Ziemia obiecana (wersja ekskluzywna) - Władysław Reymont

Kup ebooka

39.90 zł
33.92 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Łódź się budziła.

Pierw­szy wrza­skliwy świst fabryczny roz­darł ciszę wcze­snego poranku, a za nim we wszyst­kich stro­nach mia­sta zaczęły się zry­wać coraz zgieł­kli­wiej inne i darły się chra­pli­wymi, nie­sfor­nymi gło­sami, niby chór potwor­nych kogu­tów pie­ją­cych meta­lo­wymi gar­dzie­lami hasło do pracy.

Olbrzy­mie fabryki, któ­rych dłu­gie, czarne ciel­ska i wysmu­kłe szyje kominy maja­czyły w nocy, w mgle i w desz­czu, budziły się z wolna, buchały pło­mie­niami ognisk, oddy­chały kłę­bami dymów, zaczy­nały żyć i poru­szać się w ciem­no­ściach, jakie jesz­cze zale­gały zie­mię.

Deszcz drobny, mar­cowy deszcz pomie­szany ze śnie­giem padał wciąż i roz­włó­czył nad Łodzią ciężki, lepki tuman; bęb­nił w bla­szane dachy i spły­wał z nich pro­sto na tro­tu­ary, na ulice czarne i pełne grzą­skiego błota, na nagie drzewa przy­tu­lone do dłu­gich murów, drżące z zimna, tar­gane wia­trem, co zry­wał się gdzieś z pól prze­mię­kłych i prze­wa­lał się ciężko błot­ni­stymi uli­cami mia­sta, wstrzą­sał par­ka­nami, pró­bo­wał dachów i opa­dał w błoto, i szu­miał mię­dzy gałę­ziami drzew, i bił nimi w szyby niskiego par­te­ro­wego domu, w któ­rym nagle zabły­sło świa­tło.

Boro­wiecki się obu­dził, zapa­lił świecę i rów­no­cze­śnie budzik zaczął dzwo­nić gwał­tow­nie, wska­zu­jąc piątą.

-?Mate­usz, her­bata! -?krzyk­nął do wcho­dzą­cego lokaja.

-?Wszystko gotowe.

-?Pano­wie śpią jesz­cze?

-?Zaraz będę budził, jeśli pan dyrek­tor każe, bo pan Moryc mówił wie­czo­rem, że chce dzi­siaj spać dłu­żej.

-?Idź obudź.

-?Klu­cze już brali?

-?Sam Szwarc wstę­po­wał.

-?Tele­fo­no­wał kto w nocy?

-?Kunke był na dyżu­rze, ale odcho­dząc, nic mi nie mówił.

-?Co sły­chać na mie­ście? -?pytał prędko, prę­dzej jesz­cze się ubie­ra­jąc.

-?A nic, ino zaś na Gaje­row­skim Rynku zaźgali robot­nika.

-?Dosyć, ruszaj.

-?Ale spa­liła się też fabryka Gold­berga, na Cegiel­nia­nej. Nasza straż jeź­dziła, ale wszystko dobrze poszło, ostały tylko mury. Z suszarni poszedł ogień.

-?Cóż wię­cej?

-?A nic, wszystko poszło fein, na glanc. -?Zaśmiał się recho­cząco.

-?Nale­waj her­batę, ja sam obu­dzę pana Moryca.

Ubrał się i poszedł do sąsied­nich poko­jów, prze­cho­dząc przez sto­łowy, w któ­rym wisząca u sufitu lampa roz­rzu­cała ostre, białe świa­tło na stół okrą­gły, nakryty obru­sem i zasta­wiony fili­żan­kami i na samo­war błysz­czący.

-?Maks, piąta godzina, wsta­waj! -?zawo­łał, otwie­ra­jąc drzwi do ciem­nego pokoju, z któ­rego buch­nęło duszne, prze­sy­cone zapa­chem fioł­ków powie­trze.

Maks się nie ode­zwał, tylko łóżko zaczęło trzesz­czeć i skrzy­pieć.

-?Moryc! -?zawo­łał do dru­giego pokoju.

-?Nie śpię. Nie spa­łem całą noc.

-?Dla­czego?

-?Myśla­łem o tym naszym inte­re­sie, tro­chę sobie obli­cza­łem i tak zeszło.

-?Wiesz, Gold­berg się spa­lił dzi­siaj w nocy i to zupeł­nie na glanc, jak Mate­usz mówi...

-?Dla mnie to nie nowina -?odpo­wie­dział, zie­wa­jąc.

-?Skąd wie­dzia­łeś?

-?Ja mie­siąc temu wie­dzia­łem, że on się potrze­buje spa­lić. Dzi­wi­łem się nawet, że tak długo zwleka, prze­cież pro­cen­tów mu nie dadzą od ase­ku­ra­cji.

-?Miał dużo towaru?

-?Miał dużo zaase­ku­ro­wane...

-?Bilans sobie wyrów­nał.

Roze­śmiali się obaj szcze­rze.

Boro­wiecki wró­cił do sto­ło­wego i pił her­batę, a Moryc, jak zwy­kle, szu­kał po całym pokoju róż­nych czę­ści gar­de­roby i wymy­ślał Mate­uszowi.

-?Ja tobie zbiję ładny kawa­łek pyska, ja ci z niego czer­wony bar­chan zro­bię, jak mi nie będziesz skła­dał wszyst­kiego porząd­nie.

-?Mor­gen! -?krzyk­nął prze­bu­dzony wresz­cie Maks.

-?Nie wsta­jesz? Już po pią­tej.

Odpo­wiedź zagłu­szyły świ­stawki, które się roz­le­gły jakby tuż nad domem i ryczały przez kil­ka­na­ście sekund z taką siłą, aż szyby brzę­czały w oknach.

Moryc, w bie­liź­nie tylko, z pal­tem na ramio­nach, usiadł przed pie­cem, w któ­rym wesoło trza­skały szczapy smolne.

-?Nie wycho­dzisz?

-?Nie. Mia­łem jechać do Toma­szowa, bo Weis pisał do mnie, aby mu spro­wa­dzić nowe grę­ple, ale teraz nie pojadę. Zimno mi i nie chce mi się.

-?Maks, także zosta­jesz w domu?

-?Gdzie się będę spie­szył? Do tej par­szy­wej budy? A zresztą wczo­raj się z fatrem pożar­łem.

-?Maks, ty źle skoń­czysz przez to żar­cie się cią­głe ze wszyst­kimi! - mruk­nął nie­chęt­nie i surowo Moryc, roz­grze­bu­jąc pogrze­ba­czem ogień.

-?Co cię to obcho­dzi! -?krzyk­nął głos z dru­giego pokoju.

Łóżko zatrzesz­czało gwał­tow­nie i w drzwiach uka­zała się wielka figura Maksa w bie­liź­nie tylko i w pan­to­flach.

-?A wła­śnie, że mnie to bar­dzo obcho­dzi.

-?Daj mi spo­kój, nie iry­tuj mnie. Karol mnie obu­dził dia­bli wie­dzą po co, a ten znowu pysko­wać zaczyna.

Gadał gło­śno, niskim, sil­nie brzmią­cym gło­sem.

Cof­nął się do swo­jego pokoju i po chwili wyniósł całą gar­de­robę, rzu­cił ją na dywan i z wolna się ubie­rał.

-?Ty nam psu­jesz inte­res tym swoim żar­ciem -?zaczął znowu Moryc, wci­ska­jąc złote bino­kle na swój suchy semicki nos, bo mu się cią­gle zsu­wały.

-?Gdzie? Co? Jak?

-?Wszę­dzie. Wczo­raj u Blu­men­ta­lów powie­dzia­łeś gło­śno, że więk­szość naszych fabry­kan­tów to pro­ści zło­dzieje i oszu­ści.

-?Powie­dzia­łem, a jakże i zawsze to będę mówił.

Jakiś nie­chętny, pogar­dliwy uśmiech prze­le­ciał mu po twa­rzy, gdy patrzył na Moryca.

-?Ty, Maks Baum, mówić tego nie będziesz, mówić ci tego nie wolno, to ja ci powia­dam.

-?Dla­czego? -?zapy­tał cicho i oparł się o stół.

-?Ja ci powiem, jeśli tego nie rozu­miesz. Przede wszyst­kim, co ci do tego? Co cię to obcho­dzi, czy oni są zło­dzieje, czy porządni ludzie? My wszy­scy razem jeste­śmy tu po to w Łodzi, żeby zro­bić geszeft, żeby zaro­bić dobrze. Nikt z nas tutaj wie­ko­wać nie będzie. A każdy robi pie­nią­dze, jak może i jak umie. Ty jesteś czer­wony, ty jesteś rady­kał pąs numer cztery.

-?Ja jestem uczciwy czło­wiek -?burk­nął tam­ten, nale­wa­jąc sobie her­batę.

Boro­wiecki, oparty o stół łok­ciami, uto­pił twarz w dło­niach i słu­chał.

Moryc na odpo­wiedź usły­szaną odwró­cił się gwał­tow­nie, aż bino­kle mu spa­dły i ude­rzyły w poręcz krze­sła, popa­trzył na Maksa z uśmie­chem gry­zą­cej iro­nii na wąskich ustach, pogła­dził cien­kimi pal­cami, na któ­rych skrzyły się bry­lan­towe pier­ścionki, rzadką, czarną jak smoła brodę i szep­nął drwiąco:

-?Nie gadaj, Maks, głupstw. Tu cho­dzi o pie­nią­dze. Tu cho­dzi, żebyś nie wyjeż­dżał z tymi oskar­że­niami publicz­nie, bo to naszemu kre­dy­towi może zaszko­dzić. My mamy zało­żyć fabrykę we trzech, my nic nie mamy, to my potrze­bu­jemy mieć kre­dyt i zaufa­nie u tych, co go nam dadzą. My teraz potrze­bu­jemy być porządni ludzie, gładcy, mili, dobrzy. Jak ci Bor­man powie: "Podła Łódź", to mu powiedz, że jest cztery razy podłą -?jemu trzeba przy­ta­ki­wać, bo to gruba fisz. A coś ty o nim powie­dział do Knolla? Że jest głupi cham. Czło­wieku, on nie jest głupi, bo on ze swo­jej mózgow­nicy wycią­gnął miliony, on te miliony ma, a my je także chcemy mieć. Będziemy mówić o nich wtedy, jak będziemy mieli pie­nią­dze, a teraz trzeba sie­dzieć cicho, oni są nam potrzebni; no, niech Karol powie, czy ja nie mam racji, mnie idzie prze­cież o przy­szłość nas trzech.

-?Moryc ma zupełną pra­wie słusz­ność -?powie­dział twardo Boro­wiecki, pod­no­sząc zimne, szare oczy na wzbu­rzo­nego Maksa.

-?Ja wiem, że wy macie rację, łódzką rację, ale nie zapo­mi­naj­cie, że jestem uczciwy czło­wiek.

-?Fra­zes, stary, wytarty fra­zes!

-?Moryc, ty jesteś podły żydziak! -?wykrzyk­nął gwał­tow­nie Baum.

-?A ty jesteś głupi, sen­ty­men­talny Nie­miec.

-?Kłó­ci­cie się o wyrazy -?ozwał się chłodno Boro­wiecki i zaczął wdzie­wać palto. -?Żałuję, że nie mogę zostać z wami, ale pusz­czam w ruch nową dru­kar­nię.

-?Nasza wczo­raj­sza roz­mowa na czym sta­nęła? -?zapy­tał spo­koj­nie już Baum.

-?Zakła­damy fabrykę.

-?Tak, ja nie mam nic, ty nie masz nic, on nie ma nic. -?Zaśmiał się gło­śno.

-?To razem wła­śnie mamy tyle, w sam raz tyle, żeby zało­żyć wielką fabrykę. Cóż stra­cimy? Zaro­bić zawsze można -?dorzu­cił po chwili. - Zresztą, albo robimy inte­res, albo inte­resu nie robimy. Powiedz­cie raz jesz­cze.

-?Robimy, robimy! -?powtó­rzyli obaj.

-?Co to, Gold­berg się spa­lił? -?zapy­tał Baum.

-?Tak, zro­bił sobie bilans. Mądry chłop, zrobi miliony.

-?Albo skoń­czy w kry­mi­nale.

-?Głu­pie słowo! -?żach­nął się nie­cier­pli­wie Moryc. -?Ty sobie takie rze­czy gadaj w Ber­li­nie, w Paryżu, w War­sza­wie, ale w Łodzi nie gadaj. To nie­przy­jemne słowa, nam oszczędź ich.

Maks się nie ode­zwał.

Świ­stawki znowu zaczęły pod­no­sić swoje prze­ni­kliwe, dener­wu­jące głosy i śpie­wały coraz potęż­niej hej­nał poranny.

-?No, muszę już iść. Do widze­nia, wspól­nicy, nie kłóć­cie się, idź­cie spać i śnij­cie o tych milio­nach, jakie zro­bimy.

-?Zro­bimy!

-?Zro­bimy! -?powie­dzieli razem.

Uści­snęli sobie mocno, po przy­ja­ciel­sku dło­nie.

-?Zapi­sać trzeba dzi­siej­szą datę; będzie ona dla nas bar­dzo pamiętną.

-?Dodaj tam, Mak­sie, taki nawias, kto z nas naj­pierw zechce okpić dru­gich.

-?Ty, Boro­wiecki, jesteś szlach­cic, masz na bile­tach wizy­to­wych herb, kła­dłeś nawet na pro­ku­rze swoje von, a jesteś naj­więk­szym z nas wszyst­kich Lodzer­men­schem -?szep­nął Moryc.

-?A ty nim nie jesteś?

-?Ja przede wszyst­kim mówić o tym nie potrze­buję, bo ja potrze­buję zro­bić pie­nią­dze. Wy i Niemcy to dobre narody, ale do gada­nia.

Boro­wiecki pod­niósł koł­nierz, poza­pi­nał się sta­ran­nie i wyszedł.

Deszcz mżył bez­u­stan­nie i zaci­nał sko­śnie, aż do pół okien małych dom­ków, co w tym końcu Piotr­kow­skiej ulicy stały gęsto przy sobie, gdzie­nie­gdzie tylko jakby roze­pchnięte olbrzy­mem fabrycz­nym lub wspa­nia­łym pała­cem fabry­kanta.

Sze­regi niskich lip na tro­tu­arze gięły się auto­ma­tycz­nie pod ude­rze­niem wia­tru, który hulał po błot­ni­stej, pra­wie czar­nej ulicy, bo rzad­kie latar­nie roz­sie­wały tylko koła nie­wiel­kie żół­tego świa­tła, w któ­rym błysz­czało czarne, lep­kie błoto na ulicy i migały setki ludzi, w ciszy wiel­kiej a z pośpie­chem sza­lo­nym bie­gną­cych na głos tych świ­sta­wek, co teraz coraz rza­dziej odzy­wały się dokoła.

-?Zro­bimy? -?powtó­rzył Boro­wiecki, przy­sta­jąc i topiąc spoj­rze­nie w tym cha­osie komi­nów, maja­czą­cych w ciem­no­ści; w tej masie czar­nej, nie­ru­cho­mej, dzi­kiej jakimś kamien­nym spo­ko­jem fabryk, co stały wszę­dzie i ze wszyst­kich stron zdały się wyra­stać przed nim czer­wo­nymi, potęż­nymi murami.

-?Mor­gen! -?rzu­cił ktoś sto­ją­cemu, bie­gnąc dalej.

-?Mor­gen... -?szep­nął i poszedł wol­niej.

Gry­zły go wąt­pli­wo­ści, tysiące myśli, cyfr, przy­pusz­czeń i kom­bi­na­cji prze­wi­jało mu się pod czaszką, zapo­mi­nał pra­wie, gdzie jest i dokąd idzie.

Tysiące robot­ni­ków, niby ciche, czarne roje, wypeł­zło nagle z bocz­nych uli­czek, które wyglą­dały jak kanały pełne błota, z tych domów, co stały na krań­cach mia­sta niby wiel­kie śmiet­ni­ska -?napeł­niło Piotr­kow­ską szme­rem kro­ków, brzę­kiem bla­sza­nek błysz­czą­cych w świe­tle latarń, stu­kiem suchym drew­nia­nych pode­szew tre­pów i gwa­rem jakimś sen­nym oraz chlu­po­tem błota pod nogami.

Zale­wali całą ulicę, szli ze wszyst­kich stron, zapeł­niali tro­tu­ary, czła­pali środ­kiem ulicy, peł­nej czar­nych kałuż wody i błota. Jedni usta­wiali się bez­ład­nymi kupami przed bra­mami fabryk, dru­dzy, usze­re­go­wani w dłu­giego węża, zni­kali w bra­mach, jakby poły­kani z wolna przez bucha­jące świa­tłem wnę­trza.

W ciem­nych głę­biach zaczęły buchać świa­tła. Czarne, mil­czące czwo­ro­boki fabryk bły­skały nagle set­kami pło­mien­nych okien i niby ogni­stymi śle­piami świe­ciły. Elek­tryczne słońca nagle zawi­sały w cie­niach i skrzyły się w próżni.

Białe dymy zaczęły bić z komi­nów i roz­włó­czyć się pomię­dzy tym potęż­nym kamien­nym lasem, co tysią­cami kolumn zda­wał się pod­pie­rać i jakby chwiał się w drga­niach świa­tła elek­trycz­nego.

Ulice opu­sto­szały, gaszono latar­nie, ostat­nie świ­stawki prze­brzmiały, cisza pełna chlu­potu desz­czu, coraz cich­szych poświ­sty­wań wia­tru roz­włó­czyła się po ulicy.

Otwie­rano szynki i pie­kar­nie, a gdzie­nie­gdzie, w jakimś okienku na pod­da­szu lub w sute­ry­nach, do któ­rych sączyło się uliczne błoto, bły­skały świa­tła.

Tylko w set­kach fabryk wrzało życie wysi­lone, gorącz­kowe; głu­chy łoskot maszyn drżał w powie­trzu mgli­stym i obi­jał się o uszy Boro­wiec­kiego, który wciąż spa­ce­ro­wał po ulicy i patrzył w okna fabryk, za któ­rymi ryso­wały się czarne syl­wetki robot­ni­ków lub olbrzy­mie kon­tury maszyn.

Nie chciało mu się iść do roboty. Było mu dobrze tak cho­dzić i myśleć o tej przy­szłej fabryce, urzą­dzać ją, pusz­czać w ruch, pil­no­wać. Tak się zata­piał w tym roz­ma­rze­niu, że chwi­lami naj­wy­raź­niej sły­szał około sie­bie i czuł tę przy­szłą fabrykę. Widział stosy mate­ria­łów, widział kan­tor, kupu­ją­cych, sza­lony ruch, jaki pano­wał. Czuł jakąś wielką falę bogactw pły­nącą mu pod stopy.

Uśmie­chał się bez­wied­nie, oczy mu wil­got­nymi bla­skami świe­ciły, na bladą, piękną twarz wystę­po­wały rumieńce głę­bo­kiej rado­ści. Pogła­dził ner­wowo brodę mokrą od desz­czu i oprzy­tom­niał.

-?Co za głup­stwo -?szep­nął nie­chęt­nie i obej­rzał się dokoła, jakby z obawy, czy kto nie widział tej chwi­lo­wej sła­bo­ści.

Nie było nikogo, ale już sza­rzało, ze sła­bego, prze­mglo­nego świtu zaczy­nały powoli wychy­lać się kon­tury drzew, fabryk i domów.

Piotr­kow­ską zaczy­nały cią­gnąć od roga­tek sznury chłop­skich wozów, od mia­sta tur­ko­tały po wybo­jach olbrzy­mie wozy towa­rowe łado­wane węglem i plat­formy nałado­wane przę­dzą, bawełną w belach, suro­wym towa­rem lub becz­kami, a pomię­dzy nimi prze­my­kały pospiesz­nie małe bryczki lub powo­ziki fabry­kan­tów spie­szą­cych do zajęć lub tłu­kła się z hała­sem dorożka wio­ząca zapóź­nio­nego ofi­cja­li­stę.

Boro­wiecki przy końcu Piotr­kow­skiej skrę­cił na lewo, w małą, nie­bru­ko­waną uliczkę, oświe­tloną kil­koma latar­niami na sznu­rach i olbrzy­mią fabryką, która już szła. Długi czte­ro­pię­trowy budy­nek świe­cił wszyst­kimi oknami.

Prze­brał się szybko w zafar­bo­waną, brudną bluzę i pobiegł do swo­jego oddziału.

II

-?Mur­ray, dzień dobry! -?krzyk­nął Boro­wiecki.

Mur­ray, okrę­cony w długi, nie­bie­ski far­tuch, wysu­nął się spoza rzę­dów rucho­mych kotłów, w któ­rych się goto­wały i robiły farby. W mdłym świe­tle elek­trycz­nym, prze­sy­co­nym kolo­ro­wymi parami, jego długa, kości­sta twarz sta­ran­nie wygo­lona i świe­cąca bladonie­bie­skimi, jakby wypeł­złymi oczami, robiła wra­że­nie kary­ka­tury z "Pun­cha"1.

-?A, Boro­wiecki! Chcia­łem widzieć pana, byłem u was wie­czo­rem, zasta­łem Moryca, ale że ja go nie cier­pię, nie cze­ka­łem.

-?Dobry chło­pak.

-?Co mi do jego dobroci! Nie cier­pię jego rasy.

-?Dru­kują już pięć­dzie­siąty siódmy numer?

-?Dru­kują. Wyda­łem farbę.

-?Trzyma się?

-?Pierw­sze metry nieco lako­wała. Przy­słali z cen­trali zamó­wie­nie na pięć­set sztuk tej pań­skiej lamy.

-?Aha, dwu­dzie­sty czwarty numer, sele­dy­nowa.

-?I z filii Bech tele­fo­no­wał o to samo. Czy będziemy robić?

-?Dzi­siaj już nie. Mamy bojki pilne, mamy jesz­cze pil­niej­sze do dru­ko­wa­nia te let­nie korty.

-?Tele­fo­no­wali o bar­chan numer siódmy.

-?W apre­tu­rze. Muszę tam zaraz iść.

-?Chcia­łem panu coś powie­dzieć...

-?Słu­cham, słu­cham! -?szep­nął grzecz­nie, ale z pewną nie­chę­cią.

Mur­ray ujął go pod rękę i odpro­wa­dził w kąt za wiel­kie beczki, z któ­rych co chwila czer­pano farby.

