­czy­zna z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy. Jego czarne włosy były gęst­sze na rękach niż na gło­wie. Nachy­lił się, żeby poca­ło­wać Lucy.

-?Wszystko dobrze? Czo­łem, Kate.

Kate się do niego uśmiech­nęła, a on zaglą­dał po kolei do pustych pojem­ni­ków po jedze­niu, masu­jąc się po wydat­nym brzu­chu. Wresz­cie usiadł na fotelu za ple­cami Lucy, która oparła się o jego nogi.

-?Jak poszło spo­tka­nie?

-?Nie­źle. Gavin ma nowy zbiór poezji i chce go wydać. Sally wymy­śliła nowy sys­tem dys­try­bu­cji...

Kate prze­stała słu­chać. Mimo że prze­by­wa­nie w towa­rzy­stwie Jacka i Lucy było dla niej jak wło­że­nie wygod­nych kapci, wie­działa, że nie­długo sobie pój­dzie. Przy­gnę­biała ją myśl o powro­cie do pustego miesz­ka­nia, ale w takich sytu­acjach jak ta cza­sem czuła się jak wyrzu­tek, dodat­kowe nakry­cie przy stole peł­nym gości.

Gapiła się w ogień, a dookoła nio­sły się odgłosy roz­mowy Lucy i Jacka. Jakiś węgie­lek gło­śno trza­snął, a pło­mie­nie tań­czyły i drgały, przy­bie­ra­jąc kształty, któ­rych Kate nie potra­fiła roz­po­znać.

3

Ilekroć póź­niej wra­cała myślami do tego dnia, zasta­na­wiała się, co by było, gdyby nie natknęła się na to cza­so­pi­smo. Redwood znów zadzwo­nił, żeby omó­wić zmiany w kam­pa­nii. Dwa tygo­dnie po roz­strzy­gnię­ciu prze­targu wciąż prze­ka­zy­wał jej swoje uwagi. Kiedy wresz­cie się roz­łą­czył, Kate była wyczer­pana. Otwo­rzyła teczkę z mate­ria­łami na temat Par­ker Trust, patrzyła na nie przez chwilę, wresz­cie rzu­ciła je na biurko i opa­dła na opar­cie krze­sła.

Chrza­nić to.

Zeszła do kuchni w piw­nicy i zamiast kawy tym razem posta­no­wiła zapa­rzyć sobie her­batę. Czaj­nik był wypeł­niony do połowy. Kate go włą­czyła i wrzu­ciła torebkę her­baty do kubka. Na bla­cie leżał egzem­plarz "Cosmo­po­li­tana". Nie myśląc, wzięła go do ręki. Błysz­cząca okładka rekla­mo­wała stan­dar­dową mie­szankę wywia­dów z gwiaz­dami i porad sek­su­al­nych. Jedno z haseł pytało: "Komu są potrzebni męż­czyźni?", a pod spodem, mniej­szymi lite­rami: "Zapłod­nie­nie przez dawcę: macie­rzyń­stwo przy­szło­ści?". Kate prze­wer­to­wała numer.

I zaczęła czy­tać.

Po chwili czaj­nik buch­nął parą i sam się wyłą­czył, ale ona nawet nie drgnęła. Stała z bio­drem opar­tym o blat, nie­ru­chomo, chyba że prze­wra­cała stronę. Poza tym ruszały się tylko jej oczy. W pew­nym momen­cie cof­nęła się, żeby prze­czy­tać jesz­cze raz aka­pit z poprzed­niej strony. Zatrzy­mała się nad nim, ale w końcu wró­ciła do lek­tury w miej­scu, w któ­rym prze­rwała. Wła­śnie prze­wra­cała kartkę, kiedy ktoś otwo­rzył drzwi.

Kate pode­rwała głowę, w progu stała Jose­fina. Hisz­panka trzy­mała w dłoni pusty kubek i uśmie­chała się ner­wowo.

-?Nie chcia­łam cię prze­stra­szyć.

-?Nie prze­stra­szy­łaś. Robi­łam sobie her­batę.

Spe­szona odwró­ciła się w stronę czaj­nika i zoba­czyła, że był wyłą­czony. Jesz­cze raz naci­snęła guzik, a Jose­fina pode­szła do zlewu. Kate widziała kątem oka, że dziew­czyna spo­gląda na cza­so­pi­smo, więc pośpiesz­nie je zamknęła.

-?Prze­pra­szam. To twoje?

Jose­fina odgar­nęła z twa­rzy gęste włosy.

-?Tak, ale nie szko­dzi. Możesz prze­czy­tać.

-?Już skoń­czy­łam, dzięki.

Kate poło­żyła pismo na bla­cie, a Jose­fina nalała wody do dzbanka na kawę. W uśmie­chu dziew­czyny nie było zło­śli­wo­ści -?powie­działa sobie. Niby czemu mia­łaby z niej drwić? W końcu nie było nic złego w czy­ta­niu kolo­ro­wego cza­so­pi­sma. Ale w takim razie dla­czego cała się rumie­niła?

Woda zawrzała. Kate zajęła się zale­wa­niem torebki w kubku.

Po dro­dze do domu kupiła w kio­sku egzem­plarz "Cosmo­po­li­tana".

