Morze (wrzesień 1868 - czerwiec 1874)
Aceddu 'nta l'aggia 'un canta p'amuri, ma pi' raggia
"Nie z miłości, lecz ze złości w klatce śpiewa ptak"
przysłowie sycylijskie
Minęło siedem lat od chwili, gdy 17 marca 1861 roku parlament ogłosił narodziny Królestwa Włoch i jako suwerena obrał Wiktora Emanuela II. Wybory do tego pierwszego parlamentu zjednoczonej Italii odbyły się w styczniu (na ponad dwadzieścia dwa miliony mieszkańców prawo głosu miało niewiele ponad czterysta tysięcy), a zatriumfowała w nich ówczesna prawica, reprezentująca głównie właścicieli ziemskich i przemysłowców i postulująca spłacenie długów zaciągniętych przez państwo w czasie procesu zjednoczeniowego metodą radykalnego fiskalizmu. Szczególny sprzeciw budził tak zwany podatek młyński (wprowadzony 1 stycznia 1869 roku), czyli danina nakładana na chleb i zboże, która uderzała bezpośrednio w najuboższe warstwy społeczne. Wprowadzenie tego podatku wywołało gwałtowne protesty. Chociaż niektórzy politycy uważali go za "średniowieczną daninę, godną czasów burbońskich i feudalnych", obowiązywał do 1884 roku. A jeszcze w roku 1870 minister finansów Quintino Sella przedstawił następną porcję surowych ograniczeń i wysokich danin.
We Francji koniec Drugiego Cesarstwa (1852-1870) i początek Trzeciej Republiki (1870-1940) miał istotne konsekwencje również dla Włoch: pozbawione francuskiego wsparcia Państwo Kościelne upadło 20 września 1870 roku. Po krótkiej wymianie ognia oddziały włoskie wkroczyły do Rzymu przez wyłom w porta Pia, wznosząc okrzyk Savoia! - "Sabaudzi!". 3 lutego 1871 roku Rzym został oficjalnie ogłoszony stolicą Królestwa Włoch, którą wcześniej był Turyn (1861-1865), a po nim Florencja (1865-1871). 21 kwietnia 1871 roku rząd włoski uchwalił tak zwaną Ustawę gwarancyjną, która zapewniała papieżowi osobistą suwerenność i swobodę w sprawowaniu posługi duchowej, ale papież Pius IX - ogłosiwszy się więźniem państwa włoskiego - odrzucił ją w encyklice Ubi Nos (15 maja 1871). 10 września 1874 roku Stolica Apostolska ogłosiła tak zwane non expedit, czyli zakaz udziału katolików we włoskim życiu politycznym. Zakaz ten często omijano, aż w końcu został formalnie wycofany w 1919 roku.
Stopniowe zmniejszanie deficytu finansowego, wielkie inwestycje inżynieryjne we Włoszech (otwarcie linii kolejowej przez przełęcz Mont-Cenis 15 czerwca 1868 roku i tunelu drogowego pod przełęczą col du Fréjus 17 września 1871 roku) oraz na świecie (otwarcie Kanału Sueskiego 17 listopada 1869 roku), a także napływ zagranicznego kapitału sprawiły, że "gorączkowe trzylecie" 1871-1873 było decydujące dla narodzin włoskiego przemysłu. Tę dynamikę przerwał w 1873 roku kryzys finansowy, który przetoczył się przez Europę i Stany Zjednoczone. "Wielka depresja", spowodowana spekulacjami i ryzykownymi inwestycjami, trwała z różną intensywnością do 1896 roku i nie pomogła zniwelować głębokiej przepaści między bogatszą Północą a uboższym Południem Włoch. Na niekorzyść Południa działało również to, że znaczne inwestycje w sieć kolejową ograniczone były do Północy - na Południu rząd skoncentrował swoje wysiłki na rozwoju transportu morskiego.
*
U'mari unn'avi né chiese né taverne. Na morzu nie ma kościołów ani gospód, mówią starzy rybacy. Nie da się na nim schronić. Bo pośród wszystkiego, co stworzone, morze jest najbardziej majestatycznym i nieuchwytnym żywiołem. Człowiek może jedynie poddać się jego woli.
Sycylijczycy zawsze to rozumieli: morze szanuje tylko tych, którzy jemu okazują szacunek. Jest hojne: daje ryby i sól, wydyma wiatrem żagle, ofiaruje koral na klejnoty dla świętych i królów. Ale jest też kapryśne i w każdej chwili może gwałtownie odebrać swoje dary. Dlatego Sycylijczycy je szanują, dlatego pozwalają, by określało ich istotę - wykuwało charakter, naznaczało skórę, podtrzymywało, karmiło, chroniło.
Morze jest otwartą granicą pozostającą w ciągłym ruchu. Dlatego ten, kto żyje na Sycylii, jest niespokojny, wciąż szuka ziemi za horyzontem i chce uciec, szukać gdzie indziej tego, co - jak odkrywa u kresu życia - zawsze miał tuż obok siebie.
Dla Sycylijczyków morze jest ojcem. Zdają sobie z tego sprawę, kiedy są od niego daleko, kiedy w ich nozdrza nie wwierca się już słona woń wodorostów, tak silna, codzienna, tak dobrze znana, gdy wiatr się podnosi i penetruje miejskie zaułki.
Dla Sycylijczyków morze jest matką. Ukochaną i zazdrosną. Niezbędną. Czasami okrutną.
Dla Sycylijczyków morze stanowi kształt i granicę ich duszy.
To okowy. To wolność.
***
Na początku jest szept, szmer niesiony podmuchem wiatru. Rodzi się w sercu Olivuzzy, pod osłoną zaciągniętych zasłon, w pomieszczeniach pogrążonych w półmroku. Wiatr wyłapuje głos, który przybiera na sile i miesza się ze szlochem starej kobiety ściskającej zimną dłoń.
- Mur?u... - mówi głos i drży, i nie dowierza.
Słowo tworzy rzeczywistość, przypieczętowuje to, co się stało, ogłasza nieodwracalne. Szept dociera do uszu służących, ciśnie się im na usta, wychodzi na zewnątrz, ponownie powierza się wiatrowi, który niesie go przez ogród w kierunku miasta. Odbija się od ust do ust, ubrany w zdumienie, płacz, strach, przerażenie, złość.
- Mur?u... - powtarzają mieszkańcy Palermo, kierując wzrok w stronę Olivuzzy.
Umarł. A oni nie mogą uwierzyć, że ktoś taki jak Vincenzo Florio nie żyje. Oczywiście - był stary, od dawna schorowany, zarządzanie swoim Domem powierzył synowi, a jednak... Dla miasta Vincenzo Florio był tytanem, człowiekiem tak potężnym, że nikt i nic nie było w stanie go powstrzymać. A tymczasem zmarł na udar mózgu.
Są i tacy, których to cieszy. Przez lata w niejednej duszy zagnieździły się zawiść, zazdrość i pragnienie zemsty. Ale próżna jest ich satysfakcja. Vincenzo Florio umarł w spokoju, we własnym łóżku, otoczony miłością żony i dzieci. I umarł bogaty, pośród tego wszystkiego, co - siłą woli lub dzięki łutowi szczęścia - udało mu się zdobyć. Zdaje się wręcz, że śmierć okazała Vincenzowi litość, której on sam często nie okazywał innym.
- Mur?u...
Teraz ten głos, brzemienny zdumieniem, smutkiem, gniewem, przenika do serca Palermo, przelatuje nad La Cala i spada gwałtownie na otaczające port ulice. Dociera na via dei Materassai, niesiony przez zdyszanego sługę. Bieg był niepotrzebny, ponieważ ten okrzyk, to "Mur?u..." wdarło się już przez drzwi i okna i potoczyło po płytkach posadzki, aż do sypialni Ignazia, do żony nowego właściciela Casa Florio.
Słysząc krzyki i wybuchy płaczu na ulicy, Giovanna d'Ondes Trigona podnosi raptownie głowę, wprawiając w ruch długi czarny warkocz, chwyta się podłokietników fotela i spogląda pytająco na donnę Ciccię, która dawniej była jej guwernantką, a teraz jest jej damą do towarzystwa.
Głośno pukają do drzwi. Donna Ciccia instynktownie otacza ramionami główkę niemowlęcia - to Ignazio, zdrobniale zwany Ignazziddu, drugi syn Giovanny - i idzie otworzyć drzwi. Zatrzymuje sługę w drzwiach, pyta sucho:
- Co się dzieje?
- Mur?u... Don Vincenzo, przed chwilą. - Zdyszany sługa zatrzymuje wzrok na Giovannie. - Wasz mąż, signora, kazał wam powiedzieć, że trzeba przygotować dom na odwiedziny krewnych.
- Zmarł? - pyta Giovanna, bardziej zdumiona niż zasmucona.
Nie może czuć żalu z powodu śmierci człowieka, którego nigdy nie kochała i który zawsze wprawiał ją w tak wielki niepokój, że ledwo ośmielała się odezwać w jego obecności. Owszem, od kilku dni jego stan się pogarszał - to był jeden z powodów, dla których nie świętowano narodzin Ignazziddu - ale nie spodziewała się, że to się skończy tak szybko. Z trudem udało jej się wstać. Poród był bolesny i poruszanie się sprawiało wiele bólu.
- Czy mój mąż tam jest?
- Tak, donna Giovanna - potwierdza służący.
Donna Ciccia rumieni się, poprawia kosmyk czarnych włosów, który wymknął się jej spod czepka, i odwraca się, by na nią spojrzeć. Giovanna otwiera usta, żeby coś powiedzieć, ale nie może. Wyciąga tylko ręce, bierze dziecko i przyciska je do piersi.
Donna Giovanna Florio. Odtąd tak ją będą nazywać. Nie będzie już baronówną, który to tytuł przysługiwał jej z racji urodzenia i był przyczyną przyjęcia jej do rodu bogatych kupców. Teraz już nie ma znaczenia, że Giovanna jest z domu Trigona, że należy do jednej z najstarszych rodzin w Palermo. Liczy się tylko, że jest la padrona, panią, właścicielką, gospodynią tego domu.
Donna Ciccia idzie przed nią, bierze dziecko z jej rąk.
- Musicie przywdziać żałobę - szepce do niej. - Wkrótce pojawią się pierwsi goście z kondolencjami. - W jej głosie jest nowa powaga, akcent, którego Giovanna nigdy dotąd nie słyszała. Sygnał nieodwracalnej zmiany.
Teraz ma do odegrania konkretną rolę. I będzie musiała udowodnić, że potrafi stanąć na wysokości zadania. Czuje, że oddech ginie jej pod żebrami, a krew odpływa z twarzy. Ściska brzegi peniuaru.
- Każcie zasłonić lustra i uchylić drzwi do połowy - mówi stanowczym głosem. - Potem przyjdźcie, by mi pomóc.
Giovanna idzie w stronę garderoby skrytej za wezgłowiem łóżka. Ręce jej drżą, przenika ją chłód. W głowie rozbrzmiewa tylko jedna myśl.
"Jestem donna Giovanna Florio".
***
Dom jest pusty.
W środku tylko cienie. Kładą się między meblami z orzecha i mahoniu, sięgają za półotwarte drzwi, między fałdy ciężkich zasłon. Panuje cisza. Ale nie spokój. To brak hałasu, bezruch, który dusi, odbiera oddech, wstrzymuje ruchy.
Domownicy śpią. Wszyscy z wyjątkiem jednego. Ignazio w pantoflach i szlafroku przechodzi nieoświetlonymi pokojami kamienicy przy via dei Materassai. Dręcząca go w młodości bezsenność powróciła. Nie spał od trzech nocy. Od śmierci ojca.
Oczy mu wilgotnieją, więc przeciera je mocno. Nie może płakać, tego mu nie wolno; łzy to kobieca rzecz. Jednak jego wyobcowanie, opuszczenie i samotność są tak silne, że niemal unicestwiające. Czuje w ustach gorycz cierpienia; przełyka je, zatrzymuje w sobie. Przechodzi z pomieszczenia do pomieszczenia. Staje przy oknie i wygląda na zewnątrz. Via dei Materassai pogrążona jest w ciemności rozpraszanej z rzadka światłem ulicznych latarni. Okna innych domów są niczym puste oczodoły.
Każdy oddech ma swój ciężar, kształt i smak, a ten smak jest gorzki. Bardzo, bardzo gorzki.
Ignazio ma trzydzieści lat. Jakiś czas temu ojciec powierzył mu zarządzanie produkcją wina w Marsali, a niedawno udzielił także ogólnego pełnomocnictwa do prowadzenia działalności. Od dwóch lat Ignazio jest żonaty z Giovanną, która urodziła mu Vincenza i Ignazia, synów zapewniających przyszłość Domu Florio. Jest bogaty, szanowany i potężny.
Nic jednak nie jest w stanie wymazać samotności żałoby.
Pustki.
Ściany, przedmioty, meble są niemymi świadkami dni, kiedy jego rodzina była cała, nienaruszona. Kiedy porządek świata był trwały, a czas wyznaczała wspólna praca. Teraz ta równowaga rozpadła się na tysiąc kawałków, pozostawiając krater, w którego centrum jest on, Ignazio. Dokoła siebie ma tylko gruzy i spustoszenie.
Pokonuje korytarze, mija gabinet ojca. Waha się, czy nie wejść do środka, ale zdaje sobie sprawę, że nie byłby w stanie, nie tej nocy, kiedy wspomnienia są tak gęste, że niemal fizycznie namacalne. Idzie dalej, wchodzi po schodach i dociera do pokoju, w którym ojciec przyjmował swoich partnerów na nieformalne spotkania lub gdzie się zamykał, by oddać się refleksji. To małe pomieszczenie wyłożone boazerią, z obrazami na ścianach. Ignazio stoi na progu, oczy ma spuszczone. Przez otwarte okna wpada strumień białego światła oświetlający skórzany fotel i stolik, na nim leży gazeta, ta sama, którą ojciec czytał wieczorem, zanim udar pozbawił go przytomności. Nikt nie miał odwagi jej wyrzucić, choć minęło już kilka miesięcy. W rogu stołu leżą jego binokle i pudełko z tabaką. Wszystko jest takie, jakby Vincenzo w każdej chwili miał wrócić.
Ignaziowi wydaje się, że czuje zapach wody kolońskiej ojca, z nutą szałwii, cytryny i morskiego powietrza, że słyszy jego oddech, coś w rodzaju zmęczonego pomruku, a wreszcie jego ciężki krok. Widzi go, czytającego listy i dokumenty z nieznacznym uśmiechem, który zabarwia jego twarz ironią, mamroczącego pod nosem jakąś uwagę.
Zżera go lęk. Jak sobie poradzi bez ojca? Miał wiele miesięcy na to, by się przygotować, ale teraz nie wie, czy temu sprosta. Odnosi wrażenie, że jest na granicy utonięcia, tak jak wtedy, gdy jako dziecko o mało nie zginął w Arenelli. To ojciec wskoczył do wody i go uratował. Pamięta duszność, morską wodę palącą przełyk, tak jak teraz palą go łzy, które próbuje powstrzymać. Musi stawić opór, musi. Jest głową rodziny i musi zadbać o Dom Florio. A także o matkę, która została sama. No i oczywiście o Giovannę i synów: starszego, który nosi po dziadku imię Vincenzo, dla odróżnienia zdrabniane jako Vincenzino, i młodszego - Ignazziddu.
Oddycha głęboko przez otwarte usta, ociera oczy. Boi się, że zapomni ojca, że nie będzie pamiętał jego dłoni, jego zapachu. Ale nikt nie może się o tym dowiedzieć. Nikt nie może wyczytać bólu z jego oczu. Nie jest synem, który stracił ojca. Jest nowym właścicielem doskonale prosperującego domu handlowego. Jednak w tym momencie bolesnej samotności przyznaje się do tego sam przed sobą: chciałby wyciągnąć rękę do ojca, zapytać go o radę, pracować razem z nim w ciszy, tak jak to robili wiele razy.
On, który jest już ojcem, chciałby na powrót być tylko synem.
***
- Ignazio!
To szept jego matki, Giulii. Dostrzegła jego cień przecinający smugę światła w drzwiach sypialni Vincenzina i Ignazziddu. Siedzi w fotelu, trzymając w ramionach najmłodszego potomka rodu, który przyszedł na świat, kiedy jego dziadek szykował się, by go opuścić.
Giulia ma na sobie czarny aksamitny peniuar, a jej siwe włosy są splecione w warkocz. W migotliwym świetle lampy Ignazio widzi dłonie zdeformowane przez artretyzm i przygięte plecy. Ból kości prześladuje ją od lat, ale dotąd zawsze udawało jej się trzymać prosto. Teraz jednak jest zapadnięta w sobie. Wygląda na znacznie więcej niż jej pięćdziesiąt dziewięć lat, jakby nagle zwaliło się na nią całe zmęczenie świata. Także dlatego, że jej oczy - tak pogodne, a jednocześnie pełne ciekawości - zmatowiały.
- Maman... Co tu robicie? Dlaczego nie wezwaliście mamki?
Giulia patrzy na niego w milczeniu. Tuli noworodka, a na jej rzęsach pojawia się łza.
- Cieszyłby się z tego dziecka. Byłby szczęśliwy, że obaj to chłopcy. Twoja żona dobrze się spisała: ma dwadzieścia pięć lat i już ci dała dwóch spadkobierców.
Ignazio czuje, jak w jego sercu tworzy się kolejne pęknięcie. Siada naprzeciwko matki, w fotelu obok kołyski.
- Wiem. - Ściska jej dłoń. - Najbardziej mnie smuci, że nie zobaczy, jak dorastają.
Giulia przełyka ślinę.
- Mógł żyć jeszcze długo. Ale nigdy się nie oszczędzał. Nigdy nie wziął dnia wolnego, nawet w święta pracował. Tutaj. - Wskazuje palcem na skroń. - Nie mógł przestać. I właśnie to mi go odebrało. - Wzdycha, po czym chwyta syna za rękę. - Przysięgnij mi. Przysięgnij, że nigdy nie przedłożysz pracy nad rodzinę.
Uścisk Giulii jest silny rozpaczliwą energią, która bierze się ze świadomości, że czas tylko zabiera, a nic w zamian nie daje, trawi wspomnienia i obraca je w popiół.
Ignazio kładzie wolną rękę na jej dłoni, wyczuwa kości pod cienką warstwą skóry. Pęknięcie w jego sercu robi się coraz szersze.
- Tak, oczywiście.
Giulia kręci głową, nie akceptuje tej mechanicznej odpowiedzi. Ignazziddu gaworzy w jej ramionach.
- Nie. Musisz myśleć o swojej żonie i o chłopcach. - Charakterystycznym sycylijskim gestem (ona, mediolanka, która przybyła na wyspę w wieku dwudziestu lat) unosi podbródek w stronę małego łóżeczka, gdzie śpi roczny Vincenzino. - Nie wiesz, nie pamiętasz, ale twój ojciec nie widział, jak dorastają twoje siostry, Angelina i Giuseppina. Ledwie znajdował czas, by zajmować się tobą, i to wyłącznie dlatego, że byłeś synem, którego pragnął. - Jej głos cichnie, wibruje powstrzymywanymi łzami. - Nie popełnij tego samego błędu. Ze wszystkich rzeczy, które tracimy, pierwsze lata naszych dzieci są jedną z najbardziej bolesnych strat.
Ignazio kiwa głową i zakrywa twarz dłońmi. W jego pamięci wracają czasy surowych spojrzeń. Dopiero jako dorosły nauczył się rozpoznawać dumę i czułość w ciemnych oczach ojca. Vincenzo Florio nie był człowiekiem słów, ale spojrzeń. Nie był też człowiekiem zdolnym do okazywania uczuć. Ignazio nie pamięta uścisków. Zaledwie kilka gestów serdeczności. A jednak kochał ojca.
- A co do twojej żony, to nie zaniedbuj jej. Giovanna, biedactwo, kocha cię i wciąż zabiega o twoją uwagę. - Giulia patrzy na niego z wyrzutem i rozżaleniem. Wzdycha. - Skoro się z nią ożeniłeś, musisz chyba coś do niej czuć.
Porusza ręką, jakby chciał odgonić denerwującą go myśl.
- Tak - mruczy. Nie dodaje jednak nic ponadto i spuszcza wzrok, aby uciec przed spojrzeniem matki, która od zawsze umie mu czytać w duszy.
Ten ból należy tylko do niego.
Giulia wstaje i wolnym krokiem idzie położyć Ignazziddu do kołyski. Dziecko z zadowolonym westchnieniem obraca główkę i zasypia.
Ignazio czeka na matkę w progu. Kładzie jej dłoń na ramieniu i prowadzi do pokoju.
- Cieszę się, że zechcieliście tu przyjechać, przynajmniej na kilka pierwszych dni. Nie mogłem znieść myśli o waszej samotności.
- Olivuzza bez niego jest zbyt duża - mówi Giulia.
"Pusta. Już zawsze taka będzie", dodaje w myślach.
Oddech więźnie Ignaziowi w gardle.
Giulia wchodzi do pokoju, który zostawili jej syn i synowa, tego samego, gdzie przed laty mieszkała jej teściowa Giuseppina Saffiotti Florio. Ta surowa, wcześnie owdowiała kobieta wychowała Vincenza razem z Ignaziem, swoim szwagrem, i przez długi czas sprzeciwiała się wejściu Giulii do rodziny, uważając ją za niemoralną arywistkę. A teraz to Giulia jest wdową. Stoi na środku pokoju, a gdy jej syn zamyka za sobą drzwi, spogląda na podwójne łóżko.
Ignazio nie słyszy jej słów. I nie może zrozumieć jej bólu, który jest inny niż jego: bardziej dotkliwy, sięgający trzewi, pozbawiony jakiejkolwiek nadziei. Ponieważ ona i Vincenzo wybrali siebie nawzajem, pragnęli siebie i kochali się wbrew wszystkiemu i wszystkim.
"Jak mogę żyć bez ciebie, moja miłości?".