NOC Z 14 NA 15 SIERPNIA 1990 ROKU
to dźwięk owadów doprowadził ratowników na
miejsce, głuche bzyczenie tysięcy wysysających krew skrzydlatych
natrętów. Moskitierę, mającą chronić dziecko przed owadami, porwał
wiatr. Koc, którym było okryte, leżał obok nosidła, skarpetka z prawej
nóżki zsunęła się. Komary, gzy i wszelakiego rodzaju muszki, wszystkie
skorzystały z okazji, jaką okazało się niemowlę, i wspólnie, i nieubłaganie ruszyły do ataku. Mała twarzyczka była spuchnięta do
niepoznania, niebieskoczerwona i cała w ranach, oczka zamknięte. Rączki
i nóżki spuchnięte, grube jak maczugi. Mrówki pełzały po ustach
maleństwa.
Dziecko już dawno przestało płakać.
Uznano, że nie żyje, wszystko inne wydawało się nieprawdopodobne, ale
kiedy Petersson, przewodnik psów, podniósł niemowlę, usłyszał ciche
kwilenie.
Uznano to za cud.
Karetka na sygnale przewiozła dziecko do szpitala w Stenträsk.
Dyżurujący lekarz szybko je zbadał. Dziewczynka była odwodniona i mocno
wychłodzona, w stanie krytycznym, ale nie było zagrożenia życia.
Usunięto wszystkie owady, owinięto dziecko kocem, by je ogrzać, podano
kroplówkę i butelkę z mlekiem, a także niewielką dawkę kortyzonu, by
złagodzić swędzenie po ukąszeniach.
Pewne ryzyko nadal istniało, ale nie było duże, tak przynajmniej wówczas
stwierdzono. Być może pozostaną blizny po niektórych ukąszeniach.
Czteromiesięczne dziecko nie będzie pamiętać zdarzenia. Na początku lat
dziewięćdziesiątych tak uważano, zresztą do dzisiaj jest to dość
powszechne przekonanie.
W nocy świecił księżyc, widać było gwiazdy, nad bagnem snuły się mgły.
Cienie były głębokie, niebieskie.
Około trzeciej nad ranem pojawiły się pierwsze oznaki szarego świtu. Za
dobrą godzinę słońce ukaże się nad horyzontem, ale już teraz pojawiały
się pierwsze przebłyski, co oczywiście ułatwiło poszukiwania matki
dziewczynki, dwudziestosiedmioletniej Heleny Stormberg. Po znalezieniu
dziecka skupiono się na północno-zachodniej części mokradeł.
Dziewczynka leżała w jasnozielonym nosidełku marki BabyBjörn, rodzaju
niewielkiego hamaka z rączką, popularnego w latach dziewięćdziesiątych.
Obok stał wyplatany z trzciny kosz wypełniony do połowy moroszkami.
Charlie, pies policyjny, najlepszy w całym okręgu, szybko znalazł ślady
kobiety obok kosza. Zakręcały, krążyły, prowadziły przez kępy traw,
wokół krzaków, najwyraźniej kobieta przez dłuższy czas zbierała tu
moroszki. W końcu pies znalazł trop, który odróżniał się od innych.
Prowadził prosto na mokradła. Opiekun psa, inspektor policji z Pitholmu,
który nosił nazwisko Petersson, miał problemy, żeby nadążyć za psem.
Cztery czy pięć razy grzązł w bagnie, zanim Charlie w końcu zatrzymał
się na końcu mokradeł. I tam, kilkaset metrów od koszyka z moroszkami i niemowlęcia, przestał węszyć.
Na gładkiej jak lustro powierzchni mokradeł, które otaczały miejsce,
pojawiło się kilka pluskwiaków wodnych. Poza tym nie było tu żadnych
śladów żywych stworzeń, czy to ludzi, czy zwierząt. Sylwetki
poskręcanych przez wiatr sosen odbijały się od szarobrunatnej wody w niczym niezakłóconej ciszy.
Helenę Stormberg pochłonęła ziemia, w dosłownym tego słowa znaczeniu.
Ratownicy uświadomili to sobie w chwili, gdy słońce wyłoniło się zza gór
na północnym wschodzie. Wszyscy dorastali, słuchając opowieści o ludziach, których pochłonęły okoliczne bagna, a którzy potem nocami
snuli się w oparach mgieł, zawodząc i wyjąc wśród skalnych szczelin i sosen. To mieli w głowach ludzie przeczesujący teren w poszukiwaniu
zaginionej kobiety. Świat wokół nich zamarł na kilka chwil, jakby ptaki
i bagienne ropuchy nagle zgodnie wstrzymały oddech, nawet podmuchy
wiatru ustały.
Po chwili świat zabarwił się na żółto i wybuchła istna symfonia
dźwięków: nagle znikąd pojawił się wiatr, prawdziwa wichura, liście
osiki szumiały, bagno buzowało, ptaki radośnie witały światło
nadchodzącego dnia.
Nerwowe poszukiwania trwały nadal, zataczając coraz szersze kręgi,
piętnastego sierpnia o wpół do ósmej rano znaleziono granatową wiatrówkę
Heleny. Wilgotna wisiała na krzaku jałowca na skraju bagna, prawie
kilometr od miejsca, gdzie znaleziono dziecko i kosz z moroszkami. W prawej kieszeni wiatrówki były kluczyki od samochodu i klucze do
mieszkania. W wewnętrznej kieszeni portfel z pieniędzmi, prawo jazdy,
karta bankomatowa i pager.
Nurkowie podjęli poszukiwania mimo trudnych warunków i sporego ryzyka,
ale one także nie dały żadnego rezultatu.
Ciało Heleny Stormberg nie zostało nigdy odnalezione. Nigdy się do
nikogo nie odezwała.
Spoczęła więc na mokradłach wśród mchów, grzybów, alg i porostów.
Niekiedy podobno było słychać, jak śpiewa na bagnie, szczególnie w zamglone noce późnego lata, jak ta, podczas której zaginęła.
Śpiewała kołysanki, tak twierdzono, przezroczyste, w tonacji moll.
PIĄTEK, 21 SIERPNIA 2020 ROKU
TRZYDZIEŚCI LAT PÓŹNIEJ
poczekalnia znajdowała się na drugim piętrze
szpitala w Stenträsk i miała ściany pomalowane na różowo. Nad gzymsem
unosiły się jasnoniebieskie chmury, w niektórych miejscach farba była
nieco rozmazana. Przy odrobinie dobrej woli mogło się wydawać, że chmury
płakały.
W swoim policyjnym mundurze Wiking Stormberg czuł się tu nie na miejscu.
Ale były wakacje i pandemia, musiał więc w każdej chwili być gotowy na
wezwanie. Nie zdążyłby pojechać do domu i się przebrać.
O tym myślał, kiedy siedział tam tego ranka, ostatniego, zanim wszystko
się zaczęło. W drodze powrotnej do pracy postanowił zatrzymać się przy
piekarni Holmdahla i kupić sobie kanapkę z klopsikami, musiał też
przypomnieć Carinie Burstrand, żeby napełniła automat z napojami. Tak
wyglądało jego życie przez ostatnie trzydzieści lat.
Lekarz, pan Chang, przyjął go niemal o wyznaczonej godzinie. Inny
pastelowy kolor na ścianach gabinetu, jasnożółty, a okna wychodziły na
parking. Nad asfaltem unosiła się mokra, szara, ciężka mgła.
- Wczoraj po południu przyszły wyniki biopsji. Niestety nie mam dobrych
wieści - powiedział doktor Chang.
Wiking siedział nieruchomo z rękami skrzyżowanymi na piersi. Nie lubił
szpitali, ale doktor Chang był dobrym człowiekiem i zdolnym lekarzem,
taką przynajmniej cieszył się opinią. Nie należał do tych, którzy często
zmieniają pracę, w Stenträsk pracował już od wielu lat.
- Wyniki pokazują obecność komórek nowotworowych w węzłach chłonnych.
Nie wiemy jeszcze do końca, co to znaczy. Niekiedy nawet jeśli
zaatakowane są węzły chłonne, to źródło nowotworu jest w innym miejscu,
aczkolwiek prawie zawsze gdzieś w pobliżu...
Wiking wpatrywał się w lekarza. Doktor Chang pochodził z Tajwanu, jego
brat też był lekarzem. Musiał przyjechać do Szwecji jako dziecko, bo
jego szwedzki był bez zarzutu.
- Co to znaczy? - spytał. - Zgłosiłem się tu z zapaleniem migdałków...
- Zapalenie migdałków nie ma nic wspólnego z rakiem. Podczas biopsji
znaleźliśmy komórki płaskonabłonkowego raka skóry, to najpowszechniejszy
rodzaj nowotworu występującego w okolicy uszu, nosa i gardła. Potrzebne
są kolejne badania, żeby...
- Chwileczkę - przerwał mu Wiking. - Nie jestem chory. Mam uczucie,
jakby ość stanęła mi w gardle, i czuję się nieco zmęczony...
Lekarz patrzył na niego w milczeniu. Wiking rozglądał się po pokoju,
jakby szukał czegoś, na czym mógłby zatrzymać wzrok. Potrzebował chwili,
żeby ostatnia wiadomość dotarła do niego, a potem cisza i westchnienie
po informacji, że musi zjechać windą na rentgen i pójść na pobranie krwi
do kolejnego testu. I lekki wstyd, że niepotrzebnie zabiera lekarzowi
jego cenny czas. To jednak nie nastąpiło. Tym razem sytuacja była inna,
miał wrażenie, że został wrzucony do głębokiego basenu, a przecież on
nie potrafił pływać.
- Rak płaskonabłonkowy skóry?
- Tak, występuje jedynie w tym miejscu. Atakuje migdałki, ślinianki albo
struny głosowe.
Wiking cofnął krzesło, jakby chciał zdystansować się od tych słów.
Niedowierzanie, głębokie niedowierzanie.
Zgodził się pójść do lekarza, ponieważ Josefin nalegała, bała się, że
może mieć anginę albo zapalenie migdałków, czy jakąś formę długotrwałego
covidu. Pewnie przepiszą antybiotyk lub jakiś suplement.
- To może mieć coś wspólnego z covidem? - spytał.
Lekarz spojrzał na niego spokojnie, rzeczowo.
- Koronawirus nie zamienia się w nowotwór, przynajmniej nic nam o tym
nie wiadomo. Te zmiany ma pan od dawna, może nawet od kilku lat. Na
szczęście jest to rodzaj nowotworu, który poddaje się leczeniu. Rozwija
się co prawda powoli, ale proponuję rozpocząć badania tak szybko, jak to
będzie możliwe.
Wiking spojrzał na parking. Kiedyś uprawiał tam seks, w starym golfie
Karin, jego matki.
- Powiedział pan, że występuje "w okolicy". Co to znaczy?
- To nie jest lokalizacja pierwotna ogniska choroby. To ją musimy teraz
znaleźć. Dlatego konieczna jest jak najszybsza operacja. Usuniemy
migdałki i sprawdzimy, czy to nie one są ogniskiem nowotworu. Umówiłem
pana na zabieg na chirurgii w Sunderbyn na trzydziestego pierwszego
sierpnia.
Boże drogi, nie miał na to czasu.
- Na chirurgii? Za dziesięć dni?
- Zrobimy szereg biopsji. Poza poszukiwaniem pierwotnego ogniska choroby
sprawdzimy też, czy nowotwór nie rozprzestrzenił się w pana organizmie,
czy przeszedł na prawą stronę i czy są metastazy. Potem dostanie pan
zwolnienie.
To brzmiało rozsądnie. Wiking pokiwał głową.
- Jak długie?
- To zależy od tego, co znajdziemy. Myślę, że na mniej więcej rok.
Wiking wpatrywał się w lekarza.
- R o k?
- Mamy opracowane strategie dalszego postępowania - poinformował go
lekarz. - W szpitalu w Sunderbyn przejdzie pan szereg badań, następnie
pana przypadek zostanie omówiony na konferencji medycznej w Ume?. Dalsze
postępowanie zależeć będzie od tego, co znajdziemy.
Opracowane strategie. Konferencja lekarska. Nie on pierwszy otrzymał
taką diagnozę i nie jemu pierwszemu przekazano ją w tym gabinecie. Może
nawet nie był pierwszym pacjentem dzisiaj, który otrzymał takie wyniki.
A mimo to miał takie wrażenie. Że jest wyjątkowy. Dotknęła go choroba.
Nie należał do osób chorujących na nowotwory.
- Jakie są inne możliwości? - spytał, starając się, by jego głos brzmiał
rzeczowo. - Jakie narzędzia macie w zanadrzu?
- Rozważamy naświetlania, żeby zabić komórki rakowe, i chirurgię.
Wikingowi zakręciło się w głowie. To nie działo się naprawdę.
Proponowali mu naświetlania, jak rzeczywistemu pacjentowi.
- To coś poważnego? Umrę?
Powiedział to żartem, dając lekarzowi szansę na cofnięcie tych
brutalnych słów. Oczekiwał, że lekarz się roześmieje, poklepie go po
ramieniu i wypuści z gabinetu.
Ale lekarzowi nie było do śmiechu.
- Mam nadzieję, że nie - powiedział tylko.
Wiking pojechał do komisariatu, ale cały czas miał wrażenie, że unosi
się w powietrzu. Zapomniał o kanapce i napoju, minął recepcję, nie
zajrzał nawet do kuchni, z nikim się nie przywitał. Wszedł do swojego
pokoju i zamknął za sobą drzwi.
Nie, nie będzie guglował. Nie dlatego, że miał skłonności do
hipochondrii, tylko wiedział, że nie należy tego robić.
Właśnie uruchomił przeglądarkę w komputerze i wpisał do wyszukiwarki RAK
PŁASKONABŁONKOWY SKÓRY, kiedy do pokoju weszła Carina Burstrand, bez
pukania, jak zwykle. Zamknął stronę internetową.
- Włamanie - oznajmiła, kładąc mu na biurku kartkę z odręcznymi
notatkami. Stała i czekała. Kiedy Wiking przez dłuższą chwilę nie
sięgnął po nią, położyła na niej rękę. Zdecydowanie.
- U Johana Björkmana, w P?lberget - powiedziała.
Wiking spojrzał na nią, litości. Björkman był myśliwym, należał też do
obrony terytorialnej.
- Skradziono broń?
- Wszystką - powiedziała Carina i wyszła.
Wiking wstał, przeszedł przez korytarz do pokoju kolegi, Rolanda
Larssona. Musi natychmiast powiadomić ludzi o swojej chorobie. Koledzy i szefostwo w Lule? muszą znaleźć kogoś na zastępstwo. Na rok? Wydawało mu
się to nieprawdopodobne.
Roland spojrzał na niego, gdy wszedł do niego do pokoju.
- Weź ze sobą wszystkie narzędzia, które posiadasz - powiedział Wiking.
- Skradziono cały arsenał broni.
