Ziemia słodkiej wieczności - Harper Lee

-
Proszę czekać

Wstęp

CASEY CEP

Gdy latem 1960 roku uka­zała się powieść Zabić drozda, wyda­wało się, że niczym ala­bam­ska Atena poja­wiła się wręcz zni­kąd, ide­al­nie ukształ­to­wana przez nikomu nie­znaną pisarkę z Połu­dnia, nie­po­dobną do innych. Książka oka­zała się nie­sa­mo­wi­cie aktu­alna, a jed­no­cze­śnie ponad­cza­sowa. Fabułą nawią­zy­wała do spraw budzą­cych w owym cza­sie wiel­kie kon­tro­wer­sje - od ruchu praw oby­wa­tel­skich po rewo­lu­cję sek­su­alną - a zara­zem doty­kała tema­tów zgoła odwiecz­nych, od budze­nia się świa­do­mo­ści moral­nej u dzieci i nie­ga­sną­cej rodzin­nej miło­ści, po tar­cia mię­dzy jed­nostką a spo­łe­czeń­stwem.

Prawda jest jed­nak taka, że żaden pisarz nie jest wolny od zewnętrz­nych wpły­wów czy inspi­ra­cji: Har­per Lee, rzecz jasna, także skądś pocho­dziła i nie­zwy­kle ciężko pra­co­wała na to, by stać się kimś. Początki jej kariery wydają nam się tajem­ni­cze głów­nie dla­tego, że nie lubiła opo­wia­dać o sobie. Jed­nak im więk­szą popu­lar­ność zyski­wała powieść Zabić drozda - stała się best­sel­le­rem, zdo­była Nagrodę Pulit­zera i wciąż biła rekordy, prze­kra­cza­jąc kolejne gra­nice: miliona, dzie­się­ciu milio­nów i wresz­cie czter­dzie­stu milio­nów sprze­da­nych egzem­pla­rzy - tym wię­cej oso­bli­wych teo­rii i plo­tek wypeł­niało ciszę panu­jącą wokół autorki. Publiczny wize­ru­nek Lee zmie­niał się na prze­strzeni lat, lecz upar­cie doszu­ki­wano się u niej cech jed­nego z dwojga boha­te­rów jej książki: albo była wcie­le­niem małej, nie­po­kor­nej chłop­czycy Jean Louise Finch, zwa­nej Skau­tem, albo odlud­kiem pokroju tajem­ni­czego Arthura "Boo" Radleya. Autorka nie zamie­rzała jed­nak opo­wia­dać o tym, kim naprawdę jest i jak została pisarką, jej bio­gra­fia skła­dała się więc głów­nie z pytań, a ona sama stała się posta­cią nie­mal mityczną.

Tym więk­sze emo­cje musi zatem budzić niniej­sza kap­suła czasu pamię­ta­jąca początki kariery Har­per Lee: zbiór naj­wcze­śniej­szych tek­stów, które po raz pierw­szy uka­zują się dru­kiem i poma­gają zro­zu­mieć, w jaki spo­sób dziew­czynka z South Ala­bama Ave­nue stała się nie­by­wale popu­larną pisarką i zdo­łała ocza­ro­wać poko­le­nia czy­tel­ni­ków na całym świe­cie. Pierw­sze osiem opo­wia­dań powstało w deka­dzie poprze­dza­ją­cej suk­ces Zabić drozda, po prze­pro­wadzce Lee do Nowego Jorku w 1949 roku. Poja­wiają się w nich posta­cie i miej­sca, które wkrótce miał poznać świat, a także sprzecz­no­ści i kon­flikty, które autorka przez całe życie sta­rała się roz­wi­kłać.

