Ziemie obiecane - Malwina Ferenz

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (29,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pro­log

Na po­czątku było słowo. Wszystko przez nie się stało, bo za­wsze wszystko za­czyna się od słowa. Nie­za­leż­nie od tego, czy pada w do­brą, czy w złą go­dzinę, roz­po­czyna zda­rze­nie i kształ­tuje emo­cje, a po­tem - tak bywa naj­czę­ściej - traci nad tym kon­trolę. Słowo ro­dzi czyn i jako ro­dzic jest za niego od­po­wie­dzialne, a przy­naj­mniej tak być po­winno, bo wy­cho­wuje go, pro­wa­dzi i po­zwala mu się roz­wi­nąć. Po­nie­waż jed­nak w ro­dzi­ciel­stwie znacz­nie wię­cej jest po­ra­żek niż suk­ce­sów, a i dzie­ciom da­leko do ide­ału, czę­sto słowo wy­piera się swo­jego po­tom­stwa i stara się prze­ko­nać, że zu­peł­nie nic go z nim nie łą­czy, zwłasz­cza gdy cho­dzi o czyny, z któ­rych żadną miarą nie można być dum­nym.

Słowo ro­dzi dzia­ła­nia za­równo bo­ha­ter­skie, jak podłe, staje się źró­dłem ra­do­ści i smutku, mi­ło­ści i nie­na­wi­ści, stwa­rza po­rzą­dek i chaos. Wszystko to robi w okre­ślo­nym celu i to wła­śnie cel jest dla słowa naj­waż­niej­szy. To, co zro­dziło, ma słu­żyć stwo­rze­niu no­wej rze­czy­wi­sto­ści i prze­ko­na­niu lu­dzi, że jest to rze­czy­wi­stość je­dy­nie słuszna, do­kład­nie taka, w ja­kiej już od dawna chcieli żyć.

W toku wie­lu­set­let­niego zbie­ra­nia do­świad­czeń słowo do­szło do wnio­sku, że naj­lep­szą formą za­ufa­nia jest spra­wo­wa­nie ści­słej kon­troli, im bar­dziej re­stryk­cyj­nej, tym le­piej. Sy­tu­acja ide­alna to taka, gdy za tę kon­trolę we­zmą się ci, któ­rzy do­sko­nale zdają so­bie sprawę, jaka od­po­wie­dzial­ność na nich spo­czywa, jak dużą siłę od­dzia­ły­wa­nia po­sia­dają i jak groźną wła­dają bro­nią.

Oto je­den z ta­kich lu­dzi roz­pina górny gu­zik ko­szuli, lu­zuje koł­nie­rzyk, głę­boko za­ciąga się pa­pie­ro­sem, nie­jako z na­masz­cze­niem wy­pusz­cza dym i stwier­dza, że w tym, czym się zaj­muje, jest coś bo­skiego. Ma ra­cję. Uważa, że to miłe uczu­cie, i ow­szem, świa­do­mość, że może za po­mocą słowa wy­nieść ko­goś do wła­dzy lub strą­cić w ot­chłań, za­iste bywa uskrzy­dla­jąca.

Czło­wiek ten dłuż­szą chwilę za­trzy­muje wzrok na swo­jej ma­szy­nie do pi­sa­nia i nie dziwmy się temu, bo to do­bry sprzęt, po­rządna, nie­miecka ro­bota. W nor­mal­nych oko­licz­no­ściach zdo­by­cie jej by­łoby nie­moż­liwe, ale on jest prze­cież jed­nym z głów­nych dzien­ni­ka­rzy wro­cław­skiej ga­zety, ba, ma nie­ze­rowe szanse awan­so­wać na za­stępcę re­dak­tora na­czel­nego i spra­wuje rząd dusz nad mniej wię­cej dwu­stoma ty­sią­cami Niem­ców miesz­ka­ją­cych w mie­ście tak nie­dawno jesz­cze na­le­żą­cym do Rze­szy, a obec­nie już pol­skim. Po­la­ków jest obec­nie sto razy mniej i dla­tego wła­śnie te­raz na­leży dzia­łać, two­rzyć, kre­ować. To jest naj­lep­szy czas.

Strze­puje po­piół do sto­ją­cej obok ma­szyny po­piel­niczki, od­kłada pa­pie­rosa i za­czyna pi­sać. "Ja­kie kon­kret­nie za­da­nia po­sta­wi­li­śmy so­bie? Jaki jest nasz cel?". O tak, w jego ręce zło­żono wła­dzę i moc, a cel na­leży czy­tel­ni­kom wska­zać na tyle umie­jęt­nie, by do­szli do wnio­sku, że tak wła­śnie chcieli zro­bić od sa­mego po­czątku. Par­tacz nie­wpraw­nie po­słu­gu­jący się groź­nym orę­żem, ja­kim jest słowo, może spra­wić, że sprawy wy­mkną się spod kon­troli.

Weźmy ta­kiego Ilję Eren­burga, my­śli so­bie pan re­dak­tor... Ilja więc sta­nowi świetny przy­kład spek­ta­ku­lar­nej utraty kon­troli. Pod­sy­cał swo­imi ar­ty­ku­łami nie­na­wiść, roz­nie­cał słuszny gniew i wzy­wał do ze­msty na nie­miec­kim na­jeźdźcy. Pod­sy­cał jed­nak zbyt mocno, dla­tego ogień nie­ocze­ki­wa­nie szybko prze­kształ­cił się w roz­le­gły po­żar. Niech za­pło­nie świat, żą­dał Ilja na ła­mach ga­zet, i świat rze­czy­wi­ście pło­nął. Pło­mie­nie po­że­rały strze­chy i ka­mie­nice, a ra­dziecki żoł­nierz ocho­czo ten ogień pod­kła­dał. Niech roz­pocz­nie się gwałt, wzy­wał, i gwałt na­stał, a krzyki hań­bio­nych ko­biet nie mil­kły jesz­cze długo. Na­dal nie milkną.

Sta­li­nowi od­po­wia­dała pro­ro­cza za­pal­czy­wość Eren­burga, po­trzebny był wła­śnie taki Ilja, który wznieci w żoł­nier­zach Ar­mii Czer­wo­nej święty gniew. Spo­glą­dał Jó­zef Wi­sa­rio­no­wicz ła­ska­wym okiem, gdy Eren­burg, cie­sząc się ła­ską i wy­ko­rzy­stu­jąc już zdo­byty au­to­ry­tet, pi­sał: "nic nie na­straja nas ra­do­śniej niż nie­miec­kie trupy" oraz "za­bij Niemca", a po­nie­waż wia­domo już było, co zro­biono Ży­dom, to pło­nął też sam Eren­burg. I działo się, jak chciał. Roz­sma­ko­wał się Ilja we wła­dzy, jaką po­sia­dał, de­lek­to­wał się efek­tem wpływu słowa na hi­sto­rię.

Nad­szedł jed­nak mo­ment, że Sta­lin na­ka­zał zmianę kursu, i po­żoga za­miast być przy­datną, za­częła wa­dzić. Wojna się skoń­czyła i nie po­trze­bo­wano już za­strzy­ków nie­na­wi­ści wznie­ca­ją­cych żą­dzę krwi, zie­mia na­sy­ciła się nią, wię­cej na­wet jej po­chło­nęła, niż była w sta­nie przy­jąć. Po­trze­bo­wano te­raz sta­bi­li­za­cji i roz­to­cze­nia pa­ra­sola ochron­nego nad tym, co oca­lało, a za­pie­kły w swym gnie­wie Ilja, nie­ro­zu­mie­jący, że skoń­czył się czas za­pal­czy­wego pro­ro­ko­wa­nia, na­gle stał się prze­szkodą. Usu­nięto upar­tego Żyda z łam ga­zet, jego prze­peł­nione żą­dzą ze­msty ar­ty­kuły z dnia na dzień prze­stały się uka­zy­wać, po­le­mi­zo­wano z nim, tłu­ma­czono lu­dowi, że na­leży od­róż­niać zwy­kłych Niem­ców od na­zi­stów, ale nic nie było już w sta­nie za­trzy­mać czynu, jaki na­ro­dził się ze słów Eren­burga.

Ilja Eren­burg zbyt mocno roz­sma­ko­wał się w kie­ro­wa­niu emo­cjami mas, by pod­dać się bez walki. Nie chciał wie­rzyć w po­twora, któ­rego wy­ho­do­wał, po­je­chał więc do Prus Wschod­nich i na wła­sne oczy uj­rzał efekty swo­jego wła­da­nia sło­wem. Gdy wró­cił, był już in­nym czło­wie­kiem. Od­ciął się od lu­dzi i świata, za­skle­pił się w so­bie. Bier­nie przyj­mo­wał bodźce z ze­wnątrz, kom­plet­nie stra­ciw­szy za­in­te­re­so­wa­nie ota­cza­jącą go rze­czy­wi­sto­ścią. Pra­wie się nie od­zy­wał, je­dze­nie trzeba było po­da­wać mu nie­mal siłą.

Raz tylko oży­wił się i przy­naj­mniej w ja­kiejś czę­ści stał się daw­nym Ilją. Za­mknął się w po­koju i długo z niego nie wy­cho­dził, a kiedy w końcu to zro­bił, trzy­mał w dłoni list. List był do Sta­lina. Co za­warł w tym pi­śmie, nie wia­domo, wia­domo jed­nak, że Sta­lin do tej pory na niego nie od­po­wie­dział, i wąt­pliwe, by kie­dy­kol­wiek miało to na­stą­pić.

Re­dak­tor i - kto wie? - przy­szły za­stępca na­czel­nego od­rywa się od my­śli o sza­lo­nym Eren­burgu i wraca do stu­ka­nia w kla­wi­sze swo­jej po­rząd­nej po­nie­miec­kiej ma­szyny. "Ce­lem na­szym jest" - pi­sze - "pro­pa­ganda Związku Ra­dziec­kiego. Nie­spra­wie­dli­wie prze­mil­czano jego suk­cesy lub na­wet, i to było znacz­nie częst­sze, szka­lo­wano go i wy­le­wano na niego brudne po­toki oszczerstw".

Otóż to. Lu­dziom na­leży uświa­do­mić go­spo­dar­cze, kul­tu­ralne i po­li­tyczne suk­cesy, któ­rych jest tak wiele, że tylko ktoś cał­ko­wi­cie ślepy mógłby ich nie za­uwa­żać. A Zwią­zek Ra­dziecki pra­gnie się tym wszyst­kim po­dzie­lić z na­ro­dami, nad któ­rymi roz­to­czył "ru­ski mir". Czyż można so­bie wy­obra­zić lep­szy sce­na­riusz? No, nie można.

Po­zo­staje tylko prze­ko­nać o tym lu­dzi, co nie­stety brzmi pro­sto, ale by­naj­mniej ta­kim nie jest. Trzeba się po­rząd­nie na­pra­co­wać, wy­rzeź­bić ten nowy świat z po­piołu i zglisz­czy, a po­nadto ukształ­to­wać go tak, by nikt ni­gdy nie po­wa­żył się pod­nieść ręki na Zwią­zek Ra­dziecki (ry­zyko od­rą­ba­nia tej ręki by­łoby nie­ba­ga­telne) i by za­pew­nić trwa­łość po­rząd­kowi, jaki ZSRR przy­nosi.

Bóg po­noć stwo­rzył świat w sie­dem dni i trzeba bę­dzie po pro­stu ten ma­newr ze stwo­rze­niem po­wtó­rzyć. Sie­dem dni po­zo­sta­nie cał­ko­wi­cie umowne, bo wia­domo prze­cież, że ca­łość po­trwa znacz­nie dłu­żej, i to wła­śnie jest klu­czowe w po­słu­gi­wa­niu się sło­wem. Trzeba się uzbroić w cier­pli­wość i ro­bić swoje, bo efekty przy­cho­dzą z cza­sem. Re­dak­tor wraz z ca­łym za­stę­pem in­nych lu­dzi pióra (czy ra­czej ma­szyn do pi­sa­nia) od­li­czać bę­dzie ko­lejne dni pracy twór­czej i ob­ser­wo­wać, jak staje się nowy świat i nowy czło­wiek. Gdy osią­gnie się cel, bę­dzie można od­po­cząć, ale nie wcze­śniej, na­wet na chwilę.

Zna­ko­mi­cie się spraw­dza pro­sta i bez­kr­wawa me­toda fak­tów do­ko­na­nych. Ot, na przy­kład se­ans fil­mowy w Lie­gnitz, który od­był się za­raz na po­czątku maja 1945 roku, zo­stał przed­sta­wiony jako po­czą­tek pol­skiej ki­ne­ma­to­gra­fii w Le­gnicy przy­wró­co­nej po sze­ściu­set la­tach do ma­cie­rzy.

Niech się więc sta­nie nowy świat, nowy Wro­cław, nowy Dolny Śląsk, Zie­mie Od­zy­skane i nowa Pol­ska, a wszystko pod prze­wod­nic­twem no­wej wła­dzy z no­wym pre­zy­den­tem, Bo­le­sła­wem Bie­ru­tem na czele. I oczy­wi­ście przy wspar­ciu wiel­kiego brata, ob­ser­wu­ją­cego czuj­nie z wy­so­ko­ści Mo­skwy, czy ktoś tu­taj w Pol­sze nie na­robi głu­pot i czy wszystko idzie zgod­nie z pla­nem.

DZIEŃ PIERW­SZY - 24 wrze­śnia 1945 roku, po­nie­dzia­łek

Na stole w kuchni na­dal le­żało je­dze­nie, któ­rego nikt nie scho­wał. Ma­rie za­ci­snęła moc­niej pa­sek od szla­froka i po­de­szła, by się przyj­rzeć. Trzeba przy­znać, że dary były ob­fite. Chleb (świeży chleb!) nie ro­bił już wra­że­nia i do tego, że mają go nie­mal co­dzien­nie, wła­ści­wie zdą­żyła się już przy­zwy­czaić, ale obok niego zo­ba­czyła po­kaźny ka­wał so­lo­nej sło­niny, puszkę mleka, dwie puszki mięsa i - co na­prawdę wzbu­dzało zdu­mie­nie - na oko co naj­mniej ki­lo­gra­mowy blo­czek ma­sła. Do tego jesz­cze mar­mo­lada i... ależ tak, bu­telka czer­wo­nego wina.

Ma­rie obej­rzała się przez ra­mię, by upew­nić się, że jest sama, po czym uchy­liła pa­pier od mar­mo­lady, na­brała jej na pa­lec i wło­żyła do ust. Pyszna. Nie wia­domo, czy to, jaką cenę przy­szło za nią za­pła­cić, pod­kre­ślało jej smak, czy wprost prze­ciw­nie, stę­piało. Za­brała wszyst­kie ar­ty­kuły ze stołu i scho­wała do kre­densu. Co prawda, w cza­sie wojny nie można było ja­koś szcze­gól­nie na­rze­kać na brak za­pa­sów i poza uciąż­liwą re­gla­men­ta­cją żyw­no­ści więk­szych utrud­nień w jej zdo­by­ciu nie od­no­to­wano, jed­nak te­raz sy­tu­acja wy­glą­dała zu­peł­nie ina­czej. Do­brze za­opa­trzone na czas ob­lę­że­nia ma­ga­zyny Bre­slau zo­stały splą­dro­wane za­raz po ka­pi­tu­la­cji, a czego nie roz­kra­dziono, to już zu­żyto i te­raz do wielu miesz­kań za­glą­dał głód, a nie­rzad­kie były też przy­padki śmierci z tego po­wodu.

Ma­rie Schmidtke wie­działa, że ra­zem z sio­strą i matką nie mają się czego oba­wiać, przy­naj­mniej póki znaj­dują się pod spe­cjalną ochroną. Sy­tu­acja zmie­niała się, co prawda, bar­dzo szybko i na­wet nie­od­le­gła przy­szłość wy­da­wała się trudna do prze­wi­dze­nia, jed­nak można było za­ło­żyć, że przy­naj­mniej przez kilka naj­bliż­szych ty­go­dni będą obo­wią­zy­wały obecne za­sady. Co­kol­wiek mia­łoby na­stą­pić póź­niej, nie po­winno za­gro­zić ich ży­ciu. W końcu wszyst­kie trzy bar­dzo się sta­rają, żeby przy­go­to­wać się na naj­gor­sze. Cho­ciaż, czy może zda­rzyć się coś gor­szego niż to, co już za­szło?

W miesz­ka­niu na­dal pa­no­wała ci­sza i mrok, nie tylko dla­tego że okna za­sła­niała dykta. Ma­rie za­czy­nała pracę bar­dzo wcze­śnie i te­raz, we wrze­śniu, wschód słońca za­sta­wał ją, gdy już prze­wa­lała gruz z roz­bie­ra­nych ka­mie­nic. Kuch­nię roz­świe­tlał skąpy blask świecy, ale świece na szczę­ście były tym ar­ty­ku­łem, na któ­rym rów­nież nie mu­siały oszczę­dzać. Ma­rie za­pa­liła więc jesz­cze jedną.

Drzwi do po­koju matki po­zo­sta­wały za­mknięte i za­pewne od we­wnątrz klamkę znów pod­pie­rało i blo­ko­wało krze­sło, by nikt nie mógł wejść i za­in­ter­we­nio­wać, a przy­naj­mniej pod­jąć ta­kiej próby, gdyby usły­szał coś, co wska­zy­wa­łoby na za­da­wa­nie bólu więk­szego niż zwy­kle. Ma­rie po­de­szła ostroż­nie i przy­ło­żyła ucho do drzwi. Zza nich do­cho­dziło chra­pa­nie.

Mi­sza So­becki, za­spo­ko­jony sutą ko­la­cją i sporą ilo­ścią wódki, a po­tem cia­łem jej matki, spał w naj­lep­sze. Mi­nie jesz­cze tro­chę czasu, za­nim bę­dzie mu­siał wró­cić do swo­jej jed­nostki, jed­nak na­wet gdyby nie zja­wił się na czas, nie spo­tka­łyby go z tego po­wodu żadne przy­kre kon­se­kwen­cje. Tak to jest z ofi­ce­rami, wię­cej im wolno. To on usta­lał za­sady dla pod­le­ga­ją­cych mu żoł­nie­rzy, a nie zna­lazł się taki, który by się im sprze­ci­wił. Nie tylko dla­tego, że roz­gnie­wa­nie Mi­szy So­bec­kiego było dzia­ła­niem nie­zwy­kle ry­zy­kow­nym. Po­rucz­nik zwy­czaj­nie cie­szył się mi­rem wśród swo­ich pod­ko­mend­nych, bo do­sko­nale ro­zu­miał na­turę kra­sno­ar­miej­ców i wie­dział, czego naj­bar­dziej im trzeba: ra­bunku, ko­biet i wódki. Wszyst­kie te po­trzeby po­zwa­lał im za­spo­ka­jać w ob­fi­to­ści.

To wła­śnie So­becki je za­opa­try­wał. Ro­bił to oso­bi­ście lub przy­sy­łał z żyw­no­ścią któ­re­goś z żoł­nie­rzy. Po­sła­niec przy oka­zji po­wia­da­miał, czy we wła­snej oso­bie po­rucz­nik zjawi się da­nego dnia, czy też nie, a je­śli tak, to o któ­rej na­le­ża­łoby się go spo­dzie­wać. Ro­sja­nin ni­gdy się nie spóź­niał.