Roland Larsson był miejscowym śledczym. Zwykle radzili sobie z przestępstwami, do których dochodziło tu, w Stenträsk: włamania,
pobicia, szkody. Morderstwa i przestępstwa o charakterze terrorystycznym
wymagały wsparcia ze strony Lule?, ale większość spraw załatwiali we
własnym zakresie. Kolega natychmiast zaczął pakować swoją wielką torbę
podręczną.
Pojechali każdy swoim radiowozem. Wiking jechał pierwszy, minęli Gransel
i ruszyli w kierunku P?lberget. Właściwie była to wioska, kilka
gospodarstw wzdłuż szosy w kierunku K?taforsen. Johan Björkman, który
padł ofiarą włamania, był dobrym przyjacielem Markusa, w liceum chodzili
do równoległych klas, a potem pracowali razem w bazie wojskowej.
Björkman kupił dom od rodziców, kiedy ci zmęczyli się odśnieżaniem.
Ludzie plotkowali, że starsi państwo zamieszkali w mieszkaniu niedaleko
Boden, gdzie nie czuli się dobrze, ale Wiking nie potrafił powiedzieć,
ile było w tym prawdy.
Teraz nowy właściciel domu stał na podwórzu i wyglądał na
zdezorientowanego. Drzwi do domu były otwarte na oścież, w przedsionku
stały dwie walizki, był też pies.
- Wszedłem w skarpetach - powiedział mężczyzna, wskazując głową na dom.
Przywitali się, stukając łokciami, panował covid. Wiking nadstawił swój
łokieć, cholernie głupio się z tym czuł. Nawet w czasie pandemii.
- Zniknęła skrzynia z bronią - powiedział Björkman.
Razem z Rolandem okrążyli szybko dom, stwierdzając, że większość rzeczy
jest nienaruszona, z wyjątkiem garderoby. Ubrania, które tam wisiały,
zostały rzucone na łóżko. Pomieszczenie było puste, został tylko wieszak
z krawatami i kłaki kurzu, w miejscu, w którym stała skrzynia. Ważyła
ponad 150 kilogramów, więc nie musiała być przytwierdzona do podłogi.
Usiedli przy stole w kuchni, Wiking notował. Johan Björkman był
wstrząśnięty, blady i spocony. Cały tydzień spędził ze swoją nową
dziewczyną w spa w Pite, a psa zostawił u sąsiadów. Kiedy wrócił dzisiaj
przedpołudniem, odkrył, że drzwi są wyłamane, no i że zniknęła broń. Nie
zostawiał nikomu klucza, żeby podlewał kwiaty czy doglądał domu, w końcu
nie było go tylko tydzień. Do kradzieży musiało dojść między piątkiem 14
sierpnia a piątkiem 23 sierpnia.
Johan Björkman przyniósł skoroszyt, w którym była dokumentacja broni,
wszystkie pozwolenia i opis zabezpieczeń. Podejrzenie Wikinga się
potwierdziło. Nie był to może arsenał, ale prawie.
AK-4, skrzynka z nabojami 7,62 mm zawierająca 8000 nabojów, w tym 80
pocisków smugowych. Pistolet 88, półautomatyczny Glock. To był jego
przydział z obrony terytorialnej. Poza tym zniknął też karabin myśliwski
na jelenie, Sako 8, świeżo zakupiony, potężny. Nieco mniejszy do polowań
na sarny, Sako Vixen 222. Dodatkowo jeszcze stara wiatrówka Husqvarna z kurkiem, kaliber 20.
W powietrzu wisiał deszcz, więc Larsson zaczął od razu szukać śladów,
zarówno na podwórzu, jak i w domu. Cały tydzień wiało i dużo padało,
więc większość już zniknęła, o ile w ogóle jakieś były.
- Ktoś wiedział, że masz w domu broń? - spytał Wiking, chociaż dobrze
znał odpowiedź.
- Wszyscy.
Wiking pokiwał głową. Björkman był dowódcą plutonu obrony cywilnej i przewodniczącym stowarzyszenia myśliwych w Stenträsk. "Wszyscy" o tym
wiedzieli.
- Rozmawiałeś z kimś ostatnio o tej broni?
- Wiosną kupiłem sztucer w Arjeplog. Markus i Emil strzelali z niego,
ale poza tym z nikim o tym nie rozmawiałem...
Markus i Emil należeli do stowarzyszenia myśliwych, poza tym byli
kolegami z bazy.
- Zauważyłeś ostatnio jakieś nieznane ci osoby czy samochody w pobliżu
domu?
- Nie.
Wiking stanął w rozkroku przed Björkmanem.
- Johan, powiedz mi, czy w tej skrzyni było coś jeszcze? Poza bronią?
Coś, o czym powinniśmy wiedzieć?
Mężczyzna wyglądał na zdziwionego.
- Co masz na myśli?
- Zastanawiam się, czy nie schowałeś czegoś jeszcze do skrzyni z bronią?
Coś, co nie chciałeś, żeby...
- Co to mogłoby być?
Wiking wpatrywał się w niego przez kilka sekund, ale mężczyzna nie
uciekł wzrokiem. Zostawił więc gospodarstwo Rolandowi i jego metodycznym
działaniom, a sam ruszył do sąsiednich domów wypytać ich mieszkańców.
Żaden z budynków nie leżał na tyle blisko, żeby widać było z niego dom
Björkmana. Dwa starsze małżeństwa zastali w domu, i jeszcze kobietę,
która zajmowała się projektowaniem tkanin. Nikt z nich nic nie widział,
ale jego pytania wszystkich wyraźnie przeraziły. Postanowiono, że w przyszłości trzeba będzie we wsi założyć alarmy.
Kiedy Wiking wracał do komisariatu, zaczął znów padać deszcz. Pierwotnie
tego nie planował, jednak kiedy dotarł do szosy odchodzącej w kierunku
mokradeł, skręcił w nią. Jechał jakiś czas wąską drogą przez las, aż
dotarł do nawrotki w północno-zachodniej części lasu. Zaparkował
dokładnie w miejscu, w którym Helena zostawiła swój samochód tamtego
dnia. Trzydzieści lat i siedem dni temu. Wyłączył silnik, ale nie
wysiadł z samochodu. Deszcz siekł zawzięcie o blaszany dach. Szyby
zaparowały.
Przyjeżdżał tu w każdą rocznicę, chociaż obiecał sobie, że nie będzie
tego robić. Jego przyjaciel z czasu studiów w Szkole Policyjnej w Sörentorp, Mats Vikander, był tu z nim kilka lat temu, i wtedy Wiking
obiecał mu, że to już ostatni raz.
Zbyt wiele czasu spędzał na mokradłach.
Prawdę mówiąc, nie było tu nic szczególnego. Teren był dość chaotyczny,
tu i ówdzie porośnięty kępkami mchu. Bagno było duże, ale nie
największe. Dziedzictwo po okresie lodowcowym, jak wszystkie inne bagna
w Skandynawii powstałe na podmokłych terenach. Roślinność była rzadka z powodu ubogiego w wartości odżywcze podłoża, ale jednak rósł tu wrzosiec
bagienny, dziki rozmaryn, rosły moroszki, modrzewnica i wełnianka. Rosły
też karłowate brzozy i sosny, bagnice torfowe i żurawiny.
Mokradła potrafiły być bez dna, no prawie bez dna. Poza tym było wiele
świadectw, że zarówno ludzie, jak i przedmioty znikały w nich bez śladu.
Na przykład samolot bojowy, który został w całości pochłonięty przez
bagno niedaleko Nässjö w Smolandii w latach siedemdziesiątych. Był tam
razem z Matsem. Miejsce nadal było martwe i puste, gładka, niemal
lustrzana powierzchnia, teren, na którym nic nie rosło. Nie udało się
odnaleźć ani samolotu, Drakena J35, ani młodego pilota. Pozostali tam na
zawsze, tak jak Helena.
Prawda była taka, że mokradła stały się obsesją Wikinga. Przeczytał dużo
książek i artykułów na temat ich powstania, składu i rozwoju. W końcu
spędzał tu tyle czasu, że jego matka i Mats wspólnie postanowili się z nim rozmówić. Zaniedbywał pracę i dzieci, by siedzieć na skraju bagna i patrzeć na nie.
To był jej grób. Zaproponowano mu miejsce na tabliczkę w lasku pamięci
na cmentarzu, ale odmówił. Jej miejsce spoczynku było tutaj.
A jeśli umrze na raka? Czy wtedy się zobaczą?
Co za idiotyczna myśl.
Otworzył drzwi auta, żeby wysiąść, i dokładnie w tym momencie lecący nad
nim odrzutowiec przebił barierę dźwięku. Niesamowite wrażenie, kiedy
pilot osiągał prędkość dźwięku i stare i nowe fale dźwiękowe nakładały
się na siebie, docierając na ziemię w formie wybuchu. Zmiana ciśnienia
sprawiła, że wilgoć w powietrzu zamieniła się w ulewę i zmoczyła go.
Szybko wsiadł z powrotem do wozu i zamknął drzwi, woda ciekła mu po
twarzy, serce waliło. Chyba powinien uznać to za znak, że ma trzymać się
z daleka od tego miejsca. Zmrużył oczy i spojrzał w niebo, ale nie
zobaczył odrzutowca, był już daleko stąd. Norwegowie wynajęli bazę na
cały ten tydzień i prawdopodobnie także na następny. Jak długo planowali
tu być, nie zostało podane do wiadomości publicznej, ale pensjonat miał
pełne obłożenie do dwudziestego ósmego.
Spojrzał na zegarek. Na szóstą został zaproszony na obiad do Markusa i Josefin. Jeśli miał się nie spóźnić i jeszcze zdążyć sporządzić raport i wszcząć poszukiwania, musiał jechać.
Włączył silnik, zaczął się cofać i ruszył przez sosnowe igliwie w kierunku drogi.
Ostatnie, co zobaczył w lusterku wstecznym, to stara zapomniana
tabliczka z zakazem wjazdu z lat siedemdziesiątych:
OBSZAR CHRONIONY
Cudzoziemcom wstęp wzbroniony
RESTRICTED AREA
Entry prohibited for aliens
SPERRGEBIET
Zurtritt für Ausländer verboten
ZONE PROHIBEE
Acc?s interdit aux étrangers
SUOJA-ALUE
Pääsy ulkomaalaisilta kielletty
CAHKTYAPb
Доступ запрещен для иностранцев
Jadąc Granselsvägen, podążał przez jakiś czas wzdłuż granicy, gdzie nie
było żadnego wygrodzenia. Postawienie płotu wzdłuż całego terenu było
niewykonalne, można by to przyrównać do ogrodzenia całego stanu Rhode
Island. Baza położona nieco na północ od Stenträsk, największy w Europie
obszar, gdzie testowano broń masowego rażenia, była nasycona technologią
najwyższej klasy. Znajdowało się tam lotnisko wojskowe i kompleks
budynków administracyjnych, gdzie również prowadzono działalność
analityczną. Oficjalna nazwa - Missile Test Range Stenträsk - brzmiała
jak tytuł amerykańskiego filmu akcji. Przez całe życie Wikinga baza była
zawsze gdzieś w tle.
Powstała w 1957 roku, a wszystko zaczęło się od tajnego lotniska
wojennego i miejsca eksperymentów dla symulowanych prób z bronią
jądrową, przeprowadzanych w górzystym terenie na północy w latach
pięćdziesiątych. Ludzie zamieszkujący wcześniej te tereny zostali
ewakuowani w inne miejsce. Wiking kilkakrotnie odwiedzał porzucone
miasto Nausta, położone w głębi chronionego obszaru, zapomniane echo
dawnych czasów: jakiś dom, murek, stodoła. Mieszkańcy trzech samskich
wiosek korzystali tu z pastwisk. Zawiadamiano ich z dużym wyprzedzeniem
o planowanych wybuchach, komunikacja wydawała się funkcjonować bez
zarzutu.
Kilka odrzutowców ponaddźwiękowych przeleciało nad wozem, Wiking
widział, jak schodzą do lądowania za czubkami drzew. Lotnisko bazy miało
pełnowymiarowy pas startowy: ponad 2200 metrów długości i 35 metrów
szerokości. Oznaczało to w praktyce, że mogły tu startować i lądować
jumbo jety. Był też krótszy pas o długości 800 metrów.
Bazę wykorzystywano do wszelkiego rodzaju ćwiczeń, także strzelania z użyciem armat automatycznych i rakiet, kapsuł bombowych i robotów,
odbywały się też loty w ciemnościach, niekiedy we współpracy z oddziałami obrony powietrznej. Była też możliwość prowadzenia dokładnych
pomiarów, weryfikacji i analiz wszelkiego typu nowych rodzajów broni, w tym także broni elektronicznej. Często przeprowadzano tu pomiary
skuteczności bomb. Budowano na przykład drogi i mosty pozornie bez celu,
by potem wysadzać je w powietrze.
Początkowo z bazy korzystała jedynie szwedzka obrona, ale pod koniec lat
siedemdziesiątych bazę otworzono dla działalności międzynarodowej. Każda
wizyta wymagała jednak, zgodnie z paragrafem dziesiątym ustawy o dostępie do baz wojskowych, specjalnego pozwolenia wydanego przez
szwedzki rząd. Przez lata korzystały z tego takie kraje jak Stany
Zjednoczone, Niemcy, Francja, Japonia, Szwajcaria, Holandia czy Turcja,
by wymienić tylko niektóre z nich.
Cały obszar był ściśle chroniony, prowadzona tu działalność nie była
publiczna. Co prawda przy większych próbach rozsyłano ostrzeżenia i informowano okolicznych mieszkańców. Z oczywistych powodów trudno było
przed ludźmi mieszkającymi w pobliżu bazy utrzymać w tajemnicy na
przykład próbne loty samolotów ponaddźwiękowych. Nigdy jednak nie
podawano dokładnych dat czy pory dnia, rodzaju próby ani kto w niej
uczestniczył. To było objęte tajemnicą wojskową. Podobnie jak wszelkie
harmonogramy.
Jednak wszyscy przybywający tu technicy zatrzymywali się w pensjonacie
Stone Swamp Inn w Stenträsk. Nie trzeba było zbytnio się wysilać, by
domyślić się, kto w danym momencie testował bomby. Wystarczyło wybrać
się na piwo do baru, gdzie również bywali technicy z bazy, i posłuchać,
w jakim języku rozmawiali goście przy stoliku obok. Poza tym baza
zatrudniała ponad setkę pracowników, których obowiązywała co prawda
tajemnica zawodowa, ale od czasu do czasu zawsze ktoś powiedział o zdanie za dużo.
Generalnie miejscowa ludność była zadowolona z bazy, z jej wielkości i atmosfery tajemnicy. Jej obecność sprawiała, że mieszkańcy czuli się w jakiś sposób wyróżnieni. Baza była też znaczącym pracodawcą, a przebywający tu czasowo technicy stanowili dodatkowe źródło dochodów dla
mieszkańców.
Rotacja personelu była niewielka. Ci, którzy raz znaleźli tu
zatrudnienie, zwykle go nie zmieniali. Wśród nich był syn Wikinga,
Markus Stormberg.
- idzie drajl!
Czterolatek podbiegł do Wikinga i rzucił się na niego z niezachwianym
przekonaniem, że dziadek złapie go i ochroni przed ewentualnym upadkiem.
Wiking upuścił kluczyki na ziemię i w ostatniej chwili złapał chłopca.
- Woohoo! - powiedział i podrzucił wnuczka w powietrze. Malec, który
zaczynał już być ciężki, zawył z zachwytu.
- Masz dzisiaj siłę? - spytał Wiking. Kolejny okrzyk radości.
- Mam supermoc! Jestem Drajl!
Wiking postawił chłopca na korkowej macie, malec podskakiwał niczym
gumowa piłeczka.
- Jeszcze, dziadku!
- Pozwól dziadkowi usiąść, w końcu nie jest już młodzieniaszkiem -
odezwał się Markus, podając ojcu otwartą butelkę piwa.
Wiking opadł na ławę w kuchni, a chłopiec natychmiast wdrapał mu się na
kolana.
- Możemy pojechać na Vallbomsvägen? Proszę proszę proszę...
- Elliot, zrobiłeś już siusiu? - spytała Josefin, która weszła do kuchni
z córeczką na ręku. Maja Maria Helena, ochrzczona i pobłogosławiona w kościele w Stenträsk.
- Jestem Drajl - powtórzył chłopiec. - Nie mam czasu.
Drajl był prywatnym superbohaterem Wikinga i Elliota. Mieszkał na końcu
Vallbomsvägen, która kiedyś, dawno temu, łączyła Holmträsk i Arnemark.
Teraz jednak była w tak złym stanie, że stała się niemal nieprzejezdna,
przynajmniej w wersji Wikinga i Elliota. By tam dotrzeć, Elliot musiał
siedzieć na kolanach dziadka i dobrze się trzymać. Wielkie kamienie i głębokie dziury sprawiały, że podróż na kolanach dziadka przebiegała
niekiedy bardzo gwałtownie i często kończyła się w rowie, co Elliot
uwielbiał.
- Idź z mamą zrobić siku - powiedział Wiking, postawił chłopca na
podłodze i sięgnął po kluczyki do samochodu.
Josefin uściskała go szybko, oboje mieli już za sobą covid, więc nie
musieli się obawiać. Przed urlopem macierzyńskim Josefin zajmowała się
HR-em dla gminy, prawdę mówiąc, nikt nie miał pojęcia, na czym to
polegało.
- Sprawdziłeś, co z twoim gardłem? - spytała. - Jeśli to angina, to
pewnie powinieneś wziąć antybiotyk.
Wiking odchrząknął, musi im powiedzieć.
- W zeszłym tygodniu zrobiłem badania w szpitalu.
- W poniedziałek Karin wydaje przyjęcie. Zamówiłam tort kanapkowy.
Odbierzesz go od Holmdahla?
- Oczywiście, zrobię to po drodze.
Markus wypił łyk piwa.
- Złapiecie ich?
Wiking wypił porządny haust, przełknął i spojrzał na syna. Był bardzo do
niego podobny, wszyscy tak mówili.
- Chodzi ci o kradzież broni? Nie wiemy nawet, kiedy to się stało.
- Johan jest załamany. Chce sprzedać dom i się wyprowadzić.
- To dość powszechna reakcja w takiej sytuacji - powiedział Wiking. -
Poproś, żeby jeszcze trochę się wstrzymał.
W wewnętrznej kieszeni Wikinga zadzwoniła komórka, wyciągnął ją i rzucił
szybkie spojrzenie na ekran. Roland Larsson. Wstał, przeprosił gestem i ruszył do drzwi.
- Siadamy do stołu za pięć minut - rzucił Markus, podchodząc do
kuchenki.
- Znalazłeś coś? - spytał Wiking, zamykając za sobą drzwi.
- Nic nadzwyczajnego. Złodzieje umieścili skrzynię na wózku widłowym i wywieźli do czekającego na zewnątrz samochodu.
- Ilu ich było?
- Co najmniej trzech, tylu potrzeba, żeby unieść skrzynię. Ale nie
dlatego dzwonię. Słyszałeś, co wydarzyło się w Tenście w środę?
W Tenście? Nazwa przedmieścia wywołała w nim wspomnienia, ale w środę?
- Nie, a co?
- Strzelanina gangów, pizzeria?
Szczegóły związane z ostatnimi strzelaninami w szczególnie narażonych
obszarach nie utkwiły mu w pamięci: czterech facetów strzelało w pizzerii? Trzy osoby zostały ranne?
- Mogli użyć broni z P?lberget - powiedział Roland.
- Cholera. Skąd te przypuszczenia?
- Koledzy w Järvie zatrzymali dzisiaj po południu szczeniaka. Pod jego
łóżkiem znaleźli kolekcję broni, która zniknęła z domu Björkmana.
- Dokładnie taką samą?
- Na to wygląda. Björkman ćwiczył strzelanie, celując w stodołę za
domem, wyjęliśmy kilka kul ze ściany dla porównania. Zobaczymy, co
zrobią z tym w Linköpingu.
Wiking pokiwał głową. Krajowe Centrum Kryminalistyki mogło porównać kule
wyjęte ze ściany stodoły z tymi z pizzerii. Roland Larsson był
znakomitym śledczym. Rzeczowy i metodyczny. Być może nieco nudny, ale on
też taki był.
- Ktoś z nas musi tam jechać?
- Nie sądzę. Właśnie wysłałem kule. Odezwą się, jeśli będą mieli jakieś
pytania.
Roland Larsson poradzi sobie beze mnie, uderzyło go nagle. Może przejąć
moje zadania bez żadnego problemu. Komisariat będzie mógł pracować
dalej, równie sprawnie jak dotąd.
- Słyszałeś ten hałas? - spytał.
- Ostrzegano przed lotami ponaddźwiękowymi, ale nie będę cię dłużej
zatrzymywał. Widzimy się w poniedziałek.
Zakończyli rozmowę. Wiking schował komórkę do wewnętrznej kieszeni i rozejrzał się po okolicy. Deszcz przestał padać, od zachodu się
przejaśniało. Zza chmur wyjrzało słońce.
Willa syna leżała na obrzeżach miasteczka: dom typu Älvsby z lat
osiemdziesiątych. Carina Burstrand, recepcjonistka w komisariacie,
mieszkała na sąsiedniej ulicy. To dobra okolica, przyjazna dzieciom,
huśtawki, trampoliny. Dlaczego on nigdy o tym nie pomyślał? Stać go było
na kupno niewielkiego domu. Ale on tego nie zrobił, tylko przeniósł
swoje łóżko do salonu, kiedy Markus stał się nastolatkiem, tak żeby
każde z dzieci miało własny pokój.
Trzydzieści lat. I co mu one przyniosły? A teraz być może umrze.
Wszedł na trawnik, zrobił kilka kroków, po czym osunął się na ziemię.
Położył się z rękami wyciągniętymi wzdłuż ciała i patrzył w niebo.
Wilgoć przenikła przez ubranie, na niebie odrzutowiec zostawił białą
kreskę.
- Jeśli jesteś gdzieś tam, daj mi znak. Teraz masz szansę. Umrę? To już
koniec?
Nic się nie wydarzyło. Na niebie nie pojawił się żaden samolot, nawet
liście na drzewach nie zaszeleściły.
Westchnął i wstał. Był przemoknięty. Próbował strzepać z siebie źdźbła
trawy, zanim wróci do syna.
Markus i Josefin przygotowali pieczeń z jelenia z podsmażaną cebulą,
pieczarkami i sosem śmietanowym. Do tego gotowane ziemniaki i ogórki.
Chrupki chleb, bregott z solą morską. Galaretka z żurawiny, glazurowane
marchewki i dżem z borówek. Wiking nie wiedział, kto co przygotował, syn
i jego partnerka zwykle pomagali sobie nawzajem. Z jakiegoś powodu
poczuł ukłucie w piersi: wstydliwa zazdrość.
Elliot jadł z apetytem. Lubił wszystkie potrawy. W pobliżu miejskiej
biblioteki kilku Tajów otworzyło niedawno restaurację azjatycką,
podawano dania z woka, sushi i nowość: pokebowl. Malec jadł wszystko, w odróżnieniu od swojego dziadka. Wiking nie przepadał za surową rybą.
Josefin dała małej pierś, tak jak kiedyś robiła to Helena. Nie powinna
już przestać karmić ją piersią? Mała siedziała już i raczkowała.
- Masz jakieś wiadomości od Elin? - spytał syna po zjedzeniu dwóch
porcji pieczeni.
- Dzwoniła dzisiaj po południu. Pracuje na nocnej zmianie, ale potem ma
wolny weekend.
Córka była pielęgniarką w szpitalu Karolinska w Solnie. Do niedawna
pracowała z chorymi na nowotwory w Radiumhemmet, ale zgodnie z duchem
czasu dobrze działająca jednostka została zlikwidowana i przerobiona na
coś nowego. Teraz Elin pracowała na oddziale intensywnej opieki dla
pacjentów covidowych. To było prawdziwe piekło. Wiking nie widział się z nią od świąt Bożego Narodzenia.
- Jak ona się czuje?
- Chyba lepiej. Egzema mniej jej dokucza.
- Planuje jakiś urlop?
- Dlaczego nie zadzwonisz i sam z nią nie porozmawiasz?
Josefin wstała z córeczką na biodrze i wyciągnęła rękę do synka.
- Chodź, Elli, wymyjesz zęby, a potem ci poczytam.
Chłopiec skrzyżował rączki na piersi.
- Dziadek mi poczyta!
- Nie dzisiaj, skarbie. Chodź.
- Poczytam ci innym razem - obiecał Wiking. - A teraz idź już z mamą.
Chłopiec zaprotestował głośno, ale ruszył do sypialni.
Markus westchnął.
- Przepraszam, nie chciałem cię krytykować...
- Masz rację - przyznał Wiking. - Zadzwonię do niej. Po prostu nie chcę
jej przeszkadzać.
- Nie przeszkadzasz jej. Jeśli będzie zajęta, to ci to powie. Będziesz
musiał zadzwonić jeszcze raz. Po prostu.
Wstał i zaczął zbierać talerze. Wiking śledził syna wzrokiem. Kiedy
dzieci były małe, starał się jak mógł, i chyba mu się udało. Jego dzieci
wyrosły na porządnych obywateli, oboje byli szanowani, lubiani. Byli
empatyczni i odpowiedzialni.
Josefin kłóciła się z Elliotem w łazience o umycie zębów, Maja
gaworzyła.
Markus napełnił zmywarkę i włączył ją. Josefin zniknęła z dziećmi w sypialni, słyszał, jak zamyka drzwi. Markus wytarł ręce w ścierkę i podążył wzrokiem za dźwiękiem zamykanych drzwi.
Wiking uznał, że przyszła pora. Musiał to z siebie wyrzucić.
- Jest coś, co muszę ci pokazać - uprzedził go Markus.
Zniknął w swoim gabinecie i wrócił z rozciętą kopertą.
- Przyszła dzisiaj pocztą.
Podał kopertę Wikingowi. Była podłużna, biała, z logo hotelu
International w lewym dolnym rogu. Wiking przeczytał napisany ręcznie
adres.
Markus Stormberg
Tornvägen 12
975 90 Stenträsk
Wiking poczuł, jak przestrzeń wokół niego się kurczy. To pismo.
- To stary kod pocztowy - powiedział Markus. - Z czasu, zanim je
zmieniono. Wcześniej całe Stenträsk miało jeden kod, prawda? Teraz my
mamy 975 93.
Wiking odwrócił kopertę. Nie było nadawcy. Poczuł suchość w ustach.
Chwilę ważył list w dłoni, w końcu spojrzał na Markusa.
- Czytaj, synu - powiedział.
W środku była tylko jedna kartka, papier listowy hotelu International,
zapisana ręcznie. Niebieskim długopisem. To samo, nieco kanciaste pismo
co na kopercie, Wiking poczuł smak metalu w ustach.
Markus Stormberg,
Nie wolno ci przyjąć stanowiska szefa projektu systemu QATS.
Łączy się to z dużym niebezpieczeństwem.
MUISISZ odmówić. Wymyśl jakiś powód,
Pokaż ten list swojemu ojcu, Wikingowi.
W dolnym prawym rogu była narysowana ręcznie figura, nieregularna
pięcioramienna gwiazda.
Wiking upuścił list na podłogę i wstał. Krzesło zakołysało się, chwycił
się blatu stołu, żeby nie upaść.
Daj mi znak, teraz masz szansę.
Markus podszedł do niego.
- Tato, co z tobą?
Usiedli obok siebie na ławie. Wiking wpatrywał się w leżący na podłodze
list.
Nie, to niemożliwe.
- Tato, do licha, co się stało?
Wiking zamknął oczy i zasłonił twarz dłońmi, zagryzł mocno wargi.
Widział duchy, rzeczy, które nie istniały.
- Tato, powiedz coś, przestraszyłeś mnie.
Początkowo cały czas chodził spięty, czekając na jakiś znak życia.
Zamierał, kiedy słyszał kroki na klatce schodowej, gdy jakiś samochód
hamował i zatrzymywał się obok drzwi na klatkę albo gdy po drugiej
stronie ulicą szła blondynka. Potem poczucie ulgi: to wszystko było
jedynie koszmarem. Jest tutaj, zaraz przyjdzie! A przychodziła
rzeczywistość i trafiała go pięścią w splot słoneczny. Dużo czasu
minęło, zanim wszystko się wyciszyło i przestał wyczekiwać.
Zaczerpnął głęboko powietrza, opuścił ręce i ramiona. Spojrzał na syna.
- Dzisiaj przyszedł? - spytał.
- Może wczoraj, nie pamiętam, czy wczoraj odbieraliśmy pocztę.
- Ile osób dotykało tej koperty?
Markus wyglądał na zdezorientowanego.
- Dotykało? Tylko ja. No i listonosz, oczywiście, nie wiem, do cholery.
Nie mówiłem nic Josefin, uznałem, że to nieprzyjemna sprawa.
- Co to jest system QATS?
Markus wstał i podniósł kopertę z podłogi.
- Wiesz, że nie wolno mi...
- Nie dotykaj listu, połóż go na stole.
Syn puścił kartkę, jakby nagle zaczęła go parzyć. Wylądowała w miejscu,
gdzie przed chwilą stał talerz Wikinga.
- Nie wolno mi rozmawiać o sprawach służbowych.
- Teraz będziesz musiał.
Markus zaczął targać włosy w taki sam sposób, w jaki robił to Wiking.
- Nie wolno mi. To tajne informacje, obowiązuje mnie tajemnica, dobrze
wiesz.
Tak, znał ustawę o tajemnicy państwowej.
- Najwyraźniej już wyciekła. Autor listu ją znał. Teraz chodzi o ciebie
i twoje bezpieczeństwo.
- Co? Myślisz, że coś jest na rzeczy?
Wiking zacisnął pięści. Czy aniołowie naprawdę istnieli?
Syn spoglądał na list przez kilka długich sekund.
- Kto to może być, do cholery? - powiedział cicho. - I dlaczego...?
- Powiedz, o co tu chodzi. Co to jest QATS?
Markus zagryzł dolną wargę.
- Komu miałbym to powiedzieć - przekonywał go Wiking. - Myślisz, że
zrobiłbym coś, co mogłoby ci zaszkodzić? Mnie możesz powiedzieć.
Wszystko zostanie między nami.
Syn przełknął ślinę, po czym pokiwał głową.
- To nowe bomby natowskie, amunicja kasetowa - powiedział bardzo cicho,
patrząc na swoje dłonie. - Zdalnie sterowane, oparte na sztucznej
inteligencji. Zlecono mi poprowadzenie tego projektu. To awans. Wyższa
pensja, większa odpowiedzialność, tydzień urlopu więcej...
- Nie podejmuj się tego - powiedział Wiking.
Markus zerknął z niedowierzaniem na ojca, jego twarz wokół oczu zrobiła
się czerwona.
- Co się z tobą dzieje, do licha? Oczywiście, że się tego podejmę!
Pracowałem na to...
- Josefin wie o tym?
- O QATS? Zdecydowanie nie. Wie tylko, że zaproponowano mi nowy projekt,
ale nie wie, czego dotyczy. Nigdy nie mówię jej takich rzeczy.
Wiking pochylił się i dalej przyglądał się listowi. Gwiazda w rogu
krzyczała, a krzyk odbijał się echem w jego głowie.
- Mogę go zatrzymać?
- List? Po co?
- A kopertę?
- Jasne, zrób z nią, co chcesz. Zaczekaj, zrobię zdjęcie.
Markus zrobił zdjęcie listu komórką. Wiking wstał, czuł, że podłoga pod
nim się kołysze. Wziął list ze stołu w kuchni. Na logo hotelu wylądowała
kapka sosu śmietanowego. Obciągnął rękawy koszuli, złożył kartkę, nie
dotykając jej palcami, i wsunął do koperty.
- Kiedy musisz dać odpowiedź w tej sprawie?
- Już się zgodziłem, podpisałem umowę.
Wiking zrobił krok w kierunku syna.
- Musisz odmówić - powiedział, głos mu się łamał. - Nie podejmuj się
tego zadania. Wycofaj się. Znajdź jakieś usprawiedliwienie.
- W życiu! Jeśli teraz się wycofam, będę miał przechlapane. I dlaczego?
Z powodu anonimowego listu?
- Nie jest anonimowy - odparł Wiking, sięgnął po plecak i kurtkę, włożył
ją, a list schował do wewnętrznej kieszeni.
- Pożegnaj ode mnie Josefin i podziękuj za kolację.
- Już idziesz?
Wiking pozwolił wzrokowi powędrować za okno, na północny zachód, ku
zachodzącemu słońcu. Za P?lberget i rzeką rozciągały się góry, mile
iglastych lasów i górskich masywów: Sarek i Stora Sjöfallet, granica z Norwegią i Lofoty. I dalej: Atlantyk i Grenlandia. Nie widział ich, ale
wiedział, że tam są. Chociaż czy mógł być tego pewien? Mógł mieć
pewność, że istnieje jakiś świat poza jego horyzontem?
- To ja przygotowałem kolację - powiedział Markus.
SOBOTA, 22 SIERPNIA 2020 ROKU
wiking obudził się, czując pustkę w całym ciele.
Była w nim od pierwszego świadomego oddechu, gdy otworzył oczy i wyjrzał
przez listewki żaluzji w sypialni. Sięgnął po komórkę i spojrzał na
zegarek. Kwadrans po piątej.
Zawsze budził się wcześnie. Od czasu studiów w jego studenckim pokoju w Lule?, trzynaście metrów kwadratowych powierzchni, sąsiadującym z jakimś
rodzajem centrali grzewczej. Nigdy nie dowiedział się, czy był tam po
prostu kocioł, czy wentylacja, czy tylko podgrzewacz do wody, czy jakieś
inne urządzenie, które zaczynało działać właśnie o tej porze.
Niezależnie od przyczyny to właśnie wtedy jego organizm został
zaprogramowany na całe jego późniejsze życie: nieważne, czy panowała
polarna noc, czy lato. Na wszystkie dni w roku.
Zaczął się zastanawiać, czy ktoś ją jeszcze pamiętał.
Pamiętano, że zaginęła w okresie, kiedy dojrzewały moroszki, to właśnie
po nie wybrała się na bagna. Jednak pamięć o niej zaczęła z czasem
blednąć, zamieniając się w kolektywną niechęć: Idziesz na jagody? Tylko
uważaj, żebyś nie utonęła, jak żona szefa policji.
Trzydzieści lat. Całe życie.
Wiele rzeczy się zmieniło. Niektóre jednak nie zmieniły się w ogóle. Jak
na przykład ich trzypokojowe mieszkanie na Kvarndammsvägen. Meble i wyposażenie kuchni w większości pozostały takie same. Kiedy Elin zaczęła
potrzebować własnego pokoju, jego matka opróżniła garderobę z ubrań
Heleny. Pamiętał, że było to w czasie ataków terrorystycznych na World
Trade Center we wrześniu 2001 roku. Jego miejsce pracy też pozostało
niezmienione, tylko jego pozycja była dzisiaj inna.
Niekiedy dziwił się, że pozostał takim samym człowiekiem jak dawniej. W młodości sądził, że starzenie się oznacza, że człowiek automatycznie się
zmienia. Tak jednak nie było. Był dokładnie taki sam jak chłopiec na
zdjęciach z lat sześćdziesiątych robionych przez jego matkę z okazji
Bożego Narodzenia. Jedyna różnica to zdobyte doświadczenie i w pewnym
sensie znudzenie życiem.
Przeciągnął się, założył ręce za głowę. Ość uwierała go w gardle. Poczuł
na knykciach zimno wezgłowia. Takie samo jak tamtego ranka, tego
ostatniego. Wymienił dno łóżka i materace, kiedy jesienią 2006 roku IKEA
otworzyła swój sklep w Haparandzie, ale stare wezgłowie zachował.
Zamknął oczy. Pamiętał, jak położyła małą do łóżeczka ze szczebelkami,
podpełzła do niego, pocałowała go i zdjęła koszulę. Jej ciężkie piersi,
karmiła, jej gorącą skórę. Pamiętał, jaki był zdziwiony, jaki
szczęśliwy. Podniecone dłonie, pamiętał wszystko wyraźnie. Córeczka
gaworzyła coś w swoim łóżeczku, najedzona i przewinięta, podczas gdy oni
się kochali. Na samo wspomnienie obudził się Apollo między jego nogami.
I potem, on w drzwiach już w drodze do pracy, a ona z dzieckiem przy
piersi przy stole w kuchni. Powiedziała, że pojedzie zbierać moroszki.
Ale chyba nie na bagnach? Wiesz, przecież...
Jej oczy, mętne ze zmęczenia.
To bzdury, Wiking. Nie ma bagien bez dna.
Apollo skurczył się i zniknął.
Chciał jej powiedzieć, żeby spróbowała odpocząć, zadbała o siebie.
Niekiedy budził się, słysząc, jak płacze w nocy. Początkowo próbował ją
pocieszać, ale wtedy robiło jej się wstyd, więc przestał.
Teraz uśmiechała się do niego, niepewnie.
Miłego dnia.
Pomyślał, że coś się w niej przełamało. Że najgorsze już za nimi.
W samochodzie, w drodze na komisariat, słuchał radia, wiadomości. George
Bush i jego żołnierze w Zatoce Perskiej. Niemcy Wschodnie i Zachodnie
miały się połączyć.
Pamiętał to, takie rzeczy.
Tego popołudnia on i Lars-Ivar Pekkari, dawny partner ojca, sprawdzali
trzeźwość kierowców na drodze 374. Zatrzymali jednego pijanego kierowcę
i drugiego za przekroczenie prędkości.
Wrócił do domu o zwykłej porze, niedługo po piątej. Kartka na stole w kuchni.
Kochanie,
Poszłam zbierać moroszki. Musiałam wyjść z domu.
Markus jest u Karin.
I gwiazdka w prawym rogu, pięcioramienna, nieregularna, która wyglądała
jak blizna na jej brzuchu, tuż obok tej po cięciu cesarskim. Jej znak
szczególny.
Przewrócił się na bok na wilgotnym prześcieradle, nagi poszedł do
kuchni, nie zapalając górnej lampy. Anja Berglund, która mieszkała
naprzeciwko niego, też wcześnie wstawała. Kilka razy przyłapał ją, jak
przyglądała mu się, kiedy chodził nago po mieszkaniu. Otworzył lodówkę,
drzwi zasłaniały okno i jego nagość, nalał sobie szklankę soku
pomarańczowego. Pijąc, spoglądał ponad drzwiami lodówki. W oknie
kuchennym Anji paliło się światło. Pracowała z Markusem w bazie, z czasem stała się jednym z elementów wyposażenia.
Usiadł przy stole, na krześle, na którym siedział tamtego ranka.
Miłego dnia.
Karin, jego matka, proponowała, żeby skontaktowali się z medium,
odpowiedział jej krótko i niezbyt grzecznie.
Nie wierzył w duchy, ani wtedy, ani teraz.
Kto wiedział coś o tym systemie? I o tym, że Markus ma być szefem
projektu? Markus z nikim o tym nie rozmawiał, tego mógł być pewien, ale
oczywiście w bazie było wiele osób, które miały wiedzę na temat
projektu. Ale kto z personelu bazy, mający dostęp do tajnych dokumentów,
wiedział o bliźnie Heleny? O tym, jak trzydzieści lat temu podpisywała
kartki zostawiane mu na stole w kuchni? Coś tu się nie zgadzało. A teraz
Markusowi najwyraźniej coś groziło. Skąd autor listu o tym wiedział? Kto
mógł wiedzieć tyle o czymś, co jeszcze się nie wydarzyło?
Sprawiało to wrażenie działania sił nadprzyrodzonych, ale tak nie było.
Ktoś wiedział i prawdopodobnie znajdował się w pobliżu.
Wiking wstał i przeszedł się po mieszkaniu. Coś wyło w jego głowie,
dźwięk pozostał mu po strzelaniu podczas studiów, przybierał na sile,
kiedy się denerwował. Teraz wyło całe jego ciało, przegrywał z nim.
Lampa w kuchni Anji Berglund po drugiej stronie podwórza zgasła.
Ość uwierała go w gardle. Rak płaskonabłonkowy skóry. Umrze. Za dziewięć
dni czekała go operacja.
Nie mógł tu tak siedzieć.
Komisariat był zamknięty, w oknach było ciemno. Rzadko się zdarzało,
żeby coś działo się tu w nocy. Jedynie kwestie paszportowe wymagały,
żeby komisariat był czynny we wszystkie dni powszednie, ale to zadanie
podlegało Carinie Burstrand. Sprawami czysto policyjnymi poza godzinami
pracy zajmowali się przede wszystkim koledzy z Älvsbyn, co oczywiście
bardzo pasowało miejscowym przestępcom. Obie miejscowości dzieliło dobre
czterdzieści kilometrów, wystarczająco dużo. Zanim patrol dotarł na
miejsce, przestępca był już w połowie drogi do Gällivare.
Wiking skręcił na parking w momencie, kiedy słońce dotarło do P?lberget.
Postawi swoje volvo XC70 obok samochodu służbowego, który przypadkiem
był dokładnie takim samym modelem. Wiking nie lubił niespodzianek. Wolał
siedzieć za taką samą kierownicą, niezależnie od okoliczności.
Uczucie koszmaru odpuściło nieco, kiedy szybkim krokiem ruszył przez
parking. Chodził tędy niemal codziennie przez trzydzieści dwa lata. To
pomagało. Wiatr z północy przybrał na sile. Powietrze było ciężkie od
wilgoci. Otworzył tylne drzwi. Wyłączył alarm, ale nie zapalił światła.
Nie potrzebował go, znał korytarze na pamięć. Minął kuchnię i ruszył do
swojego gabinetu. Zamknął za sobą drzwi, chociaż nie było takiej
potrzeby. Podszedł do okna wychodzącego na parking i kościół po drugiej
stronie ulicy. Wszędzie zalegała cisza, jak po uderzeniu bomby. Nikt go
nie widział, ale on tu był i miał niczym nieograniczony widok na parking
i ulicę w dole. Powoli się rozwidniało, ale dnie stawały się już
krótsze. Jeszcze dwa miesiące temu słońce świeciło przez całą dobę, a teraz chowało się za horyzontem już kwadrans po dziewiątej wieczorem.
Opuścił żaluzje. Włączył lampę na biurku, wyspa światła na zasypanym
papierami blacie.
Kto mógł wiedzieć?
W czasie, kiedy mieszkała w Stenträsk, Helena pracowała tylko w jednym
miejscu, w pensjonacie o najdziwniejszej nazwie na świecie: Stone Swamp
Inn. Początkowo stała za barem w pubie, potem została szefową sali w restauracji. To rozwiązanie nie zdawało egzaminu, kiedy urodziły się
dzieci. Przyjęła pracę w recepcji hotelu, mimo że była gorzej płatna.
Niekiedy brała zastępstwa i sprzątała kuchnię lub pomagała w przygotowaniu posiłków. Wszędzie bardzo ją ceniono, a ona miała
możliwość poznać wszystkich pracowników.
Ilu z nich pracowało tam do dzisiaj? Musiał się tego dowiedzieć. I czy
ktoś z nich miał jakiś związek z bazą. Partner, dziecko, sąsiad, ktoś z rodziny? Na pewno ktoś się znajdzie. Z kim w Stenträsk spotykała się
poza kolegami z pracy? Wiking przypomniał sobie kilka kobiet w jej
wieku, zwykle nie uczestniczył w tego rodzaju spotkaniach.
Podszedł do stojącej w rogu szafki z archiwaliami. Była niepozorna,
starszy model z blaszanymi szufladami, które zawsze się zacinały. W pliku kluczy znalazł ten właściwy i otworzył przedostatnią szufladę.
Zawierała tylko jeden dokument i była to kopia. Oryginał znajdował się w rejestrze zaginionych Szwedów w Krajowym Dziale Operacyjnym, NOA, w Sztokholmie.
Teczka była cienka, lekka jak piórko.
Helena Kristina Stormberg, z domu Isaksson,
621130-1261
Zaginiona 900814
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki