Zima pod Tańczącymi Ogniami - Urszula Gajdowska

-
Proszę czekać

Prolog

Karolina gwałtownie otworzyła oczy i wciągnęła powietrze tak głęboko, jakby dopiero co wynurzyła się spod wody.

Siedziała na kanapie we własnym salonie. Oddychała ciężko, a ostry ból rozlewał się po skroniach. Czuła dziwną suchość w ustach i metaliczny posmak na języku. Migoczące lampki na częściowo ubranej choince rzucały na ściany niespokojne refleksy. Pod drzewkiem stały jeszcze puste pudełka po ozdobach, a w powietrzu unosił się słodki zapach suszonych pomarańczy i goździków. Cicha melodyjka lampek brzmiała obco - jak zacięta, powtarzająca się fraza, która zamiast uspokajać, zaczynała drażnić. Za oknem robiło się szaro...

- Powinno być rano - wymamrotała.

Pamiętała, jak zeszła do piwnicy po ozdoby świąteczne, zrobiła tam przy okazji małe porządki, weszła na górę, dolała sobie kawy i...

Coś było nie tak.

Wyczuwała intensywny, drażniący zapach perfum zmieszanych ze środkiem czyszczącym. Zbyt mocny jak na zwykłe sprzątanie.

Rozejrzała się powoli.

Stolik przy kanapie był nienaruszony, szklana misa z owocami stała na swoim miejscu, a poduszki w kształcie piernikowych ludzików leżały ułożone przesadnie równo.

Jej wzrok zatrzymał się na podłodze.

Czysto.

Ani jednego odłamka.

A przecież pamiętała.

Pamiętała dźwięk tłuczonego szkła. Ostry, metaliczny, który rozdarł ciszę. Pamiętała, jak coś spadło, jak coś się rozbiło - tu, przy stole.

Przesunęła dłonią po blacie. Gładki. Suchy. Jakby nic się nie wydarzyło.

- To niemożliwe... - szepnęła.

Zamknęła oczy.

I wtedy wróciło.

Nagłe szarpnięcie, ból skóry głowy, czyjeś palce zaciskające się na jej włosach. I zapach. Ostry, duszący, słodki. Nie jej.

Ktoś był w domu. Była tego pewna.

Ktoś wszedł. Ktoś ją złapał. Ktoś...

Otworzyła oczy gwałtownie i odwróciła się w stronę drzwi.

Zamknięte.

Cisza.

Tylko jej własny oddech, zbyt szybki, zbyt płytki.

- Halo? - odezwała się.

Nie było odpowiedzi.

Wstała. Zrobiła krok do przodu. Potem drugi.

Serce waliło jej tak mocno, że aż bolało.

Przecież to się wydarzyło. Pamiętała.

Pamiętała też, że próbowała się wyrwać. Że coś przewróciła. Wazon. Tak, wazon - ten ciężki, szklany, który dostała od Marka na ostatnią rocznicę ślubu.

Spojrzała na niego.

Stał tam. Cały. Nienaruszony.

- Nie... - Pokręciła głową. - To z pewnością nie był sen...

Drzwi wejściowe otworzyły się z cichym skrzypnięciem.

Drgnęła.

- Karolina?

Głos Marka był spokojny. Zwyczajny.

Odwróciła się powoli.

Spojrzał na nią uważnie, ale w jego oczach nie było niepokoju, tylko zmęczenie. I coś jeszcze - coś, co bolało bardziej niż cokolwiek innego.

Obojętność.

- Co się stało? - zapytał.

- Ktoś tu był - powiedziała natychmiast. - W domu. Przed momentem.

Marek zamknął drzwi i wszedł do środka.

- Karolina...

- Nie, posłuchaj mnie - przerwała mu. - Ktoś wszedł. Zaatakował mnie. Przewrócił wszystko. Ten wazon... rozbił się tutaj.

Wskazała podłogę.

Marek spojrzał tam, gdzie pokazywała, potem znów na nią. Jego twarz nie wyrażała zdziwienia. Zabolało ją, że przyjął jej słowa na zimno.

- Nic tu nie ma - powiedział spokojnie.

- Bo ktoś to posprzątał! - krzyknęła desperacko.

Marek westchnął i podszedł bliżej.

- I posklejał wazon tak, że nie ma śladu? Karolina, spójrz na mnie.

Nie chciała, jednak podniosła wzrok.

- Jesteś pewna, że to się wydarzyło? - zapytał łagodnie.

- Oczywiście, że jestem pewna! Ktoś tu był.

- Kto?

Karolina otworzyła usta, ale zorientowała się, że nie zna odpowiedzi.

- Piłaś?

To jedno słowo wystarczyło.

Coś w niej drgnęło.

- Co masz na myśli?

Marek milczał, jakby dobierał słowa.

- To nie pierwszy raz - powiedział w końcu. - Kiedy jesteś przemęczona, sięgasz po lampkę wina i... zaczynasz widzieć rzeczy, których...

- Nie kończ - weszła mu w słowo. - Nie piłam.

- ...rzeczy, których nie ma - dokończył mimo to, a następnie skinął głową na wyspę kuchenną. Na blacie stała butelka po winie.

- Myślisz, że to sobie wymyśliłam?

- Myślę, że jesteś zmęczona - odparł znużony, jakby musiał tłumaczyć po raz kolejny tę samą wersję wydarzeń. - I że ostatnio dużo się dzieje.

Zrobił jeszcze jeden krok w jej stronę.

- Może powinnaś trochę odpocząć.

Karolina patrzyła na niego w milczeniu.

Na jego spokojną twarz. Zwróciła uwagę na sposób, w jaki mówił - rzeczowo, logicznie, jakby tłumaczył coś oczywistego. Tyle że ona nie była alkoholiczką, jak jej ostatnio wmawiał, a po wino ostatni raz sięgnęła w ubiegłym miesiącu podczas przyjęcia urodzinowego i była to jedna lampka. Nie pamiętała, by otwierała dziś butelkę.

Spojrzała na twarz mężczyzny, któremu poświęciła ostatnią dekadę życia, z którym kiedyś planowała się zestarzeć, i poczuła coś zimnego, ciężkiego.

Nie strach.

Zwątpienie.

Spojrzała jeszcze raz na podłogę. Nie znalazła tam żadnych odłamków szkła. Nie dojrzała śladów szarpaniny i obecności nikogo obcego. Zapach detergentu też się ulotnił.

Jej dłonie zaczęły lekko drżeć.

- Ja... - zaczęła.

I urwała.

Bo po raz pierwszy nie była już pewna, co właściwie pamięta.

W tle wciąż migotały lampki, uparcie próbując udawać, że wszystko jest w porządku, ale Marek obserwował ją uważnie.

- Karolina - powiedział ciszej. - Nie możemy tak dalej żyć. To nie małżeństwo, to wyczerpuje nas oboje. Ty grasz ofiarę, a ja mam cię ratować. Współczuję ci, że... Sama wiesz. Zmęczyło mnie to. Mam dość.

Te słowa zawisły między nimi. Zbyt poważne, by je zignorować.

Odwróciła wzrok.

W tej samej chwili coś przyciągnęło jej uwagę.

Na komodzie, tuż przy ścianie, leżał klucz. Ten, który zawsze chowała za ramką na ich ślubne zdjęcie. Nigdy, przenigdy, nie zostawiała go na wierzchu.

Zrobiła krok w jego stronę.

- Skąd to się wzięło? - zapytała.

Marek spojrzał.

- Co?

- Ten klucz.

Podszedł bliżej, wziął go do ręki i obejrzał.

- Nie wiem. - Wzruszył ramionami. - Może tu leżał.

Karolina poczuła, jak coś ściska ją w środku.

Bo wiedziała, że nie leżał, zawsze go chowała, ale nie potrafiła tego udowodnić.

- Nie mam ochoty na twoje gry. Weź się w garść albo zwróć o pomoc do specjalisty. Ja nim nie jestem. Niedługo święta, nie spędzimy ich razem - oznajmił. - Może wyjedź gdzieś, odpocznij sobie.

Nie skomentowała.

Patrzyła tylko na klucz.

A potem, bardzo powoli, znów na idealnie uporządkowany salon i ubraną częściowo choinkę.

Uświadomiła sobie, że może najgorsze nie było to, że ktoś tu był.

Tylko to, że nikt poza nią nie chciał tego zobaczyć.

Rozdział 1

Pensjonat pod Tańczącymi Ogniami, Otulina Puszczy Knyszyńskiej, grudniowy poranek

Śnieg spadł nocą, cicho i równo, jakby narzucił cienką białą kołdrę na świat. Rankiem pensjonat wyglądał inaczej niż latem. Sprawiał wrażenie pogrążonego w zimowym śnie, z którego nie chciał się zbyt szybko obudzić.

W rzeczywistości serce pensjonatu tętniło życiem. Kipiało wręcz od emocji. Wszelkie większe prace remontowe co prawda dawno już zakończono albo przerwano na okres zimowy, ale po serii artykułów i reportaży na temat wydarzeń, jakie miały tu miejsce ostatniego lata, pensjonat przeżywał jesienne oblężenie, a prowadzący go Pelagia, jej młodsza siostra Grażyna, Emilia i Piotr z pomocnikami mieli ręce pełne roboty.

Pelagia stała tego ranka przy kuchennym oknie i obserwowała podwórze. Ślady butów, które jeszcze wczoraj prowadziły od furtki do drzwi, zniknęły. Zostały tylko delikatne zagłębienia po ptasich łapkach i odciśnięty na śniegu ślad kotki, która najwyraźniej uznała, że śnieg zupełnie jej nie przeszkadza w spacerowaniu.

- Zima w tym roku przyszła bardzo szybko - mruknęła do siebie. - Trzeba wyciągnąć i sprawdzić sanie.

W kuchni pachniało cynamonem i pieczonymi jabłkami. Grażyna krzątała się przy blacie, zerkając co rusz na listę spraw do załatwienia przyczepioną magnesem do lodówki.

- Jak się tak utrzyma, to trzeba będzie odśnieżyć drogę do lasu - zauważyła. - Ale to dobrze, bo kulig bez śniegu to żaden kulig.

- Ty zawsze o atrakcjach - westchnęła Apolonia, poprawiając serwetki na stole. - Zupełnie jak twój ojciec świętej pamięci. Dopiero co sprzątałyśmy wosk po wróżbach andrzejkowych, a ta już o kuligach myśli. Nie liczyłabym, że mróz się utrzyma. Jak nic, po południu błoto z tego będzie.

Berenika, siedząca przy piecu z kubkiem herbaty, parsknęła cicho.

- Ty i tfu - udała, że spluwa - twoje czarnowidztwo, siostrzyczko.

- To raczej realizm.

- Jakbyś sama nie wiedziała, że i tak wszystko wyjdzie, jak wyjdzie. A sanie po błocie całkiem nieźle suną - dodała i zachichotała niczym nastolatka, choć dawno przekroczyła osiemdziesiątkę.

Pelagia uśmiechnęła się pod nosem. Ten dom zawsze tak funkcjonował - trochę wbrew planom, trochę na przekór rozsądkowi, ale jakoś zawsze do przodu. Zimą jeszcze bardziej było to widać. Gdy prowadzili go jej rodzice z pomocą ciotki Bereniki, pensjonat oferował ciepło, zapachy, ciszę i poczucie, że można tu na chwilę przestać udawać, że wszystko jest w porządku. Czasy się trochę zmieniły, ale ona chciała odbudować tę atmosferę. Poniekąd się udało. Matka i ciotka stale sobie dogryzały, Grażyna wymyślała coraz to nowe atrakcje, a młodzi małżonkowie - Emilia i Piotr - wcielali te plany w życie.

Z ganku dobiegł skrzyp śniegu.

- Ktoś idzie - rzuciła Grażyna.

Drzwi otworzyły się gwałtownie i do środka wpadł podmuch zimnego powietrza wraz z Emilią, która strzepywała śnieg z czapki.

- Zmarzłam. I kotka znów próbowała wyjść do lasu - oznajmiła, zdejmując rękawiczki. - Jakby nie wiedziała, że zima.

- Ona wie - odparła Berenika. - Tylko udaje, że nie. Pewnie do Natana biegła. Nie rozumie biedaczka, że chłopaka nie ma w domu.

- Nie przypominaj mi - mruknęła Apolonia. - Że też czort mnie podkusił i ugryzłam się w język zamiast odmówić, kiedy prosił o opiekę nad tym futrzakiem.

- Nie czort cię podkusił, kochana, tylko ja - przypomniała Berenika. - I obie dobrze wiemy, że nie o kotkę ci chodzi, a o wnuczkę. Spokojnie, są w domu jej ojca, a Natan to porządny chłopak.

- Tak, oni wszyscy porządni, ale jak ich samych z dziewczyną zostawisz, to lepiej nie myśleć.

Emilia podeszła do okna i spojrzała na dwór, na las za nim i białą przestrzeń, która latem była zielona. Zima zmieniała to miejsce. Wygładzała je, wyciszała, a jednocześnie sprawiała, że wszystko, co ukryte, zdawało się bliższe. Nawet legenda o tańczących ogniach brzmiała teraz inaczej, mniej groźnie, bardziej melancholijnie.

- Mamy dziś nowego gościa - powiedziała Pelagia. - Jednego. Przyjedzie po południu.

- Na święta? - zainteresowała się Emilia.

- Na razie na kilka dni. Podobno musi odpocząć... albo poukładać sobie pewne rzeczy.

Grażyna westchnęła.

- To brzmi poważnie. Czyżby problemy?

Pelagia nie odpowiedziała. Podeszła do kredensu, otworzyła skrytkę ze swoimi sekretnymi przepisami i zapiskami i sięgnęła po stary, skórzany notes. Przez moment zawahała się, jakby chciała go odłożyć, ale ostatecznie wyjęła z niego kilka pożółkłych kartek, złożyła je z uwagą, odłożyła i zamknęła na klucz, a notes wsunęła pod ramię.

- Pokażę jej pokój na górze - zdeycydwoała. - Ten z widokiem na las.

Emilia spojrzała na nią uważniej, ale nic nie powiedziała.

Samochód pojawił się na drodze późnym popołudniem. Zatrzymał się przed pensjonatem, a silnik zgasł, zostawiając po sobie ciszę, w której słychać było tylko skrzypienie gałęzi pod ciężarem śniegu.

Z auta wysiadła młoda kobieta w ciemnym płaszczu. Przez moment stała nieruchomo, zbierając się na odwagę, a potem sięgnęła po torbę i zamknęła drzwi.

Pelagia obserwowała ją z ganku.

- Karolina? - zapytała, gdy kobieta podeszła bliżej.

- Tak. - Uśmiechnęła się uprzejmie, choć wyglądała na zmęczoną. - Mam nadzieję, że nie przyjechałam za wcześnie.

- W sam raz - stwierdziła Pelagia. - Zimą nikt tu się nigdzie nie spieszy.

Karolina rozejrzała się po obejściu, po dworze, po lesie, który zdawał się zaczynać tuż za ogrodzeniem.

- Ładnie tu - powiedziała. - Bardzo... spokojnie.

Pelagia skinęła głową.

- Spokój to rzecz względna - odparła. - Ale na początek wystarczy.

- Nic dziwnego, że Emilia pokochała to miejsce.

Kiedy zamknęły za sobą drzwi, śnieg znów zaczął padać - drobno i gęsto. Czyżby świat chciał odciąć pensjonat od reszty rzeczywistości?

A gdzieś dalej, za linią drzew, nad zamarzniętymi mokradłami, coś na moment zamigotało, słabo, niepewnie, jakby tylko sprawdzało, czy ktoś jeszcze patrzy.

*

Kilka dni wcześniej Pelagia właśnie wyjmowała z piekarnika blachę z piernikami, a kuchnia wypełniona była zapachem cynamonu i goździków, gdy zadzwonił telefon.

- Emilia? - odezwał się kobiecy, nieco zdyszany, wyraźnie spięty głos.

Pelagia zawahała się ułamek sekundy.

- Nie - odpowiedziała spokojnie. - Pelagia. Dodzwoniła się pani do Pensjonatu pod Tańczącymi Ogniami.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

- Przepraszam... - Głos był mniej pewny. - Próbowałam dodzwonić się do Emilii. Nie odbiera od rana. Chciałam z nią porozmawiać.

Pelagia oparła się biodrem o blat.

Coś w niej drgnęło - wspomnienie, które zwykle trzymała zamknięte głęboko, pod warstwą lat i obowiązków. Taki sam ton słyszała kiedyś u siebie. Tuż przed tym, jak przestała udawać, że wszystko jest w porządku.

- Może wyłączyła dzwonek - powiedziała łagodnie. - Mój brat znalazł w lesie dwie młode sowy i Emilia pojechała z nimi do weterynarza.

Znów cisza. Tym razem dłuższa. Cięższa.

- Rozumiem - odezwała się kobieta. - Już się rozłączę.

- Nie musi pani - odparła Pelagia szybko. - Skoro już się pani dodzwoniła.

Po drugiej stronie słychać było westchnienie. Nie takie zwykłe, zmęczone. To było westchnienie kogoś, kto od dawna trzyma w sobie zbyt wiele i nagle, przez przypadek, znalazł się przy kimś, kto to wyczuł.

- Ja... - zaczęła kobieta. - Po prostu miałam dość. I nie wiedziałam, do kogo zadzwonić.

Pelagia zamknęła oczy.

Wspomnienie wróciło z całą ostrością: ona sama, młoda, stojąca w wąskiej kuchni, z telefonem w ręku, próbująca nie płakać, bo mąż znów wrócił pijany, znów krzyczał, znów mówił, że to jej wina. I to uczucie, że nie ma dokąd pójść. Że nikt nie zrozumie.

- Czego miała pani dość? - zapytała.

- Domu, ludzi, pytań, na które nie mam już odpowiedzi - odparła. - Tego, że wszyscy wiedzą lepiej, jak powinno wyglądać moje życie. A ja mam wrażenie, że jeśli jeszcze trochę tam zostanę... to oszaleję.

Pelagia odsunęła blachę z piernikami.

Wiedziała. Wiedziała już wszystko. Oczywiście nie o tym, co się wydarzyło, bo nie miała daru jasnowidzenia. Czuła jedynie, że kobieta znalazła się na rozstaju i przed nią wielkie zmiany.

- Jestem Pelagia - powiedziała. - A jak pani ma na imię?

- Karolina.

- Karolino - powtórzyła. - Mam wolny pokój. Widok na las. I kilka dni, w których nikt nie będzie ci tłumaczył, jak powinnaś się czuć.

- Ale...

- Znam ten moment - przerwała jej Pelagia. - Ten, w którym człowiek wie, że jeśli nie wyjedzie choć na trochę, to coś w nim pęknie na dobre.

Po drugiej stronie zapadła cisza. Tym razem inna. Lżejsza. Jakby ktoś po raz pierwszy od dawna zdjął z ramion ciężar.

- Nie jest pani Emilią, ale mówi jak ona - zauważyła Karolina ostrożnie.

- Jestem jej teściową - odparła Pelagia. I dodała w myślach: I wiem, jak brzmi kobieta, która próbuje nie prosić o pomoc.

*

Pokój na górze był prosty i jasny. Drewniane łóżko, niewielki stolik przy oknie, dwa fotele z poduszkami w kwiaty, szafa i stara komoda, która pachniała woskiem i lawendą. Karolina odstawiła torbę i przez chwilę tylko stała, słuchając ciszy. Nie tej miejskiej, nerwowej, która nigdy nie jest pełna, bo zawsze coś buczy albo dzwoni. Tutaj cisza była gęsta, miękka. Prawie namacalna.

- Kolacja będzie za godzinę - powiedziała Pelagia, stawiając na stoliku dzbanek z herbatą. - Ale jeśli będziesz zmęczona, proszę się nie krępować. Zimą goście często jedzą wtedy, kiedy mają na to siłę.

Karolina skinęła głową z wdzięcznością.

- Dziękuję. Chyba... najpierw usiądę.

Pelagia zawahała się przez moment, po czym wyjęła spod ramienia skórzany notes i położyła go obok dzbanka.

- To moje zapiski - odezwała się. - Emilia je zna. Tego lata pomogły jej poukładać myśli. Coś czuję, że tobie też mogą pomóc, Karolino. Oczywiście - dodała szybko - jeśli nie będziesz miała ochoty, nie otwieraj ich.

Nie czekając na odpowiedź, wyszła, po czym bezdźwięcznie zamknęła drzwi.

Karolina została sama. W kieszeni płaszcza wciąż czuła telefon.

Od rana przyszły trzy wiadomości od Marka.

Karolina, odezwij się.

To zaczyna być niepokojące.

Porozmawiajmy, ale spokojnie.

Nie odpowiedziała na żadną.

Zdjęła płaszcz, odwiesiła do szafy i usiadła na łóżku. Nie wzięła ze sobą zbyt wielu rzeczy, więc rozpakowywanie mogło poczekać. Pakowała się pospiesznie, bez większego rozmysłu. Wzięła tyle, co zwykle, gdy wyjeżdżała służbowo. Teraz jednak miała urlop. Nie analizowała stosu akt, nie doszukiwała się błędów w zeznaniach, nie porządkowała dokumentacji detektywów pracujących w terenie i czegoś jej brakowało.

Popatrzyła na notes, obawiając się, że kiedy go otworzy, dotknie czegoś zbyt osobistego. W końcu jednak sięgnęła po niego i rozchyliła pierwsze strony.

Pismo było równe, lekko pochylone. Starannie prowadzone, jakby autorka wierzyła, że porządek w słowach pomoże utrzymać porządek w życiu. Przebiegła wzrokiem po wyrazach, aż zatrzymała się na jednym z akapitów:

Są noce, w których nie śpię. Leżę i słucham, jak dom oddycha. Myślę wtedy, że można żyć obok kogoś latami i nigdy naprawdę się nie spotkać.

Karolina zamknęła oczy.

Nie wiedziała, dlaczego właśnie to zdanie uderzyło ją najmocniej.

Przeczytała jeszcze kilka akapitów. O milczeniu przy stole, decyzjach odkładanych na później i o miłości, która z czasem przestaje boleć, ale też przestaje dawać ciepło.

Kiedy podniosła wzrok, za oknem było już ciemno.

Śnieg padał nadal, skrząc się w świetle lampy przed pensjonatem. Wstała i podeszła bliżej szyby. Las wydawał się gęstszy niż w dzień, bardziej zamknięty. I wtedy to zobaczyła.

Na granicy drzew, nisko nad ziemią, zamigotało coś słabym, błękitnym światłem. Nie było jasne ani wyraźne. Raczej jak odbicie świecy w ruchomej wodzie.

Karolina wstrzymała oddech.

Światło poruszyło się powoli, sprawiając wrażenie unoszącego się na niewidzialnym prądzie. Na chwilę zniknęło, a kiedy znów się pojawiło, pojawiło się też drugie - trochę dalej.

Przez moment miała wrażenie, że oba zbliżają się do siebie. Jakby chciały się spotkać.

Mrugnęła.

Gdy spojrzała ponownie, nie było już nic. Tylko śnieg i ciemność.

Cofnęła się od okna, czując dziwny chłód w karku - nie strach, raczej niepokój, którego nie potrafiła nazwać. Tym razem to, co widziała, nie było przebłyskiem wspomnienia. Nie straciła świadomości, nie urwał jej się film. Czyżby jej halucynacje weszły na inny poziom?

Spojrzała na otwarty notes leżący na stoliku.

Niektóre światła pojawiają się tylko wtedy, gdy ktoś bardzo chce je zobaczyć.

Zamknęła pamiętnik i oparła się plecami o ścianę.

Ktoś jeszcze poza nią widział coś niewytłumaczalnego.

Może tutaj nikt nie powie jej, że to tylko zmęczenie.

Po raz pierwszy od dawna miała wrażenie, że trafiła w miejsce, gdzie nikt nie będzie jej oceniał.

I gdzie prawda - jaka by nie była - w końcu ją znajdzie.

Rozdział 2

Karolina obudziła się wcześniej, niż planowała. Nie dlatego, że była wyspana - raczej dlatego, że cisza w tym miejscu miała inną jakość. Nie pchała się do głowy, nie drażniła. Po prostu była. Przypominała jej, że człowiek nie zawsze ucieka przed hałasem świata - czasem przed własnymi myślami. Spojrzała w okno, za którym rozciągał się widok na pobliski las przyprószony śniegiem. Przez krótki moment odniosła wrażenie, że ktoś ją obserwuje, ale szybko wyzbyła się tej niedorzecznej myśli.

Zeszła na dół ostrożnie, jeszcze w swetrze narzuconym na piżamową koszulkę. Z przystrojonej w świąteczne girlandy jadalni dobiegały głosy, ale drzwi do kuchni były uchylone i stamtąd unosił się zapach kawy oraz świeżego chleba.

- Chodź tu - odezwała się Emilia, zauważając ją w progu. - Jadalnia o tej porze jest oblegana przez naszych gości. W kuchni co prawda też nie uświadczysz spokoju, ale tu są sami swoi. Poznałaś ich na ślubie - przypomniała.

Karolina uśmiechnęła się z wdzięcznością i weszła. Rzeczywiście miała przyjemność porozmawiać ze wszystkimi mieszkańcami tego miejsca podczas jesiennej uroczystości z okazji ślubu Emilii i Piotra. Wtedy przyjechała tu z Markiem, który całe przyjęcie przewisiał na telefonie.

Kuchnia pensjonatu zrobiła na niej wrażenie. Spodziewała się surowego restauracyjnego wnętrza, a tymczasem trafiła do jasnego, wielkiego, a jednak przytulnego pomieszczenia z długim drewnianym stołem pośrodku. Tu było znacznie mniej akcentów bożonarodzeniowych niż w jadalni, holu i pozostałych ogólnodostępnych pomieszczeniach, jednak jemioła pod sufitem, gwiazdy betlejemskie na parapetach i wieńce na drzwiach tworzyły przyjemny klimat. Nagle w kominie coś zawyło - albo to tylko wiatr. Poczuła, jak skóra na karku lekko jej cierpnie.

- Kuchnia do przyrządzania potraw dla gości jest tam. - Emilia wskazała na wnękę, z której wychodziło okienko na jadalnię. - Tu kiedyś serwowano posiłki gościom, ale teraz to miejsce dla domowników.

Przy stole siedziały dwie starsze kobiety. Jedna z nich, drobna, o ostrych rysach i jasnych oczach, mieszała herbatę, stukając łyżeczką o porcelanę. Druga, niemal identyczna, z włosami upiętymi w ciasny kok, smarowała masłem kromki chleba z taką determinacją, jakby od tego zależał los świata.

- To jest Karolina - powiedziała Emilia. - Zostaje z nami kilka dni.

- Przecież nie straciłam jeszcze pamięci - mruknęła drobniejsza, nie podnosząc wzroku. - To ta od tego, jak mu tam było? - Spojrzała na siostrę.

- Marek, zdaję się.

- A tak, Marek. Całe wesele z telefonem w dłoni. A mówią, że to młodzież nie może wyjść z tego wirnikowego świata.

- Chyba wirtualnego. Apolonia - przedstawiła się ta z kokiem, przyglądając się Karolinie uważnie. - Przypominam, bo mogło ci ulecieć, dziecino. A ta maruda to Berenika. Nią się nie przejmuj.

- Nie marudzę - obruszyła się Berenika. - Stwierdzam fakty.

Karolina roześmiała się i usiadła przy stole. Emilia podała jej kubek kawy.

- Dobrze spałaś? - zapytała.

- Tak... chyba - odpowiedziała Karolina. - To miejsce jest bardzo ciche.

- Do czasu - odparła Apolonia. - Zimą cisza potrafi płatać figle.

- Albo ogniki - dorzuciła Berenika.

Karolina zesztywniała na ułamek sekundy, ale nikt tego nie zauważył.

- Zawsze się pojawiają, kiedy jest mróz lub wilgoć - ciągnęła Apolonia. - To jest w środku lata lub zimy. Człowiek się przyzwyczaja. Jak do mgły.

- Albo do plotek - dodała Berenika. - Każdy widzi co innego.

- I każdy wie lepiej - skwitowała Apolonia.

- Pamiętaj, dziecko. - Berenika spojrzała na Karolinę. - Nie chodź nocą po lesie. Powtarzam to wszystkim gościom pensjonatu. Światła potrafią człowieka sprowadzić nie tam, gdzie trzeba. Choć najwięcej ludzi nie zgubił nasz las, tylko ich pewność siebie. A slogan, choć może i wyświechtany, to wprawia przyjezdnych w odpowiedni nastrój. - Puściła do niej oko.

Karolina skinęła głową, opuszczając wzrok na kubek. Nie powiedziała nic. Nawet wtedy, gdy przez myśl przemknął jej obraz dwóch migoczących punktów nad śniegiem.

Drzwi do kuchni otworzyły się gwałtownie.

- Dzień dobry - odezwał się ktoś niskim głosem.

Do środka wszedł wysoki mężczyzna w granatowej kurtce, a za nim wjechała dziewczyna na wózku. Jej niedbale zawiązany na czubku głowy kucyk podskoczył na progu. Rozglądała się z ciekawością, jakby była tu pierwszy raz, ale bez cienia skrępowania - raczej tak, jak ktoś, kto szybko sprawdza nową przestrzeń i od razu wie, co jest dla niego ważne.

- Konrad Keller - powiedział mężczyzna, patrząc na Karolinę. - Dzwoniłem wczoraj wieczorem.

- Pamiętam - odparła Emilia. - Piotr wyszedł, ale wszystko mi opowiedział. To Karolina, moja koleżanka. Przyjechała na...

- Na jakiś czas - dokończyła Karolina i podniosła się, by podać rękę mężczyźnie. - To twoja córka? - spytała, próbując go wyminąć, kiedy tylko puścił jej dłoń,

- Kasia - przedstawiła się dziewczyna. - Karmią tu najlepiej w okolicy, więc oto jestem.

- Karmimy normalnie - mruknęła Berenika. - Kuchnia tradycyjna, bez tych światowych udziwnień. Ale kto jak przyzwyczajony.

- Normalnie to dla mnie luksus - odparła Kasia bez wahania. - W szpitalu wszystko smakuje tak samo, nawet herbata. W domu gotuję ja albo tata. Niestety żadne z nas nie posiada zdolności kulinarnych, co w połączeniu z rehabilitacją bywa... wyzwaniem.

Berenika parsknęła śmiechem.

- Podoba mi się - oznajmiła. - Dziewczyna ma charakter.

Konrad odchrząknął.

- Mamy w domu remont - wyjaśnił. - Pękła rura, ogrzewanie wysiadło, a Kasia... no, nie bardzo nadaje się teraz na życie w warunkach polowych.

- Mamy kilka domków letniskowych - powiedziała Pelagia, wchodząc do kuchni. - Ociepliliśmy je i zamontowaliśmy kominki, żeby służyły zimą. Niestety są zarezerwowane. Ale Piotr wspominał ci o starym domku ogrodnika. Przeszedł remont i mógłby się nadać, tylko ma niestety jedną sypialnię, więc ty mógłbyś nocować w pensjonacie, a Kasię zakwaterujemy tam.

- Wolałbym mieć na nią oko - odparł spokojnie Konrad. - Mam polówkę w bagażniku. Rozstawię sobie w kuchni. Kasia zajmie sypialnię. Widziałem, że domek ma dobudowany podjazd i poszerzone drzwi, to dla nas bardzo ważne.

- Domyślam się. Wszystkie nasze domki dostosowaliśmy do... - Pelagia się zawahała.

- Do potrzeb osób z niepełnosprawnościami - dokończyła Kasia bez napięcia. - Można tak mówić. Naprawdę. Najważniejsze, że da się wjechać, zawrócić i nie walczyć z framugą jak z przeciwnikiem.

Kącik ust Pelagii drgnął.

- Ten domek jest jednak dalej, przy lesie.

Kasia uniosła brwi.

- Przy lesie? Super. Może będę miała okazję zobaczyć wreszcie błędne ognie.

Karolina spojrzała na nią zaskoczona.

- Uważaj, czego sobie życzysz, dziecko - uprzedziła Berenika.

- Proszę jej nie straszyć- szybko zareagował Konrad.

- Ja nie straszę.

- A ja nie czuję się straszona - dodała Kasia. - Raczej ciekawa.

Apolonia zerknęła na nią spod oka.

- Ciekawość to pierwszy krok do kłopotów.

- Albo do życia - odparła Kasia spokojnie.

Zdawało się, że wszyscy poczuli, że właśnie powiedziała coś prawdziwego, choć nikt nie skomentował.

Konrad chrząknął.

- Pójdę wypakować bagaże - oznajmił. - Kasia, zaraz wrócę.

- Spokojnie, tato. Nigdzie nie ucieknę.

Zawahała się ułamek sekundy.

- A przynajmniej nie za daleko.

- Kasia... - ostrzegł.

- Żartuję. - Uśmiechnęła się do niego. - Zawsze żartuję. Czasem to jedyna rzecz, nad którą mam pełną kontrolę.

Gdy drzwi się zamknęły, Emilia nalała sobie herbaty i zerknęła na Karolinę. Nie wyglądała najlepiej.

- Jeśli chcesz, możesz jej pokazać domek. Widziałaś go ze swojego okna?

- A, tak.

- Ścieżka jest odśnieżona, ale nie pamiętam, czy na całej długości. Włóż moją kurtkę.

Karolina skinęła głową niemal z ulgą.

- Oczywiście. Jeśli Kasia zechce.

Kasia spojrzała na nią uważnie. Ten wzrok nie był ani nieufny, ani proszący - raczej czujny.

- Nie boi się pani, że źle popchnie i wyląduję w zaspie?

- Nie - odparła Karolina bez zastanowienia. - Bo wyglądasz na osobę, która wie, kiedy powiedzieć "stop", a lądowanie w zaspie mogłoby ci się nawet spodobać. I mów mi po imieniu, proszę.

Kasia uniosła brwi, po czym zaśmiała się delikatnie.

- Okej.

Zawróciła wózkiem w kierunku drzwi, jakby był przedłużeniem jej ciała, a nie czymś, co je ogranicza.

Wyszły na zewnątrz. Ścieżka prowadziła przez podwórze, potem między drzewami sadu, gdzie na gałęziach wisiały resztki tegorocznych jabłek, zamarznięte i ciemne.

Śnieg skrzypnął pod kołami wózka, a Kasia uniosła głowę. Usłyszała coś, czego Karolina nie potrafiła wychwycić.

- Nie pytaj - odezwała się.

- O co? - zdziwiła się Karolina.

- O to, co mi się stało.

Karolina poczuła, jak coś w niej mięknie, jakby napięcie, którego nie była do końca świadoma, powoli puszczało.

- Nie zamierzałam.

Kasia uśmiechnęła się krzywo.

- Jak będę chciała opowiedzieć, to opowiem. A jak nie, to będę żartować. To mój system.

- Działa?

- Jak widać. Nadal tu jestem.

Karolina popchnęła wózek spokojnie, uważnie. Ścieżka była równa, dobrze przygotowana. Nie miała żadnych wyrw czy nieodśnieżonych fragmentów, jak obawiała się Emilia.

- Ładnie tu - powiedziała. - Tak... uczciwie cicho.

- Cisza bywa głośna - zauważyła Kasia. - Ale podobno dlatego ludzie tu przyjeżdżają.

- Żeby coś usłyszeć?

- Albo przestać słyszeć to, co im mówiono za długo. Ty też tu uciekłaś? - zapytała bezceremonialnie.

Karolina zamrugała.

- Nie wiem - powiedziała. - Chyba raczej próbuję sprawdzić, czy jest jeszcze dokąd wracać.

- Czyli uciekłaś - podsumowała Kasia z zadowoleniem. - "Uczciwa cisza" cię zdradziła. Studiuję psychologię - wyjaśniła.

Karolina uśmiechnęła się po raz pierwszy od rana naprawdę.

Wtedy jej telefon zawibrował.

Wyciągnęła urządzenie z kieszeni i odruchowo odczytała wiadomość.

Dojechałaś. Wiem, mam cię na GPS-ie. Zadzwoń.

Kiedyś pisał inaczej. Wysyłał krótkie SMS-y, ale zawsze kończył je słowami: "Daj znać, że jesteś bezpieczna".

Niektóre wiadomości mówią więcej o człowieku przez to, czego w nich nie ma.

Domek ogrodnika wyłonił się zza drzew - niski, jasny, z małym podjazdem i światłem przebijającym przez szybę.

Karolina schowała telefon szybciej, niż go wyjęła i pomogła Kasi wjechać na ganek. Konrad wniósł torby, słuchając kolejnych instrukcji córki, które brzmiały bardziej jak rozkazy niż prośby.

- Wszystko okej? - zapytała Kasia.

- Tak - odpowiedziała. - Po prostu... zaległe sprawy, które lubią się przypominać.

- Och... Te są najgorsze. Zawsze myślą, że mają prawo.

Karolina uśmiechnęła się blado.

- Masz rację.

Została jeszcze chwilę na ganku, patrząc, jak Konrad rozstawia w kuchni polowe łóżko, a Kasia komentuje każdy jego ruch z precyzją generała. Śnieg nadal prószył, a z lasu dochodziła ta sama cisza, która poprzedniego wieczoru sprawiła, że poczuła chłód na karku.

- Idź już, bo zaraz zacznę cię wykorzystywać - rzuciła Kasia z uśmiechem. - A podobno tu się przyjeżdża odpocząć.

Karolina pomachała im na pożegnanie i ruszyła z powrotem w stronę pensjonatu. Śnieg padał coraz gęściej, tłumiąc dźwięki i sprawiając, że świat wydawał się mniejszy, bardziej zamknięty.

W jadalni panował ruch - goście jedli śniadanie, Grażyna krążyła z dzbankiem kawy, a Berenika komentowała zimową pogodę z miną proroka. Zupełnie zapomniała, że pół godziny wcześniej zapowiadała błoto. Karolina zjadła szybko kromkę chleba z konfiturą śliwkową i wypiła herbatę, nie wdając się w rozmowy. Miała wrażenie, że jej myśli są gdzie indziej, że coś ją ciągnie z powrotem do pokoju.

Rozdział 3

Kiedy wszyscy zajęli się swoimi obowiązkami, wymknęła się na górę.

Jej pokój był ciepły, przytulny, pachniał drewnem i świeżo zaparzoną herbatą z goździkami, którą zostawiła tu Pelagia. Najważniejsze jednak, że czuła się w nim bezpiecznie. Na stoliku, dokładnie tam, gdzie go zostawiła, leżał notes.

Jakby czekał i wiedział, że wróci.

Nie zamierzała czytać dalej. Naprawdę nie. Ale kiedy go podniosła, kartka zapisana tym samym pochyłym pismem Pelagii wysunęła się spomiędzy stron i opadła na podłogę, jakby chciała zostać zauważona.

Karolina nie była pewna, czy ma prawo czytać także i to, ale ciekawość zwyciężyła:

Moja dzielna Bożenko!

Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, jak sobie radzisz w stolicy.

Z pewnością szybko zrealizujesz kolejne z Twoich założeń.

U mnie po staremu. Niestety sny nie zniknęły. Przeciwnie, są coraz bardziej realistyczne.

Wczorajszej nocy obudził mnie mój własny krzyk.

Usiadła na łóżku.

Z każdym zdaniem czuła, jak w gardle rośnie znajoma gula. Ta sama, która pojawiała się zawsze, gdy to jej przytrafiały się tak realistyczne sny.

Próbowałam nabrać powietrza, ale ucisk w klatce piersiowej nie pozwalał zaczerpnąć go zbyt wiele.

To był sen...

Karolina przestała oddychać na chwilę razem z autorką tych słów.

Widziałam męża z pokiereszowaną twarzą, leżącego w kałuży własnych wymiocin, z niedbale naciągniętymi spodniami. Pięści miał zaciśnięte, a oczy, choć martwe, nadal gniewnie zmrużone. Atakował? Bronił się? Nie wiem.

Wstrząsnęły mną dreszcze, ale ucisk trochę zelżał. Nabrałam powietrza nosem i wypuściłam ustami. Czynność tę powtórzyłam kilkukrotnie, jak radziła mi kiedyś pani psycholog na kursie dla dobrych rodziców.

Karolinę przeszedł dreszcz. Zamknęła notes gwałtownie, jakby to on ją parzył.

Zaraz jednak otworzyła go znowu. Ciekawość zwyciężyła.

To był sen...

Wokół martwego ciała walały się butelki po alkoholu. Rozpoznałam między nimi jedynie mocniejsze trunki. Wykrzywione usta nieboszczyka nabierały niebieskiej barwy, podobna wychodziła na paznokciach. W powietrzu unosił się charakterystyczny zapach śmierci.

Ale to był sen, przypomniałam sobie. Czy sny mogą mieć zapach?

Leżał tam taki bezbronny, pokonany, spokojny...

Strach nie dawał za wygraną. Zaczynał dławić mnie i przyprawiać o mdłości.

To był tylko sen...

Niestety...

Rano znów będzie trzeba zmierzyć się z rzeczywistością, pomyślałam.

Zerwałam się z łóżka, zrobiłam dzieciakom śniadanie...

Karolina ponownie zamknęła notes i w tej chwili wysunęła się z niego kolejna kartka. Ta opadła na podłogę.

Podniosła ją ostrożnie.

Pismo było inne. Pewniejsze. Spokojniejsze. Męskie.

Na górze kartki widniały dwa słowa:

Ukochana Pelciu,

Serce Karoliny zabiło szybciej.

Czy to list od męża, zanim jeszcze zaczął sięgać po alkohol?

To wyglądało jak list od mężczyzny, który kochał, a nie takiego, który domaga się, grozi albo tłumaczy się z własnych słabości.

Jednak słowa: "wolałbym powiedzieć Ci to osobiście, ale odebrano nam tę możliwość" wskazywały, że mężczyzna ten z jakiegoś powodu musiał z tej miłości zrezygnować. Zatem to nie był mąż, a ktoś inny. Przeczytała na razie tylko ten krótki fragment. Zbyt krótki, by dał odpowiedzi, lecz wystarczająco długi, by zasiał pytania. Czy powinnam rozłożyć kartkę i czytać dalej? - myślała.

Usiadła na podłodze, oparła się plecami o łóżko. Pamiętnik leżał obok, zamknięty, jakby obie - ona i Pelagia - potrzebowały teraz ciszy.

Kartka nie dawała jej spokoju.

Karolina rozłożyła ją ostrożnie, bojąc się, że ta mogła się rozpaść od samego dotyku.

Ukochana Pelciu,

wolałbym powiedzieć Ci to osobiście, ale odebrano nam tę możliwość, dlatego piszę ten list trzeci raz, bo dwa poprzednie spaliłem. Wydawało mi się, że cisza będzie dla Ciebie łatwiejsza do zniesienia niż moje słowa. Teraz już wiem, że byłem w błędzie.

Karolina poczuła znajome ukłucie w piersiach - to, które pojawiało się zawsze wtedy, gdy czytała coś, co nie było przeznaczone dla niej. Czy Pelagia go nie zauważyła? Czy chciała jej go udostępnić?

Odłożyła kartkę.

Sięgnęła po pamiętnik.

Nie czytała po kolei. Otwierała na chybił trafił, obawiając się, że zbyt dużo prawdy naraz ją przytłoczy. A przecież to nad własnym życiem miała się zastanowić.

Nie pamiętam już, kiedy spałam bez strachu. Kiedy zamykałam oczy bez obawy, że znów zobaczę go takim, jakim był wczoraj.

Kilka stron dalej:

Dzieci śpią. Wawrzyniec też.

Cisza w domu jest gorsza niż krzyk.

Zamknęła zeszyt.

To nie była historia o jednym złym dniu.

To było życie.

Takie, które z zewnątrz wygląda zwyczajnie, a od środka potrafi być polem bitwy. Jej życie też ostatnimi czasy przypominało pole bitwy, tyle tylko, że nie potrafiła jasno określić wroga. Nie umiała też stwierdzić, kto jest po jej stronie i czy w ogóle ktoś jest. Zajmowanie się cudzymi problemami pozwalało jednak odsunąć czarne myśli. Tak bywało już wcześniej, zanim szefowa nie wysłała jej na przymusowy urlop.

Wróciła do kartki.

Gdyby wszystko zależało tylko od nas, już dawno bylibyśmy po tej samej stronie stołu, pili herbatę i milczeli razem. Ale są rzeczy, których nie potrafię pokonać. Jeszcze nie.

Herbata.

Milczenie.

Razem.

To zdanie nie pasowało do reszty zapisków. Zdawało się należeć do innego świata. Do życia, którego Pelagia nie przeżyła, choć mogła. I nie opisywało męża...

Nie chcę, żebyś myślała, że przestałem.

Nigdy nie przestałem.

Karolina zmarszczyła brwi.

Jeśli nigdy nie przestał, dlaczego Pelagia wyszła za mąż za innego?

Dlaczego została przy nim, mimo że było tak źle?

Bo kobiety czasami wolą nie widzieć niektórych rzeczy albo wmawiać sobie, że jeszcze będzie lepiej, i rozpamiętywać te dobre chwile, odpowiedziała sobie. Sama przecież tak robiłam przez ostatnie lata.

Przejrzała na szybko pamiętnik.

Znalazła w nim tylko jeden zapis, który mógłby odnosić się do tego mężczyzny:

Nie napisał. A przecież obiecał.

Mama mówiła, że cisza też jest odpowiedzią.

Że tak właśnie się kończą sprawy, które nie powinny się zacząć.

Zamknęła zeszyt.

Złożyła kartkę i wsunęła ją pomiędzy strony pamiętnika.

Wstała powoli, czując, że właśnie przekroczyła granicę, zza której nie będzie już odwrotu.

To nie była tylko cudza przeszłość.

Instynkt i doświadczenie z pracy w biurze detektywistycznym podpowiadały jej, że była to przerwana historia, której Pelagia nie zamknęła i której się nie wyrzekła. Inaczej nie zachowałaby listu.

Jakimś sposobem ta sprawa pozwalała jej odsunąć myśli od własnych problemów. Może gdyby się nią zajęła... może łatwiej byłoby jej przejść przez rozpad niegdyś idealnego małżeństwa i nie analizowałaby w nieskończoność, że gdyby nie pewna tajemnica, Marek nadal traktowałby ją jak swoją księżniczkę, a nie wyposażenie wnętrza domu. Może nie lekceważyłby jej obaw i stanów lękowych, a te może nawet wcale by się nie pojawiły.

Odłożyła pamiętnik na stolik, jednak jej myśli wciąż krążyły wokół listu. Nie znała jeszcze imienia nadawcy. Nie wiedziała, kim był. Ale wiedziała jedno - musi dowiedzieć się o nim jak najwięcej i sprawdzić, czy naprawdę "nigdy nie przestał". I czy Pelagia nie przestała.

Nie miała pojęcia, że odpowiedź na wszystkie pytania właśnie jechała zaśnieżoną drogą w stronę pensjonatu.