Kiedy Kate dotarła do kawiarni, Lucy już na nią cze­kała. Była pora lun­chu i knajpa pękała w szwach, ale Lucy udało się zna­leźć sto­lik na chod­niku, pod czer­woną mar­kizą. Miała włosy odgar­nięte oku­la­rami sło­necz­nymi i aku­rat flir­to­wała z kel­ne­rem. Chło­pak odszedł z sze­ro­kim uśmie­chem na twa­rzy.

Kate odsu­nęła krze­sło i usia­dła. Pla­stik był nagrzany słoń­cem.

-?Nie prze­szka­dzam?

Lucy wzru­szyła ramio­nami.

-?Drobne przy­jem­no­ści. Za godzinę muszę ode­brać dzie­ciaki z szopki.

Otwo­rzyły karty dań. Kate zamó­wiła sałatkę grecką, nawet nie patrząc, co ma do wyboru. Lucy wzięła musakę i dzię­ku­jąc kel­ne­rowi, rzu­ciła mu jesz­cze jeden uśmiech. Zabrał karty zręcz­nym gestem. Lucy odpro­wa­dziła go wzro­kiem.

-?Zauwa­ży­łaś, że Grecy mają cudowne tyłki? -?Spoj­rzała na Kate i wes­tchnęła. -?Zasko­czy­łaś mnie. Nie sądzi­łam, że się jesz­cze zoba­czymy po tym, jak dosta­łaś to zle­ce­nie. Jak ci idzie?

-?Nie pytaj.

Lucy posłu­chała. Zresztą bar­dziej ją inte­re­so­wało zda­nie rela­cji ze swo­jej kłótni z Jac­kiem na temat kupna nowego sprzętu do jego firmy. Kate nakrę­cała jej mono­log, pota­ku­jąc i uśmie­cha­jąc się od czasu do czasu, ale więk­szość wyla­ty­wała jej dru­gim uchem. Tro­chę dalej grupa robot­ni­ków roz­ko­py­wała jezd­nię. Poli­cjant zatrzy­mał samo­chód i spi­sy­wał jego numery reje­stra­cyjne. Parę metrów za jego ple­cami męż­czy­zna w łach­ma­nach grze­bał w koszu na śmieci. Kate patrzyła, ale nie widziała. Spoj­rzała z powro­tem na Lucy i spró­bo­wała się sku­pić. Chwilę póź­niej zorien­to­wała się, że owija palec ser­wetką, roz­kłada ją i znowu zawią­zuje na palcu. Zmu­siła się, żeby prze­stać.

Tym­cza­sem kel­ner posta­wił ich dania na stole. Kate dłu­bała bez ape­tytu w ocie­ka­ją­cej oliwą sałatce z bia­łymi kost­kami fety. Nagle zdała sobie sprawę, że Lucy patrzy na nią z wycze­ku­ją­cym wyra­zem twa­rzy.

-?Słu­cham?

-?Pytam, jak sałatka. Te bakła­żany są prze­piękne! Ostat­nio wypró­bo­wa­łam prze­pis na musakę z jakie­goś cza­so­pi­sma i nie wyszła mi tak dobra jak ta.

Kate wyczuła swoją szansę i momen­tal­nie się prze­bu­dziła.

-?Parę dni temu czy­ta­łam arty­kuł -?powie­działa z wystu­dio­wa­nym luzem -?o sztucz­nym zapłod­nie­niu.

-?Tak? I co? -?Lucy nawet nie pod­nio­sła wzroku.

-?Zdzi­wi­łam się, ile kobiet się na to decy­duje.

Lucy miała usta pełne jedze­nia.

-?Kuzynka Jacka to zro­biła. Jej mąż był impo­ten­tem. Jakiś okropny wypa­dek czy coś. Tylko tak mogli mieć dzieci.

Kate tro­chę się uspo­ko­iła.

-?Ale z jego spermą czy od dawcy?

-?Jezu, Kate! Nie przy jedze­niu. -?Lucy wykrzy­wiła twarz. -?Nie znam szcze­gó­łów. Wyemi­gro­wali.

Pochy­liła się znów nad tale­rzem, ale nagle prze­rwała jedze­nie i spoj­rzała na Kate.

-?Czemu tak cię to zain­te­re­so­wało?

Kate zaata­ko­wała sałatkę widel­cem.

-?Nie aż tak. Jakoś nie wiem... Cie­kawy temat.

Dosko­nale wie­działa, że Lucy na­dal nie je. Zapa­dła cisza, w któ­rej Kate sku­piała całą uwagę na swoim tale­rzu. W końcu Lucy się ode­zwała.

-?Nie!

-?Co "nie"?

-?Nie myślisz o tym.

Kate spró­bo­wała par­sk­nąć śmie­chem.

-?Ja? Nie żar­tuj.

-?Tak, tak! Chcesz to zro­bić!

-?Abso­lut­nie nie! -?Chciała spoj­rzeć Lucy w oczy, ale nie potra­fiła. -?W każ­dym razie nie jakoś na serio. Po pro­stu wiesz... Ej, prze­stań się tak na mnie gapić.

-?Wybacz, ale tro­chę mnie zszo­ko­wa­łaś. -?Lucy odło­żyła sztućce i zapo­mniała o musace. -?Skąd ten pomysł? Chyba nie przez to, co ci ostat­nio naga­da­łam?

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki