Nazajutrz poszłam na spacer po plaży ciągnącej się wzdłuż Sokcho. Kochałam to wybrzeże, tę linię brzegową, nawet poszarpaną przez drut kolczasty pod napięciem. Korea Północna była tylko sześćdziesiąt kilometrów stąd na północ. Sylwetka kreślona przez wiatr rysowała się na tle budowanej redy portu. Pomyślałam o nazwisku w paszporcie. Yan Kerrand. Szedł w moim kierunku. Ze stosu sieci wyłonił się pies i podążył za nim, obwąchując mu spodnie. Jakiś robotnik przywołał psa do siebie. Kerrand zatrzymał się, żeby pogłaskać zwierzaka, rzucił coś w rodzaju that's OK!, nie ma sprawy, ale mężczyzna przywiązał psa, a Kerrand poszedł dalej.
Kiedy doszedł na moją wysokość, dołączyłam do niego.
- Ale piękny ten zimowy krajobraz - krzyknął razem z podmuchem wiatru, podniesioną ręką wskazując plażę.
Chyba kłamał, ale się uśmiechnęłam. W okolicy nabrzeża frachtowce wydawały metaliczne krzyki.
- Jak długo tu pani pracuje?
- Odkąd skończyłam studia.
Podmuch wiatru zerwał mu czapkę.
- Może pani mówić głośniej? - zapytał, naciągając czapkę na uszy.
Widziałam tylko mały fragment jego twarzy. Zamiast podnosić głos, zbliżyłam się do niego. Chciał wiedzieć, co studiowałam. Literaturę koreańską i francuską.
- Mówi pani po francusku.
- Nie za bardzo.
Tak naprawdę mój francuski był lepszy od angielskiego, w którym rozmawialiśmy, ale czułam się onieśmielona. Na szczęście tylko skinął głową. Miałam zamiar powiedzieć mu o ojcu, ale zmieniłam zdanie. Nie musi wiedzieć.
- Wie pani, gdzie mogę dostać tusz i papier?
Sklep papierniczy w Sokcho był zamknięty w styczniu. Wskazałam mu drogę do najbliższego supermarketu.
- Pójdzie pani ze mną?
- Nie mam zbyt wiele czasu...
Popatrzył na mnie, marszcząc brwi.
Zgodziłam się.
Przeszliśmy przez betonową równinę. Pośrodku znajdowała się wieża widokowa, z której było słychać zawodzenie k-popowego piosenkarza. W mieście właściciele restauracji, w żółtych butach, zielonych czapkach z daszkiem, gestykulowali przed swoimi akwariami, chcąc nas zachęcić do wejścia.
Wyglądało na to, że Kerrand chodzi po ulicach Sokcho, nie przejmując się krabami czy przyssawkami ośmiornic przyklejonymi do szyb akwariów.
- Po co przyjechał pan do Sokcho w zimie?
- Potrzebuję spokoju.
- Wybrał pan właściwe miasto - zażartowałam.
Jego kamienna twarz ani drgnęła. Może go nudziłam. Ale, powiedziałam sobie, nie muszę czuć się winna z powodu jego humorów ani wypełniać ciszy. To on poprosił mnie o przysługę, nic mu nie byłam dłużna. Przyplątał się do niego wyliniały pies.
- Psy pana lubią.
Kerrand delikatnie go odsunął.
- To dlatego, że mam na sobie te same rzeczy od tygodnia. Cuchną tak samo jak te psy.
- Mówiłam panu, że robię pranie...
- Nie chciałem, żeby pani poplamiła krwią moje rzeczy.
Jeśli to miał być dowcip, to go nie rozumiałam. Uważałam, że Kerrand ładnie pachnie. Mieszanką imbiru i kadzidła.
W supermarkecie Lotte Mart wybrał pióro, obejrzał je ze wszystkich stron, odłożył na półkę, a potem rozerwał opakowanie bloku rysunkowego, aby powąchać papier. Spojrzałam, czy nie ma nad nami kamery. Kerrand delikatnie dotykał różnych rodzajów arkuszy. Wydawało się, że najbardziej podobały mu się te szorstkie. Zmiął papier, zbliżył do ust i czubkiem języka posmakował krawędź arkusza. Zadowolony, przeszedł do kolejnego działu, do kolejnych półek. Ukryłam za segregatorami bloki, które podarł. Kiedy do niego dołączyłam, okazało się, że nie znalazł, czego szukał. Tusz w słoiczku, a nie wkłady. Poprosiłam kasjera, przyniósł dwa rodzaje tuszu z magazynu. Jeden z Japonii, drugi z Korei. Kerrand nie chciał japońskiego. Za szybko wysycha. Chciał wypróbować koreański. Kasjer się nie zgodził. Kerrand podniósł głowę. Ponowił prośbę. Kasjer się zezłościł. Nalegałam po koreańsku, aż ustąpił. Kerrand narysował kilka linii w zeszycie z płócienną okładką, który wyjął z płaszcza. W końcu kupił tusz japoński.
Na przystanku autobusowym byliśmy sami.
- Czyli jest pan Francuzem.
- Z Normandii.
Skinęłam głową na znak, że rozumiem.
- Zna pani? - spytał.
- Czytałam Maupassanta...
Odwrócił się do mnie.
- Jak ją pani postrzega?
Zastanowiłam się.
- Piękna. Trochę smutna.
- Moja Normandia nie jest już Normandią Maupassanta.
- Być może. To tak jak z Sokcho.
Kerrand nie odpowiedział. Nigdy nie pozna Sokcho tak, jak ja je znam. Nie można udawać, że się je zna, jeśli się tu nie urodziło, jeśli nie mieszkało się w nim zimą, nie czuło jego zapachów, nie widziało ośmiornic.
Samotność.
- Dużo pani czyta? - zapytał.
- Tak, przed studiami. Przedtem czytałam sercem. Teraz czytam mózgiem.
Kiwnął głową, zacisnął ręce na pakunku.
- A pan?
- Czy ja czytam?
- Czym się pan zajmuje w życiu?
- Komiksami.
Słowo "komiks" zabrzmiało fałszywie w jego ustach. Wyobraziłam go sobie na konwentach, kolejki czytelników. Może był sławny. Nie czytałam komiksów.
- Pana historia dzieje się tutaj?
- Jeszcze nie wiem. Być może.
- Jest pan na wakacjach?
- W moim zawodzie nigdy nie ma wakacji.
Wsiedliśmy do autobusu. Usiedliśmy po obu stronach przejścia, każdy przy oknie. Ściemniło się. Kerrand odbijał się w szybie, na kolanach leżała paczka. Zamknął oczy. Kontur nosa niczym trójkąt. W kącikach wąskich warg rysowały się linie przyszłych zmarszczek. Był ogolony. Kiedy spojrzałam wyżej, na oczy, zdałam sobie sprawę, że on również obserwuje moje odbicie w szybie. Takie samo spojrzenie jak wtedy, gdy przybył do pensjonatu, przyjazne z domieszką znudzenia. Opuściłam głowę. Z głośnika padła nazwa naszego przystanku. Zanim poszliśmy alejką do budynku, Kerrand lekko dotknął mego ramienia.
- Dziękuję za dzisiejsze popołudnie.
Tego wieczoru znowu nie przyszedł na kolację. Ośmielona naszym spacerem, przyniosłam mu tacę z jedzeniem mniej pikantnym niż dla innych mieszkańców.
Siedział zgarbiony na krawędzi łóżka, jego pochylona sylwetka rzucała cień na papierową ścianę. Drzwi były niedomknięte. Przyłożyłam do nich policzek, zobaczyłam jego dłoń biegnącą po kartce papieru. Położył ją na kartonie, na kolanach. Między palcami ołówek szukał sobie drogi, przesuwał się do przodu, do tyłu, wahał się, wznawiał poszukiwanie. Rysik jeszcze nie dotknął papieru. Kiedy Kerrand zaczął rysować, kreska była nieregularna. Kreślił linie kilka razy, jakby je wymazywał, poprawiał, ale za każdym naciskiem rzeźbił je jeszcze bardziej. Tematu nie dało się rozpoznać. Gałęzie, a może sterta złomu. W końcu rozpoznałam zarys oka. Czarne oko poniżej włosów w nieładzie. Ołówek dalej podążał swoją drogą, aż pojawiła się postać kobieca. Oczy trochę za duże, drobne usta. Była piękna, powinien tak to zostawić i poprzestać. Nadal jednak poprawiał kreskę, stopniowo wykrzywiając usta, deformując brodę, ostrząc spojrzenie. Zamienił ołówek na pióro i tusz, aby z powolną determinacją mazać po papierze, aż do momentu, gdy kobieta stała się tylko czarną, bezkształtną plamą. Położył kartkę na biurku. Tusz kapał na podłogę. Na jego nogę wspiął się szybko pająk, nie zrzucił go. Podziwiał swoje dzieło. Mechanicznym gestem oderwał róg kartki. Zaczął go żuć.
Bałam się, że mnie zobaczy. Cicho położyłam tacę i poszłam do swojego pokoju.