Kuch­nia, bo tak nazy­wano tę salę, tonęła w zmroku. Pod oka­pami wiszą­cymi nisko, niby pod sta­lo­wymi para­so­lami krę­ciły się wolno, auto­ma­tycz­nie, sze­ro­kie mie­dziane mie­sza­dła, prze­gar­nia­jące farby w wiel­kich kotłach, błysz­czą­cych mie­dzią pole­ro­waną.

Budy­nek cały drżał od ruchu maszyn.

Dłu­gie trans­mi­sje, niby węże bla­do­żółte, nie­skoń­czo­nej dłu­go­ści, goniły się z sza­loną szyb­ko­ścią pod sufi­tem, prze­wi­jały się nad podwój­nym sze­re­giem kotłów, peł­zały wzdłuż ścian, krzy­żo­wały się wysoko, led­wie doj­rzane w obłoku gry­zą­cych kolo­ro­wych par, co buchały usta­wicz­nie z kotłów i przy­ciem­niały świa­tło, i ucie­kały wśród murów przez wszyst­kie otwory do innych sal.

Syl­wetki robot­ni­ków w koszu­lach uma­za­nych far­bami prze­my­kały cicho i jak cie­nie ginęły w zmroku, wózki z łosko­tem wjeż­dżały i wyjeż­dżały obła­do­wane far­bami goto­wymi, które wio­zły do dru­karni i far­biarni.

Ostry strasz­li­wie zapach siarki roz­cho­dził się wszę­dzie.

-?Kupi­łem wczo­raj meble -?szep­tał do ucha Boro­wiec­kiemu. -?Uwa­żasz pan, do salo­niku kupi­łem żółte jedwabne w stylu empire. Do jadal­nego obsta­lo­wa­łem dębowe w stylu Hen­ryka IV, a do budu­aru...

-?A kie­dyż się pan żeni? -?prze­rwał mu dosyć nie­cier­pli­wie.

-?No, nie wiem jesz­cze. Cho­ciaż ja chciał­bym jak naj­prę­dzej.

-?To już po oświad­czy­nach? -?Spoj­rzał dosyć iro­nicz­nie na zgar­bio­nego i dosyć śmiesz­nie wyglą­da­ją­cego Anglika; jego garb wydał mu się teraz potwor­nym, a on sam przy­po­mi­nał małpę tą długą, wysta­jącą szczęką i sze­ro­kimi ustami, nie­zmier­nie ruchli­wymi.

-?Tak jakby już. W nie­dzielę wła­śnie powie­działa mi, jak by chciała mieć urzą­dzone miesz­ka­nie. Wypy­ta­łem szcze­gó­łowo, odpo­wia­dała tak, jak odpo­wia­dają kobiety, gdy idzie o ich przy­szłe gospo­dar­stwo.

-?Ostat­nim razem myśla­łeś pan tak samo.

-?Tak, ale nie mia­łem takiej pew­no­ści ani w poło­wie! -?zarę­czał gorąco.

-?No, kiedy tak, to win­szuję panu szcze­rze. Kie­dyż poznam narze­czoną?

-?Na wszystko przyj­dzie czas, na wszystko.

-?Dla­tego też wie­rzę, iż się pan w końcu ożeni -?szep­nął drwiąco.

-?Może byś pan przy­szedł jutro do mnie, dobrze? Chcia­łem koniecz­nie usły­szeć pań­skie zda­nie o tych meblach.

-?Przyjdę.

-?Ale kiedy?

-?Po obie­dzie.

Mur­ray wró­cił do farb i labo­ra­to­rium, a Boro­wiecki pobiegł dalej do far­biarni przez kory­ta­rze i przej­ścia zapchane wóz­kami nała­do­wa­nymi towa­rem ocie­ka­ją­cym wodą, ludźmi i sto­sami towaru leżą­cego na ziemi w wiel­kich kupach, ocze­ku­ją­cego swo­jej kolei.

Co chwila zastę­po­wano mu drogę z naj­roz­ma­it­szymi inte­re­sami.

Wyda­wał krót­kie roz­kazy, szybko decy­do­wał, pospiesz­nie infor­mo­wał, cza­sem obej­rzał próbkę farby, jaką mu przy­no­sił robot­nik, rzu­cał sta­now­czo:

-?Dobre lub jesz­cze -?i leciał dalej wśród spoj­rzeń setek robot­ni­czych i szumu fabryki, co niby pie­kło wrzała cha­osem.

Wszystko się trzę­sło; ściany, sufity, maszyny, pod­łogi, huczały motory, świsz­czały prze­ni­kli­wie pasy i trans­mi­sje, tur­ko­tały po asfal­to­wej pod­ło­dze wózki, szczę­kały cza­sem koła roz­pę­dowe, zgrzy­tały tryby, leciały wskroś tego morza roz­bi­tych drgań jakieś krzyki lub roz­le­gał się potężny, huczący oddech maszyny głów­nej.

-?Panie Boro­wiecki!

Wytę­żył oczy, bo wśród par, jakie zale­gały całą far­biar­nię, nie było nic pra­wie widać, prócz sła­bych zary­sów maszyn. Nie wie­dział, kto woła.

-?Panie Boro­wiecki!

Drgnął, bo go ujęto pod ramię.

-?A, pan pre­zes -?szep­nął, poznaw­szy wła­ści­ciela fabryki.

-?Ja pana gonię, ale pan dobrze ucie­kasz.

-?Robota, panie dyrek­to­rze.

-?Tak, tak, ja to rozu­miem. Zmę­czy­łem się na śmierć. -?Trzy­mał go sil­nie za ramię, zamilkł i dyszał ciężko ze zmę­cze­nia. -?Idzie, co? -?zapy­tał po chwili.

-?Robi się -?rzu­cił krótko i szedł naprzód.

Fabry­kant ucze­piony u jego ramie­nia wlókł się ciężko, pod­pie­rał się grubą laską i zgar­biony pra­wie we dwoje pod­no­sił okrą­głe czer­wone oczy jastrzę­bie i twarz dużą, świe­cącą, okrą­głą, ozdo­bioną małymi bacz­kami i wąsami przy­cię­tymi równo.

-?Cóż, te wat­sony dobrze dzia­łają?

-?Po pięt­na­ście tysięcy metrów dzien­nie dru­kują.

-?Mało -?mruk­nął cicho, puścił jego ramię i przy­siadł na wózku peł­nym suro­wego per­kalu, obcią­gnął gruby kaftan, w jaki był ubrany, pod­parł się laską i sie­dział.

Boro­wiecki pobiegł do wiel­kich kadzi far­biar­skich, nad któ­rymi na wiel­kich wałach roz­wi­nięte zwoje mate­ria­łów krę­ciły się w kółko i kąpały w far­bie, roz­pry­sku­jąc ją na twa­rze i koszule robot­ni­ków, któ­rzy stali nie­ru­chomo, co chwila czer­piąc z kadzi wodę dło­nią i patrząc, czy jest w niej jesz­cze farba, którą wycią­gał mate­riał.

Kil­ka­dzie­siąt tych wałów usta­wio­nych rzę­dem toczyło się wciąż w kółko, z męczącą jed­no­staj­no­ścią, dłu­gie, poskrę­cane zwoje mate­ria­łów pła­wiły się w far­bach i bły­skały w mgle mato­wymi pla­mami czer­wieni, błę­kitu i ochry.

Z dru­giej strony za podwój­nym rzę­dem żela­znych słu­pów, pod­trzy­mu­ją­cych wyż­sze pię­tra fabryki i roz­ro­śnię­tych gęsto po olbrzy­miej sali, stały płucz­kar­nie; dłu­gie skrzy­nie, pełne wrzą­cej wody pie­nią­cej się sodą, pra­czek mecha­nicz­nych, wyży­ma­czek, mydła, przez które prze­su­wał się surowy mate­riał; bry­zgi roz­bi­tej trze­pacz­kami wody roz­sy­py­wały się na salę i two­rzyły nad pracz­kar­niami tak gęsty tuman, że świa­tła paliły się zale­d­wie jakby odbite w lustrze.

Mecha­niczne odbie­ra­cze szczę­kały, odbie­ra­jąc wyprany już towar na sie­bie, niby na roz­krzy­żo­wane ręce i odda­wały go robot­ni­kom, któ­rzy prę­tami ukła­dali go w wiel­kie fałdy na wózki, pod­su­wane co chwila.

-?Panie Boro­wiecki! -?zawo­łał fabry­kant do jakie­goś cie­nia, co się wychy­lił z mgieł, ale to nie był Boro­wiecki.

Pod­niósł się i wlókł chore zreu­ma­ty­zmo­wane nogi po sali, kąpał się z roz­ko­szą w tej roz­pa­lo­nej atmos­fe­rze. Zata­piał scho­ro­wane ciało w sali peł­nej opa­rów, ostrych zapa­chów farb, wody pry­ska­ją­cej z płucz­ka­rek i z kadzi, ście­ka­ją­cej z wóz­ków, chlu­pią­cej pod nogami, leją­cej się z sufi­tów, z któ­rych skro­plona para opa­dała pra­wie stru­mie­niami.

Sza­lony, podobny do drga­ją­cego jęku, szczęk cen­try­fugi wycią­ga­ją­cej wodę z mate­ria­łów, prze­ni­kał całe sale, wświ­dro­wy­wał się w nerwy robot­ni­ków pil­nu­ją­cych, wpa­trzo­nych w robotę i pochło­nię­tych zupeł­nie czu­wa­niem nad maszy­nami i roz­bi­jał się o kolo­rowe, powie­wa­jące niby sztan­dary, mate­riały na odbie­ra­czach.

Boro­wiecki teraz był w sąsied­niej sali, gdzie na niskich angiel­skich maszy­nach sta­rego sys­temu far­bo­wano ordy­narny czarny towar na męskie ubra­nia.

Dzień wle­wał się set­kami okien i kładł zie­lo­nawy ton na czarne opary i na robot­ni­ków, co niby kolumny z bazaltu stali nie­ru­chomi, z zało­żo­nymi rękami, wpa­trzeni w maszyny, przez które prze­su­wały się dzie­siątki tysięcy metrów gry­zione przez spie­nioną, bry­zga­jącą, czarną farbę.

Mury drżały cią­gle. Fabryka pra­co­wała wszyst­kimi mię­śniami.

Windy, osa­dzone w murach, łączyły dół fabryki z jej czte­rema pię­trami wierz­chu. Co chwila roz­le­gał się głu­chy szczęk w innej stro­nie sali, to winda brała lub wyrzu­cała z sie­bie wózki, towary, ludzi...

Dzień i do wiel­kiej sali zaczął zaglą­dać, brudne świa­tło wci­skało się przez małe zapo­cone szybki, zasnute bru­dem i parą, wyła­nia­jąc z nich zarysy peł­niej­sze maszyn i ludzi, ale w tym sza­ro­zie­lo­na­wym świe­tle, po któ­rym pły­wały dłu­gie smugi czer­wo­nych opa­rów i gdzie pyliły się nimby gazo­wych świa­teł -?i ludzie, i maszyny wyglą­dali jak nie­przy­tomni, jak widzia­dła porwane straszną siłą ruchu; jak jakieś strzępy, pyły, drza­zgi skłę­bione, splą­tane, rzu­cone w wir, który z hukiem się prze­wa­lał.

Her­man Bucholc, wła­ści­ciel fabryki, gdy obej­rzał far­biar­nię, powlókł się dalej. Prze­cho­dził pawi­lony, pod­no­sił się w górę win­dami, scho­dził scho­dami, sunął się dłu­gimi kory­ta­rzami, przy­glą­dał się maszy­nom, oglą­dał towar, rzu­cał cza­sem posęp­nym okiem na ludzi, cza­sem rzekł jakieś krót­kie słowo, które jak bły­ska­wica obla­ty­wało całą fabrykę, odpo­czy­wał na sto­sach sztuk, cza­sem na pro­gach; nik­nął, aby za chwilę poka­zać się w innej stro­nie fabryki, przy skła­dach węgla, pomię­dzy wago­nami, któ­rych rzędy stały z jed­nej strony olbrzy­miego czwo­ro­boku dzie­dzińca, ogro­dzo­nego niby par­ka­nem, murami fabryki.

Był wszę­dzie, a cho­dził jak noc jesienna ponury i mil­czący; gdzie się tylko zja­wił, gdzie prze­szedł, roz­mowy mil­kły, twa­rze się pochy­lały, oczy prze­sta­wały widzieć, posta­cie się zgi­nały i kur­czyły, jakby chcąc ujść spod pro­mie­nia jego oczów.

Spo­ty­kał się kil­ka­krot­nie z Boro­wiec­kim, bie­ga­ją­cym usta­wicz­nie po oddziale.

Spo­glą­dali na sie­bie przy­jaź­nie.

Her­man Bucholc lubił swo­jego dyrek­tora dru­karni, wię­cej, on go sza­co­wał na całe te dzie­sięć tysięcy rubli, jakie mu pła­cił rocz­nie.

"To jest naj­lep­sza moja maszyna w tym oddziale", myślał, patrząc na niego.

Sam już się nie zaj­mo­wał niczym, zięć pro­wa­dził fabrykę, a on wsku­tek przy­zwy­cza­je­nia całego życia co rano przy­cho­dził do niej razem z robot­ni­kami.

W fabryce jadał śnia­da­nie i prze­sia­dy­wał do połu­dnia, a po obie­dzie, jeśli nie jeź­dził do mia­sta, to łaził po kan­to­rach, skła­dach, maga­zy­nach bawełny.

Nie mógł żyć z dala od tego potęż­nego kró­le­stwa, które stwo­rzył pracą wła­sną całego życia i mocą swo­jego geniu­szu prze­my­sło­wego, musiał czuć pod nogami, w sobie, te roz­tar­gane, trzę­sące się mury; czuł się dopiero dobrze, prze­dzie­ra­jąc się przez przę­dzę trans­mi­sji i pasów, roz­wle­czoną po całej fabryce, wśród ostrych zapa­chów farb, bli­chowni, suro­wego mate­riału i sma­rów roz­grza­nych w tym upale strasz­nym.

Sie­dział teraz w dru­karni i przy­sło­nię­tymi oczyma patrzył na salę, jasno oświe­tloną wiel­kimi oknami, na maszyny dru­kar­skie w ruchu, na te pira­midy żela­zne pra­cu­jące pospiesz­nie i w jakiejś groź­nej ciszy.

Przy każ­dej dru­karce osobna maszyna parowa świ­stała swym kołem pocią­go­wym, które niby srebrne, wypo­le­ro­wane tar­cze migo­tały z taką sza­loną szyb­ko­ścią, że nie można było pochwy­cić kon­tu­rów, a tylko jakiś nimb srebrny wiro­wał dokoła swo­jej osi i roz­py­lał świe­tlany, roz­iskrzony tuman.

Maszyny dzia­łały z nie­usta­ją­cym ani na chwilę pośpie­chem; dłu­gie nie­skoń­cze­nie pasy mate­ria­łów, co się prze­wi­jały pomię­dzy wal­cami mie­dzia­nymi, odci­ska­ją­cymi na nich barwy deseni, ginęły w górze, na wyż­szym pię­trze, w suszarni.

Ludzie z tyłu maszyn pod­kła­da­jący towar do dru­ko­wa­nia poru­szali się sen­nie, a maj­stro­wie stali przed maszy­nami, co chwila któ­ryś się pochy­lał, przy­pa­try­wał wal­com, dole­wał farby z wiel­kich kadzi, patrzył na mate­riał i znowu stał zapa­trzony w te tysiące metrów, bie­gną­cych z sza­lo­nym pośpie­chem.

Boro­wiecki wpa­dał do dru­karni, aby śle­dzić dzia­ła­nie świeżo zamon­to­wa­nych maszyn, porów­ny­wał próbki ze świeżo dru­ko­wa­nymi mate­ria­łami, wyda­wał pole­ce­nia, cza­sem na jego ski­nie­nie zatrzy­mano dzia­ła­jący kolos, oglą­dał szcze­gó­łowo i szedł dalej znowu, bo ten potężny rytm fabryki, te setki maszyn, tysiące ludzi śle­dzą­cych z naj­wyż­szą, pra­wie pobożną uwagą za ich dzia­ła­niem, te góry towa­rów leżą­cych, prze­wo­żo­nych wóz­kami, snu­ją­cych się przez sale z pralni do far­biarni, z far­biarni do suszarni, stam­tąd do apre­tury i w dzie­sięć jesz­cze innych miejsc nim wyszły gotowe -?pory­wał go.

Chwi­lami tylko sia­dał w swoim gabi­ne­cie, poło­żo­nym przy "kuchni" i tam, w prze­rwie pomię­dzy kom­bi­no­wa­niem nowych deseni, oglą­da­niem przy­sła­nych z zagra­nicy pró­bek, któ­rych olbrzy­mie, nakle­jone w albumy, stosy leżały po sto­łach -?zamy­ślał się, a raczej pró­bo­wał myśleć o sobie, o tym pro­jek­cie fabryki pla­no­wa­nej łącz­nie z przy­ja­ciółmi, ale nie mógł zebrać myśli, nie mógł ani na chwilę zamknąć się w sobie, bo ta fabryka, któ­rej szum huczał w jego gabi­ne­cie, któ­rej ruch i pul­so­wa­nie czuł we wła­snych ner­wach, w tęt­nie krwi nie­omal, nie pozwa­lała się odosob­nić, cią­gnęła nie­prze­par­cie, zmu­szała do służby i waro­wa­nia każ­dego, który krą­żył w jej orbi­cie.

Zry­wał się i biegł znowu, ale dzień mu się strasz­nie dłu­żył, tak, że około czwar­tej poszedł do kan­toru, który był w innym oddziale, aby wypić her­baty i zate­le­fo­no­wać do Moryca, aby był dzi­siaj w teatrze, gdzie dawano przed­sta­wie­nie ama­tor­skie na jakiś cel dobro­czynny.

-?Pan Welt dopiero z pół godziny jak od nas wyszedł.

-?Tutaj był?

-?Brał pięć­dzie­siąt sztuk bia­łego towaru.

-?Dla sie­bie?

-?Nie, na zle­ce­nie Amfi­łowa, do Char­kowa. Cyga­rem można słu­żyć?

-?Ow­szem, zapalę, bo jestem dia­blo zmę­czony.

Zapa­lił i siadł na wyso­kim tabu­re­cie przed pustym biur­kiem.

Główny buchal­ter kan­toru, który go z uni­żo­no­ścią trak­to­wał cyga­rem, stał przed nim, napy­cha­jąc sobie fajkę tyto­niem, kilku mło­dych chło­pa­ków, usa­do­wio­nych na wyso­kich kobył­kach, pisało w wiel­kich, czer­wono poli­nio­wa­nych książ­kach.

Cisza, jaka tutaj pano­wała, draż­niący skrzyp piór, mono­tonne cyka­nie zegara, dener­wu­jąco dzia­łały na Boro­wiec­kiego.

-?Cóż sły­chać, panie Szwarc? -?zapy­tał.

-?Rosen­berg się zała­mał.

-?Zupeł­nie?

-?Nie wia­domo jesz­cze, ale ja myślę, że się będzie ukła­dał, no, bo co za inte­res robić zwy­kłą klapę? -?Zaśmiał się cicho i przy­bi­jał pal­cem wil­gotny tytoń w fajce.

-?Firma traci?

-?To zależy od tego, ile będzie pła­cił za sto.

-?Bucholc wie?

-?Nie był jesz­cze dzi­siaj u nas, ale jak się dowie, zabolą go odci­ski; jest czuły na straty.

-?Jego szlag może tra­fić -?szep­nął któ­ryś z pochy­lo­nych przy robo­cie.

-?Byłaby szkoda!

-?Bar­dzo wielka, niech Bóg broni!

-?Niech żyje sto lat, niech ma sto pała­ców, sto milio­nów, sto fabryk.

-?I niech go razem sto cho­ler ciśnie! -?szep­nął któ­ryś.

Cisza się zro­biła.

Szwarc patrzył groź­nie na piszą­cych, to na Boro­wiec­kiego, jakby chciał się uspra­wie­dli­wiać, że on nic nie winien, ale Boro­wiecki znu­dzo­nym wzro­kiem patrzył w okno.

W kan­to­rze pano­wała atmos­fera przy­tła­cza­ją­cej nudy.

Ściany aż po sufit wyło­żone drew­nem malo­wa­nym na dąb, pełne pó­łek i ksiąg, roz­sta­wio­nych sys­te­ma­tycz­nie, żół­ciły się smut­nie.

Na wprost okien stał wielki, czte­ro­pię­trowy budy­nek z nagiej, czer­wo­nej cegły i rzu­cał sza­ror­dzawy, przy­gnę­bia­jący refleks do kan­toru.

Przez podwórko wylane asfal­tem, po któ­rym tur­ko­tały od czasu do czasu wózki i prze­cho­dzili ludzie, w kilku kie­run­kach bie­gły na wyso­ko­ści pierw­szego pię­tra grube, jak ramiona atlety, trans­mi­sje, war­cząc głu­cho, od czego szyby w kan­to­rze usta­wicz­nie drżały.

Wysoko nad fabryką wisiało niebo ciężką, brudną płachtą, z któ­rej ście­kał drobny deszcz i spły­wał po zabru­dzo­nych murach smu­gami jesz­cze brud­niej­szymi, i sączył się po oknach kan­toru, zaku­rzo­nych pyłem węglo­wym i baweł­nia­nym, niby wstrętne plwo­ciny.

W kącie kan­toru, nad gazem, zaczął szu­mieć samo­war.

-?Panie Horn, może pan dać mi her­baty?

-?A może pan dyrek­tor zechce butersz­ni­cik2! -?ofia­ro­wy­wał uprzej­mie Szwarc.

-?Tylko tro­chę koszerny.

-?To zna­czy, że lep­szy niźli pan jadasz, panie von Horn!

Horn przy­niósł her­batę i zatrzy­mał się na chwilę.

-?Co panu jest? -?zapy­tał go Boro­wiecki, który z nim znał się bli­żej.

-?Nic -?odparł krótko i powlókł nie­na­wist­nym spoj­rze­niem po Szwarcu, który roz­wi­jał butersz­nity z gazety i ukła­dał je przed Boro­wiec­kim.

-?Wyglą­dasz pan bar­dzo źle.

-?Panu Hor­nowi nie służy fabryka. Po salo­nach trudno mu się przy­zwy­czaić do kan­toru i do roboty.

-?Bydlę albo inny par­szy­wiec może się łatwo przy­zwy­czaić do jarzma, ale czło­wie­kowi trud­niej -?syk­nął ze zło­ścią, ale tak cicho, że Szwarc nie zro­zu­miał słów, spoj­rzał uważ­nie, uśmiech­nął się tępo i szep­nął:

-?Panie von Horn! Panie von Horn! Może pan dyrek­tor spró­buje, jest tu kom­bi­na­cja szynki z pulardą, bar­dzo dobra, moja żona jest sławna z tego.

Horn odszedł, usiadł przy biurku i błą­dził spoj­rze­niem po murach czer­wo­nych, po oknach, za któ­rymi bie­liły się stosy szar­pa­nej do przę­dze­nia bawełny.

-?Daj mi pan jesz­cze her­baty.

Boro­wiecki chciał go wyba­dać.

Horn her­batę przy­niósł i nie pod­no­sząc oczów, zawró­cił do odej­ścia.

-?Panie Horn, może pan za jakie pół godziny przyj­dzie do mnie?

-?Dobrze, panie dyrek­to­rze. Ja nawet mia­łem inte­res i w tym celu jutro się wybie­ra­łem do pana. A może pan teraz zechcesz wysłu­chać?

Chciał coś pouf­nie szep­nąć, ale do kan­toru weszła kobieta, czworo dzieci wpy­cha­jąc przed sobą.

-?Niech będzie pochwa­lony Jezus Chry­stus -?szep­nęła cicho, ogar­nęła wzro­kiem te wszyst­kie głowy, co się pod­nio­sły znad pul­pi­tów, schy­liła się pokor­nie do nóg Boro­wiec­kiego, bo stał naj­bli­żej i miał naj­bar­dziej pokaźną twarz.

-?Wiel­możny panie dzie­dzicu, a to z prośbą przy­szłam, wedle tego, co mojemu mężowi głowę urwało w maszy­nie, co ja teraz sie­rota biedna z dzie­ciami, co my jeste­śmy biedne. Tom przy­szła dopra­szać się spra­wie­dli­wo­ści, aby mi pan dzie­dzic dał wspo­mo­że­nie jako mojemu mężowi urwało głowę w maszy­nie. Wiel­możny panie dzie­dzicu. -?I schy­liła się znowu do kolan Boro­wiec­kiego, wybu­cha­jąc pła­czem.

-?Za drzwi, wyno­sić się, tutaj takich spraw nie zała­twia się! -?krzyk­nął Szwarc.

-?Cicho pan bądź! -?zawo­łał na niego Boro­wiecki po nie­miecku.

-?Pro­szę pana, ona już od pół roku nacho­dzi wszyst­kie oddziały i kan­tory nasze, nie można się jej pozbyć niczym.

-?A dla­czego nie­za­ła­twione?

-?Pan się pyta? Ten cham umyśl­nie pod­ło­żył łeb pod koło, jemu się nie chciało pra­co­wać, a jemu się chciało okraść fabrykę! My teraz mamy pła­cić na jego babę i bękarty!

-?A ty, par­chu jeden, to moje dzieci bękarty! -?wykrzyk­nęła kobieta, w pasji przy­ska­ku­jąc do Szwarca, który cof­nął się za stół.

-?Cicho, kobieto! Niech pani uspo­koi się i co by te małe pano­wie nie pła­kali! -?zawo­łał prze­stra­szony, wska­zu­jąc na dzieci, które ucze­piły się matki i krzy­czały wnie­bo­głosy.

-?Wiel­możny dzie­dzicu, jużci że prawda co od samych kopań cho­dzę i cię­giem mi obie­cują, że zapłacą, cię­giem cho­dzę i pro­szę, to mnie cyga­nią ino i wycie­pują kiej sukę za drzwi.

-?Uspo­kój­cie się, pomó­wię dzi­siaj z wła­ści­cie­lem, przyjdź­cie tutaj za tydzień, to wam zapłacą.

-?Ażeby ci Pan Jezus i ta Czę­sto­chow­ska szczę­ściła na zdro­wiu, na majątku, na hono­rze, o mój dzie­dzicu kochany! -?wykrzy­ki­wała, przy­pa­da­jąc mu do nóg, cału­jąc go po rękach.

Wydarł się jej i wyszedł, ale przy­sta­nął w wiel­kiej sieni i gdy wycho­dziła, zapy­tał:

-?Z któ­rych wy stron?

-?A dyć panie, jaże spod Skier­nie­wiec.

-?Dawno w Łodzi?

-?A będzie ze dwa roki, jak my się tutaj prze­nie­śli na swoje zatra­ce­nie.

-?Cho­dzi­cie gdzie do roboty?

-?A bo mnie to chcą gdzie przy­jąć te poga­niny, te here­tyki zapo­wie­trzone, a po dru­gie kaj ja osta­wię swoje sie­roty.

-?Z cze­góż żyje­cie?

-?Bidu­jem, wiel­możny panie, bidu­jem. Miesz­kam na Bału­tach z jed­nymi webe­rami i jaże całe trzy ruble płacę za pomiesz­ka­nie mie­sięcz­nie. Póki mój nie­bosz­czyk żył, to choćby czę­sto gęsto było ze solą albo i z gło­dem, ale się ta żyło, a teraz kiej jego nie stało, to cho­dzę na Stare Mia­sto do posługi, cza­sem kto zawoła do pra­nia i tak jest -?gadała prędko, okrę­ca­jąc dzieci w jakieś ohyd­nie brudne strzępy chu­s­tek.

-?Czemu nie wró­ci­cie na wieś do domu?

-?Wrócę, panie, kiej mi tylko zapłacą za chłopa, to juści, że wrócę, a niech tam to mia­steczko Łódź mór nie minie, niech ją ta ogień spali, niech ich tam Pan Jezus niczego nie żałuje, co by wszyst­kie wyzdy­chały, co do jed­nego.

-?Cicho bądź­cie, nie macie za co prze­kli­nać -?szep­nął nieco podraż­niony.

-?Ni mam za co?! -?wykrzyk­nęła zdu­miona, pod­no­sząc na niego bladą, brzydką, prze­gry­zioną przez nędzę twarz i zapła­kane, wybla­dłe nie­bie­skie oczy. -?A to, wiel­możny panie, my na wsi byli ino komor­niki, bo mój miał trzy morgi gruntu, co mu przy­szły w sche­dzie po ojcu, to że nie było za co posta­wić cha­łupy, tośwa miesz­kali u stry­jecz­nych swo­ich. Myśwa żyli z wyrobku ino, ale zawżdy czło­wiek miesz­kał po ludzku i kar­to­fli gdzie przy­są­dził na odro­bek, i gąskę się ucho­wało albo i świ­niaka, i jajko miał swoje, i krowę mie­li­śwa, a tutaj co? Haro­wał nie­bo­rak od świtu do nocy i jeść nie było co, żyli­śmy kiej te dziady ostat­nie, a nie kiej krze­ścia­nie, kiej psy, a nie kiej gospo­da­rze poczciwi.

-?Po cóże­ście tutaj przy­je­chali, trzeba było sie­dzieć na wsi.

-?Po co?! -?zawo­łała bole­śnie. -?A bo ja wiem! Szły wszyst­kie, to i myśwa poszły. Na wio­snę poszedł Jadam, osta­wił kobitę i poszedł. Przy­je­chał po żni­wach taki wystro­jony, co go nikt nie mógł poznać, cały w kor­tach i zyga­rek miał śrybrny, i pie­strzo­nek, i tyla pinię­dzy, coby na wsi i bez trzy roki nie zaro­bił. Ludzie się dzi­wo­wali, a ten zapo­wie­trzony cyga­nił, bo mu za to zapła­cili, żeby ludzi wiej­skich spro­wa­dził, obie­cy­wał Bóg wie nie co. Tak zaraz poszło z nim dwóch parob­ków, Jan­ków syn i Grze­go­rza spod lasu, a potem to już kto ino mógł, to leciał do tego mia­steczka Łodzi. Kuż­dymu się chciało kor­tów, zygarka i roz­pu­sty! Ja mojego strzy­my­wa­łam, bo po co nam było tutaj iść, do obcych w tyli świat, to me sprał kiej bydlaka i poszedł, a po tym przy­je­chał i zabrał ze sobą. Mój Jezu kochany, mój Jezu -?szep­tała, chli­piąc bole­śnie i roz­cie­ra­jąc sobie nos i łzy brud­nymi rękami, i tak się zaczęła trząść w tym roz­pacz­li­wym pła­czu, że dzieci przy­tu­liły się do niej i także zaczęły pła­kać cicho.

-?Macie tutaj pięć rubli i zrób­cie tak, jak wam mówi­łem.

Miał tego już dosyć, odwró­cił się spiesz­nie i wyszedł, nie cze­ka­jąc podzię­ko­wań.

Nie cier­piał roz­tkli­wień i czu­ło­ści, a ta kobieta poru­szyła w nim zamie­ra­jącą z wolna, duszoną świa­do­mie uczu­cio­wość.

Stał czas jakiś przy kotle "oksy­da­cyj­nym" Mather-Platta, przez który prze­cho­dził towar suchy i już dru­ko­wany, i z pew­nym roz­tar­gnie­niem przy­glą­dał się bar­wom świeżo wytwo­rzo­nym, a raczej roz­wi­nię­tym w prze­su­nię­ciu się towaru przez kocioł. Żółte, nało­żone bej­cem kwiatki zmie­niły się na pąsowe pod wpły­wem wyso­kiej tem­pe­ra­tury i skom­pli­ko­wa­nych roz­two­rów soli ani­li­no­wej.

Fabryka po chwi­lo­wym odpo­czynku pod­wie­czor­ko­wym pra­co­wała znowu z jed­naką ener­gią.

Boro­wiecki wyj­rzał na świat z okien swo­jego gabi­netu, bo posza­rzało nagle i zaczął padać śnieg nad­zwy­czaj gęstymi pła­tami, i pobie­lił ściany fabryk i dzie­dzi­niec. Spo­strzegł Horna sto­ją­cego za dom­kiem szwaj­cara, przez który było jedyne wyj­ście z fabryki. Horn roz­ma­wiał z tą samą kobietą, która mu za coś dzię­ko­wała z unie­sie­niem i cho­wała jakiś papier za sta­nik.

-?Panie Horn! -?krzyk­nął, wychy­la­jąc przez luf­cik głowę.

-?Mia­łem przyjść wła­śnie do pana -?ozwał się Horn, zja­wia­jąc się po chwili.

-?Coś pan radził tej babie? -?zapy­tał suro­wym dosyć gło­sem, patrząc w okno.

Horn zawa­hał się przez mgnie­nie, rumie­niec powlókł jego dziew­częco piękną twarz, a w nie­bie­skich, dobrych oczach zami­go­tał pło­mień.

-?Kaza­łem jej iść do adwo­kata, nie­chaj wyto­czy pro­ces fabryce o odszko­do­wa­nie, bo wtedy prawo zmusi ich do zapła­ce­nia.

-?Co to pana obcho­dzi? -?Zaczął lekko bęb­nić po szy­bie i przy­gry­zać usta.

-?Co mnie obcho­dzi? -?Zamilkł na chwilę. -?Bar­dzo mnie obcho­dzi wszelka nędza i wszelka nie­spra­wie­dli­wość, bar­dzo...

-?Czym pan tutaj jesteś? -?prze­rwał mu ostro i usiadł przed dłu­gim sto­łem.

-?No jestem prak­ty­kan­tem kan­to­ro­wym, pan dyrek­tor prze­cież wie naj­le­piej -?odpo­wie­dział zdu­miony.

-?No, to panie Horn, pan nie skoń­czysz tej prak­tyki, jak mi się zdaje.

-?Wresz­cie, to mi jest już wszystko -?szep­nął dosyć twardo.

-?Ale nam nie jest wszystko jedno, nam: fabryce, w któ­rej pan jesteś jed­nym z miliona kółek! Przy­ję­li­śmy pana nie na to, żebyś tutaj pro­du­ko­wał się ze swoją filan­tro­pią, a tylko, abyś robił. Pan wpro­wa­dzasz zamęt tutaj, gdzie wszystko polega na naj­do­sko­nal­szym funk­cjo­no­wa­niu, na pra­wi­dło­wo­ści i zgod­no­ści.

-?Nie jestem maszyną, jestem czło­wie­kiem.

-?W domu. W fabryce od pana nie wymaga się egza­mi­nów na czło­wie­czeń­stwo ani egza­mi­nów na huma­ni­tar­ność, w fabryce potrzebne są pań­skie mię­śnie i mózg pań­ski i tylko za to pła­cimy panu. -?Roz­draż­niał się coraz bar­dziej. -?Jesteś pan tutaj maszyną taką samą jak my wszy­scy, więc pan rób tylko to, co do pana należy. Tutaj nie miej­sce do roz­anie­leń, tutaj...

-?Panie Boro­wiecki! -?prze­rwał mu szybko.

-?Panie von Horn! Słu­chaj pan, kiedy mówię do pana! -?zawo­łał groź­nie, zrzu­ca­jąc gniew­nie wielki album pró­bek na zie­mię. -?Bucholc przy­jął pana na moje zarę­cze­nie, znam pań­ską rodzinę, pra­gnę dla pana naj­le­piej, ale pan jesteś, jak widzę, chory na dzie­cinną dema­go­gię.

-?Jeżeli pan tak nazy­wasz współ­czu­cie zwy­kłe u ludzi.

-?Pan mnie kom­pro­mi­tu­jesz takimi radami, dawa­nymi wszyst­kim mają­cym jakie bądź pre­ten­sje do fabryki. Trzeba było zostać panu adwo­ka­tem, był­byś się wtedy mógł opie­ko­wać nie­szczę­śli­wymi i pokrzyw­dzo­nymi, ma się rozu­mieć za dobrą zapłatą -?dorzu­cił drwiąco, bo jego gniewny nastrój prze­padł gdzieś pod wpły­wem tych dobrych oczów Horna, wpa­trzo­nych w niego. -?Zresztą dajmy tej spra­wie spo­kój. Będziesz pan dłu­żej w Łodzi, roz­pa­trzysz się w sto­sun­kach, przyj­rzysz się lepiej tym uci­śnio­nym, to pan zro­zu­miesz, jak trzeba postę­po­wać. A weź­miesz pan inte­res po ojcu, to wtedy przy­znasz mi zupełną rację.

-?Nie, panie, ja w Łodzi dłu­żej nie wytrzy­mam ani inte­resu po ojcu nie obejmę.

-?Cóż pan chcesz robić?! -?wykrzyk­nął zdu­miony.

-?Jesz­cze nie wiem. Przy­znaję się panu szcze­rze, cho­ciaż tak ostro, za ostro pan mówi do mnie, ale mniej­sza z tym, bo wiem, że pan, jako dyrek­tor takiej wiel­kiej dru­karni, mówić ina­czej nie może.

-?Więc pan odcho­dzisz od nas? Tyle zro­zu­mia­łem, ale nie wiem dla­czego?

-?Dla­tego, że już wytrzy­mać nie mogę w tym pod­łym cham­stwie łódz­kim. Pan, jako czło­wiek pew­nej sfery, rozu­mie mnie chyba. Dla­tego, że ja całą duszą nie­na­wi­dzę zarówno fabryk, jak i wszyst­kich Buchol­ców, Rozensz­tej­nów, Entów, całej tej ohyd­nej prze­my­sło­wej bandy! -?wybuch­nął gwał­tow­nie.

-?Ha, ha, ha, pan jesteś wspa­niały fioł, nie­po­rów­nany! -?śmiał się Boro­wiecki ser­decz­nie.

-?To już nic wię­cej nie powiem -?rzekł mocno dotknięty.

-?Jak pan chce, a zawsze lepiej głupstw mówić mniej.

-?Do widze­nia.

-?Żegnam pana. Ha, ha, ha, pan masz zdol­no­ści aktor­skie!

-?Panie Boro­wiecki -?zaczął pra­wie ze łzami w oczach Horn, zatrzy­mu­jąc się, i chciał coś mówić.

-?Co?

Horn skło­nił głowę i wyszedł.

-?Kapi­talny mazgaj -?szep­nął za nim Boro­wiecki i także poszedł do suszarni.

Owio­nęło go suche, roz­pa­lone powie­trze. Olbrzy­mie czwo­ro­boki z bla­chy, wypeł­nione strasz­li­wie roz­pa­lo­nym i suchym powie­trzem brzę­czały niby odda­lone grzmoty, wymio­tu­jąc nie­koń­czący się pas mate­ria­łów kolo­ro­wych, suchych i sztyw­nych.

Na niskich sto­łach, na ziemi, na wóz­kach, które suwały się cicho, leżały całe sterty mate­ria­łów i w tym suchym, jasnym powie­trzu sali, któ­rej ściany były pra­wie ze szkła, paliły się przy­ćmio­nymi bar­wami złota przy­kop­co­nego, pur­pury o fio­le­to­wym odcie­niu, błę­kitu mary­nar­skiego, sta­rego szma­ragdu -?niby stosy blach meta­lo­wych o mato­wym, mar­twym bla­sku.

Robot­nicy w koszu­lach tylko i boso, z sza­rymi twa­rzami, z oczami zaga­słymi i jakby wypa­lo­nymi tą orgią barw, jaka się tutaj tło­czyła, poru­szali się cicho i auto­ma­tycz­nie, two­rzyli tylko dopeł­nie­nie maszyn.

Cza­sem który patrzył przez szyby w świat, na Łódź, która z tej wyso­ko­ści czwar­tego pię­tra maja­czyła w mgłach i dymach poprze­ci­na­nych tysią­cami komi­nów, dachów, domów, drzew ogo­ło­co­nych z liści; to znów na drugą stronę, na pola, co szły w głąb hory­zontu -?na sza­ro­białe, brudne, zalane wio­sen­nymi roz­to­pami prze­strze­nie, maja­czące gdzie­nie­gdzie czer­wo­nymi gma­chami fabryk, które z odda­le­nia czer­wie­niły się wskroś mgieł bole­snym tonem mięsa odar­tego ze skóry; na odle­głe linie wio­sek małych, przy­war­tych cicho do ziemi, na drogi, co się wywi­jały wskroś pól czarną ciek­nącą bło­tem wstęgą, miga­jącą pomię­dzy rzę­dami nagich topoli.

Maszyny huczały bez­u­stan­nie i bez­u­stan­nie świ­stały trans­mi­sje ucze­pione pod sufi­tem i nio­sące siłę do innych sal, wszystko się poru­szało w rytm tych olbrzy­mich pudeł meta­lo­wych suszarń, które odbie­rały towar mokry z dru­karni i wyplu­wały go suchym, i stały w tej olbrzy­miej, czwo­ro­kąt­nej sali peł­nej smut­nych barw i smut­nego świa­tła dnia mar­co­wego, smut­nych ludzi, niby kapliczki boga-siły rzą­dzą­cego wszech­wład­nie.

Boro­wiecki czuł się roz­stro­jony i z roz­tar­gnie­niem oglą­dał towar, czy nie jest zbyt­nio prze­su­szony lub spa­lony.

"Głupi chło­pak", myślał o Hor­nie i chwi­lami sta­wała mu w pamięci ta młoda, szla­chetna twarz i te oczy nie­bie­skie, patrzące na niego z jakimś nie­mym żalem zawodu i wyrzutu. Czuł w sobie jakieś ciemne zanie­po­ko­je­nie. Nie­które słowa Horna przy­cho­dziły mu na myśl, gdy patrzył na te tłumy ludzi w mil­cze­niu pra­cu­ją­cych.

"Byłem takim", pole­ciał myślą do tam­tych, daw­nych cza­sów, ale nie dał się ująć wspo­mnie­niom w swoje szar­piące szpony, drwiący uśmiech wił mu się po ustach, a oczy świe­ciły zimno i roz­waż­nie.

"To prze­szło! Prze­szło!", myślał z jakimś dziw­nym uczu­ciem pustki, jakby mu żal było tam­tych cza­sów, żal tych złu­dzeń nie­po­wrot­nych, pory­wów szla­chet­nych, zszar­ga­nych przez życie, ale to krótko trwało i znowu sie­bie odzy­ski­wał; był tym, czym był, dyrek­to­rem dru­karni Her­mana Bucholca, che­mi­kiem, czło­wie­kiem zim­nym, mądrym, obo­jęt­nym, goto­wym do wszyst­kiego, praw­dzi­wym Lodzer­men­schem, jak go nazwał Moryc.

W takim był wła­śnie nastroju, prze­cho­dząc przez apre­turę, gdy mu jeden z robot­ni­ków zastą­pił drogę.

-?Czego? -?zapy­tał krótko, nie zatrzy­mu­jąc się.

-?A to nasz maj­ster pan Pufke powie­dział, że od pierw­szego kwiet­nia będzie nas pięt­na­stu ludzi mniej robiło.

-?Tak. Ustawi się nowe maszyny, które tylu ludzi nie potrze­bują do obsługi, co stare.

Robot­nik miął czapkę w ręku, nie wie­dząc, co powie­dzieć, i nie śmie­jąc, ale zachę­cony spoj­rze­niami, które bły­skały zza maszyn, zza sągów mate­ria­łów, zapy­tał, idąc za nim.

-?A cóż my będziemy robili?

-?Poszu­ka­cie sobie roboty gdzie indziej. Pozo­staną tylko ci, któ­rzy daw­niej u nas pra­cują.

-?A i my robimy już po trzy roki.

-?Cóż ja wam pora­dzę, kiedy maszyna was nie potrze­buje, bo zrobi sama. Zresztą, do pierw­szego może się jesz­cze co zmieni, jeśli będziemy powięk­szali blich3 -?odpo­wie­dział spo­koj­nie i wszedł na windę, która zaraz z nim zapa­dła się w głębi ściany.

Robot­nicy spo­glą­dali na sie­bie w mil­cze­niu, nie­po­kój świe­cił im w oczach, nie­po­kój przed jutrem, bez roboty, przed nędzą.

-?Ścierwy, nie maszyny. Psy, psia­krew -?szep­nął robot­nik i kop­nął z całą nie­na­wi­ścią w bok jakiejś maszyny.

-?Towar idzie na zie­mię! -?krzyk­nął maj­ster.

Chłop prędko nadział czapkę, przy­giął się nieco i ze spo­ko­jem auto­matu odbie­rał bar­chan czer­wony z maszyny.

III

W restau­ra­cji hotelu Vic­to­ria było pełno.

Wiel­kie, niskie pokoje o ciem­nych ścia­nach i żół­tych, stiu­ko­wych sufi­tach, uda­ją­cych drewno, wypeł­niał hała­śliwy gwar.

Wej­ściowe drzwi z bramy co chwila brzę­czały mosięż­nymi prę­tami zabez­pie­cza­ją­cymi szkło, co chwila ktoś wcho­dził i ginął w mgle dymów i w tłu­mie ludzi zapeł­nia­ją­cych restau­ra­cję; elek­tryczne świa­tła w sali bufe­to­wej wciąż drgały spa­zma­tycz­nie i przy­ga­sały, a gazowe bąki pło­nące rów­no­cze­śnie rzu­cały mętne świa­tło na zbitą około licz­nych sto­li­ków masę ludzi i na białe obrusy.

- Kel­ner, bitte, zahlen4!

-?Piwa!

-?Kel­ner, bier!

Krzy­żo­wały się woła­nia razem z głu­chym stu­kiem kufli.

Gar­soni w zatłusz­czo­nych fra­kach, z ser­we­tami podob­nymi do ście­rek, prze­su­wali się we wszyst­kich kie­run­kach, bły­ska­jąc brud­nymi tor­sami nad gło­wami piją­cych.

Wrzawa pod­no­siła się bez­u­stan­nie napły­wa­ją­cymi ludźmi i wykrzy­ki­wa­niem:

-?"Lodzer Zeitung"5! "Kurier Codzienny"! -?jakie rzu­cali chłopcy krę­cący się pomię­dzy sto­łami.

-?Szczy­gieł, daj no lodzerkę! -?zawo­łał Moryc, sie­dzący w pokoju bufe­to­wym, pod oknem, w oto­cze­niu kilku akto­rów, wiecz­nie prze­sia­du­ją­cych w knaj­pie. -?Uwa­ża­cie, co zro­bił wczo­raj nasz "fioł" vel dyrek­tor.

-?Mów arcy­fioł -?wtrą­cił szep­tem jakiś zgar­biony, stary aktor.

-?Głu­piś -?odpo­wie­dział mu pierw­szy tajem­ni­czym szep­tem do ucha. -?Otóż nasz arcy­fioł wczo­raj w antrak­cie dru­gim przy­szedł za kulisy i skoro tylko Niu­sia zeszła ze sceny, powiada jej: "Tak pani grała wspa­niale, że jak tylko kwiaty będą tro­chę tań­sze, to kupię pani bukiet, cho­ciażby za całe pięć rubli!".

-?Co powie­dział? -?zapy­tał stary aktor, nachy­la­jąc się do ucha sąsiada.

-?Żebyś pan poca­ło­wał psa w nos.

Wybuch­nęli śmie­chem.

-?Panie Welt, panie Mau­rycy, czy pan nie jesteś za cwaj koniak sys­te­mem, co?

-?Panie Bum-Bum, ja jestem za sys­te­mem wyrzu­ce­nia pana za drzwi.

-?Chcia­łem kazać dać...

-?Pan lepiej każ bla­go­wać za sie­bie.

-?Cóż, kiedy pan mnie wyrę­czasz. Panno Ani, konia­czek! -?zawo­łał, popra­wiw­szy bino­kle i ude­rza­jąc w zaci­śniętą pięść otwartą dło­nią pra­wej ręki.

-?Pań­ski przo­dek, panie Mau­rycy, miał wię­cej wycho­wa­nia -?zaczął znowu Bum-Bum, sto­jąc na środku pokoju z kawał­kiem kieł­basy na widelcu.

-?Ja o pań­skim tego nie mogę powie­dzieć.

-?Warum? -?rzu­cił ktoś od sąsied­niego sto­lika.

-?Bo go wcale nie miał.

-?Nie, nie dla­tego, tylko że nie bywał grzecz­nym wzglę­dem swo­ich pach­cia­rzy6. Welt to zna z tra­dy­cji domo­wych.

-?Wysor­to­wany dawno dow­cip, pięć­dzie­siąt pro­cent niżej kosztu. Bum-Buma, pano­wie, sprze­daje się przez publiczną licy­ta­cję. Kto da co?! - wykrzyk­nął zło­śli­wie Moryc.

-?Co on mówi? -?zapy­tał znowu stary aktor szep­tem, kiwa­jąc rów­no­cze­śnie na gar­sona.

-?Żeś głupi! -?odpo­wie­dział mu tym samym tonem sąsiad.

-?Kto co da za Bum-Buma? Pano­wie, Bum-Bum się sprze­daje. Stary jest, brzydki jest, głupi jest, zde­ze­lo­wany jest, ale tanio się sprze­daje! - wykrzy­ki­wał i zamilkł, bo Bum-Bum sta­nął i patrzył na niego, a po chwili rzekł krótko:

-?Parch! Panno Ani, konia­czek!

Moryc hała­śli­wie stu­kał kuflem i śmiał się gło­śno, ale nikt mu nie wtó­ro­wał.

Bum-Bum wypił i z pochy­loną kwa­dra­tową twa­rzą koloru szmalcu prze­krwio­nego, z oczami wypu­kłymi, bla­do­nie­bie­skimi, przy­kry­tymi bino­klami na bar­dzo sze­ro­kiej wstążce, z grzywką rzad­kich wło­sów oble­pia­ją­cych mu wyso­kie kwa­dra­towe czoło, o pomarsz­czo­nej, wymię­tej, chro­po­wa­tej skó­rze, z pochy­loną naprzód figurą sta­rego roz­pust­nika cho­dził po całej knaj­pie, powłó­cząc drga­ją­cymi tabe­tycz­nie nogami, przy­cze­piał się do roz­ma­itych grup, gadał dow­cipy, z któ­rych sam śmiał się naj­gło­śniej, albo usły­szane kawały roz­no­sił i powta­rzał z lubo­ścią, popra­wiał obiema rękami bino­kle, witał się pra­wie ze wszyst­kimi wcho­dzą­cymi, a przy­naj­mniej połową, podcho­dził do bufetu, sły­chać było bar­dzo czę­sto jego chra­pliwy, roz­ła­żący się głos.

-?Panno Ani, konia­czek. -?I trza­śnię­cie dło­nią w pięść zaci­śniętą.

Moryc prze­biegł oczami "Zeitung", nie­cier­pli­wie spo­glą­dał na drzwi. Cze­kał na Boro­wiec­kiego. Wstał wresz­cie, bo zoba­czył w dru­gim pokoju zna­jomą twarz.

-?Leon, kie­dyś przy­je­chał?

-?Dzi­siaj rano.

-?Jakże ci poszedł sezon? -?pytał, sia­da­jąc obok niego na zie­lo­nej kanapce.

-?Świe­eeet­nie! -?Wycią­gnął nogi na krze­sełku i roz­piął kami­zelkę.

-?Myśla­łem dzi­siaj o tobie, a nawet wczo­raj z Boro­wiec­kim mówi­li­śmy.

-?Boro­wiecki! Ten od Bucholca?

-?Tak.

-?On wciąż dru­kuje swoje bojki? Sły­sza­łem, że ma zało­żyć na sie­bie.

-?Dla­tego wła­śnie mówi­li­śmy o tobie.

-?I co, wełna?

-?Bawełna!

-?Sama?

-?Co to można dzi­siaj wie­dzieć.

-?Pie­nią­dze jest?

-?Będą, a tym­cza­sem jest coś wię­cej, kre­dyt...

-?Do spółki z tobą?

-?I z Bau­mem, znasz Maksa?

-?Ojej! W tym wekslu jest feler, jeden żyrant nie­pewny! Boro­wiecki - dodał po chwili.

-?Dla­czego?

-?Pola­czok! -?rzu­cił dosyć pogar­dli­wie i wycią­gnął się pra­wie na kanapce i na krze­śle.

Moryc roze­śmiał się wesoło.

-?To ty go wcale nie znasz. O nim dużo się w Łodzi będzie mówić. Ja w niego, że zrobi gruby inte­res, tak wie­rzę jak w sie­bie.

-?A Baum, cóż to?

-?Baum jest wół, jemu trzeba dać się wyspać i wyga­dać, a potem dać robotę, będzie robił jak wół, a zresztą on wcale nie jest głupi. Ty mógł­byś nam dużo pomóc i sam dużo byś zaro­bił. Nam już dawał oferty Kron­gold.

-?Idź­cie do Kron­golda, to wielka osoba, on się zna ze wszyst­kimi bała­ga­nami, które kupują dłu­giego towaru za sto rubli rocz­nie; to jest wielki reisen­der7 na Kutno, na Skier­ni­wice. Zrób­cie z nim inte­res, ja się nie narzu­cam! Ja mam co sprze­da­wać, ja mam list przy sobie Bucholca, on mi chce powie­rzyć agen­turę swo­ich towa­rów na cały Wschód, a jakie warunki mi daje! -?I zaczął gorącz­kowo roz­pi­nać się i szu­kać po wszyst­kich kie­sze­niach tego listu.

-?Wiem o tym, nie szu­kaj. Boro­wiecki mi wczo­raj mówił, bo to on pora­dził cie­bie Buchol­cowi.

-?Boro­wiecki! Naprawdę? Dla­czego?

-?Bo on jest mądry i myśli o przy­szło­ści.

-?I tak sobie, prze­cież za taki inte­res mógłby grubo zaro­bić. Ja sam dał­bym dwa­dzie­ścia tysięcy bares geld8, jak tu sie­dzę. Co on w tym ma? I do tego my się pra­wie nie znamy.

-?Co on w tym ma, to on ci sam powie, ale tylko tyle ci powiem, że gotówki nie weź­mie.

-?Szlach­cic! -?szep­nął z pew­nym drwią­cym poli­to­wa­niem Leon i splu­nął na śro­dek pokoju.

-?Nie, on tylko mądrzej­szy od najmądrzej­szych reisen­de­rów i agen­tów na cały Wschód -?odpo­wie­dział Moryc, dzwo­niąc nożem w kufel. -?Dużoś sprze­dał?

-?Za kil­ka­dzie­siąt tysięcy, kil­ka­na­ście tysięcy gotówki, a reszta naj­lep­sze weksle, bo na cztery mie­siące z żyrem Safo­nowa! Jedwabny inte­res. -?Ude­rzył Moryca w kolano z zado­wo­le­nia. -?Mam i dla cie­bie obsta­lu­nek. Widzisz, co to przy­jaźń.

-?Na ile?

-?Razem ze trzy tysiące rubli.

-?Długi czy krótki towar?

-?Krótki.

-?Weksel czy nachname9?

-?Nachname? Zaraz ci dam zamó­wie­nie. -?Zaczął prze­wra­cać w olbrzy­mim, zamy­ka­nym na klucz pugi­la­re­sie.

-?Co ci mam dać?

-?Jeżeli gotówka, to wystar­czy jeden pro­cent, po przy­ja­ciel­sku.

-?Gotówki teraz potrze­buję na gwałt, mam wypłaty, ale w ciągu tygo­dnia zapłacę.

-?Dobrze. Masz zamó­wie­nie. Wiesz, w Bia­łym­stoku spo­tka­łem Łusz­czew­skiego, przy­je­cha­li­śmy razem do Łodzi.

-?Gdzież ten hra­bia jedzie?

-?Przy­je­chał do Łodzi robić inte­res.

-?On! Ma widać za dużo; trzeba się z nim zoba­czyć.

-?Nic nie ma, przy­je­chał się doro­bić czego.

-?Jak to nic nie ma, prze­cież jeź­dzi­li­śmy całą bandą z Rygi jesz­cze do jego mająt­ków. Był pan na gruby spo­sób! I nic mu już nie zostało?

-?Zostało! Tro­chę gumy z powo­zów na kalo­sze! Ha, ha, ha, kapi­talny witz10. -?Ude­rzył go w kolano.

-?Cóż zro­bił z mająt­kiem? Liczyli go lekko na dwie­ście tysięcy.

-?A on teraz liczy sam, że ma ze sto tysięcy dłu­gów, a to skromny czło­wiek.

-?Mniej­sza z nim. Napi­jesz się?

-?Warto by przed teatrem.

-?Kel­ner, koniak, kawior, bef­sztyk po tatar­sku, por­ter ory­gi­nalny, gal­lopp!

-?Bum-Bum, chodź no pan do nas! -?krzyk­nął Leon.

-?Jak się pan ma, jakże zdró­weczko, jakże inte­re­siki! -?wykrzy­ki­wał, ści­ska­jąc mu rękę.

-?Dzię­kuję, bar­dzo dobrze. Przy­wio­złem dla pana umyśl­nie z Ode­ssy coś. - Wyjął z pugi­la­resu rysu­nek por­no­gra­ficzny i podał.

Bum-Bum popra­wił obiema rękami bino­kle, wziął rysu­nek i zanu­rzył się w nim cały z lubo­ścią. Twarz mu poczer­wie­niała, mla­skał języ­kiem, obli­zy­wał swoje sine opad­nięte wargi, trząsł się cały z zado­wo­le­nia.

-?Cudowne, cudowne. Nie­by­wałe! -?wykrzy­ki­wał i powlókł się poka­zy­wać wszyst­kim.

-?Świ­nia -?mruk­nął Moryc nie­chęt­nie.

-?Lubi dobre rze­czy, a że jest znawcą...

-?Nie pozna­łeś znowu kogo? -?zapy­tał nieco iro­nicz­nie.

-?Cze­kaj!... -?Trza­skał w palce, potem w kolano Moryca, uśmiech­nął się i z pugi­la­resu, spo­mię­dzy rachun­ków i not wydo­był foto­gra­fię kobiety.

-?Co? Ładna maszyna? -?mówił z naj­wyż­szym zado­wo­le­niem, przy­mru­ża­jąc oczy.

-?Tak.

-?Prawda! Ja zaraz pomy­ślał, że będzie ci się podo­bać. To Fran­cu­zeczka, a!

-?Wygląda na Holen­derkę, ale krowę.

-?Keine gada­nie. To droga sztuka, stówka za nic.

-?Dał­bym pięć za wyrzu­ce­nie jej za drzwi.

-?Ty zawsze jesteś... no, już nie powiem.

-?A ty masz reisen­de­row­skie gusta. Skąd takie bydlę, gdzieś poznał?

-?W Niż­nim ja sobie "poku­tił nie­mno­żeczko" z kup­cami, to oni mówią w końcu: "Chodź, pan Lew, w cafée con­cert!". Poszli. Nu, wódka, koniak, szam­pań­skie pili pra­wie z beczki, a potem słu­chali śpiewu, ona śpie­waczka, że...

-?Zacze­kaj, w tej chwili przyjdę! -?prze­rwał Moryc, zerwał się i pod­szedł do tęgiego Niemca, który wszedł do restau­ra­cji i roz­glą­dał się po sali.

-?Gut mor­gen, panie Müller!

-?Mor­gen! Jak się pan ma, panie... -?odpo­wie­dział nie­dbale i roz­glą­dał się dalej.

-?Pan szuka kogo? Może ja będę mógł pana obja­śnić -?nastrę­czał się natar­czy­wie Moryc.

-?Szu­kam pana Boro­wiecki, tylko po to wsze­dłem.

-?Będzie zaraz, bo ja wła­śnie cze­kam na niego. Może pan pozwoli do sto­lika. To mój kolega, Leon Kohn! -?reko­men­do­wał.

-?Müller! -?rzu­cił z pewną dumą i przy­siadł się.

-?Kto by nie wie­dział o tym! Każde dziecko w Łodzi wie takie nazwi­sko - mówił prędko Leon, śpiesz­nie się zapi­na­jąc i robiąc miej­sce na kana­pie.

Müller uśmiech­nął się pobłaż­li­wie i patrzał ku drzwiom, bo wszedł Boro­wiecki w towa­rzy­stwie, ale zoba­czyw­szy go, towa­rzy­szy zosta­wił przy drzwiach i z kape­lu­szem w ręku szedł do tego kró­lika baweł­nia­nego, po któ­rego wej­ściu przy­ci­szyło się w knaj­pie i wszy­scy śle­dzili go z nie­na­wi­ścią, zazdro­ścią i dumą.

-?Pra­wie cze­ka­łem na pana -?zaczął Müller. -?Mam do pana inte­res. - Ski­nął głową Mory­cowi i Leonowi, uśmiech­nął się do pozo­sta­łych, objął ręką w pas Boro­wiec­kiego i wypro­wa­dził z knajpy. -?Tele­fo­no­wa­łem do fabryki, ale mi odpo­wie­dziano, że pan dzi­siaj wyszedł wcze­śniej.

-?Żałuję teraz bar­dzo -?rzekł uprzej­mie.

-?Pisa­łem nawet do pana, sam pisa­łem -?dodał moc­niej, z wielką pew­no­ścią, cho­ciaż na pewno wie­dziano w mie­ście, że umiał zale­d­wie się pod­pi­sać.

-?Nie ode­bra­łem listu, bo zupeł­nie nie wstę­po­wa­łem do miesz­ka­nia.

-?Pisa­łem o tym, com już kie­dyś wspo­mi­nał. Ja jestem pro­sty czło­wiek, panie von Boro­wiecki, to ja powiem raz jesz­cze i pro­sto: dam panu tysiąc rubli wię­cej, wstąp pan do mojego inte­resu.

-?Bucholc dałby mi dwa tysiące wię­cej, abym tylko został -?szep­nął zimno.

-?Dam panu trzy, no, dam panu cztery! Sły­szysz pan, cztery tysiące rubli wię­cej, to jest całe czter­na­ście tysięcy rocz­nie, ładny grosz!

-?Bar­dzo panu dzię­kuję, ale nie mogę przy­jąć tak wspa­nia­łej pro­po­zy­cji.

-?Zosta­jesz pan u Bucholca? -?zapy­tał prędko.

-?Nie. Powiem otwar­cie, dla­czego nie przyj­muję pań­skiej oferty ani nie zostaję w fir­mie. Zakła­dam sam fabrykę.

Müller przy­sta­nął, odsu­nął się nieco, popa­trzył i ciszej, z pew­nym jakby sza­cun­kiem zapy­tał:

-?Bawełna?

-?Nie powiem nic prócz tego, że żad­nej kon­ku­ren­cji panu nie zro­bię.

-?Mnie jest ganz-pom­made, wszyst­kie kon­ku­ren­cje! -?wykrzyk­nął, ude­rza­jąc się po kie­szeni. -?Co mi pan może zro­bić, co mi kto może zro­bić? Kto co zrobi milio­nom?

Boro­wiecki nic się nie ode­zwał, tylko uśmie­chał się, zapa­trzony przed sie­bie.

-?Co to będzie za towar? -?zaczął Müller, znowu ujmu­jąc go nie­miec­kim oby­cza­jem wpół. Spa­ce­ro­wali tak po asfal­to­wym, powy­bi­ja­nym chod­niku, pro­wa­dzą­cym przez podwó­rze hote­lowe do gma­chu teatral­nego, sto­ją­cego w głębi, oświe­tlo­nego wielką latar­nią elek­tryczną.

Tłumy ludzi szły do teatru.

Powóz za powo­zem zajeż­dżał przed hote­lową bramę i wyrzu­cał cięż­kich i prze­waż­nie opa­słych męż­czyzn i bar­dzo wystro­jone kobiety, które pootu­lane szły pod para­so­lami tym chod­ni­kiem, ośli­zgłym od wil­goci, bo cho­ciaż deszcz ustał już, ale gęsta lepka mgła opa­dała na zie­mię.

-?Pan mi się podoba, panie von Boro­wiecki -?mówił Müller, nie docze­kaw­szy się odpo­wie­dzi. -?Tak mi się pan podoba, że jak tylko pan zrobi klapę, to zawsze znaj­dzie pan u mnie miej­sce na jakie parę tysięcy rubli.

-?Teraz dałby mi pan wię­cej?

-?No, bo teraz pan jesteś dla mnie wię­cej wart.

-?Dzię­kuję za szcze­rość. -?Uśmiech­nął się iro­nicz­nie.

-?Ale ja pana nie chcia­łem obra­zić, ja mówię tak, jak myślę - uspra­wie­dli­wiał się gorąco, doj­rzaw­szy ten uśmiech.

-?Wie­rzę. Skoro zro­bię klapę raz, to tylko dla­tego, żeby drugi raz jej nie zro­bić.

-?Pan jesteś głowa, panie Boro­wiecki, pan mi się ogrom­nie podoba. My razem mogli­by­śmy robić dobre inte­resy.

-?Cóż, kiedy musimy je robić osobno. -?Zaśmiał się, kła­nia­jąc się nisko jakimś damom prze­cho­dzą­cym.

-?Ładne kobiety, te Polki, ale moja Mada też ładna.

-?Bar­dzo ładna -?powie­dział poważ­nie, pod­no­sząc na niego oczy.

-?Ja mam myśl! Ja ją panu kiedy indziej powiem! -?zawo­łał tajem­ni­czo. - Masz pan miej­sce w teatrze?

-?Mam krze­sło, przy­słali mi dwa tygo­dnie temu.

-?Nas tylko troje będzie w loży.

-?Są i panie?

-?One już w teatrze, a ja umyśl­nie zosta­łem, aby się widzieć z panem, no i na nic moje plany. Do widze­nia, pan zaj­rzy do loży?

-?Z pew­no­ścią, będzie to dla mnie bar­dzo przy­jem­nym obo­wiąz­kiem.

Müller znik­nął w drzwiach teatru, a on powró­cił do restau­ra­cji. Nie zastał już Moryca, który przez gar­sona kazał powie­dzieć, że czeka w teatrze.

W bufe­cie, gdzie poszedł napić się wódki, bo czuł się dziw­nie zde­ner­wo­wa­nym, nie było pra­wie nikogo, prócz Bum-Buma, który przy­sło­nięty gazetą drze­mał w kącie.

-?Bum, nie idziesz pan do teatru?

-?Te, po co mi to. Bawełnę oglą­dać, prze­cież ich znam. Pan idzie?

-?A zaraz.

Jakoż i wyszedł, odna­lazł swoje miej­sce w pierw­szym rzę­dzie obok Moryca i Leona, który zawzię­cie kła­niał się i lor­ne­to­wał jakieś blon­dynki sie­dzące na pierw­szym pię­trze.

-?Kra­sa­wica pierw­szy sort, ta moja blon­dynka, patrz Moryc.

-?Znasz ją bli­żej?

-?Czy ja ją znam bli­żej? Ha, ha, ha, ja ją znam bar­dzo bli­żej! Poznaj mnie z Boro­wiec­kim.

Moryc ich pozna­jo­mił zaraz.

Leon chciał coś mówić, już nawet klep­nął w kolano Moryca, ale Boro­wiecki wstał i odwró­cony twa­rzą do sali zapeł­nio­nej od góry do dołu naj­lep­szą, na jaką tylko było stać Łódź, publicz­no­ścią, przy­glą­dał się uważ­nie, co chwila kła­nia­jąc się to lożom, to krze­słom, nie­sły­cha­nie dys­tyn­go­wa­nym ruchem głowy.

Stał spo­koj­nie pod ogniem lor­ne­tek i spoj­rzeń, jakie w niego ude­rzały ze wszyst­kich stron teatru, który wrzał niby ul świeżo obsa­dzo­nym rojem.

Jego wysoka, roz­ro­śnięta, bar­dzo zgrabna postać ryso­wała się wykwintną syl­wetką. Piękna twarz, o bar­dzo typo­wym, wyde­li­ka­co­nym rysunku, ozdo­biona prze­ślicz­nymi wąsami sta­ran­nie utrzy­my­wa­nymi i usta o spodniej war­dze sil­nie wysu­nię­tej, i pewna nie­dba­łość w ruchach i spoj­rze­niach, czy­niły go typem dżen­tel­mena.

Nikt nie mógłby był z jego powierz­chow­no­ści wykwint­nej poznać, że ma przed sobą czło­wieka, który jako che­mik fabryczny, jako kolo­ry­sta, był nie­zrów­nany w swo­jej spe­cjal­no­ści; czło­wieka, o któ­rego toczyły się wojny pomię­dzy fabry­kami baweł­nia­nymi, by go zdo­być dla sie­bie; był takim, który w tym dziale fabry­ka­cji robił prze­wroty.

Szare, z nie­bie­ska­wym odcie­niem oczy, twarz sucha, brwi pra­wie ciemne, czoło twardo mode­lo­wane nada­wały mu coś dra­pież­nego.

Czuć było w nim silną wolę i nie­ugię­tość.

Patrzył dosyć wynio­śle na teatr zalany świa­tłem i na tę barwną, błysz­czącą bry­lan­tami publicz­ność.

Loże podobne były do żar­di­nie­rek wybi­tych wiśnio­wym aksa­mi­tem, na któ­rego tle niby kwiaty sie­działy strojne kobiety, skrzące się dro­gimi kamie­niami.

-?Karol, ile może być dzi­siaj milio­nów w teatrze? -?zapy­tał cicho Moryc.

-?Będzie ze dwie­ście -?odpo­wie­dział tak samo, z wolna ogar­nia­jąc znane twa­rze milio­ne­rów.

-?Tu rze­czy­wi­ście pach­nie milio­nami -?wtrą­cił Leon, wcią­ga­jąc w sie­bie powie­trze prze­sy­cone zapa­chem per­fum, kwia­tów świe­żych i błota przy­nie­sio­nego z ulicy.

-?Cebulą i kar­to­flami przede wszyst­kim -?szep­nął pogar­dli­wie Boro­wiecki i kła­niał się z bar­dzo słod­kim uśmie­chem do jed­nej z lóż par­te­ro­wych, przy samej sce­nie, wspa­niale pięk­nej Żydówce w czar­nej jedwab­nej sukni decolté, z któ­rej wychy­lały się olśnie­wa­jące bia­ło­ścią, prze­pysz­nie ufor­mo­wane ramiona i szyja okrę­cona w sznur bry­lan­tów. Bry­lanty poły­ski­wały nad skro­niami, w grze­by­kach upi­na­ją­cych czarne puszy­ste włosy, zacze­sane modą cesar­stwa -?na uszy, w któ­rych rów­nież skrzyły się bry­lanty zadzi­wia­ją­cej wiel­ko­ści, bry­lanty lśniły się u gorsu, w agra­fie spi­na­ją­cej sta­nik i poły­ski­wały w bran­so­let­kach okrę­ca­ją­cych ręce obcią­gnięte w czarne ręka­wiczki. Wiel­kie, podłużne oczy fioł­kowe niby naj­wspa­nial­sze sza­firy paliły się ostro. Twarz miała o gorą­cym tonie lekko oliw­ko­wym, prze­sy­co­nym nieco kar­mi­nem krwi, czoło niskie, brwi sil­nie zary­so­wane, nos pro­sty i cienki i dosyć duże, pełne usta.

Spo­glą­dała z pew­nym upo­rem na Boro­wiec­kiego, nie zwa­ża­jąc, że ją lor­ne­to­wano ze wszyst­kich lóż, cza­sami rzu­cała nie­znaczne spoj­rze­nia na sie­dzą­cego tro­chę w głębi loży męża, starca o wybit­nie semic­kim typie, który z opusz­czoną głową na piersi sie­dział zato­piony w roz­my­śla­niach, chwi­lami budził się, rzu­cał prze­ni­kliwe spoj­rze­nia spod zło­tych oku­la­rów na salę, obcią­gał na wydat­nym brzu­chu kami­zelkę i szep­tał żonie:

-?Lucy, czemu się ty tak wysta­wiasz?

Uda­wała, że nie sły­szy, i prze­glą­dała dalej loże i krze­sła, zapchane publicz­no­ścią o typach prze­waż­nie semic­kich i ger­mań­skich, albo patrzyła na Boro­wiec­kiego, który chwi­lami odczu­wał te spoj­rze­nia, bo się odwra­cał do niej twa­rzą, ale stał zimny na pozór i obo­jętny.

-?Ładny kawa­łek kobiety z tej Zuc­ke­ro­wej -?szep­nął Leon do Boro­wiec­kiego, bo chciał zacząć roz­mowę, aby się dowie­dzieć bliż­szych szcze­gó­łów o swo­jej agen­tu­rze.

-?Uwa­żasz pan?... -?odpo­wie­dział chłodno tam­ten.

-?Ja bo widzę. Patrz pan, jej biust, ja to naj­le­piej lubię w kobie­cie, a ona ma biust fron­towy, jak aksa­mit, ha, ha, ha.

-?Z czego się śmie­jesz? -?pytał cie­ka­wie Moryc.

-?Zro­bi­łem pyszny witz. -?I powta­rzał go Mory­cowi ze śmie­chem.

Umil­kli, bo kur­tyna się pod­nio­sła, wszyst­kie oczy uto­nęły w sce­nie, tylko Zuc­ke­rowa zza wachla­rza patrzyła w Karola, który zda­wał się tego nie spo­strze­gać, co ją tak widocz­nie iry­to­wało, że po kilka razy skła­dała wachlarz i ude­rzała nim w para­pet jakby od nie­chce­nia.

Uśmie­chał się nie­znacz­nie, rzu­cał na nią krót­kie spoj­rze­nia i patrzył dalej z uwagą wielką na scenę, gdzie ama­to­rzy i ama­torki paro­dio­wali praw­dzi­wych akto­rów i sztukę. Było to bowiem przed­sta­wie­nie na cel dobro­czynny, zło­żone z dwóch kome­dy­jek, śpiewu solo­wego, gry na skrzyp­cach i for­te­pia­nie i żywych obra­zów na zakoń­cze­nie.

W antrak­cie Boro­wiecki wstał, aby iść do loży Müllerów, zatrzy­mał go Kohn.

-?Panie Boro­wiecki, ja chcia­łem z panem pomó­wić.

-?Może po teatrze, bo, jak pan widzi, teraz nie mam czasu -?szep­nął i poszedł.

-?On jest wielki pan, teraz nie ma czasu.

-?Ma rację, tutaj wcale nie miej­sce do inte­re­sów.

-?Moryc, tyś zgłu­piał do reszty, co ty wyga­du­jesz, dla inte­re­sów jest wszę­dzie miej­sce, tylko ten von Boro­wiecki to wielki książę od Bucholca i Spółki, wielka osoba!

Boro­wiecki tym­cza­sem wszedł do loży Müllerów, stary wyszedł, aby mu zro­bić miej­sce, bo już tam na czwar­tego sie­dział jakiś niski, gruby Nie­miec.

Przy­wi­tał się z matką drze­miącą w głębi loży i z córką, która pod­nio­sła się nie­mal na jego wej­ście.

-?Störch.

-?Boro­wiecki.

Skrzy­żo­wały się nazwi­ska i dło­nie.

Karol usiadł.

-?Jak się pani bawi? -?zapy­tał, aby coś powie­dzieć.

-?Dosko­nale, wybor­nie! -?wykrzyk­nęła i jej okrą­gła, różowa twarz, podobna do mło­dej rzod­kiewki świeżo obmy­tej, roz­bły­sła sil­niej­szymi rumień­cami, co tym moc­niej odbi­jały przy jasno­zie­lo­nej sukni.

Pod­nio­sła chu­s­teczkę do twa­rzy, aby przy­sło­nić rumieńce, bo się ich wsty­dziła.

Matka zarzu­ciła jej na ramiona wspa­niały koron­kowy szal, bo prze­ciąg od drzwi otwar­tych prze­wie­wał po teatrze, i drze­mała dalej.

-?A pan? -?zapy­tała po chwili, pod­no­sząc na niego nie­bie­skie, zupeł­nie por­ce­la­nowe oczy, o jasnych zło­ta­wych obrze­żach rzęs i w tej chwili, z roz­chy­lo­nymi nieco, bla­dymi ustami dziecka, z twa­rzyczką pod­nie­sioną, podobna była do świeżo upie­czo­nej bułki.

-?Powiem to samo: wybor­nie, dosko­nale albo: dosko­nale, wybor­nie.

-?Dobrze grają, prawda?

-?Tak, po ama­tor­sku. Myśla­łem, że pani weź­mie udział w przed­sta­wie­niu.

-?Ja bar­dzo pra­gnę­łam, ale kiedy mnie nikt nie zapro­sił -?mówiła szcze­rze, z wielką przy­kro­ścią.

-?Pro­jekt ten ist­niał, ale nie miano odwagi, bano się odmowy, zresztą do domu pań­stwa wstęp tak trudny, jakby na dwór kró­lew­ski.

-?Ja, ja to samo mówił pan­nie Mada -?wtrą­cił Störch.

-?To pan winien, prze­cież pan bywa u nas, trzeba było mi powie­dzieć.

-?Nie mia­łem czasu i zapo­mnia­łem -?tłu­ma­czył się pro­sto.

Zapa­no­wało mil­cze­nie.

Störch odka­sły­wał, nachy­lał się już, aby zacząć roz­mowę, ale cofał się, widząc, że Boro­wiecki znu­dzo­nym wzro­kiem włó­czy po teatrze, a Mada była jakaś pomie­szana, bo chciała dużo mówić, a teraz, gdy ten Boro­wiecki sie­dzi obok niej, gdy loże ze spe­cjal­nym zain­te­re­so­wa­niem lor­ne­tują ich, nie wie, co mówić, wresz­cie zaczęła.

-?Pan będzie w naszej fir­mie?

-?Nie­stety, musia­łem ojcu pani odmó­wić.

-?A papa tak liczył na pana.

-?Ja sam bar­dzo żałuję.

-?Myśla­łam, że we czwar­tek pan u nas będzie, bo mam pewną prośbę.

-?Mogęż ją zaraz wysłu­chać?

Pochy­lił głowę ku niej i spo­glą­dał do loży Zuc­ke­rów.

Lucy wachlo­wała się gwał­tow­nie i widocz­nie poza wachla­rzem kłó­ciła się z mężem, który raz po raz obcią­gał kami­zelkę na brzu­chu i wypro­sto­wy­wał się na krze­śle.

-?Chcia­łam pro­sić, aby mi pan wska­zał nie­które pol­skie książki do czy­ta­nia. Mówi­łam to już papie, ale powie­dział mi, że jestem głu­pia i powin­nam się zająć domem i gospo­dar­stwem.

-?Ja, ja. Fater tak powie­działa -?szep­nął znowu Störch, cofa­jąc się nieco z krze­słem, bo go Boro­wiecki ude­rzył oczami.

-?Dla­czego pani chce tego, po co to pani? -?zapy­tał dosyć twardo.

-?A bo chcę -?odparła rezo­lut­nie. -?Chcę i pro­szę o infor­ma­cję.

-?Brat musi mieć prze­cież w tym nowym pała­cyku i biblio­tekę.

Zaśmiała się bar­dzo ser­decz­nie i bar­dzo cichutko.

-?Co pani widzi śmiesz­nego w moim przy­pusz­cze­niu?

-?Ale, bo Wil­helm tak nie lubi ksią­żek, że kie­dyś pognie­wał się na mnie i gdy byłam z mamą w mie­ście, spa­lił mi wszyst­kie moje książki.

-?Ja, ja. Wil­helm nie lubi ksią­żek, on jest dobry bursz11.

Boro­wiecki popa­trzył zimno na Störcha i rzekł:

-?Dobrze, przy­ślę pani jutro spis tytu­łów.

-?A jeśli­bym ja pra­gnęła mieć ten spis zaraz, natych­miast.

-?To natych­miast mogę kilka tytu­łów napi­sać, a resztę jutro.

-?Pan jest dobry chło­pak -?powie­działa wesoło, ale ujrzaw­szy, że usta mu drgnęły uśmie­chem iro­nii, roz­czer­wie­niła się jak piwo­nia.

Napi­sał na bile­cie wizy­to­wym, opa­trzo­nym w herby, poże­gnał się i wyszedł.

W kory­ta­rzu spo­tkał się ze sta­rym Szają Men­del­soh­nem, praw­dzi­wym kró­lem baweł­nia­nym, któ­rego nazy­wano krótko -?Szaja.

Był to wysoki, chudy Żyd, o wiel­kiej, bia­łej, iście patriar­chal­nej bro­dzie, ubrany w długi, zwy­kły cha­łat, który mu się tłukł po pię­tach.

Szaja zawsze bywał tam, gdzie przy­pusz­czał, iż będzie Bucholc, jego naj­więk­szy współ­za­wod­nik w kró­le­stwie baweł­nia­nym, naj­więk­szy fabry­kant łódzki i do tego oso­bi­sty nie­przy­ja­ciel.

Zagro­dził drogę Boro­wiec­kiemu, który uchy­la­jąc kape­lu­sza, chciał przejść dalej.

-?Witam pana. Nie ma dzi­siaj Her­mana, dla­czego? -?zapy­tał ohydną pol­sz­czy­zną.

-?Nie wiem -?odparł krótko, bo nie cier­piał Szai, jak go nie cier­piała cała nie­ży­dow­ska Łódź.

-?Żegnam pana -?rzu­cił sucho i pogar­dli­wie Szaja.

Boro­wiecki nic nie odpo­wie­dział i poszedł na pierw­sze pię­tro, do jed­nej z lóż, w któ­rej był cały bukiet kobiet, pomię­dzy nimi zastał Moryca i Horna.

W loży było nad­zwy­czaj wesoło i bar­dzo cia­sno.

-?Nasza mała ślicz­nie gra, prawda, panie Boro­wiecki?

-?Tak i bar­dzo żałuję, że nie zaopa­trzy­łem się w bukiet.

-?My go mamy, poda­dzą jej po dru­giej sztuce.

-?Że jest cia­sno beze mnie i wesoło beze mnie, że panie mają już asy­stę, wycho­dzę.

-?Zostań pan z nami, będzie jesz­cze wese­lej -?pro­siła go jedna z kobiet w lilio­wej sukni, z liliową twa­rzą i z lilio­wymi oczami.

-?Wese­lej to pew­nie nie, ale że cia­śniej, to z pew­no­ścią! -?zawo­łał Moryc.

-?To wyjdź, będzie zaraz wię­cej miej­sca.

-?Żebym mógł iść do loży Müllerów, to bym wyszedł.

-?Mogę ci to uła­twić.

-?Ja wycho­dzę i zaraz zrobi się wię­cej miej­sca! -?zawo­łał Horn, ale pochwy­ciw­szy pro­szące spoj­rze­nie mło­dej dziew­czyny, sie­dzą­cej na fron­cie loży, pozo­stał.

-?Wie pani, panno Mario, ile się tak­suje panna Müller? Pięć­dzie­siąt tysięcy rubli rocz­nie!

-?Mocna panna! Ja bym się puścił na ten inte­res -?szep­nął Moryc.

-?Przy­suń się pan bli­żej, to coś opo­wiem -?szep­nęła liliowa i pochy­liła nisko głowę tak, że jej ciemne, puszy­ste włosy doty­kały skroni nachy­lo­nego do niej Boro­wiec­kiego. Zasło­niła się wachla­rzem i szep­tała mu długo do ucha.

-?Nie spi­skuj­cie! -?zawo­łała naj­star­sza w loży, zupeł­nie w stylu barocco, piękna, czter­dzie­sto­kil­ku­let­nia kobieta, o cerze olśnie­wa­ją­cej, siwych zupeł­nie wło­sach, nad­zwy­czaj obfi­tych, czar­nych oczach i brwiach i o maje­sta­tycz­nej, impo­nu­ją­cej postaci, która prze­wod­ni­czyła całej loży.

-?Pani Ste­fa­nia opo­wia­dała mi cie­kawe szcze­góły o tej nowej baro­no­wej.

-?No, nie powtó­rzy­łaby tego przy wszyst­kich -?szep­nęła baro­kowa.

-?Panna Mada Müller raczy nas lor­ne­to­wać, o!

-?Wygląda dzi­siaj jak młoda, tłu­ściutka, osku­bana z pió­rek gęś, okrę­cona w nać z pie­truszki.

-?Pani Ste­fa­nia udaje dzi­siaj zło­śliwą -?szep­nął Horn.

-?Albo tamta, Sza­jówna, cały maga­zyn jubi­ler­ski ma na sobie.

-?Prze­cież stać ją nawet na dwa sklepy jubi­ler­skie -?wtrą­cił Moryc, wpa­ko­wał bino­kle na nos i patrzył na dół, na lożę Men­del­soh­nów, gdzie sie­działa z ojcem jego naj­młod­sza córka ubrana z nie­sły­cha­nym prze­py­chem z jakąś drugą panną.

-?Któ­raż kulawa?

-?Róża, ta po lewej stro­nie, ruda.

-?Wczo­raj była u mnie w skle­pie, prze­rzu­ciła wszystko, nic nie kupiła i poszła, ale mia­łam czas się jej przyj­rzeć, jest zupeł­nie brzydka - mówiła pani Ste­fa­nia.

-?Ona jest prze­śliczną, ona jest anioł, co to anioł, ona jest cztery albo pięt­na­ście anio­łów! -?wykrzy­ki­wał Moryc, prze­drzeź­nia­jąc sta­rego Szaję.

-?Do widze­nia paniom, chodź, Moryc, pan Horn zosta­nie przy paniach.

-?Może pano­wie przyjdą do nas na her­batę po teatrze? -?pro­siła wszyst­kich liliowa, patrząc na Boro­wiec­kiego.

-?Dzię­kuję bar­dzo, ale przyjdę jutro, dzi­siaj nie mogę.

-?Czy jesteś pan zamó­wiony do Müllerów? -?szep­nęła tro­chę cierpko.

-?Do Grand Hotelu. Dzi­siaj sobota, przy­jeż­dża Kurow­ski, jak zwy­kle, a ja mam z nim do obga­da­nia nie­sły­cha­nie ważne rze­czy.

-?To załatw się z nim pan w teatrze, musi prze­cież być.

-?On prze­cież nie bywa w teatrze, nie zna go pani?

Ukło­nił się i wyszedł, prze­pro­wa­dzony dziw­nym spoj­rze­niem pani Ste­fa­nii.

Akt dosyć dawno się już cią­gnął, więc prze­su­wał się do swo­jego miej­sca i siadł, ale nie słu­chał, bo naokoło szep­tano coś nader tajem­ni­czo.

Zdzi­wił wszyst­kich fakt, że w cza­sie sztuki wywo­łano z loży Knolla, zię­cia Bucholca, który sie­dział samot­nie w loży, na wprost Zuc­ke­rów, a potem, że wyniósł się z teatru cicha­czem Gros­glik, naj­więk­szy ban­kier łódzki.

Przy­nie­śli mu depe­szę, z którą pole­ciał do Szai.

Szcze­góły te, poda­wane sobie szep­tem, oble­ciały niby bły­ska­wica teatr i wzbu­dziły jakiś ciemny, nie­wy­tłu­ma­czony nie­po­kój w przed­sta­wi­cie­lach róż­nych firm.

-?Co się stało? -?zapy­ty­wano, nie znaj­du­jąc odpo­wie­dzi na razie.

Kobiety słu­chały sztuki, ale więk­szość męż­czyzn z par­teru i z lóż przy­pa­try­wała się z nie­po­ko­jem kró­lom i kró­li­kom łódz­kim.

Men­del­sohn sie­dział zgar­biony, z oku­la­rami na czole, gła­dził chwi­lami brodę wspa­nia­łym ruchem i szcze­rze zda­wał się pochło­nięty przed­sta­wie­niem.

Knoll, wszech­po­tężny Knoll, zięć i następca Bucholca, także słu­chał z uwagą.

Müller istot­nie musiał nie wie­dzieć o niczym, bo śmiał się na całe gar­dło z dow­ci­pów mówio­nych na sce­nie, śmiał się tak szcze­rze, że chwi­lami Mada szep­tała cicho:

-?Papo, tak nie można.

-?Zapła­ci­łem, to się bawię -?rzu­cał jej w odpo­wie­dzi i istot­nie bawił się zupeł­nie.

Zuc­ker znik­nął, w loży sie­działa samot­nie Lucy i znowu patrzyła na Boro­wiec­kiego.

Mniejsi poten­taci i przed­sta­wi­ciele takich firm jak: Ende-Grisz­pan, Wolk­man, Bau­ve­cel Fitze, Biber­stein, Pin­czow­ski, Pru­sak, Sto­jow­sky, krę­cili się na swo­ich miej­scach coraz nie­spo­koj­niej, szepty prze­la­ty­wały z końca w koniec teatru, co chwila ktoś się wysu­wał i nie powra­cał.

Oczy badały naokoło, na ustach tkwiły zapy­ta­nia, nie­po­kój wszyst­kimi owła­dał coraz sil­niej­szy.

A nikt nie umiał sobie wytłu­ma­czyć dla­czego, cho­ciaż wszy­scy byli pewni, że stało się coś waż­nego.

Z wolna to zde­ner­wo­wa­nie udzie­lało się tym nawet, któ­rzy nie oba­wiali się żad­nych złych wie­ści.

Wszy­scy poczuli drże­nie łódz­kiego gruntu, tak czę­sto w ostat­nich cza­sach nawie­dza­nego kata­kli­zmem.

Tylko góra, tanie miej­sca, nic nie odczu­wała, bawiła się wciąż wybor­nie, wybu­chała śmie­chem, biła okla­ski, wołała "brawo".

Śmiech jakby falą buchał z dru­giego pię­tra i roz­pry­ski­wał się kaskadą dźwię­ków na par­ter i loże, na te wszyst­kie głowy i dusze tak nagle zanie­po­ko­jone, na te miliony roz­po­starte na aksa­mi­cie, ubry­lan­to­wane, pyszne swą wła­dzą i wiel­ko­ścią.

Ze wszyst­kich lóż tylko loża zna­jo­mych Boro­wiec­kiego pań brała udział w zaba­wie i bawiła się dosko­nale.

Potwo­rzyły się pewne rafy na tym rucho­mym morzu, które sie­działy spo­koj­nie, wpa­trzone w scenę; były to rodziny prze­waż­nie pol­skie, któ­rych nic nie mogło zanie­po­koić, bo nic nie miały do stra­ce­nia.

-?To bawełna -?szep­nął Leon do Boro­wiec­kiego. -?Patrz pan, wełna i inni sie­dzą pra­wie spo­koj­nie, są tylko cie­kawi. Ja się na tym znam.

-?Frum­kin w Bia­łym­stoku, Licha­czew w Rosto­wie, Ałpa­sow w Ode­ssie. Klapa -?szep­nął Moryc, który skąd­ciś dowie­dział się tego.

Wszy­scy trzej byli to kupcy en gros, jedni z naj­więk­szych odbior­ców łódz­kich.

-?Na ile Łódź zaan­ga­żo­wana? -?pytał Boro­wiecki.

Moryc znowu wyszedł i powró­cił po kilku minu­tach, był znacz­nie bled­szy, usta miał skrzy­wione, oczy świe­ciły dziw­nie; nie mógł ze wzru­sze­nia tra­fić z bino­klami na nos.

-?Jest jesz­cze jeden. Rogo­puło w Ode­ssie. Muro­wane firmy, same muro­wane!

-?Wysoko leżą?

-?Łódź traci ze dwa miliony -?szep­nął bar­dzo poważ­nie i usi­ło­wał wło­żyć bino­kle.

-?Nie może być! -?wykrzyk­nął pra­wie gło­śno Boro­wiecki, zry­wa­jąc się z miej­sca, aż publicz­ność sie­dząca za nim zaczęła stu­kać i sykać, żeby nie zasła­niał sceny sobą. -?Kto ci powie­dział?

-?Lan­dau, a jak Lan­dau mówi, to Lan­dau wie.

-?Kto traci?

-?Wszy­scy po tro­chu, a Kes­sler, Bucholc, Müller naj­wię­cej.

-?Ale żeby ich nie pode­przeć, pozwo­lić na taką klapę.

-?Rogo­puło uciekł, Licha­czew umarł, zapił się z roz­pa­czy.

-?A Frum­kin i Ałpa­sow?

-?Nic nie wiem, mówi­łem tyle, co było w depe­szy.

Już teraz te wszyst­kie wie­ści roz­lały się po teatrze, wszy­scy wie­dzieli o klę­sce.

Co chwila widać było, jak ta wia­do­mość niby bomba wybu­cha w innej stro­nie teatru.

Twa­rze pod­no­siły się w górę, oczy bły­skały, słowa jakieś ostre dźwię­czały w powie­trzu, krze­sła się pod­no­siły z trza­skiem, wybie­gali z pośpie­chem do tele­grafu i tele­fo­nów.

Teatr bar­dzo opu­sto­szał.

Boro­wiecki czuł się także zde­ner­wo­wany tą wie­ścią, sam nic nie tra­cił, ale tra­cili wszy­scy naokoło niego.

-?Wy nic nie tra­ci­cie? -?zapy­tał Maksa Bauma, który zna­la­zł­szy miej­sce wolne, przy­siadł się bli­żej niego.

-?My nie mamy nic do stra­ce­nia prócz honoru, a prze­cież tym towa­rem w Łodzi się nie ope­ruje -?odpo­wie­dział drwiąco.

-?Ład­nie Łódź trzesz­czy.

-?Nasta­nie cie­pły sezon.

-?Tak, tak. Straż ogniowa będzie mieć robotę.

-?Zrobi się cie­plej, to prę­dzej wio­sna będzie.

-?Warto by, węgle takie dro­gie.

-?Pan się śmiej zdrów, bo to pana nic nie kosz­tuje, taka zabawa.

-?Bywało tak, bywało. Połowa skręci kark, a druga połowa zarobi.

-?Kto naj­le­piej leży?

-?Bucholc, Kes­sler, Müller.

-?Tym się ni­gdy nic nie sta­nie, co im kto zrobi.

-?Niech ich wszyst­kich dia­bli wezmą, co mi to szko­dzi, co ja na tym zaro­bię, że oni mają albo nie mają.

Tak się krzy­żo­wały uwagi, zapy­ta­nia, cyfry, spoj­rze­nia pra­wie wesołe i zado­wo­lone z ruiny innych, przy­pusz­cze­nia i drwiny.

-?Mayer podobno na całe sto tysięcy rubli zaan­ga­żo­wany?

-?To mu dobrze zrobi na brzuch, sprzeda konie, będzie cho­dził pie­szo i zaraz schud­nie, nie będzie potrze­bo­wał już jeź­dzić do Marien­badu.

-?Będą tanio do sprze­da­nia różne fami­lijne bry­lanty.

-?Wolk­mana może to dobić, on już szedł na pół pary.

-?Możesz, Robert, teraz pro­sić o rękę jego córki, już cię nie wyrzucą za drzwi.

-?Niech jesz­cze poczeka.

Tak wrzał par­ter, tłum.

Kró­lo­wie sie­dzieli spo­koj­nie.

Szaja nie spusz­czał oczów ze śpie­waczki i jak skoń­czyła, pierw­szy zaczął bić brawo, a potem szep­tał po cichu z Różą i nie­znacz­nie, gła­dząc brodę, wska­zy­wał na Knolla, który oparty łok­ciami o para­pet loży ski­nął głową na Boro­wiec­kiego.

Karol zaraz w pierw­szym antrak­cie zja­wił się u niego.

-?Sły­sza­łeś pan?

-?Sły­sza­łem. -?I zaczął wyli­czać firmy.

-?Głup­stwo.

-?Głup­stwo, dwa miliony rubli na samą Łódź?

-?Nie my tra­cimy; przed chwilą był Bauer i mówił, że jakieś kil­ka­na­ście tysięcy.

-?W teatrze mówią, że z pół miliona.

-?To Szaja tak roz­pusz­cza pogło­skę, bo on tyle traci. Głupi Żyd.

-?W każ­dym razie odbije się to na Łodzi porząd­nie, firmy będą lecieć jak muchy.

-?Niech zdechną wszy­scy, co to nam szko­dzi -?szep­tał zimno i przy­glą­dał się swoim rękom sta­ran­nie utrzy­ma­nym, i gonił bez­wied­nie przy­mru­żo­nymi oczyma za poły­skiem bry­lan­tów osa­dzo­nych w pier­ścionku lewej ręki.

-?Ja do pana mówię nie jak do naszego czło­wieka, a jak do przy­ja­ciela. Pan wie, kto musi paść z powodu tego kra­chu?

-?Na pewno nie wymie­niają nikogo pra­wie.

-?Mniej­sza z tym, zawsze pad­nie dosyć, a ilu, to zoba­czymy jutro, będzie wesoła nie­dziela.

-?Praw­dziwe nie­szczę­ście.

-?Dla naszej firmy nie, bo pomyśl pan, kto pada: bawełna. Kto pozo­staje: my, Szaja i paru innych. Ta par­szywa, żydow­ska, tan­detna kon­ku­ren­cja zde­chła w poło­wie albo zaraz zdech­nie, struli się sami. Na jakiś czas będzie nam luź­niej. Będziemy robili parę nowych gatun­ków, które oni robili, no i będziemy o tyle wię­cej sprze­da­wali. Ale to jest baga­telka, kręcą karki, niech kręcą; palą się, niech się palą; oszu­kują, niech oszu­kują; my zawsze zosta­niemy. To zresztą mało ważne rze­czy, są znacz­nie waż­niej­sze, zoba­czysz pan nie­długo, że połowa fabryk baweł­nia­nych sta­nie, nie­długo, nie­długo.

Boro­wiecki patrzył na niego i słu­chał z pewną nie­cier­pli­wo­ścią, nie lubił Knolla i jego dumy sza­lo­nej, pły­ną­cej z poczu­cia swo­ich milio­nów.

Był naj­więk­szym po teściu dorob­kie­wi­czem, w tym świe­cie dorob­kie­wi­czów naj­wy­kształ­ceń­szym, dobrze wycho­wa­nym, przy­jem­nym w obco­wa­niu, ale i naj­bar­dziej nie­ubła­ga­nym i naj­bar­dziej wyzy­sku­ją­cym pracę, ludzi i wpływy, jakie miał wszę­dzie.

-?Przyjdź pan jutro do nas na obiad, pro­szę pana w ojca imie­niu. A teraz będzie pan łaskaw zoba­czyć, która godzina, ja tego nie mogę zro­bić, aby nie myślano, że mi się gdzie spie­szy.

-?Za kilka minut jede­na­sta.

-?O któ­rej odcho­dzi kurier­ski do War­szawy?

-?Wpół do pierw­szej.

-?Mam jesz­cze czas. Muszę panu powie­dzieć, dla­czego dla mnie te wia­do­mo­ści o ban­kruc­twach, o tym, że Łódź traci dwa miliony, są mało ważne; przy­szły bowiem wia­do­mo­ści znacz­nie waż­niej­sze... -?urwał nagle. - Ja mówię do szlach­cica?

-?Zdaje mi się, ale nie rozu­miem związku...

-?Zaraz pan zro­zu­miesz. Pan jest naszym przy­ja­cie­lem, my panu ni­gdy nie zapo­mnimy tego, że pan pod­niósł naszą dru­kar­nię. Widzi pan, przed godziną donie­śli depe­szą z Peters­burga o bar­dzo waż­nej spra­wie, o tym, że... że ja muszę tam jechać zaraz, ale w zupeł­nej tajem­nicy.

Dokoń­czył spiesz­nie i nie powie­dział tego, co chciał powie­dzieć, powstrzy­mał go wzrok Boro­wiec­kiego zimny i podejrz­liwy, który go prze­wier­cał tak na wskroś, że Knoll poru­szył się nie­spo­koj­nie, popra­wił szpilkę w kra­wa­cie i popa­trzył na lożę naprze­ciwko.

-?Ta Zuc­ke­rowa to śliczna kobieta.

-?Ma ładne bry­lanty.

-?Więc pan jutro przyj­dzie do sta­rego?

-?Ależ z pew­no­ścią.

-?Ma on tam jakiś spe­cjalny inte­res. Pan już wycho­dzi, to popro­szę o jedno, może pan zechce powie­dzieć mojemu stan­gre­towi, żeby cze­kał na mnie na Prze­jazd. No, do widze­nia, za kilka dni będę. Więc tajem­nica, panie Boro­wiecki.

-?Naj­zu­peł­niej­sza.

Boro­wiecki wyszedł z uczu­ciem zawodu. Czuł, że Knoll nie powie­dział mu wszyst­kiego.

"Co to za wia­do­mość? Po co on jedzie? Dla­czego mi nie powie­dział?", myślał, ale na próżno, gubił się w domy­słach i przy­pusz­cze­niach.

Nie cze­kał zapad­nię­cia kur­tyny i wyszedł, ale już z ulicy powró­cił do teatru i poszedł do loży Zuc­ke­ro­wej.

-?Myśla­łam, że pan o mnie zapo­mniał -?powie­działa z wyrzu­tem, utkwiw­szy w nim swoje ogromne, cudne oczy.

-?Czy to możebne?

-?Dla pana jest wszystko możeb­nym.

-?Potę­pia mnie pani, na wiarę przy­ja­ciół i nieprzy­ja­ciół.

-?Co mnie to obcho­dzi, widzia­łam tylko, że pan wyszedł.

-?Ale powró­ci­łem, musia­łem powró­cić -?szep­nął ciszej.

-?Do teatru, zapo­mniał pan czego.

-?Do pani.

-?Tak?! -?szep­nęła długo i oczy jej zami­go­tały bla­skiem rado­ści.

-?Pan tak do mnie ni­gdy nie mówił.

-?Ale dawno tego pra­gną­łem.

Ogar­nęła spoj­rze­niem cału­ją­cym jego twarz, aż poczuł coś jakby powiew cie­pły na ustach.

-?Pan mówił o mnie tam w krze­słach z panem Weltem, czu­łam to.

-?Mówi­li­śmy o pani bry­lan­tach.

-?Prawda, że tak pięk­nych żadna nie ma w Łodzi?

-?Prócz Knol­lo­wej i baro­no­wej -?powie­dział zło­śli­wie, uśmie­cha­jąc się.

-?I o czym jesz­cze mówi­li­ście?

-?O pani pięk­no­ści!

-?Pan ze mnie żar­tuje.

-?Nie mogę żar­to­wać z tego, co kocham -?powie­dział przy­tłu­mio­nym gło­sem, ujmu­jąc zwie­szoną rękę.

Wyrwała mu ją szybko i patrzyła roz­sze­rzo­nymi oczami, oglą­da­jąc się dokoła, jakby te słowa powie­dziano na sali.

-?Żegnam panią -?mówił, powsta­jąc, był zły na sie­bie, czuł, że popeł­nił głup­stwo, że jej to tak pro­sto bez przy­go­to­wań wiel­kich powie­dział, ale dzia­łała na niego nar­ko­tycz­nie.

-?Wyj­dziemy razem, zaraz -?powie­działa prędko, pozbie­rała szal, cukierki z pudeł­kiem, wachlarz i wyszła.

Ubie­rała się w mil­cze­niu.

Boro­wiecki nie wie­dział, co mówić, patrzył tylko na nią, na jej oczy zmie­nia­jące co chwila wyraz, na cud­nie zary­so­wane ramiona, na usta, które usta­wicz­nie obli­zy­wała, na wspa­niałą, dosko­nale roz­wi­niętą figurę.

Gdy wło­żyła kape­lusz, podał jej rotundę12. Pochy­liła się nieco w tył, aby ją wziąć na ramiona, i w tym ruchu dotknęła wło­sami jego ust, odsu­nął się nieco w tył, jakby spa­rzony, a ona nie znaj­du­jąc opar­cia, upa­dła mu ple­cami na piersi.

Pochwy­cił ją szybko w ramiona i wpił się ustami w jej kark, który się naprę­żył i skur­czył pod poże­ra­ją­cym poca­łun­kiem.

Krzyk­nęła cicho i wparła się w niego całą siłą na mgnie­nie, aż się zachwiał pod jej cię­ża­rem.

Wyrwała mu się szybko z objęć.

Była blada jak mar­mur, dyszała ciężko, a spod przy­mknię­tych powiek buchały pło­mie­nie.

-?Odpro­wa­dzi mnie pan do powozu -?powie­działa, nie patrząc na niego.

-?Cho­ciażby na koniec świata.

-?Zapnij mi pan ręka­wiczki.

Zapi­nał, ale nie mógł zna­leźć ani dziu­rek, ani guzicz­ków, tak jak nie mógł zna­leźć jej spoj­rze­nia, bo nie patrzyła na niego; oparła się jed­nym ramie­niem o ścianę, odwró­ciła nieco głowę i tak stała z ręką w jego ręku, z dziw­nym uśmie­chem na ustach, które pro­mie­nio­wały kar­mi­nem; cza­sem wstrzą­snął nią dreszcz, wtedy sil­niej przy­ci­snęła się do ściany i jakiś cień, jakby prze­ra­że­nia, migo­tał po jej twa­rzy i taił się w kątach ust.

-?Chodźmy -?szep­nął, skoń­czyw­szy zapi­na­nie. Dopro­wa­dził ją do powozu, wsa­dził, a ujmu­jąc jej rękę i cału­jąc gorąco, szep­nął: -?Niech mi pani prze­ba­czy, bła­gam na wszystko.

Nic nie odpo­wie­działa, tylko tak sil­nie pocią­gnęła go do wnę­trza, że wsko­czył bez namy­słu, zatrza­sku­jąc drzwi za sobą.

Konie ruszyły z kopyta.

Boro­wiecki czuł się zde­ner­wo­wany do naj­wyż­szego stop­nia tym, co się stało. Nie miał jesz­cze czasu zdać sobie sprawy dokład­nie, nie umiał zresztą teraz w tej chwili myśleć, wie­dział tylko, że ona jest przy nim, sie­działa wci­śnięta w kąt powozu, daleko od niego. Sły­szał jej nie­równy, szybki oddech, a chwi­lami w świe­tle latarni ulicz­nych bły­skały mu jej twarz i oczy ogromne, wpa­trzone w jakąś próż­nię.

Chciał zapa­no­wać nad sobą, chciał już zastu­kać na stan­greta, szu­kał już bez­wied­nie antaby, aby drzwi otwo­rzyć i wprost uciec, ale nie miał sił już ani woli.

-?Pani mi prze­ba­czy, to co się stało? -?zaczął wolno i szu­kał jej rąk; scho­wała je głę­boko pod rotundę. Nie odpo­wie­działa nic, obci­snęła się szczel­nie w rotundę, jakby chcąc zamknąć w sobie, przy­trzy­mać tę sza­loną chęć rzu­ce­nia mu się w ramiona. -?Pani mi prze­ba­czy -?powtó­rzył ciszej, przy­su­wa­jąc się do niej. Drżał cały, nie mógł wię­cej mówić i nie otrzy­mu­jąc odpo­wie­dzi, szep­nął bar­dzo cicho i bar­dzo głę­boko. -?Lucy! Lucy!

Wstrzą­snęła się, puściła rotundę, która zsu­wała się z jej ramion, i z jakimś głę­bo­kim, przej­mu­ją­cym okrzy­kiem rzu­ciła mu się na piersi.

-?Kocham cię, kocham! -?szep­tała, obej­mu­jąc go namięt­nie.

Usta się ich zbie­gły w dłu­gim, śmier­tel­nie moc­nym poca­łunku.

-?Kocham cię, kocham! -?powta­rzała z lubo­ścią ten dźwięk słodki, cału­jąc jego twarz z pory­wa­jącą siłą.

Czuła głód poca­łun­ków, piesz­czot i miło­ści tak dawno, więc teraz, kiedy się już tak stało, nie myślała o niczym, nie pamię­tała na nic, tylko cało­wała.

-?Nie, nie mów teraz nic, nie mów. Chcę mówić sama, chcę wołać wciąż. Kocham cię! Mogę to powta­rzać wobec całego świata, wszystko mi już jedno. Ja wiem, że cię inne kochają, wiem, że masz narze­czoną, ale co mnie to obcho­dzi! Kocham cię! Kocham nie dla­tego, żebyś i ty mnie kochał, żebym chciała przez to szczę­ścia, nie dla­tego, ja cię kocham, kocham i nic wię­cej. Potrze­bo­wa­łam kochać, jak każdy czło­wiek potrze­buje miło­ści. Pan jesteś dla mnie wszyst­kim. Chcesz, uklęknę przed tobą i będę ci to mówić tak długo, tak szcze­rze, aż uwie­rzysz i sam kochać mnie zaczniesz. Już nie mogę uda­wać, już nie mogę żyć bez cie­bie i bez miło­ści. Kocham cię, mój jedyny, mój panie.

Mówiła bez­ład­nie, prędko, nie­przy­tom­nie. Okryła się w rotundę, to znowu ją opusz­czała, odsu­wała się od niego, to bez słów, pro­mie­nie­jąca, obej­mo­wała go, cisnęła się do niego, cało­wała.

Boro­wiecki porwany tym sza­lo­nym wybu­chem namięt­no­ści, ocza­ro­wany miło­ścią tak wielką i tak ogni­stą, gło­sem, co prze­ni­kał ogniem i poca­łun­kami, które go onie­przy­tom­niały pra­wie, dał się unieść tem­pe­ra­men­towi swo­jemu i sza­lał jak i ona.

Odda­wał jej tak poca­łunki, że mu chwi­lami zwi­sła na rękach jak mar­twa.

-?Kocham cię, Lucy, kocham! -?powta­rzał, nie wie­dząc sam, co mówi.

-?Nie mów nic, całuj mnie! Nie mów nic, całuj mnie! -?wołała w naj­wyż­szym unie­sie­niu.

Głos jej rwał się i wybu­chał burzą, to znowu łkał, jakby całą miło­ścią wschodu, jakby całą ogni­stą pieśń nad pie­śniami wyśpie­wy­wał.

-?Ja tak marzy­łam o tej chwili, tyle mie­sięcy pra­gnę­łam cię, tyle lat cze­ka­łam na to, tyle cier­pia­łam przez to. Całuj mnie! Moc­niej... Moc­niej... Moc­niej... A! Teraz umar­ła­bym chęt­nie! -?wykrzyk­nęła dziko.

Powóz toczył się wolno po jed­nej ze strasz­nie błot­ni­stych i nie­bru­ko­wa­nych ulic, gdzie nie było nawet latarń, tylko powo­zowe świa­tła roz­krą­żały złoty blask na ruchomą, płynną a głę­boką war­stwę błota, roz­pry­sku­jącą się aż na szyby.

Nikt nie prze­cho­dził ani nie prze­jeż­dżał tą ulicą, obwie­dzioną z obu stron wyso­kimi par­ka­nami, spoza któ­rych wzno­siły się sterty drewna budul­co­wego uło­żone w wiel­kie czwo­ro­boki albo wystrze­lał komin fabryczki jakiejś, któ­rych w tej stro­nie mia­sta było dosyć.

Wiel­kie psy, pil­nu­jące skła­dów, szcze­kały ponuro na powóz i sły­chać było, jak się rzu­cały na bramy i dra­pały pazu­rami deski z wście­kło­ści, nie mogąc się wydo­być na ulicę.

Nie wie­dzieli nic i nic nie sły­szeli, zato­pieni w fali tej miło­ści nagłej i ośle­pia­ją­cej, jaka ich porwała.

-?Lucy!

-?Poca­łuj mnie.

-?Kochasz?

-?Poca­łuj mnie.

Rwały się im tylko takie słowa z piersi prze­peł­nio­nych prze­ra­ża­ją­cym ogniem.

-?Weź mnie, Karol, weź mnie całą i na zawsze.

Nie wie­dzieli nawet, kiedy sta­nęli na miej­scu.

Zaje­chali przed pała­cyk Zuc­ke­rów, sto­jący w oko­licy miej­skiego lasku.

-?Chodź do mnie -?szep­nęła, trzy­ma­jąc go sil­nie za rękę.

Bez­wied­nie, z przy­zwy­cza­je­nia wsu­nął drugą rękę do kie­szeni, gdzie miał rewol­wer.

-?Niech August zaczeka na pana! -?zawo­łała grzmiąco do stan­greta.

-?Chodź, nie ma nikogo, on -?mówiła z naci­skiem -?poje­chał. Nikogo prócz służby nie ma w domu.

Puściła jego rękę, bo służba otwie­rała drzwi.

-?Zapa­lić świa­tło w salo­niku wschod­nim. Poda­wać zaraz her­batę.

Rzu­ciła mu się na szyję, skoro lokaj odda­lił się, uca­ło­wała go namięt­nie i popchnęła w jakiś kory­ta­rzyk wysłany dywa­nem i wybity czer­wono.

-?Zaraz przyjdę, kocham cię! -?zawo­łała za nim i znik­nęła.

Roze­brał się wolno, rewol­wer prze­ło­żył do kie­szeni sur­duta i wszedł w jakieś drzwi, które się przed nim otwo­rzyły do słabo oświe­tlo­nego salo­niku.

Biały dywan ze skór bara­nów, nad­zwy­czaj puszy­sty, tłu­mił zupeł­nie kroki.

-?Ależ to zupeł­nie roman­tyczna awan­tura -?szep­nął, pada­jąc na jakiś zydel per­ski bez porę­czy, inkru­sto­wany w heba­nie zło­tem i sre­brem, bo czuł się strasz­nie znu­żo­nym.

"Cie­kawa kobieta, cie­kawa scena", myślał i zaczął się roz­glą­dać po pokoju.

Buduar był urzą­dzony z takim prze­py­chem, że nawet w mie­ście peł­nym naj­wspa­nial­szych miesz­kań, takim jak Łódź, mógł jesz­cze wyrwać okrzyk zdzi­wie­nia.

Ściany były obcią­gnięte w żółty, o gorą­cym tonie jedwab, po któ­rym roz­rzu­cone bar­dzo arty­stycz­nie gałę­zie bzów czer­wono-fio­le­to­wych, nakła­da­nych gru­bym haftem.

Przez całą dłu­gość jed­nej ściany stała wielka i sze­roka sofa, pod bal­da­chi­mem żół­tym w zie­lone pasy, udra­po­wa­nym w for­mie namiotu i pod­trzy­my­wa­nym przez złote hala­bardy.

U szczytu, pod namio­tem, lampa ze szkieł żół­tych, rubi­no­wych i zie­lo­nych roz­rzu­cała dziw­nie omdle­wa­jące świa­tło.

-?Han­de­łesy -?szep­nął z jakąś zawistną nie­omal pogardą, ziry­to­wany tym prze­py­chem, ale pomimo to roz­glą­dał się cie­ka­wie; dzi­waczne, kosz­towne sprzęty o for­mach wschod­nio-japoń­skich były bez­ład­nie nagro­ma­dzone i sto­sun­kowo do wiel­ko­ści pokoju w nad­mier­nej ilo­ści.

Stosy podu­szek jedwab­nych o jaskra­wych bar­wach chiń­skich leżały poroz­rzu­cane po sofie i bia­łym dywa­nie i odci­nały się ostrymi pla­mami jakby farb poroz­le­wa­nych.

Zapach ambry i vio­let­tes de Perse, pomie­szany z różami, roz­włó­czył się po pokoju.

Na jed­nej ze ścian błysz­czała masa broni wschod­nich, bar­dzo kosz­tow­nych, uło­żona dookoła wiel­kiej, okrą­głej tar­czy sara­ceń­skiej, sta­lo­wej, nabi­ja­nej zło­tem i tak wypo­le­ro­wa­nej, że w tym świe­tle przy­ćmio­nym skrzyła się i pro­mie­nio­wała zło­tymi ozdo­bami i rzę­dami rubi­nów, i bla­dych ame­ty­stów, jakimi obrzeże jej było wysa­dzone.

W jed­nym rogu, na tle olbrzy­miego wachla­rza z pawich piór, stał cały wyzło­cony posą­żek Buddy, z pod­wi­nię­tymi nogami, w posta­wie kon­tem­pla­cyj­nej.

W dru­gim roku stała wielka żar­di­nierka japoń­ska z brązu, pod­trzy­my­wana przez złote smoki, pełna kwit­ną­cych, bia­łych jak śnieg aza­lii.

"Pocie­jów milio­ner­ski", myślał znowu Boro­wiecki, który posia­dał nad­zwy­czaj wyro­biony smak arty­styczny i poczu­cie piękna, roz­wi­nięte jesz­cze do stop­nia dosko­na­ło­ści spe­cjal­nymi stu­diami nad har­mo­nią barw.

-?Jaśnie pani prosi pana dyrek­tora -?szep­nął z ukło­nem stary, wygo­lony lokaj, odsła­nia­jąc ciężką por­tierę z żół­tego aksa­mitu, pokrytą malo­wa­nymi chry­zan­te­mami.

-?A Józef jest tutaj? -?zapy­tał Boro­wiecki, idąc, bo znał go z innego domu.

-?Puści­łem w licy­ta­cję tam­tych Żydów -?szep­nął cicho, zgi­na­jąc się przed nim.

Karol uśmiech­nął się tylko i poszedł do jadal­nego.

Lucy nie było jesz­cze.

Usły­szał tylko przy­tłu­miony murami krzy­kliwy jakiś głos z dal­szych poko­jów.

-?Co to? -?zapy­tał bez­wied­nie Boro­wiecki, nasłu­chu­jąc.

-?Jaśnie pani roz­ma­wia z poko­jówką -?obja­śniał Józef, ale z takim zimno-pogar­dli­wym wyra­zem twa­rzy, że Boro­wiecki zwró­cił na to uwagę i nic już nie pytał wię­cej.

Lokaj wyszedł, a on rzu­cił po jadalni oczami: była ume­blo­wana z banal­nym łódz­kim prze­py­chem; boaze­rie z dębu do połowy ścian, kre­densy w bre­toń­skim stylu z ciem­nego orze­cha, z masą sre­ber i por­ce­lany na pół­kach, sta­ro­nie­miec­kie dębowe i wspa­niale rzeź­bione zydle dokoła olbrzy­miego stołu, oświe­tlo­nego żyran­do­lem w for­mie bukietu tuli­pa­nów, w któ­rym jaśniała elek­trycz­ność.

Część jedna stołu była przy­go­to­wana do her­baty.

Usiadł, bo go zaczęło nie­cier­pli­wić ocze­ki­wa­nie, i zoba­czył, że przy stole na ziemi leży jakiś papier, pod­niósł go, aby poło­żyć, i pra­wie machi­nal­nie rzu­cił na niego okiem.

Był to tele­gram, pisany klu­czem firmy Bucholca, któ­rego uży­wano w razach nad­zwy­czaj­nej waż­no­ści.

Boro­wiecki znał ten klucz i zdzi­wił się nie­po­mier­nie.

-?Co tu robi ten tele­gram?

Odwró­cił blan­kiet, adres był: "Bucholc -?Łódź".

Więc się już dalej nie krę­po­wał, tylko czy­tał:

Dzi­siaj zapa­dło posta­no­wie­nie na radzie. Cło od bawełny ame­ry­kań­skiej spro­wa­dza­nej na Ham­burg i Triest pod­nie­siono do 25 kopie­jek w zło­cie od puda. Wpro­wa­dze­nie za dwa tygo­dnie. Taryfy kole­jowe prze­wóz bawełny od gra­nic zachod­nich do 20 kop. od puda i wior­sty. Wyko­na­nie za mie­siąc. Za tydzień będzie ogło­szone.

Boro­wiecki depe­szę scho­wał do kie­szeni i zerwał się z krze­sła poru­szony nad­zwy­czaj.

-?Straszna wia­do­mość. Pół Łodzi pad­nie -?szep­tał, teraz zro­zu­miał, że o tej wia­do­mo­ści nic mu nie powie­dział Knoll, bał się mu zaufać. - Poje­chał do Ham­burga kupo­wać zapasy bawełny. Wykupi, co będzie mógł zdą­żyć, i weź­mie mniej­szych fabry­kan­tów za łeb. Co za inte­res, co za inte­res! Teraz mieć pie­nią­dze i jechać kupo­wać.

"Aaa!", myślał i wszystko w nim zaczęło kipieć jakąś sza­loną nie­cier­pli­wo­ścią, żądzą nie­po­wstrzy­maną zro­bie­nia na tej wypad­kiem otrzy­ma­nej wie­ści, majątku. "Pie­nię­dzy! Pie­nię­dzy!", wołał w myśli, zry­wa­jąc się z krze­sła.

Oczy mu gorącz­kowo świe­ciły, wszystko się w nim trzę­sło ze wzru­sze­nia nad­mier­nego, pierw­szym jego ruchem było ucie­kać stąd, do mia­sta, zna­leźć Moryca i obga­dać ten inte­res i byłby może dał się porwać unie­sie­niu, ale weszła, a raczej wpa­dła do jadalni Lucy i rzu­ciła mu się pro­sto na szyję.

-?Cze­ka­łeś, daruj mi, musia­łam się prze­brać zupeł­nie.

Uca­ło­wała go i usia­dła, wska­zu­jąc mu miej­sce obok sie­bie bar­dzo spo­koj­nym ruchem, bo wszedł lokaj i nale­wał her­batę.

Nie mogła jed­nak usie­dzieć spo­koj­nie, co chwila wsta­wała do kre­den­sów i przy­no­siła całe masy naj­roz­ma­it­szych przy­sma­ków, i sta­wiała przed nim.

Miała na sobie bla­do­żółty jedwabny szla­frok z bar­dzo sze­ro­kimi ręka­wami, obszy­tymi kre­mo­wymi koron­kami, naszy­tymi rzę­dem tur­ku­sów, ścią­gnięty w pasie zło­tym sznu­rem.

Olbrzy­mie włosy zwi­nięte były na tyle głowy w wielki grecki węzeł, prze­pięty bry­lan­to­wymi grze­by­kami.

Ten sam naszyj­nik bry­lan­towy, jaki miała w teatrze, skrzył się i teraz na odsło­nię­tej szyi wszyst­kimi bar­wami tęczy. Wspa­niałe ręce wysu­wały się co chwila z ręka­wów aż po ramiona.

Była sza­le­nie pocią­ga­jącą, ale Boro­wiecki nie odczu­wał tego już ani w poło­wie; odpo­wia­dał pra­wie mono­sy­la­bami, pił śpiesz­nie her­batę, chciał wynieść się jak naj­prę­dzej.

Wia­do­mość ta paliła go jak ogień.

Lucy drżała z nie­cier­pli­wo­ści, goniła wzro­kiem nie­na­wi­ści lokaja, który łaził jak senny, i nie mogąc rzu­cić się na szyję Karola, przy­ci­snęła mu z taką siłą rękę, że omal nie krzyk­nął z bólu.

-?Co panu jest? -?spy­tała, spo­strze­gł­szy jego pomie­sza­nie.

-?Jestem szczę­śliwy! -?szep­nął jej po fran­cu­sku.

Zaczęli roz­ma­wiać, ale roz­mowa nie szła, rwała się co chwila jak stare strzępy, gdy je kto chce sil­niej przy­trzy­mać.

Jej prze­szka­dzał lokaj, a jemu nie­cier­pli­wość i przy­mus, jaki sobie zada­wał, żeby tutaj sie­dzieć teraz, kiedy był panem takiej wiel­kiej tajem­nicy, w takiej chwili, gdy cło pod­no­siło się z ośmiu kopie­jek do dwu­dzie­stu pię­ciu.

-?Może przej­dziemy do budu­aru -?szep­nęła cicho, gdy się her­bata skoń­czyła.

I tak patrzyła na niego roz­bły­słymi cudow­nie oczami, takim dziw­nym bla­skiem pło­nęły jej pur­pu­rowe usta, że Boro­wiecki, który wstał na to, aby się z nią poże­gnać, skło­nił głowę i poszedł za nią.

Nie mógł się oprzeć jej uro­kowi.

Skoro się tylko zna­leźli sami, porwała go znowu swoim ogniem i gwał­tow­no­ścią, ale na chwilę tylko, bo gdy ona cało­wała go z unie­sie­niem nie­opo­wie­dzia­nym, padała przed nim na kolana, obej­mo­wała go, krzy­czała słowa bez związku, któ­rymi wybu­chała jej namięt­ność, i sza­lała porwana wła­sną siłą -?on myślał o baweł­nie, myślał, gdzie może być Moryc, skąd wziąć pie­nię­dzy na zakupy bawełny.

Odda­wał poca­łunki i piesz­czoty, rzu­cał jej chwi­lami słowa gorące miło­ści, ale robił to pra­wie odru­chowo, wię­cej siłą nawyk­nie­nia do podob­nych sytu­acji niźli ser­cem, które było w tej chwili zajęte zupeł­nie czym innym.

A ona pomimo roz­sza­le­nia odczu­wała intu­icją zmy­słów ludzi bar­dzo namięt­nych, że coś stoi pomię­dzy nimi, więc potę­go­wała w sobie uczu­cie, jakby za sie­bie i za niego, roz­ta­czała całą potęgę czaru kobiety zako­cha­nej, kobiety nie­wol­nicy, która nawet kop­nię­cie swego pana i władcy przyj­muje z okrzy­kiem szczę­ścia, i kobiety, dla któ­rej szczę­ściem jest naj­wyż­szym zdo­by­cie sobie kochanka przez siłę, gwał­tem, mocą swego tem­pe­ra­mentu.

Wresz­cie zwy­cię­żyła.

Boro­wiecki zapo­mniał o fabryce, o baweł­nie, o cłach, o świe­cie całym, odda­wał się tej miło­ści z całą zapa­mię­ta­ło­ścią ludzi na pozór zim­nych i umie­ją­cych w drob­nych oko­licz­no­ściach życia pano­wać nad sobą zupeł­nie.

Pod­da­wał się hura­ga­nowi i z roz­ko­szą pełną dener­wu­ją­cej cie­ka­wo­ści, pozwo­lił mu się nieść.

-?Kocham cię! -?wołała co chwila.

-?Kocham cię -?odpo­wia­dał i czuł, że w tej chwili mówi pierw­szy raz w życiu szcze­rze zupeł­nie to słowo, naj­wię­cej może ze słow­nika ludz­kiego kłam­liwe i kła­mane.

-?Napisz mi to, mój naj­droż­szy, napisz -?pro­siła z dzie­cin­nym upo­rem.

Wyjął bilet wizy­towy i cału­jąc co chwila jej cudne fioł­kowe oczy i te usta palące, napi­sał:

"Kocham cię, Lucy".

Wyrwała mu bilet z rąk, prze­czy­tała, uca­ło­wała kil­ka­krot­nie i scho­wała za gors, ale wyjęła po chwili, aby znowu czy­tać i cało­wać na prze­mian bilet i jego.

Wresz­cie przy­pa­tru­jąc się her­bowi, zapy­tała:

-?Co to jest?

-?Mój herb.

-?Co to zna­czy?

Wytłu­ma­czył jej, jak mógł, ale nic nie zro­zu­miała.

-?Nic nie rozu­miem, zresztą nic mnie to nie obcho­dzi.

-?A co cię obcho­dzi?

-?Kocham cię.

Zamknęła mu usta poca­łun­kiem.

-?Widzisz, ja nic nie wiem, ja cię kocham, to mój rozum, po co mi wię­cej?

Sie­dzieli tak długo w tej wiel­kiej ciszy nocy i budu­aru, przez któ­rego mury i obi­cia nie prze­dzie­rał się naj­mniej­szy szmer ze świata, zato­pieni w sobie, w miło­ści, oto­czeni jakby obło­kiem zachwytu nad sobą; w tej obez­wład­nia­ją­cej atmos­fe­rze, prze­sy­co­nej zapa­chami, odgło­sem poca­łun­ków, szep­tem roz­dr­ga­nych, palą­cych słów, sze­le­stem jedwa­biu, rubi­nosz­ma­rag­do­wym świa­tłem, co się mżyło coraz sła­biej, bar­wami przy­ćmio­nymi, które z obić na ścia­nie, z mebli poły­ski­wały tajem­ni­czo, drgały w żyw­szym na chwilę świe­tle i jakby peł­zały wskroś pokoju, a potem roz­le­wały się i mar­twiały w zmroku coraz gęst­szym, w któ­rym tylko świe­cił się jakoś dziw­nie Budda, a nad nim patrzyły z pawich piór oczy coraz smęt­niej i coraz tajem­ni­czej.

IV

Czwarta docho­dziła, gdy Boro­wiecki zna­lazł się na ulicy.

Stan­gret, nie docze­kaw­szy się, odje­chał do stajni.

Wiatr huczał głę­boko i zamia­tał kałuże z taką siłą, że błoto bry­zgało na par­kany i na wąską ścieżkę słu­żącą za chod­nik.

Boro­wiecki wzdry­gnął się prze­jęty tym zim­nym, wil­got­nym wia­trem.

Stał chwilę przed domem, nic nie widząc przed sobą, prócz poły­sku­ją­cego błota i czar­nych, spię­trzo­nych gma­chów w oddali, i komi­nów fabrycz­nych, słabo rysu­ją­cych się na sza­rym, zmą­co­nym tle nieba, po któ­rym chmury, niby poroz­ry­wane bele zabru­dzo­nej bawełny, bie­gały z sza­lo­nym pośpie­chem.

Był jesz­cze oszo­ło­miony, przy­sta­wał i oparty o par­kan zbie­rał roz­bitą świa­do­mość. Wstrzą­sał się cały co chwila, bo czuł jesz­cze uści­ski jej, usta paliły go, przy­my­kał oczy i musiał para­so­lem wyszu­ki­wać przed sobą tward­szego gruntu i czuł się pija­nym zupeł­nie, dopiero szcze­ka­nia gwał­towne psów za par­kanami orzeź­wiły go zupeł­nie i wyrwały z tej dziw­nej ciszy, jaka ogar­nia po przej­ściu bar­dzo sil­nych wzru­szeń.

-?Kurow­ski musi już spać -?szep­nął kwa­śno, przy­po­mi­na­jąc sobie, że miał iść do niego do Grand Hotelu zaraz po teatrze.

-?Żebym cza­sem za tę zabawę nie zapła­cił fabryką -?szep­nął i zaczął biec prędko, już nie zwa­ża­jąc na błoto i na wyboje.

Dopiero na Piotr­kow­skiej zła­pał dorożkę i kazał się wieźć co koń wysko­czy do hotelu.

-?A tele­gram! -?wykrzyk­nął, przy­po­mi­na­jąc sobie nagle, i przy świe­tle latarni prze­czy­tał go raz jesz­cze. -?Zawra­caj i jedź pro­sto Piotr­kow­ską.

"Może już jest w domu", myślał o Morycu i gorączka znowu zaczęła go brać.

Kazał doroż­ka­rzowi zacze­kać na wszelki wypa­dek przed domem i z pośpie­chem dzwo­nił do miesz­ka­nia.

Nikt nie otwie­rał, co go tak ziry­to­wało, że obe­rwał dzwo­nek i trząsł całą siłą drzwiami, wresz­cie, po dłu­gim ocze­ki­wa­niu Mate­usz otwo­rzył.

-?Pan Moryc w domu?

-?Jak poszedł na sia­bas, to go pew­nie Żydy nie puściły, a tak, pan Moryc, niby?

-?Pan Moryc w domu, odpo­wia­daj?! -?krzyk­nął roz­wście­czony, bo Mate­usz był zupeł­nie pijany, szedł za nim ze świecą w ręku, roze­brany, z oczami zamknię­tymi i z twa­rzą pełną poprzy­sy­cha­nej krwi i siń­ców.

-?Pan Moryc, niby ja rozu­miem, pan Moryc, aha!

-?Bydlę! -?krzyk­nął i ude­rzył go w twarz z całej siły.

Chłop się poto­czył i utkwił twa­rzą w drzwi, któ­rymi wszedł do miesz­ka­nia Boro­wiecki.

Moryca nie było, Baum tylko spał nie­ro­ze­brany, z papie­ro­sem w zaci­śnię­tych zębach, na wiel­kiej oto­ma­nie w jadal­nym pokoju.

Na stole, na ziemi, na kre­den­sie stało mnó­stwo pustych bute­lek i tale­rzy, a komi­nek samo­wara obwi­nięty był w zie­loną, długą woalkę.

-?Oho, Antka była, bawił się wesoło. Maks! Maks! -?zawo­łał, mocno potrzą­sa­jąc śpią­cym.

Maks ani drgnął, spał naj­spo­koj­niej i chra­pał potęż­nie.

Wresz­cie Boro­wiecki znie­cier­pli­wiony darem­nymi usi­ło­wa­niami obu­dze­nia go, bo chciał od niego dowie­dzieć się, gdzie jest Moryc, porwał go za ramiona i posta­wił na pod­ło­dze.

Maks ziry­to­wany, że go budzą, poto­czył się na krze­sło, schwy­cił je i z całej siły rzu­cił przed sie­bie, na stół.

-?Masz ty, małpa zie­lona, nie budź! -?I poło­żył się naj­spo­koj­niej na oto­ma­nie, ścią­gnął sur­dut, okrę­cił nim głowę i spał dalej.

-?Mate­usz! -?krzyk­nął z roz­pa­czy pra­wie Karol, widząc, że Maksa nic nie obu­dzi. -?Mate­usz! -?krzyk­nął po raz drugi, pod­cho­dząc do przed­po­koju.

-?Zaraz idę, lecę, panie dyrek­to­rze, świeca mi się gdzieś podziała i szu­kam, i szu­kam, idę! -?wołał przez sen roz­trzę­sio­nym pija­nym gło­sem, na próżno sta­ra­jąc się pod­nieść z pod­łogi, gdzie upadł­szy po cio­sie Boro­wiec­kiego, zasnął.

Pod­niósł się na kolana i padł z powro­tem twa­rzą na zie­mię, macha­jąc dokoła rękami, jakby pły­wał.

Boro­wiecki pod­niósł go, przy­pro­wa­dził do jadalni, posta­wił pod pie­cem i pytał:

-?Gdzieś się upił? Tyle razy ci zapo­wia­da­łem, że jak się upi­jesz, wyrzucę cię do dia­bła, sły­szysz, co mówię?

-?Sły­szę, panie dyrek­to­rze, sły­szę, aha, niby pan Moryc -?beł­ko­tał, na próżno sta­ra­jąc się zna­leźć rów­no­wagę.

-?Kto ci zbił pysk? Wyglą­dasz jak świ­nia.

-?Mnie kto zbił pysk? Mnie, prze... pana dyrek­tora, nikt zbił pysk, mnie nikt nie może zbić pysk, bo ja bym prze... pana dyrek­tora gnaty poła­mał, mordę zbiuł i byłoby fer­tig, na glanc... cho­lera.

Boro­wiecki, widząc, że z pija­nym się nie dogada, przy­niósł karafkę z wodą, przy­trzy­mał go jedną ręką i wszystką wodę wylał mu na głowę.

Mate­usz się krę­cił i wyry­wał, ale otrzeź­wiał nieco i obcie­ra­jąc rękami twarz posi­nioną, zalaną krwią, patrzył ogłu­pia­łymi oczyma.

-?Był pan Moryc? -?pytał cier­pli­wie dalej.

-?Był.

-?Gdzie poje­chał?

-?Odwiózł niby tę małą, czarną i miał być w Gran­dzie.

To zna­czyło w Grand Hotelu.

-?Kto tutaj był?

-?Różne pań­stwo było, był pan Bein, pan Hertz i inne jesz­cze Żydy. Ja z Agatą od pana inży­niera goto­wa­li­śmy kola­cję.

-?I upi­łeś się jak świ­nia ostat­nia; któż cię tak pobił?

-?Nikt mnie nie bił.

Poma­cał się bez­wied­nie po twa­rzy i gło­wie i syk­nął z bólu.

-?A skądże masz te dziury we łbie, co?

-?A to, abo... był i pan Moryc, i ta czarna małpa, i ten gar­baty, i te Żydy.

-?Gadaj natych­miast, gdzieś się upił i kto cię pobił?! -?krzyk­nął z wście­kło­ścią.

-?Ja nie­pi­jany ani mnie kto pobił. Posze­dłem po piwo dla panów, a w szynku były kolegi od Fran­cu­zów i posta­wiły bier. Dobra nasza! Posta­wi­łem i ja. Jak ony posta­wiły raz, to i ja raz. Potem przy­szły ludzie z bli­chu naszego, dobre Polaki, z moich stron, posta­wiły i one bier, dobra nasza; posta­wi­łem i ja. Ony dobre Polaki, to i ja dobry Polak, ony sta­wiały, dobra nasza, to i ja sta­wiał. Alem nie­pi­jany prze... pana dyrek­tora, jak Pana Boga kocham, takim trzeźwy, co jak pan dyrek­tor chce, to chuchnę, niech pan dyrek­tor spraw­dzi.

Nachy­lił się i z zamknię­tymi oczami, przy­le­ga­jąc mocno grzbie­tem do pieca, chu­chał na pokój.

Boro­wiecki prze­bie­rał się w swoim pokoju i nie słu­chał, ale Mate­usz gadał wciąż.

-?Potem przy­szły webery od sta­rego pana Bauma i folusz­niki. Piły z nami, myśma sta­wiali, a że zaś Niemcy podły naród, to sta­wiać nie chciały. To ja jed­nego ino tak ździebko pal­cem tkną­łem, to un na zie­mię, a drugi me kuflem w łeb. To ja i tego tak ździebko pal­cem tkną­łem, to on tyż na zie­mię, a Niemcy me zaś za orzy­dle. Ja się nie biłem, bo wiem, że pan dyrek­tor tego nie lubi. A że ja słu­cham swo­jego pana, to ja się nie biłem, ale kiej mie jeden uca­pił za włosy, a inne za orzy­dle, a jesz­cze któ­ryś lunął me bez pysk, to myślę, szkoda mi tego tużurka, co go mam od pana dyrek­tora, i mówię po dobremu: puść me, a un me nożem pod żebro. To ja go łbem o ścianę, to un został. Kolegi pomo­gły i było fer­tig, na glanc. Ja się nie biłem, tkną­łem ino ździe­bełko pal­cem, toby i kur­czę ustało, a taka świ­nia już leży. Miętki w nogach naród, panie dyrek­to­rze, bar­dzo miętki te Niemcy. Ja ino tak ździebko pal­cem tkną­łem, to już for­beit, na ziemi!

Mru­czał coraz sen­niej i z wycią­gniętą ręką przed sie­bie wska­zu­ją­cym pal­cem poka­zy­wał, jak on ździebko tylko tykał.

-?Idź spać! -?zawo­łał Boro­wiecki, poga­sił świa­tła, zapro­wa­dził go do kuchni i poje­chał szu­kać Moryca.

W Vic­to­rii było zamknięte, w Grand Hotelu także.

-?Pan Kurow­ski już śpi? -?zapy­tał nume­ro­wego.

-?Wcale nie był dzi­siaj, był przy­go­to­wany salon i nie przy­je­chał.

-?Pan Welt był u was wie­czo­rem?

-?Był z paniami i z panem Coh­nem, poje­chali do Arka­dii.

Poje­chał do Arka­dii na Kon­stan­ty­now­ską i tam już nie było nikogo.

Obje­chał kilka jesz­cze knajp, gdzie zwy­kłe mło­dzież łódzka się bawiła, ale ni­gdzie go nie zna­lazł.

"Gdzie ta małpa się scho­wała", myślał ziry­to­wany i rap­tow­nie krzyk­nął doroż­ka­rzowi:

-?Jedź na miód, wiesz, gdzie? Jeśli tam nie będzie, to go już ni­gdzie nie znajdę.

-?Zaraz tam będziemy, panie!

I pod­ciął konia ze wszyst­kich sił, bo wlókł się strasz­nie powoli, uty­ka­jąc po dziu­rach i dołach; dorożka ska­kała i koły­sała się po bruku peł­nym naj­strasz­liw­szych wybo­jów, niby łódka po falach mor­skich.

Boro­wiecki klął i zaci­nał zęby, i żeby zapa­no­wać nad roz­de­ner­wo­wa­niem, które tak nim trzę­sło, że nie mógł zapa­lić papie­rosa, bo mu się łamał w rękach, zaczął usil­nie myśleć nad tą sprawą baweł­nianą.

-?Bauer sprze­dał dobrze ten tele­gram Zuc­ke­rowi. Co za dziwna kobieta - prze­rzu­cił się do wspo­mnień Lucy i uto­nął w nich.

Znał ją od lat dwóch, ale nie zwró­cił szcze­gól­niej­szej uwagi, ponie­waż był zajęty Likier­tową, a potem opo­wia­dali o niej, że jest nie­po­mier­nie głu­pia, tak pra­wie, jak piękną była.

-?Co za tem­pe­ra­ment -?szep­tał, wstrzą­sa­jąc się na przy­po­mnie­nie.

Od dosyć dawna wie­dział, że zwró­cił jej uwagę, dawała mu poznać spoj­rze­niami, zapra­sza­niem usil­nym do sie­bie, z któ­rego jakoś ni­gdy nie korzy­stał. Bywała tam wszę­dzie, gdzie wie­działa, że i jego spo­tka.

Plotka łódzka, którą tam z całą pasją i z wielką maestrią upra­wiają prze­waż­nie męż­czyźni, którą są prze­peł­nione kan­tory i fabryki, zaczy­nała już coś kom­bi­no­wać i prze­bą­ki­wać, ale szybko ustała, ponie­waż Boro­wiecki trzy­mał się z daleka, pochło­nięty w ostat­nich mie­sią­cach pla­nami zało­że­nia fabryki.

Znał oso­bi­ście Zuc­kera, sta­rego cha­ła­cia­rza, prze­dzierż­gnię­tego w ostat­nich dzie­się­ciu latach w milio­nera fabry­kanta, który zaczy­nał swoją karierę w Łodzi od sku­po­wa­nia zuży­tych, do niczego fabry­kom już nie­słu­żą­cych szmat baweł­nia­nych, strzę­pów papieru, pyłu baweł­nia­nego, jakiego zawsze bywało dosyć po tkal­niach i postrzy­gal­niach.

Nie cier­piał go za tan­detne wyroby, naśla­du­jące powierz­chow­nie w dese­niach i kolo­rach wyroby firmy Bucholca, a w isto­cie mate­riały w naj­gor­szym gatunku, sprze­da­wane tanio, które unie­moż­li­wiały wszelką kon­ku­ren­cję.

Wie­dział, że Zuc­ke­rowa nie ma kochanka, bo raz, że była Żydówką, a po dru­gie, w mie­ście, gdzie wszy­scy, poczy­na­jąc od milio­ne­rów, a skoń­czyw­szy na ostat­nim gwoź­dziu, w tej olbrzy­miej maszy­nie wytwór­czej, muszą robić, muszą się cali odda­wać tej pracy, jest nie­zmier­nie mało zawo­do­wych don­żu­anów, nie­sły­cha­nie mało spo­sob­no­ści do zdo­by­wa­nia i oba­ła­mu­ca­nia kobiet.

A zresztą, gdyby tak było, już by o tym ktoś wie­dział i mówił z pew­no­ścią.

"Czy ona ma i duszę jaką?", myślał teraz, roz­pa­tru­jąc jej dziką, nie­po­ha­mo­waną namięt­ność. "Ale po co ja tam wla­złem, jesz­cze teraz! Do dia­bła z miło­ścią, mieć teraz taką kulę u nogi, kiedy się zakłada fabrykę na kre­dyt. A jed­nak..."

I zasta­no­wił się, szu­kał w sobie miło­ści do niej, wma­wiał w sie­bie zupeł­nie szcze­rze, że ją kocha, że to miłość go porwała, a nie zwy­kła, zmy­słowa burza zdro­wego i nie­wy­czer­pa­nego orga­ni­zmu.

"Bądź co bądź, gra warta świeczki", pomy­ślał.

Doroż­karz zakrę­cił i sta­nął zaraz przy rogu Spa­ce­ro­wej, przed syna­gogą.

V

Restau­ra­cja, do któ­rej przy­je­chał Boro­wiecki, poszu­ku­jąc Moryca, znaj­do­wała się zaraz za syna­gogą, w głębi podwó­rza, obsta­wio­nego niby kamien­nymi pudłami czte­ro­pię­tro­wymi ofi­cy­nami z trzech stron, bo czwartą zakoń­czał mały ogró­dek, odgro­dzony zie­lo­nymi szta­chet­kami i przy­party do tyłów olbrzy­mich, nagich czer­wo­nych murów jakiejś fabryki.

Mała ofi­cynka par­te­rowa stała w głębi, pod samym murem i buchała oświe­tlo­nymi oknami i wrza­skliwą, podobną do rycze­nia osłów wrzawą.

"Oho, jest cała banda", pomy­ślał, wcho­dząc do dłu­giej, niskiej sali, tak zaciem­nio­nej dymem cygar, że w pierw­szej chwili, w tym sina­wym obłoku, popstrzo­nym zło­tymi kulami gazo­wych świa­teł, nie odróż­nił nikogo.

Kil­ka­dzie­siąt osób tło­czyło się dookoła dłu­giego stołu, krzy­czało, gadało gło­śno, śmiało się i śpie­wało, co połą­czone z brzę­kiem tale­rzy i prze­ni­kli­wym szczę­kiem tłu­czo­nego szkła two­rzyło taką splą­taną, zgieł­kliwą wrzawę, że ściany się trzę­sły i nic usły­szeć nie było można.

Naraz przy­ci­chło nieco i jakiś ochryp­nięty, pijany głos zain­to­no­wał z końca stołu:

Agato! Ty inte­res fajny masz -?Agato!

Agato! Ja całuję cie­bie w twarz -?Agato!

Agato! To mi za to piwa dasz -?Agato!

"Agato!" ryczał tłum wszyst­kimi moż­li­wymi i niemoż­li­wymi gło­sami, które tak pokryły głos Bum-Buma, który był tej piosnki prze­dziw­nie głu­piej kom­po­zy­to­rem i soli­stą, że na próżno krzy­czał dal­sze zwrotki, nikt go nie słu­chał, bo wszy­scy wyli:

-?Agato! Agato!

Bum-Bum la la la! Agato! Tra la la la! Agato! Cip, cip, cip Agato!

Tak ten śpiew pod­nie­cał, że zaczęli do taktu bić laskami w stół, kufle leciały na ściany lub roz­pry­ski­wały się o piec, nie­któ­rym i to nie wystar­czało, bo krze­słami bili o zie­mię i jak zapa­mię­tali, ośle­pli, z zamknię­tymi oczami śpie­wali:

-?Agato! Agato!

-?Pano­wie, na miłość boską, bo mi spro­wa­dzi­cie tymi krzy­kami poli­cję - zaczął bła­gać wystra­szony gospo­darz.

-?Pan potrze­bu­jesz być cicho, my pła­cim! Panienko, pro­szę jedno piwo!

-?Hej, Bum-Bum, zaśpie­waj no pan! -?krzy­czano do Buma, który popra­wiał bino­kle obu rękami i stał w dru­gim pokoju przed bufe­tem.

-?Kwicz, Bum-Bum, ja i tak nie sły­szę -?szep­tał jeden pół­sen­nie, leżąc na stole, który cały był pokryty butel­kami wina i konia­ków, maszyn­kami od kawy, kamion­kami od por­teru, kuflami i szkłem potłu­czo­nym.

-?Agato! Agato! -?wrzesz­czał pół­gło­sem jakiś kan­to­ro­wicz, senny, z przy­mknię­tymi oczami, pijany, bił laską w stół.

-?No, bawią się echt po łódzku -?szep­nął Karol, szu­ka­jąc oczami Moryca.

-?Dyrek­tor! Pano­wie, jest i firma Bucholc Her­man i Spółka! Jeste­śmy zatem w kom­ple­cie. Panienko, kółko konia­ków! -?krzy­czał jakiś wysoki i gruby Nie­miec łamaną pol­sz­czy­zną.

Zato­czył się sze­ro­kim gestem dokoła, chciał jesz­cze coś mówić, ale nogi mu się zwi­nęły i upadł na kanapę sto­jącą za nim.

-?Ależ to widzę cała banda wesoła.

-?Cały nasz kom­plet bur­szów.

-?My tak zawsze, jak pić to soli­dar­nie, jak co robić, zdechł pies.

-?O tak, soli­dar­nie, jak mówi ten, no, jakże się nazywa, no ten, co to mówił: "Hej ramię do ramie­nia, wspól­nymi łań­cu­chy!".

-?Opaszmy brzu­chy albo inną galan­te­rię -?wtrą­cił ktoś z boku.

-?Cicho pan. Włó­czę­gom, psom i ludziom od Szai wstęp wzbro­niony! Zapisz pan to, panie redak­to­rze! -?wołał któ­ryś, zwra­ca­jąc się do wyso­kiego chu­dego blon­dyna, melan­cho­lij­nie sie­dzą­cego na środku pokoju, który błą­dził dużymi, jakby poży­czo­nymi oczami po ścia­nach pokry­tych oleo­dru­kami.

-?Moryc, mam do cie­bie bar­dzo pilny inte­res -?szep­nął Karol, przy­sia­da­jąc się do Welta i do Leona Cohna, bo obaj pili tylko ze sobą.

-?Pie­nię­dzy chcesz, masz pugi­la­res -?szep­nął, nad­sta­wia­jąc kie­szeń spodnią sur­duta -?albo zacze­kaj, chodźmy do bufetu. U dia­bła, jestem pijany -?mruk­nął, na próżno usi­łu­jąc się trzy­mać pro­sto.

-?Może dyrek­tor usią­dzie. Napi­jem się, a! Wódeczka jest, konia­czek jest, a!

-?Każ­cie mi dać jeść, bo głod­nym jak wilk.

Kel­nerka przy­nio­sła gorą­cych ser­del­ków, bo już nic wię­cej nie było w bufe­cie.

Boro­wiecki zaczął jeść, nie zwa­ża­jąc na towa­rzy­stwo całe, które poroz­dzie­lane na grupy piło i gadało.

Była to sama pra­wie mło­dzież łódzka, typowa mło­dzież z kan­to­rów i skła­dów, z małą domieszką tech­ni­ków fabrycz­nych i spe­cja­li­stów innych zajęć.

Bum-Bum, pomimo że był zupeł­nie pija­nym, cho­dził po sali, w pięść się trza­skał, bino­kle popra­wiał, pił ze wszyst­kimi, a chwi­lami podcho­dził do mło­dego chło­paka, który wci­śnięty w głę­boki fotel, obwią­zany ser­wetką spał, i krzy­czał mu do ucha:

-?Kuzyn, nie śpij!

-?Zeit ist Geld! Czyje conto? -?odpo­wia­dał, nie otwie­ra­jąc oczów, stu­kał auto­ma­tycz­nie kuflem w stół i spał dalej.

-?Kobieta! Daj pan pokój, to kein geszeft być kobietą, to szkoda czasu! -?wołał ze śmie­chem znany powszech­nie w Łodzi Feluś Fisz­bin.

-?Ja jestem czło­wiek, panie, naj­au­ten­tycz­niej­szy czło­wiek! -?krzy­czano przy dru­gim rogu.

-?Pan się nie chwal! Pan jesteś gruba symu­la­cja czło­wieka -?drwił Feluś.

-?Panie Fisz­bin, pan może jesteś Fisz­bin, ale pań­ski inte­res nie jest nawet słoma.

-?Panie Wein­berg, pan jesteś... No już pan wiesz i my wiemy, co pan jesteś, ha, ha, ha.

-?Bum-Bum, zaśpie­waj maju­fes, bo się Żydy kłócą.

-?König, ty jesteś mój przy­ja­ciel, ale ja ze smut­kiem widzę, żeś ty coraz głup­szy. Tobie już w brzuch głowa wla­zła. Ja się o cie­bie bar­dzo boję. Pano­wie, on się tak pasie, że jemu nie­długo wła­sna skóra nie wystar­czy, on się w nią nie zmie­ści, ho, ho.

Śmiech gruch­nął ogólny, ale König nie ode­zwał się, popi­jał piwo i wpa­try­wał się w świa­tła nie­przy­tom­nymi oczami, sie­dział bez sur­duta, z roz­pię­tym koł­nie­rzy­kiem u koszuli.

-?Wróćmy, dok­to­rze, do kobiet -?zaczął Feluś do sąsiada, który z opusz­czoną na piersi brodą sie­dział i wykrę­cał usta­wicz­nie i nie­zmor­do­wa­nie wąsiki blond, i co chwila ner­wo­wym ruchem otrze­py­wał klapy sur­duta, i wpy­chał w rękawy dosyć brudne man­kiety.

-?Dobrze, to jest ważna kwe­stia, choćby z punktu socjalno-psy­cho­lo­gicz­nego.

-?To jest żadna kwe­stia. Znasz pan cho­ciażby jedną porządną kobietę?

-?Panie Felik­sie, pan jesteś pijany, co pan wyga­du­jesz! Ja panu tutaj w Łodzi pokażę setki naj­lep­szych, naj­zac­niej­szych, naj­ro­zum­niej­szych kobiet! -?krzy­czał wyrwany z apa­tii, pod­ska­ku­jąc na krze­śle i z bły­ska­wiczną szyb­ko­ścią otrze­pu­jąc sobie klapy.

-?To pewno pań­skie pacjentki, pan je powi­nie­neś chwa­lić.

-?Z punktu socjalno-psy­cho­lo­gicz­nego bio­rąc, to, co pan mówisz, jest...

-?Z każ­dego boku jest to prawda, jest to cztery razy prawda. Pan mi dowiedź, że jest ina­czej.

-?Mówię prze­cież panu.

-?To jest gada­nie, tylko gada­nie, mnie potrzeba fak­tów! Ja jestem czło­wiek realny, panie Wysocki, ja jestem pozy­ty­wi­sta. Panienko, maszynka kawy, char­trezy!

-?Dobrze, dobrze! Zaraz panu dam fakty: Borow­ska, Amze­lowa, Bibry­chowa, bo co?

-?Ha, ha, ha, wyli­czaj pan wię­cej, to dla mnie śliczny kawa­łek zabawy.

-?Pan się nie śmiej, to są porządne kobiety! -?krzy­czał zape­rzony.

-?Skąd pan to wiesz, mia­łeś je pan w komis? -?rzu­cił cynicz­nie Feluś.

-?Nie wymie­ni­łem jesz­cze naj­pierw­szych, takich jak Zuc­ke­rowa i Wolk­ma­nowa.

-?To się nie liczy. Jedną mąż trzyma w zamknię­ciu, a druga nie ma czasu wyj­rzeć na świat, bo ma na trzy lata czworo dzieci.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. "Punch" (ang. cios) -?tygo­dnik saty­ryczny uka­zu­jący się w Wiel­kiej Bry­ta­nii latach 1841-1992 i 1996-2002; cza­so­pi­smo publi­ko­wało serie rysun­ków saty­rycznych z rymo­wa­nym komen­ta­rzem (pro­to­typ komiksu). Współ­pra­co­wali z nim sławni pisa­rze, m.in. Wil­liam Make­pe­ace Thac­ke­ray, autor Pier­ście­nia i róży, czy Alan Ale­xan­der Milne, twórca Kubu­sia Puchatka. [wróć]

2. Butersz­ni­cik (niem.) -?kromka chleba z masłem, kanapka. [wróć]

3. Blich (a. blech) -?miej­sce, w któ­rym bie­lono tka­niny. [wróć]

4. Kel­ner, bitte, zahlen (niem.) -?dosł. kel­ner, pro­szę, (chcę) pła­cić; kel­ner, rachu­nek pro­szę. [wróć]

5. "Lodzer Zeitung" (niem.) -?"Dzien­nik Łódzki". [wróć]

6. Pach­ciarz (daw.) -?osoba dzier­ża­wiąca coś od kogoś (np. karczmę); w daw. Pol­sce byli to zazwy­czaj Żydzi. [wróć]

7. Reisen­der (niem. Reisende) -?podró­żu­jący, pasa­żer; tu: komi­wo­ja­żer. [wróć]

8. Bares geld (niem.) -?gotówka. [wróć]

9. Nachname (niem.) -?pobra­nie (pocz­towe). [wróć]

10. Witz (niem.) -?żart, dow­cip. [wróć]

11. Bursz (niem. Bur­sche) -?chło­pak, ter­mi­na­tor w jakimś zawo­dzie. [wróć]

12. Rotunda -?obszerny płaszcz dam­ski, skro­jony w kształt koła. [wróć]