I
Łódź się budziła.
Pierwszy wrzaskliwy świst fabryczny rozdarł ciszę wczesnego poranku, a za nim we wszystkich stronach miasta zaczęły się zrywać coraz
zgiełkliwiej inne i darły się chrapliwymi, niesfornymi głosami, niby
chór potwornych kogutów piejących metalowymi gardzielami hasło do pracy.
Olbrzymie fabryki, których długie, czarne cielska i wysmukłe szyje
kominy majaczyły w nocy, w mgle i w deszczu, budziły się z wolna,
buchały płomieniami ognisk, oddychały kłębami dymów, zaczynały żyć i poruszać się w ciemnościach, jakie jeszcze zalegały ziemię.
Deszcz drobny, marcowy deszcz pomieszany ze śniegiem padał wciąż i rozwłóczył nad Łodzią ciężki, lepki tuman; bębnił w blaszane dachy i spływał z nich prosto na trotuary, na ulice czarne i pełne grząskiego
błota, na nagie drzewa przytulone do długich murów, drżące z zimna,
targane wiatrem, co zrywał się gdzieś z pól przemiękłych i przewalał się
ciężko błotnistymi ulicami miasta, wstrząsał parkanami, próbował dachów
i opadał w błoto, i szumiał między gałęziami drzew, i bił nimi w szyby
niskiego parterowego domu, w którym nagle zabłysło światło.
Borowiecki się obudził, zapalił świecę i równocześnie budzik zaczął
dzwonić gwałtownie, wskazując piątą.
-?Mateusz, herbata! -?krzyknął do wchodzącego lokaja.
-?Wszystko gotowe.
-?Panowie śpią jeszcze?
-?Zaraz będę budził, jeśli pan dyrektor każe, bo pan Moryc mówił
wieczorem, że chce dzisiaj spać dłużej.
-?Idź obudź.
-?Klucze już brali?
-?Sam Szwarc wstępował.
-?Telefonował kto w nocy?
-?Kunke był na dyżurze, ale odchodząc, nic mi nie mówił.
-?Co słychać na mieście? -?pytał prędko, prędzej jeszcze się ubierając.
-?A nic, ino zaś na Gajerowskim Rynku zaźgali robotnika.
-?Dosyć, ruszaj.
-?Ale spaliła się też fabryka Goldberga, na Cegielnianej. Nasza straż
jeździła, ale wszystko dobrze poszło, ostały tylko mury. Z suszarni
poszedł ogień.
-?Cóż więcej?
-?A nic, wszystko poszło fein, na glanc. -?Zaśmiał się rechocząco.
-?Nalewaj herbatę, ja sam obudzę pana Moryca.
Ubrał się i poszedł do sąsiednich pokojów, przechodząc przez stołowy, w którym wisząca u sufitu lampa rozrzucała ostre, białe światło na stół
okrągły, nakryty obrusem i zastawiony filiżankami i na samowar
błyszczący.
-?Maks, piąta godzina, wstawaj! -?zawołał, otwierając drzwi do ciemnego
pokoju, z którego buchnęło duszne, przesycone zapachem fiołków
powietrze.
Maks się nie odezwał, tylko łóżko zaczęło trzeszczeć i skrzypieć.
-?Moryc! -?zawołał do drugiego pokoju.
-?Nie śpię. Nie spałem całą noc.
-?Dlaczego?
-?Myślałem o tym naszym interesie, trochę sobie obliczałem i tak zeszło.
-?Wiesz, Goldberg się spalił dzisiaj w nocy i to zupełnie na glanc, jak
Mateusz mówi...
-?Dla mnie to nie nowina -?odpowiedział, ziewając.
-?Skąd wiedziałeś?
-?Ja miesiąc temu wiedziałem, że on się potrzebuje spalić. Dziwiłem się
nawet, że tak długo zwleka, przecież procentów mu nie dadzą od
asekuracji.
-?Miał dużo towaru?
-?Miał dużo zaasekurowane...
-?Bilans sobie wyrównał.
Roześmiali się obaj szczerze.
Borowiecki wrócił do stołowego i pił herbatę, a Moryc, jak zwykle,
szukał po całym pokoju różnych części garderoby i wymyślał Mateuszowi.
-?Ja tobie zbiję ładny kawałek pyska, ja ci z niego czerwony barchan
zrobię, jak mi nie będziesz składał wszystkiego porządnie.
-?Morgen! -?krzyknął przebudzony wreszcie Maks.
-?Nie wstajesz? Już po piątej.
Odpowiedź zagłuszyły świstawki, które się rozległy jakby tuż nad domem i ryczały przez kilkanaście sekund z taką siłą, aż szyby brzęczały w oknach.
Moryc, w bieliźnie tylko, z paltem na ramionach, usiadł przed piecem, w którym wesoło trzaskały szczapy smolne.
-?Nie wychodzisz?
-?Nie. Miałem jechać do Tomaszowa, bo Weis pisał do mnie, aby mu
sprowadzić nowe gręple, ale teraz nie pojadę. Zimno mi i nie chce mi
się.
-?Maks, także zostajesz w domu?
-?Gdzie się będę spieszył? Do tej parszywej budy? A zresztą wczoraj się
z fatrem pożarłem.
-?Maks, ty źle skończysz przez to żarcie się ciągłe ze wszystkimi! -
mruknął niechętnie i surowo Moryc, rozgrzebując pogrzebaczem ogień.
-?Co cię to obchodzi! -?krzyknął głos z drugiego pokoju.
Łóżko zatrzeszczało gwałtownie i w drzwiach ukazała się wielka figura
Maksa w bieliźnie tylko i w pantoflach.
-?A właśnie, że mnie to bardzo obchodzi.
-?Daj mi spokój, nie irytuj mnie. Karol mnie obudził diabli wiedzą po
co, a ten znowu pyskować zaczyna.
Gadał głośno, niskim, silnie brzmiącym głosem.
Cofnął się do swojego pokoju i po chwili wyniósł całą garderobę, rzucił
ją na dywan i z wolna się ubierał.
-?Ty nam psujesz interes tym swoim żarciem -?zaczął znowu Moryc,
wciskając złote binokle na swój suchy semicki nos, bo mu się ciągle
zsuwały.
-?Gdzie? Co? Jak?
-?Wszędzie. Wczoraj u Blumentalów powiedziałeś głośno, że większość
naszych fabrykantów to prości złodzieje i oszuści.
-?Powiedziałem, a jakże i zawsze to będę mówił.
Jakiś niechętny, pogardliwy uśmiech przeleciał mu po twarzy, gdy patrzył
na Moryca.
-?Ty, Maks Baum, mówić tego nie będziesz, mówić ci tego nie wolno, to ja
ci powiadam.
-?Dlaczego? -?zapytał cicho i oparł się o stół.
-?Ja ci powiem, jeśli tego nie rozumiesz. Przede wszystkim, co ci do
tego? Co cię to obchodzi, czy oni są złodzieje, czy porządni ludzie? My
wszyscy razem jesteśmy tu po to w Łodzi, żeby zrobić geszeft, żeby
zarobić dobrze. Nikt z nas tutaj wiekować nie będzie. A każdy robi
pieniądze, jak może i jak umie. Ty jesteś czerwony, ty jesteś radykał
pąs numer cztery.
-?Ja jestem uczciwy człowiek -?burknął tamten, nalewając sobie herbatę.
Borowiecki, oparty o stół łokciami, utopił twarz w dłoniach i słuchał.
Moryc na odpowiedź usłyszaną odwrócił się gwałtownie, aż binokle mu
spadły i uderzyły w poręcz krzesła, popatrzył na Maksa z uśmiechem
gryzącej ironii na wąskich ustach, pogładził cienkimi palcami, na
których skrzyły się brylantowe pierścionki, rzadką, czarną jak smoła
brodę i szepnął drwiąco:
-?Nie gadaj, Maks, głupstw. Tu chodzi o pieniądze. Tu chodzi, żebyś nie
wyjeżdżał z tymi oskarżeniami publicznie, bo to naszemu kredytowi może
zaszkodzić. My mamy założyć fabrykę we trzech, my nic nie mamy, to my
potrzebujemy mieć kredyt i zaufanie u tych, co go nam dadzą. My teraz
potrzebujemy być porządni ludzie, gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Borman
powie: "Podła Łódź", to mu powiedz, że jest cztery razy podłą -?jemu
trzeba przytakiwać, bo to gruba fisz. A coś ty o nim powiedział do
Knolla? Że jest głupi cham. Człowieku, on nie jest głupi, bo on ze
swojej mózgownicy wyciągnął miliony, on te miliony ma, a my je także
chcemy mieć. Będziemy mówić o nich wtedy, jak będziemy mieli pieniądze,
a teraz trzeba siedzieć cicho, oni są nam potrzebni; no, niech Karol
powie, czy ja nie mam racji, mnie idzie przecież o przyszłość nas
trzech.
-?Moryc ma zupełną prawie słuszność -?powiedział twardo Borowiecki,
podnosząc zimne, szare oczy na wzburzonego Maksa.
-?Ja wiem, że wy macie rację, łódzką rację, ale nie zapominajcie, że
jestem uczciwy człowiek.
-?Frazes, stary, wytarty frazes!
-?Moryc, ty jesteś podły żydziak! -?wykrzyknął gwałtownie Baum.
-?A ty jesteś głupi, sentymentalny Niemiec.
-?Kłócicie się o wyrazy -?ozwał się chłodno Borowiecki i zaczął wdziewać
palto. -?Żałuję, że nie mogę zostać z wami, ale puszczam w ruch nową
drukarnię.
-?Nasza wczorajsza rozmowa na czym stanęła? -?zapytał spokojnie już
Baum.
-?Zakładamy fabrykę.
-?Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. -?Zaśmiał się
głośno.
-?To razem właśnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby założyć wielką
fabrykę. Cóż stracimy? Zarobić zawsze można -?dorzucił po chwili. -
Zresztą, albo robimy interes, albo interesu nie robimy. Powiedzcie raz
jeszcze.
-?Robimy, robimy! -?powtórzyli obaj.
-?Co to, Goldberg się spalił? -?zapytał Baum.
-?Tak, zrobił sobie bilans. Mądry chłop, zrobi miliony.
-?Albo skończy w kryminale.
-?Głupie słowo! -?żachnął się niecierpliwie Moryc. -?Ty sobie takie
rzeczy gadaj w Berlinie, w Paryżu, w Warszawie, ale w Łodzi nie gadaj.
To nieprzyjemne słowa, nam oszczędź ich.
Maks się nie odezwał.
Świstawki znowu zaczęły podnosić swoje przenikliwe, denerwujące głosy i śpiewały coraz potężniej hejnał poranny.
-?No, muszę już iść. Do widzenia, wspólnicy, nie kłóćcie się, idźcie
spać i śnijcie o tych milionach, jakie zrobimy.
-?Zrobimy!
-?Zrobimy! -?powiedzieli razem.
Uścisnęli sobie mocno, po przyjacielsku dłonie.
-?Zapisać trzeba dzisiejszą datę; będzie ona dla nas bardzo pamiętną.
-?Dodaj tam, Maksie, taki nawias, kto z nas najpierw zechce okpić
drugich.
-?Ty, Borowiecki, jesteś szlachcic, masz na biletach wizytowych herb,
kładłeś nawet na prokurze swoje von, a jesteś największym z nas
wszystkich Lodzermenschem -?szepnął Moryc.
-?A ty nim nie jesteś?
-?Ja przede wszystkim mówić o tym nie potrzebuję, bo ja potrzebuję
zrobić pieniądze. Wy i Niemcy to dobre narody, ale do gadania.
Borowiecki podniósł kołnierz, pozapinał się starannie i wyszedł.
Deszcz mżył bezustannie i zacinał skośnie, aż do pół okien małych
domków, co w tym końcu Piotrkowskiej ulicy stały gęsto przy sobie,
gdzieniegdzie tylko jakby rozepchnięte olbrzymem fabrycznym lub
wspaniałym pałacem fabrykanta.
Szeregi niskich lip na trotuarze gięły się automatycznie pod uderzeniem
wiatru, który hulał po błotnistej, prawie czarnej ulicy, bo rzadkie
latarnie rozsiewały tylko koła niewielkie żółtego światła, w którym
błyszczało czarne, lepkie błoto na ulicy i migały setki ludzi, w ciszy
wielkiej a z pośpiechem szalonym biegnących na głos tych świstawek, co
teraz coraz rzadziej odzywały się dokoła.
-?Zrobimy? -?powtórzył Borowiecki, przystając i topiąc spojrzenie w tym
chaosie kominów, majaczących w ciemności; w tej masie czarnej,
nieruchomej, dzikiej jakimś kamiennym spokojem fabryk, co stały wszędzie
i ze wszystkich stron zdały się wyrastać przed nim czerwonymi, potężnymi
murami.
-?Morgen! -?rzucił ktoś stojącemu, biegnąc dalej.
-?Morgen... -?szepnął i poszedł wolniej.
Gryzły go wątpliwości, tysiące myśli, cyfr, przypuszczeń i kombinacji
przewijało mu się pod czaszką, zapominał prawie, gdzie jest i dokąd
idzie.
Tysiące robotników, niby ciche, czarne roje, wypełzło nagle z bocznych
uliczek, które wyglądały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały
na krańcach miasta niby wielkie śmietniska -?napełniło Piotrkowską
szmerem kroków, brzękiem blaszanek błyszczących w świetle latarń,
stukiem suchym drewnianych podeszew trepów i gwarem jakimś sennym oraz
chlupotem błota pod nogami.
Zalewali całą ulicę, szli ze wszystkich stron, zapełniali trotuary,
człapali środkiem ulicy, pełnej czarnych kałuż wody i błota. Jedni
ustawiali się bezładnymi kupami przed bramami fabryk, drudzy,
uszeregowani w długiego węża, znikali w bramach, jakby połykani z wolna
przez buchające światłem wnętrza.
W ciemnych głębiach zaczęły buchać światła. Czarne, milczące czworoboki
fabryk błyskały nagle setkami płomiennych okien i niby ognistymi
ślepiami świeciły. Elektryczne słońca nagle zawisały w cieniach i skrzyły się w próżni.
Białe dymy zaczęły bić z kominów i rozwłóczyć się pomiędzy tym potężnym
kamiennym lasem, co tysiącami kolumn zdawał się podpierać i jakby chwiał
się w drganiach światła elektrycznego.
Ulice opustoszały, gaszono latarnie, ostatnie świstawki przebrzmiały,
cisza pełna chlupotu deszczu, coraz cichszych poświstywań wiatru
rozwłóczyła się po ulicy.
Otwierano szynki i piekarnie, a gdzieniegdzie, w jakimś okienku na
poddaszu lub w suterynach, do których sączyło się uliczne błoto,
błyskały światła.
Tylko w setkach fabryk wrzało życie wysilone, gorączkowe; głuchy łoskot
maszyn drżał w powietrzu mglistym i obijał się o uszy Borowieckiego,
który wciąż spacerował po ulicy i patrzył w okna fabryk, za którymi
rysowały się czarne sylwetki robotników lub olbrzymie kontury maszyn.
Nie chciało mu się iść do roboty. Było mu dobrze tak chodzić i myśleć o tej przyszłej fabryce, urządzać ją, puszczać w ruch, pilnować. Tak się
zatapiał w tym rozmarzeniu, że chwilami najwyraźniej słyszał około
siebie i czuł tę przyszłą fabrykę. Widział stosy materiałów, widział
kantor, kupujących, szalony ruch, jaki panował. Czuł jakąś wielką falę
bogactw płynącą mu pod stopy.
Uśmiechał się bezwiednie, oczy mu wilgotnymi blaskami świeciły, na
bladą, piękną twarz występowały rumieńce głębokiej radości. Pogładził
nerwowo brodę mokrą od deszczu i oprzytomniał.
-?Co za głupstwo -?szepnął niechętnie i obejrzał się dokoła, jakby z obawy, czy kto nie widział tej chwilowej słabości.
Nie było nikogo, ale już szarzało, ze słabego, przemglonego świtu
zaczynały powoli wychylać się kontury drzew, fabryk i domów.
Piotrkowską zaczynały ciągnąć od rogatek sznury chłopskich wozów, od
miasta turkotały po wybojach olbrzymie wozy towarowe ładowane węglem i platformy naładowane przędzą, bawełną w belach, surowym towarem lub
beczkami, a pomiędzy nimi przemykały pospiesznie małe bryczki lub
powoziki fabrykantów spieszących do zajęć lub tłukła się z hałasem
dorożka wioząca zapóźnionego oficjalistę.
Borowiecki przy końcu Piotrkowskiej skręcił na lewo, w małą,
niebrukowaną uliczkę, oświetloną kilkoma latarniami na sznurach i olbrzymią fabryką, która już szła. Długi czteropiętrowy budynek świecił
wszystkimi oknami.
Przebrał się szybko w zafarbowaną, brudną bluzę i pobiegł do swojego
oddziału.
II
-?Murray, dzień dobry! -?krzyknął Borowiecki.
Murray, okręcony w długi, niebieski fartuch, wysunął się spoza rzędów
ruchomych kotłów, w których się gotowały i robiły farby. W mdłym świetle
elektrycznym, przesyconym kolorowymi parami, jego długa, koścista twarz
starannie wygolona i świecąca bladoniebieskimi, jakby wypełzłymi oczami,
robiła wrażenie karykatury z "Puncha"1.
-?A, Borowiecki! Chciałem widzieć pana, byłem u was wieczorem, zastałem
Moryca, ale że ja go nie cierpię, nie czekałem.
-?Dobry chłopak.
-?Co mi do jego dobroci! Nie cierpię jego rasy.
-?Drukują już pięćdziesiąty siódmy numer?
-?Drukują. Wydałem farbę.
-?Trzyma się?
-?Pierwsze metry nieco lakowała. Przysłali z centrali zamówienie na
pięćset sztuk tej pańskiej lamy.
-?Aha, dwudziesty czwarty numer, seledynowa.
-?I z filii Bech telefonował o to samo. Czy będziemy robić?
-?Dzisiaj już nie. Mamy bojki pilne, mamy jeszcze pilniejsze do
drukowania te letnie korty.
-?Telefonowali o barchan numer siódmy.
-?W apreturze. Muszę tam zaraz iść.
-?Chciałem panu coś powiedzieć...
-?Słucham, słucham! -?szepnął grzecznie, ale z pewną niechęcią.
Murray ujął go pod rękę i odprowadził w kąt za wielkie beczki, z których
co chwila czerpano farby.
Kuchnia, bo tak nazywano tę salę, tonęła w zmroku. Pod okapami wiszącymi
nisko, niby pod stalowymi parasolami kręciły się wolno, automatycznie,
szerokie miedziane mieszadła, przegarniające farby w wielkich kotłach,
błyszczących miedzią polerowaną.
Budynek cały drżał od ruchu maszyn.
Długie transmisje, niby węże bladożółte, nieskończonej długości, goniły
się z szaloną szybkością pod sufitem, przewijały się nad podwójnym
szeregiem kotłów, pełzały wzdłuż ścian, krzyżowały się wysoko, ledwie
dojrzane w obłoku gryzących kolorowych par, co buchały ustawicznie z kotłów i przyciemniały światło, i uciekały wśród murów przez wszystkie
otwory do innych sal.
Sylwetki robotników w koszulach umazanych farbami przemykały cicho i jak
cienie ginęły w zmroku, wózki z łoskotem wjeżdżały i wyjeżdżały
obładowane farbami gotowymi, które wiozły do drukarni i farbiarni.
Ostry straszliwie zapach siarki rozchodził się wszędzie.
-?Kupiłem wczoraj meble -?szeptał do ucha Borowieckiemu. -?Uważasz pan,
do saloniku kupiłem żółte jedwabne w stylu empire. Do jadalnego
obstalowałem dębowe w stylu Henryka IV, a do buduaru...
-?A kiedyż się pan żeni? -?przerwał mu dosyć niecierpliwie.
-?No, nie wiem jeszcze. Chociaż ja chciałbym jak najprędzej.
-?To już po oświadczynach? -?Spojrzał dosyć ironicznie na zgarbionego i dosyć śmiesznie wyglądającego Anglika; jego garb wydał mu się teraz
potwornym, a on sam przypominał małpę tą długą, wystającą szczęką i szerokimi ustami, niezmiernie ruchliwymi.
-?Tak jakby już. W niedzielę właśnie powiedziała mi, jak by chciała mieć
urządzone mieszkanie. Wypytałem szczegółowo, odpowiadała tak, jak
odpowiadają kobiety, gdy idzie o ich przyszłe gospodarstwo.
-?Ostatnim razem myślałeś pan tak samo.
-?Tak, ale nie miałem takiej pewności ani w połowie! -?zaręczał gorąco.
-?No, kiedy tak, to winszuję panu szczerze. Kiedyż poznam narzeczoną?
-?Na wszystko przyjdzie czas, na wszystko.
-?Dlatego też wierzę, iż się pan w końcu ożeni -?szepnął drwiąco.
-?Może byś pan przyszedł jutro do mnie, dobrze? Chciałem koniecznie
usłyszeć pańskie zdanie o tych meblach.
-?Przyjdę.
-?Ale kiedy?
-?Po obiedzie.
Murray wrócił do farb i laboratorium, a Borowiecki pobiegł dalej do
farbiarni przez korytarze i przejścia zapchane wózkami naładowanymi
towarem ociekającym wodą, ludźmi i stosami towaru leżącego na ziemi w wielkich kupach, oczekującego swojej kolei.
Co chwila zastępowano mu drogę z najrozmaitszymi interesami.
Wydawał krótkie rozkazy, szybko decydował, pospiesznie informował,
czasem obejrzał próbkę farby, jaką mu przynosił robotnik, rzucał
stanowczo:
-?Dobre lub jeszcze -?i leciał dalej wśród spojrzeń setek robotniczych i szumu fabryki, co niby piekło wrzała chaosem.
Wszystko się trzęsło; ściany, sufity, maszyny, podłogi, huczały motory,
świszczały przenikliwie pasy i transmisje, turkotały po asfaltowej
podłodze wózki, szczękały czasem koła rozpędowe, zgrzytały tryby,
leciały wskroś tego morza rozbitych drgań jakieś krzyki lub rozlegał się
potężny, huczący oddech maszyny głównej.
-?Panie Borowiecki!
Wytężył oczy, bo wśród par, jakie zalegały całą farbiarnię, nie było nic
prawie widać, prócz słabych zarysów maszyn. Nie wiedział, kto woła.
-?Panie Borowiecki!
Drgnął, bo go ujęto pod ramię.
-?A, pan prezes -?szepnął, poznawszy właściciela fabryki.
-?Ja pana gonię, ale pan dobrze uciekasz.
-?Robota, panie dyrektorze.
-?Tak, tak, ja to rozumiem. Zmęczyłem się na śmierć. -?Trzymał go silnie
za ramię, zamilkł i dyszał ciężko ze zmęczenia. -?Idzie, co? -?zapytał
po chwili.
-?Robi się -?rzucił krótko i szedł naprzód.
Fabrykant uczepiony u jego ramienia wlókł się ciężko, podpierał się
grubą laską i zgarbiony prawie we dwoje podnosił okrągłe czerwone oczy
jastrzębie i twarz dużą, świecącą, okrągłą, ozdobioną małymi baczkami i wąsami przyciętymi równo.
-?Cóż, te watsony dobrze działają?
-?Po piętnaście tysięcy metrów dziennie drukują.
-?Mało -?mruknął cicho, puścił jego ramię i przysiadł na wózku pełnym
surowego perkalu, obciągnął gruby kaftan, w jaki był ubrany, podparł się
laską i siedział.
Borowiecki pobiegł do wielkich kadzi farbiarskich, nad którymi na
wielkich wałach rozwinięte zwoje materiałów kręciły się w kółko i kąpały
w farbie, rozpryskując ją na twarze i koszule robotników, którzy stali
nieruchomo, co chwila czerpiąc z kadzi wodę dłonią i patrząc, czy jest w niej jeszcze farba, którą wyciągał materiał.
Kilkadziesiąt tych wałów ustawionych rzędem toczyło się wciąż w kółko, z męczącą jednostajnością, długie, poskręcane zwoje materiałów pławiły się
w farbach i błyskały w mgle matowymi plamami czerwieni, błękitu i ochry.
Z drugiej strony za podwójnym rzędem żelaznych słupów, podtrzymujących
wyższe piętra fabryki i rozrośniętych gęsto po olbrzymiej sali, stały
płuczkarnie; długie skrzynie, pełne wrzącej wody pieniącej się sodą,
praczek mechanicznych, wyżymaczek, mydła, przez które przesuwał się
surowy materiał; bryzgi rozbitej trzepaczkami wody rozsypywały się na
salę i tworzyły nad praczkarniami tak gęsty tuman, że światła paliły się
zaledwie jakby odbite w lustrze.
Mechaniczne odbieracze szczękały, odbierając wyprany już towar na
siebie, niby na rozkrzyżowane ręce i oddawały go robotnikom, którzy
prętami układali go w wielkie fałdy na wózki, podsuwane co chwila.
-?Panie Borowiecki! -?zawołał fabrykant do jakiegoś cienia, co się
wychylił z mgieł, ale to nie był Borowiecki.
Podniósł się i wlókł chore zreumatyzmowane nogi po sali, kąpał się z rozkoszą w tej rozpalonej atmosferze. Zatapiał schorowane ciało w sali
pełnej oparów, ostrych zapachów farb, wody pryskającej z płuczkarek i z kadzi, ściekającej z wózków, chlupiącej pod nogami, lejącej się z sufitów, z których skroplona para opadała prawie strumieniami.
Szalony, podobny do drgającego jęku, szczęk centryfugi wyciągającej wodę
z materiałów, przenikał całe sale, wświdrowywał się w nerwy robotników
pilnujących, wpatrzonych w robotę i pochłoniętych zupełnie czuwaniem nad
maszynami i rozbijał się o kolorowe, powiewające niby sztandary,
materiały na odbieraczach.
Borowiecki teraz był w sąsiedniej sali, gdzie na niskich angielskich
maszynach starego systemu farbowano ordynarny czarny towar na męskie
ubrania.
Dzień wlewał się setkami okien i kładł zielonawy ton na czarne opary i na robotników, co niby kolumny z bazaltu stali nieruchomi, z założonymi
rękami, wpatrzeni w maszyny, przez które przesuwały się dziesiątki
tysięcy metrów gryzione przez spienioną, bryzgającą, czarną farbę.
Mury drżały ciągle. Fabryka pracowała wszystkimi mięśniami.
Windy, osadzone w murach, łączyły dół fabryki z jej czterema piętrami
wierzchu. Co chwila rozlegał się głuchy szczęk w innej stronie sali, to
winda brała lub wyrzucała z siebie wózki, towary, ludzi...
Dzień i do wielkiej sali zaczął zaglądać, brudne światło wciskało się
przez małe zapocone szybki, zasnute brudem i parą, wyłaniając z nich
zarysy pełniejsze maszyn i ludzi, ale w tym szarozielonawym świetle, po
którym pływały długie smugi czerwonych oparów i gdzie pyliły się nimby
gazowych świateł -?i ludzie, i maszyny wyglądali jak nieprzytomni, jak
widziadła porwane straszną siłą ruchu; jak jakieś strzępy, pyły, drzazgi
skłębione, splątane, rzucone w wir, który z hukiem się przewalał.
Herman Bucholc, właściciel fabryki, gdy obejrzał farbiarnię, powlókł się
dalej. Przechodził pawilony, podnosił się w górę windami, schodził
schodami, sunął się długimi korytarzami, przyglądał się maszynom,
oglądał towar, rzucał czasem posępnym okiem na ludzi, czasem rzekł
jakieś krótkie słowo, które jak błyskawica oblatywało całą fabrykę,
odpoczywał na stosach sztuk, czasem na progach; niknął, aby za chwilę
pokazać się w innej stronie fabryki, przy składach węgla, pomiędzy
wagonami, których rzędy stały z jednej strony olbrzymiego czworoboku
dziedzińca, ogrodzonego niby parkanem, murami fabryki.
Był wszędzie, a chodził jak noc jesienna ponury i milczący; gdzie się
tylko zjawił, gdzie przeszedł, rozmowy milkły, twarze się pochylały,
oczy przestawały widzieć, postacie się zginały i kurczyły, jakby chcąc
ujść spod promienia jego oczów.
Spotykał się kilkakrotnie z Borowieckim, biegającym ustawicznie po
oddziale.
Spoglądali na siebie przyjaźnie.
Herman Bucholc lubił swojego dyrektora drukarni, więcej, on go szacował
na całe te dziesięć tysięcy rubli, jakie mu płacił rocznie.
"To jest najlepsza moja maszyna w tym oddziale", myślał, patrząc na
niego.
Sam już się nie zajmował niczym, zięć prowadził fabrykę, a on wskutek
przyzwyczajenia całego życia co rano przychodził do niej razem z robotnikami.
W fabryce jadał śniadanie i przesiadywał do południa, a po obiedzie,
jeśli nie jeździł do miasta, to łaził po kantorach, składach, magazynach
bawełny.
Nie mógł żyć z dala od tego potężnego królestwa, które stworzył pracą
własną całego życia i mocą swojego geniuszu przemysłowego, musiał czuć
pod nogami, w sobie, te roztargane, trzęsące się mury; czuł się dopiero
dobrze, przedzierając się przez przędzę transmisji i pasów, rozwleczoną
po całej fabryce, wśród ostrych zapachów farb, blichowni, surowego
materiału i smarów rozgrzanych w tym upale strasznym.
Siedział teraz w drukarni i przysłoniętymi oczyma patrzył na salę, jasno
oświetloną wielkimi oknami, na maszyny drukarskie w ruchu, na te
piramidy żelazne pracujące pospiesznie i w jakiejś groźnej ciszy.
Przy każdej drukarce osobna maszyna parowa świstała swym kołem
pociągowym, które niby srebrne, wypolerowane tarcze migotały z taką
szaloną szybkością, że nie można było pochwycić konturów, a tylko jakiś
nimb srebrny wirował dokoła swojej osi i rozpylał świetlany, roziskrzony
tuman.
Maszyny działały z nieustającym ani na chwilę pośpiechem; długie
nieskończenie pasy materiałów, co się przewijały pomiędzy walcami
miedzianymi, odciskającymi na nich barwy deseni, ginęły w górze, na
wyższym piętrze, w suszarni.
Ludzie z tyłu maszyn podkładający towar do drukowania poruszali się
sennie, a majstrowie stali przed maszynami, co chwila któryś się
pochylał, przypatrywał walcom, dolewał farby z wielkich kadzi, patrzył
na materiał i znowu stał zapatrzony w te tysiące metrów, biegnących z szalonym pośpiechem.
Borowiecki wpadał do drukarni, aby śledzić działanie świeżo
zamontowanych maszyn, porównywał próbki ze świeżo drukowanymi
materiałami, wydawał polecenia, czasem na jego skinienie zatrzymano
działający kolos, oglądał szczegółowo i szedł dalej znowu, bo ten
potężny rytm fabryki, te setki maszyn, tysiące ludzi śledzących z najwyższą, prawie pobożną uwagą za ich działaniem, te góry towarów
leżących, przewożonych wózkami, snujących się przez sale z pralni do
farbiarni, z farbiarni do suszarni, stamtąd do apretury i w dziesięć
jeszcze innych miejsc nim wyszły gotowe -?porywał go.
Chwilami tylko siadał w swoim gabinecie, położonym przy "kuchni" i tam,
w przerwie pomiędzy kombinowaniem nowych deseni, oglądaniem przysłanych
z zagranicy próbek, których olbrzymie, naklejone w albumy, stosy leżały
po stołach -?zamyślał się, a raczej próbował myśleć o sobie, o tym
projekcie fabryki planowanej łącznie z przyjaciółmi, ale nie mógł zebrać
myśli, nie mógł ani na chwilę zamknąć się w sobie, bo ta fabryka, której
szum huczał w jego gabinecie, której ruch i pulsowanie czuł we własnych
nerwach, w tętnie krwi nieomal, nie pozwalała się odosobnić, ciągnęła
nieprzeparcie, zmuszała do służby i warowania każdego, który krążył w jej orbicie.
Zrywał się i biegł znowu, ale dzień mu się strasznie dłużył, tak, że
około czwartej poszedł do kantoru, który był w innym oddziale, aby wypić
herbaty i zatelefonować do Moryca, aby był dzisiaj w teatrze, gdzie
dawano przedstawienie amatorskie na jakiś cel dobroczynny.
-?Pan Welt dopiero z pół godziny jak od nas wyszedł.
-?Tutaj był?
-?Brał pięćdziesiąt sztuk białego towaru.
-?Dla siebie?
-?Nie, na zlecenie Amfiłowa, do Charkowa. Cygarem można służyć?
-?Owszem, zapalę, bo jestem diablo zmęczony.
Zapalił i siadł na wysokim taburecie przed pustym biurkiem.
Główny buchalter kantoru, który go z uniżonością traktował cygarem, stał
przed nim, napychając sobie fajkę tytoniem, kilku młodych chłopaków,
usadowionych na wysokich kobyłkach, pisało w wielkich, czerwono
poliniowanych książkach.
Cisza, jaka tutaj panowała, drażniący skrzyp piór, monotonne cykanie
zegara, denerwująco działały na Borowieckiego.
-?Cóż słychać, panie Szwarc? -?zapytał.
-?Rosenberg się załamał.
-?Zupełnie?
-?Nie wiadomo jeszcze, ale ja myślę, że się będzie układał, no, bo co za
interes robić zwykłą klapę? -?Zaśmiał się cicho i przybijał palcem
wilgotny tytoń w fajce.
-?Firma traci?
-?To zależy od tego, ile będzie płacił za sto.
-?Bucholc wie?
-?Nie był jeszcze dzisiaj u nas, ale jak się dowie, zabolą go odciski;
jest czuły na straty.
-?Jego szlag może trafić -?szepnął któryś z pochylonych przy robocie.
-?Byłaby szkoda!
-?Bardzo wielka, niech Bóg broni!
-?Niech żyje sto lat, niech ma sto pałaców, sto milionów, sto fabryk.
-?I niech go razem sto choler ciśnie! -?szepnął któryś.
Cisza się zrobiła.
Szwarc patrzył groźnie na piszących, to na Borowieckiego, jakby chciał
się usprawiedliwiać, że on nic nie winien, ale Borowiecki znudzonym
wzrokiem patrzył w okno.
W kantorze panowała atmosfera przytłaczającej nudy.
Ściany aż po sufit wyłożone drewnem malowanym na dąb, pełne półek i ksiąg, rozstawionych systematycznie, żółciły się smutnie.
Na wprost okien stał wielki, czteropiętrowy budynek z nagiej, czerwonej
cegły i rzucał szarordzawy, przygnębiający refleks do kantoru.
Przez podwórko wylane asfaltem, po którym turkotały od czasu do czasu
wózki i przechodzili ludzie, w kilku kierunkach biegły na wysokości
pierwszego piętra grube, jak ramiona atlety, transmisje, warcząc głucho,
od czego szyby w kantorze ustawicznie drżały.
Wysoko nad fabryką wisiało niebo ciężką, brudną płachtą, z której
ściekał drobny deszcz i spływał po zabrudzonych murach smugami jeszcze
brudniejszymi, i sączył się po oknach kantoru, zakurzonych pyłem
węglowym i bawełnianym, niby wstrętne plwociny.
W kącie kantoru, nad gazem, zaczął szumieć samowar.
-?Panie Horn, może pan dać mi herbaty?
-?A może pan dyrektor zechce butersznicik2! -?ofiarowywał
uprzejmie Szwarc.
-?Tylko trochę koszerny.
-?To znaczy, że lepszy niźli pan jadasz, panie von Horn!
Horn przyniósł herbatę i zatrzymał się na chwilę.
-?Co panu jest? -?zapytał go Borowiecki, który z nim znał się bliżej.
-?Nic -?odparł krótko i powlókł nienawistnym spojrzeniem po Szwarcu,
który rozwijał butersznity z gazety i układał je przed Borowieckim.
-?Wyglądasz pan bardzo źle.
-?Panu Hornowi nie służy fabryka. Po salonach trudno mu się przyzwyczaić
do kantoru i do roboty.
-?Bydlę albo inny parszywiec może się łatwo przyzwyczaić do jarzma, ale
człowiekowi trudniej -?syknął ze złością, ale tak cicho, że Szwarc nie
zrozumiał słów, spojrzał uważnie, uśmiechnął się tępo i szepnął:
-?Panie von Horn! Panie von Horn! Może pan dyrektor spróbuje, jest tu
kombinacja szynki z pulardą, bardzo dobra, moja żona jest sławna z tego.
Horn odszedł, usiadł przy biurku i błądził spojrzeniem po murach
czerwonych, po oknach, za którymi bieliły się stosy szarpanej do
przędzenia bawełny.
-?Daj mi pan jeszcze herbaty.
Borowiecki chciał go wybadać.
Horn herbatę przyniósł i nie podnosząc oczów, zawrócił do odejścia.
-?Panie Horn, może pan za jakie pół godziny przyjdzie do mnie?
-?Dobrze, panie dyrektorze. Ja nawet miałem interes i w tym celu jutro
się wybierałem do pana. A może pan teraz zechcesz wysłuchać?
Chciał coś poufnie szepnąć, ale do kantoru weszła kobieta, czworo dzieci
wpychając przed sobą.
-?Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus -?szepnęła cicho, ogarnęła
wzrokiem te wszystkie głowy, co się podniosły znad pulpitów, schyliła
się pokornie do nóg Borowieckiego, bo stał najbliżej i miał najbardziej
pokaźną twarz.
-?Wielmożny panie dziedzicu, a to z prośbą przyszłam, wedle tego, co
mojemu mężowi głowę urwało w maszynie, co ja teraz sierota biedna z dzieciami, co my jesteśmy biedne. Tom przyszła dopraszać się
sprawiedliwości, aby mi pan dziedzic dał wspomożenie jako mojemu mężowi
urwało głowę w maszynie. Wielmożny panie dziedzicu. -?I schyliła się
znowu do kolan Borowieckiego, wybuchając płaczem.
-?Za drzwi, wynosić się, tutaj takich spraw nie załatwia się! -?krzyknął
Szwarc.
-?Cicho pan bądź! -?zawołał na niego Borowiecki po niemiecku.
-?Proszę pana, ona już od pół roku nachodzi wszystkie oddziały i kantory
nasze, nie można się jej pozbyć niczym.
-?A dlaczego niezałatwione?
-?Pan się pyta? Ten cham umyślnie podłożył łeb pod koło, jemu się nie
chciało pracować, a jemu się chciało okraść fabrykę! My teraz mamy
płacić na jego babę i bękarty!
-?A ty, parchu jeden, to moje dzieci bękarty! -?wykrzyknęła kobieta, w pasji przyskakując do Szwarca, który cofnął się za stół.
-?Cicho, kobieto! Niech pani uspokoi się i co by te małe panowie nie
płakali! -?zawołał przestraszony, wskazując na dzieci, które uczepiły
się matki i krzyczały wniebogłosy.
-?Wielmożny dziedzicu, jużci że prawda co od samych kopań chodzę i cięgiem mi obiecują, że zapłacą, cięgiem chodzę i proszę, to mnie
cyganią ino i wyciepują kiej sukę za drzwi.
-?Uspokójcie się, pomówię dzisiaj z właścicielem, przyjdźcie tutaj za
tydzień, to wam zapłacą.
-?Ażeby ci Pan Jezus i ta Częstochowska szczęściła na zdrowiu, na
majątku, na honorze, o mój dziedzicu kochany! -?wykrzykiwała,
przypadając mu do nóg, całując go po rękach.
Wydarł się jej i wyszedł, ale przystanął w wielkiej sieni i gdy
wychodziła, zapytał:
-?Z których wy stron?
-?A dyć panie, jaże spod Skierniewiec.
-?Dawno w Łodzi?
-?A będzie ze dwa roki, jak my się tutaj przenieśli na swoje zatracenie.
-?Chodzicie gdzie do roboty?
-?A bo mnie to chcą gdzie przyjąć te poganiny, te heretyki
zapowietrzone, a po drugie kaj ja ostawię swoje sieroty.
-?Z czegóż żyjecie?
-?Bidujem, wielmożny panie, bidujem. Mieszkam na Bałutach z jednymi
weberami i jaże całe trzy ruble płacę za pomieszkanie miesięcznie. Póki
mój nieboszczyk żył, to choćby często gęsto było ze solą albo i z głodem, ale się ta żyło, a teraz kiej jego nie stało, to chodzę na Stare
Miasto do posługi, czasem kto zawoła do prania i tak jest -?gadała
prędko, okręcając dzieci w jakieś ohydnie brudne strzępy chustek.
-?Czemu nie wrócicie na wieś do domu?
-?Wrócę, panie, kiej mi tylko zapłacą za chłopa, to juści, że wrócę, a niech tam to miasteczko Łódź mór nie minie, niech ją ta ogień spali,
niech ich tam Pan Jezus niczego nie żałuje, co by wszystkie wyzdychały,
co do jednego.
-?Cicho bądźcie, nie macie za co przeklinać -?szepnął nieco podrażniony.
-?Ni mam za co?! -?wykrzyknęła zdumiona, podnosząc na niego bladą,
brzydką, przegryzioną przez nędzę twarz i zapłakane, wybladłe niebieskie
oczy. -?A to, wielmożny panie, my na wsi byli ino komorniki, bo mój miał
trzy morgi gruntu, co mu przyszły w schedzie po ojcu, to że nie było za
co postawić chałupy, tośwa mieszkali u stryjecznych swoich. Myśwa żyli z wyrobku ino, ale zawżdy człowiek mieszkał po ludzku i kartofli gdzie
przysądził na odrobek, i gąskę się uchowało albo i świniaka, i jajko
miał swoje, i krowę mieliśwa, a tutaj co? Harował nieborak od świtu do
nocy i jeść nie było co, żyliśmy kiej te dziady ostatnie, a nie kiej
krześcianie, kiej psy, a nie kiej gospodarze poczciwi.
-?Po cóżeście tutaj przyjechali, trzeba było siedzieć na wsi.
-?Po co?! -?zawołała boleśnie. -?A bo ja wiem! Szły wszystkie, to i myśwa poszły. Na wiosnę poszedł Jadam, ostawił kobitę i poszedł.
Przyjechał po żniwach taki wystrojony, co go nikt nie mógł poznać, cały
w kortach i zygarek miał śrybrny, i piestrzonek, i tyla piniędzy, coby
na wsi i bez trzy roki nie zarobił. Ludzie się dziwowali, a ten
zapowietrzony cyganił, bo mu za to zapłacili, żeby ludzi wiejskich
sprowadził, obiecywał Bóg wie nie co. Tak zaraz poszło z nim dwóch
parobków, Janków syn i Grzegorza spod lasu, a potem to już kto ino mógł,
to leciał do tego miasteczka Łodzi. Kużdymu się chciało kortów, zygarka
i rozpusty! Ja mojego strzymywałam, bo po co nam było tutaj iść, do
obcych w tyli świat, to me sprał kiej bydlaka i poszedł, a po tym
przyjechał i zabrał ze sobą. Mój Jezu kochany, mój Jezu -?szeptała,
chlipiąc boleśnie i rozcierając sobie nos i łzy brudnymi rękami, i tak
się zaczęła trząść w tym rozpaczliwym płaczu, że dzieci przytuliły się
do niej i także zaczęły płakać cicho.
-?Macie tutaj pięć rubli i zróbcie tak, jak wam mówiłem.
Miał tego już dosyć, odwrócił się spiesznie i wyszedł, nie czekając
podziękowań.
Nie cierpiał roztkliwień i czułości, a ta kobieta poruszyła w nim
zamierającą z wolna, duszoną świadomie uczuciowość.
Stał czas jakiś przy kotle "oksydacyjnym" Mather-Platta, przez który
przechodził towar suchy i już drukowany, i z pewnym roztargnieniem
przyglądał się barwom świeżo wytworzonym, a raczej rozwiniętym w przesunięciu się towaru przez kocioł. Żółte, nałożone bejcem kwiatki
zmieniły się na pąsowe pod wpływem wysokiej temperatury i skomplikowanych roztworów soli anilinowej.
Fabryka po chwilowym odpoczynku podwieczorkowym pracowała znowu z jednaką energią.
Borowiecki wyjrzał na świat z okien swojego gabinetu, bo poszarzało
nagle i zaczął padać śnieg nadzwyczaj gęstymi płatami, i pobielił ściany
fabryk i dziedziniec. Spostrzegł Horna stojącego za domkiem szwajcara,
przez który było jedyne wyjście z fabryki. Horn rozmawiał z tą samą
kobietą, która mu za coś dziękowała z uniesieniem i chowała jakiś papier
za stanik.
-?Panie Horn! -?krzyknął, wychylając przez lufcik głowę.
-?Miałem przyjść właśnie do pana -?ozwał się Horn, zjawiając się po
chwili.
-?Coś pan radził tej babie? -?zapytał surowym dosyć głosem, patrząc w okno.
Horn zawahał się przez mgnienie, rumieniec powlókł jego dziewczęco
piękną twarz, a w niebieskich, dobrych oczach zamigotał płomień.
-?Kazałem jej iść do adwokata, niechaj wytoczy proces fabryce o odszkodowanie, bo wtedy prawo zmusi ich do zapłacenia.
-?Co to pana obchodzi? -?Zaczął lekko bębnić po szybie i przygryzać
usta.
-?Co mnie obchodzi? -?Zamilkł na chwilę. -?Bardzo mnie obchodzi wszelka
nędza i wszelka niesprawiedliwość, bardzo...
-?Czym pan tutaj jesteś? -?przerwał mu ostro i usiadł przed długim
stołem.
-?No jestem praktykantem kantorowym, pan dyrektor przecież wie najlepiej
-?odpowiedział zdumiony.
-?No, to panie Horn, pan nie skończysz tej praktyki, jak mi się zdaje.
-?Wreszcie, to mi jest już wszystko -?szepnął dosyć twardo.
-?Ale nam nie jest wszystko jedno, nam: fabryce, w której pan jesteś
jednym z miliona kółek! Przyjęliśmy pana nie na to, żebyś tutaj
produkował się ze swoją filantropią, a tylko, abyś robił. Pan
wprowadzasz zamęt tutaj, gdzie wszystko polega na najdoskonalszym
funkcjonowaniu, na prawidłowości i zgodności.
-?Nie jestem maszyną, jestem człowiekiem.
-?W domu. W fabryce od pana nie wymaga się egzaminów na człowieczeństwo
ani egzaminów na humanitarność, w fabryce potrzebne są pańskie mięśnie i mózg pański i tylko za to płacimy panu. -?Rozdrażniał się coraz
bardziej. -?Jesteś pan tutaj maszyną taką samą jak my wszyscy, więc pan
rób tylko to, co do pana należy. Tutaj nie miejsce do rozanieleń, tutaj...
-?Panie Borowiecki! -?przerwał mu szybko.
-?Panie von Horn! Słuchaj pan, kiedy mówię do pana! -?zawołał groźnie,
zrzucając gniewnie wielki album próbek na ziemię. -?Bucholc przyjął pana
na moje zaręczenie, znam pańską rodzinę, pragnę dla pana najlepiej, ale
pan jesteś, jak widzę, chory na dziecinną demagogię.
-?Jeżeli pan tak nazywasz współczucie zwykłe u ludzi.
-?Pan mnie kompromitujesz takimi radami, dawanymi wszystkim mającym
jakie bądź pretensje do fabryki. Trzeba było zostać panu adwokatem,
byłbyś się wtedy mógł opiekować nieszczęśliwymi i pokrzywdzonymi, ma się
rozumieć za dobrą zapłatą -?dorzucił drwiąco, bo jego gniewny nastrój
przepadł gdzieś pod wpływem tych dobrych oczów Horna, wpatrzonych w niego. -?Zresztą dajmy tej sprawie spokój. Będziesz pan dłużej w Łodzi,
rozpatrzysz się w stosunkach, przyjrzysz się lepiej tym uciśnionym, to
pan zrozumiesz, jak trzeba postępować. A weźmiesz pan interes po ojcu,
to wtedy przyznasz mi zupełną rację.
-?Nie, panie, ja w Łodzi dłużej nie wytrzymam ani interesu po ojcu nie
obejmę.
-?Cóż pan chcesz robić?! -?wykrzyknął zdumiony.
-?Jeszcze nie wiem. Przyznaję się panu szczerze, chociaż tak ostro, za
ostro pan mówi do mnie, ale mniejsza z tym, bo wiem, że pan, jako
dyrektor takiej wielkiej drukarni, mówić inaczej nie może.
-?Więc pan odchodzisz od nas? Tyle zrozumiałem, ale nie wiem dlaczego?
-?Dlatego, że już wytrzymać nie mogę w tym podłym chamstwie łódzkim.
Pan, jako człowiek pewnej sfery, rozumie mnie chyba. Dlatego, że ja całą
duszą nienawidzę zarówno fabryk, jak i wszystkich Bucholców,
Rozensztejnów, Entów, całej tej ohydnej przemysłowej bandy! -?wybuchnął
gwałtownie.
-?Ha, ha, ha, pan jesteś wspaniały fioł, nieporównany! -?śmiał się
Borowiecki serdecznie.
-?To już nic więcej nie powiem -?rzekł mocno dotknięty.
-?Jak pan chce, a zawsze lepiej głupstw mówić mniej.
-?Do widzenia.
-?Żegnam pana. Ha, ha, ha, pan masz zdolności aktorskie!
-?Panie Borowiecki -?zaczął prawie ze łzami w oczach Horn, zatrzymując
się, i chciał coś mówić.
-?Co?
Horn skłonił głowę i wyszedł.
-?Kapitalny mazgaj -?szepnął za nim Borowiecki i także poszedł do
suszarni.
Owionęło go suche, rozpalone powietrze. Olbrzymie czworoboki z blachy,
wypełnione straszliwie rozpalonym i suchym powietrzem brzęczały niby
oddalone grzmoty, wymiotując niekończący się pas materiałów kolorowych,
suchych i sztywnych.
Na niskich stołach, na ziemi, na wózkach, które suwały się cicho, leżały
całe sterty materiałów i w tym suchym, jasnym powietrzu sali, której
ściany były prawie ze szkła, paliły się przyćmionymi barwami złota
przykopconego, purpury o fioletowym odcieniu, błękitu marynarskiego,
starego szmaragdu -?niby stosy blach metalowych o matowym, martwym
blasku.
Robotnicy w koszulach tylko i boso, z szarymi twarzami, z oczami
zagasłymi i jakby wypalonymi tą orgią barw, jaka się tutaj tłoczyła,
poruszali się cicho i automatycznie, tworzyli tylko dopełnienie maszyn.
Czasem który patrzył przez szyby w świat, na Łódź, która z tej wysokości
czwartego piętra majaczyła w mgłach i dymach poprzecinanych tysiącami
kominów, dachów, domów, drzew ogołoconych z liści; to znów na drugą
stronę, na pola, co szły w głąb horyzontu -?na szarobiałe, brudne,
zalane wiosennymi roztopami przestrzenie, majaczące gdzieniegdzie
czerwonymi gmachami fabryk, które z oddalenia czerwieniły się wskroś
mgieł bolesnym tonem mięsa odartego ze skóry; na odległe linie wiosek
małych, przywartych cicho do ziemi, na drogi, co się wywijały wskroś pól
czarną cieknącą błotem wstęgą, migającą pomiędzy rzędami nagich topoli.
Maszyny huczały bezustannie i bezustannie świstały transmisje uczepione
pod sufitem i niosące siłę do innych sal, wszystko się poruszało w rytm
tych olbrzymich pudeł metalowych suszarń, które odbierały towar mokry z drukarni i wypluwały go suchym, i stały w tej olbrzymiej, czworokątnej
sali pełnej smutnych barw i smutnego światła dnia marcowego, smutnych
ludzi, niby kapliczki boga-siły rządzącego wszechwładnie.
Borowiecki czuł się rozstrojony i z roztargnieniem oglądał towar, czy
nie jest zbytnio przesuszony lub spalony.
"Głupi chłopak", myślał o Hornie i chwilami stawała mu w pamięci ta
młoda, szlachetna twarz i te oczy niebieskie, patrzące na niego z jakimś
niemym żalem zawodu i wyrzutu. Czuł w sobie jakieś ciemne
zaniepokojenie. Niektóre słowa Horna przychodziły mu na myśl, gdy
patrzył na te tłumy ludzi w milczeniu pracujących.
"Byłem takim", poleciał myślą do tamtych, dawnych czasów, ale nie dał
się ująć wspomnieniom w swoje szarpiące szpony, drwiący uśmiech wił mu
się po ustach, a oczy świeciły zimno i rozważnie.
"To przeszło! Przeszło!", myślał z jakimś dziwnym uczuciem pustki, jakby
mu żal było tamtych czasów, żal tych złudzeń niepowrotnych, porywów
szlachetnych, zszarganych przez życie, ale to krótko trwało i znowu
siebie odzyskiwał; był tym, czym był, dyrektorem drukarni Hermana
Bucholca, chemikiem, człowiekiem zimnym, mądrym, obojętnym, gotowym do
wszystkiego, prawdziwym Lodzermenschem, jak go nazwał Moryc.
W takim był właśnie nastroju, przechodząc przez apreturę, gdy mu jeden z robotników zastąpił drogę.
-?Czego? -?zapytał krótko, nie zatrzymując się.
-?A to nasz majster pan Pufke powiedział, że od pierwszego kwietnia
będzie nas piętnastu ludzi mniej robiło.
-?Tak. Ustawi się nowe maszyny, które tylu ludzi nie potrzebują do
obsługi, co stare.
Robotnik miął czapkę w ręku, nie wiedząc, co powiedzieć, i nie śmiejąc,
ale zachęcony spojrzeniami, które błyskały zza maszyn, zza sągów
materiałów, zapytał, idąc za nim.
-?A cóż my będziemy robili?
-?Poszukacie sobie roboty gdzie indziej. Pozostaną tylko ci, którzy
dawniej u nas pracują.
-?A i my robimy już po trzy roki.
-?Cóż ja wam poradzę, kiedy maszyna was nie potrzebuje, bo zrobi sama.
Zresztą, do pierwszego może się jeszcze co zmieni, jeśli będziemy
powiększali blich3 -?odpowiedział spokojnie i wszedł na windę,
która zaraz z nim zapadła się w głębi ściany.
Robotnicy spoglądali na siebie w milczeniu, niepokój świecił im w oczach, niepokój przed jutrem, bez roboty, przed nędzą.
-?Ścierwy, nie maszyny. Psy, psiakrew -?szepnął robotnik i kopnął z całą
nienawiścią w bok jakiejś maszyny.
-?Towar idzie na ziemię! -?krzyknął majster.
Chłop prędko nadział czapkę, przygiął się nieco i ze spokojem automatu
odbierał barchan czerwony z maszyny.
III
W restauracji hotelu Victoria było pełno.
Wielkie, niskie pokoje o ciemnych ścianach i żółtych, stiukowych
sufitach, udających drewno, wypełniał hałaśliwy gwar.
Wejściowe drzwi z bramy co chwila brzęczały mosiężnymi prętami
zabezpieczającymi szkło, co chwila ktoś wchodził i ginął w mgle dymów i w tłumie ludzi zapełniających restaurację; elektryczne światła w sali
bufetowej wciąż drgały spazmatycznie i przygasały, a gazowe bąki płonące
równocześnie rzucały mętne światło na zbitą około licznych stolików masę
ludzi i na białe obrusy.
- Kelner, bitte, zahlen4!
-?Piwa!
-?Kelner, bier!
Krzyżowały się wołania razem z głuchym stukiem kufli.
Garsoni w zatłuszczonych frakach, z serwetami podobnymi do ścierek,
przesuwali się we wszystkich kierunkach, błyskając brudnymi torsami nad
głowami pijących.
Wrzawa podnosiła się bezustannie napływającymi ludźmi i wykrzykiwaniem:
-?"Lodzer Zeitung"5! "Kurier Codzienny"! -?jakie rzucali
chłopcy kręcący się pomiędzy stołami.
-?Szczygieł, daj no lodzerkę! -?zawołał Moryc, siedzący w pokoju
bufetowym, pod oknem, w otoczeniu kilku aktorów, wiecznie
przesiadujących w knajpie. -?Uważacie, co zrobił wczoraj nasz "fioł" vel
dyrektor.
-?Mów arcyfioł -?wtrącił szeptem jakiś zgarbiony, stary aktor.
-?Głupiś -?odpowiedział mu pierwszy tajemniczym szeptem do ucha. -?Otóż
nasz arcyfioł wczoraj w antrakcie drugim przyszedł za kulisy i skoro
tylko Niusia zeszła ze sceny, powiada jej: "Tak pani grała wspaniale, że
jak tylko kwiaty będą trochę tańsze, to kupię pani bukiet, chociażby za
całe pięć rubli!".
-?Co powiedział? -?zapytał stary aktor, nachylając się do ucha sąsiada.
-?Żebyś pan pocałował psa w nos.
Wybuchnęli śmiechem.
-?Panie Welt, panie Maurycy, czy pan nie jesteś za cwaj koniak systemem,
co?
-?Panie Bum-Bum, ja jestem za systemem wyrzucenia pana za drzwi.
-?Chciałem kazać dać...
-?Pan lepiej każ blagować za siebie.
-?Cóż, kiedy pan mnie wyręczasz. Panno Ani, koniaczek! -?zawołał,
poprawiwszy binokle i uderzając w zaciśniętą pięść otwartą dłonią prawej
ręki.
-?Pański przodek, panie Maurycy, miał więcej wychowania -?zaczął znowu
Bum-Bum, stojąc na środku pokoju z kawałkiem kiełbasy na widelcu.
-?Ja o pańskim tego nie mogę powiedzieć.
-?Warum? -?rzucił ktoś od sąsiedniego stolika.
-?Bo go wcale nie miał.
-?Nie, nie dlatego, tylko że nie bywał grzecznym względem swoich
pachciarzy6. Welt to zna z tradycji domowych.
-?Wysortowany dawno dowcip, pięćdziesiąt procent niżej kosztu. Bum-Buma,
panowie, sprzedaje się przez publiczną licytację. Kto da co?! -
wykrzyknął złośliwie Moryc.
-?Co on mówi? -?zapytał znowu stary aktor szeptem, kiwając równocześnie
na garsona.
-?Żeś głupi! -?odpowiedział mu tym samym tonem sąsiad.
-?Kto co da za Bum-Buma? Panowie, Bum-Bum się sprzedaje. Stary jest,
brzydki jest, głupi jest, zdezelowany jest, ale tanio się sprzedaje! -
wykrzykiwał i zamilkł, bo Bum-Bum stanął i patrzył na niego, a po chwili
rzekł krótko:
-?Parch! Panno Ani, koniaczek!
Moryc hałaśliwie stukał kuflem i śmiał się głośno, ale nikt mu nie
wtórował.
Bum-Bum wypił i z pochyloną kwadratową twarzą koloru szmalcu
przekrwionego, z oczami wypukłymi, bladoniebieskimi, przykrytymi
binoklami na bardzo szerokiej wstążce, z grzywką rzadkich włosów
oblepiających mu wysokie kwadratowe czoło, o pomarszczonej, wymiętej,
chropowatej skórze, z pochyloną naprzód figurą starego rozpustnika
chodził po całej knajpie, powłócząc drgającymi tabetycznie nogami,
przyczepiał się do rozmaitych grup, gadał dowcipy, z których sam śmiał
się najgłośniej, albo usłyszane kawały roznosił i powtarzał z lubością,
poprawiał obiema rękami binokle, witał się prawie ze wszystkimi
wchodzącymi, a przynajmniej połową, podchodził do bufetu, słychać było
bardzo często jego chrapliwy, rozłażący się głos.
-?Panno Ani, koniaczek. -?I trzaśnięcie dłonią w pięść zaciśniętą.
Moryc przebiegł oczami "Zeitung", niecierpliwie spoglądał na drzwi.
Czekał na Borowieckiego. Wstał wreszcie, bo zobaczył w drugim pokoju
znajomą twarz.
-?Leon, kiedyś przyjechał?
-?Dzisiaj rano.
-?Jakże ci poszedł sezon? -?pytał, siadając obok niego na zielonej
kanapce.
-?Świeeeetnie! -?Wyciągnął nogi na krzesełku i rozpiął kamizelkę.
-?Myślałem dzisiaj o tobie, a nawet wczoraj z Borowieckim mówiliśmy.
-?Borowiecki! Ten od Bucholca?
-?Tak.
-?On wciąż drukuje swoje bojki? Słyszałem, że ma założyć na siebie.
-?Dlatego właśnie mówiliśmy o tobie.
-?I co, wełna?
-?Bawełna!
-?Sama?
-?Co to można dzisiaj wiedzieć.
-?Pieniądze jest?
-?Będą, a tymczasem jest coś więcej, kredyt...
-?Do spółki z tobą?
-?I z Baumem, znasz Maksa?
-?Ojej! W tym wekslu jest feler, jeden żyrant niepewny! Borowiecki -
dodał po chwili.
-?Dlaczego?
-?Polaczok! -?rzucił dosyć pogardliwie i wyciągnął się prawie na kanapce
i na krześle.
Moryc roześmiał się wesoło.
-?To ty go wcale nie znasz. O nim dużo się w Łodzi będzie mówić. Ja w niego, że zrobi gruby interes, tak wierzę jak w siebie.
-?A Baum, cóż to?
-?Baum jest wół, jemu trzeba dać się wyspać i wygadać, a potem dać
robotę, będzie robił jak wół, a zresztą on wcale nie jest głupi. Ty
mógłbyś nam dużo pomóc i sam dużo byś zarobił. Nam już dawał oferty
Krongold.
-?Idźcie do Krongolda, to wielka osoba, on się zna ze wszystkimi
bałaganami, które kupują długiego towaru za sto rubli rocznie; to jest
wielki reisender7 na Kutno, na Skierniwice. Zróbcie z nim
interes, ja się nie narzucam! Ja mam co sprzedawać, ja mam list przy
sobie Bucholca, on mi chce powierzyć agenturę swoich towarów na cały
Wschód, a jakie warunki mi daje! -?I zaczął gorączkowo rozpinać się i szukać po wszystkich kieszeniach tego listu.
-?Wiem o tym, nie szukaj. Borowiecki mi wczoraj mówił, bo to on poradził
ciebie Bucholcowi.
-?Borowiecki! Naprawdę? Dlaczego?
-?Bo on jest mądry i myśli o przyszłości.
-?I tak sobie, przecież za taki interes mógłby grubo zarobić. Ja sam
dałbym dwadzieścia tysięcy bares geld8, jak tu siedzę. Co on w tym
ma? I do tego my się prawie nie znamy.
-?Co on w tym ma, to on ci sam powie, ale tylko tyle ci powiem, że
gotówki nie weźmie.
-?Szlachcic! -?szepnął z pewnym drwiącym politowaniem Leon i splunął na
środek pokoju.
-?Nie, on tylko mądrzejszy od najmądrzejszych reisenderów i agentów na
cały Wschód -?odpowiedział Moryc, dzwoniąc nożem w kufel. -?Dużoś
sprzedał?
-?Za kilkadziesiąt tysięcy, kilkanaście tysięcy gotówki, a reszta
najlepsze weksle, bo na cztery miesiące z żyrem Safonowa! Jedwabny
interes. -?Uderzył Moryca w kolano z zadowolenia. -?Mam i dla ciebie
obstalunek. Widzisz, co to przyjaźń.
-?Na ile?
-?Razem ze trzy tysiące rubli.
-?Długi czy krótki towar?
-?Krótki.
-?Weksel czy nachname9?
-?Nachname? Zaraz ci dam zamówienie. -?Zaczął przewracać w olbrzymim,
zamykanym na klucz pugilaresie.
-?Co ci mam dać?
-?Jeżeli gotówka, to wystarczy jeden procent, po przyjacielsku.
-?Gotówki teraz potrzebuję na gwałt, mam wypłaty, ale w ciągu tygodnia
zapłacę.
-?Dobrze. Masz zamówienie. Wiesz, w Białymstoku spotkałem
Łuszczewskiego, przyjechaliśmy razem do Łodzi.
-?Gdzież ten hrabia jedzie?
-?Przyjechał do Łodzi robić interes.
-?On! Ma widać za dużo; trzeba się z nim zobaczyć.
-?Nic nie ma, przyjechał się dorobić czego.
-?Jak to nic nie ma, przecież jeździliśmy całą bandą z Rygi jeszcze do
jego majątków. Był pan na gruby sposób! I nic mu już nie zostało?
-?Zostało! Trochę gumy z powozów na kalosze! Ha, ha, ha, kapitalny
witz10. -?Uderzył go w kolano.
-?Cóż zrobił z majątkiem? Liczyli go lekko na dwieście tysięcy.
-?A on teraz liczy sam, że ma ze sto tysięcy długów, a to skromny
człowiek.
-?Mniejsza z nim. Napijesz się?
-?Warto by przed teatrem.
-?Kelner, koniak, kawior, befsztyk po tatarsku, porter oryginalny,
gallopp!
-?Bum-Bum, chodź no pan do nas! -?krzyknął Leon.
-?Jak się pan ma, jakże zdróweczko, jakże interesiki! -?wykrzykiwał,
ściskając mu rękę.
-?Dziękuję, bardzo dobrze. Przywiozłem dla pana umyślnie z Odessy coś. -
Wyjął z pugilaresu rysunek pornograficzny i podał.
Bum-Bum poprawił obiema rękami binokle, wziął rysunek i zanurzył się w nim cały z lubością. Twarz mu poczerwieniała, mlaskał językiem,
oblizywał swoje sine opadnięte wargi, trząsł się cały z zadowolenia.
-?Cudowne, cudowne. Niebywałe! -?wykrzykiwał i powlókł się pokazywać
wszystkim.
-?Świnia -?mruknął Moryc niechętnie.
-?Lubi dobre rzeczy, a że jest znawcą...
-?Nie poznałeś znowu kogo? -?zapytał nieco ironicznie.
-?Czekaj!... -?Trzaskał w palce, potem w kolano Moryca, uśmiechnął się i z pugilaresu, spomiędzy rachunków i not wydobył fotografię kobiety.
-?Co? Ładna maszyna? -?mówił z najwyższym zadowoleniem, przymrużając
oczy.
-?Tak.
-?Prawda! Ja zaraz pomyślał, że będzie ci się podobać. To Francuzeczka,
a!
-?Wygląda na Holenderkę, ale krowę.
-?Keine gadanie. To droga sztuka, stówka za nic.
-?Dałbym pięć za wyrzucenie jej za drzwi.
-?Ty zawsze jesteś... no, już nie powiem.
-?A ty masz reisenderowskie gusta. Skąd takie bydlę, gdzieś poznał?
-?W Niżnim ja sobie "pokutił niemnożeczko" z kupcami, to oni mówią w końcu: "Chodź, pan Lew, w cafée concert!". Poszli. Nu, wódka, koniak,
szampańskie pili prawie z beczki, a potem słuchali śpiewu, ona
śpiewaczka, że...
-?Zaczekaj, w tej chwili przyjdę! -?przerwał Moryc, zerwał się i podszedł do tęgiego Niemca, który wszedł do restauracji i rozglądał się
po sali.
-?Gut morgen, panie Müller!
-?Morgen! Jak się pan ma, panie... -?odpowiedział niedbale i rozglądał
się dalej.
-?Pan szuka kogo? Może ja będę mógł pana objaśnić -?nastręczał się
natarczywie Moryc.
-?Szukam pana Borowiecki, tylko po to wszedłem.
-?Będzie zaraz, bo ja właśnie czekam na niego. Może pan pozwoli do
stolika. To mój kolega, Leon Kohn! -?rekomendował.
-?Müller! -?rzucił z pewną dumą i przysiadł się.
-?Kto by nie wiedział o tym! Każde dziecko w Łodzi wie takie nazwisko -
mówił prędko Leon, śpiesznie się zapinając i robiąc miejsce na kanapie.
Müller uśmiechnął się pobłażliwie i patrzał ku drzwiom, bo wszedł
Borowiecki w towarzystwie, ale zobaczywszy go, towarzyszy zostawił przy
drzwiach i z kapeluszem w ręku szedł do tego królika bawełnianego, po
którego wejściu przyciszyło się w knajpie i wszyscy śledzili go z nienawiścią, zazdrością i dumą.
-?Prawie czekałem na pana -?zaczął Müller. -?Mam do pana interes. -
Skinął głową Morycowi i Leonowi, uśmiechnął się do pozostałych, objął
ręką w pas Borowieckiego i wyprowadził z knajpy. -?Telefonowałem do
fabryki, ale mi odpowiedziano, że pan dzisiaj wyszedł wcześniej.
-?Żałuję teraz bardzo -?rzekł uprzejmie.
-?Pisałem nawet do pana, sam pisałem -?dodał mocniej, z wielką
pewnością, chociaż na pewno wiedziano w mieście, że umiał zaledwie się
podpisać.
-?Nie odebrałem listu, bo zupełnie nie wstępowałem do mieszkania.
-?Pisałem o tym, com już kiedyś wspominał. Ja jestem prosty człowiek,
panie von Borowiecki, to ja powiem raz jeszcze i prosto: dam panu tysiąc
rubli więcej, wstąp pan do mojego interesu.
-?Bucholc dałby mi dwa tysiące więcej, abym tylko został -?szepnął
zimno.
-?Dam panu trzy, no, dam panu cztery! Słyszysz pan, cztery tysiące rubli
więcej, to jest całe czternaście tysięcy rocznie, ładny grosz!
-?Bardzo panu dziękuję, ale nie mogę przyjąć tak wspaniałej propozycji.
-?Zostajesz pan u Bucholca? -?zapytał prędko.
-?Nie. Powiem otwarcie, dlaczego nie przyjmuję pańskiej oferty ani nie
zostaję w firmie. Zakładam sam fabrykę.
Müller przystanął, odsunął się nieco, popatrzył i ciszej, z pewnym jakby
szacunkiem zapytał:
-?Bawełna?
-?Nie powiem nic prócz tego, że żadnej konkurencji panu nie zrobię.
-?Mnie jest ganz-pommade, wszystkie konkurencje! -?wykrzyknął, uderzając
się po kieszeni. -?Co mi pan może zrobić, co mi kto może zrobić? Kto co
zrobi milionom?
Borowiecki nic się nie odezwał, tylko uśmiechał się, zapatrzony przed
siebie.
-?Co to będzie za towar? -?zaczął Müller, znowu ujmując go niemieckim
obyczajem wpół. Spacerowali tak po asfaltowym, powybijanym chodniku,
prowadzącym przez podwórze hotelowe do gmachu teatralnego, stojącego w głębi, oświetlonego wielką latarnią elektryczną.
Tłumy ludzi szły do teatru.
Powóz za powozem zajeżdżał przed hotelową bramę i wyrzucał ciężkich i przeważnie opasłych mężczyzn i bardzo wystrojone kobiety, które
pootulane szły pod parasolami tym chodnikiem, oślizgłym od wilgoci, bo
chociaż deszcz ustał już, ale gęsta lepka mgła opadała na ziemię.
-?Pan mi się podoba, panie von Borowiecki -?mówił Müller, nie
doczekawszy się odpowiedzi. -?Tak mi się pan podoba, że jak tylko pan
zrobi klapę, to zawsze znajdzie pan u mnie miejsce na jakie parę tysięcy
rubli.
-?Teraz dałby mi pan więcej?
-?No, bo teraz pan jesteś dla mnie więcej wart.
-?Dziękuję za szczerość. -?Uśmiechnął się ironicznie.
-?Ale ja pana nie chciałem obrazić, ja mówię tak, jak myślę -
usprawiedliwiał się gorąco, dojrzawszy ten uśmiech.
-?Wierzę. Skoro zrobię klapę raz, to tylko dlatego, żeby drugi raz jej
nie zrobić.
-?Pan jesteś głowa, panie Borowiecki, pan mi się ogromnie podoba. My
razem moglibyśmy robić dobre interesy.
-?Cóż, kiedy musimy je robić osobno. -?Zaśmiał się, kłaniając się nisko
jakimś damom przechodzącym.
-?Ładne kobiety, te Polki, ale moja Mada też ładna.
-?Bardzo ładna -?powiedział poważnie, podnosząc na niego oczy.
-?Ja mam myśl! Ja ją panu kiedy indziej powiem! -?zawołał tajemniczo. -
Masz pan miejsce w teatrze?
-?Mam krzesło, przysłali mi dwa tygodnie temu.
-?Nas tylko troje będzie w loży.
-?Są i panie?
-?One już w teatrze, a ja umyślnie zostałem, aby się widzieć z panem, no
i na nic moje plany. Do widzenia, pan zajrzy do loży?
-?Z pewnością, będzie to dla mnie bardzo przyjemnym obowiązkiem.
Müller zniknął w drzwiach teatru, a on powrócił do restauracji. Nie
zastał już Moryca, który przez garsona kazał powiedzieć, że czeka w teatrze.
W bufecie, gdzie poszedł napić się wódki, bo czuł się dziwnie
zdenerwowanym, nie było prawie nikogo, prócz Bum-Buma, który
przysłonięty gazetą drzemał w kącie.
-?Bum, nie idziesz pan do teatru?
-?Te, po co mi to. Bawełnę oglądać, przecież ich znam. Pan idzie?
-?A zaraz.
Jakoż i wyszedł, odnalazł swoje miejsce w pierwszym rzędzie obok Moryca
i Leona, który zawzięcie kłaniał się i lornetował jakieś blondynki
siedzące na pierwszym piętrze.
-?Krasawica pierwszy sort, ta moja blondynka, patrz Moryc.
-?Znasz ją bliżej?
-?Czy ja ją znam bliżej? Ha, ha, ha, ja ją znam bardzo bliżej! Poznaj
mnie z Borowieckim.
Moryc ich poznajomił zaraz.
Leon chciał coś mówić, już nawet klepnął w kolano Moryca, ale Borowiecki
wstał i odwrócony twarzą do sali zapełnionej od góry do dołu najlepszą,
na jaką tylko było stać Łódź, publicznością, przyglądał się uważnie, co
chwila kłaniając się to lożom, to krzesłom, niesłychanie dystyngowanym
ruchem głowy.
Stał spokojnie pod ogniem lornetek i spojrzeń, jakie w niego uderzały ze
wszystkich stron teatru, który wrzał niby ul świeżo obsadzonym rojem.
Jego wysoka, rozrośnięta, bardzo zgrabna postać rysowała się wykwintną
sylwetką. Piękna twarz, o bardzo typowym, wydelikaconym rysunku,
ozdobiona prześlicznymi wąsami starannie utrzymywanymi i usta o spodniej
wardze silnie wysuniętej, i pewna niedbałość w ruchach i spojrzeniach,
czyniły go typem dżentelmena.
Nikt nie mógłby był z jego powierzchowności wykwintnej poznać, że ma
przed sobą człowieka, który jako chemik fabryczny, jako kolorysta, był
niezrównany w swojej specjalności; człowieka, o którego toczyły się
wojny pomiędzy fabrykami bawełnianymi, by go zdobyć dla siebie; był
takim, który w tym dziale fabrykacji robił przewroty.
Szare, z niebieskawym odcieniem oczy, twarz sucha, brwi prawie ciemne,
czoło twardo modelowane nadawały mu coś drapieżnego.
Czuć było w nim silną wolę i nieugiętość.
Patrzył dosyć wyniośle na teatr zalany światłem i na tę barwną,
błyszczącą brylantami publiczność.
Loże podobne były do żardinierek wybitych wiśniowym aksamitem, na
którego tle niby kwiaty siedziały strojne kobiety, skrzące się drogimi
kamieniami.
-?Karol, ile może być dzisiaj milionów w teatrze? -?zapytał cicho Moryc.
-?Będzie ze dwieście -?odpowiedział tak samo, z wolna ogarniając znane
twarze milionerów.
-?Tu rzeczywiście pachnie milionami -?wtrącił Leon, wciągając w siebie
powietrze przesycone zapachem perfum, kwiatów świeżych i błota
przyniesionego z ulicy.
-?Cebulą i kartoflami przede wszystkim -?szepnął pogardliwie Borowiecki
i kłaniał się z bardzo słodkim uśmiechem do jednej z lóż parterowych,
przy samej scenie, wspaniale pięknej Żydówce w czarnej jedwabnej sukni
decolté, z której wychylały się olśniewające białością, przepysznie
uformowane ramiona i szyja okręcona w sznur brylantów. Brylanty
połyskiwały nad skroniami, w grzebykach upinających czarne puszyste
włosy, zaczesane modą cesarstwa -?na uszy, w których również skrzyły się
brylanty zadziwiającej wielkości, brylanty lśniły się u gorsu, w agrafie
spinającej stanik i połyskiwały w bransoletkach okręcających ręce
obciągnięte w czarne rękawiczki. Wielkie, podłużne oczy fiołkowe niby
najwspanialsze szafiry paliły się ostro. Twarz miała o gorącym tonie
lekko oliwkowym, przesyconym nieco karminem krwi, czoło niskie, brwi
silnie zarysowane, nos prosty i cienki i dosyć duże, pełne usta.
Spoglądała z pewnym uporem na Borowieckiego, nie zważając, że ją
lornetowano ze wszystkich lóż, czasami rzucała nieznaczne spojrzenia na
siedzącego trochę w głębi loży męża, starca o wybitnie semickim typie,
który z opuszczoną głową na piersi siedział zatopiony w rozmyślaniach,
chwilami budził się, rzucał przenikliwe spojrzenia spod złotych okularów
na salę, obciągał na wydatnym brzuchu kamizelkę i szeptał żonie:
-?Lucy, czemu się ty tak wystawiasz?
Udawała, że nie słyszy, i przeglądała dalej loże i krzesła, zapchane
publicznością o typach przeważnie semickich i germańskich, albo patrzyła
na Borowieckiego, który chwilami odczuwał te spojrzenia, bo się odwracał
do niej twarzą, ale stał zimny na pozór i obojętny.
-?Ładny kawałek kobiety z tej Zuckerowej -?szepnął Leon do
Borowieckiego, bo chciał zacząć rozmowę, aby się dowiedzieć bliższych
szczegółów o swojej agenturze.
-?Uważasz pan?... -?odpowiedział chłodno tamten.
-?Ja bo widzę. Patrz pan, jej biust, ja to najlepiej lubię w kobiecie, a ona ma biust frontowy, jak aksamit, ha, ha, ha.
-?Z czego się śmiejesz? -?pytał ciekawie Moryc.
-?Zrobiłem pyszny witz. -?I powtarzał go Morycowi ze śmiechem.
Umilkli, bo kurtyna się podniosła, wszystkie oczy utonęły w scenie,
tylko Zuckerowa zza wachlarza patrzyła w Karola, który zdawał się tego
nie spostrzegać, co ją tak widocznie irytowało, że po kilka razy
składała wachlarz i uderzała nim w parapet jakby od niechcenia.
Uśmiechał się nieznacznie, rzucał na nią krótkie spojrzenia i patrzył
dalej z uwagą wielką na scenę, gdzie amatorzy i amatorki parodiowali
prawdziwych aktorów i sztukę. Było to bowiem przedstawienie na cel
dobroczynny, złożone z dwóch komedyjek, śpiewu solowego, gry na
skrzypcach i fortepianie i żywych obrazów na zakończenie.
W antrakcie Borowiecki wstał, aby iść do loży Müllerów, zatrzymał go
Kohn.
-?Panie Borowiecki, ja chciałem z panem pomówić.
-?Może po teatrze, bo, jak pan widzi, teraz nie mam czasu -?szepnął i poszedł.
-?On jest wielki pan, teraz nie ma czasu.
-?Ma rację, tutaj wcale nie miejsce do interesów.
-?Moryc, tyś zgłupiał do reszty, co ty wygadujesz, dla interesów jest
wszędzie miejsce, tylko ten von Borowiecki to wielki książę od Bucholca
i Spółki, wielka osoba!
Borowiecki tymczasem wszedł do loży Müllerów, stary wyszedł, aby mu
zrobić miejsce, bo już tam na czwartego siedział jakiś niski, gruby
Niemiec.
Przywitał się z matką drzemiącą w głębi loży i z córką, która podniosła
się niemal na jego wejście.
-?Störch.
-?Borowiecki.
Skrzyżowały się nazwiska i dłonie.
Karol usiadł.
-?Jak się pani bawi? -?zapytał, aby coś powiedzieć.
-?Doskonale, wybornie! -?wykrzyknęła i jej okrągła, różowa twarz,
podobna do młodej rzodkiewki świeżo obmytej, rozbłysła silniejszymi
rumieńcami, co tym mocniej odbijały przy jasnozielonej sukni.
Podniosła chusteczkę do twarzy, aby przysłonić rumieńce, bo się ich
wstydziła.
Matka zarzuciła jej na ramiona wspaniały koronkowy szal, bo przeciąg od
drzwi otwartych przewiewał po teatrze, i drzemała dalej.
-?A pan? -?zapytała po chwili, podnosząc na niego niebieskie, zupełnie
porcelanowe oczy, o jasnych złotawych obrzeżach rzęs i w tej chwili, z rozchylonymi nieco, bladymi ustami dziecka, z twarzyczką podniesioną,
podobna była do świeżo upieczonej bułki.
-?Powiem to samo: wybornie, doskonale albo: doskonale, wybornie.
-?Dobrze grają, prawda?
-?Tak, po amatorsku. Myślałem, że pani weźmie udział w przedstawieniu.
-?Ja bardzo pragnęłam, ale kiedy mnie nikt nie zaprosił -?mówiła
szczerze, z wielką przykrością.
-?Projekt ten istniał, ale nie miano odwagi, bano się odmowy, zresztą do
domu państwa wstęp tak trudny, jakby na dwór królewski.
-?Ja, ja to samo mówił pannie Mada -?wtrącił Störch.
-?To pan winien, przecież pan bywa u nas, trzeba było mi powiedzieć.
-?Nie miałem czasu i zapomniałem -?tłumaczył się prosto.
Zapanowało milczenie.
Störch odkasływał, nachylał się już, aby zacząć rozmowę, ale cofał się,
widząc, że Borowiecki znudzonym wzrokiem włóczy po teatrze, a Mada była
jakaś pomieszana, bo chciała dużo mówić, a teraz, gdy ten Borowiecki
siedzi obok niej, gdy loże ze specjalnym zainteresowaniem lornetują ich,
nie wie, co mówić, wreszcie zaczęła.
-?Pan będzie w naszej firmie?
-?Niestety, musiałem ojcu pani odmówić.
-?A papa tak liczył na pana.
-?Ja sam bardzo żałuję.
-?Myślałam, że we czwartek pan u nas będzie, bo mam pewną prośbę.
-?Mogęż ją zaraz wysłuchać?
Pochylił głowę ku niej i spoglądał do loży Zuckerów.
Lucy wachlowała się gwałtownie i widocznie poza wachlarzem kłóciła się z mężem, który raz po raz obciągał kamizelkę na brzuchu i wyprostowywał
się na krześle.
-?Chciałam prosić, aby mi pan wskazał niektóre polskie książki do
czytania. Mówiłam to już papie, ale powiedział mi, że jestem głupia i powinnam się zająć domem i gospodarstwem.
-?Ja, ja. Fater tak powiedziała -?szepnął znowu Störch, cofając się
nieco z krzesłem, bo go Borowiecki uderzył oczami.
-?Dlaczego pani chce tego, po co to pani? -?zapytał dosyć twardo.
-?A bo chcę -?odparła rezolutnie. -?Chcę i proszę o informację.
-?Brat musi mieć przecież w tym nowym pałacyku i bibliotekę.
Zaśmiała się bardzo serdecznie i bardzo cichutko.
-?Co pani widzi śmiesznego w moim przypuszczeniu?
-?Ale, bo Wilhelm tak nie lubi książek, że kiedyś pogniewał się na mnie
i gdy byłam z mamą w mieście, spalił mi wszystkie moje książki.
-?Ja, ja. Wilhelm nie lubi książek, on jest dobry bursz11.
Borowiecki popatrzył zimno na Störcha i rzekł:
-?Dobrze, przyślę pani jutro spis tytułów.
-?A jeślibym ja pragnęła mieć ten spis zaraz, natychmiast.
-?To natychmiast mogę kilka tytułów napisać, a resztę jutro.
-?Pan jest dobry chłopak -?powiedziała wesoło, ale ujrzawszy, że usta mu
drgnęły uśmiechem ironii, rozczerwieniła się jak piwonia.
Napisał na bilecie wizytowym, opatrzonym w herby, pożegnał się i wyszedł.
W korytarzu spotkał się ze starym Szają Mendelsohnem, prawdziwym królem
bawełnianym, którego nazywano krótko -?Szaja.
Był to wysoki, chudy Żyd, o wielkiej, białej, iście patriarchalnej
brodzie, ubrany w długi, zwykły chałat, który mu się tłukł po piętach.
Szaja zawsze bywał tam, gdzie przypuszczał, iż będzie Bucholc, jego
największy współzawodnik w królestwie bawełnianym, największy fabrykant
łódzki i do tego osobisty nieprzyjaciel.
Zagrodził drogę Borowieckiemu, który uchylając kapelusza, chciał przejść
dalej.
-?Witam pana. Nie ma dzisiaj Hermana, dlaczego? -?zapytał ohydną
polszczyzną.
-?Nie wiem -?odparł krótko, bo nie cierpiał Szai, jak go nie cierpiała
cała nieżydowska Łódź.
-?Żegnam pana -?rzucił sucho i pogardliwie Szaja.
Borowiecki nic nie odpowiedział i poszedł na pierwsze piętro, do jednej
z lóż, w której był cały bukiet kobiet, pomiędzy nimi zastał Moryca i Horna.
W loży było nadzwyczaj wesoło i bardzo ciasno.
-?Nasza mała ślicznie gra, prawda, panie Borowiecki?
-?Tak i bardzo żałuję, że nie zaopatrzyłem się w bukiet.
-?My go mamy, podadzą jej po drugiej sztuce.
-?Że jest ciasno beze mnie i wesoło beze mnie, że panie mają już asystę,
wychodzę.
-?Zostań pan z nami, będzie jeszcze weselej -?prosiła go jedna z kobiet
w liliowej sukni, z liliową twarzą i z liliowymi oczami.
-?Weselej to pewnie nie, ale że ciaśniej, to z pewnością! -?zawołał
Moryc.
-?To wyjdź, będzie zaraz więcej miejsca.
-?Żebym mógł iść do loży Müllerów, to bym wyszedł.
-?Mogę ci to ułatwić.
-?Ja wychodzę i zaraz zrobi się więcej miejsca! -?zawołał Horn, ale
pochwyciwszy proszące spojrzenie młodej dziewczyny, siedzącej na froncie
loży, pozostał.
-?Wie pani, panno Mario, ile się taksuje panna Müller? Pięćdziesiąt
tysięcy rubli rocznie!
-?Mocna panna! Ja bym się puścił na ten interes -?szepnął Moryc.
-?Przysuń się pan bliżej, to coś opowiem -?szepnęła liliowa i pochyliła
nisko głowę tak, że jej ciemne, puszyste włosy dotykały skroni
nachylonego do niej Borowieckiego. Zasłoniła się wachlarzem i szeptała
mu długo do ucha.
-?Nie spiskujcie! -?zawołała najstarsza w loży, zupełnie w stylu
barocco, piękna, czterdziestokilkuletnia kobieta, o cerze
olśniewającej, siwych zupełnie włosach, nadzwyczaj obfitych, czarnych
oczach i brwiach i o majestatycznej, imponującej postaci, która
przewodniczyła całej loży.
-?Pani Stefania opowiadała mi ciekawe szczegóły o tej nowej baronowej.
-?No, nie powtórzyłaby tego przy wszystkich -?szepnęła barokowa.
-?Panna Mada Müller raczy nas lornetować, o!
-?Wygląda dzisiaj jak młoda, tłuściutka, oskubana z piórek gęś, okręcona
w nać z pietruszki.
-?Pani Stefania udaje dzisiaj złośliwą -?szepnął Horn.
-?Albo tamta, Szajówna, cały magazyn jubilerski ma na sobie.
-?Przecież stać ją nawet na dwa sklepy jubilerskie -?wtrącił Moryc,
wpakował binokle na nos i patrzył na dół, na lożę Mendelsohnów, gdzie
siedziała z ojcem jego najmłodsza córka ubrana z niesłychanym przepychem
z jakąś drugą panną.
-?Któraż kulawa?
-?Róża, ta po lewej stronie, ruda.
-?Wczoraj była u mnie w sklepie, przerzuciła wszystko, nic nie kupiła i poszła, ale miałam czas się jej przyjrzeć, jest zupełnie brzydka -
mówiła pani Stefania.
-?Ona jest prześliczną, ona jest anioł, co to anioł, ona jest cztery
albo piętnaście aniołów! -?wykrzykiwał Moryc, przedrzeźniając starego
Szaję.
-?Do widzenia paniom, chodź, Moryc, pan Horn zostanie przy paniach.
-?Może panowie przyjdą do nas na herbatę po teatrze? -?prosiła
wszystkich liliowa, patrząc na Borowieckiego.
-?Dziękuję bardzo, ale przyjdę jutro, dzisiaj nie mogę.
-?Czy jesteś pan zamówiony do Müllerów? -?szepnęła trochę cierpko.
-?Do Grand Hotelu. Dzisiaj sobota, przyjeżdża Kurowski, jak zwykle, a ja
mam z nim do obgadania niesłychanie ważne rzeczy.
-?To załatw się z nim pan w teatrze, musi przecież być.
-?On przecież nie bywa w teatrze, nie zna go pani?
Ukłonił się i wyszedł, przeprowadzony dziwnym spojrzeniem pani Stefanii.
Akt dosyć dawno się już ciągnął, więc przesuwał się do swojego miejsca i siadł, ale nie słuchał, bo naokoło szeptano coś nader tajemniczo.
Zdziwił wszystkich fakt, że w czasie sztuki wywołano z loży Knolla,
zięcia Bucholca, który siedział samotnie w loży, na wprost Zuckerów, a potem, że wyniósł się z teatru cichaczem Grosglik, największy bankier
łódzki.
Przynieśli mu depeszę, z którą poleciał do Szai.
Szczegóły te, podawane sobie szeptem, obleciały niby błyskawica teatr i wzbudziły jakiś ciemny, niewytłumaczony niepokój w przedstawicielach
różnych firm.
-?Co się stało? -?zapytywano, nie znajdując odpowiedzi na razie.
Kobiety słuchały sztuki, ale większość mężczyzn z parteru i z lóż
przypatrywała się z niepokojem królom i królikom łódzkim.
Mendelsohn siedział zgarbiony, z okularami na czole, gładził chwilami
brodę wspaniałym ruchem i szczerze zdawał się pochłonięty
przedstawieniem.
Knoll, wszechpotężny Knoll, zięć i następca Bucholca, także słuchał z uwagą.
Müller istotnie musiał nie wiedzieć o niczym, bo śmiał się na całe
gardło z dowcipów mówionych na scenie, śmiał się tak szczerze, że
chwilami Mada szeptała cicho:
-?Papo, tak nie można.
-?Zapłaciłem, to się bawię -?rzucał jej w odpowiedzi i istotnie bawił
się zupełnie.
Zucker zniknął, w loży siedziała samotnie Lucy i znowu patrzyła na
Borowieckiego.
Mniejsi potentaci i przedstawiciele takich firm jak: Ende-Griszpan,
Wolkman, Bauvecel Fitze, Biberstein, Pinczowski, Prusak, Stojowsky,
kręcili się na swoich miejscach coraz niespokojniej, szepty przelatywały
z końca w koniec teatru, co chwila ktoś się wysuwał i nie powracał.
Oczy badały naokoło, na ustach tkwiły zapytania, niepokój wszystkimi
owładał coraz silniejszy.
A nikt nie umiał sobie wytłumaczyć dlaczego, chociaż wszyscy byli pewni,
że stało się coś ważnego.
Z wolna to zdenerwowanie udzielało się tym nawet, którzy nie obawiali
się żadnych złych wieści.
Wszyscy poczuli drżenie łódzkiego gruntu, tak często w ostatnich czasach
nawiedzanego kataklizmem.
Tylko góra, tanie miejsca, nic nie odczuwała, bawiła się wciąż wybornie,
wybuchała śmiechem, biła oklaski, wołała "brawo".
Śmiech jakby falą buchał z drugiego piętra i rozpryskiwał się kaskadą
dźwięków na parter i loże, na te wszystkie głowy i dusze tak nagle
zaniepokojone, na te miliony rozpostarte na aksamicie, ubrylantowane,
pyszne swą władzą i wielkością.
Ze wszystkich lóż tylko loża znajomych Borowieckiego pań brała udział w zabawie i bawiła się doskonale.
Potworzyły się pewne rafy na tym ruchomym morzu, które siedziały
spokojnie, wpatrzone w scenę; były to rodziny przeważnie polskie,
których nic nie mogło zaniepokoić, bo nic nie miały do stracenia.
-?To bawełna -?szepnął Leon do Borowieckiego. -?Patrz pan, wełna i inni
siedzą prawie spokojnie, są tylko ciekawi. Ja się na tym znam.
-?Frumkin w Białymstoku, Lichaczew w Rostowie, Ałpasow w Odessie. Klapa
-?szepnął Moryc, który skądciś dowiedział się tego.
Wszyscy trzej byli to kupcy en gros, jedni z największych odbiorców
łódzkich.
-?Na ile Łódź zaangażowana? -?pytał Borowiecki.
Moryc znowu wyszedł i powrócił po kilku minutach, był znacznie bledszy,
usta miał skrzywione, oczy świeciły dziwnie; nie mógł ze wzruszenia
trafić z binoklami na nos.
-?Jest jeszcze jeden. Rogopuło w Odessie. Murowane firmy, same murowane!
-?Wysoko leżą?
-?Łódź traci ze dwa miliony -?szepnął bardzo poważnie i usiłował włożyć
binokle.
-?Nie może być! -?wykrzyknął prawie głośno Borowiecki, zrywając się z miejsca, aż publiczność siedząca za nim zaczęła stukać i sykać, żeby nie
zasłaniał sceny sobą. -?Kto ci powiedział?
-?Landau, a jak Landau mówi, to Landau wie.
-?Kto traci?
-?Wszyscy po trochu, a Kessler, Bucholc, Müller najwięcej.
-?Ale żeby ich nie podeprzeć, pozwolić na taką klapę.
-?Rogopuło uciekł, Lichaczew umarł, zapił się z rozpaczy.
-?A Frumkin i Ałpasow?
-?Nic nie wiem, mówiłem tyle, co było w depeszy.
Już teraz te wszystkie wieści rozlały się po teatrze, wszyscy wiedzieli
o klęsce.
Co chwila widać było, jak ta wiadomość niby bomba wybucha w innej
stronie teatru.
Twarze podnosiły się w górę, oczy błyskały, słowa jakieś ostre
dźwięczały w powietrzu, krzesła się podnosiły z trzaskiem, wybiegali z pośpiechem do telegrafu i telefonów.
Teatr bardzo opustoszał.
Borowiecki czuł się także zdenerwowany tą wieścią, sam nic nie tracił,
ale tracili wszyscy naokoło niego.
-?Wy nic nie tracicie? -?zapytał Maksa Bauma, który znalazłszy miejsce
wolne, przysiadł się bliżej niego.
-?My nie mamy nic do stracenia prócz honoru, a przecież tym towarem w Łodzi się nie operuje -?odpowiedział drwiąco.
-?Ładnie Łódź trzeszczy.
-?Nastanie ciepły sezon.
-?Tak, tak. Straż ogniowa będzie mieć robotę.
-?Zrobi się cieplej, to prędzej wiosna będzie.
-?Warto by, węgle takie drogie.
-?Pan się śmiej zdrów, bo to pana nic nie kosztuje, taka zabawa.
-?Bywało tak, bywało. Połowa skręci kark, a druga połowa zarobi.
-?Kto najlepiej leży?
-?Bucholc, Kessler, Müller.
-?Tym się nigdy nic nie stanie, co im kto zrobi.
-?Niech ich wszystkich diabli wezmą, co mi to szkodzi, co ja na tym
zarobię, że oni mają albo nie mają.
Tak się krzyżowały uwagi, zapytania, cyfry, spojrzenia prawie wesołe i zadowolone z ruiny innych, przypuszczenia i drwiny.
-?Mayer podobno na całe sto tysięcy rubli zaangażowany?
-?To mu dobrze zrobi na brzuch, sprzeda konie, będzie chodził pieszo i zaraz schudnie, nie będzie potrzebował już jeździć do Marienbadu.
-?Będą tanio do sprzedania różne familijne brylanty.
-?Wolkmana może to dobić, on już szedł na pół pary.
-?Możesz, Robert, teraz prosić o rękę jego córki, już cię nie wyrzucą za
drzwi.
-?Niech jeszcze poczeka.
Tak wrzał parter, tłum.
Królowie siedzieli spokojnie.
Szaja nie spuszczał oczów ze śpiewaczki i jak skończyła, pierwszy zaczął
bić brawo, a potem szeptał po cichu z Różą i nieznacznie, gładząc brodę,
wskazywał na Knolla, który oparty łokciami o parapet loży skinął głową
na Borowieckiego.
Karol zaraz w pierwszym antrakcie zjawił się u niego.
-?Słyszałeś pan?
-?Słyszałem. -?I zaczął wyliczać firmy.
-?Głupstwo.
-?Głupstwo, dwa miliony rubli na samą Łódź?
-?Nie my tracimy; przed chwilą był Bauer i mówił, że jakieś kilkanaście
tysięcy.
-?W teatrze mówią, że z pół miliona.
-?To Szaja tak rozpuszcza pogłoskę, bo on tyle traci. Głupi Żyd.
-?W każdym razie odbije się to na Łodzi porządnie, firmy będą lecieć jak
muchy.
-?Niech zdechną wszyscy, co to nam szkodzi -?szeptał zimno i przyglądał
się swoim rękom starannie utrzymanym, i gonił bezwiednie przymrużonymi
oczyma za połyskiem brylantów osadzonych w pierścionku lewej ręki.
-?Ja do pana mówię nie jak do naszego człowieka, a jak do przyjaciela.
Pan wie, kto musi paść z powodu tego krachu?
-?Na pewno nie wymieniają nikogo prawie.
-?Mniejsza z tym, zawsze padnie dosyć, a ilu, to zobaczymy jutro, będzie
wesoła niedziela.
-?Prawdziwe nieszczęście.
-?Dla naszej firmy nie, bo pomyśl pan, kto pada: bawełna. Kto pozostaje:
my, Szaja i paru innych. Ta parszywa, żydowska, tandetna konkurencja
zdechła w połowie albo zaraz zdechnie, struli się sami. Na jakiś czas
będzie nam luźniej. Będziemy robili parę nowych gatunków, które oni
robili, no i będziemy o tyle więcej sprzedawali. Ale to jest bagatelka,
kręcą karki, niech kręcą; palą się, niech się palą; oszukują, niech
oszukują; my zawsze zostaniemy. To zresztą mało ważne rzeczy, są
znacznie ważniejsze, zobaczysz pan niedługo, że połowa fabryk
bawełnianych stanie, niedługo, niedługo.
Borowiecki patrzył na niego i słuchał z pewną niecierpliwością, nie
lubił Knolla i jego dumy szalonej, płynącej z poczucia swoich milionów.
Był największym po teściu dorobkiewiczem, w tym świecie dorobkiewiczów
najwykształceńszym, dobrze wychowanym, przyjemnym w obcowaniu, ale i najbardziej nieubłaganym i najbardziej wyzyskującym pracę, ludzi i wpływy, jakie miał wszędzie.
-?Przyjdź pan jutro do nas na obiad, proszę pana w ojca imieniu. A teraz
będzie pan łaskaw zobaczyć, która godzina, ja tego nie mogę zrobić, aby
nie myślano, że mi się gdzie spieszy.
-?Za kilka minut jedenasta.
-?O której odchodzi kurierski do Warszawy?
-?Wpół do pierwszej.
-?Mam jeszcze czas. Muszę panu powiedzieć, dlaczego dla mnie te
wiadomości o bankructwach, o tym, że Łódź traci dwa miliony, są mało
ważne; przyszły bowiem wiadomości znacznie ważniejsze... -?urwał nagle. -
Ja mówię do szlachcica?
-?Zdaje mi się, ale nie rozumiem związku...
-?Zaraz pan zrozumiesz. Pan jest naszym przyjacielem, my panu nigdy nie
zapomnimy tego, że pan podniósł naszą drukarnię. Widzi pan, przed
godziną donieśli depeszą z Petersburga o bardzo ważnej sprawie, o tym,
że... że ja muszę tam jechać zaraz, ale w zupełnej tajemnicy.
Dokończył spiesznie i nie powiedział tego, co chciał powiedzieć,
powstrzymał go wzrok Borowieckiego zimny i podejrzliwy, który go
przewiercał tak na wskroś, że Knoll poruszył się niespokojnie, poprawił
szpilkę w krawacie i popatrzył na lożę naprzeciwko.
-?Ta Zuckerowa to śliczna kobieta.
-?Ma ładne brylanty.
-?Więc pan jutro przyjdzie do starego?
-?Ależ z pewnością.
-?Ma on tam jakiś specjalny interes. Pan już wychodzi, to poproszę o jedno, może pan zechce powiedzieć mojemu stangretowi, żeby czekał na
mnie na Przejazd. No, do widzenia, za kilka dni będę. Więc tajemnica,
panie Borowiecki.
-?Najzupełniejsza.
Borowiecki wyszedł z uczuciem zawodu. Czuł, że Knoll nie powiedział mu
wszystkiego.
"Co to za wiadomość? Po co on jedzie? Dlaczego mi nie powiedział?",
myślał, ale na próżno, gubił się w domysłach i przypuszczeniach.
Nie czekał zapadnięcia kurtyny i wyszedł, ale już z ulicy powrócił do
teatru i poszedł do loży Zuckerowej.
-?Myślałam, że pan o mnie zapomniał -?powiedziała z wyrzutem, utkwiwszy
w nim swoje ogromne, cudne oczy.
-?Czy to możebne?
-?Dla pana jest wszystko możebnym.
-?Potępia mnie pani, na wiarę przyjaciół i nieprzyjaciół.
-?Co mnie to obchodzi, widziałam tylko, że pan wyszedł.
-?Ale powróciłem, musiałem powrócić -?szepnął ciszej.
-?Do teatru, zapomniał pan czego.
-?Do pani.
-?Tak?! -?szepnęła długo i oczy jej zamigotały blaskiem radości.
-?Pan tak do mnie nigdy nie mówił.
-?Ale dawno tego pragnąłem.
Ogarnęła spojrzeniem całującym jego twarz, aż poczuł coś jakby powiew
ciepły na ustach.
-?Pan mówił o mnie tam w krzesłach z panem Weltem, czułam to.
-?Mówiliśmy o pani brylantach.
-?Prawda, że tak pięknych żadna nie ma w Łodzi?
-?Prócz Knollowej i baronowej -?powiedział złośliwie, uśmiechając się.
-?I o czym jeszcze mówiliście?
-?O pani piękności!
-?Pan ze mnie żartuje.
-?Nie mogę żartować z tego, co kocham -?powiedział przytłumionym głosem,
ujmując zwieszoną rękę.
Wyrwała mu ją szybko i patrzyła rozszerzonymi oczami, oglądając się
dokoła, jakby te słowa powiedziano na sali.
-?Żegnam panią -?mówił, powstając, był zły na siebie, czuł, że popełnił
głupstwo, że jej to tak prosto bez przygotowań wielkich powiedział, ale
działała na niego narkotycznie.
-?Wyjdziemy razem, zaraz -?powiedziała prędko, pozbierała szal, cukierki
z pudełkiem, wachlarz i wyszła.
Ubierała się w milczeniu.
Borowiecki nie wiedział, co mówić, patrzył tylko na nią, na jej oczy
zmieniające co chwila wyraz, na cudnie zarysowane ramiona, na usta,
które ustawicznie oblizywała, na wspaniałą, doskonale rozwiniętą figurę.
Gdy włożyła kapelusz, podał jej rotundę12. Pochyliła się nieco w tył, aby ją wziąć na ramiona, i w tym ruchu dotknęła włosami jego ust,
odsunął się nieco w tył, jakby sparzony, a ona nie znajdując oparcia,
upadła mu plecami na piersi.
Pochwycił ją szybko w ramiona i wpił się ustami w jej kark, który się
naprężył i skurczył pod pożerającym pocałunkiem.
Krzyknęła cicho i wparła się w niego całą siłą na mgnienie, aż się
zachwiał pod jej ciężarem.
Wyrwała mu się szybko z objęć.
Była blada jak marmur, dyszała ciężko, a spod przymkniętych powiek
buchały płomienie.
-?Odprowadzi mnie pan do powozu -?powiedziała, nie patrząc na niego.
-?Chociażby na koniec świata.
-?Zapnij mi pan rękawiczki.
Zapinał, ale nie mógł znaleźć ani dziurek, ani guziczków, tak jak nie
mógł znaleźć jej spojrzenia, bo nie patrzyła na niego; oparła się jednym
ramieniem o ścianę, odwróciła nieco głowę i tak stała z ręką w jego
ręku, z dziwnym uśmiechem na ustach, które promieniowały karminem;
czasem wstrząsnął nią dreszcz, wtedy silniej przycisnęła się do ściany i jakiś cień, jakby przerażenia, migotał po jej twarzy i taił się w kątach
ust.
-?Chodźmy -?szepnął, skończywszy zapinanie. Doprowadził ją do powozu,
wsadził, a ujmując jej rękę i całując gorąco, szepnął: -?Niech mi pani
przebaczy, błagam na wszystko.
Nic nie odpowiedziała, tylko tak silnie pociągnęła go do wnętrza, że
wskoczył bez namysłu, zatrzaskując drzwi za sobą.
Konie ruszyły z kopyta.
Borowiecki czuł się zdenerwowany do najwyższego stopnia tym, co się
stało. Nie miał jeszcze czasu zdać sobie sprawy dokładnie, nie umiał
zresztą teraz w tej chwili myśleć, wiedział tylko, że ona jest przy nim,
siedziała wciśnięta w kąt powozu, daleko od niego. Słyszał jej nierówny,
szybki oddech, a chwilami w świetle latarni ulicznych błyskały mu jej
twarz i oczy ogromne, wpatrzone w jakąś próżnię.
Chciał zapanować nad sobą, chciał już zastukać na stangreta, szukał już
bezwiednie antaby, aby drzwi otworzyć i wprost uciec, ale nie miał sił
już ani woli.
-?Pani mi przebaczy, to co się stało? -?zaczął wolno i szukał jej rąk;
schowała je głęboko pod rotundę. Nie odpowiedziała nic, obcisnęła się
szczelnie w rotundę, jakby chcąc zamknąć w sobie, przytrzymać tę szaloną
chęć rzucenia mu się w ramiona. -?Pani mi przebaczy -?powtórzył ciszej,
przysuwając się do niej. Drżał cały, nie mógł więcej mówić i nie
otrzymując odpowiedzi, szepnął bardzo cicho i bardzo głęboko. -?Lucy!
Lucy!
Wstrząsnęła się, puściła rotundę, która zsuwała się z jej ramion, i z jakimś głębokim, przejmującym okrzykiem rzuciła mu się na piersi.
-?Kocham cię, kocham! -?szeptała, obejmując go namiętnie.
Usta się ich zbiegły w długim, śmiertelnie mocnym pocałunku.
-?Kocham cię, kocham! -?powtarzała z lubością ten dźwięk słodki, całując
jego twarz z porywającą siłą.
Czuła głód pocałunków, pieszczot i miłości tak dawno, więc teraz, kiedy
się już tak stało, nie myślała o niczym, nie pamiętała na nic, tylko
całowała.
-?Nie, nie mów teraz nic, nie mów. Chcę mówić sama, chcę wołać wciąż.
Kocham cię! Mogę to powtarzać wobec całego świata, wszystko mi już
jedno. Ja wiem, że cię inne kochają, wiem, że masz narzeczoną, ale co
mnie to obchodzi! Kocham cię! Kocham nie dlatego, żebyś i ty mnie
kochał, żebym chciała przez to szczęścia, nie dlatego, ja cię kocham,
kocham i nic więcej. Potrzebowałam kochać, jak każdy człowiek potrzebuje
miłości. Pan jesteś dla mnie wszystkim. Chcesz, uklęknę przed tobą i będę ci to mówić tak długo, tak szczerze, aż uwierzysz i sam kochać mnie
zaczniesz. Już nie mogę udawać, już nie mogę żyć bez ciebie i bez
miłości. Kocham cię, mój jedyny, mój panie.
Mówiła bezładnie, prędko, nieprzytomnie. Okryła się w rotundę, to znowu
ją opuszczała, odsuwała się od niego, to bez słów, promieniejąca,
obejmowała go, cisnęła się do niego, całowała.
Borowiecki porwany tym szalonym wybuchem namiętności, oczarowany
miłością tak wielką i tak ognistą, głosem, co przenikał ogniem i pocałunkami, które go onieprzytomniały prawie, dał się unieść
temperamentowi swojemu i szalał jak i ona.
Oddawał jej tak pocałunki, że mu chwilami zwisła na rękach jak martwa.
-?Kocham cię, Lucy, kocham! -?powtarzał, nie wiedząc sam, co mówi.
-?Nie mów nic, całuj mnie! Nie mów nic, całuj mnie! -?wołała w najwyższym uniesieniu.
Głos jej rwał się i wybuchał burzą, to znowu łkał, jakby całą miłością
wschodu, jakby całą ognistą pieśń nad pieśniami wyśpiewywał.
-?Ja tak marzyłam o tej chwili, tyle miesięcy pragnęłam cię, tyle lat
czekałam na to, tyle cierpiałam przez to. Całuj mnie! Mocniej... Mocniej...
Mocniej... A! Teraz umarłabym chętnie! -?wykrzyknęła dziko.
Powóz toczył się wolno po jednej ze strasznie błotnistych i niebrukowanych ulic, gdzie nie było nawet latarń, tylko powozowe światła
rozkrążały złoty blask na ruchomą, płynną a głęboką warstwę błota,
rozpryskującą się aż na szyby.
Nikt nie przechodził ani nie przejeżdżał tą ulicą, obwiedzioną z obu
stron wysokimi parkanami, spoza których wznosiły się sterty drewna
budulcowego ułożone w wielkie czworoboki albo wystrzelał komin fabryczki
jakiejś, których w tej stronie miasta było dosyć.
Wielkie psy, pilnujące składów, szczekały ponuro na powóz i słychać
było, jak się rzucały na bramy i drapały pazurami deski z wściekłości,
nie mogąc się wydobyć na ulicę.
Nie wiedzieli nic i nic nie słyszeli, zatopieni w fali tej miłości
nagłej i oślepiającej, jaka ich porwała.
-?Lucy!
-?Pocałuj mnie.
-?Kochasz?
-?Pocałuj mnie.
Rwały się im tylko takie słowa z piersi przepełnionych przerażającym
ogniem.
-?Weź mnie, Karol, weź mnie całą i na zawsze.
Nie wiedzieli nawet, kiedy stanęli na miejscu.
Zajechali przed pałacyk Zuckerów, stojący w okolicy miejskiego lasku.
-?Chodź do mnie -?szepnęła, trzymając go silnie za rękę.
Bezwiednie, z przyzwyczajenia wsunął drugą rękę do kieszeni, gdzie miał
rewolwer.
-?Niech August zaczeka na pana! -?zawołała grzmiąco do stangreta.
-?Chodź, nie ma nikogo, on -?mówiła z naciskiem -?pojechał. Nikogo prócz
służby nie ma w domu.
Puściła jego rękę, bo służba otwierała drzwi.
-?Zapalić światło w saloniku wschodnim. Podawać zaraz herbatę.
Rzuciła mu się na szyję, skoro lokaj oddalił się, ucałowała go namiętnie
i popchnęła w jakiś korytarzyk wysłany dywanem i wybity czerwono.
-?Zaraz przyjdę, kocham cię! -?zawołała za nim i zniknęła.
Rozebrał się wolno, rewolwer przełożył do kieszeni surduta i wszedł w jakieś drzwi, które się przed nim otworzyły do słabo oświetlonego
saloniku.
Biały dywan ze skór baranów, nadzwyczaj puszysty, tłumił zupełnie kroki.
-?Ależ to zupełnie romantyczna awantura -?szepnął, padając na jakiś
zydel perski bez poręczy, inkrustowany w hebanie złotem i srebrem, bo
czuł się strasznie znużonym.
"Ciekawa kobieta, ciekawa scena", myślał i zaczął się rozglądać po
pokoju.
Buduar był urządzony z takim przepychem, że nawet w mieście pełnym
najwspanialszych mieszkań, takim jak Łódź, mógł jeszcze wyrwać okrzyk
zdziwienia.
Ściany były obciągnięte w żółty, o gorącym tonie jedwab, po którym
rozrzucone bardzo artystycznie gałęzie bzów czerwono-fioletowych,
nakładanych grubym haftem.
Przez całą długość jednej ściany stała wielka i szeroka sofa, pod
baldachimem żółtym w zielone pasy, udrapowanym w formie namiotu i podtrzymywanym przez złote halabardy.
U szczytu, pod namiotem, lampa ze szkieł żółtych, rubinowych i zielonych
rozrzucała dziwnie omdlewające światło.
-?Handełesy -?szepnął z jakąś zawistną nieomal pogardą, zirytowany tym
przepychem, ale pomimo to rozglądał się ciekawie; dziwaczne, kosztowne
sprzęty o formach wschodnio-japońskich były bezładnie nagromadzone i stosunkowo do wielkości pokoju w nadmiernej ilości.
Stosy poduszek jedwabnych o jaskrawych barwach chińskich leżały
porozrzucane po sofie i białym dywanie i odcinały się ostrymi plamami
jakby farb porozlewanych.
Zapach ambry i violettes de Perse, pomieszany z różami, rozwłóczył się
po pokoju.
Na jednej ze ścian błyszczała masa broni wschodnich, bardzo kosztownych,
ułożona dookoła wielkiej, okrągłej tarczy saraceńskiej, stalowej,
nabijanej złotem i tak wypolerowanej, że w tym świetle przyćmionym
skrzyła się i promieniowała złotymi ozdobami i rzędami rubinów, i bladych ametystów, jakimi obrzeże jej było wysadzone.
W jednym rogu, na tle olbrzymiego wachlarza z pawich piór, stał cały
wyzłocony posążek Buddy, z podwiniętymi nogami, w postawie
kontemplacyjnej.
W drugim roku stała wielka żardinierka japońska z brązu, podtrzymywana
przez złote smoki, pełna kwitnących, białych jak śnieg azalii.
"Pociejów milionerski", myślał znowu Borowiecki, który posiadał
nadzwyczaj wyrobiony smak artystyczny i poczucie piękna, rozwinięte
jeszcze do stopnia doskonałości specjalnymi studiami nad harmonią barw.
-?Jaśnie pani prosi pana dyrektora -?szepnął z ukłonem stary, wygolony
lokaj, odsłaniając ciężką portierę z żółtego aksamitu, pokrytą
malowanymi chryzantemami.
-?A Józef jest tutaj? -?zapytał Borowiecki, idąc, bo znał go z innego
domu.
-?Puściłem w licytację tamtych Żydów -?szepnął cicho, zginając się przed
nim.
Karol uśmiechnął się tylko i poszedł do jadalnego.
Lucy nie było jeszcze.
Usłyszał tylko przytłumiony murami krzykliwy jakiś głos z dalszych
pokojów.
-?Co to? -?zapytał bezwiednie Borowiecki, nasłuchując.
-?Jaśnie pani rozmawia z pokojówką -?objaśniał Józef, ale z takim
zimno-pogardliwym wyrazem twarzy, że Borowiecki zwrócił na to uwagę i nic już nie pytał więcej.
Lokaj wyszedł, a on rzucił po jadalni oczami: była umeblowana z banalnym
łódzkim przepychem; boazerie z dębu do połowy ścian, kredensy w bretońskim stylu z ciemnego orzecha, z masą sreber i porcelany na
półkach, staroniemieckie dębowe i wspaniale rzeźbione zydle dokoła
olbrzymiego stołu, oświetlonego żyrandolem w formie bukietu tulipanów, w którym jaśniała elektryczność.
Część jedna stołu była przygotowana do herbaty.
Usiadł, bo go zaczęło niecierpliwić oczekiwanie, i zobaczył, że przy
stole na ziemi leży jakiś papier, podniósł go, aby położyć, i prawie
machinalnie rzucił na niego okiem.
Był to telegram, pisany kluczem firmy Bucholca, którego używano w razach
nadzwyczajnej ważności.
Borowiecki znał ten klucz i zdziwił się niepomiernie.
-?Co tu robi ten telegram?
Odwrócił blankiet, adres był: "Bucholc -?Łódź".
Więc się już dalej nie krępował, tylko czytał:
Dzisiaj zapadło postanowienie na radzie. Cło od bawełny amerykańskiej
sprowadzanej na Hamburg i Triest podniesiono do 25 kopiejek w złocie od
puda. Wprowadzenie za dwa tygodnie. Taryfy kolejowe przewóz bawełny od
granic zachodnich do 20 kop. od puda i wiorsty. Wykonanie za miesiąc. Za
tydzień będzie ogłoszone.
Borowiecki depeszę schował do kieszeni i zerwał się z krzesła poruszony
nadzwyczaj.
-?Straszna wiadomość. Pół Łodzi padnie -?szeptał, teraz zrozumiał, że o tej wiadomości nic mu nie powiedział Knoll, bał się mu zaufać. -
Pojechał do Hamburga kupować zapasy bawełny. Wykupi, co będzie mógł
zdążyć, i weźmie mniejszych fabrykantów za łeb. Co za interes, co za
interes! Teraz mieć pieniądze i jechać kupować.
"Aaa!", myślał i wszystko w nim zaczęło kipieć jakąś szaloną
niecierpliwością, żądzą niepowstrzymaną zrobienia na tej wypadkiem
otrzymanej wieści, majątku. "Pieniędzy! Pieniędzy!", wołał w myśli,
zrywając się z krzesła.
Oczy mu gorączkowo świeciły, wszystko się w nim trzęsło ze wzruszenia
nadmiernego, pierwszym jego ruchem było uciekać stąd, do miasta, znaleźć
Moryca i obgadać ten interes i byłby może dał się porwać uniesieniu, ale
weszła, a raczej wpadła do jadalni Lucy i rzuciła mu się prosto na
szyję.
-?Czekałeś, daruj mi, musiałam się przebrać zupełnie.
Ucałowała go i usiadła, wskazując mu miejsce obok siebie bardzo
spokojnym ruchem, bo wszedł lokaj i nalewał herbatę.
Nie mogła jednak usiedzieć spokojnie, co chwila wstawała do kredensów i przynosiła całe masy najrozmaitszych przysmaków, i stawiała przed nim.
Miała na sobie bladożółty jedwabny szlafrok z bardzo szerokimi rękawami,
obszytymi kremowymi koronkami, naszytymi rzędem turkusów, ściągnięty w pasie złotym sznurem.
Olbrzymie włosy zwinięte były na tyle głowy w wielki grecki węzeł,
przepięty brylantowymi grzebykami.
Ten sam naszyjnik brylantowy, jaki miała w teatrze, skrzył się i teraz
na odsłoniętej szyi wszystkimi barwami tęczy. Wspaniałe ręce wysuwały
się co chwila z rękawów aż po ramiona.
Była szalenie pociągającą, ale Borowiecki nie odczuwał tego już ani w połowie; odpowiadał prawie monosylabami, pił śpiesznie herbatę, chciał
wynieść się jak najprędzej.
Wiadomość ta paliła go jak ogień.
Lucy drżała z niecierpliwości, goniła wzrokiem nienawiści lokaja, który
łaził jak senny, i nie mogąc rzucić się na szyję Karola, przycisnęła mu
z taką siłą rękę, że omal nie krzyknął z bólu.
-?Co panu jest? -?spytała, spostrzegłszy jego pomieszanie.
-?Jestem szczęśliwy! -?szepnął jej po francusku.
Zaczęli rozmawiać, ale rozmowa nie szła, rwała się co chwila jak stare
strzępy, gdy je kto chce silniej przytrzymać.
Jej przeszkadzał lokaj, a jemu niecierpliwość i przymus, jaki sobie
zadawał, żeby tutaj siedzieć teraz, kiedy był panem takiej wielkiej
tajemnicy, w takiej chwili, gdy cło podnosiło się z ośmiu kopiejek do
dwudziestu pięciu.
-?Może przejdziemy do buduaru -?szepnęła cicho, gdy się herbata
skończyła.
I tak patrzyła na niego rozbłysłymi cudownie oczami, takim dziwnym
blaskiem płonęły jej purpurowe usta, że Borowiecki, który wstał na to,
aby się z nią pożegnać, skłonił głowę i poszedł za nią.
Nie mógł się oprzeć jej urokowi.
Skoro się tylko znaleźli sami, porwała go znowu swoim ogniem i gwałtownością, ale na chwilę tylko, bo gdy ona całowała go z uniesieniem
nieopowiedzianym, padała przed nim na kolana, obejmowała go, krzyczała
słowa bez związku, którymi wybuchała jej namiętność, i szalała porwana
własną siłą -?on myślał o bawełnie, myślał, gdzie może być Moryc, skąd
wziąć pieniędzy na zakupy bawełny.
Oddawał pocałunki i pieszczoty, rzucał jej chwilami słowa gorące
miłości, ale robił to prawie odruchowo, więcej siłą nawyknienia do
podobnych sytuacji niźli sercem, które było w tej chwili zajęte zupełnie
czym innym.
A ona pomimo rozszalenia odczuwała intuicją zmysłów ludzi bardzo
namiętnych, że coś stoi pomiędzy nimi, więc potęgowała w sobie uczucie,
jakby za siebie i za niego, roztaczała całą potęgę czaru kobiety
zakochanej, kobiety niewolnicy, która nawet kopnięcie swego pana i władcy przyjmuje z okrzykiem szczęścia, i kobiety, dla której szczęściem
jest najwyższym zdobycie sobie kochanka przez siłę, gwałtem, mocą swego
temperamentu.
Wreszcie zwyciężyła.
Borowiecki zapomniał o fabryce, o bawełnie, o cłach, o świecie całym,
oddawał się tej miłości z całą zapamiętałością ludzi na pozór zimnych i umiejących w drobnych okolicznościach życia panować nad sobą zupełnie.
Poddawał się huraganowi i z rozkoszą pełną denerwującej ciekawości,
pozwolił mu się nieść.
-?Kocham cię! -?wołała co chwila.
-?Kocham cię -?odpowiadał i czuł, że w tej chwili mówi pierwszy raz w życiu szczerze zupełnie to słowo, najwięcej może ze słownika ludzkiego
kłamliwe i kłamane.
-?Napisz mi to, mój najdroższy, napisz -?prosiła z dziecinnym uporem.
Wyjął bilet wizytowy i całując co chwila jej cudne fiołkowe oczy i te
usta palące, napisał:
"Kocham cię, Lucy".
Wyrwała mu bilet z rąk, przeczytała, ucałowała kilkakrotnie i schowała
za gors, ale wyjęła po chwili, aby znowu czytać i całować na przemian
bilet i jego.
Wreszcie przypatrując się herbowi, zapytała:
-?Co to jest?
-?Mój herb.
-?Co to znaczy?
Wytłumaczył jej, jak mógł, ale nic nie zrozumiała.
-?Nic nie rozumiem, zresztą nic mnie to nie obchodzi.
-?A co cię obchodzi?
-?Kocham cię.
Zamknęła mu usta pocałunkiem.
-?Widzisz, ja nic nie wiem, ja cię kocham, to mój rozum, po co mi
więcej?
Siedzieli tak długo w tej wielkiej ciszy nocy i buduaru, przez którego
mury i obicia nie przedzierał się najmniejszy szmer ze świata, zatopieni
w sobie, w miłości, otoczeni jakby obłokiem zachwytu nad sobą; w tej
obezwładniającej atmosferze, przesyconej zapachami, odgłosem pocałunków,
szeptem rozdrganych, palących słów, szelestem jedwabiu,
rubinoszmaragdowym światłem, co się mżyło coraz słabiej, barwami
przyćmionymi, które z obić na ścianie, z mebli połyskiwały tajemniczo,
drgały w żywszym na chwilę świetle i jakby pełzały wskroś pokoju, a potem rozlewały się i martwiały w zmroku coraz gęstszym, w którym tylko
świecił się jakoś dziwnie Budda, a nad nim patrzyły z pawich piór oczy
coraz smętniej i coraz tajemniczej.
IV
Czwarta dochodziła, gdy Borowiecki znalazł się na ulicy.
Stangret, nie doczekawszy się, odjechał do stajni.
Wiatr huczał głęboko i zamiatał kałuże z taką siłą, że błoto bryzgało na
parkany i na wąską ścieżkę służącą za chodnik.
Borowiecki wzdrygnął się przejęty tym zimnym, wilgotnym wiatrem.
Stał chwilę przed domem, nic nie widząc przed sobą, prócz połyskującego
błota i czarnych, spiętrzonych gmachów w oddali, i kominów fabrycznych,
słabo rysujących się na szarym, zmąconym tle nieba, po którym chmury,
niby porozrywane bele zabrudzonej bawełny, biegały z szalonym
pośpiechem.
Był jeszcze oszołomiony, przystawał i oparty o parkan zbierał rozbitą
świadomość. Wstrząsał się cały co chwila, bo czuł jeszcze uściski jej,
usta paliły go, przymykał oczy i musiał parasolem wyszukiwać przed sobą
twardszego gruntu i czuł się pijanym zupełnie, dopiero szczekania
gwałtowne psów za parkanami orzeźwiły go zupełnie i wyrwały z tej
dziwnej ciszy, jaka ogarnia po przejściu bardzo silnych wzruszeń.
-?Kurowski musi już spać -?szepnął kwaśno, przypominając sobie, że miał
iść do niego do Grand Hotelu zaraz po teatrze.
-?Żebym czasem za tę zabawę nie zapłacił fabryką -?szepnął i zaczął biec
prędko, już nie zważając na błoto i na wyboje.
Dopiero na Piotrkowskiej złapał dorożkę i kazał się wieźć co koń
wyskoczy do hotelu.
-?A telegram! -?wykrzyknął, przypominając sobie nagle, i przy świetle
latarni przeczytał go raz jeszcze. -?Zawracaj i jedź prosto Piotrkowską.
"Może już jest w domu", myślał o Morycu i gorączka znowu zaczęła go
brać.
Kazał dorożkarzowi zaczekać na wszelki wypadek przed domem i z pośpiechem dzwonił do mieszkania.
Nikt nie otwierał, co go tak zirytowało, że oberwał dzwonek i trząsł
całą siłą drzwiami, wreszcie, po długim oczekiwaniu Mateusz otworzył.
-?Pan Moryc w domu?
-?Jak poszedł na siabas, to go pewnie Żydy nie puściły, a tak, pan
Moryc, niby?
-?Pan Moryc w domu, odpowiadaj?! -?krzyknął rozwścieczony, bo Mateusz
był zupełnie pijany, szedł za nim ze świecą w ręku, rozebrany, z oczami
zamkniętymi i z twarzą pełną poprzysychanej krwi i sińców.
-?Pan Moryc, niby ja rozumiem, pan Moryc, aha!
-?Bydlę! -?krzyknął i uderzył go w twarz z całej siły.
Chłop się potoczył i utkwił twarzą w drzwi, którymi wszedł do mieszkania
Borowiecki.
Moryca nie było, Baum tylko spał nierozebrany, z papierosem w zaciśniętych zębach, na wielkiej otomanie w jadalnym pokoju.
Na stole, na ziemi, na kredensie stało mnóstwo pustych butelek i talerzy, a kominek samowara obwinięty był w zieloną, długą woalkę.
-?Oho, Antka była, bawił się wesoło. Maks! Maks! -?zawołał, mocno
potrząsając śpiącym.
Maks ani drgnął, spał najspokojniej i chrapał potężnie.
Wreszcie Borowiecki zniecierpliwiony daremnymi usiłowaniami obudzenia
go, bo chciał od niego dowiedzieć się, gdzie jest Moryc, porwał go za
ramiona i postawił na podłodze.
Maks zirytowany, że go budzą, potoczył się na krzesło, schwycił je i z całej siły rzucił przed siebie, na stół.
-?Masz ty, małpa zielona, nie budź! -?I położył się najspokojniej na
otomanie, ściągnął surdut, okręcił nim głowę i spał dalej.
-?Mateusz! -?krzyknął z rozpaczy prawie Karol, widząc, że Maksa nic nie
obudzi. -?Mateusz! -?krzyknął po raz drugi, podchodząc do przedpokoju.
-?Zaraz idę, lecę, panie dyrektorze, świeca mi się gdzieś podziała i szukam, i szukam, idę! -?wołał przez sen roztrzęsionym pijanym głosem,
na próżno starając się podnieść z podłogi, gdzie upadłszy po ciosie
Borowieckiego, zasnął.
Podniósł się na kolana i padł z powrotem twarzą na ziemię, machając
dokoła rękami, jakby pływał.
Borowiecki podniósł go, przyprowadził do jadalni, postawił pod piecem i pytał:
-?Gdzieś się upił? Tyle razy ci zapowiadałem, że jak się upijesz,
wyrzucę cię do diabła, słyszysz, co mówię?
-?Słyszę, panie dyrektorze, słyszę, aha, niby pan Moryc -?bełkotał, na
próżno starając się znaleźć równowagę.
-?Kto ci zbił pysk? Wyglądasz jak świnia.
-?Mnie kto zbił pysk? Mnie, prze... pana dyrektora, nikt zbił pysk, mnie
nikt nie może zbić pysk, bo ja bym prze... pana dyrektora gnaty połamał,
mordę zbiuł i byłoby fertig, na glanc... cholera.
Borowiecki, widząc, że z pijanym się nie dogada, przyniósł karafkę z wodą, przytrzymał go jedną ręką i wszystką wodę wylał mu na głowę.
Mateusz się kręcił i wyrywał, ale otrzeźwiał nieco i obcierając rękami
twarz posinioną, zalaną krwią, patrzył ogłupiałymi oczyma.
-?Był pan Moryc? -?pytał cierpliwie dalej.
-?Był.
-?Gdzie pojechał?
-?Odwiózł niby tę małą, czarną i miał być w Grandzie.
To znaczyło w Grand Hotelu.
-?Kto tutaj był?
-?Różne państwo było, był pan Bein, pan Hertz i inne jeszcze Żydy. Ja z Agatą od pana inżyniera gotowaliśmy kolację.
-?I upiłeś się jak świnia ostatnia; któż cię tak pobił?
-?Nikt mnie nie bił.
Pomacał się bezwiednie po twarzy i głowie i syknął z bólu.
-?A skądże masz te dziury we łbie, co?
-?A to, abo... był i pan Moryc, i ta czarna małpa, i ten garbaty, i te
Żydy.
-?Gadaj natychmiast, gdzieś się upił i kto cię pobił?! -?krzyknął z wściekłością.
-?Ja niepijany ani mnie kto pobił. Poszedłem po piwo dla panów, a w szynku były kolegi od Francuzów i postawiły bier. Dobra nasza!
Postawiłem i ja. Jak ony postawiły raz, to i ja raz. Potem przyszły
ludzie z blichu naszego, dobre Polaki, z moich stron, postawiły i one
bier, dobra nasza; postawiłem i ja. Ony dobre Polaki, to i ja dobry
Polak, ony stawiały, dobra nasza, to i ja stawiał. Alem niepijany prze...
pana dyrektora, jak Pana Boga kocham, takim trzeźwy, co jak pan dyrektor
chce, to chuchnę, niech pan dyrektor sprawdzi.
Nachylił się i z zamkniętymi oczami, przylegając mocno grzbietem do
pieca, chuchał na pokój.
Borowiecki przebierał się w swoim pokoju i nie słuchał, ale Mateusz
gadał wciąż.
-?Potem przyszły webery od starego pana Bauma i foluszniki. Piły z nami,
myśma stawiali, a że zaś Niemcy podły naród, to stawiać nie chciały. To
ja jednego ino tak ździebko palcem tknąłem, to un na ziemię, a drugi me
kuflem w łeb. To ja i tego tak ździebko palcem tknąłem, to on tyż na
ziemię, a Niemcy me zaś za orzydle. Ja się nie biłem, bo wiem, że pan
dyrektor tego nie lubi. A że ja słucham swojego pana, to ja się nie
biłem, ale kiej mie jeden ucapił za włosy, a inne za orzydle, a jeszcze
któryś lunął me bez pysk, to myślę, szkoda mi tego tużurka, co go mam od
pana dyrektora, i mówię po dobremu: puść me, a un me nożem pod żebro. To
ja go łbem o ścianę, to un został. Kolegi pomogły i było fertig, na
glanc. Ja się nie biłem, tknąłem ino ździebełko palcem, toby i kurczę
ustało, a taka świnia już leży. Miętki w nogach naród, panie dyrektorze,
bardzo miętki te Niemcy. Ja ino tak ździebko palcem tknąłem, to już
forbeit, na ziemi!
Mruczał coraz senniej i z wyciągniętą ręką przed siebie wskazującym
palcem pokazywał, jak on ździebko tylko tykał.
-?Idź spać! -?zawołał Borowiecki, pogasił światła, zaprowadził go do
kuchni i pojechał szukać Moryca.
W Victorii było zamknięte, w Grand Hotelu także.
-?Pan Kurowski już śpi? -?zapytał numerowego.
-?Wcale nie był dzisiaj, był przygotowany salon i nie przyjechał.
-?Pan Welt był u was wieczorem?
-?Był z paniami i z panem Cohnem, pojechali do Arkadii.
Pojechał do Arkadii na Konstantynowską i tam już nie było nikogo.
Objechał kilka jeszcze knajp, gdzie zwykłe młodzież łódzka się bawiła,
ale nigdzie go nie znalazł.
"Gdzie ta małpa się schowała", myślał zirytowany i raptownie krzyknął
dorożkarzowi:
-?Jedź na miód, wiesz, gdzie? Jeśli tam nie będzie, to go już nigdzie
nie znajdę.
-?Zaraz tam będziemy, panie!
I podciął konia ze wszystkich sił, bo wlókł się strasznie powoli,
utykając po dziurach i dołach; dorożka skakała i kołysała się po bruku
pełnym najstraszliwszych wybojów, niby łódka po falach morskich.
Borowiecki klął i zacinał zęby, i żeby zapanować nad rozdenerwowaniem,
które tak nim trzęsło, że nie mógł zapalić papierosa, bo mu się łamał w rękach, zaczął usilnie myśleć nad tą sprawą bawełnianą.
-?Bauer sprzedał dobrze ten telegram Zuckerowi. Co za dziwna kobieta -
przerzucił się do wspomnień Lucy i utonął w nich.
Znał ją od lat dwóch, ale nie zwrócił szczególniejszej uwagi, ponieważ
był zajęty Likiertową, a potem opowiadali o niej, że jest niepomiernie
głupia, tak prawie, jak piękną była.
-?Co za temperament -?szeptał, wstrząsając się na przypomnienie.
Od dosyć dawna wiedział, że zwrócił jej uwagę, dawała mu poznać
spojrzeniami, zapraszaniem usilnym do siebie, z którego jakoś nigdy nie
korzystał. Bywała tam wszędzie, gdzie wiedziała, że i jego spotka.
Plotka łódzka, którą tam z całą pasją i z wielką maestrią uprawiają
przeważnie mężczyźni, którą są przepełnione kantory i fabryki, zaczynała
już coś kombinować i przebąkiwać, ale szybko ustała, ponieważ Borowiecki
trzymał się z daleka, pochłonięty w ostatnich miesiącach planami
założenia fabryki.
Znał osobiście Zuckera, starego chałaciarza, przedzierżgniętego w ostatnich dziesięciu latach w milionera fabrykanta, który zaczynał swoją
karierę w Łodzi od skupowania zużytych, do niczego fabrykom już
niesłużących szmat bawełnianych, strzępów papieru, pyłu bawełnianego,
jakiego zawsze bywało dosyć po tkalniach i postrzygalniach.
Nie cierpiał go za tandetne wyroby, naśladujące powierzchownie w deseniach i kolorach wyroby firmy Bucholca, a w istocie materiały w najgorszym gatunku, sprzedawane tanio, które uniemożliwiały wszelką
konkurencję.
Wiedział, że Zuckerowa nie ma kochanka, bo raz, że była Żydówką, a po
drugie, w mieście, gdzie wszyscy, poczynając od milionerów, a skończywszy na ostatnim gwoździu, w tej olbrzymiej maszynie wytwórczej,
muszą robić, muszą się cali oddawać tej pracy, jest niezmiernie mało
zawodowych donżuanów, niesłychanie mało sposobności do zdobywania i obałamucania kobiet.
A zresztą, gdyby tak było, już by o tym ktoś wiedział i mówił z pewnością.
"Czy ona ma i duszę jaką?", myślał teraz, rozpatrując jej dziką,
niepohamowaną namiętność. "Ale po co ja tam wlazłem, jeszcze teraz! Do
diabła z miłością, mieć teraz taką kulę u nogi, kiedy się zakłada
fabrykę na kredyt. A jednak..."
I zastanowił się, szukał w sobie miłości do niej, wmawiał w siebie
zupełnie szczerze, że ją kocha, że to miłość go porwała, a nie zwykła,
zmysłowa burza zdrowego i niewyczerpanego organizmu.
"Bądź co bądź, gra warta świeczki", pomyślał.
Dorożkarz zakręcił i stanął zaraz przy rogu Spacerowej, przed synagogą.
V
Restauracja, do której przyjechał Borowiecki, poszukując Moryca,
znajdowała się zaraz za synagogą, w głębi podwórza, obstawionego niby
kamiennymi pudłami czteropiętrowymi oficynami z trzech stron, bo czwartą
zakończał mały ogródek, odgrodzony zielonymi sztachetkami i przyparty do
tyłów olbrzymich, nagich czerwonych murów jakiejś fabryki.
Mała oficynka parterowa stała w głębi, pod samym murem i buchała
oświetlonymi oknami i wrzaskliwą, podobną do ryczenia osłów wrzawą.
"Oho, jest cała banda", pomyślał, wchodząc do długiej, niskiej sali, tak
zaciemnionej dymem cygar, że w pierwszej chwili, w tym sinawym obłoku,
popstrzonym złotymi kulami gazowych świateł, nie odróżnił nikogo.
Kilkadziesiąt osób tłoczyło się dookoła długiego stołu, krzyczało,
gadało głośno, śmiało się i śpiewało, co połączone z brzękiem talerzy i przenikliwym szczękiem tłuczonego szkła tworzyło taką splątaną,
zgiełkliwą wrzawę, że ściany się trzęsły i nic usłyszeć nie było można.
Naraz przycichło nieco i jakiś ochrypnięty, pijany głos zaintonował z końca stołu:
Agato! Ty interes fajny masz -?Agato!
Agato! Ja całuję ciebie w twarz -?Agato!
Agato! To mi za to piwa dasz -?Agato!
"Agato!" ryczał tłum wszystkimi możliwymi i niemożliwymi głosami, które
tak pokryły głos Bum-Buma, który był tej piosnki przedziwnie głupiej
kompozytorem i solistą, że na próżno krzyczał dalsze zwrotki, nikt go
nie słuchał, bo wszyscy wyli:
-?Agato! Agato!
Bum-Bum la la la! Agato! Tra la la la! Agato! Cip, cip, cip Agato!
Tak ten śpiew podniecał, że zaczęli do taktu bić laskami w stół, kufle
leciały na ściany lub rozpryskiwały się o piec, niektórym i to nie
wystarczało, bo krzesłami bili o ziemię i jak zapamiętali, oślepli, z zamkniętymi oczami śpiewali:
-?Agato! Agato!
-?Panowie, na miłość boską, bo mi sprowadzicie tymi krzykami policję -
zaczął błagać wystraszony gospodarz.
-?Pan potrzebujesz być cicho, my płacim! Panienko, proszę jedno piwo!
-?Hej, Bum-Bum, zaśpiewaj no pan! -?krzyczano do Buma, który poprawiał
binokle obu rękami i stał w drugim pokoju przed bufetem.
-?Kwicz, Bum-Bum, ja i tak nie słyszę -?szeptał jeden półsennie, leżąc
na stole, który cały był pokryty butelkami wina i koniaków, maszynkami
od kawy, kamionkami od porteru, kuflami i szkłem potłuczonym.
-?Agato! Agato! -?wrzeszczał półgłosem jakiś kantorowicz, senny, z przymkniętymi oczami, pijany, bił laską w stół.
-?No, bawią się echt po łódzku -?szepnął Karol, szukając oczami Moryca.
-?Dyrektor! Panowie, jest i firma Bucholc Herman i Spółka! Jesteśmy
zatem w komplecie. Panienko, kółko koniaków! -?krzyczał jakiś wysoki i gruby Niemiec łamaną polszczyzną.
Zatoczył się szerokim gestem dokoła, chciał jeszcze coś mówić, ale nogi
mu się zwinęły i upadł na kanapę stojącą za nim.
-?Ależ to widzę cała banda wesoła.
-?Cały nasz komplet burszów.
-?My tak zawsze, jak pić to solidarnie, jak co robić, zdechł pies.
-?O tak, solidarnie, jak mówi ten, no, jakże się nazywa, no ten, co to
mówił: "Hej ramię do ramienia, wspólnymi łańcuchy!".
-?Opaszmy brzuchy albo inną galanterię -?wtrącił ktoś z boku.
-?Cicho pan. Włóczęgom, psom i ludziom od Szai wstęp wzbroniony! Zapisz
pan to, panie redaktorze! -?wołał któryś, zwracając się do wysokiego
chudego blondyna, melancholijnie siedzącego na środku pokoju, który
błądził dużymi, jakby pożyczonymi oczami po ścianach pokrytych
oleodrukami.
-?Moryc, mam do ciebie bardzo pilny interes -?szepnął Karol,
przysiadając się do Welta i do Leona Cohna, bo obaj pili tylko ze sobą.
-?Pieniędzy chcesz, masz pugilares -?szepnął, nadstawiając kieszeń
spodnią surduta -?albo zaczekaj, chodźmy do bufetu. U diabła, jestem
pijany -?mruknął, na próżno usiłując się trzymać prosto.
-?Może dyrektor usiądzie. Napijem się, a! Wódeczka jest, koniaczek jest,
a!
-?Każcie mi dać jeść, bo głodnym jak wilk.
Kelnerka przyniosła gorących serdelków, bo już nic więcej nie było w bufecie.
Borowiecki zaczął jeść, nie zważając na towarzystwo całe, które
porozdzielane na grupy piło i gadało.
Była to sama prawie młodzież łódzka, typowa młodzież z kantorów i składów, z małą domieszką techników fabrycznych i specjalistów innych
zajęć.
Bum-Bum, pomimo że był zupełnie pijanym, chodził po sali, w pięść się
trzaskał, binokle poprawiał, pił ze wszystkimi, a chwilami podchodził do
młodego chłopaka, który wciśnięty w głęboki fotel, obwiązany serwetką
spał, i krzyczał mu do ucha:
-?Kuzyn, nie śpij!
-?Zeit ist Geld! Czyje conto? -?odpowiadał, nie otwierając oczów,
stukał automatycznie kuflem w stół i spał dalej.
-?Kobieta! Daj pan pokój, to kein geszeft być kobietą, to szkoda
czasu! -?wołał ze śmiechem znany powszechnie w Łodzi Feluś Fiszbin.
-?Ja jestem człowiek, panie, najautentyczniejszy człowiek! -?krzyczano
przy drugim rogu.
-?Pan się nie chwal! Pan jesteś gruba symulacja człowieka -?drwił Feluś.
-?Panie Fiszbin, pan może jesteś Fiszbin, ale pański interes nie jest
nawet słoma.
-?Panie Weinberg, pan jesteś... No już pan wiesz i my wiemy, co pan
jesteś, ha, ha, ha.
-?Bum-Bum, zaśpiewaj majufes, bo się Żydy kłócą.
-?König, ty jesteś mój przyjaciel, ale ja ze smutkiem widzę, żeś ty
coraz głupszy. Tobie już w brzuch głowa wlazła. Ja się o ciebie bardzo
boję. Panowie, on się tak pasie, że jemu niedługo własna skóra nie
wystarczy, on się w nią nie zmieści, ho, ho.
Śmiech gruchnął ogólny, ale König nie odezwał się, popijał piwo i wpatrywał się w światła nieprzytomnymi oczami, siedział bez surduta, z rozpiętym kołnierzykiem u koszuli.
-?Wróćmy, doktorze, do kobiet -?zaczął Feluś do sąsiada, który z opuszczoną na piersi brodą siedział i wykręcał ustawicznie i niezmordowanie wąsiki blond, i co chwila nerwowym ruchem otrzepywał
klapy surduta, i wpychał w rękawy dosyć brudne mankiety.
-?Dobrze, to jest ważna kwestia, choćby z punktu
socjalno-psychologicznego.
-?To jest żadna kwestia. Znasz pan chociażby jedną porządną kobietę?
-?Panie Feliksie, pan jesteś pijany, co pan wygadujesz! Ja panu tutaj w Łodzi pokażę setki najlepszych, najzacniejszych, najrozumniejszych
kobiet! -?krzyczał wyrwany z apatii, podskakując na krześle i z błyskawiczną szybkością otrzepując sobie klapy.
-?To pewno pańskie pacjentki, pan je powinieneś chwalić.
-?Z punktu socjalno-psychologicznego biorąc, to, co pan mówisz, jest...
-?Z każdego boku jest to prawda, jest to cztery razy prawda. Pan mi
dowiedź, że jest inaczej.
-?Mówię przecież panu.
-?To jest gadanie, tylko gadanie, mnie potrzeba faktów! Ja jestem
człowiek realny, panie Wysocki, ja jestem pozytywista. Panienko,
maszynka kawy, chartrezy!
-?Dobrze, dobrze! Zaraz panu dam fakty: Borowska, Amzelowa, Bibrychowa,
bo co?
-?Ha, ha, ha, wyliczaj pan więcej, to dla mnie śliczny kawałek zabawy.
-?Pan się nie śmiej, to są porządne kobiety! -?krzyczał zaperzony.
-?Skąd pan to wiesz, miałeś je pan w komis? -?rzucił cynicznie Feluś.
-?Nie wymieniłem jeszcze najpierwszych, takich jak Zuckerowa i Wolkmanowa.
-?To się nie liczy. Jedną mąż trzyma w zamknięciu, a druga nie ma czasu
wyjrzeć na świat, bo ma na trzy lata czworo dzieci.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. "Punch" (ang. cios) -?tygodnik satyryczny ukazujący się w Wielkiej Brytanii latach 1841-1992 i 1996-2002; czasopismo publikowało serie rysunków satyrycznych z rymowanym komentarzem (prototyp komiksu). Współpracowali z nim sławni pisarze, m.in. William Makepeace Thackeray, autor Pierścienia i róży, czy Alan Alexander Milne, twórca Kubusia Puchatka. [wróć]
2. Butersznicik (niem.) -?kromka chleba z masłem, kanapka. [wróć]
3. Blich (a. blech) -?miejsce, w którym bielono tkaniny. [wróć]
4. Kelner, bitte, zahlen (niem.) -?dosł. kelner, proszę, (chcę) płacić; kelner, rachunek proszę. [wróć]
5. "Lodzer Zeitung" (niem.) -?"Dziennik Łódzki". [wróć]
6. Pachciarz (daw.) -?osoba dzierżawiąca coś od kogoś (np. karczmę); w daw. Polsce byli to zazwyczaj Żydzi. [wróć]
7. Reisender (niem. Reisende) -?podróżujący, pasażer; tu: komiwojażer. [wróć]
8. Bares geld (niem.) -?gotówka. [wróć]
9. Nachname (niem.) -?pobranie (pocztowe). [wróć]
10. Witz (niem.) -?żart, dowcip. [wróć]
11. Bursz (niem. Bursche) -?chłopak, terminator w jakimś zawodzie. [wróć]
12. Rotunda -?obszerny płaszcz damski, skrojony w kształt koła. [wróć]