Zima Guntera Juana Manuela Marcosa: głos krytyczny poety
Elżbieta Skłodowska
Washington University in St. Louis
Choć większa część mojej pracy badawczej dotyczy rejonu Karaibów, Paragwaj stanowił integralną część obszaru mojej działalności zawodowej, jako latynoamerykanistki.
W obszarze metaforycznym, być może, należałoby szukać korzeni w Haipacu - akronim nazwy wymyślonej krainy, użyty przez Roberta Fernándeza Retamara w eseju Cuba defendida - kraju, który według słów samego autora, jest hybrydową syntezą Haiti, Paragwaju i Kuby. Wszystkie trzy były "satanizowane przez różne metropolie, dlatego że podążyły własną drogą, czego im nie darowano" (Cuba defendida 57-58).
Z kolei, w wymiarze autobiograficznym musiałabym cofnąć się do tamtej Polski, jakże różnej od tej dzisiejszej. Polski, gdzie spędziłam lata, które mnie ukształtowały, odrodzonej po kataklizmie drugiej wojny światowej i która mogłaby przyjąć za swoje słowa Augusta Roa Bastosa, że "narody mogą zmartwychwstać więcej niż jeden raz". Do owej Polski niewygodnie położonej za plecami Zachodu, a kątem oka zerkającej na Wschód, w Europie Centralnej, która z centrum nic nie ma i podobna jest raczej do blizny rozgraniczającej Wschód od Zachodu, Północ od Południa, obrzeża od centrum. Tak samo jak Paragwaj, obszar kontaktu i obszar ciszy, Polska jest niewiadomą i anomalią.
Właśnie tam, zimą na drugiej półkuli, na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, czytałam najpierw w polskim tłumaczeniu, a potem stopniowo w niepewnym hiszpańskim, autorów takich jak Juan Rulfo, José María Arguedas, Augusto Roa Bastos. Myślę, że już podczas tych pierwszych zbliżeń do Ameryki Łacińskiej wyczułam pewnego rodzaju solidarne pokrewieństwo, zdolne wywołać, z jednej strony tę Amerykę, którą naiwnie nazywaliśmy "magicznie realistyczną", a z drugiej strony odwołać się do naszego własnego dziedzictwa kulturowego narażonego na pożarcie w trakcie wojen imperiów. I w Polsce - choć już po pierwszym pobycie w USA - za żelazną kurtyną nieco już zardzewiałą, w połowie lat osiemdziesiątych przeczytałam książki Juana Manuela Marcosa Roa Bastos, precursor del post-boom oraz De García Márquez al post-boom, które otrzymałam w ramach współpracy międzybibliotecznej z Instytutu Iberoamerykańskiego w Berlinie, po oczekiwaniu niemalże porównywalnym z oczekiwaniem pułkownika, do którego nie miał kto pisać.
Wbrew słynnemu powiedzeniu Octavia Paza, że "ludzie nigdy nie potrafią nazwać czasów, w których żyją, a my nie jesteśmy wyjątkiem od tej powszechnej reguły", Juan Manuel Marcos opublikował studium, które dało nazwę pewnej epoce i postawiło kamień milowy w historii literatury latynoamerykańskiej. Oprócz nazwania nowego okresu post-boomem, autor zastosował w badaniach rygorystyczny, lecz nie sztywny, model interpretacyjny, paradygmat, który wzorcowo zakotwiczał staranną analizę tekstu w kontekście historycznym i stosował teorię, aby objaśniać, a nie gmatwać. Analiza, którą proponował Marcos dla wielce złożonej prozy Roa Bastosa, podążała ścieżkami nieuczęszczanymi ani przedtem ani potem - wyprzedzając to, co później Hans Robert Jauss nazwie horyzontem oczekiwań epoki i podważając resztki naszej wiary w niezmienność paradygmatów estetycznych i dyscyplinarnych.
Głos Marcosa, mówiącego z samego środka Ameryki Łacińskiej i zmieniającego jednocześnie teorię w praktykę, dementował założenie, że inność - kojarzona czy to z realizmem magicznym, czy z powieścią--świadectwem - musiała w sposób nieunikniony stanowić podstawę każdego paradygmatu dyskursywnego uważającego się za "autentycznie" latynoamerykański.
Roa Bastos, precursor del post-boom oraz De García Márquez al post-boom były dla mnie odkryciem, ponieważ - w znaczeniu czysto użytkowym - proponowały nową nomenklaturę dla periodyzacji prozy latynoamerykańskiej przy użyciu, bez widocznego wysiłku, godnej zazdrości erudycji, zapomnianej sztuki perswazji, dyskusji, polemiki. Książka o Roa Bastosie otwierała obszar dialogu za pomocą owej "umiejętności mówienia", nasyconej jednocześnie metaforą i potocznością, używanych ze sprawnością kogoś, kto we wcieleniach eseisty, krytyka, wykładowcy, działacza, teoretyka, wydawcy i administratora nigdy nie przestał być poetą. Lecz książka jest także objawieniem dzięki sile transgresji i odmowy odpolitycznienia literatury i teorii. Mówiąc o dwóch dynastiach pisarzy latynoamerykańskich, tej wywodzącej się z tradycji Cervantesa (José Martí, José María Arguedas, Augusto Roa Bastos) i tej "minotaurystycznej" (Jorge Luis Borges, Carlos Fuentes, Mario Vargas Llosa) - Marcos podważał narcystyczne celebrowanie twórczości zarówno literackiej, jak i krytycznej i wskazywał - na własnym przykładzie - trudną, lecz możliwą drogę do intelektualnej dekolonizacji.
Jednak stawianie pytań i rezygnacja z samozadowolenia zawsze kosztuje. Jak wiadomo, Juan Manuel Marcos zapłacił wysoką cenę za uczciwość intelektualną i za przywiązanie do sprawiedliwości: cenę więzienia, tortur i wygnania. Z własnej woli zrezygnował z przywilejów, jakie dawało mu pochodzenie społeczno-ekonomiczne i na przekór falom represji uderzającym w podstawowe prawa człowieka odważnie i z oddaniem użył swego talentu, aby uchronić dla siebie przestrzeń, gdzie mógł rozwijać twórczość i niezależną myśl.
Nic dziwnego, że kreatywność, wyobraźnia i śmiałość stawiania wyzwań zastanym prawdom pojawiają się także w pracach krytyczno-literackich Marcosa. W Roa Bastos, precursor del post-boom autor przeciwstawia się tendencjom dominującym w krajobrazie krytyki latynoamerykanistycznej w tym czasie. Musiało minąć kilka lat zanim te schematy zaczęły być kwestionowane w sposób systematyczny. Dopiero na początku lat 90., słowami Santiago Castro-Gómeza i Eduarda Mendiety, debata postkolonialna przyjęła autoindagację jako "formę krytyki wewnętrznej latynoamerykanizmu" (Teorías sin disciplina 20). Wszyscy pamiętamy ważki artykuł Hernána Vidala, zamieszkałego w Stanach Zjednoczonych naukowca pochodzenia chilijskiego, zatytułowany El concepto colonial y postcolonial del discurso, który określał jako "technokratyczny" nurt krytyki latynoamerykanistycznej bardzo podobny w swoim samozadowoleniu do tendencji kojarzonej przez Marcosa wiele lat wcześniej z narcystyczną postawą pewnych pisarzy.
Jako krytyk, Marcos nigdy nie zgrzeszył mechanicznym zastosowaniem teorii w poszukiwaniu odpowiednich tekstów. Raczej odwrotnie, jego godna zazdrości biegłość w teorii jest zawsze przesiana przez dokładną i subtelną lekturę, prześwietlającą tekst i nabierającą trafności w świetle kontekstu. Pod jego spojrzeniem - które łatwo można nazwać odfamiliaryzującym - teorie formalistów rosyjskich, Michaiła Bachtina czy dekonstrukcjonistów katalizują twórcze zastosowanie narzędzi, które przekraczając wyznaczone granice dyscyplin, pozwalają mu przeniknąć zawrotną polifonię głosów w powieściach takich jak Hijo de Hombre czy Yo el Supremo. Prace Marcosa nie tylko wyprzedziły autorefleksyjny zwrot w krytyce latynoamerykańskiej, lecz jednocześnie ośmieliły się ukazać spojenie elementów konstrukcji własnego dyskursu, snuć refleksje na temat granic zrozumienia, interpretacji, wyjaśnienia.
Chciałabym móc powiedzieć, że po przeczytaniu tekstów krytyczno--literackich Marcosa, natychmiast przyswoiłam i zastosowałam jego nauki we własnej praktyce badawczej. Tak się nie stało. W rzeczywistości, moja recenzja powieści Marcosa, El invierno de Gunter, opublikowana w Revista Iberoamericana w Pittsburghu w 1988 roku, jest poglądowym zilustrowaniem niektórych pułapek teoretycznych i chęci narzucenia naszego własnego "porządku dyskursu" temu, co powinno było zostać przynajmniej trochę nieuporządkowane, uciekając, na przykład, od pięciu kodów narracyjnych Rolanda Barthesa, które próbowałam "zastosować" do odczytania Zimy Guntera, niosącej w sobie, jak każda dobra powieść, więcej sekretów niż przesłania. Niezupełnie żałuję tego grzechu młodości, bowiem każda interpretacja, każdy komentarz - żeby nie wiem jak oczyszczony z chęci zaszufladkowania i powiązania luźnych końców - niesie ryzyko przeobrażenia się w strategię kontroli.
Do tych autorów - czy to będzie Roa Bastos, Rulfo, czy Juan Manuel Marcos - którzy omotują niedookreślonością swą niepokojącą inwencję językową, skierowana jest ta skromna i krótka próba (ponownego) odczytania Zimy Guntera. Prawie ćwierć wieku po wydaniu, Zima Guntera nie przestaje zaskakiwać. To istotne dla podsycenia estetycznych doznań i krytycznego myślenia, jak pokazali formaliści rosyjscy. Wynika to z faktu, że jest to powieść o szerokim marginesie niezdefiniowania, która - oprócz tego, że jest wyzwaniem dla opozycji binarnych tak miłych kulturze zachodniej - ostrzega nas przed pułapkami uogólnień. Choć może wydawać się powieścią "totalną", jako że ukazuje nam przekrojowy obraz historii i geografii latynoamerykańskiej, książka Marcosa ostrzega również, że ogromu grozy nigdy nie można wyrazić poprzez całokształt wszelkich danych, faktów, statystyk i innych szczegółów. W tym znaczeniu Zima Guntera jest dziełem odważnym, lecz zarazem uparcie unikającym wyjaśnienia. Jednocześnie mamy do czynienia z powieścią, która stawiła gwałtowny opór wirtualizacji rzeczywistości społecznej i historycznej, o dziesięciolecia wcześniej zanim pojęcie wirtualności zawładnęło wszelkimi przejawami naszego życia. I wreszcie, mamy do czynienia z powieścią, która zbuntowała się przeciw zniesieniu sensu historii w epoce głoszącej "koniec historii" i która stanowczo odrzuciła symulacje etycznego zaangażowania i fałsz intelektualnych dociekań.
Jest to właściwy moment na ponowną lekturę tej powieści, gdyż - jak zazwyczaj bywa w przypadku dzieł wyprzedzających horyzont oczekiwań swej epoki - do pewnego stopnia jeszcze jej nie przeczytaliśmy. Nie na próżno minęło ćwierć wieku od jej publikacji, dwadzieścia parę lat pełnych, wieloaspektowych wydarzeń - parafrazując Borgesa z Pierre Menard, autor del Quijote. Ograniczając się tylko do dwóch obszarów znanych mi osobiście, Ameryki Łacińskiej i posowieckiej Europy, w czasie tej ćwierci wieku byliśmy świadkami końca dyktatur Stroessnera i Ceau?escu, śledziliśmy przemiany demokratyczne w krajach Cono Sur i wzburzył nas krzyk "nigdy więcej" brzmiący jednocześnie z krzykiem ofiar ludobójstwa i tak zwanej czystki etnicznej w dawnej Jugosławii. W tym kontekście należy podkreślić, że powieść Marcosa - z całym swym bogactwem wątków, stylów i ujęć - wydaje się stworzona z woli Mnemozyny, bogi pamięci i mądrości, matki muz. Mamy do czynienia z tekstem, w którym najstraszliwszy ból zadawany ciału i duszy przez państwowy terroryzm przeplata się z najwyższego lotu wyobraźnią liryczną, gdzie dążenie do autorefleksji, tak drogie naszej postmodernistycznej epoce, nie jest tylko narcystycznym gestem pisarza--minotaura zamkniętego we własnym labiryncie, lecz szlachetnym aktem solidarności wyrażonym poprzez język, który - mimo złożoności - przeciera ścieżki rozwidlające się w stronę wyjścia, wyjścia z labiryntu.
Można, choć jest to niewystarczające, odczytywać dzisiaj Zimę Guntera, koncentrując się na wątku przygodowym, tajemniczym, erotycznym, na konstrukcji bohaterów czy na tropieniu wszystkich intertekstualności. Jednak trzeba czytać ją także z gniewem i pasją w takim momencie jak ten, jeszcze jeden - zawsze jest jeszcze jeden - moment niepewności, zagrożenia i napięcia, kiedy powinność pamiętania przeszłości ciągle jest etycznym obowiązkiem wobec teraźniejszości i przyszłości. W obszarze wyznaczonym przez światłocienie, powieść posiada wewnętrzną spójność właśnie dzięki naglącej i solidarnej etyce przełożenia pamięci traumy na narrację traumy oraz potrzebie ocalenia z anonimatu twarzy z bezimiennych mogił i z geografii terroru, który - jak tego dowiódł Stalin w mojej części świata - masyfikuje ludzi, zmieniając ich w statystyki. Przyspieszone w momentach silnych napięć politycznych i osobistych, przesunięte przez traumę i odległość wygnania, wspomnienie zasilające powieść roztrzaskuje się na kawałki, okazuje się kontrowersyjne i niejednoznaczne. Pamięć jawi się więc jednocześnie jako tło i jako główny bohater Zimy Guntera.
Mamy przed sobą - i nie waham się użyć tego określenia - powieść zaangażowaną w ocalenie torturowanych ciał i okaleczonych słów. Powieść krytyczną napisaną w tonacji poetyckiej, gdzie odbicie rzeczywistości -Paragwaj, Corrientes, Wojna o Malwiny, Europa - przenika przez szczeliny, wibruje wśród słów, wahań tonu, struktury języka. Utkana z polifonii głosów Zima Guntera angażuje oko i ucho i pozwala nam wyczuć, jak doświadczenie staje się powieścią i może być odczytane poprzez różne filtry: języka i pamięci, nienawiści i miłości, tożsamości seksualnej i rasowej, przygody i ironii, intertekstualności i tajemnicy, podłoża mitycznego i lingwistycznego kultury guarani i dorobku literackiej erudycji "zachodniej".
W opublikowanym pod koniec lat 60. artykule Ciała torturowane, słowa uwięzione ("Corps torturés, paroles capturées") Michel de Certeau definiował odpowiedzialność etyczną intelektualisty - w jego przypadku historyka - określając ją jako "dług wobec zmarłych" i stwierdzając, że historyk pisze na papierze to, co historia pisze na ciałach. Stąd obowiązek etyczny i polityczny historyka polega na odczytaniu z tych ciał "wyznania systemu" (64). Snując refleksję w tym samym kierunku, Jean-François Lyotard przypomina nam w Le Différend, że krzywdzie wyrządzonej ofiarom prawie zawsze towarzyszy utrata narzędzi do przedstawienia niezbitych dowodów, jako że zmarli nie mogą mówić, a często nie dysponujemy nawet szczątkami fizycznego "dowodu", który pomógłby nam zrekonstruować tę archeologię potworności. Zbrodnia terroryzmu państwowego opiera się na milczeniu, zniekształconych obliczach, nieistnieniu dowodów, braku informacji i komunikacji, rozproszeniu śladów, fragmentów, krzyków, poszeptywań i pogłosek. Ten fatalny paradoks niemożliwości rekonstrukcji krzywdy jako obecności na kanwie nieobecności, milczenia i całkowitej lub częściowej utraty dowodów jest jądrem historii Soledad Sanabrii, młodej poetki i aktywistki z Zimy Guntera, ofiary i świadka terroryzmu Państwa, uciszonej lecz nie milczącej.
Zima Guntera zdołała obronić odwołanie się do grozy właśnie dlatego, że udało się w niej zbudować i utrzymać tę kruchą i prawie niemożliwą równowagę między głosem świadka i ufnością czytelnika, wypełniając tym samym zalecenie Lyotarda: nie pozwolić na to, aby między amnestią i amnezją zapanowała cisza.