Po usunięciu Maryi, wziętéj w serdeczną opiekę
przez jéj życzliwych przyjaciół, porucznik Vasling zdał sprawę
Janowi Cornbutte z okropnego wypadku, który pozbawił go widoku
ukochanego syna, a który dziennik okrętowy opisywał w następujący
sposób:
"Na wysokości Maëlstromu, d. 26 kwietnia, okręt nasz,
zatrzymany u przylądka przez nieprzyjazny wiatr
południowo-zachodni, spostrzegł znaki niebezpieczeństwa, dawane
przez jakąś goelettę na pełném morzu. Statek ten, pozbawiony
przedniego masztu, o jednym tylko żaglu, pędził ku wirowéj
otchłani. Kapitan Ludwik Cornbutte, widząc iż goeletta dąży do
niechybnéj zguby, kazał spuścić szalupę. Pomimo próśb i
przedstawień swéj załogi, puścił się na morze w towarzystwie majtka
Cortrois i Piotra Nouquet, cieśli. Osada wytężonym wzrokiem
śledziła ruchy szalupy, aż do chwili zniknięcia jéj śród mgły. Noc
nadeszła; morze burzyło się coraz silniéj.
Nieustraszony, którego wichry nieprzyjazne zapędziły tak daleko,
był narażonym na to, iż go mogły pochłonąć burzliwe wichry
Maëlstromu, gdyby miał udać się w ich stronę. Pomimo
niebezpieczeństwa, statek nasz krążył przez dni kilka około miejsca
wypadku, ale napróżno: ani goeletty, ani szalupy z Ludwikiem
Cornbutte i dwoma marynarzami nie ujrzano już. Wówczas porucznik
Vasling, wobec zgromadzonéj załogi, objął dowództwo okrętu i kazał
go skierować na drogę ku Dunkierce".
Jan Cornbutte, wysłuchawszy tego zwięzłego sprawozdania, płakał
gorącemi łzami przez jakiś czas, ale mężne i szlachetne jego serce
znalazło pewną pociechę w téj okoliczności, że syn zginął, niosąc
pomoc bliźnim. Opuścił wreszcie biedny ojciec pokład okrętu.
którego widok sprawiał mu prawdziwą boleść, i powrócił do
osiéroconogo domu.
Smutna wiadomość o wypadku rozeszła się wkrótce po całéj
Dunkierce. Liczni przyjaciele starego marynarza śpieszyli doń z
oznakami serdecznego współczucia. Majtkowie
Nieustraszonego poczęli opowiadać szczegółowiéj całe to
straszne wydarzenie, a porucznik Vasling odmalował w żywych bardzo
barwach przed Maryą poświęcenie jéj narzeczonego. Jan Cornbutte, gdy się już wypłakał i uspokoił, nazajutrz po
wylądowaniu swego statku, rzekł do wchodzącego Vaslinga: - Mój poruczniku, czy tylko jesteś pewny że Ludwik nie żyje? - Tak, niestety, kapitanie! - A czyś uczynił wszystko, czego potrzeba było do odszukania go? - Wszystko, kapitanie, i właśnie dlatego jestem najpewniejszy, że
Ludwik Cornbutte i jego towarzysze zginęli w otchłani Maëlstromu. - Czy życzyłbyś sobie zatrzymać i nadal miejsce porucznika na moim
statku? - To zależéć będzie od dowódzcy. - Dowódzcą ja sam będę - odrzekł stary marynarz. - Pragnę
jaknajprędzéj przygotować do podróży mój statek, zebrać załogę i
puścić się na morze wcelu odszukania Ludwika. - Ależ, kapitanie, wasz syn nie żyje! - rzekł nalegająco Vasling. - Bardzo być może, poruczniku, ale i to jest prawdopodobném że
żyje i że ocalić go możemy. Pragnę zwiédziéć wszystkie porty
Norwegii, do których mógł być zapędzonym, a jeżeli w ten sposób
posiędę pewność, że go już nigdy nie ujrzę, wtedy wrócę, aby tu
samotnie dokonać smutnego żywota. Vasling, pojąwszy ze słów starca, że jego postanowienie jest silne
i niewzruszone, nie nalegał dłużéj i odszedł. Jan Cornbutte odkrył także i Maryi swój zamiar, co spowodowało, iż
w jéj pełnych łez oczach błysnął słaby promyk nadziei. Do chwili
téj przez myśl jéj nie przeszło, że śmierć narzeczonego nie jest
bynajmniéj dostatecznie sprawdzoną; teraz w serce jéj jednak
wstąpiła nadzieja, któréj uchwyciła się całą siłą. Stary marynarz postanowił, że
Nieustraszony wypłynie natychmiast w drogę. Statek ten,
wybornie zbudowany, nie potrzebował na szczęście żadnéj naprawy. Na
wezwanie zacnego kapitana, wszyscy poprzedni majtkowie stawili się
bez wyjątku. Cała osada była taż sama, tylko dowódzcę zmienić
należało. Dawni towarzysze Ludwika Cornbutte, z których nie brakło
ani jednego, byli następujący: Turquiette, Misonne cieśla,
Bretończyk Penellan, który miał zastąpić Nouqueta jako sternik,
Gradlin, Aupie, Gervique - wszystko to marynarze dzielni i
doświadczeni. Jan Cornbutte wkrótce powtórnie zagadnął Vaslinga, czy nie zechce
towarzyszyć mu w téj dalekiéj podróży. Porucznik ten znał się
doskonale na obrotach statku i dał tego dowód w ostatniéj wyprawie.
Obecnie, co było dziwném i zagadkowém, Vasling widocznie usiłował
Cornbutte'a do podróży zniechęcić i starał się przedstawić same
tylko trudności. - Jak zresztą chcesz - odrzekł mu na to wszystko kapitan - bądź
jednak pewnym, że przyjmiemy cię, jako towarzysza, z otwartemi
rękami. Cornbutte miał w Penellanie człowieka zupełnie sobie poświęconego,
który przez długie lata uczestniczył w każdéj jego wyprawie. Marya,
będąc jeszcze dzieckiem, przepędzała często długie, zimowe wieczory
na rękach dzielnego Bretończyka, któremu za okazywaną serdeczność
odpłaciła szczérém przywiązaniem. Penellan obecnie krzątał się
najusilniéj około przygotowań do drogi i, jego zdaniem, należało
użyć wszelkich środków, celem odnalezienia zaginionych rozbitków,
bo Vasling nie uczynił w tym celu wszystkiego, co mógł był uczynić
i co mu nakazywał obowiązek. Po upływie ośmiu dni,
Nieustraszony był gotowym do drogi. W miejsce towarów do
zbycia, jak zwykle, zaopatrzono go w solone mięso, suchary, beczki
z mąką, kartofle, wieprzowinę, wino, wódkę, kawę, herbatę i tytuń.
Wyjazd naznaczono na 22 maja. W wigilią tego dnia, Vasling, który
nie dał jeszcze Cornbuttowi stanowczéj odpowiedzi, przyszedł do
jego mieszkania. I w téj chwili nie był zdecydowany, czy jechać,
lub pozostać. Cornbutta nie było w domu, jakkolwiek drzwi były otwarte. Vasling
wszedł do izby gościnnéj, w któréj nie było nikogo, ale wnet się
zatrzymał, gdy uszu jego z pokoju Maryi doleciał odgłos rozmowy.
Słuchał więc uważnie i poznał głos Penellana. Rozmowa zapewne trwała już dość długo, a w téj chwili zdawało się,
iż Marya stara się przekonać o czémś starego marynarza i nie zgadza
się z jego zdaniem. - Ile lat ma mój wuj? - spytała po chwili. - Około sześćdziesięciu - brzmiała odpowiedź. - A pomimo to czyliż zamierzona wyprawa nie będzie dla niego
niebezpieczną? - Ba!... to co innego. Nasz kapitan jest człowiekiem tęgim i
silnym - odrzekł marynarz. - Ma on ciało jakby z dębowego drzewa, a
muskuły silne, nakszałt drąga zapasowego. Zna się z morzem wybornie
i może sobie z niego żartować! - Mój poczciwy Penellanie, wierzaj mi, jest się zawsze silnym,
kiedy się kocha. A zresztą trzeba téż ufać Opatrzności. Rozumiecie
mnie dobrze i z pewnością pomożecie mi w moim zamiarze. - To niepodobna - odrzekł Penellan. - Kto wié co nas tam czeka, co
będziemy musieli przecierpiéć. Widziałem ja już najdzielniejszych i
najwytrwalszych ludzi, co z takiéj podróży nie wracali i... nie
powrócą już nigdy. - Mój drogi Penellanie - prosiła Marya błagalnym i rzewnym głosem
- nie odmawiaj mi! Zdaje mi się, że mnie już nie kochasz! Vasling domyślił się o co idzie i w téj chwili postanowił, że
pojedzie. - Kapitanie - rzekł, zwracając się do wchodzącego Jana Cornbutte -
należę do twojéj wyprawy i przyszedłem ci to oznajmić. Przyczyny,
które mnie powstrzymywały, już są usunięte i możecie liczyć na moje
poświęcenie. - Nie wątpiłem o was ani na chwilę, poruczniku - odrzekł Jan i
zawołał podniesionym głosem: - Maryo, moje dziécię, proszę cię
tutaj! Marya i Panellan weszli natychmiast. - Puszczamy się jutro, ze wschodem słońca, na otwarte morze -
oświadczył stary marynarz. - Moja biédna Maryo... oto ostatni
wieczór, który przepędzimy razem! - Mój drogi wuju!... - krzyknęła z głębi piersi Marya, rzucając mu
się w objęcia. - Niech cię tutaj Bóg ma w swéj opiece; przy Jego najpotężniejszéj
pomocy odszukamy ci narzeczonego. - Tak, musiémy odnaléść Ludwika! - zapewniał Vasling. - Jakto, czy i pan należysz do wyprawy? - spytał zdziwiony
Penellan. - Tak, stary towarzyszu, Vasling będzie naszym porucznikiem -
odrzekł Jan Cornbutte z wyrazem szczérego zadowolnienia. - Oho!... - dorzucił Bretończyk głosem szczególnym. - Jego rady bardzo nam się przydadzą, bo jest marynarzem
przedsiębiorczym i doświadczonym. - Ależ pan sam, kapitanie - wtrącił Vasling - poprowadzisz nas, a
wasza znajomość rzeczy i doświadczenie aż nadto tam wystarczą. - A więc, moje dzieci, do jutra! Spotkamy się o świcie na
pokładzie statku, a tym czasem idźcie poczynić ostateczne
przygotowania. Porucznik i majtek odeszli; Jan Cornbutte i Marya pozostali we
dwoje. Dużo tam łez wylano podczas tego smutnego wieczora. Stary
marynarz, przewidując osamotnienie siostrzenicy, dla uniknienia
jutrzejszych pożegnań, tak bolesnych, postanowił puścić się na
morze bez widzenia się z nią. Dał więc jéj ostatni swój uścisk
jeszcze dzisiaj, a nazajutrz, o trzeciéj godzinie zrana, był już na
nogach. W chwili odjazdu znaleźli się na brzegu morza wszyscy przyjaciele
starego marynarza. Proboszcz, który miał pobłogosławić związek
Maryi i Ludwika, pośpieszył z błogosławieństwem dla odjeżdżających.
Serdeczne choć milczące uściśnienie rąk wkrótce zamieniono i Jan
Cornbutte wszedł bezzwłocznie na pokład okrętu. Osada była już
zebrana; Vasling wydał ostateczne polecenia. Rozpuszczono żagle, a
statek, popchnięty silnym podmuchem północno-zachodniego wiatru,
puścił się na morze; w téj chwili na brzegu, śród gromadki
klęczących, proboszcz zanosił gorące modły o szczęśliwą drogę dla
swoich przyjaciół. Gdzie zdąża ten statek?... Zmierza on po drodze, śród któréj
zginęło bez wieści nawet tylu rozbitków! Jakże losy jego są
niepewne, a mimo to z jaką odwagą dąży, aby stawić czoło tylu
strasznym niebezpieczeństwom! Bóg tylko jeden wié, gdzie się
zatrzyma... Niechajże go Bóg prowadzi!