Zima mej duszy - Marcin Pągowski

-
Proszę czekać

Zima mej duszy

Prolog

Drzwi gospody otworzyły się, wpuszczając silny podmuch lodowatego wichru i wirujące w nim płatki śniegu. Bury kocur bez entuzjazmu łypnął ślepiem na zakutanych w ośnieżone płaszcze przybyszy, przeciągnął się, obrócił i ponownie ułożył na swym miejscu przy palenisku wielkiego kominka. Siedzący na ławie mężczyzna również nie obdarzył przybyłych spojrzeniem - ot, następni goście w ten długi październikowy wieczór - rozgarnął pogrzebaczem rozżarzone drwa, wzniecając przy tym snop iskier, i dorzucił parę polan. Zapowiadała się następna mroźna noc. Jesień kolejny rok z rzędu przyszła kilka tygodni wcześniej, a zaraz za nią nadciągnęła i zima, ścinając bajora i strumienie lodem, wyganiając na wzgórza wilcze sfory. Niedobrze to wróżyło. Jeśli wiosna będzie się na odmianę ociągać z nadejściem aż do połowy kwietnia, znów nie będzie co jeść. Nadto krążyły słuchy, że na południu, w Dolnej Marchii, Vall Aethlenn, Tremandzie i dalej, zbierały się kruki wojny. Niedobrze, bardzo niedobrze to wróżyło. Jeżeli wojenna zawierucha spustoszy urodzajne ziemie południa, nie będzie skąd sprowadzać żywności i głód prawdziwie rozgości się w tych stronach. A za nim rychło nadejdzie kostucha, by zbierać swe żniwo...

- Pytałem, czy pani Erien jest?!

Nieco chrapliwy, niski głos wyrwał go z zamyślenia. Stojący obok mężczyzna rozwieszał płaszcz na ławie przy kominku. Miał ciemne włosy, związane solidnie rzemieniem, a z lekko zaczerwienionej od mrozu twarzy spoglądały błękitne oczy. Coś bardzo niepokojącego było w tych oczach.

- Nie ma, panie... Wyjechała do Norem. Uzupełnić zapasy...

Nieznajomy przejechał ręką po zarośniętym podbródku, strącając drobniutkie igiełki lodu.

- A tyś kto? - zapytał.

- Traska, panie. Pomagam we wszystkim pani Erien. Będzie od zeszłej wiosny...

Przybysz odpiął od pasa miecz i oparł o ławę. Wyciągając dłonie ku buchającym płomieniom, usiadł na ławie tuż obok śpiącego kota. Ten udał, że nic się nie dzieje, obdarzył nieznajomego wyłącznie krótkim spojrzeniem zielonych ślepi spod półprzymkniętych powiek.

Traska za to ciekawie mierzył przybysza wzrokiem. Nieznajomy mógł mieć koło trzydziestki i raczej nie wiódł spokojnego życia. Świadczyła o tym blizna na prawym policzku, miecz w pochwie z czarnej skóry i kolczuga wystająca spod wełnianej tuniki. Odziany był w czarne skórzane spodnie wpuszczone w długie buty z licznymi klamerkami po bokach. Do tego bluza i tunika takoż w czerni. Niemal jak mistrz pogrzebowej ceremonii. Wyjąwszy pewne detale, ma się rozumieć. Na kupca w każdym razie nie wyglądał.

Parobek gapił się na niego, nieświadomie rozdziawiając usta na pełną szerokość.

- Widzę, że odnowiliście... - mruknął gość, zataczając ręką krąg. - A i ludzi niemało...

Traska kiwnął głową, potem zmitygował się, przełknął ślinę i odpowiedział:

- Gwarkowie znów ryją ziemię w kopalniach na północy, to i trakt ożył. Mnóstwo kupca tędy jeździ z towarem po diamenty. Mówią też, że duża osada tam powstała. Dwa roki już będzie, jak Zły Pies znowu przyjmuje gości... I jeśli Jedyny będzie łaskawy, to coraz więcej ich się zjawi. Oby tylko zimy się tak nie dłużyły...

Nieznajomy chwilę milczał, pogrążony w myślach.

- Oprócz ciebie - odezwał się wreszcie - i chłopaka stajennego Erien jeszcze kogoś tu trzyma? Ta dziewczyna za szynkwasem...

- To Valya, o której pani Erien mówi, że z niej karczemna podczasza. Jest jeszcze Przeborka i Aquiseńczyk Phelipot. On gotuje wraz z żoną...

- Hedaard, załatwiłam nam pokój! - Ubrana po męsku kobieta pojawiła się przy nich nie wiadomo kiedy. Traska zauważył, że była bardzo młoda, niewiarygodnie ładna i pełna życia. Jej oczy aż się skrzyły od blasku i wewnętrznej energii. - Mówiłeś, że będzie puściuteńko, a tu proszę, musiałam się targować o wolny pokój z tą...

Skrzywiła się w grymasie złości, a wzrok powędrował w kierunku szynkwasu i stojącej za nim kobiety.

- A co tam! Zaraz przyniesie nam dzban grzańca, to się rozgrzejemy. Czy też może - nachyliła się, uśmiechnęła zalotnie i zniżyła głos do ledwie słyszalnego szeptu, ale tak, że nie tylko Hedaard go słyszał - nie tracąc czasu, pójdziemy do naszego pokoju i sami się zagrzejemy?

Zapytany odwrócił się i pogładził dziewczynę po policzku.

- Oj, Küka, tobie tylko jedno w głowie. - Pogroził jej palcem. - Weź, proszę, nasze rzeczy i idź. Zaraz do ciebie dołączę.

Dziewczyna bezceremonialnie zgarnęła leżące koło ławy sakwy, płaszcz i miecz Hedaarda, przejechała dłonią po głowie kota, wzbudzając jego bezgraniczne oburzenie, i wbiegła na schody. Zdegustowany kot przeniósł się na gzyms kominka. Hedaard złowił tęskne spojrzenia kilku kupców utkwione tam, gdzie zniknęła jego towarzyszka, a potem odwrócił się do Traski.

- Pani mówiła, kiedy wraca? - zapytał.

- Już powinna być. Popołudniem powinna zjechać. Ale nie ma jej. Oby się tylko nic nie stało...

Pod Złym Psem

Küka wylegiwała się na wielkim łóżku, założywszy nogę na nogę. Jej buty parowały niedaleko kominka. Razem z resztą odzieży. Ogień buzował wesoło, napełniając izbę ciepłym światłem. Hedaard uśmiechnął się mimowolnie, widząc wiszące nad kominkiem pęczek tojadu przeciw nieczystym mocom i sznur czosnku przeciw wampirom.

- Oż, szlag! - dziewczyna podniosła się na łokciach, prężąc niewielki biust - ależ pachnie... - Wciągnęła powietrze w nozdrza i machnęła ręką. - No, dawaj go tu wreszcie! Co żeś taki sobek? Ile mam czekać?

Hedaard podał jej gliniany dzban, nad którym unosiła się aromatyczna strużka, pachnąca cynamonem i goździkami.

- Tylko się nie oparz. Gorące.

Nie zwracając uwagi na przestrogę, pociągnęła tęgi łyk, a potem przetarła usta przedramieniem.

- Mam dla ciebie coś jeszcze - powiedział, siadając obok niej na łóżku i przejmując dzban. - Kucharz powiedział, że łaźnia na dole jest znów czynna. Możemy się iść wykąpać.

Küka poderwała się. Usiadła, skrzyżowawszy nogi, wcale nie starając się ukryć wdzięków i nic sobie nie robiąc ze spojrzenia Hedaarda.

- To ja się tu, kurwa, w zimnej wodzie myję...! - warknęła. - Akrobacje odstawiam nad tą zasraną miednicą...!

Hedaard zaśmiał się, przeciągnął, aż zatrzeszczało.

- Idziesz?

- Pewnie, kurwa!

Zgrabnie zeskoczyła z łóżka.

- A poganinowi - podjęła, wciskając stopy w wilgotne buty - powiem, co o nim myślę, jak go spotkam! I tej skąpej dziwce!

Hedaard podał jej płaszcz. Owinęła się nim i ruszyła do drzwi.

- Za łaźnię ta twoja Erien ma u mnie kielicha - powiedziała już na galeryjce otaczającej główną salę. - Chociaż i tak nie zmienię o niej zdania. Nadal uważam, że to zdzira i kołtuńska zaraza.

- Przecież jej nie znasz... - mruknął Hedaard idący krok w krok za nią.

Parsknęła.

- Wystarczy, że ciebie posłucham. Erien to, Erien tamto. Cięgiem tylko o niej gadasz, jakbyś o czym innym nie mógł. Powiedz mi tak szczerze, Hedaard, pieprzyłeś ją?

- Nie mów tak!

- No jak? - Udała, że nie zauważyła jego tonu. - Mnie często rżniesz. Pytam, czy ją pieprzyłeś?

- Aleś ty wulgarna, Küka.

- Pieprzyłeś - stwierdziła dziewczyna z niezachwianą pewnością w głosie, za nic mając jego słowa. - To czemu nie możesz nazwać rzeczy po imieniu?

Wychylił się przez okalającą galerię rzeźbioną balustradę i spojrzał w dół na siedzących przy stołach gości.

- Küka, przestań. Ludzie słuchają.

Wzruszyła ramionami.

- Niech się nawet gapią. Chcesz, to pokażę im rzyć. Niech przynajmniej mają się czym dziwować...

- Ani mi się waż!

Roześmiała się.

- Co robisz takie miny? Nie nadymaj się, nie pokażę. Nikomu oprócz ciebie. - Mrugnęła figlarnie. - A tobie zaraz, i to nie tylko rzyć...

Zatrzymała się. Pociągnęła go pod ścianę, w cień, złapała za ręce, jedną dłoń wsunęła sobie pod rozchyloną połę płaszcza i położyła na piersi, drugą poprowadziła niżej, pomiędzy uda. Ciało Hedaarda przebiegł przyjemny dreszcz. Czuł ciepło jej gładkiej skóry, stwardniały sutek, przyspieszony oddech. Zamruczała jak kotka.

- I nie tylko pokażę...

Oderwała się od niego.

- Szlag - oblizała wargi - gdzie ta łaźnia?!

Hedaard przepchnął się przez gromadę wzburzonych nieco kupców. Któryś z nich podał mu spory gliniany kufel z przelewającą się przez brzegi pianą.

- My tu, panie Hedaard, będziemy radzić, co nam czynić trzeba - powiedział Lamprecht, najstarszy, wyróżniający się długą siwą brodą i włosami, północną modłą splecionymi po bokach w dwa warkocze. - Ten tu, pan Rusticus, wraca właśnie z dalekiego południa, bo aż z Kasteleyn... Wiecie, gdzie Kasteleyn, jak mniemam?

- Wiemy... - mruknął Hedaard, wycierając dłonią usta.

- Ano - podjął Lamprecht - wraca on z Kasteleyn i nie ma najlepszych wieści. Więcej rzekę, same złe przynosi.

Przez salę przepłynęła fala podnieconych, wzburzonych głosów.

- Złe?! - zakrzyknął bezsensownie któryś z bardziej podchmielonych. - Toż to małe słowo! Biada nam!!!

Siwowłosy kupiec uniósł dłoń uzbrojoną w okazałe pierścienie. Zgromadzeni ucichli.

- Mówcie, panie Rusticus, mówcie. Widzicie przecie, że wszyscy się niecierpliwią...

Rusticus, niewielki, krępy typ o łysej jak kolano czaszce i kruczej szpiczastej bródce, powiódł dokoła wzrokiem, po czym chrząknął wymownie. Natychmiast pojawił się skądś kufel piwa, który ktoś niezwłocznie wcisnął mu w dłoń. Kupiec spojrzał do otrzymanego naczynia i odstawił je szybko na stół.

- Z daleka ci ja jadę, a mróz tęgi trzyma, że aż kopyta koniom pękają. Trza mi czegoś ciepłego, coby wygonić chłód z członków, nie piwa. Piwo pić będziem z wieczora...

Szybko pojawił się przed kupcem i garniec grzańca, wabiąc swym korzennym zapachem. Rusticus prawie wetknął do niego swój niemały nochal i głośno zamlaskał.

- Tak, tego trza mi było. Powiadam wam, na południu nie masz ci takiego grzańca jak w Lidze... Wszędy tylko jakoweś rozwodnione wino piją, jak niewiasty.

- Do rzeczy, panie Rusticus - ponaglił jakiś głos - mówcie, co tam na południu się wyprawia!

Rusticus spiorunował śmiałka wzrokiem.

- Toć mówię, że na winie się nie znają! - warknął, wysuwając do przodu spiczastą bródkę.

- My chcem wieści z południa, a nie gadki o tym, co oni tam chlają - odgryzł się zganiony młodzieniec, zapewne terminator u któregoś z bawiących w gospodzie komisjonerów, bo trzymał pod pachą sporą księgę.

Ktoś w tłumie zaśmiał się krótko, gardłowo. Rusticus poczerwieniał z wściekłości.

- A poszed ty, smarku jeden! Będziesz starszych ganił!?

- Dobrze gada! - krzyknął ktoś stojący z tyłu. - Mówcie, Rusticus, co jest, bo tylko Lamprechtowi żeście gadali i swym kamratom, a nam ni słówka. Tajemnicę wielką robicie, a nam trzeba wiedzieć! Ja mam w Theros żonę i dwie córki! Chcę wiedzieć, czy im nic nie grozi!

- I skład jedwabiu macie, panie Thein - zabuczał ktoś basem - o niego się prędzej boicie.

- O niego nie, bo wspólnik pilnuje! - odparł Thein.

- To i dlatego się bójcie! - zarechotał bas. - Bo jak wrócicie, to skład już nie wasz będzie, a do tego dzieciaka będziecie mieli w drodze! I wnuki!

Lamprecht ponownie uniósł rękę, błyskając przy tym biżuterią.

- Cisza! - zakrzyknął stojący obok niego kupiec.

Siwowłosy podziękował skinieniem.

- My tu radzić mamy - powiedział spokojnie - a nie prowadzić dysputy o rzeczach płochych, podczas gdy południe w ogniu i krwi tonie.