Wi­zyty za­wsze wy­glą­dały tak samo. Mi­sza przy­cho­dził w to­wa­rzy­stwie świty. Wszyst­kich mu­siały uprzej­mie ugo­ścić i za­ba­wić roz­mową, przy­naj­mniej w ta­kim za­kre­sie, w ja­kim umiały, bo prze­cież nie znały ro­syj­skiego. Bar­dzo szybko się zo­rien­to­wały, że zna­jo­mość ję­zyka daje pewne pro­fity, dla­tego wszyst­kie trzy pil­nie się go uczyły. Mar­tha, młod­sza sio­stra Ma­rie, oka­zała się szcze­gól­nie uzdol­niona, dla­tego to na niej za­zwy­czaj spo­czy­wał cię­żar kon­wer­sa­cji, choć z na­tury była ma­ło­mówna i nie­chęt­nie za­bie­rała głos z wła­snej ini­cja­tywy. So­becki i to­wa­rzy­sze lu­bili na­cie­szyć się wy­mianą zdań, na­wet je­śli sta­no­wiły dość cha­otyczną mie­sza­ninę słów ro­syj­skich i nie­miec­kich, za­nim za­jęli się tym, po co tak na­prawdę przy­szli. To, co przy­no­sili ze sobą, było za­płatą z góry.

Roz­mowa trwała, krą­żyły ko­lejki wódki, była i gra w karty, śpiewy, cza­sem na­wet przy akor­de­onie, je­śli któ­ryś go przy­niósł. Im bar­dziej byli pi­jani, tym mniej po­trze­bo­wali to­wa­rzy­stwa ko­biet, dla­tego ich obec­ność ogra­ni­czała się z cza­sem do sprzą­ta­nia ze stołu, do­no­sze­nia je­dze­nia i braku pro­te­stu, gdy któ­ryś siłą sa­dzał je so­bie na ko­la­nach i chwy­tał za piersi lub wkła­dał rękę pod spód­nicę. Na ko­niec to­wa­rzy­stwo opusz­czało miesz­ka­nie, a zo­sta­wał So­becki i je­den z żoł­nie­rzy, który uzy­skał po­zwo­le­nie po­rucz­nika i na któ­rego zgo­dziła się Mar­tha. Je­den z czte­rech sta­łych by­wal­ców. Taki był układ.

So­bec­kiego matka wzięła na sie­bie. To też był ele­ment układu. Matka miała czter­dzie­ści dwa lata, ale czas ob­cho­dził się z nią wy­jąt­kowo ła­god­nie i na­wet kosz­mar ży­cia w piw­ni­cach pod­czas ob­lę­że­nia, a także to, co działo się po­tem, nie od­ci­snęły na niej wi­docz­nego piętna. Wy­glą­dała na dzie­sięć lat mniej i na do­da­tek była bar­dzo ładna. Ro­sja­nin wy­da­wał się usa­tys­fak­cjo­no­wany, a naj­lep­szym do­wo­dem na to był fakt, że jak do­tąd nie po­ku­sił się, by raz usta­lone za­sady zmie­nić. Co zresztą wy­dało się Ma­rie dość nie­ty­po­wym jak na So­wie­tów za­cho­wa­niem i im dłu­żej trwało to spe­cy­ficzne po­ro­zu­mie­nie, tym bar­dziej ją to za­sta­na­wiało.

Do układu na­le­żało rów­nież to, że Ma­rie była nie­ty­kalna. Oczy­wi­ście poza zwy­cza­jo­wym ob­ła­pia­niem. Z nie­ty­kal­no­ścią był naj­więk­szy pro­blem, bo So­becki po­cząt­kowo nie chciał na to przy­stać, ale w końcu go prze­ko­nały. Ar­gu­men­to­wały, że Ma­rie po dzie­sięć i wię­cej go­dzin dzien­nie spę­dzała na od­gru­zo­wy­wa­niu mia­sta i gdy wra­cała, była zbyt zmę­czona, by spro­stać ocze­ki­wa­niom. Nie do­dały, że w ten spo­sób dziew­czyna za­pew­niała ra­cje żyw­no­ściowe, co prawda, nędzne, w po­rów­na­niu z tym, co przy­no­sili Ro­sja­nie, ale sta­no­wiące za­wór bez­pie­czeń­stwa w ra­zie na­głej od­miany sy­tu­acji i utraty pro­tek­cji. Wszystko mo­gło się zda­rzyć. Poza tym fakt, że pra­co­wała - a to już uzmy­sło­wiły So­bec­kiemu ja­sno i wy­raź­nie - spra­wiał, że on z ko­lei zy­ski­wał wia­ry­godny ar­gu­ment, by sku­tecz­nie blo­ko­wać ich wy­rzu­ce­nie z miesz­ka­nia, a tym sa­mym jak naj­dłu­żej cie­szyć się miej­scem, do któ­rego może przyjść po mę­czą­cej służ­bie i od­po­wied­nio wy­po­cząć.

Po­rucz­nik do­dał dwa do dwóch, po czym nie tylko się zgo­dził, ale jesz­cze za­ła­twił Ma­rie przy­na­leż­ność do ka­te­go­rii żół­tej, prze­zna­czo­nej nie dla zwy­kłej nie­miec­kiej siły ro­bo­czej, zwy­kłych wy­rob­ni­ków, jak ma­wiała matka, ale dla ro­bot­ni­ków wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych i spe­cja­li­stów. Po­sia­da­czy żół­tej ka­te­go­rii trud­niej było wy­sie­dlić lub po pro­stu po­zba­wić miesz­ka­nia, a oso­bi­sta ochrona So­bec­kiego blo­ko­wała moż­li­wość do­kwa­te­ro­wa­nia do ko­biet co­raz licz­niej przy­by­wa­ją­cych do Wro­cła­wia Po­la­ków. Była też z tego ko­rzyść od­czu­walna na co dzień - zwięk­szony przy­dział je­dze­nia. Na­dal mi­zerny, ale i tak więk­szy niż dla ka­te­go­rii bia­łej, naj­niż­szej, którą miała do tej pory. Tak, tu mu­siało cho­dzić o coś wię­cej niż o zwy­kłe ko­rzy­ści na­tury sek­su­al­nej. Ma­rie była o tym co­raz moc­niej prze­ko­nana.

Jej sio­stra, Mar­tha, też jesz­cze spała. Żoł­nierz, któ­rego ob­słu­żyła, wy­szedł już dawno, na noc mógł zo­sta­wać tylko So­becki, ale ko­lej przy­szła na Wi­ta­lija, a Wi­ta­lij by­wał wy­ma­ga­jący. Biedna Mar­tha. Za­wsze tro­chę za­mknięta w so­bie, od czasu ka­pi­tu­la­cji mia­sta od­izo­lo­wała się jesz­cze bar­dziej. Wy­da­wała się bez­wol­nie i z obo­jęt­no­ścią przyj­mo­wać wszystko, co się działo, choć Ma­rie wie­działa już, że u jej osiem­na­sto­let­niej sio­stry sta­nowi to po pro­stu stra­te­gię obronną.

- Dla­czego się nie bro­nisz? - py­tała na sa­mym po­czątku, kiedy jesz­cze wy­da­wało się jej, że obrona co­kol­wiek zmieni.

- Nie ro­zu­miesz? To nie je­stem ja. Mnie ni­gdy nie do­staną - od­po­wie­działa i Ma­rie już wszystko po­jęła.

Mar­tha mię­dzy sobą a resztą świata wy­bu­do­wała mur nie do po­ko­na­nia. Za­mknęła się w twier­dzy, a na ze­wnątrz zo­sta­wiła je­dy­nie swoje ciało. Pod­czas gdy z tym cia­łem działy się różne rze­czy i gdy jak lalkę prze­ka­zy­wano je so­bie z rąk do rąk, by mo­gli się na­cie­szyć nim co­raz to inni, ta praw­dziwa Mar­tha w swoim bez­piecz­nym schro­nie­niu cier­pli­wie cze­kała, aż wszystko się skoń­czy.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki