Zima w Sokcho - Elisa Shua Dusapin

Kup ebooka

25.00 zł
20.00 zł (18,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pojawił się opatulony w za duży wełniany płaszcz.

Postawił walizkę u moich stóp, zdjął czapkę. Twarz człowieka Zachodu. Ciemne oczy. Włosy zaczesane na bok. Przeszywał mnie wzrokiem, jakbym była powietrzem. Znudzony, zapytał po angielsku, czy mógłby zatrzymać się na kilka dni, do czasu znalezienia innego lokum. Dałam mu formularz. Podał mi paszport, żebym sama wypełniła druczek. Yan Kerrand, 1968, Granville. Francuz. Na zdjęciu wyglądał młodziej, miał gładszą twarz. Wskazałam ołówek, aby podpisał, ale on wyjął pióro z kieszeni płaszcza. Kiedy go meldowałam, zdjął rękawiczki, położył na ladzie, spoj­rzał na kurz i figurkę kota nad komputerem. Po raz pierwszy poczułam potrzebę usprawiedliwienia się. Nie byłam odpowiedzialna za dekadencję tego miejsca. Pracowałam w pensjonacie dopiero od miesiąca.

Były tam dwa budynki. W pierwszym recepcja, kuchnia, salon, dwa piętra pokojów w amfiladzie. Pomarańczowo-zielone korytarze, niebieskawe żarówki. Stary Park zatrzymał się na czasach powojennych, kiedy to klientów nęciło się jak kalmary migającymi łańcuchami światełek. Z kotłowni widać było w jasne dni plażę ciągnącą się aż do gór Ulsan, obrzmiałych ku niebu jak piersi matrony. Drugi budynek, postawiony na palach, oddalony o kilka uliczek od pierwszego, wyremontowano w tradycyjnym stylu, zamontowano ogrzewanie podłogowe i papierowymi ściankami wydzielono dwa pokoje dla gości. Na wewnętrznym dziedzińcu znajdowały się zamarznięta fontanna i kaszta­nowiec o nagich gałęziach. W żadnym przewodniku turystycznym nie wspominano o pensjonacie starego Parka. Trafiały doń przypadkowo osoby, które wypiły za dużo albo spóźniły się na ostatni autobus.

Komputer się zawiesił. Czekając, aż się odwiesi, przekazałam Francuzowi informacje na temat funkcjonowania pensjonatu. Zwykle zajmował się tym stary Park. Tego dnia był nieobecny. Śniadanie od godziny piątej do dziesiątej w kuchni przylegającej do recepcji, za przeszkloną wnęką. Tosty, masło, dżem, kawa, herbata, sok pomarańczowy i mleko są nieodpłatne. Za owoce i jogurty należy włożyć do koszyczka przy tosterze tysiąc wonów. Brudną odzież wkładamy do pralki na końcu korytarza na parterze, ja zajmę się praniem. Hasło do wi-fi: ilovesokcho, bez spacji i bez dużych liter. Pięćdziesiąt metrów w dół ulicy znajduje się mały całodobowy market. Autobus po lewej stronie za sklepem spożywczym. Rezerwat przyrody Seoraksan, godzinę drogi stąd, otwarty do zachodu słońca. Należy założyć dobre buty ze względu na śnieg. Sokcho to kurort nadmorski. Ostrzegam, niech wie, że w zimie nie ma tu za bardzo co robić.

Gości w tym czasie było niewielu. Japoński alpinista i dziewczyna w moim wieku, która uciekła ze stolicy na okres rekonwalescencji po operacji plastycznej twarzy. Była u nas od dwóch tygodni, jej chłopak dołączył do niej na dziesięć dni. Umieściłam ich wszystkich w głównym budynku. Odkąd w zeszłym roku zmarła żona Parka, pensjonat działał na zwolnionych obrotach. Park opróżnił pokoje na pierwszym piętrze. Wszystkie pokoje w głównym budynku były zajęte, wliczając mój i Parka. Francuz będzie spał w drugim budynku.

Było ciemno. Ruszyliśmy alejką obok kramu matki Kim. W powietrzu mieszał się czosnkowy zapach wieprzowych kulek i ścieków, których ujście znajdowało się trzy metry dalej. Lód pękał pod na­szym ciężarem. Blade neony. Przecięliśmy drugą alejkę i dotarliśmy na ganek.

Kerrand przesunął drzwi. Ściany pomalowane różową farbą, plastikowa imitacja barokowego lustra, biurko, fioletowy koc. Jego włosy dotykały sufitu, nie mógł zrobić więcej niż dwa kroki od ściany do łóżka. Dałam mu najmniejszy pokój, by mieć mniej sprzątania. Wspólna łazienka znajdowała się po drugiej stronie podwórza, ale dom otaczały podcienia, chroniące przed deszczem. Nie przeszkadzało mu to w każdym razie. Spojrzał na plamy na tapecie, odstawił walizkę, podał mi pięć tysięcy wonów. Próbowałam odmówić, ale nalegał zmęczonym tonem.

Wracając do recepcji, nadłożyłam drogi i udałam się na targ rybny, aby zabrać resztki, które odkładała dla mnie matka. Przeszłam przez alejki do straganu czterdzieści dwa, nie zwracając uwagi na śledzące mnie spojrzenia. Moje francuskie pochodzenie, dwadzieścia trzy lata po tym, jak mój ojciec uwiódł moją matkę, a potem zniknął bez śladu, nadal stanowiło źródło plotek.

Moja matka, jak zawsze zbyt mocno uma­lowana, dała mi torbę z ośmiornicz­kami.

- To wszystko, co teraz mamy. Została ci pasta gochujang?

- Tak.

- Dam ci trochę.

- Nie trzeba, jeszcze mam.

- Dlaczego jej nie używasz?

- Używam!

Założyła żółte, gumowe rękawiczki, które wydały odgłos przypominający ssanie, i spojrzała na mnie podejrzliwie. Schudłam. Stary Park nie zostawiał mi wiele czasu na jedzenie, miała zamiar z nim porozmawiać. Zaprotestowałam. Odkąd pracowałam, codziennie rano pochłaniałam tosty i litry kawy z mlekiem, na pewno nie schudłam. Dość długo trwało, zanim stary Park się przyzwyczaił do mojej kuchni, ale zostawiał mi wolną rękę, jeśli chodzi o posiłki w pensjonacie.

Ośmiorniczki były malusieńkie. Mo­g­ła­bym w garści zmieścić ich tuzin. Posor­towałam je, a potem skarmelizowałam z szalotką, sosem sojowym, cukrem i pastą chili rozcieńczoną w wodzie. Zmniejszyłam płomień, żeby zbytnio ich nie wysuszyć. Gdy sos był już wystarczająco gęsty, dodałam ziarna sezamu i cienkie plasterki ciasta ryżowego tteok. Zaczęłam kroić marchewki. Bruzdy na warzywie tworzyły intrygującą mieszankę z liniami moich palców w odbiciu na ostrzu noża.

Przeciąg ochłodził pomieszczenie. Kie­dy się odwróciłam, zobaczyłam wchodzącego Kerranda. Chciał szklankę wody. Pił, patrząc na mój blat kuchenny jak na obraz, którego się nie rozumie. Rozkojarzona, przecięłam sobie dłoń. Krew spieniła się na marchewce niczym brązowa skórka. Kerrand wyciągnął chusteczkę z kieszeni. Podszedł i przyłożył ją do rozcięcia.

- Trzeba uważać.

- Nie zrobiłam tego specjalnie.

- Na całe szczęście.

Uśmiechnął się, jego ręka dotknęła mojej. Odsunęłam się, poczułam się niezręcznie. Wskazał na patelnię.

- To na dziś wieczór?

- Tak, na dziewiętnastą, w sali obok.

- Tam jest krew.

Stwierdzenie faktu, obrzydzenie, ironia. Nie zrozumiałam natury jego wypowiedzi. Zdążył już zresztą wyjść.

Nie przyszedł na kolację.

Moja matka, przykucnięta w kuchni, ze skulonymi ramionami i nisko spuszczoną brodą, zanurzyła ręce w wiadrze. Mieszała wątrobę rybną, pory i makaron ze słodkich ziemniaków, aby nafa­szerować mątwy. Jej kiszka sundae była uważana za jedną z najlepszych w mieście.

- Spójrz, jak zarabiam masę. Wszystko musi być dobrze wymieszane.

Ledwo co jej słuchałam. Sok z farszu wypływał z wiadra, krążył wokół naszych butów, po czym trafiał do odpływu na środku pomieszczenia. Matka mieszkała na terenie portu, w jednym z lokali przeznaczonych dla rybaków, nad halami rozładunkowymi. Hałaśliwym. Niedro­gim. Mieszkaniu z mojego dzieciństwa. Bywałam u niej od niedzielnego wieczora do poniedziałku, wtedy miałam wolne. Odkąd się wyprowadziłam, źle znosiła samotne spanie.

Matka podała mi mątwę do nafaszerowania, bo teraz miała być moja kolej, rękawiczką poplamioną wątrobą dotknęła mi biodra i westchnęła:

- Taka piękna kobieta, a jeszcze niezamężna...

- Jun-oh musi najpierw znaleźć pracę. Mamy czas.

- Zawsze się myśli, że ma się jeszcze czas.

- Nie mam jeszcze nawet dwudziestu pięciu lat.

- Właśnie.

Obiecałam, że zaręczyny będą, to tylko kwestia miesięcy. Matka wróciła do pracy, uspokoiła się.

Tej nocy, w wilgotnej pościeli, czułam ciężar jej głowy spoczywającej na moim brzuchu i ruch jej klatki piersiowej, podnoszenie się i opadanie w rytmie śpiącego ciała. W pensjonacie przyzwyczaiłam się spać sama. Teraz przeszkadzało mi chrapanie matki. Liczyłam krople śliny wydobywające się jedna po drugiej z jej półotwartych ust na moim boku.

Nazajutrz poszłam na spacer po plaży ciągnącej się wzdłuż Sokcho. Kochałam to wybrzeże, tę linię brzegową, nawet poszarpaną przez drut kolczasty pod napięciem. Korea Północna była tylko sześćdziesiąt kilometrów stąd na północ. Sylwetka kreślona przez wiatr rysowała się na tle budowanej redy portu. Pomyślałam o nazwisku w paszporcie. Yan Kerrand. Szedł w moim kierunku. Ze stosu sieci wyłonił się pies i podążył za nim, obwąchując mu spodnie. Jakiś robotnik przywołał psa do siebie. Kerrand zatrzymał się, żeby pogłaskać zwierzaka, rzucił coś w rodzaju that's OK!, nie ma sprawy, ale mężczyzna przywiązał psa, a Kerrand poszedł dalej.

Kiedy doszedł na moją wysokość, dołączyłam do niego.

- Ale piękny ten zimowy krajobraz - krzyk­nął razem z podmuchem wiatru, podniesioną ręką wskazując plażę.

Chyba kłamał, ale się uśmiechnęłam. W okolicy nabrzeża frachtowce wydawały metaliczne krzyki.

- Jak długo tu pani pracuje?

- Odkąd skończyłam studia.

Podmuch wiatru zerwał mu czapkę.

- Może pani mówić głośniej? - zapytał, naciągając czapkę na uszy.

Widziałam tylko mały fragment jego twarzy. Zamiast podnosić głos, zbliżyłam się do niego. Chciał wiedzieć, co studiowałam. Literaturę koreańską i francuską.

- Mówi pani po francusku.

- Nie za bardzo.

Tak naprawdę mój francuski był lepszy od angielskiego, w którym rozmawialiśmy, ale czułam się onieśmielona. Na szczęście tylko skinął głową. Miałam zamiar powiedzieć mu o ojcu, ale zmieniłam zdanie. Nie musi wiedzieć.

- Wie pani, gdzie mogę dostać tusz i papier?

Sklep papierniczy w Sokcho był zamknięty w styczniu. Wskazałam mu drogę do najbliższego supermarketu.

- Pójdzie pani ze mną?

- Nie mam zbyt wiele czasu...

Popatrzył na mnie, marszcząc brwi.

Zgodziłam się.

Przeszliśmy przez betonową równinę. Pośrodku znajdowała się wieża widokowa, z której było słychać zawodzenie k-popowego piosenkarza. W mieście właściciele restauracji, w żółtych butach, zielonych czapkach z daszkiem, gestykulowali przed swoimi akwariami, chcąc nas zachęcić do wejścia.

Wyglądało na to, że Kerrand chodzi po ulicach Sokcho, nie przejmując się krabami czy przyssawkami ośmiornic przyklejonymi do szyb akwariów.

- Po co przyjechał pan do Sokcho w zimie?

- Potrzebuję spokoju.

- Wybrał pan właściwe miasto - za­żartowałam.

Jego kamienna twarz ani drgnęła. Może go nudziłam. Ale, powiedziałam sobie, nie muszę czuć się winna z powodu jego humorów ani wypełniać ciszy. To on poprosił mnie o przysługę, nic mu nie byłam dłużna. Przyplątał się do niego wyliniały pies.

- Psy pana lubią.

Kerrand delikatnie go odsunął.

- To dlatego, że mam na sobie te same rzeczy od tygodnia. Cuchną tak samo jak te psy.

- Mówiłam panu, że robię pranie...

- Nie chciałem, żeby pani poplamiła krwią moje rzeczy.

Jeśli to miał być dowcip, to go nie rozumiałam. Uważałam, że Kerrand ładnie pachnie. Mieszanką imbiru i kadzidła.

W supermarkecie Lotte Mart wybrał pióro, obejrzał je ze wszystkich stron, odłożył na półkę, a potem rozerwał opakowanie bloku rysunkowego, aby powąchać papier. Spojrzałam, czy nie ma nad nami kamery. Kerrand delikatnie dotykał różnych rodzajów arkuszy. Wydawało się, że najbardziej podobały mu się te szorstkie. Zmiął papier, zbliżył do ust i czubkiem języka posmakował krawędź arkusza. Zadowolony, przeszedł do kolejnego działu, do kolejnych półek. Ukryłam za segregatorami bloki, które podarł. Kiedy do niego dołączyłam, okazało się, że nie znalazł, czego szukał. Tusz w słoiczku, a nie wkłady. Poprosiłam kasjera, przyniósł dwa rodzaje tuszu z magazynu. Jeden z Japonii, drugi z Korei. Kerrand nie chciał japońskiego. Za szybko wysycha. Chciał wypróbować koreań­ski. Kasjer się nie zgodził. Kerrand podniósł głowę. Ponowił prośbę. Kasjer się zezłościł. Nalegałam po koreańsku, aż ustąpił. Kerrand narysował kilka linii w zeszycie z płócienną okładką, który wyjął z płaszcza. W końcu kupił tusz japoński.

Na przystanku autobusowym byliśmy sami.

- Czyli jest pan Francuzem.

- Z Normandii.

Skinęłam głową na znak, że rozumiem.

- Zna pani? - spytał.

- Czytałam Maupassanta...

Odwrócił się do mnie.

- Jak ją pani postrzega?

Zastanowiłam się.

- Piękna. Trochę smutna.

- Moja Normandia nie jest już Nor­man­dią Maupassanta.

- Być może. To tak jak z Sokcho.

Kerrand nie odpowiedział. Nigdy nie pozna Sokcho tak, jak ja je znam. Nie można udawać, że się je zna, jeśli się tu nie urodziło, jeśli nie mieszkało się w nim zimą, nie czuło jego zapachów, nie widziało ośmiornic.

Samotność.

- Dużo pani czyta? - zapytał.

- Tak, przed studiami. Przedtem czytałam sercem. Teraz czytam mózgiem.

Kiwnął głową, zacisnął ręce na pa­kunku.

- A pan?

- Czy ja czytam?

- Czym się pan zajmuje w życiu?

- Komiksami.

Słowo "komiks" zabrzmiało fałszywie w jego ustach. Wyobraziłam go sobie na konwentach, kolejki czytelników. Może był sławny. Nie czytałam komiksów.

- Pana historia dzieje się tutaj?

- Jeszcze nie wiem. Być może.

- Jest pan na wakacjach?

- W moim zawodzie nigdy nie ma wakacji.

Wsiedliśmy do autobusu. Usiedliśmy po obu stronach przejścia, każdy przy oknie. Ściemniło się. Kerrand odbijał się w szybie, na kolanach leżała paczka. Zamknął oczy. Kontur nosa niczym trójkąt. W kącikach wąskich warg rysowały się linie przyszłych zmarszczek. Był ogolony. Kiedy spojrzałam wyżej, na oczy, zdałam sobie sprawę, że on również obserwuje moje odbicie w szybie. Takie samo spojrzenie jak wtedy, gdy przybył do pensjonatu, przyjazne z domieszką znudzenia. Opuściłam głowę. Z głośnika padła nazwa naszego przystanku. Zanim poszliśmy alejką do budynku, Kerrand lekko dotknął mego ramienia.

- Dziękuję za dzisiejsze popołudnie.

Tego wieczoru znowu nie przyszedł na kolację. Ośmielona naszym spacerem, przyniosłam mu tacę z jedzeniem mniej pikantnym niż dla innych mieszkańców.

Siedział zgarbiony na krawędzi łóżka, jego pochylona sylwetka rzucała cień na papierową ścianę. Drzwi były niedomknięte. Przyłożyłam do nich policzek, zobaczyłam jego dłoń biegnącą po kartce papieru. Położył ją na kartonie, na kolanach. Między palcami ołówek szukał sobie drogi, przesuwał się do przodu, do tyłu, wahał się, wznawiał poszukiwanie. Rysik jeszcze nie dotknął papieru. Kiedy Kerrand zaczął rysować, kreska była nieregularna. Kreślił linie kilka razy, jakby je wymazywał, poprawiał, ale za każdym naciskiem rzeźbił je jeszcze bardziej. Tematu nie dało się rozpoznać. Gałęzie, a może sterta złomu. W końcu rozpoznałam zarys oka. Czarne oko poniżej włosów w nieładzie. Ołówek dalej podążał swoją drogą, aż pojawiła się postać kobieca. Oczy trochę za duże, drobne usta. Była piękna, powinien tak to zostawić i poprzestać. Nadal jednak poprawiał kreskę, stopniowo wykrzywiając usta, deformując brodę, ostrząc spojrzenie. Zamienił ołówek na pióro i tusz, aby z powolną determinacją mazać po papierze, aż do momentu, gdy kobieta stała się tylko czarną, bezkształtną plamą. Położył kartkę na biurku. Tusz kapał na podłogę. Na jego nogę wspiął się szybko pająk, nie zrzucił go. Podziwiał swoje dzieło. Mechanicznym gestem oderwał róg kartki. Zaczął go żuć.

Bałam się, że mnie zobaczy. Cicho położyłam tacę i poszłam do swojego pokoju.

Leżąc na łóżku, przewracałam kartki książki, nieobecna myślami. Wszedł Jun-oh. Czekoladowe pasemka na włosach. Był u fryzjera.

- Mogłeś zapukać.

Park go wpuścił. Zdjął buty. Śnieg topił się pod podeszwami.

- Zostaw je na zewnątrz.

Powiedział, że wyjedzie, jak będę się go tak czepiać. Nie obchodziło mnie to. Jeśli zostaje, niech zostawi buty na zewnątrz. Wyniósł buty, zrzędząc, po czym usiadł obok mnie i zapytał, co czytam. Przechyliłam okładkę książki. Odsunął moje ramię, żeby podciągnąć sweter. Moje piersi się naprężyły. Jego ręka, zimna jak lód, zanurzona w moim ciele. Nie powiedział tego, ale czułam, jak mnie ocenia, porównuje, waży, mierzy. Odepchnęłam go. Westchnął. Potem podał mi telefon, żeby pokazać stronę agencji modeli w Gangnam. Wyjeżdżał za dwa dni na casting. Wstał, spojrzał na odbicie w lustrze, powiedział, że prawdopodobnie nie będzie potrzebował operacji plastycznej, jednak był gotowy ewentualnie poprawić nos, brodę i oczy. Odwrócił się do mnie. Zresztą w tej chwili kliniki oferowały duże zniżki, więc warto, abym to sprawdziła, przyniesie mi kilka folderów o chirurgii twarzy. Dotknął swojego prawego ucha z tyłu. Według niego zawsze można coś poprawić. Zwłaszcza ja bym mogła, skoro chcę pracować później w Seulu. Chociaż w światku literackim wygląd nie ma aż takiego znaczenia. W końcu wszystko zależy od pozycji. Usiadł ponownie, z ręką na moim udzie. Miałam na sobie dzianinową tunikę, zdjęłam rajstopy. Przesunął palcem po mojej bliźnie, długim, cienkim śladzie po upadku na haczyk wędkarski, gdy byłam dzieckiem. Odłożyłam gwałtownie książkę.

- Dobrze. Powiedz mi, jaka miałabym dla ciebie być.

Zaśmiał się. Skąd ta agresja? Uważał, że jestem doskonała. Założył kosmyk moich włosów za ucho, położył się, aby mnie pocałować, jego nogi splecione z moimi. Nie otwarłam ust, nie chciałam jego języka. Skarżył się, że nigdy nie mam ochoty, a nie będziemy się widzieć przez kilka dni. Powiedziałam, że będzie mi go brakować, ale mam dużo do zrobienia w pensjonacie, czas szybko minie. Jun-oh wyszedł, trzaskając drzwiami, ale powiedział, że mogę spać u niego jutro, gdybym chciała.

Wpół do dziesiątej rano. Pozmywałam po śniadaniu. Para przybyła w identycznych piżamach, ona w różowej, on w szarej. Dziewczyna nalała sobie kawy zmęczonym gestem. Bandaże na twarzy sprawiały, że wyglądała jak panda. Jadła jogurt końcem łyżeczki. On - tosty z konfiturą z owoców persymony. Zostali jeszcze na chwilę przy stole, każde z telefonem, wi-fi było szybsze niż w ich pokoju. Alpinista jadł śniadanie o piątej trzydzieści przed wyjściem w góry. Czarna kawa, cztery kromki chleba, bagietka cięta wzdłuż, posmarowana masłem.

Przez szybę oddzielającą kuchnię od recepcji widziałam, jak wchodzi Kerrand. Zwrócił się do starego Parka, który zawołał mnie, skrępowany, bo nie mówił dobrze po angielsku. Zostawiłam naczynia w zlewie, wytarłam ręce, poczekałam, aż para na okularach zniknie, i dołączyłam do nich. Chodziło o wycieczkę na granicę z Koreą Północną.

Wyjaśniłam Kerrandowi, że autobus może zawieźć go tylko do punktu kontroli pojazdów, a do obserwatorium turystycznego na ziemi niczyjej, no man's land, można dotrzeć jedynie samochodem. Kerrand chciał wynająć auto. Park zadzwonił do wypożyczalni. Potrzebne było międzynarodowe prawo jazdy. Kerrand go nie miał. Mimo to nalegał, miał przecież francuskie prawo jazdy. Parkowi było przykro. Zaproponowałam, że mogę prowadzić. Gapili się na mnie, zaskoczeni. Park zgodził się, o ile posprzątam przedtem pokoje.

- Możemy jechać kiedy indziej, jeśli pani woli - powiedział Kerrand.

Ustaliliśmy, że pojedziemy w poniedziałek. Zapytałam Kerranda, czy już jadł, bo niedługo będę sprzątała. Nie był głodny, szedł na spacer.

Skorzystałam z jego nieobecności i poszłam posprzątać pawilon. Taca z jedzeniem leżała tam, gdzie ją zostawiłam, nietknięta. Kerrand ją widział, bo musiał nad nią przejść, żeby dostać się do recepcji. Mógł ją przynieść z powrotem. Przynajmniej mógł mi podziękować. Pomyślałam, że nie zasługuje, abym mu poświęcała czas i wiozła go na granicę.

Zmiękczone przez zasłonę światło podgrzewało barwy pokoju. Widziałam znowu długą smugę tuszu na biurku. Musiał przetrzeć szmatką, plama była rozmyta. Z podstawki z kadzidełkiem wiła się strużka dymu. Obok paczka kadzidełek ze świątyni na górze Naksan. W rogu pokoju stała walizka. Biorąc pod uwagę jej wielkość, nie mogły się tam zmieścić więcej niż dwa, trzy zestawy ciuchów na zmianę. Uchyliłam wieka. Ubrania ładnie złożone, tusz, pędzle owinięte w surowy jedwab, książka. W teczce bloki papieru, które kupił ze mną, czyste. W obawie, że wróci, zanim skończę, zaczęłam szorować podłogę detergentem, na niej też był tusz. Tusz schodził, ale nadal zostawały ślady. Opróżniłam kosz na śmieci, wyjęłam opakowania po Dunkin' Donuts i serniku Paris Baguette. Zanim wyszłam, sprawdziłam, czy zamknęłam walizkę.

Na podjeździe głównego budynku para szykowała się do wyjścia. On obejmował ją w talii, a ona, podobna do strusia w butach na obcasach, wieszała się na nim. Poprosił mnie o posprzątanie ich pokoju, zanim wrócą po południu. Sprzątałam w pośpiechu. Zmienić prześcieradła, wywietrzyć pokój. W koszu na śmieci dwie prezerwatywy, kartonik po kremie do twarzy na noc, skórki po mandarynkach.