Jak się spodziewał, te słowa odniosły zamierzony skutek. Wszyscy gwałtownie umilkli, aż bury kocur, śpiący na gzymsie okalającym kominek, podniósł głowę zaniepokojony nagłą ciszą i zastrzygł uszami. Potem ponownie oparł ją na łapach i zamknął oczy, za nic mając ludzkie sprawy.

- A więc ruszyli... - jęknął ktoś cicho, ale umilkł szybko zganiony licznymi syknięciami.

- Mówcie, panie Rusticus - ponaglił ponownie Lamprecht, ale łysemu kupcowi nie trzeba było już przypominać.

- Nie dalej jak miesiąc będzie, jak wyruszyłem z Kasteleyn z wozami pełnymi towarów. Miałem ci ja przyprawy korzenne, lniane tkaniny, fossanovskie wonności i białe amsterborskie wino, które wymieniłem w Kasteleyn za alleborskie futra i pitny miód z Uroku. Z takimi to towarami ruszyłem do Teselos, a droga szybka była, bo wiecie to, co by o Morungijczykach nie mówić, to o drogi dbają. A drogi to mają że ho! Nie to co na północy, o nie! Masz ci tam porządne kamienne drogi, że jak koniki pogonić, to i w pięć dni w Teselos można stanąć. Jeśli się Altevedden ominie, ma się rozumieć. W drodze podwód morungijski spotkałem, to i pytam ich kapitana, coby z nimi można wędrować, bo to wiadomo, niby bezpiecznie, ale na zbójów zawsze trafić można. Wspomnijcie choćby, co wyprawiała ze cztery roki temu ze swoją kompaniją między Norem a Helmotem Lara, Trivallenowa córka, nim ją ten, no, charakternik Harald usiekł... No ale pytam ci ja owego kapitana, a porządny on był, grzeczny, cały przepisowo, jako i jego wojacy, gorzałką nawet poczęstował. Pytam więc ja go, czy można z nimi jechać, bo mi jakoś niesporo podróżować samemu tylko z wozami, na których cały mój majątek jedzie, i z pachołami jeno dla ochrony. A on mi na to powiada, że i owszem, ale to, no, te... ten... tępo musi się trzymać, bo do pełni w Teselos ma się stawić, bo i on coś cennego na wozach wiezie. No to mówię ci ja, a już wtedy zwietrzyłem, że coś być w tym musi, co to ludziska już od Amsterborgu gadali, mówię, że my nawet krzty nie spowolnimy, a i moje pachoły nadać się do czego mogą. Na to on ci w śmiech, że mogą, jeno on nie wie do czego. Ale prawy był, pozwolił się przyłączyć. W drodze gawędziliśmy sporo, bo to i co porabiać? A że coraz więcej wojska mijamy, miarkować począłem, że coś tu dziać się jednak musi, to ci i wprost owego kapitana pytam. A on mi na to, że to są sprawy te, no, ściśle tajnikowe jakieś i on mi o tym gadać nic nie może, bo jak nic go obwieszą w Teselos na placu Garnizonowym, jeśli kto się dowie. A on narzeczoną ma, zaraz po Midinverne żenić się zamiaruje. Rzec mi jedynie może, że król Delmond wojska część zbiera, bo te, no, niepokoje jakoweś w Aquisenne są i trza będzie z pomocą ruszyć...

- Tyle to i my tu wiemy - rzekł Hedaard niegłośno, wystarczająco jednak, by usłyszeli go stojący bliżej kupcy, którzy zaraz wyrazili swoje poparcie pomrukami.

Rusticus uniósł do ust dzban z grzańcem, przechylił, napił się, a potem odstawił na stół, wyraźnie się przy tym nie spiesząc.

- A wyście kto? - zapytał.

- To Hedaard z Aumalle - odparł za Hedaarda stojący za nim komisjoner w czerwonym kubraku i takiejże aksamitnej czapce.

Szpicobrody Rusticus ponownie spojrzał na Hedaarda, wytrzeszczając przy tym oczy, w których pojawił się szacunek.

- To wyście łońskiego roku buntownikami w Vall Aethlenn dowodzili?

- Nie. Nie my.

- Aaaaa... A to przepraszam. - Powiódł nieco speszonym wzrokiem po słuchaczach. - Na czym to ja skończyłem? Aha, no to jedziemy z tym kapitanem, a tu wojsk coraz więcej, aż dziwuję się i pytam kapitana, czy to może król Delmond Aquisenne do Korony przyłączyć zapragnął i wiarę prawdziwą wreszcie wprowadzić, a on na to, że nie, a minę miał taką, że jak nic, myślałem, w pysk mi przywali. Ale nie przywalił, mówiłem, był ci on porządny... - urwał i ponownie spojrzał na Hedaarda. - A to zamieszanie w Helmocie dwanaście lat temu, co to Liga wtedy tą, no, niezwisłość odzyskała, to nie wy...?

- Nie - odparł Hedaard spokojnie. - To też nie my.

- Jedziemy... jedziemy zatem dalej - kontynuował z głupią miną Rusticus - a ja coraz bardziej dziwuję się, po co tyle wojska przez kraj lezie. Aż tu na dzień drogi przed Teselos pierwsi uciekinierzy z południa drogę nam przecięli. A powiadam wam, wyglądali ci oni strasznie, wycieńczeni, wygłodzeni, z tym jeno na grzbietach, co zdołali chycić. Powiadali oni, że na południu straszne rzeczy się dzieją, że Merse padło, król Dytryk ubity, a całe Artre w ogniu. Mówili, że to już nie dzikie hordy, a jakiś prorok zebrał do kupy wszystkie południowe księstewka i miasta i na czele wielkiej armii na północ ruszył, na święte ziemie Przymierza. Miasta, które nie chciały się poddać, z biegu dobywał, a ludzi wyrzenąć kazał, nie patrząc: jest ci to chłop, kobieta czy dzieciak...

- A jakie tam w Artre miasta do dobywania? - wtrącił się komisjoner w czerwonym kubraku i berecie. - Tyle co Merse, a poza tym to las wszędy i wioski jakoweś...

- Dobrze gada - zabuczał bas - byłem ci ja kiedyś w Merse. Pałac tam jeno, kilka kamieniczek, składów, bazylika i garnizon. W pół klepsydry obejść mury można było, i to powłócząc nogami i przystając na pogawędki z miejscowymi dziewkami. To i co tu dobywać? Byle tremandzki komes ze swoją drużyną chwatów raz-dwa by takie miasto zdobył... A o innych artrejskich miastach tom nawet nie słyszał. Coś wy tu, panie Rusticus, nastraszyć nas jeno chcecie. Jaka to armia na nas idzie? Co za potężny prorok? Bajędy to jakieś do straszenia bab i dzieciaków. I to tych mniejszych, bo większe nie uwierzą.

Rusticus nie krył pogardy, gdy odezwał się po przerwie na dwa ostatnie łyki z przedwcześnie opróżnionego dzbana.

- Bajędy, powiadacie? A to, że woje po kraju się uganiają, to też bajędy? A może król Delmond gadania wieśniaków się przestraszył? Albo jego marszałkowie i hetmani za dużo się nasłuchali, co to stare baby po jarmarkach plotą?

- Dajcie pokój - mruknął bas pojednawczo. - Mówcie lepiej, co jeszcze wiecie?

Zawtórował mu zgodny chór głosów.