* * *

Nelle Har­per Lee przy­szła na świat 28 kwiet­nia 1926 roku jako ostat­nie z czworga dzieci Amasy Cole­mana Lee i Fran­ces Cun­nin­gham Finch. Pięt­na­ście lat młod­sza od naj­star­szej sio­stry, dora­stała w poczu­ciu, że prze­żywa odrębne, pry­watne dzie­ciń­stwo w mia­steczku Mon­ro­eville w Ala­ba­mie, mniej wię­cej sto mil na połu­dnie od Mont­go­mery i dobre sto lat świetl­nych od Man­hat­tanu. Duża róż­nica wieku spra­wiła, że Har­per mogła przy­glą­dać się, jak jej rodzeń­stwo kolejno speł­nia marze­nia rodzi­ców: sio­stra Alice została sza­no­waną praw­niczką u boku ojca, Louise zało­żyła szczę­śliwą rodzinę, a Edwin wyróż­nił się boha­ter­ską służbą pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. Przez długi czas wyda­wało się, że ona jedna będzie w tym gro­nie wiel­kim roz­cza­ro­wa­niem. W ostat­nim seme­strze rzu­ciła stu­dia praw­ni­cze na Uni­ver­sity of Ala­bama, ucie­kła na cie­szącą się złą sławą Pół­noc i na zawsze wyrze­kła się dyplomu, który mógł jej zagwa­ran­to­wać miej­sce w rodzin­nym biz­ne­sie. Lecz choć nie ziściło się marze­nie ojca, by kan­ce­la­ria nosiła nazwę A.C. Lee i Córki, to wła­śnie naj­młod­szej z nich dane było wykre­ować postać naj­bar­dziej podzi­wia­nego adwo­kata Ame­ryki.

Lee ni­gdy nie stu­dio­wała lite­ra­tury, jed­nak lata spę­dzone w Tusca­lo­osie poświę­ciła na to, by nauczyć się pisać. Pro­wa­dziła wła­sną rubrykę w uczel­nia­nej gazetce "The Crim­son White", a także pisy­wała ske­cze do stu­denc­kiego cza­so­pi­sma humo­ry­stycz­nego "Ram­mer Jam­mer" i w końcu została jego redak­torką naczelną. Już wtedy dały się poznać jej nie­słab­nąca cie­ka­wość i inte­lek­tu­alny poten­cjał - widać je było choćby w recen­zjach naj­now­szych bry­tyj­skich fil­mów, w paro­dii Szek­spira, saty­rze na dzie­kana czy kry­tyce pro­win­cjo­nal­nej gazetki, którą wyda­wał jej ojciec. Jej nazwi­sko w nagłówku zawsze sta­no­wiło jed­nak sygnał, że tekst doty­czy real­nego pro­blemu, poni­żej zaś poja­wiały się słowa nie­odmien­nie uszczy­pliwe i buń­czuczne jak sama Nelle, bo pod takim imie­niem była wów­czas znana. Jako człon­kini Chi Omega Lee wiecz­nie popra­wiała błędy języ­kowe swych sióstr, nosiła dżinsy albo ber­mudy w cza­sach, gdy nie­mal obo­wiąz­ko­wym stro­jem kobiety była sukienka, prze­kli­nała siar­czy­ściej niż załoga USS Enter­prise, a pew­nego razu wywo­łała skan­dal na cały kam­pus, paląc cygaro na masce samo­chodu pod­czas parady absol­wen­tów.

Gdy w wieku dwu­dzie­stu trzech lat Lee prze­pro­wa­dzała się do Nowego Jorku, znała tam bodaj jed­nego czło­wieka, za to nie byle jakiego! Był nim sam Tru­man Capote, w dzie­ciń­stwie jej sąsiad, a znacz­nie póź­niej pier­wo­wzór postaci nie­po­zor­nego, psot­nego Char­lesa Bakera "Dilla" Har­risa z Zabić drozda. Dwoje przy­szłych pisa­rzy było "ludźmi osob­nymi", jak to okre­ślał Capote, który nauczył się czy­tać lata przed swymi rówie­śni­kami, a sło­wami bawił się tak jak inni lal­kami czy pił­kami. Wspól­nie pisali przy­go­dowe opo­wie­ści wzo­ro­wane na tek­stach, które uwiel­biali czy­tać - od histo­ry­jek o bliź­nię­tach Bob­b­sey po Beowulfa i od "Rover Boys" po dzieła Rudy­arda Kiplinga - z zapa­łem kle­ko­cząc na maszy­nie, którą A.C. Lee poda­ro­wał swej roz­mi­ło­wa­nej w książ­kach naj­młod­szej córce.

Capote, zamiast pójść na stu­dia, od razu zatrud­nił się jako goniec w redak­cji tygo­dnika "The New Yor­ker". Kilka lat póź­niej i Lee tra­fiła do tej branży, choć pod zde­cy­do­wa­nie mniej pre­sti­żo­wym szyl­dem: pod­czas gdy jej przy­ja­ciel obu­rzał naczel­nego Harolda Rossa, para­du­jąc w pele­ry­nie, i iry­to­wał Roberta Fro­sta, prze­szka­dza­jąc w publicz­nym czy­ta­niu jego poezji, Lee tru­dziła się nad korektą kalen­da­rzy kon­fe­ren­cyj­nych i nowin z dzie­dziny edu­ka­cji w szma­tła­wym mie­sięcz­niku nale­żą­cym do Ame­ri­can School Publi­shing Cor­po­ra­tion "The School Exe­cu­tive". W końcu ode­szła z redak­cji i pod­jęła pracę w biu­rze rezer­wa­cji linii lot­ni­czej - nowe zaję­cie miało może mniej wspól­nego z lite­ra­turą, lecz, przy­naj­mniej teo­re­tycz­nie, zapo­wia­dało się bar­dziej atrak­cyj­nie. Nie można jed­nak było tego powie­dzieć o codzien­nym życiu Lee: pra­co­wała od dzie­wią­tej do pią­tej, a gdy wra­cała do domu, żywiła się głów­nie chle­bem z masłem orze­cho­wym i spę­dzała wie­czory, pisząc przy biurku wła­sno­ręcz­nie wyko­na­nym z dwóch sta­rych skrzy­nek po jabł­kach oraz drzwi zna­le­zio­nych w piw­nicy budynku, w któ­rym miesz­kała.

Chy­bo­tliwy blat naj­wy­raź­niej pomógł jej wyro­bić pew­ność ręki. "Wie­rzę, że naj­więk­szym z moich talen­tów jest zdol­ność twór­czego pisa­nia", pisała do bli­skich z wielką pew­no­ścią sie­bie, "i że mogę się z tego utrzy­mać". Jak wielu począt­ku­ją­cych pisa­rzy, szu­kała inspi­ra­cji we wła­snej rodzi­nie i wspo­mnie­niach z dzie­ciń­stwa. Nar­ra­to­rzy pierw­szych trzech opo­wia­dań z niniej­szego zbioru sku­piają się na oby­cza­jach, drob­nych występ­kach i moral­nych dyle­ma­ci­kach tego, co w swych póź­niej­szych tek­stach autorka tak pięk­nie nazywa "taj­nym sprzy­się­że­niem dzie­ciń­stwa". Pro­blemy poru­szone w opo­wia­da­niach Wieża ciśnień, Lor­netka i Nożyczki, ukoń­czo­nych przez Lee jesz­cze przed trzy­dziestką, wydają się zgoła błahe, są nimi apro­bata rodzi­ców i akcep­ta­cja rówie­śni­ków. Anta­go­ni­ści także nie mają zbyt wiel­kiego for­matu: to nauczy­ciele, rodzeń­stwo i szkolne kliki.

Ina­czej jest w kolej­nych trzech opo­wia­da­niach, któ­rych akcja toczy się w Nowym Jorku. Łatwo wyczuć, że odda­jąc głos doro­słym nar­ra­to­rom, Lee stara się podą­żać śla­dem Salin­gera i Che­evera. W tych krót­kich tek­stach widać, jak autorka stop­niowo rezy­gnuje z opi­sy­wa­nia epi­zo­dów i podąża w stronę budo­wa­nia fabuły, jed­no­cze­śnie eks­pe­ry­men­tu­jąc z roz­ma­itymi gło­sami nar­ra­cyj­nymi. Opo­wia­da­nia Pokój pełen karmy, Oglą­da­jący i oglą­dani oraz To ma być show-biz­nes? przy­bie­rają kolejno nie­szcze­gól­nie eks­pe­ry­men­talną formę komiczno-dra­ma­tycz­nego mono­logu o przy­ja­ciółce, która potrze­bo­wała tera­pii, wspo­mnień o docin­kach widzów w kinach w Upper East Side oraz roz­mowy dwóch nie­mal nie­zna­ją­cych się kobiet w ary­sto­te­le­sow­skim teatrze samo­cho­do­wej kabiny. Ludzie czę­sto reagują zdzi­wie­niem na wieść o tym, że Lee spę­dziła więk­szość życia w Nowym Jorku, wypo­ży­cza­jąc książki z Society Library, bywa­jąc na wysta­wach we Frick Col­lec­tion oraz regu­lar­nie jeż­dżąc do Queens na mecze Met­sów. Istot­nie jest coś zaska­ku­ją­cego i zara­zem wspa­nia­łego w tym, że możemy poznać nowy głos naszej wiel­kiej tru­ba­durki pro­win­cjo­nal­nego świata, gdy - niczym Sein­feld z głę­bo­kiego Połu­dnia - opo­wiada nam, jak fru­stru­jące bywa szu­ka­nie miej­sca par­kin­go­wego na Man­hat­ta­nie.

Posta­cie wyjęte wprost z pry­wat­nego życia Lee nie­ustan­nie prze­wi­jają się w tych opo­wia­da­niach. Jedna z nich, Dody, wystę­puje pod wła­snym przy­dom­kiem; inne dostały imiona rodzeń­stwa autorki: Edwina, Alice i Louise. Nie­które są nie­znacz­nie zmie­nio­nymi lub otwar­cie sko­pio­wa­nymi wer­sjami jej przy­ja­ciół i zna­jo­mych - na przy­kład przy­szłej bur­mistrz Mon­ro­eville Anne Hines. Pod wła­snym imie­niem i nazwi­skiem poja­wia się przy­szła bra­towa Lee, Sara Ann McCall, która jako mała dziew­czynka wystą­piła w roli szynki pod­czas parady pro­duk­tów sta­no­wych, uwiecz­nio­nej póź­niej w klu­czo­wej sce­nie pod koniec powie­ści Zabić drozda. Naj­star­sza sio­stra pisarki, Alice, znana w rodzi­nie jako "Misia", w opo­wia­da­niu staje się "Łanią", lecz mimo to można ją bez trudu roz­po­znać: "W całym świe­cie uwiel­biała tylko trzy rze­czy: naukę i prak­tykę praw­ni­czą, kame­lie oraz Kościół meto­dy­styczny", pisze Lee.

Podob­nie jak gościn­ność i cia­sta z bour­bo­nem, cie­kawe imiona i nazwi­ska są spe­cjal­no­ścią ame­ry­kań­skiego Połu­dnia, a Lee od początku była na nie wyjąt­kowo wyczu­lona - zapo­ży­czała je lub wymy­ślała z wiel­kim upodo­ba­niem. W opo­wia­da­niach poja­wia się na przy­kład nie­jaka Eddie May Ousley, która "kiblo­wała", czyli powta­rzała klasę. Są też nauczy­cielki, panny Busey i Tur­nip­seed, a także kazno­dzieja, brat QW Tatum (bez kro­pek po ini­cja­łach), któ­rego nie­mal min­jan dzieci to: Haniel, Job, Habak­kuk, Matrid, Jeze­bel, Mary, Emma­nuel oraz bliź­nięta Hosea i Hosan­nah.

* * *

Imiona, za sprawą któ­rych Har­per Lee stała się naj­bar­dziej znana, poja­wiają się w opo­wia­da­niu Nożyczki, w któ­rym pozna­jemy "małą Jean Louie" (o dziwo bez "s" w środku), nie­sforną trze­cio­kla­sistkę. Bar­dziej zna­jomo brzmiąca "Louise", nazwana tak na cześć śred­niej sio­stry Lee, jest tym razem dziew­czynką nazwi­skiem Fin­ley - zhań­bioną uczen­nicą dzie­wią­tej klasy z opo­wia­da­nia Wieża ciśnień. W obu tek­stach bar­dzo młode kobietki zma­gają się z ocze­ki­wa­niami swych matek, ojców i sąsia­dów, lecz autorka oszczę­dza nam ponu­rych roz­wa­żań i decy­duje się na lżej­szy, bar­dziej humo­ry­styczny ton. Boha­terka Wieży ciśnień zamar­twia się, że będzie miała dziecko, krótko bowiem po pierw­szej men­stru­acji zda­rzyło jej się przy­tu­lić chłopca ze spusz­czo­nymi spodniami. W Nożycz­kach Jean Louie Finch, nie do końca poj­mu­jąca ocze­ki­wa­nia, które powinna speł­niać dziew­czynka, ma zostać uka­rana za obcię­cie buj­nych, się­ga­ją­cych pasa wło­sów kole­żanki z klasy, wbrew woli jej sta­ro­te­sta­men­to­wego ojca tyrana.

W ostat­nim opo­wia­da­niu z tego zbioru panna Finch nosi już ofi­cjal­nie imiona "Jean Louise", choć jesz­cze nie jest Skau­tem z Zabić drozda. Ci, któ­rzy naj­le­piej znali Har­per Lee, zgod­nie wychwa­lają jej prze­ni­kliwy inte­lekt, a jedną z naj­więk­szych zalet owego tek­stu jest wła­śnie to, że na każ­dej stro­nie możemy podzi­wiać geniusz autorki - jest to histo­ria tak prze­sy­cona alu­zjami, że wła­ści­wie trudno ocze­ki­wać od czy­tel­ni­ków, by je zro­zu­mieli. Tytuł Zie­mia słod­kiej wiecz­no­ści sta­nowi nawią­za­nie do jed­nego z kościel­nych hym­nów, a i fabuła, godna pióra Thac­ke­raya albo Trol­lope'a, w zabawny spo­sób dotyka tema­tyki hym­nicz­nej. Doro­sła Jean Louise jest tu znaw­czy­nią zapo­mnia­nych angli­kań­skich teo­lo­gów, absur­dal­nie sta­now­czą w kwe­stii pra­wi­dło­wego tempa dokso­lo­gii i pół­żar­tem uty­sku­jącą, iż "naj­wy­raź­niej naszym bra­ciom z Pół­nocy nie wystar­czają już dzia­ła­nia Sądu Naj­wyż­szego. Zdaje się, że teraz życzą sobie, byśmy zmie­nili nasze hymny".

Lee jest zabawna i nie­zwy­kle inte­li­gentna, gdy ana­li­zuje cie­pły, a zara­zem klau­stro­fo­biczny kli­mat powrotu doro­słej osoby do domu z cza­sów dzie­ciń­stwa, a raczej do wszyst­kiego z cza­sów dzie­ciń­stwa, nawet kościoła. Pisząc Zie­mię słod­kiej wiecz­no­ści, miała już doświad­cze­nie w takich powro­tach, bo prze­żyła ich cał­kiem sporo. Dwa lata po jej prze­pro­wadzce do Nowego Jorku, latem 1951 roku, ojciec zadzwo­nił do pisarki ze szpi­tala Vau­ghan Memo­rial w Sel­mie z wia­do­mo­ścią, że u jej matki zdia­gno­zo­wano nowo­twór wątroby oraz płuc. Zanim jed­nak Lee zdo­łała zor­ga­ni­zo­wać podróż do domu, A.C. zate­le­fo­no­wał ponow­nie: Fran­ces zmarła na atak serca kilka dni po dia­gno­zie. Tylko dzięki wspar­ciu linii lot­ni­czej, dla któ­rej pisarka wów­czas pra­co­wała, udało jej się zdą­żyć na pogrzeb.

Sześć tygo­dni póź­niej cze­kała ją kolejna dra­ma­tyczna roz­mowa tele­fo­niczna. Lee dowie­działa się, że jej uko­chany brat Edwin, który zain­spi­ro­wał ją do stwo­rze­nia postaci Jema, zmarł na tęt­niaka mózgu. Śmierć zastała go w bazie Sił Powietrz­nych, w któ­rej sta­cjo­no­wał; zosta­wił po sobie żonę i dwoje dzieci. Lee znowu pole­ciała do domu, prze­peł­niona bólem i nie­do­wie­rza­niem po stra­cie dwojga naj­bliż­szych osób. Miała zale­d­wie dwa­dzie­ścia sie­dem lat i jesz­cze ni­gdy nie odczu­wała pil­niej­szej potrzeby uwiecz­nie­nia wła­snego dzie­ciń­stwa - mię­dzy innymi dla­tego, że, jak to opi­sała w Z innej gliny, ojciec i naj­star­sza sio­stra szybko sprze­dali dom, w któ­rym się uro­dziła i wycho­wała, by prze­nieść się do bar­dziej nowo­cze­snej sie­dziby na dru­gim końcu mia­sta. Alice na­dal dojeż­dżała do pracy w rodzin­nej kan­ce­la­rii praw­ni­czej opo­dal gma­chu sądu, A.C. zaś pozo­stał w domu, zma­ga­jąc się ze sła­bo­ścią duszy i ciała: do bólu wywo­ła­nego stratą bli­skich i dokucz­li­wego artre­ty­zmu dołą­czyły wkrótce pro­blemy z ser­cem.

Prze­pro­wadzka nie pomo­gła rodzi­nie w ucieczce przed duchami z South Ala­bama Ave­nue: Lee nie­ustan­nie wspo­mi­nała matkę, brata oraz świat, który ist­niał, zanim ode­szli. Obawy o zdro­wie ojca spra­wiły, że w końcu wró­ciła do domu, by wspo­móc Alice w opiece nad nim. Zaczęła też pisać opo­wia­da­nia, w któ­rych sta­rała się jakoś połą­czyć swój nowy dom z tym daw­nym, z cza­sów dzie­ciń­stwa, spa­ja­jąc subiek­tywną wizję z opo­wia­dań o Man­hat­ta­nie z histo­riami osa­dzo­nymi w Mon­ro­eville. Pra­co­wała nad tą inte­gra­cją i na stro­ni­cach swych tek­stów, i w real­nym życiu.

Na tym eta­pie poglądy poli­tyczne Lee jesz­cze ewo­lu­owały, zwłasz­cza w dzie­dzi­nie naj­bar­dziej palą­cych dyle­ma­tów moral­nych owej epoki. W całym kraju trwała walka o równe prawa oby­wa­tel­skie, lecz ni­gdzie nie była bar­dziej inten­sywna niż na głę­bo­kim Połu­dniu. Podob­nie jak bar­dzo wielu bia­łych Ame­ry­ka­nów, Har­per Lee nie była pewna, co o tym wszyst­kim myśleć. W jej rodzin­nym mie­ście pano­wała ści­sła segre­ga­cja rasowa obo­wią­zu­jąca mię­dzy innymi w szko­łach, kościo­łach i restau­ra­cjach. Jej ojciec pisy­wał arty­kuły, w któ­rych sprze­ci­wiał się fede­ral­nym pra­wom anty­lin­czo­wym, popie­rał wyrok ska­zu­jący dla tak zwa­nych chłop­ców ze Scot­ts­boro, fał­szy­wie oskar­żo­nych o zgwał­ce­nie dwóch bia­łych kobiet, a także ostrze­gał przed rzą­do­wymi pla­nami przy­mu­so­wej dese­gre­ga­cji w szko­łach.

Wraż­li­wość poli­tyczna córki coraz bar­dziej róż­niła się od tej, którą prze­ja­wiał ojciec, lecz na­dal nie była w pełni ukształ­to­wana. Pod­czas stu­diów Lee pisała o gro­zie aktów prze­mocy na tle raso­wym i cał­kiem nie­źle się czuła pośród rady­ka­łów z uczel­nia­nej gazetki - wszak miało minąć jesz­cze dwa­dzie­ścia lat, nim dzięki odwa­dze Vivian Malone i Jamesa Hooda doko­nała się inte­gra­cja rasowa w murach Uni­ver­sity of Ala­bama. Jed­nakże przy­byw­szy na Man­hat­tan, pisarka zna­la­zła się w nie­zna­nym sobie, nie­zwy­kle zróż­ni­co­wa­nym towa­rzy­stwie i żar­to­wała, że może zapi­sze się do Kra­jo­wego Sto­wa­rzy­sze­nia na rzecz Popie­ra­nia Lud­no­ści Kolo­ro­wej. Nawet jej przy­ja­ciele z Połu­dnia zmie­niali się tu nie do pozna­nia, a ona sama szybko przy­wy­kła do życia w zin­te­gro­wa­nej spo­łecz­no­ści, budu­jąc przy oka­zji poczu­cie moral­nej wyż­szo­ści, które zabrała ze sobą z powro­tem do Ala­bamy. "Powstrzy­ma­łam się od przy­po­mnie­nia Łani, że od sied­miu lat miesz­kam w Nowym Jorku, gdzie prócz wielu innych dobro­dziejstw ponad osiem milio­nów ludzi cie­szy się życiem w demo­kra­cji", pisze w Z innej gliny.

Opo­wia­da­nie to - ukoń­czone na początku 1957 roku, czyli trzy lata po tym, jak Sąd Naj­wyż­szy wydał wyrok w spra­wie "Brown kon­tra Rada Edu­ka­cji", oraz na kilka mie­sięcy przed pod­pi­sa­niem przez pre­zy­denta Eisen­ho­wera pierw­szej ustawy o pra­wach oby­wa­tel­skich od cza­sów rekon­struk­cji1 - wprost dotyka kwe­stii raso­wych. Pozna­jemy w nim sio­stry z małego mia­steczka - ewi­dent­nie Lee i jej star­szą sio­strę Alice, która pra­wie nie opusz­czała Mon­ro­eville, jeśli nie liczyć lat spę­dzo­nych w col­lege'u w Mont­go­mery i stu­diów praw­ni­czych w Bir­ming­ham - zafa­scy­no­wane ogrod­ni­kiem Arthu­rem, "jan­ke­skim Murzy­nem", któ­rego talent ogrod­ni­czy i kry­mi­nalna prze­szłość budzą zara­zem uprze­dze­nia, cie­ka­wość i współ­czu­cie.

Lee wyka­zała się prze­ni­kli­wo­ścią, dostrze­ga­jąc od razu, że ruch praw oby­wa­tel­skich to nie tylko abs­trak­cyjna kru­cjata w imię spra­wie­dli­wo­ści, lecz przede wszyst­kim seria bez­po­śred­nich kon­fron­ta­cji mię­dzy sąsia­dami. Jego suk­ces zale­żał od zmian poli­tycz­nych, ale także od trans­for­ma­cji natury i warun­ków praw­dzi­wych rela­cji mię­dzyludzkich. Prze­ko­na­nie to pięk­nie zapre­zen­to­wała w Zabić drozda, dzięki czemu łatwo zro­zu­mieć, dla­czego powieść odnio­sła taki suk­ces, nie tylko komer­cyjny, ale i kul­tu­rowy. Atti­cus, wzo­rzec odwagi moral­nej w oczach dzieci, stał się wzor­cem moral­nym rów­nież dla czy­tel­ni­ków; żywym przy­po­mnie­niem, iż każda inte­rak­cja jest oka­zją do tego, by posłu­chać głosu naszych lep­szych anio­łów.

Jed­nakże w Z innej gliny Lee jesz­cze nie prze­pra­co­wała swych rela­cji z rodziną, a tym bar­dziej nie przy­jęła jed­no­znacz­nej postawy wobec walki o spra­wie­dli­wość spo­łeczną. W pew­nym momen­cie, gdy nar­ra­torka w końcu przy­znaje, że nie czuje się kom­for­towo w towa­rzy­stwie ogrod­nika Arthura, mówi: "Jej zda­niem [Łani] to dla­tego, że nie umia­łam przy­wyk­nąć do bli­sko­ści wyeman­cy­po­wa­nego Murzyna, co dowo­dzi, że bez względu na to, jak długo będę żyć z dala od domu, zawsze będę z May­comb w Ala­ba­mie. Odpo­wie­dzia­łam nie­ty­po­wym dla sie­bie mil­cze­niem, bo Łania, w prze­ci­wień­stwie do mnie, była całym ser­cem za segre­ga­cją, a ostat­nią rze­czą, jakiej sobie życzy­łam, była kłót­nia i roz­łąka z resztką rodziny, która mi pozo­stała. Zdaje się, że mnó­stwo ludzi podob­nych do mnie przy­swo­iło sobie pierw­szą lek­cję życia we współ­cze­snej rodzi­nie: jeśli nie zga­dzasz się z tym, co sły­szysz, wsuń język mię­dzy zęby i mocno je zaci­śnij". Jest w tym opo­wia­da­niu coś nie­po­ko­ją­cego, gdyż nar­ra­torka posta­na­wia sko­rzy­stać z wła­snej rady: wybiera mil­czące potę­pie­nie, które rów­nie dobrze można odczy­tać jako mil­czącą zgodę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Okres po woj­nie sece­syj­nej (1865-1877) poświę­cony odbu­do­wie zjed­no­czo­nego pań­stwa, inte­gra­cji Połu­dnia z Unią oraz refor­mom spo­łeczno-poli­tycz­nym. [wróć]