Prolog
Na początku było słowo. Wszystko przez nie się stało, bo zawsze wszystko zaczyna się od słowa. Niezależnie od tego, czy pada w dobrą, czy w złą godzinę, rozpoczyna zdarzenie i kształtuje emocje, a potem - tak bywa najczęściej - traci nad tym kontrolę. Słowo rodzi czyn i jako rodzic jest za niego odpowiedzialne, a przynajmniej tak być powinno, bo wychowuje go, prowadzi i pozwala mu się rozwinąć. Ponieważ jednak w rodzicielstwie znacznie więcej jest porażek niż sukcesów, a i dzieciom daleko do ideału, często słowo wypiera się swojego potomstwa i stara się przekonać, że zupełnie nic go z nim nie łączy, zwłaszcza gdy chodzi o czyny, z których żadną miarą nie można być dumnym.
Słowo rodzi działania zarówno bohaterskie, jak podłe, staje się źródłem radości i smutku, miłości i nienawiści, stwarza porządek i chaos. Wszystko to robi w określonym celu i to właśnie cel jest dla słowa najważniejszy. To, co zrodziło, ma służyć stworzeniu nowej rzeczywistości i przekonaniu ludzi, że jest to rzeczywistość jedynie słuszna, dokładnie taka, w jakiej już od dawna chcieli żyć.
W toku wielusetletniego zbierania doświadczeń słowo doszło do wniosku, że najlepszą formą zaufania jest sprawowanie ścisłej kontroli, im bardziej restrykcyjnej, tym lepiej. Sytuacja idealna to taka, gdy za tę kontrolę wezmą się ci, którzy doskonale zdają sobie sprawę, jaka odpowiedzialność na nich spoczywa, jak dużą siłę oddziaływania posiadają i jak groźną władają bronią.
Oto jeden z takich ludzi rozpina górny guzik koszuli, luzuje kołnierzyk, głęboko zaciąga się papierosem, niejako z namaszczeniem wypuszcza dym i stwierdza, że w tym, czym się zajmuje, jest coś boskiego. Ma rację. Uważa, że to miłe uczucie, i owszem, świadomość, że może za pomocą słowa wynieść kogoś do władzy lub strącić w otchłań, zaiste bywa uskrzydlająca.
Człowiek ten dłuższą chwilę zatrzymuje wzrok na swojej maszynie do pisania i nie dziwmy się temu, bo to dobry sprzęt, porządna, niemiecka robota. W normalnych okolicznościach zdobycie jej byłoby niemożliwe, ale on jest przecież jednym z głównych dziennikarzy wrocławskiej gazety, ba, ma niezerowe szanse awansować na zastępcę redaktora naczelnego i sprawuje rząd dusz nad mniej więcej dwustoma tysiącami Niemców mieszkających w mieście tak niedawno jeszcze należącym do Rzeszy, a obecnie już polskim. Polaków jest obecnie sto razy mniej i dlatego właśnie teraz należy działać, tworzyć, kreować. To jest najlepszy czas.
Strzepuje popiół do stojącej obok maszyny popielniczki, odkłada papierosa i zaczyna pisać. "Jakie konkretnie zadania postawiliśmy sobie? Jaki jest nasz cel?". O tak, w jego ręce złożono władzę i moc, a cel należy czytelnikom wskazać na tyle umiejętnie, by doszli do wniosku, że tak właśnie chcieli zrobić od samego początku. Partacz niewprawnie posługujący się groźnym orężem, jakim jest słowo, może sprawić, że sprawy wymkną się spod kontroli.
Weźmy takiego Ilję Erenburga, myśli sobie pan redaktor... Ilja więc stanowi świetny przykład spektakularnej utraty kontroli. Podsycał swoimi artykułami nienawiść, rozniecał słuszny gniew i wzywał do zemsty na niemieckim najeźdźcy. Podsycał jednak zbyt mocno, dlatego ogień nieoczekiwanie szybko przekształcił się w rozległy pożar. Niech zapłonie świat, żądał Ilja na łamach gazet, i świat rzeczywiście płonął. Płomienie pożerały strzechy i kamienice, a radziecki żołnierz ochoczo ten ogień podkładał. Niech rozpocznie się gwałt, wzywał, i gwałt nastał, a krzyki hańbionych kobiet nie milkły jeszcze długo. Nadal nie milkną.
Stalinowi odpowiadała prorocza zapalczywość Erenburga, potrzebny był właśnie taki Ilja, który wznieci w żołnierzach Armii Czerwonej święty gniew. Spoglądał Józef Wisarionowicz łaskawym okiem, gdy Erenburg, ciesząc się łaską i wykorzystując już zdobyty autorytet, pisał: "nic nie nastraja nas radośniej niż niemieckie trupy" oraz "zabij Niemca", a ponieważ wiadomo już było, co zrobiono Żydom, to płonął też sam Erenburg. I działo się, jak chciał. Rozsmakował się Ilja we władzy, jaką posiadał, delektował się efektem wpływu słowa na historię.
Nadszedł jednak moment, że Stalin nakazał zmianę kursu, i pożoga zamiast być przydatną, zaczęła wadzić. Wojna się skończyła i nie potrzebowano już zastrzyków nienawiści wzniecających żądzę krwi, ziemia nasyciła się nią, więcej nawet jej pochłonęła, niż była w stanie przyjąć. Potrzebowano teraz stabilizacji i roztoczenia parasola ochronnego nad tym, co ocalało, a zapiekły w swym gniewie Ilja, nierozumiejący, że skończył się czas zapalczywego prorokowania, nagle stał się przeszkodą. Usunięto upartego Żyda z łam gazet, jego przepełnione żądzą zemsty artykuły z dnia na dzień przestały się ukazywać, polemizowano z nim, tłumaczono ludowi, że należy odróżniać zwykłych Niemców od nazistów, ale nic nie było już w stanie zatrzymać czynu, jaki narodził się ze słów Erenburga.
Ilja Erenburg zbyt mocno rozsmakował się w kierowaniu emocjami mas, by poddać się bez walki. Nie chciał wierzyć w potwora, którego wyhodował, pojechał więc do Prus Wschodnich i na własne oczy ujrzał efekty swojego władania słowem. Gdy wrócił, był już innym człowiekiem. Odciął się od ludzi i świata, zasklepił się w sobie. Biernie przyjmował bodźce z zewnątrz, kompletnie straciwszy zainteresowanie otaczającą go rzeczywistością. Prawie się nie odzywał, jedzenie trzeba było podawać mu niemal siłą.
Raz tylko ożywił się i przynajmniej w jakiejś części stał się dawnym Ilją. Zamknął się w pokoju i długo z niego nie wychodził, a kiedy w końcu to zrobił, trzymał w dłoni list. List był do Stalina. Co zawarł w tym piśmie, nie wiadomo, wiadomo jednak, że Stalin do tej pory na niego nie odpowiedział, i wątpliwe, by kiedykolwiek miało to nastąpić.
Redaktor i - kto wie? - przyszły zastępca naczelnego odrywa się od myśli o szalonym Erenburgu i wraca do stukania w klawisze swojej porządnej poniemieckiej maszyny. "Celem naszym jest" - pisze - "propaganda Związku Radzieckiego. Niesprawiedliwie przemilczano jego sukcesy lub nawet, i to było znacznie częstsze, szkalowano go i wylewano na niego brudne potoki oszczerstw".
Otóż to. Ludziom należy uświadomić gospodarcze, kulturalne i polityczne sukcesy, których jest tak wiele, że tylko ktoś całkowicie ślepy mógłby ich nie zauważać. A Związek Radziecki pragnie się tym wszystkim podzielić z narodami, nad którymi roztoczył "ruski mir". Czyż można sobie wyobrazić lepszy scenariusz? No, nie można.
Pozostaje tylko przekonać o tym ludzi, co niestety brzmi prosto, ale bynajmniej takim nie jest. Trzeba się porządnie napracować, wyrzeźbić ten nowy świat z popiołu i zgliszczy, a ponadto ukształtować go tak, by nikt nigdy nie poważył się podnieść ręki na Związek Radziecki (ryzyko odrąbania tej ręki byłoby niebagatelne) i by zapewnić trwałość porządkowi, jaki ZSRR przynosi.
Bóg ponoć stworzył świat w siedem dni i trzeba będzie po prostu ten manewr ze stworzeniem powtórzyć. Siedem dni pozostanie całkowicie umowne, bo wiadomo przecież, że całość potrwa znacznie dłużej, i to właśnie jest kluczowe w posługiwaniu się słowem. Trzeba się uzbroić w cierpliwość i robić swoje, bo efekty przychodzą z czasem. Redaktor wraz z całym zastępem innych ludzi pióra (czy raczej maszyn do pisania) odliczać będzie kolejne dni pracy twórczej i obserwować, jak staje się nowy świat i nowy człowiek. Gdy osiągnie się cel, będzie można odpocząć, ale nie wcześniej, nawet na chwilę.
Znakomicie się sprawdza prosta i bezkrwawa metoda faktów dokonanych. Ot, na przykład seans filmowy w Liegnitz, który odbył się zaraz na początku maja 1945 roku, został przedstawiony jako początek polskiej kinematografii w Legnicy przywróconej po sześciuset latach do macierzy.
Niech się więc stanie nowy świat, nowy Wrocław, nowy Dolny Śląsk, Ziemie Odzyskane i nowa Polska, a wszystko pod przewodnictwem nowej władzy z nowym prezydentem, Bolesławem Bierutem na czele. I oczywiście przy wsparciu wielkiego brata, obserwującego czujnie z wysokości Moskwy, czy ktoś tutaj w Polsze nie narobi głupot i czy wszystko idzie zgodnie z planem.