- Ano jakem to wszystko posłyszał - podjął Rusticus - to zrazum wiedział, że to już nie szutki, że to nie zwykły najazd dla łupów, jakie któreś z owych miast-państw rokrocznie robiło. Tylkośmy do miasta zajechali, od razu, tego samego dnia jeszcze, na targ pognałem. Wszystkom wyprzedał. A że w Teselos, gdy tylko pierwsze wieści nadeszły, ceny cechy podniosły, to ja krzynę niższe na swój towar narzuciłem, choć i tak większe, niżem się spodziewał. Interes niezły zrobiłem, jako to w czasie wojny przemyślny kupiec jest zdolen...

- Znowu bajdurzycie - warknął ktoś z tłumu. - Jak to? Cechy w Teselos głupie nie są i o swoje dbają. Nie dadzą obcym cen według swojego widzimisię narzucać!

- Ano przyszło do mnie kilku ważniaków, zaraz jakem tylko towar wyłożył - łysy kupiec uśmiechnął się z wyższością - ale jak tylko Jelmera, mojego pomocnika od krnąbrnych dłużników, zoczyli, to od razu inaczej gadali i spieszno im było się pożegnać. A ja tylko na jedną noc w Teselos stanąłem, wbrew wcześniejszym planom. I nie chwaliłem się, w którym to szynku popasam. To i nie gadałem z nimi po raz drugi.

- Wy nam tu nie o swoich brudnych interesach, tylko o tym, co na południu, gadajcie! - zawołał ponownie kupiecki terminator.

- Khem... khem... No toć mówię. Dwa tygodnie będzie, jakem ostatni raz mury Teselos widział, a przez ten czas na drogach ruch, jakby kto kij we mrowisko wcisnął. I cięgiem trzeba było stawać, wojskowych przepuszczać. Ludzie prawią, że na granicy Aquisenne i Vall Aethlenn bitwa wielka była. Siły morungijskie wsparte przez Mariborczyków ledwo wrażym siłom odpór dały, a starli się pono tylko z przednią strażą wielkiej armii proroka. Ludziska tłumem z południa walą, przed wrogiem uciekają. Mówię wam, ciężki czas nastał. Czas miecza i topora. Prorok nawet nie oblega miast. Wysyła zawsze tylko posłów i proponuje, by miasto się poddało i pokłoniło przed ich bogiem. Dwa razy nie powtarzają. Jak im bram nie otworzą, to równają je z ziemią i idą dalej. A za nimi tylko ziemie spustoszone ostają...

Zapadła głucha cisza. Na twarzach kupców wykwitł strach, w oczach niektórych z nich pojawiła się panika. Milczenie jednak zostało przerwane równie gwałtownie, jak zapadło, zebrani zaczęli bowiem nagle przekrzykiwać się jeden przez drugiego, wprowadzając istny chaos. Zdegustowany kocur długim, zgrabnym susem zeskoczył ze swojego stanowiska nad kominkiem na stojącą nieopodal ławę, a potem czmychnął za szynkwas i zniknął gdzieś w kuchni.

- Cisza! - ryknął niespodziewanie Lamprecht, wznosząc głos ponad wszechobecny tumult.

Kupcy zamilkli, przywołani do porządku, a siwowłosy mężczyzna powiódł po nich wzrokiem.

- Trzeba nam spokojnie przemyśleć, co czynić - rzekł - a nie wrzeszczeć, jak nie przymierzając kmiotkowie w czasie wiejskiego sądu. - Użyta metafora widać trafiła do słuchaczy, bo i szepty się urwały. - Wojna jest faktem, jako się przekonaliśmy. I niczego nie zmienia okoliczność, że walki toczą się daleko na południe od nas. Daje to nam wszakże nieco czasu. Przebycie sześciuset mil bez mała zajmuje wiele dni ptakom, a co dopiero ogromnej armii, o której była tu mowa. A i, wierę, Święte Przymierze zbierze całe swe siły i powstrzyma wrogi pochód. Wszak niesie on herezję na ziemie, po których stąpała kiedyś Córka Jedynego, Pana Naszego. Przeto i arcyprałat armię wystawi. Pomyślmy zatem, jakie korzyści możemy wyciągnąć z tej niekorzystnej sytuacji...

- Łatwo wam mówić, panie Lamprecht! - zawołał ktoś płaczliwie z przezabawnym akcentem. Nikt się jednak nie śmiał. - Ja z Olvarien jestem, z samego południa Aquisenne. Skąd mnie wiedzieć, czy mam jeszcze w ogóle dokąd wracać? Nie mówię już nawet o korzyściach.

- Wam, panie Kolomban, pozostaje modlić się do Jedynego i Jego Córki, żeby Olvarien trzymało się długo, a wojska Świętego Przymierza szybko rozgromiły owego samozwańczego proroka.

Młody Aquiseńczyk na te słowa odpowiedział spojrzeniem wilgotnych oczu i widać było, że ledwo powstrzymuje się od płaczu. Wielu spośród zgromadzonych kupców wiedziało, że w swym rodzinnym mieście zostawił żonę w błogosławionym stanie, toteż zewsząd posypały się nań słowa otuchy.

Lamprecht tymczasem ponownie uniósł dłoń.

- Pozostaje nam tylko jedno, powrócić, o ile to możliwe, do naszych wcześniej zamiarowanych planów, jak tam kto co sobie umyślił. Jeno ci, którzy na południe - dalej, niż granice Korony sięgają - się wybierali, będą musieli co nowego przedsięwziąć. Wpierw jednak zapoznajmy się z opinią kogoś, kto na wojaczce się zna. Co nam myśleć trzeba? Mogą nas wraże wojska opaść? A jeśli tak, jak prędko i gdzie, aby zbyt pochopnie w dalekie trasy się nie udawać. - Skinął w kierunku, gdzie dotąd stał Hedaard. - Prosimy, panie Hedaard, rzeknijcie nam, co o tym myślicie?

Szmer znów rozszedł się po sali, uciszony ruchem upierścienionej dłoni siwego kupca.

- Nie ma go - rzekł terminator komisjonera, z wyraźnie wyczuwalnym rozczarowaniem w głosie. - Poszedł, gdyście się swarzyli.

Patrząc przez okno na okalające gospodę wzgórza, miało się wrażenie wszechogarniającego chłodu. Przecinane licznymi mokradłami i bajorkami, usiane niewielkimi kępami drzew, ciągnęły się aż po horyzont, przyprószane wirującymi wolno płatkami śniegu, jakby to był początek grudnia, a nie października. Hedaard pomyślał, że to już drugi taki ranek, kiedy zaraz po jego przybyciu tutaj pogoda płata podobnego figla. Wiodąc wzrokiem za jakąś niesforną śnieżynką, spojrzał w dół. Przed Złym Psem stał załadowany po brzegi wóz, a przy nim uwijali się Traska i Phelipot, uwalniając go od skrzyń i beczek.

Odwrócił się, tknięty nagłym przeczuciem.

Stała w drzwiach. Miała na sobie kontrastującą z jej jasną skórą i włosami długą ciemnoniebieską sukienkę z prostokątnie wyciętym dekoltem i rękawami zakrywającymi dłonie. Płomyki świecy odbijały się we wściekle zielonych, dużych oczach.

- Erien...

- A jednak to ty, Hedaard. Nie chciałam uwierzyć Trasce, kiedy mi cię opisał.

Podeszła bliżej. Hedaard poczuł delikatny zapach frezji, jaśminu i mimozy.

- Nie zmieniłaś się.

- Za to ty tak...

Poczuł lekkie mrowienie na policzku, kiedy przejechała po nim opuszkami palców.

- Nie miałeś tej blizny...

Uśmiechnął się lekko.

- Jeszcze trochę i znów nie będę jej miał...

Stała z dziwnym, nieodgadnionym wyrazem twarzy, wpatrując mu się w oczy.

- Ile to już czasu? - zapytała w końcu, przerywając niezręczne milczenie.

- Cztery lata...?

- Cztery lata - powtórzyła.

Zrobiła krok do tyłu i zamknęła drzwi, opierając się o nie plecami.

- Wiesz, że przez cały ten czas, każdego dnia, miałam nadzieję... - zająknęła się, ale potem podniosła wzrok, a jej spojrzenie stwardniało. - Ale każdej nocy odpowiadało mi tylko wycie wilków, a ja przestałam myśleć. Wsłuchiwałam się w nie... Jaka ja byłam głupia i naiwna! A teraz na co liczysz, że tu przyjechałeś?!

- Na nic... - Skrzywił się, wiedząc już, w jakim kierunku poczyna zmierzać ta rozmowa. - Chciałem cię zwyczajnie zobaczyć...

- I dobrze, że na nic! Bo nie masz na co! - Ruszyła do drzwi. - Możesz tu zostać, ile chcesz. Byle nie za długo. Niech będzie, że ze względu na dawne czasy masz u mnie otwarty kredyt. Możesz korzystać ze wszelkich wygód, ale niczego więcej się nie spodziewaj i na nic więcej nie licz.

Wyszła na korytarz, zostawiając go samego.

- Ach, i jeszcze jedno - powiedziała, nie odwracając się. - Staraj się nie pokazywać mi na oczy. Ani tym bardziej ta twoja smarkula.

Nieznajoma dama

Był zły na cały świat. Na Erien, że potraktowała go tak lodowato. Na Kükę, że ciągle jeszcze taplała się w łaźni. Na siebie, że zrobił z siebie durnia, że w ogóle tu przyjechał, że wyobrażał sobie nie wiadomo co, że tak go to wszystko zeźliło...

Do głównej sali rozmyślnie zszedł środkiem schodów, mając nadzieję, iż ktoś wejdzie mu w drogę i da powód do zaczepki. Jak nigdy miał ochotę na mordobicie. Niechby i sam oberwał, byleby tylko rozładować przepełniającą go wściekłość. Bardziej, niż to było konieczne, rozpychał łokciami zgromadzonych klientów, idąc ku wolnemu stolikowi. Usiadł, rozejrzał się z wyraźnym wyzwaniem, nikt jednak nie kwapił się do bitki. Za to na stole tuż przed nim pojawił się kocur. Przycupnął na blacie i wlepił wzrok w Hedaarda.

- Uciekajże! - zgoniła go Valya. - Jeszcze tego tylko brakowało, żebyś po stołach łaził!

Kot rzucił Hedaardowi wymowne spojrzenie i zeskoczył na podłogę, po czym zniknął gdzieś pośród gości.

- Wybaczcie, panie, jedno tylko utrapienie z tym kotem, ale pani Erien go lubi...

Hedaard machnął lekceważąco ręką, zaintrygowany nieco zachowaniem zwierzaka.

- Wyście Hedaard z Aumalle, prawda? - ciągnęła dziewczyna. - Szlachetna pani chciałaby z wami zamienić słowo. Czeka na was w alkierzu - wskazała dłonią za siebie. - Czy mam może coś podać?

- Puchar wina. Czerwonego.

Wstał i ruszył we wskazanym kierunku.

Wewnątrz, w całkowitej niemal ciemności, siedziała kobieta o trudnym do określenia wieku, mająca jednak według Hedaarda nie więcej niż trzydzieści kilka lat. Odziana była dość skromnie, jedyną jej biżuterią był pierścień przedstawiający węża połykającego własny ogon, wykonany z jakiegoś metalu przypominającego mosiądz, jednak od razu widać było, że nie jest plebejuszką. Nic nie wskazywało również, by ta persona była kimś znaczącym w świecie, jednak Hedaard na wszelki wypadek ukłonił się dwornie.

Jej usta w odpowiedzi ułożyły się w delikatny uśmiech. Hedaardowi przemknęło przez myśl, że widywał już osobę, która uśmiechała się podobnie. Nie mógł jednakowoż sobie przypomnieć, gdzie też to mogło być.

- Chcieliście ze mną rozmawiać, pani?

Odpowiedziała ruchem dłoni.

- Usiądź, proszę. - Miała melodyjny, dość niski i przyjemny głos. - Pozwolisz, że będę ci mówić po imieniu? Wszakże wbrew pozorom mam ku temu wszelkie prawo, albowiem bliżej jesteśmy ze sobą, niż mogłoby ci się wydawać...

Hedaard skinął jedynie głową i usiadł za stołem naprzeciw nieznajomej.

- Zwykle niewielu z własnej woli godzi się na rozmowę ze mną - ciągnęła, spoglądając mu prosto w oczy. - A tych, którzy dobrowolnie poszukują dialogu, nie masz w zbytnim poważaniu. Nie, nie winię cię za to. Jestem podobnego zdania, wszelako nikt mnie o nie nie pyta. Nie jestem od tego... Ja mimo wszystko jestem im życzliwa.

Uniosła do ust srebrny kielich i upiła z niego odrobinę. Hedaard natychmiast wykorzystał nadarzającą się okazję, by zadać jedno z cisnących się na usta pytań.

- Kim jesteś, pani? Chyba mnie z kimś mylisz, nie znam cię bowiem, chyba że pamięć mnie zawodzi. Wtedy, pokornie cię proszę, wybacz mi.

Uśmiechnęła się, a w jej uśmiechu było tyleż samo słodyczy, co zimna. I... goryczy?

- Nigdy dotąd nie spotkaliśmy się twarzą w twarz - rzekła powoli. - Ale też ani ty, ani ja nie szukaliśmy po temu sposobności. Pierwsza to taka okazja. I zapewne ostatnia... Wielokrotnie już chciałam się z tobą rozmówić. Nigdy jednak nie był to jeszcze czas po temu. Dzisiejsza noc... sprzyja. Jutrzejsza także. A potem? Jeszcze nie wiem.

Hedaard spojrzał w spokojne błękitne oczy. I one wydawały mu się znajome. Miał wrażenie, jakby spływał na niego jakiś kojący chłód i upojenie. Pozwolił się nieść temu odczuciu, albowiem dawało ono upragniony spokój.

- Na pewno się nie znamy, pani? Mam wrażenie, jakbym już cię gdzieś spotkał...

Zaśmiała się, a jej śmiech można było przyrównać tylko do szumu strumyka. Tak uspokajał. I odurzał.

- O tak. Spotykaliśmy się już wiele razy. Niejednokrotnie siedziałam przy tobie i czuwałam. Nigdy jednak nie odważyłam się ciebie dotknąć, chociaż nie wyobrażasz sobie nawet, jak bardzo tego pragnęłam. Nie masz pojęcia, jaka to dla mnie była katorga, mieć cię na wyciągnięcie ręki, lecz nie móc dotknąć... - Wyciągnęła ku niemu dłoń. - Dzisiejszej nocy nie muszę się już niczego obawiać. A może nie ma to już większego znaczenia...? Pozwolisz?

Podał jej dłoń, a ona zamknęła ją w delikatnym, nieomal pieszczotliwym uścisku. Miała chłodną skórę, miłą w dotyku. Chciałoby się, pomyślał, wiekami trzymać dłoń tej damy.

Jej oczy uśmiechały się smutno, jakby o tym wiedziała.

- Szkoda, że te chwile, na które tak bardzo czekamy, o które modlimy się latami, muszą trwać tak krótko...

- Co masz na myśli, pani?! - nieomal zawołał. Chciał natychmiast wiedzieć, kto śmie przerwać te jedyne w swoim rodzaju chwile, jakie spędzał tu, teraz, z ową tajemniczą nieznajomą.

- Szczęśliwie będzie nam jeszcze dane zamienić parę słów - ciągnęła, jakby nie zauważając jego wzburzenia. Nie wydawała się także zaskoczona, gdy w głównej sali narósł nagle tumult. - A teraz już idź. Musisz się z tym zmierzyć.

- Z czym, pani?

Uśmiechnęła się tylko w odpowiedzi.

- Idź już. Do zobaczenia.

Hedaard wyszedł z alkierza, zderzając się niemal z Valyą niosącą tacę zastawioną kuflami i pucharami. Tymczasem prawie wszyscy goście stłoczyli się przy oknach, komentując coś podniesionymi głosami.

Drzwi wejściowe otworzyły się, wpuszczając do środka wiatr pochylający płomienie świec. W wejściu stanął opancerzony mężczyzna. Powiódł wzrokiem po sali i gromko zawołał:

- Chwalić Jedynego!

- I Córkę Jego! - nadeszła zewsząd odpowiedź, co widać ukontentowało nowego gościa, bo wszedł do środka, nadal się przy tym ciekawie rozglądając. Za nim wkroczyło jego pięciu, także uzbrojonych, kompanów, pchając przed sobą więźnia w pokrwawionych łachmanach. Przybysz wypatrzył wreszcie tego, kogo szukał, bo szczerząc zęby w uśmiechu i rozwierając szeroko ramiona, ruszył przed siebie. Teraz Hedaard miał okazję mu się przyjrzeć - ot, mężczyzna średniego wzrostu, w kwiecie wieku, choć o zniszczonej nieco cerze i łysej czaszce, z wąsikami i bródką przyciętymi krótko południową modą.

Długo nie trzeba było czekać, by stało się jasne, z kim to przybysz tak się wita - w ramiona padła mu Erien. Hedaard poczuł ukłucie wściekłej zazdrości, jakby ktoś mu sztylet wraził między żebra. Stłumił przekleństwo, które samo pchało się na usta, i odwrócił wzrok, nie mogąc znieść tego widoku.

- Kto to jest? - zapytał Valyę, odbierając od niej swój kielich. Starał się przy tym, by jego głos brzmiał w miarę naturalnie i spokojnie.

- To? To Andreas z Bhragieloff...

- Kim on jest, pytasz? Ano jest ci on kapitanem Wolnej Kompaniji, którą Liga najęła dla ochrony północnego traktu. Często go tu widuję, musi nie tylko dlatemu, że droga mu tędy wypada.

Hedaard zgrzytnął zębami. Wypił duszkiem zawartość kubka i huknął nim o blat.

Benedykt także szybko opróżnił swój, wyczuwając kompana do wypitki. Dolał szczodrze i pchnął pełne naczynie do Hedaarda.

- Pij... Zdrowie króla Delmonda, niech mu tam się szczęści na południu - czym prędzej wzniósł toast, przewracając oczami. - Nigdy bym, he, he, he, nie przypuszczał, że wypiję jego zdrowie. Cóż, dziwne czasy nastały. Ale wracając do naszego kapitana, zdarzyło mi się nawet kilka razy podróżować do Hamerdalu w jego towarzystwie. I co rzekę, to rzekę, ale chwat ci on jest niezły. - Ponownie dolał gorzałki, bo wypatrzył już dno w swoim kubku. - I mówią, że mieczem nieźle robi. Ja tam po prawdzie nie widziałem, ale wiem na pewno, bo widziałem za to bandytów, którzy napadli na karawanę wiozącą diamenty. Żołnierze ułożyli ich wzdłuż drogi, tom się mógł przyjrzeć dokładnie, a i ich wzięci żywcem kamraci takoż, zanim zawiśli na drzewie, skąd mieli dobry widok na trupy... he, he, he... A sam, umazany krwią jak rzeźnik, stał tylko i spokojnie mówił, że odkąd on, Andreas de Bhragieloff, się tym zajął, to na trakcie wreszcie znów bezpiecznie będzie, a oni są żywym, jeszcze przez chwilę, dowodem na to, iż nie rzuca słów na wiatr. - Benedykt urwał na moment i potrząsnął gąsiorkiem. - Mówiąc krótko, daruj sobie i znajdź inną pannę, do której będziesz wzdychał, choćby tę, z którą tu przyjechałeś. Też całkiem nadobna. Bo z kapitanem to mało kto może na miecze się mierzyć, a jak przyjdzie co do czego, to i jego wojacy murem staną za nim. Przegrana sprawa, zatem odpuść...

Czknął dystyngowanie, po czym uzupełnił poziom napitku w stojących na stole naczyniach.

- Pij. Nie patrz tak na mnie. Ślepy by zauważył, jak popatrujesz na naszą zacną Erien. Cięgiem wzrokiem za nią tylko wodzisz. Co ty taki nienapasiony? Masz jedną pannicę, drugiej ci trzeba? Z tego kłopoty tylko gotowe, bo Andreas wyrywny z lekka i do miecza skory. Cóż, poniechaj, a cało z tego wyjdziesz. Bo widzisz, ludziska w gospodzie już tam sobie coś szepczą po kątach, jeśli akurat nie pochlipuje w nich z cicha dziewka, z którąś tu przyjechał. Co tak patrzysz? Nie ma co się dziwić. Ludzi tu znowu tak dużo nie ma. Kupce same prawie. A my, musisz to wiedzieć, wprawne oko mamy i zaraz wiemy, co się święci. Drugi wieczór tu już jesteście. To aż nadto, żeby się na was napatrzeć. - Urwał nagle, spoglądając pod stół. - A poszedł ty mi! Nie miaucz, my tu chlamy, nie żrymy, nie mam co ci dać! No nie trącaj mnie łbem, bo się jeszcze przewrócę. Przyleź rano, jak będę śniadać, to się z tobą podzielę. - Chwycił burego kocura swymi wielkimi dłońmi i wystawił z alkierza. - Czarna, to ci było kocisko... - mruknął do siebie. - O czym to ja? Aha. Ludziska szepczą między sobą, bo i co mają robić? Paplać tylko o proroku i robić w pory ze strachu? Lepiej na czymś innym jęzory strzępić. A myślisz, że do niego to nie dojdzie? A jeszcze jak kto co po drodze doda od siebie? Ho! Ho! Jemu wtedy mus będzie na miecze cię wyzwać, już nie tylko chęć. Bo inaczej przed ludźmi twarzy nie zachowa, poważanie straci i ten, no, szacunek.

Dolał ponownie.

- Ale co ja ci tu w ogóle gadam? Może to dlatego, że nigdy swojemu synowi komunałów prawić czasu nie miałem, he, he... i wyrosło z niego takie ladaco, he, he, he, he... No, napij się jeszcze...

Benedykt sięgnął po kubki i nalał do nich znowu. Jeden postawił przed Hedaardem. Chwilę spoglądał na rozmówcę, a nie doczekawszy się żadnej reakcji, podniósł swój i wychylił jednym haustem.

- Mówię ci, życie takie jest - ciągnął - złe, ponure i smutne. A o tym pierwszym zwłaszcza to ty, he, he, he, dobrze powinieneś wiedzieć! Wystarczy spojrzeć na twoją gębę. No i... cha, cha, cha, chyba nie dla mody to żelastwo ciągle dźwigasz?

Podniósł gąsiorek i znów sobie nalał.

- Pij.

Hedaard jednak ponownie nie zwrócił uwagi, wpatrując się w gorące krople wosku spływające ze świecznika na stół.

- No cóż. - Benedykt podrapał się w głowę. - Nie szkodzi, he, he, he...

Kolejny raz odstawił pustą czarkę i przetarł usta rękawem. Miał na sobie koszulę z materiału wartego tyle, że za jego równowartość przez miesiąc można by suto wykarmić niedużą wioskę, jednak nie przejął się specjalnie plamami.

Potrząsnął flaszą.

- Oho! Trzeba nam będzie zamówić następną. Ale jak zwykle tu do nas nikt nie zagląda... No, może oprócz kota, he, he, he... Przejdziesz się, jako młodszy, i pogonisz szynkareczkę? Nie? Nie szkodzi...

- Pani złota!!! - ryknął tak, że nawet buhaj mógłby pozazdrościć.

Za chwilę w wejściu do alkierza pojawiła się Valya.

- Nie krzyczcie tak, panie - powiedziała z prośbą w oczach. - Śpią już wszyscy, tylko wy tu, panie, jeszcze zostaliście.

- Śpią?! A niech śpią! - Rzucił jej opróżniony gąsiorek. - Podaj nam jeszcze jeden, bo ten pusty jakowyś...

Hedaard wstał.

- Mnie już wystarczy - mruknął nieco niewyraźnie. - Dobrej nocy życzę.

- Jakże to? Siedź, opróżnim jeszcze jedną butelczynę. Noc młoda, a kochanka śpi już pewnie... he, he, he, he, w ramionach kogoś innego. Siadaj. Od chędożenia to tylko ci włosy wypadną, he, he, he... Zobacz - pogładził swoją łysinę.

- Nie, już czas na mnie.

- Jak chcesz. Ale jak zobaczysz gacha w łożnicy z twoją dziewką, to nie mów, że cię nie ostrzegałem i nie wołaj mnie na pomoc, tylko, he, he, he, wal go tym swoim mieczem...

Hedaard dawno już tak się nie czuł. W głowie tańcowała setka diabłów, świat wirował, a kiedy wszedł na półpiętro, schody nagle zaczęły się pod nim rozjeżdżać. Mocna gorzałka zaatakowała nagle i zdradziecko, sprawiając, że drewniane filary wygięły się w całkowicie nieoczekiwane strony, podłoga zafalowała, a potem cały świat oszalał i zaczął kołysać się, niczym okręt pokonujący sztormową zawieruchę.

Wsparł się o filar, dysząc ciężko. Poczuł gwałtowny skurcz żołądka, targnął nim spazm. Ostatkiem sił powstrzymał wędrującą do przełyku kolację. Zgiął się wpół, głową niemal dotykając kolan, i oddychał ciężko, starając się dojść do siebie.

Wtedy poczuł czyjś dotyk na ramieniu. Chwiejnie się wyprostował, oparł ciężko plecy o ścianę.

Przez zmrużone oczy widział podwójny kontur jakiejś postaci.

- Chodź... - nakazał znajomy kobiecy głos.

- Küka...? - wybełkotał. - Zaa...bierz mnie stąd...

Postać chwyciła go pod ramię i biorąc na siebie część jego ciężaru, powiodła z powrotem w dół ku uchylonym drzwiom.

Dalej już nic nie pamiętał.

Czy to tylko tak wygląda, czy jednak wybrałeś ucieczkę?

Nigdy, nigdy nie uciekałem.

A teraz? Cóż takiego uczyniłeś?

To nie zależało ode mnie. Ja...

Nie od ciebie?

Ja chciałem tylko ukojenia...

W ten sposób go nie odnajdziesz.

Wysłanniczka proroka

Otworzył oczy. W komnacie panował półmrok, ledwie rozświetlany przez żarzące się w kominku węgle. Jednakowoż i tego było za wiele. Przetarł powieki, próbując wygnać spod nich piasek.

Po chwili dostrzegł siedzącą u wezgłowia łoża Erien. Po raz pierwszy widział ją w takim stanie. Wyglądała jak uosobienie nieszczęścia - głowę miała opartą o podciągnięte pod brodę, objęte ramionami kolana, twarz mokrą od łez. Kiedy zauważyła, że Hedaard już nie śpi, szybko otarła oczy rękawem, a usta wykrzywiła w dziwnym, nieładnym grymasie.

- Bardzo pięknie. Urżniętego cię jeszcze nie widziałam. - Podała mu kubek pachnący ziołami, parzący dłoń, nie komentując zawartości ani nie oczekując sprzeciwu.

Podniósł się na łokciu.

- Nic dziwnego. Nie za wiele było okazji, byś patrzyła.

- Nie powinieneś pić z Benedyktem. W osuszaniu gąsiorów nikt mu nie dorówna. Wszyscy, którzy tu częściej bywają, o tym wiedzą...

- Będę pamiętał. Na nic mi jednak ta wiedza, skoro mam się wynieść...

Przez chwilę nic nie mówiła, tylko spoglądała mu w oczy.

- Wiesz, że były chwile, kiedy miałam ochotę ot tak, zwyczajnie udusić cię tą poduszką? Albo przekłuć twoim własnym żeleźcem? Ale nie zrobiłam tego... Jeszcze większą ochotę miałam rozszarpać tę twoją młódkę. Nie gwarantuję, że tego nie zrobię, jeśli mi wejdzie w drogę... jeszcze jeden raz.

- Czemu zatem nie uczyniłaś tego wszystkiego?

Uniosła oczy ku belkom powały.

- Czy wszyscy mężczyźni są tacy naiwni i niedomyślni, żeby nie powiedzieć - głupi? Czy tylko ty jeden? Odpowiedz mi lepiej na moje pytanie. Po co tu przyjechałeś po tak długim czasie?

- Bo... chciałem cię znowu ujrzeć.

- No to mnie widzisz. I co z tego?

- I teraz już wiem o kilku rzeczach...

- Mianowicie?

- ...że jesteś tą jedyną kobietą, dla której warto uczynić wszystko, że to właśnie na ciebie czekałem... że jestem durniem, skoro nie przyjeżdżałem tutaj przez tyle czasu. Że wziąłem ją jako marną namiastkę ciebie.

Milczała przez chwilę.

- I myślisz teraz, że jak już mi to powiedziałeś, to padniemy sobie w ramiona i tak już pozostanie? A może zaraz radośnie zaczniemy figlować w łożnicy? - powiedziała z przekąsem. - Nie sądzisz, że mocno nadwerężyłeś moje zaufanie?

- To prawda. Ale... ty też nie pozostałaś mi dłużna.

- A co, miałam zostać sama? I czekać w nieskończoność, podczas gdy ty byłeś nie dla mnie, nie chciałeś mnie?!

- Cóż, nie będę cię zanudzał opowieściami o wszystkim, co mnie zatrzymywało. To przecież i tak nie ma dla ciebie żadnego znaczenia. Znasz mnie trochę, więc łatwo możesz sobie wyobrazić, w jakie sprawy mogłem się uwikłać. I tak miesiące uciekały, a ja zamiast po prostu przyjechać, czekałem nie wiadomo na co. To przez to narosły te lata.

- A czy ty zdajesz sobie sprawę z tego, co ja czułam przez ten cały czas? O czym ja myślałam przez te wszystkie miesiące? Na co czekałam?! Aż gdy jakoś już ułożyłam sobie życie, tobie nagle zachciało się mnie zobaczyć. I nie patrząc na to, czego ja chcę, zjawiasz się tutaj i liczysz na to, że skoro tobie się zachciało powrotu, to i ja, nie bacząc na nic, rzucę wszystko dla ciebie?! Wydaje ci się, że kim jesteś? Wiesz, jak ja się czuję? Jak przedmiot, który właściciel odstawił na bok, znudziwszy się nim, a potem znudziwszy się innym przedmiotem, znowu chce się nacieszyć tym zapomnianym - mną. Ale ja nie jestem przedmiotem. Ja także mam wolę i uczucia. Czy wiesz, jak bardzo mnie zraniłeś?

Hedaard otworzył usta, by odpowiedzieć, ale nie dała mu dojść do słowa.

- Czy wiesz, jak bardzo mnie zraniłeś, nie przyjeżdżając tutaj? Zraniłeś mnie, przyjeżdżając tutaj teraz, zraniłeś, przyjeżdżając dopiero teraz... Nawet teraz mnie ranisz, patrząc tak na mnie. Ranisz, stawiając w niezręcznej sytuacji. Ranisz, stawiając przed wyborem. Skąd mam wiedzieć, że jakkolwiek wybiorę, znowu mnie nie zranisz? - Podniosła się zirytowana. - Nie wiem, co mam o tym sądzić. Kocham cię, ale miłość do ciebie to wiecznie krwawiąca rana!

Zamilkła, kiedy poderwał się gwałtownie, przyciągnął ją do siebie silnym szarpnięciem i zamknął jej usta pocałunkiem. Zamruczała z zadowoleniem, przymykając oczy.

- Wreszcie się domyśliłeś... - westchnęła, na moment odrywając wargi, na co odpowiedzią był tylko mocniejszy uścisk ramion wokół jej talii.

Kiedy weszła, wszyscy podnieśli wzrok.

Drzwi zamknęły się same, pchnięte niewidzialną dłonią. Nie chciała pozostawiać wątpliwości co do swej profesji. Obnosiła się z nią wszem wobec mimo edyktu arcyprałata Rivusa, zakazującego używania czarów pod groźbą ekskomuniki. Ona, jak i większość - nielicznej co prawda - magicznej braci, za nic miała nakazy Kościoła i sług jego. Podobnie jak i świeckich władz.

Uśmiechnęła się wdzięcznie. Zrobiła dwa małe kroczki do przodu i, na podobieństwo kotki, otrząsnęła się ze śniegu, którym oblepiony był jej szkarłatny płaszcz. Nadal uśmiechając się słodko, choć niejeden ze zgromadzonych przyrównałby jej uśmiech do uśmiechu kobry, zrzuciła wierzchnie odzienie na ławę koło kominka i nie poświęcając mu już więcej uwagi, ruszyła w stronę szynkwasu. Świadoma wędrujących za nią spojrzeń oparła się oń, wypinając zgrabne pośladki.

- Grzańca! - rzuciła do zamarłej w bezruchu Valyi. - Dobrze zaprawionego! Ino rychło!

Odwróciła się do zgromadzonych ludzi, grzejąc dłonie o podane naczynie.

- Taaak... Gdzie też to wiatr mnie zagnał? - mruknęła, odrzucając czarne włosy zdecydowanym ruchem głowy. - Cóż to za zapomniane przez bogów miejsce?

Siedzący opodal Rusticus podniósł się niepewnie. Odkaszlnął.

- Za pozwoleniem wielmożnej pani, to zajazd Zły Pies na trakcie północnym...

Magiczka pokiwała głową, spoglądając na czubki swych butów, jakby w tworzących się wokół kałużach spodziewała się zobaczyć coś ciekawszego niż rozdziawione gęby pospólstwa wlepiającego w nią ślepia.

- Zatem dobrze trafiłam... - mruknęła do siebie. Podniosła wzrok, mierząc łysego kupca spojrzeniem błękitnych oczu. - Nie przejeżdżał tędy może niejaki Hedaard z Aumalle? Według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinien bawić gdzieś w tych okolicach...

Rusticus uśmiechnął się służalczo.

- Wielmożna pani ma wiele szczęścia. Za pozwoleniem, gości on nawet w tej tu niegodnej gospodzie.

Pochyliła się nieco, wykrzywiając przy tym usta.

- Czemuż zatem zwlekasz, człowieku?! - warknęła. - Idź i sprowadź go tu! Nie każ mi dłużej czekać!

Zmieszany kupiec bezwolnie ruszył w stronę schodów, ale mijając grzebiącego polanem w kominku Traskę, wyhamował, schwycił go za kołnierz i poderwał na nogi.

- Słyszałeś, co pani mówiła? Idź i sprowadź tu pana Hedaarda - nakazał stanowczo.

Traska zamrugał ogłupiały, widząc gniewne spojrzenie czarodziejki.

- O nie, kochany! - skarciła Rusticusa nieznoszącym sprzeciwu tonem.

Skubiąc mankiety swej jedwabnej koszuli, kupiec stanął niczym terminator przed mistrzem.

- Ty idziesz. On - wymierzyła palcem w sługę - zostaje. Zajmie się moim płaszczem.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

COPYRIGHT ? BY Marcin Pągowski COPYRIGHT ? BY Fabryka Słów sp. z o.o., LUBLIN 2011

WYDANIE I

ISBN 978-83-7574-514-6

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

PROJEKT I ADIUSTACJA AUTORSKA WYDANIA Eryk Górski, Robert Łakuta

PROJEKT OKŁADKI Magdalena Zawadzka

GRAFIKA NA OKŁADCE Tomasz Jędruszek

REDAKCJA Dorota Pacyńska

KOREKTA Magdalena Grela-Tokarczyk, Bogusław Byrski

SKŁAD Dariusz Haponiuk

SPRZEDAŻ INTERNETOWA

ZAMÓWIENIA HURTOWE

Firma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. s.k.a. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WYDAWNICTWO

Fabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl