Ziemia obiecana - Barack Obama

Kup ebooka

49.99 zł

-
Proszę czekać
 
 

Dla Michelle - mojej miłości i towarzyszki życia - oraz Malii i Sashy, których olśniewający blask rozjaśnia każdy mrok

 
 
 

O, leć niestrudzenie,

Leć niestrudzenie,

Leć niestrudzenie,

W Ziemi Obiecanej trwa wielkie spotkanie.

 

Z afroamerykańskiej pieśni religijnej

 
 
 

Nie lekceważ naszych mocy;

Sięgnęliśmy

Po nieskończoność.

 

Robert Frost, Kitty Hawk

 
 
PRZEDMOWA

ZACZĄŁEM PISAĆ TĘ KSIĄŻKĘ KRÓTKO PO ZAKOŃCZENIU PREZYDENTURY, gdy wraz z Michelle po raz ostatni wsiedliśmy na pokład samolotu Air Force One i odlecieliśmy ku zachodowi słońca na długo odkładany urlop. W kabinie panował słodko-gorzki nastrój. Oboje byliśmy fizycznie i emocjonalnie wyczerpani - nie tylko trudami ośmiu minionych lat, lecz także nieoczekiwanym rezultatem wyborów, w wyniku których moim następcą został człowiek reprezentujący wartości diametralnie różne od wszystkiego, w co wierzyłem. Mimo wszystko po dotarciu do mety naszej części wyścigu czerpaliśmy otuchę z tego, że daliśmy z siebie wszystko - i chociaż nie byłem idealnym prezydentem i nie wszystkie przedsięwzięcia udało mi się zrealizować, pozostawiałem kraj w lepszej formie, niż go zastałem. Przez miesiąc Michelle i ja spaliśmy do późna, jedliśmy leniwe obiady, chodziliśmy na długie spacery, pływaliśmy w oceanie, wspominaliśmy, odbudowywaliśmy naszą przyjaźń, ponownie odkrywaliśmy miłość i szykowaliśmy się do drugiego, mniej burzliwego aktu z nadzieją, że będzie równie satysfakcjonujący. A kiedy byłem gotów wrócić do pracy i z piórem w ręku usiąść przed notesem (wciąż lubię pisać odręcznie, bo komputer moim nawet najbardziej wstępnym szkicom nadaje pozór wykończenia, a z niewydarzonych myśli robi atrapę schludnych zdań), miałem już w głowie jasny zarys książki.

Moim najważniejszym zamiarem było uczciwe przedstawienie czasu swojego urzędowania - nie tylko udokumentowanie najważniejszych wydarzeń, do których doszło za moich kadencji, czy opisanie istotnych postaci, z którymi się zetknąłem, lecz także zrelacjonowanie politycznych, gospodarczych i kulturowych tendencji kształtujących wyzwania, przed jakimi stanął mój rząd, oraz wyborów, których dokonywałem wraz ze swoim sztabem. Chciałem, żeby czytelnik na tyle, na ile to możliwe, mógł faktycznie poczuć, jak to jest być prezydentem Stanów Zjednoczonych. Zależało mi na uchyleniu drzwi i pokazaniu czytelnikom, że prezydentura, mimo towarzyszącej jej władzy i celebry, to w gruncie rzeczy wciąż po prostu praca, że w rządzie federalnym zasiadają normalni ludzie, a mężczyźni i kobiety wykonujący swoje obowiązki w Białym Domu codziennie doświadczają takich samych momentów satysfakcji, rozczarowań, zawodowych utarczek, porażek i drobnych sukcesów jak wszyscy inni. I wreszcie chciałem też opowiedzieć osobistą historię, która mogłaby zainspirować młodych do służby publicznej, bo moja kariera polityczna na dobre rozpoczęła się od poszukiwań własnego miejsca w świecie i rozplątywania pogmatwanej rodzinnej historii, jaką otrzymałem w spadku od ojca. Dopiero gdy włączyłem się w sprawę większą od siebie, zdołałem ostatecznie odnaleźć swoją wspólnotę i cel życia.

Zakładałem, że wystarczy mi jakieś pięćset stron i rok pracy.

Dziś mogę śmiało powiedzieć, że moje pisarskie przedsięwzięcie nie poszło dokładnie tak, jak planowałem. Mimo pierwotnych założeń książka puchła i obejmowała coraz większy zakres spraw. To dlatego ostatecznie postanowiłem podzielić ją na dwa tomy. Jestem boleśnie świadomy tego, że bardziej utalentowany pisarz potrafiłby pewnie opowiedzieć tę samą historię zwięźlej (moje biuro w Białym Domu znajdowało się wszakże zaraz obok Sypialni Lincolna, gdzie w szklanej gablocie leży sygnowana kopia Przemowy gettysburskiej liczącej 272 słowa). Jednak ilekroć przystępowałem do pisania - czy to relacjonując pierwsze etapy kampanii, czy antykryzysowe działania mojej administracji, negocjacje z Rosjanami na temat kontroli zbrojeń atomowych albo czynniki prowadzące do arabskiej wiosny - po prostu nie potrafiłem się zmusić do zastosowania liniowej narracji. Przeważnie czułem, że podejmowane przeze mnie i innych ludzi decyzje powinienem opisać w pewnym kontekście, którego nie chciałem umieszczać w przypisach dolnych czy końcowych (nie znoszę przypisów)[1]. Nie zawsze byłem w stanie wyjaśnić powody własnego postępowania, po prostu przytaczając dane ekonomiczne czy opisując jakąś wyczerpującą odprawę w Gabinecie Owalnym, ponieważ czasem wpływała na nie rozmowa z nieznajomą osobą na szlaku kampanii, wizyta w szpitalu wojskowym albo nauka otrzymana w dzieciństwie od matki. W moich wspomnieniach wciąż pojawiały się też pozornie nieistotne szczegóły (wymykanie się w jakieś ustronne miejsce na wieczornego papierosa czy odprężająca gra w karty ze sztabowcami na pokładzie Air Force One), które pokazywały moje realne przeżycia z ośmiu spędzonych na stanowisku lat w sposób, w jaki żadna publiczna relacja nigdy by ich nie oddała.

Zmagałem się jednak nie tylko ze słowami na stronie. Nigdy nie przewidziałbym wydarzeń, które rozegrają się w ciągu trzech i pół roku od naszej ostatniej podróży najważniejszym rządowym samolotem. Dziś, gdy to piszę, kraj tkwi w szponach globalnej pandemii i towarzyszącego jej kryzysu gospodarczego: zmarło ponad 178 tysięcy Amerykanów, pozamykano wiele firm, miliony ludzi straciły pracę. W całym kraju przedstawiciele najróżniejszych warstw społecznych wylegli na ulice wzburzeni śmiercią wielu bezbronnych czarnych mężczyzn i kobiet zabitych przez policję. Najbardziej zaś chyba niepokojące jest to, że cała nasza demokracja wydaje się stać na krawędzi kryzysu spowodowanego rywalizacją dwóch fundamentalnych, przeciwstawnych wizji Ameryki i tego, czym być powinna. Kryzysu, w którym podzielone społeczeństwo przepełnia gniew oraz podejrzliwość i w którym dochodzi do erozji norm instytucjonalnych, systemowych zabezpieczeń, a nawet zgody co do podstawowych faktów, choć dawniej zarówno Republikanie, jak i Demokraci uważali te rzeczy za oczywiste.

Podobne spory nie są, rzecz jasna, niczym nowym. Pod wieloma względami zawsze definiowały życie Amerykanów. Są wpisane w te same dokumenty założycielskie, które głoszą równość wszystkich ludzi, a zarazem niewolnika uznają za trzy piąte człowieka. Znajdują wyraz w naszych najwcześniejszych uzasadnieniach sądowych, jak wtedy, gdy naczelny sędzia Sądu Najwyższego bezpardonowo wyjaśnił Rdzennym Amerykanom, że ich plemiona nie mogą posiadać ziemi, bo organ narodu, który ich podbił, nie będzie rozpatrywał słusznych roszczeń podbitego ludu. Spór ten uwidocznił się na polach bitewnych Gettysburga i Appomattox, lecz także w salach Kongresu, na moście w Selmie, w kalifornijskich winnicach i na ulicach Nowego Jorku. Angażował wojska, ale częściej związkowców, sufrażystki, bagażowych Pullmana, działaczy studenckich, fale imigrantów i aktywistów LGBTQ uzbrojonych jedynie w transparenty, ulotki albo dobre buty do maszerowania. U sedna tej przewlekłej walki leży proste pytanie: czy zależy nam, by rzeczywistość Ameryki dorastała do jej ideałów? A jeśli tak, czy faktycznie wierzymy, że wartości takie jak: samorządność i wolność indywidualna, równość szans i jednakowe prawa, należą się każdemu? Czy raczej wolelibyśmy, żeby - de facto, jeśli nie de iure - zarezerwowane były dla garstki uprzywilejowanych?

Wiem - są tacy, którzy chcieliby wreszcie zrezygnować z mitów, twierdząc, że nawet pobieżne spojrzenie zarówno na historię Ameryki, jak i nagłówki w dzisiejszej prasie dowodzi, iż ideały naszego narodu zawsze przesuwały się na dalszy plan, gdy do głosu dochodziło pragnienie podboju i niewolenia, utrwalanie systemu rasowych kast i żarłoczny kapitalizm, a udawać, że jest inaczej, to brać udział w od początku ustawionej grze. Muszę wyznać, że gdy podczas pisania książki rozmyślałem o własnej prezydenturze i wszystkim, co nastąpiło po niej, zadawałem sobie czasem pytanie, czy tej prawdy, jak ją widzę, nie głosiłem nazbyt ostrożnie lub czy nie postępowałem i nie wypowiadałem się zbyt powściągliwie, przekonany, że jeśli będę się odwoływał do tego - jak powiedział Lincoln - co w nas anielskie, zyskam większą szansę poprowadzenia Ameryki tam, dokąd nam obiecywano.

Nie potrafię sobie odpowiedzieć na to pytanie. Wiem jednak, że wciąż nie jestem gotowy odrzucić wizji Ameryki jako kraju perspektyw - i to nie tylko dlatego, że leży mi na sercu dobro przyszłych pokoleń Amerykanów, lecz także całej ludzkości. Wierzę, że obecna pandemia to zarówno objaw nieustannego marszu w stronę połączonego świata, jak i przeszkoda na jego drodze. Marszu, podczas którego ludy i kultury będą się siłą rzeczy ze sobą zderzać. W takim świecie, świecie spod znaku globalnych sieci dostaw, natychmiastowych przepływów kapitału, mediów społecznościowych, ponadnarodowych siatek terrorystycznych, zmiany klimatu, masowych migracji i wzrastającej złożoności, musimy nauczyć się ze sobą żyć i współpracować w atmosferze wzajemnego szacunku, inaczej zginiemy. Świat przygląda się Ameryce - jedynemu mocarstwu w dziejach zamieszkanemu przez ludzi pochodzących z każdego zakątka planety i należących do wszystkich ras, wyznań i kultur - by się przekonać, czy nasz demokratyczny eksperyment się powiedzie. Czy zdołamy dokonać tego, co nie udało się żadnemu innemu narodowi. Czy naprawdę będziemy potrafili dorosnąć do własnych ideałów.

Nadal tego nie wiemy. Gdy ukaże się ten pierwszy tom moich wspomnień, znać już będziemy wynik wyborów prezydenckich w Stanach, i choć uważam, że stawka nie mogłaby być wyższa, wiem, że żadne pojedyncze głosowanie nie rozstrzygnie trwającego sporu. Jeśli nie tracę nadziei, to dlatego, że wierzę we współobywateli - zwłaszcza tych z młodszego pokolenia, dla których przekonanie o równej wartości wszystkich ludzi jest czymś oczywistym i którzy wcielają w życie zasady, jakie rodzice i nauczyciele co prawda im wpajali, lecz chyba sami nigdy do końca w nie nie wierzyli. Tę książkę kieruję przede wszystkim do nich - jest zaproszeniem, by ponownie przemodelowali świat i za pomocą ciężkiej pracy, determinacji oraz wielkiej dozy wyobraźni urządzili Amerykę w zgodzie z tym, co w nas najlepsze.

 

Sierpień 2020

CZĘŚĆ PIERWSZA
ZAKŁAD
 
 
ROZDZIAŁ 1.

SPOŚRÓD WSZYSTKICH POKOJÓW, sal i sławnych zakątków Białego Domu najbardziej upodobałem sobie Zachodnią Kolumnadę.

Przez osiem lat minuta spaceru tym przewiewnym korytarzem zaczynała i kończyła mój dzień. To tam każdego ranka czułem pierwsze smagnięcie zimy lub falę letniego upału. Tam zbierałem myśli, porządkując w głowie argumenty, których zamierzałem użyć podczas czekających mnie spotkań ze sceptycznymi członkami Kongresu lub zirytowanymi wyborcami, i przygotowywałem się do podjęcia tej czy innej decyzji bądź zmagań z jakimś uporczywym kryzysem.

Krótko po wzniesieniu Białego Domu gabinety administracji i rezydencja mieszkalna pierwszej rodziny znajdowały się pod jednym dachem, a Zachodnia Kolumnada była tylko przejściem prowadzącym do stajni. Lecz Teddy Roosevelt po dojściu do władzy uznał, że próbując pomieścić w jednym budynku nowocześnie zorganizowany sztab oraz sześcioro rozbrykanych dzieci, zwyczajnie zwariuje, zlecił więc budowę Zachodniego Skrzydła i Gabinetu Owalnego. Z biegiem dekad i kadencji kolejnych prezydentów kolumnada nabrała obecnego kształtu - zamyka od północy i zachodu Ogród Różany, a jej północna ściana jest pozbawiona wszelkich dekoracji czy drzwi, jeśli nie liczyć półkolistych okien. Majestatyczne białe kolumny od zachodniej strony przypominają straż honorową, która czuwa nad bezpieczeństwem przechodnia.

Kiedy chodzę, nie lubię się spieszyć - spaceruję "hawajskim krokiem", jak powiada Michelle z odrobiną zniecierpliwienia w głosie. Lecz kolumnadą przechodziłem inaczej, świadom historii, która się tam wykuwała, i milczącej obecności moich poprzedników. Przyspieszałem chodu, nabierałem wigoru, a dźwiękowi moich obcasów towarzyszyło echo kroków agentów Secret Service podążających parę metrów za mną. Gdy docierałem do pochylni na zachodnim końcu kolumnady (pamiątka po Franklinie Delano Roosevelcie - wyobrażam sobie, jak uśmiecha się z wysuniętym podbródkiem i przygryza lufkę z papierosem, napierając na koła wózka inwalidzkiego), dawałem znak umundurowanemu strażnikowi stojącemu zaraz za przeszklonymi drzwiami. Czasami strażnik musiał zatrzymać zaskoczoną grupkę zwiedzających. Jeśli miałem czas, witałem się z nimi i pytałem, skąd przyjechali. Przeważnie jednak skręcałem w lewo, przechodziłem wzdłuż zewnętrznej ściany Sali Gabinetowej i wchodziłem bocznymi drzwiami do Gabinetu Owalnego, gdzie witałem swoich sztabowców, sięgałem po dokumenty z harmonogramem dnia, brałem kubek z gorącą herbatą, po czym rozpoczynałem pracę.

Kilka razy w tygodniu wychodziłem poza obręb kolumnady i w Ogrodzie Różanym przyglądałem się pracy ogrodników ze Służby Parków Narodowych. Byli to głównie starsi mężczyźni w oliwkowych kombinezonach, którzy w słoneczne dni chodzili w miękkich kapeluszach, a kiedy było zimno, wkładali puchate kurtki. Jeśli nigdzie się nie spieszyłem, przystawałem, by pochwalić nowe nasadzenia albo dowiedzieć się, jakie szkody wyrządziła nocna burza, a oni, z milczącą, czerpaną z pracy dumą, odpowiadali mi na pytania. Byli to cisi ludzie - nie gadali nawet ze sobą nawzajem, porozumiewali się raczej gestem czy skinieniem głowy. Każdy z nich skupiał się na własnych zadaniach, a mimo to cały zespół poruszał się harmonijnie i z wdziękiem. Do najstarszych ogrodników należał Ed Thomas, wysoki, żylasty czarny mężczyzna o zapadłych policzkach, który pracował w Białym Domu od czterdziestu lat. Gdy się poznaliśmy, sięgnął do tylnej kieszeni po chustkę, by otrzeć dłoń, zanim mi ją podał. Wzór żył i ścięgien na jego ręce, w której zginęła moja, przypominał korzenie drzewa. Zapytałem, jak długo zamierza jeszcze tu pracować przed przejściem na emeryturę.

- Nie wiem, panie prezydencie - odparł. - Lubię pracę. Stawy trochę już mi doskwierają. Ale chyba chciałbym tu zostać, dopóki pan będzie. Dopilnować, żeby ogród dobrze wyglądał.

A wyglądał wspaniale! Z każdego rogu wykwitały cieniodajne magnolie, żywopłoty były gęste i soczyście zielone, ozdobne jabłonie przycięto tylko tyle, ile trzeba. Kwiaty sprowadzane z oddalonych o kilka kilometrów szklarni buchały kolorami - czerwienią i żółcią, odcieniami różu i fioletu. Wiosną całe kłęby tulipanów przechylały głowy ku słońcu. Latem ogród zdobiły lawendowe heliotropy, gerania i lilie, jesienią - chryzantemy, stokrotki i kwiaty polne. Zawsze hodowano też trochę róż - w większości czerwonych, lecz czasem żółtych i białych, a każda była w pełni rozkwitu.

Ilekroć przemierzałem kolumnadę lub wyglądałem przez okno Gabinetu Owalnego, podziwiałem dzieło rąk pracujących w ogrodzie ludzi. Przypominał mi się wtedy mały obraz Normana Rockwella, który zawiesiłem na ścianie obok portretu Jerzego Waszyngtona, nad popiersiem doktora Martina Luthera Kinga. Przedstawia pięć niewielkich ludzkich postaci w drelichach, o różnym odcieniu skóry, które zwieszając się na linach na tle klarownego błękitnego nieba, czyszczą pochodnię Statuy Wolności. Pomyślałem, że tak ludzie na obrazie, jak i ogrodnicy w ogrodzie to stróże i milczący kapłani dobrego, należytego porządku spraw. Powtarzałem sobie, że muszę pracować równie wytrwale i z równą troską jak oni.

Z czasem moje spacery kolumnadą zaczęły obrastać we wspomnienia. Przypominałem sobie wielkie publiczne wydarzenia - rządowe komunikaty wygłaszane przed falangą aparatów fotograficznych, konferencje prasowe z udziałem zagranicznych przywódców. Lecz były też chwile bardziej intymne - Malia i Sasha ścigające się, by mnie powitać, gdy niespodziewanie przychodziłem na chwilę do domu po południu, nasze psy - Bo i Sunny - skaczące w śniegu tak głębokim, że osiadał im na pyskach jak siwa broda. Rzucanie sobie piłki w jasny jesienny dzień lub pocieszanie asystenta, który przechodził trudny okres w życiu.

Takie obrazy pojawiały mi się czasem w głowie, przerywając tok bieżących rozmyślań. Przypominały mi o upływie czasu i niekiedy napełniały melancholią - pragnąłem wtedy cofnąć wskazówki zegara i zacząć od nowa. Podczas porannego spaceru było to niemożliwe. Strzałka czasu kierowała się wyłącznie naprzód, wzywały sprawy dnia, liczyło się tylko to, co przede mną.

Wieczorami nastrój się zmieniał. W drodze powrotnej do rezydencji z teczką wypchaną dokumentami zwalniałem kroku, a czasem nawet przystawałem. Wdychałem powietrze pachnące ziemią, trawą i pyłkami roślin, nasłuchiwałem wiatru lub szumu deszczu. Patrzyłem na wieczorną poświatę za szpalerem kolumn i majestatyczny, rozświetlony gmach zwieńczonego flagą Białego Domu. Czasem kierowałem wzrok na wbijający się w ciemne niebo pomnik Waszyngtona w oddali. Niekiedy dostrzegałem nad nim księżyc i gwiazdy lub iskierkę przelatującego odrzutowca.

W takich chwilach zastanawiałem się nad przebytą drogą oraz ideą, która mnie tutaj przywiodła.

 

W MOJEJ RODZINIE NIE BYŁO POLITYCZNYCH TRADYCJI. Dziadkowie ze strony matki pochodzili ze Środkowego Zachodu i mieli w większości szkocko-irlandzkie korzenie. Można by ich uznać za liberałów, zwłaszcza według norm panujących w miasteczkach stanu Kansas doby Wielkiego Kryzysu, gdzie się urodzili. Pilnie śledzili wiadomości. "Tak trzeba, żeby być dobrze poinformowanym obywatelem", powiadała babka Toot (skrót od tutu, czyli "babcia" w hawajskim dialekcie), spoglądając na mnie znad porannego wydania "Honolulu Advertiser". Ani ona, ani mój dziadek nie mieli żadnych wyraźnych przekonań ideologicznych czy politycznych poza, by tak rzec, zdroworozsądkowymi. Koncentrowali się na pracy, aby mieć na opłacenie rachunków - babka była zastępczynią kierownika działu rachunków powierniczych miejscowego banku, a dziadek sprzedawcą ubezpieczeń na życie - i korzystali z drobnych przyjemności.

Mieszkali zresztą na wyspie Oahu, gdzie nic nie wydawało się zbyt pilne. Po latach spędzonych w miejscach tak różnych, jak Oklahoma, Teksas i Waszyngton, przeprowadzili się na Hawaje w 1960 roku, czyli rok po przyłączeniu tego terytorium do Stanów Zjednoczonych. Od zamieszek, protestów i innych niepokojów oddzielał ich teraz szmat oceanu. Przypominam sobie tylko jedną polityczną rozmowę z dziadkami w okresie mojego dorastania - dotyczyła baru na plaży. Burmistrz Honolulu wyburzył ulubioną spelunę dziadka, by przeprowadzić renowację końcowego odcinka plaży Waikiki.

Dziadek nigdy mu tego nie wybaczył.

Moja matka, Ann Dunham, jedyne dziecko moich dziadków, była całkiem inna - miała wyraźne przekonania na każdy temat. W liceum buntowała się przeciw utartym zwyczajom - czytała poezję bitników i teksty francuskich egzystencjalistów albo robiła kilkudniowe wypady ze znajomymi do San Francisco, nikomu o tym nie mówiąc. Jako dziecko dowiadywałem się od niej o marszach w obronie praw obywatelskich i dlaczego wojna z Wietnamem była obłąkańczą katastrofą. O ruchu kobiecym ("tak" dla równości płac, mniej entuzjazmu wobec niegolenia nóg) i wojnie z biedą. Gdy miałem sześć lat, przeprowadziliśmy się do Indonezji, by zamieszkać z moim ojczymem. Tam wyjaśniła mi, że korupcja jest zła ("to zwykła kradzież, Barry"), choć ewidentnie każdy się jej dopuszczał. Latem dwunastego roku mojego życia pojechaliśmy na miesięczne rodzinne wakacje - objazd po Stanach - i każdego wieczora kazała nam oglądać przesłuchania w sprawie afery Watergate, i na bieżąco komentowała wydarzenia ("a czego innego można się spodziewać po makkartyście?").

Ale nie interesowały jej wyłącznie nowiny ze świata. Pewnego dnia, gdy dowiedziała się, że z grupą innych uczniów dręczyliśmy pewnego chłopaka w szkole, siadła naprzeciw mnie rozczarowana, z zaciśniętymi ustami.

- Posłuchaj, Barry - zaczęła (takim zdrobnieniem zwracali się do mnie dziadkowie, gdy dorastałem. Często skracali je do "Bar"). - Są na tym świecie tacy, którzy myślą tylko o sobie. Nie obchodzi ich los innych ludzi, póki dostają, czego chcą. Poniżają innych, żeby poczuć się ważni. Są też tacy, którzy zachowują się odwrotnie - potrafią sobie wyobrazić, jak ktoś się czuje, i starają się go nie zranić. Powiedz mi - spytała, patrząc mi prosto w oczy - którą z tych osób chcesz być?

Poczułem się paskudnie. Jej pytanie, zgodnie zresztą z tym, co sobie zamierzyła, dźwięczało mi w głowie jeszcze przez długi czas.

Świat w oczach mojej matki pełen był okazji do nauki moralnej. Nie pamiętam jednak, by zaangażowała się w jakąś kampanię polityczną. Podobnie jak moi dziadkowie wszelkie polityczne platformy, doktryny i dogmaty traktowała nieufnie. Swoje wartości wyrażała na mniejszą skalę.

- Świat to skomplikowane miejsce, Bar. Dlatego jest taki interesujący.

Choć oburzała ją wojna w Azji Południowo-Wschodniej, spędziła tam większość życia - przyswajała język i kulturę, tworząc programy mikropożyczek dla ludzi pogrążonych w ubóstwie na długo przedtem, nim mikrokredyty stały się modnym trendem w działaniach międzynarodowych organizacji rozwojowych. Zbulwersowana rasizmem wyszła za mężczyznę innej rasy niż jej własna, i to nie raz, ale dwukrotnie, po czym otoczyła dwoje swoich brązowych dzieci niewyczerpaną miłością. Wbrew społecznym ograniczeniom narzucanym kobietom rozwiodła się z oboma mężczyznami, kiedy okazali się nadmiernym obciążeniem lub ją rozczarowali. Podążała własną ścieżką kariery, wychowując dzieci według osobistych przekonań etycznych, i ogólnie robiła wszystko, co tylko jej się podobało.

W świecie mojej matki to, co prywatne, naprawdę miało wymiar polityczny, choć sama nie widziałaby sensu w używaniu takiego sloganu.

Z synem także wiązała pewne ambicje. Mimo problemów finansowych, przy wsparciu dziadków, wysłała mnie do Punahou, jednej z najlepszych szkół na Hawajach. Choćby przez moment nie pomyślała, że mógłbym nie pójść do koledżu. Jednak nikt w mojej rodzinie nawet nie sugerował, że powinienem piastować publiczny urząd. Moja matka, gdyby ją spytać, wyobrażałaby sobie raczej, że będę kierował organizacją pomocową, taką jak Fundacja Forda. Dziadkowie widzieliby mnie w roli sędziego albo błyskotliwego prawnika pokroju Perry'ego Masona.

- Skoro jest taki wygadany, niech mu się to na coś przyda - powiadał dziadek.

Mój ojciec, którego nie znałem, właściwie nie wyrażał zdania na ten temat. Wiedziałem o nim tyle, że przez pewien czas pracował dla rządu kenijskiego, a kiedy miałem dziesięć lat, przyjechał z Kenii i przez miesiąc mieszkał z nami w Honolulu. Wtedy widziałem go po raz pierwszy i ostatni. Późniejsze wiadomości dostawałem od niego już tylko za pośrednictwem rzadkich listów pisanych na cienkich niebieskich kartkach poczty lotniczej, tak wydrukowanych, że można je było poskładać, zaadresować i wysłać bez wkładania do koperty. "Twoja matka mówi, że myślisz o studiach architektonicznych - przeczytałem w jednym z nich. - Sądzę, że to bardzo praktyczny zawód, który można uprawiać w dowolnym miejscu świata".

Niezbyt konkretna porada.

Świat, poza gronem mojej rodziny, w moich szczenięcych latach nie widział we mnie zadatków na lidera, ale raczej niefrasobliwego ucznia, zapalonego, choć średniego koszykarza i nieustannego imprezowicza. Nie zasiadałem w samorządzie uczniowskim. Nie zostałem Orłem Skautingu[2] ani nie odbyłem stażu w biurze lokalnego kongresmena. W liceum z przyjaciółmi nie rozmawialiśmy zbyt wiele o czymkolwiek poza sportem, dziewczynami i muzyką, szukając okazji, żeby się nawalić.

Trzej z tych przyjaciół - Bobby Titcomb, Greg Orme i Mike Ramos - wciąż pozostają mi bliscy. Do dziś potrafimy godzinami śmiać się z historii z czasów naszej marnotrawionej młodości. W późniejszych latach wszyscy trzej zaangażowali się w moje kampanie z lojalnością, za którą zawsze będę im wdzięczny, i nauczyli się bronić moich dokonań równie sprawnie jak dziennikarze MSNBC.

Podczas mojej prezydentury zdarzały się takie momenty, kiedy przyjaciele na widok wielkiego tłumu, do którego przemawiałem, albo oddziału młodych marines salutujących mi wyszkolonym gestem w trakcie przeglądu bazy z niedowierzaniem próbowali połączyć obraz siwiejącego mężczyzny w garniturze i pod krawatem z beztroskim dzieciakiem, jakiego niegdyś znali.

Ale że akurat on? - zastanawiali się pewnie. Cholera jasna, jak do tego doszło?

I choć nigdy otwarcie nie zadali mi tego pytania, chyba sam nie potrafiłbym na nie przekonująco odpowiedzieć.

 

W LICEUM ZACZĄŁEM SIĘ ZASTANAWIAĆ NAD nieobecnością ojca i wyborami matki, i nad tym, jak to się stało, że zamieszkałem w miejscu, gdzie tak niewielu ludzi wygląda podobnie do mnie. Często też zadawałem sobie pytania o rasę: dlaczego czarni grają zawodowo w koszykówkę, ale nie są trenerami? Co miała na myśli dziewczyna z klasy, gdy powiedziała, że nie uważa mnie za czarnego? Czemu w filmach o Brudnym Harrym wszyscy czarni to szaleńcy ze sprężynowcami, poza jednym - oczywiście pomocnikiem głównego bohatera - który zawsze ostatecznie ginie?

Nie przejmowałem się jednak tylko problemami rasowymi. Dorastając w Indonezji, widziałem rozziew między sposobem życia bogatych elit i ubogich mas. Rodziła się też we mnie świadomość plemiennych napięć w kraju ojca. Życie moich dziadków, mimo że osiedli w rajskiej enklawie, pełne było ograniczeń, których codziennie byłem świadkiem. Moja matka za swobodę intelektualną płaciła nieustannymi kłopotami finansowymi, a czasem chaosem w życiu osobistym. Przywykłem do niezbyt subtelnie przejawiającej się hierarchii wśród uczniów mojego gimnazjum. No i musiałem zmierzyć się z niepokojącym faktem, że wbrew twierdzeniom matki dręczyciele, oszuści i egoiści mieli się całkiem nieźle, natomiast ludzie uważani za dobrych i przyzwoitych bardzo często dostawali po tyłku.

Wszystkie te refleksje budziły we mnie sprzeczne uczucia. Moje korzenie sięgały wszędzie i nigdzie zarazem - byłem jak zestaw nieprzystających części, jakaś ośmiornica lub fantastyczne zwierzę skazane na zamieszkiwanie w prowizorycznym środowisku, niepewne, gdzie ma prawdziwy dom. Podejrzewałem - choć nie umiałem tego uzasadnić - że jeżeli nie nadam swojemu życiu wyraźnego kierunku, w pewnym sensie pozostanę samotny.

Nie rozmawiałem o tych sprawach z nikim, a już na pewno nie z rodziną ani przyjaciółmi. Nie chciałem ich zranić ani wyjść na większego odszczepieńca niż dotąd.

Odnalazłem azyl w książkach. Matka we wczesnym dzieciństwie zaszczepiła we mnie nawyk czytania - polecała mi lekturę, ilekroć skarżyłem się na nudę lub gdy nie było jej stać na posłanie mnie do międzynarodowej szkoły w Indonezji, albo kiedy musiałem towarzyszyć jej w biurze, bo nie udało się załatwić opiekunki.

Poczytaj jakąś książkę, mówiła. A potem przyjdź i powiedz, czego się dowiedziałeś.

Gdy moja matka pracowała w Indonezji i wychowywała moją młodszą siostrę Mayę, przez parę lat mieszkałem z dziadkami na Hawajach. Bez jej dozoru nie uczyłem się już tak pilnie jak wcześniej, co wkrótce odbiło się na moich ocenach. Lecz mniej więcej w dziesiątej klasie to się zmieniło. Wciąż pamiętam, jak poszedłem z dziadkami na pchli targ przy kościele Central Union naprzeciw naszego mieszkania i stanąłem naprzeciw kosza pełnego książek w twardych okładkach. Zacząłem w nim gmerać i wyjmować tytuły, które mi się spodobały albo brzmiały znajomo - książki Ralpha Ellisona i Langstona Hughesa, Roberta Penna Warrena i Dostojewskiego, D.H. Lawrence'a i Ralpha Waldo Emersona. Dziadek, który oglądał zestaw używanych kijów do golfa, popatrzył na mnie zaskoczony, gdy podszedłem z pudełkiem pełnym książek.

- Otwierasz bibliotekę?

Babcia szybko go uciszyła, bo uznała mój nagły zapał czytelniczy za godny podziwu. Zaproponowała jednak - zawsze pragmatyczna - bym przed zagłębieniem się w Zbrodnię i karę odrobił zadania domowe.

W końcu przeczytałem wszystkie te tomy - czasem czytałem nocą po powrocie z treningu koszykówki i wypiciu sześciopaka z kolegami, czasem sobotnim wieczorem po kąpieli w oceanie, siedząc w starym fordzie granada dziadka z ręcznikiem na biodrach, żeby nie pomoczyć tapicerki. Gdy skończyłem pierwsze pudełko, ruszyłem na pchle targi i wyprzedaże po więcej. Nie zawsze w pełni rozumiałem, co czytam. Zakreślałem nieznane wyrazy i sprawdzałem je w słowniku, choć zwykle nie przejmowałem się ich właściwą wymową. W końcu jeszcze przed trzydziestką znałem znaczenie wielu słów, których nie potrafiłem prawidłowo wypowiedzieć. Nie pracowałem systematycznie czy według jakiejś określonej metody. Byłem jak majsterkowicz w garażu rodziców, który gromadzi stare kineskopy, śrubki i kable, nie wiedząc, co z nimi zrobić, ale przekonany, że kiedyś, gdy już pozna swoje powołanie, okażą się przydatne.

 

MOJE ZAMIŁOWANIE DO KSIĄŻEK tłumaczy zapewne to, dlaczego nie tylko udało mi się przetrwać liceum, ale nawet dostać do Occidental College w 1979 roku z niezbyt ugruntowaną, ale dostateczną znajomością zagadnień politycznych oraz bagażem niedowarzonych opinii, które wygłaszałem podczas nocnych sesji dyskusyjnych ze znajomymi w akademiku.

Ogarnia mnie dziś zażenowanie, gdy sobie uświadamiam, jak bardzo moje intelektualne poszukiwania podczas dwóch pierwszych lat koledżu zbiegały się z zainteresowaniami dziewczyn, do których pragnąłem się zbliżyć. Czytałem Marksa i Marcusego, by mieć o czym rozmawiać z pewną długonogą socjalistką z mojego akademika; Fanona i Gwendolyn Brooks z uwagi na dziewczynę z ostatniego roku socjologii, która nawet nie raczyła obdarzyć mnie spojrzeniem; Foucaulta i Woolf z myślą o eterycznej biseksualnej pannie, która prawie zawsze nosiła się na czarno. Mój pseudointelektualizm okazał się bezwartościową strategią podrywu - nawiązałem dzięki niemu wiele głębokich, lecz zupełnie platonicznych przyjaźni.

Jednak te wahliwe poszukiwania przyniosły pewien efekt - w mojej głowie zaczęło się rodzić coś na kształt światopoglądu. Pomogło mi kilkoro wykładowców skłonnych tolerować mój przypadkowy sposób uczenia się i młodocianą pretensjonalność. W jeszcze większym stopniu pomogli mi starsi studenci - czarna młodzież z centrum miasta, białe dzieciaki z małych mieścin, które jakimś sposobem zdołały dostać się do koledżu, potomkowie latynoskich imigrantów, studenci z Pakistanu, Indii czy afrykańskich krajów na krawędzi anarchii. Wiedzieli, co jest dla nich ważne. Gdy zabierali głos w sali, wyrażali poglądy zakorzenione w opiniach prawdziwych społeczności i związane z konkretnymi problemami. Oto, co te cięcia budżetowe oznaczają dla mojej dzielnicy. Opowiem wam o mojej szkole, zanim zaczniecie narzekać na akcję afirmatywną[3]. Pierwsza poprawka jest super[4], ale dlaczego amerykański rząd milczy na temat więźniów politycznych w moim kraju?

Dwa lata w Occidental College były okresem mojego przebudzenia politycznego. Nie znaczy to jednak, że uwierzyłem w politykę. Polityków, z nielicznymi wyjątkami, postrzegałem jako ludzi podejrzanych: wystylizowane fryzury, wilcze uśmieszki, frazesy i autopromocja w telewizji, a za kulisami - układy z kapitałem i przysługi w zamian za apanaże. Uznałem, że to aktorzy w z góry napisanym spektaklu, i nie chciałem mieć z nimi nic wspólnego.

Zamiast kampanii politycznych moją uwagę przyciągnęła natomiast szersza i mniej konwencjonalna sfera działań - ruchy społeczne, w ramach których zwykli ludzie łączyli siły, by coś zmienić. Zostałem uczniem sufrażystek i pierwszych działaczy robotniczych, Gandhiego, Lecha Wałęsy i Afrykańskiego Kongresu Narodowego. Przede wszystkim inspirowali mnie jednak młodzi liderzy ruchu praw obywatelskich - nie tylko doktor King, lecz także John Lewis i Bob Moses, Fannie Lou Hamer i Diane Nash. Ich heroiczne działania - chodzenie od drzwi do drzwi, by rejestrować wyborców[5], siadanie w restauracjach prowadzących politykę segregacji, maszerowanie do rytmu wolnościowych pieśni - wcielały w życie wartości przekazywane mi przez matkę i pokazywały, jak rosnąć w siłę, nie depcząc ludzi, ale ich wzmacniając. Oto prawdziwa demokracja w działaniu. Demokracja rozumiana nie jako podarunek od siły wyższej czy sposób dzielenia łupów między grupy interesów, lecz taka, na którą się pracuje - na którą pracują wszyscy. W rezultacie dochodzi nie tylko do polepszenia materialnych warunków życia ludzi i wspólnot, lecz także wzmocnienia ich poczucia godności oraz zadzierzgnięcia więzi między tymi, którzy dotąd wydawali się podzieleni.

Uznałem, że to idealna praca dla mnie. Musiałem się tylko skoncentrować. Po drugim roku przeniosłem się na Uniwersytet Columbia, licząc na świeży start. Przez trzy lata w Nowym Jorku, gnieżdżąc się w zaniedbanych mieszkaniach, z dala od starych znajomych i złych nawyków, żyłem jak mnich - czytałem, pisałem, zapełniałem strony dzienników i rzadko kiedy pozwalałem sobie na wyjście na imprezę czy choćby zjedzenie czegoś ciepłego. Zamieszkałem we własnym świecie, zajęty pytaniami, z których każde skrywało kolejne. Dlaczego jedne ruchy się rozwijały, a inne upadały? Czy to oznaka sukcesu, gdy pewne aspekty sprawy, o którą się walczy, wchodzą do głównego nurtu polityki, czy znaczy to tyle, że sprawa została zawłaszczona? Kiedy można zgodzić się na kompromis, a kiedy mówić o zaprzedaniu ideałów? Jak poznać różnicę?

Ależ gorliwie wtedy pracowałem! Byłem rozpalony i całkiem pozbawiony humoru. Gdy czytam zapiski ze swojego dziennika z tamtych lat, czuję przypływ wzruszenia wobec młodego człowieka, którym wówczas byłem, a który pragnął zmienić świat w ramach wielkiego, idealistycznego ruchu. Wszystko wskazywało wówczas na to, że taki ruch nie istnieje - trwały lata osiemdziesiąte, ruchy społeczne poprzedniej dekady straciły energię, nowy konserwatyzm rósł w siłę. Ronald Reagan właśnie został wybrany na prezydenta. Zaczynała się recesja ekonomiczna. Świat pogrążony był w zimnej wojnie.

Gdybym mógł się cofnąć w czasie, spróbowałbym przekonać tego młodego chłopaka, żeby na chwilę odłożył książki, otworzył okna i przewietrzył pokój (paliłem wtedy jak smok). Poradziłbym mu, aby się odprężył, poznał nowych ludzi i cieszył przyjemnościami życia, które smakują najlepiej, gdy ma się dwadzieścia parę lat. Nowi przyjaciele, których poznałem w Nowym Jorku, doradzali mi zresztą to samo.

- Barack, musisz wyluzować.

- Znajdź sobie dziewczynę.

- Ale z ciebie idealista. Super, ale to, o czym mówisz, raczej nie może się ziścić.

Opierałem się tym głosom. Głównie dlatego, że obawiałem się, iż są słuszne. Idea czy wizja lepszego świata, którą podczas tych samotnych godzin tworzyłem w inkubatorze własnego umysłu, nie wytrzymałaby nawet sprawdzianu zwykłej dyskusji. W szarym świetle zimy na Manhattanie, w cynicznej atmosferze tamtych czasów moje idee, gdy wypowiedziałem je głośno w sali wykładowej lub w kawiarni, brzmiały cudacznie i niedosiężnie. Miałem tego świadomość. I to ona chyba uchroniła mnie przed przeobrażeniem się w regularnego świra, nim ukończyłem dwudziesty drugi rok życia. W głębi ducha rozumiałem, jak niedorzeczne są te wizje i jak wielka przepaść dzieli moje wybujałe ambicje od wszystkiego, czego dotąd w życiu dokonałem. Byłem jak młody Walter Mitty. Jak Don Kichot bez Sancho Pansy.

Takie refleksje także zapełniają mój ówczesny dziennik - rzetelną kronikę moich mankamentów. Widać w nim moją skłonność do filozofowania zamiast działania. Pewną rezerwę czy wręcz nieśmiałość wynikającą być może z mojego hawajskiego i indonezyjskiego wychowania, lecz także nadmiernego analizowania własnego wnętrza. Obawę przed odrzuceniem lub ośmieszeniem się. A może nawet głęboko zakorzenione lenistwo.

Postanowiłem się zahartować za pomocą regularnej pracy nad sobą, którą prowadzę właściwie do dziś. (Michelle i córki same zauważyły, że nie potrafię beztrosko kąpać się w oceanie czy basenie - zawsze muszę przepłynąć przynajmniej kilka długości. "Czemu po prostu się nie pomoczysz? - mówią, chichocząc. - Fajne uczucie. Pokażemy ci, jak to się robi"). Tworzyłem listy ważnych rzeczy. Zacząłem trenować, biegałem wokół stawu w Central Parku albo wzdłuż East River, a żeby mieć energię, jadałem tuńczyka z puszki i jajka na twardo. Pozbyłem się wszystkich niepotrzebnych rzeczy - po co komu więcej niż pięć koszul?

Na jaką to wielką próbę się szykowałem? Nie miałem pojęcia, ale wiedziałem, że jeszcze nie jestem gotowy. To poczucie niewiadomej i brak pewności siebie nie pozwalały mi akceptować prostych odpowiedzi. Zacząłem regularnie kwestionować własne przekonania i sądzę, że ten nawyk dobrze mi się przysłużył, ponieważ dzięki niemu nie tylko uniknąłem przemiany w nieznośnego bufona, lecz także zaszczepiłem się przeciw rewolucyjnym hasłom, które stały się popularne na lewicy w pierwszych latach ery Reagana.

Taki sposób myślenia z pewnością mi się przydał w odniesieniu do kwestii rasowych. Nieraz obrażano mnie z powodu koloru skóry i wyraźnie dostrzegałem spuściznę niewolnictwa oraz praw Jima Crowa podczas przechadzek po Harlemie lub pewnych rejonach Bronksu. Lecz na podstawie własnych doświadczeń zrozumiałem, że nie powinienem postrzegać się wyłącznie w kategoriach ofiary, i opierałem się poglądowi wyrażanemu przez niektórych znanych mi czarnych, że biali ludzie są niereformowalnymi rasistami.

Przekonanie, że rasizm nie jest czymś nieuchronnym, tłumaczy moją gotowość do obrony idei Ameryki - tego, czym ten kraj jest i czym może się stać.

Moja matka i dziadkowie nigdy nie mieli skłonności do hałaśliwego demonstrowania swojego patriotyzmu. Recytowanie przysięgi na wierność sztandarowi w klasie lub wymachiwanie amerykańskim proporczykiem podczas obchodów czwartego lipca traktowali jako miłe rytuały, a nie święte powinności (podobnie podchodzili do Wielkanocy i Bożego Narodzenia). Dziadek bagatelizował nawet swój udział w drugiej wojnie światowej - chętniej opowiadał mi o standardowych racjach żywnościowych ("okropne!") niż o chwale maszerowania w armii Pattona.

A jednak zawsze byli dumni z tego, że są Amerykanami, i przekonani, że Ameryka to najwspanialszy kraj na ziemi. Jako młody człowiek buntowałem się przeciw książkom, które odrzucały tezę o jej wyjątkowości. Wdawałem się w długie, gorące dyskusje z przyjaciółmi, którzy twierdzili, że hegemonia Ameryki jest źródłem światowego ucisku. Mieszkałem za granicą. Zbyt wiele się dowiedziałem. Oczywiste było dla mnie, że próbując dorównać własnym ideałom, Ameryka regularnie ponosi porażki. Szkolna wersja amerykańskiej historii, w której o niewolnictwie tylko zdawkowo wspominano, a masakrę Rdzennych Amerykanów pomijano milczeniem, także mi się nie podobała. Złe wykorzystywanie potęgi militarnej, zachłanność ogromnych korporacji - tak, jasne, nie pochwalałem tych rzeczy.

Lecz idei Ameryki czy też amerykańskiej obietnicy broniłem z uporem, którym zaskakiwałem nawet sam siebie. "Uważamy następujące prawdy za oczywiste: że wszyscy ludzie stworzeni są równymi" - to była moja Ameryka. Ameryka, o której pisał Tocqueville, kraina Whitmana i Thoreau, gdzie nikt nie jest ode mnie ani gorszy, ani lepszy. Ameryka pionierów zmierzających na zachód w poszukiwaniu lepszego życia, cel imigrantów przybywających na Ellis Island, by odnaleźć wolność.

To była Ameryka Thomasa Edisona i braci Wright, którzy uskrzydlali marzenia, i fenomenalnych zagrań Jackiego Robinsona. Chucka Berry'ego i Boba Dylana, Billie Holiday i The Village Vanguard, i Johnny'ego Casha grającego w więzieniu stanowym Folsom - wszystkich tych skłóconych z życiem ludzi, którzy zbierali wyrzucone lub przeoczone przez innych resztki, by przeobrazić je w niewyobrażalnie piękne rzeczy.

To była Ameryka Przemowy gettysburskiej Lincolna i chicagowskiej świetlicy Jane Addams, Ameryka znużonych bojem żołnierzy w Normandii i doktora Kinga na błoniach National Mall wzywającego innych i siebie do odwagi.

To była konstytucja i Karta praw napisana przez ludzi niedoskonałych, lecz błyskotliwie myślących, którzy w drodze rozumnego namysłu opracowali system zarówno trwały, jak i podatny na zmiany.

Ameryka zdolna wytłumaczyć moje miejsce na ziemi.

"Śnij dalej, Barack" - tymi słowami przeważnie kończyły się moje debaty z przyjaciółmi z koledżu, a jakiś cwaniak rzucał mi przed nos gazetę informującą o amerykańskiej inwazji na Grenadę, zamknięciu programu dożywiania uczniów lub innych przygnębiających sprawach. "Przykro mi, ale tak właśnie wygląda twoja Ameryka".

 

W TAKIM STANIE DUCHA W 1983 ROKU skończyłem koledż - wielkie idee i żadnych pomysłów, co dalej. Brakowało mi ruchów, do których mógłbym przystać, i liderów do naśladowania. Najbliższa moim ideałom była animacja społeczna - organizowanie zwykłych ludzi wokół wspólnych lokalnych problemów. Spędziłem trochę czasu na różnych niedających mi satysfakcji posadach w Nowym Jorku, aż dowiedziałem się, że w Chicago szukają kogoś do pracy na rzecz sieci parafii wspierających miejscową społeczność, która borykała się z bezrobociem po zamknięciu stalowni. Nic wielkiego, ale jakiś punkt wyjścia.

Swoje lata pracy w charakterze animatora społecznego opisałem już w innych książkach. W dzielnicach zamieszkanych głównie przez czarną klasę pracującą, gdzie spędzałem większość czasu, odnosiliśmy drobne, chwilowe zwycięstwa. Moja organizacja miała swój malutki udział w rozwiązywaniu problemów, z którymi borykało się wówczas nie tylko Chicago, lecz także wiele miast całego kraju, takich jak: spadek produkcji, ucieczka białych z centrów na przedmieścia i rozrost społecznie izolowanej, wykorzenionej klasy niższej, zachodzący równolegle z gentryfikacją śródmieść przez nową klasę ekspercką.

Lecz o ile ja wpłynąłem na losy Chicago jedynie w niewielkim stopniu, o tyle Chicago zupełnie odmieniło moje życie.

Po pierwsze, w końcu wyrwałem się z ciągłych rozmyślań. Musiałem słuchać realnych problemów ludzi, a nie tylko wymyślać teorie na ich temat. Musiałem prosić obcych, by wsparli mnie - i siebie nawzajem - w konkretnych przedsięwzięciach, takich jak renowacja parku, usunięcie azbestu z osiedlowych bloków czy zorganizowanie zajęć pozaszkolnych. Poznałem smak porażki i nauczyłem się nie poddawać, bo dopiero wtedy ludzie mogli mi zaufać. Tak wiele razy spotkałem się z odmową i obraźliwym traktowaniem, że przestałem się bać takich sytuacji.

Innymi słowy, dorosłem - i odzyskałem poczucie humoru.

Z czasem pokochałem ludzi, z którymi pracowałem - samotną matkę z podupadłego kwartału, której jakimś cudem udało się posłać wszystkie czworo dzieci do koledżu, irlandzkiego księdza, który co wieczór otwierał bramę kościoła, by młodzież miała gdzie pójść, zamiast zadawać się z gangami, czy zwolnionego hutnika, który wrócił do szkoły, by przekwalifikować się na pracownika socjalnego. Historie ich trudnych losów i małych zwycięstw raz za razem przekonywały mnie o ludzkiej przyzwoitości. Dzięki nim zobaczyłem, że aby doszło do realnej zmiany, wystarczy, że obywatele zaczną rozliczać swoich liderów i instytucje nawet z rzeczy tak drobnych jak postawienie znaku "Stop" na ruchliwym skrzyżowaniu czy zapewnienie częstszych patroli policji. Spostrzegłem, że ludzie chodzą bardziej wyprostowani i zaczynają inaczej postrzegać samych siebie, kiedy sobie uświadomią, że ich głos ma znaczenie.

Dzięki nim odpowiedziałem sobie także na dawne pytania o własną tożsamość rasową. Okazało się, że nie istnieje jeden właściwy sposób życia jako czarny. Być dobrym człowiekiem - to wystarczy.

Dzięki nim odkryłem wspólnotę połączoną siłą wiary i zrozumiałem, że wątpliwości czy pytania są pożyteczne i wcale nie przeszkadzają w wybieganiu wzrokiem poza tu i teraz.

W przykościelnych salach i na werandach bungalowów odkrywałem te same wartości, które zaszczepiali we mnie matka oraz dziadkowie - że należy ciężko pracować, być uczciwym i empatycznym - dzięki czemu uświadomiłem sobie, że wszystkich ludzi łączą podobne dążenia.

Czasem zastanawiam się, co by się stało, gdybym został przy pracy animatora społeczności lub jakiejś podobnej. Jak wielu lokalnych bohaterów, których poznałem przez lata, stworzyłbym może instytucję zdolną przeobrazić dzielnicę lub część miasta. Zapuściwszy głębokie korzenie w społeczności, wykorzystałbym pieniądze i ludzką wyobraźnię, by zmienić nie tyle świat, ile to jedno miejsce lub życie grupki dzieci. Dzięki swojej pracy w konkretny, pożyteczny sposób poprawiłbym losy sąsiadów i przyjaciół.

Ale nie zostałem. Poszedłem do Harvard Law School. Odtąd ta historia nawet dla mnie staje się dość nieprzejrzysta, a moje motywy - podatne na różne interpretacje.

 

MÓWIŁEM SOBIE WÓWCZAS - i wciąż chcę w to wierzyć - że zrezygnowałem z pracy animatora społeczności, ponieważ uznałem jej efekty za zbyt powolne, ograniczone i niedostateczne, by zaspokoić potrzeby ludzi, którym pragnąłem służyć. Lokalny ośrodek doskonalenia zawodowego nie był w stanie zrekompensować utraty tysięcy miejsc pracy po zamknięciu huty. Zajęcia pozaszkolne nie mogły zniwelować skutków chronicznego niedofinansowania szkół ani w istotny sposób pomóc dzieciom wychowywanym przez dziadków, kiedy rodzice siedzieli w więzieniu. Rozwiązując każdy problem, konfrontowaliśmy się z jakimś człowiekiem - politykiem, urzędnikiem czy oschłym dyrektorem firmy - który nie robił nic, by polepszyć sytuację, choć miał taką możliwość. Gdy w końcu udawało nam się skłonić go do pomocy, najczęściej okazywała się za mała i przychodziła za późno. Musieliśmy zdobyć władzę, by kształtować budżety i politykę, a ona leżała gdzie indziej.

Uświadomiłem sobie ponadto, że dwa lata przed moim przybyciem w Chicago powstał ruch na rzecz zmiany o zarówno społecznym, jak i politycznym charakterze. Nie potrafiłem w pełni docenić siły jego głębokiego, wartkiego nurtu, ponieważ nie zgadzał się z moimi teoriami. Była to kampania wyborcza Harolda Washingtona, pierwszego czarnego burmistrza tego miasta.

Ruch pojawił się jakby znikąd - wyrósł oddolnie i tak spontanicznie, jak to się nigdy wcześniej nie zdarzyło w dziejach współczesnej polityki. Garstka czarnych aktywistów i liderów biznesu, zmęczonych dyskryminacją i niesprawiedliwością panującą w najgłębiej posegregowanym rasowo spośród wielkich miast Ameryki, postanowiła zarejestrować rekordową liczbę wyborców, po czym zwerbowała korpulentnego kongresmena o wielu talentach, lecz skromnych ambicjach, by stanął do wyścigu o stanowisko, które wydawało się leżeć zdecydowanie poza jego zasięgiem.

Nikt nie dawał mu większych szans - nawet on sam wątpił we własne powodzenie. Kampania opierała się na przekazywaniu wiadomości z ust do ust, a prowadzili ją w większości niedoświadczeni wolontariusze. Lecz nagle zaiskrzyło i doszło do jakiegoś spontanicznego wybuchu. Ludzie, którzy nigdy nie interesowali się polityką, a nawet nie głosowali, dali się porwać sprawie. Seniorzy i uczniowie przypinali niebieskie znaczki kampanii. Nasilał się zbiorowy opór wobec narastającej fali niesprawiedliwości i zniewag - ludzie mieli dość zatrzymań przez policję pod byle pretekstem i nauki z podręczników szkolnych po poprzednich rocznikach. Czarni z naszej okolicy odczuwali frustrację, gdy chodząc wzdłuż Park District, oglądali tamtejsze bungalowy i zastanawiali się, czemu jest tam o tyle piękniej niż u nich, lub gdy pomijano ich przy awansach i odmawiano kredytów bankowych. Ten opór wzmógł się niczym cyklon i obalił mury ratusza.

Kiedy przybyłem do Chicago, Harold był w połowie pierwszej kadencji. Rada miejska, która dawniej służyła zatwierdzaniu decyzji Starego Daleya, wieloletniego burmistrza, podzieliła się na obozy rasowe i większościowa frakcja białych radnych blokowała wszystkie reformy zaproponowane przez Harolda. Próbował pochlebstw i kompromisów, ale pozostawali nieugięci. Na naszych oczach rozgrywał się fascynujący reality show pełen plemiennych walk. Harold nie był w stanie spełnić złożonych wyborcom obietnic. Dopiero gdy sąd federalny zmienił przebieg zmanipulowanych wcześniej granic okręgów wyborczych, Harold zyskał przewagę i przełamał impas. Zanim jednak zdołał zaprowadzić większość zapowiadanych zmian, dostał ataku serca i zmarł. Tron przejął Rich Daley, spadkobierca dawnego porządku.

Oglądałem to przedstawienie i starałem się wyciągnąć z niego naukę. Zrozumiałem, że ogromna energia ruchu społecznego ulega rozproszeniu bez struktury, organizacji i umiejętności zarządzania. Zobaczyłem, że kampania polityczna ufundowana na kwestii rasowej, nawet bardzo rozsądnie prowadzona, wywoła strach i działania odwetowe, co w ostateczności zatrzyma postęp. Natychmiastowy upadek koalicji Harolda po jego śmierci świadczył o tym, że niebezpiecznie jest opierać cały program zmian na jednym charyzmatycznym liderze.

Mimo to przez pięć lat Harold okazywał wielką siłę. Mimo przeszkód, z jakimi się zmagał, za jego kadencji w Chicago naprawdę zaszły zmiany. Dzielnice miasta zostały bardziej równomiernie objęte usługami miejskimi, takimi jak przycinanie drzew, odśnieżanie czy remonty dróg. W biednych rejonach pobudowano nowe szkoły. Praca w urzędzie przestała zależeć wyłącznie od znajomości, a przedsiębiorcy zaczęli w końcu zwracać uwagę na brak różnorodności w swoich szeregach.

Jednak przede wszystkim Harold dał ludziom nadzieję. Czarni mieszkańcy Chicago wyrażali się o nim tak, jak w poprzednim pokoleniu biali postępowcy mówili o Robercie Kennedym - nie chodziło nawet o jego dokonania, lecz o to, jak sama jego obecność działała na ludzi. Wszystko wydawało się możliwe. Można było zmienić świat.

Dało mi to do myślenia. Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, czy kandydować na stanowisko publiczne. (Harold zainspirował nie tylko mnie - krótko po jego wyborze Jesse Jackson ogłosił start w wyścigu o urząd prezydenta). Czy to nie tu właśnie przeniosła się energia ruchów praw obywatelskich - do polityki? John Lewis, Andrew Young i Julian Bond[6] ubiegali się o stanowiska, ponieważ uznali, że to da im największą możliwość przeprowadzania zmian. Wiedziałem, że nie wystarczy wygrać - trzeba będzie zgadzać się na kompromisy, nieustannie szukać pieniędzy, przypominać sobie o własnych ideałach i wciąż walczyć o zwycięstwo.

Ale może można działać inaczej? Może podobną energię i poczucie celu udałoby się wzbudzić nie tylko w czarnej społeczności, lecz u wszystkich, ponad podziałami? Może po odpowiednim przygotowaniu i nabyciu biegłości administracyjnej można by uniknąć niektórych błędów Harolda? Może metody animowania społeczności można zastosować nie tylko w kampanii, lecz także na urzędzie i za ich pomocą zachęcać obywateli - zwłaszcza tych dotychczas pomijanych - do partycypacji? Może można nauczyć ludzi, by zaufali nie tylko swoim wybranym liderom, lecz także sobie samym i swoim sąsiadom?

W ten sposób sam siebie przekonywałem. Ale to nie wszystko. Borykałem się również z bardziej przyziemnym problemem własnych ambicji. Chociaż wiele się nauczyłem jako animator społeczności, nie mogłem się pochwalić żadnymi konkretnymi dokonaniami. Nawet moja matka, która zawsze kroczyła własnymi ścieżkami, niepokoiła się o mnie.

- Sama nie wiem, Bar - powiedziała mi raz w święta Bożego Narodzenia. - Możesz przez całe życie unikać instytucji. Ale możesz też próbować zmieniać je od środka. Zresztą, wierz mi, ciągła walka o pieniądze to nic przyjemnego.

W ten sposób jesienią 1988 roku, pełen ambicji, trafiłem w miejsce, gdzie akurat ambicji było pod dostatkiem. Wzorowi studenci, przewodniczący samorządów uczniowskich, filolodzy klasyczni, zwycięzcy konkursów dyskusyjnych... W Harvard Law School zobaczyłem niezwykłych młodych ludzi, którzy w przeciwieństwie do mnie dorastali w poczuciu uzasadnionego przekonania, że swoim życiem wiele zmienią. To, że jakoś się tam odnalazłem, przypisuję w głównej mierze temu, że byłem o kilka lat starszy od swoich koleżanek i kolegów z roku. Wiele osób skarżyło się na ogrom nauki, podczas gdy dla mnie dni spędzane w bibliotece albo, jeszcze lepiej, na sofie w mieszkanku opodal kampusu z wyciszonym meczem lecącym w telewizji wydawały się wielkim luksusem po trzech latach organizowania spotkań społeczności i pukania do drzwi zziębniętymi dłońmi.

W dodatku studiowanie prawa okazało się czymś zupełnie innym niż samotne rozmyślania o kwestiach obywatelskich, którym oddawałem się latami. Jakie zasady powinny rządzić relacją jednostek do społeczeństwa i jak daleko sięgały nasze zobowiązania wobec innych? W jakim stopniu rząd powinien regulować rynek? Jak zachodzi zmiana społeczna i jakie zasady należy wprowadzić, by każdemu oddać głos?

Te sprawy całkowicie mnie zafascynowały. Uwielbiałem dyskutować zwłaszcza z co bardziej konserwatywnymi kolegami, którzy - choć się różniliśmy - doceniali to, że traktuję ich argumenty poważnie. Na zajęciach podczas debat ciągle się zgłaszałem, na co niejeden student przewracał oczami. Ale ja nie mogłem się powstrzymać. Czułem się tak, jakbym po latach oddawania się dziwnej obsesji, takiej jak, powiedzmy, żonglowanie albo połykanie mieczy, nagle trafił do szkoły cyrkowej.

Powtarzam córkom, że entuzjazmem można nadrobić braki, i na pewno zasada ta sprawdziła się w moim przypadku na Harvardzie. Gdy byłem na drugim roku, wybrano mnie jako pierwszego czarnego na prezesa studenckiego miesięcznika "Harvard Law Review", o czym napisano w krajowej prasie. Podpisałem umowę na książkę. Z całego kraju zaczęły napływać oferty pracy: zakładano, że odtąd moja droga, tak jak ścieżki moich poprzedników na tym stanowisku, jest już ustalona - najpierw pójdę na staż w Sądzie Najwyższym, później popracuję w jakiejś dobrej kancelarii albo biurze prokuratora generalnego, a kiedy nadejdzie właściwy moment, jeśli zechcę, spróbuję sił w polityce.

Od tego wszystkiego wirowało mi w głowie. Jedyną osobą, która zdawała się sceptycznie myśleć o tej prostej drodze kariery, byłem chyba ja sam. Sukces nadszedł zbyt szybko. Wizja wysokich zarobków i sławy wydawała mi się pułapką.

Na szczęście miałem czas na przemyślenie kolejnego ruchu. Zresztą, jak się okazało, najważniejsza decyzja, jaka mnie czekała, nie miała nic wspólnego z prawem.

 
 
ROZDZIAŁ 2.

MICHELLE LAVAUGHN ROBINSON ROZWIJAŁA JUŻ KARIERĘ prawniczą, kiedy się poznaliśmy. Miała dwadzieścia pięć lat i zajmowała stanowisko asystentki w chicagowskiej kancelarii Sidley & Austin, dokąd poszedłem na letni staż po pierwszym roku prawa. Była wysoka, piękna, zabawna, otwarta, szczodra i przebiegle błyskotliwa - wpadłem po uszy niemal w tej samej chwili, w której ją zobaczyłem. Firma wydelegowała Michelle, by się mną zaopiekowała, pokazała, gdzie stoi kserokopiarka i, ogólnie rzecz biorąc, zadbała, żebym czuł się mile widziany. W związku z tym chodziliśmy razem na lunche, przy których dużo rozmawialiśmy. Najpierw o pracy, a potem o wszystkim innym.

Przez następnych parę lat podczas przerw wakacyjnych na uniwersytecie lub kiedy Michelle przyjechała na Harvard z zespołem werbowników z Sidley, chodziliśmy na kolacje i długie spacery wzdłuż rzeki Charles, gadając o filmach, rodzinie i miejscach na świecie, które chcemy zobaczyć. Kiedy jej ojciec niespodziewanie zmarł wskutek komplikacji w przebiegu stwardnienia rozsianego, poleciałem do niej z Massachusetts, by ją wesprzeć, a ona pokrzepiała mnie, gdy się dowiedziałem, że mój dziadek zachorował na raka prostaty.

Krótko mówiąc, zostaliśmy przyjaciółmi i kochankami, a wraz ze zbliżaniem się końca moich studiów zaczęliśmy ostrożnie rozważać wspólne życie. Pewnego razu zabrałem ją na szkolenie z aktywizacji, które zorganizowałem w ramach przysługi dla przyjaciela prowadzącego ośrodek społeczny na Far South Side. Uczestniczyły w nim głównie samotne matki, z których część żyła z zasiłków i tylko nieliczne miały przydatne na rynku pracy umiejętności. Poprosiłem, by opisały świat, w którym żyją, taki, jaki jest i jakim chciałyby go widzieć. Było to proste ćwiczenie, które wykonywałem z ludźmi wiele razy - miało pomóc im wyobrazić sobie, jak w warunkach ich życia i realiach wspólnoty mogą dokonać praktycznych zmian. Po szkoleniu w drodze do samochodu Michelle wzięła mnie pod ramię i powiedziała, że łatwość, z jaką nawiązałem kontakt z zebranymi kobietami, zrobiła na niej duże wrażenie.

- Dałeś im nadzieję.

- Ale potrzebują czegoś więcej - odparłem. Spróbowałem jej opisać dręczący mnie konflikt wewnętrzny: chciałem dokonywać zmian, pracując w ramach systemu, a jednocześnie się przeciw niemu buntowałem. Chciałem przewodzić, ale i dawać ludziom siłę do samodzielnego dokonywania zmian. Chciałem wejść do polityki, ale nie dać się jej pochłonąć.

Michelle popatrzyła na mnie.

- Świat taki, jaki jest, i taki, jaki być powinien - powiedziała cicho.

- Coś w tym rodzaju.

Michelle była zupełnie wyjątkowa. Nie znałem nikogo podobnego do niej. Zacząłem myśleć o oświadczynach. Dla niej małżeństwo było sprawą oczywistą - kolejnym naturalnym krokiem w związku tak poważnym jak nasz. Mnie, człowiekowi wychowanemu przez matkę, której małżeństwa się rozpadły, potrzeba formalizacji związku zawsze wydawała się opresyjna. W dodatku w tych pierwszych latach naszej znajomości zdarzały nam się ostre kłótnie. Ja bywałem uparty jak osioł, ona nie zamierzała ustępować. Jej brat Craig, gwiazdor koszykówki z Princeton, który najpierw pracował w bankowości inwestycyjnej, lecz ostatecznie został trenerem, wspominał czasem żartem, że rodzina nie dawała Michelle (czyli "Miche", jak ją nazywali) szans na małżeństwo, bo ich zdaniem była za twarda i żaden facet z nią nie wytrzyma. Lecz mnie, co dziwne, właśnie to się w niej podobało; wciąż podważała moje przekonania i zmuszała mnie do uczciwości.

A jak ona się na to wszystko zapatrywała? Wyobrażam ją sobie w dniach tuż przed tym, nim się poznaliśmy - młodą profesjonalistkę w każdym calu, schludną i rzeczową, skupioną na karierze, sumienną w obowiązkach, bez czasu na głupoty. I nagle w jej życiu pojawia się ten dziwny koleś z Hawajów, w zaniedbanych ciuchach i pełen szalonych marzeń. Lecz to właśnie jej się spodobało - byłem całkiem inny od ludzi, wśród których wyrosła i z którymi randkowała. Inny również od jej ukochanego ojca - człowieka, który nie skończył nawet publicznego koledżu i krótko po trzydziestce zachorował na stwardnienie rozsiane, ale nigdy się nie skarżył, codziennie stawiał się w pracy i przychodził na wszystkie recitale taneczne Michelle oraz koszykarskie występy Craiga, słowem, zawsze był blisko rodziny - jego dumy i radości.

Związek ze mną zwiastował zmianę w życiu Michelle i obiecywał jej rzeczy, jakich nie zaznała we wczesnej młodości. Przygody. Podróże. Przekraczanie granic. Mnie natomiast jej chicagowskie korzenie - wielka rodzina, zdrowy rozsądek, pragnienie oddania się roli matki - obiecywały zakotwiczenie, którego brakowało mi przez większą część lat młodzieńczych. Kochaliśmy się, rozśmieszaliśmy i dzieliliśmy te same wartości, lecz także się uzupełnialiśmy. Mogliśmy się wzajemnie strzec, zwracać uwagę na to, co drugiemu umyka. Być zgranymi partnerami.

Oczywiście jest to tylko inny sposób stwierdzenia, że pod względem doświadczeń i temperamentu znacznie się różniliśmy. W oczach Michelle droga do dobrego życia była wąska i najeżona niebezpieczeństwami. Można liczyć tylko na rodzinę, dużego ryzyka nie podejmuje się pod wpływem chwili, a pozorne przejawy sukcesu życiowego, takie jak dobra praca czy przyjemny dom, trzeba brać za dobrą monetę, bo porażka i bieda otaczają cię zewsząd, wystarczy jedna seria zwolnień albo strzelanina. Michelle nigdy nie rozmyślała nad tym, czy nie zaprzedaje własnych ideałów - dorastając na South Side, zawsze pozostawało się w pewnym sensie outsiderem. Dla niej przeszkody na drodze do celu były jasne i ewidentne - nie trzeba ich było sobie wymyślać. Wątpliwości pojawiały się dopiero wtedy, gdy niezależnie od kwalifikacji należało dowodzić własnych zasług. I to nie tylko innym, ale także sobie.

 

ZBLIŻAŁ SIĘ KONIEC MOICH STUDIÓW i przedstawiłem Michelle swoje plany. Nie zamierzałem iść na staż. Chciałem przenieść się z powrotem do Chicago i nadal pomagać lokalnym społecznościom, a jednocześnie zatrudnić się w małej kancelarii wyspecjalizowanej w prawach obywatelskich. Gdyby nadarzyła się dobra okazja, powiedziałem, mógłbym nawet wystartować w wyborach na jakiś urząd.

Nie zaskoczyło jej to. Wierzyła, że zrobię to, co uważam za najlepsze.

- Muszę ci jednak powiedzieć, Barack - dodała - że twoje plany będą bardzo trudne w realizacji. Czasem naprawdę chciałabym podzielać twój optymizm. Ale ludzie potrafią być wielkimi egoistami albo zwykłymi ignorantami. Chcą tylko, żeby dać im spokój. A w polityce jest mnóstwo takich, którzy zrobią wszystko dla władzy i myślą wyłącznie o sobie. Zwłaszcza w Chicago. Nie wiem, czy kiedykolwiek uda ci się to zmienić.

- Ale mogę spróbować, prawda? - odpowiedziałem z uśmiechem. - Na co komu te prawnicze tytuły, jeśli nie zechce zaryzykować? Jak się nie uda, to się nie uda. Ale dam radę. Razem damy radę.

Ujęła moją twarz w dłonie.

- Zauważyłeś, że gdy masz do wyboru dwie ścieżki, łatwą albo trudną, zawsze wybierzesz tę drugą? Jak sądzisz, czemu tak jest?

Roześmialiśmy się. Michelle najwyraźniej uznała jednak, że odkryła jakąś prawdę o mnie. Prawdę, która miała się okazać brzemienna w skutki dla nas obojga.

 

PO KILKU LATACH SPOTYKANIA SIĘ 3 PAŹDZIERNIKA 1992 ROKU Michelle i ja wzięliśmy ślub w Zjednoczonym Kościele Chrystusa pod wezwaniem Trójcy Świętej w obecności ponad trzystu przyjaciół, współpracowników i krewnych wciśniętych w kościelne ławy. Ceremonię prowadził tamtejszy pastor Jeremiah A. Wright jr, którego poznałem w czasach pracy jako animator i wciąż podziwiałem. Panowała radosna atmosfera. Oficjalnie zaczęła się nasza wspólna przyszłość.

Zdałem egzamin adwokacki, lecz odłożyłem pracę w kancelarii na rok, by przed wyścigiem prezydenckim w 1992 roku poprowadzić chicagowskie biuro Project VOTE!, jedną z największych akcji rejestrowania wyborców w dziejach stanu Illinois. Po powrocie z kalifornijskiego wybrzeża, gdzie spędziliśmy miesiąc miodowy, wykładałem w University of Chicago Law School, kończyłem pisać książkę i już na dobre zatrudniłem się w małej kancelarii David, Miner, Barnhill & Galland, która specjalizowała się w sprawach dyskryminacji zatrudnieniowej oraz obsłudze budownictwa społecznego. Tymczasem Michelle stwierdziła, że ma dość prawa korporacyjnego, i objęła posadę w wydziale planowania i rozwoju gospodarczego w chicagowskim ratuszu. Przepracowała tam półtora roku, po czym przyjęła propozycję pokierowania organizacją pozarządową Public Allies zajmującą się rozwojem młodzieży.

Praca dawała nam obojgu satysfakcję. Lubiliśmy swoich współpracowników. Z czasem zaangażowaliśmy się w różne projekty obywatelskie i filantropijne. Chodziliśmy na mecze, koncerty i kolacje w coraz szerszym kręgu znajomych. Zarobiliśmy na skromny, lecz przytulny apartament w Hyde Parku naprzeciwko brzegów jeziora Michigan i cypla Promontory Point, niedaleko mieszkania Craiga, brata Michelle, i jego młodej rodziny. Marian, matka Michelle, wciąż mieszkała w rodzinnym domu w South Shore niecałe piętnaście minut od nas i często ją odwiedzaliśmy - pałaszowaliśmy smażonego kurczaka z zieleniną, torcik red velvet albo smakołyki z grilla przyrządzane przez wujka Michelle, Pete'a. Gdy już nie mogliśmy nic więcej wcisnąć, siadaliśmy w kuchni i przy akompaniamencie coraz głośniejszych z biegiem wieczoru wybuchów śmiechu słuchaliśmy historii z młodości wujów, podczas gdy kuzyni i siostrzeńcy skakali po sofach i poduchach, aż ktoś ich przegnał na dwór.

Wracając o zmierzchu, rozmawialiśmy czasem o własnych dzieciach - jakie będą?, ile?, a może także pies? - i snuliśmy marzenia o naszym przyszłym życiu rodzinnym.

Normalne życie. Twórcze i szczęśliwe. To mogłoby nam wystarczyć.

 

LECZ LATEM 1995 ROKU wskutek serii osobliwych zdarzeń otworzyła się przede mną dogodna możliwość wejścia w politykę. Mel Reynolds, urzędujący kongresmen z drugiego okręgu w Illinois, został oskarżony o liczne przestępstwa, w tym seks z szesnastoletnią wolontariuszką podczas kampanii. Gdyby został skazany, rozpisano by natychmiast wybory uzupełniające do Izby Reprezentantów, aby go zastąpić.

Nie mieszkałem w tym okręgu i nie miałem wyrobionego nazwiska ani bazy poparcia, by startować do Kongresu. Jednak Alice Palmer, senator stanowa z naszego rejonu, postanowiła ubiegać się o fotel po Reynoldsie, i krótko przed procesem kongresmena zaplanowanym na sierpień przystąpiła do walki. Była głęboko zakorzenioną w lokalnej społeczności Afroamerykanką i eksnauczycielką, pracowała solidnie, nawet jeśli nie odnosiła spektakularnych sukcesów, i cieszyła się sympatią zarówno w środowisku postępowców, jak i czarnych aktywistów ze starej gwardii, którzy pomogli wybrać Harolda. Choć jej nie znałem, mieliśmy wspólnych przyjaciół. Ponieważ pracowałem przy Project VOTE!, poproszono mnie, bym pomógł w jej rozwijającej się kampanii, a z biegiem czasu kilka osób zaczęło mnie namawiać do zajęcia stanowiska, które ona miała wkrótce opuścić.

Przed rozmową z Michelle zrobiłem listę argumentów za i przeciw. Senator stanowy nie był szczególnie zaszczytnym tytułem - większość ludzi nie ma nawet pojęcia, czym ktoś taki się zajmuje - a Springfield, stolica stanu, słynęła z uprawiania polityki w starym stylu, pod znakiem rozrzutności, kumoterstwa, łapownictwa i innych występków. Z drugiej strony od czegoś musiałem zacząć i gdzieś zdobyć szlify. Ponadto legislatura Illinois obradowała tylko przez kilka tygodni w roku, co oznaczało, że mógłbym nadal wykładać i pracować w kancelarii.

Lecz co najlepsze, Alice Palmer zgodziła się udzielić mi poparcia. Ponieważ proces Reynoldsa jeszcze się nie odbył, trudno było wszystko zgrać w czasie. Teoretycznie Alice mogła kandydować do krajowego Kongresu, jednocześnie zachowując sobie posadę we władzach stanowych na wypadek przegranej, lecz w rozmowach ze mną i innymi twierdziła zdecydowanie, że skończyła z senatem stanowym i chce się piąć wyżej. Gdy poparła mnie także radna Toni Alderman, która dysponowała najlepszą lokalną siatką organizacyjną, moje szanse zaczęły się rysować bardzo optymistycznie.

Poszedłem do Michelle, by przedstawić swoje racje.

- Pomyśl o tym jak o próbie generalnej - powiedziałem.

- Hmm.

- Badaniu gruntu.

- Tjaa.

- Powiedz, co sądzisz?

Uszczypnęła mnie w policzek.

- Myślę, że chcesz to zrobić, więc zrób. Obiecaj mi tylko, że nie będę musiała przesiadywać w Springfield.

Przed ruszeniem do boju musiałem omówić sprawę z jeszcze jedną osobą. Wcześniej tego roku u mojej matki zdiagnozowano raka macicy.

Rokowania nie były dobre. Przynajmniej raz dziennie serce ściskało mi się na myśl, że mogę ją stracić. Poleciałem na Hawaje zaraz po tym, gdy przekazała mi wiadomość o chorobie, i z ulgą stwierdziłem, że wygląda normalnie i dopisuje jej humor. Wyznała mi, że się boi, lecz chce podjąć jak najbardziej intensywną terapię.

- Nigdzie się nie wybieram - powiedziała - dopóki nie dasz mi wnuków.

Wieść o moim ewentualnym kandydowaniu do senatu przyjęła z typowym dla siebie entuzjazmem i nalegała, żebym opowiedział jej o wszystkim ze szczegółami. Przyznała, że będę miał mnóstwo roboty, ale należała do osób, które w ciężkiej pracy widzą wyłącznie pozytywy.

- Nie żebym była specjalistką od małżeństw - powiedziała - ale upewnij się, że Michelle nie ma nic przeciw. I ani mi się waż robić sobie ze mnie wymówkę, żeby nie startować. Mam teraz dość na głowie i nie chcę myśleć, że wszyscy przeze mnie rezygnują z normalnego życia. To byłoby chore. Rozumiesz?

- Rozumiem.

Siedem miesięcy od postawienia diagnozy sytuacja wyglądała już poważnie. We wrześniu wraz z Michelle polecieliśmy do Nowego Jorku, by pójść z Mayą i moją matką na konsultację ze specjalistą w klinice onkologicznej Memorial Sloan Kettering. Mama była w połowie chemioterapii i nie wyglądała już jak dawniej. Straciła długie, ciemne włosy i miała zapadnięte oczy. Co gorsza, lekarz ocenił, że jej rak przeszedł w fazę czwartą i możliwości leczenia się kurczą. Gdy przyglądałem się, jak moja matka ssie kostki lodu, bo przestały pracować jej ślinianki, próbowałem robić dobrą minę do złej gry. Opowiadałem zabawne anegdotki z pracy i fabułę niedawno obejrzanego filmu. Śmialiśmy się, kiedy dziewięć lat ode mnie młodsza Maya, która studiowała wówczas na Uniwersytecie Nowego Jorku, opowiadała, jaki jestem despotyczny w roli starszego brata. Trzymałem matkę za rękę, by mogła się wygodnie ułożyć i odpocząć. Później wróciłem do hotelu i się rozpłakałem.

Podczas tamtej podróży do Nowego Jorku zaproponowałem mamie, by zamieszkała z nami w Chicago. Moja babka była za stara, by się nią zajmować na pełny etat. Lecz matka, która zawsze sama kierowała swoim życiem, odmówiła. "Wolę być w miejscu, które znam i lubię", powiedziała, sięgając po kolejną kostkę lodu ze wzrokiem utkwionym w oknie. Siedziałem tam, czując się zupełnie bezsilny. Myślałem o tym, jak długą drogę przebyła, pełną nieoczekiwanych zwrotów akcji i szczęśliwych zrządzeń losu. Ani razu nie słyszałem, by rozmyślała o rozczarowaniach. Wszędzie odnajdywała drobne przyjemności.

Aż spotkało ją coś takiego.

- Życie jest dziwne, prawda? - powiedziała cicho.

To fakt.

 

POSZEDŁEM ZA RADĄ MATKI I ZAANGAŻOWAŁEM SIĘ w swoją pierwszą kampanię polityczną. Kiedy dziś pomyślę, jak amatorskie było to przedsięwzięcie, chce mi się śmiać - przypominało wręcz wybory do samorządu studenckiego. Nie mieliśmy żadnych ankieterów ani researcherów, nie wykupiliśmy spotów w telewizji czy radiu. Moją kandydaturę ogłoszono w hotelu Ramada Inn w Hyde Parku przy precelkach i chipsach w obecności kilkuset zwolenników, z których mniej więcej jedna czwarta była spokrewniona z Michelle. Wszystkie nasze drukowane materiały promocyjne sprowadzały się do ulotki formatu A5 z moim zdjęciem w paszportowym stylu, krótką biografią i czterema czy pięcioma punktami programu, które napisałem na komputerze. Wydruki zrobiłem w sieciowej firmie poligraficznej.

Postanowiłem jednak zatrudnić dwoje politycznych weteranów, których poznałem podczas pracy w Project VOTE! Carol Anne Harwell, szefowa mojej kampanii, była wysoką, wygadaną kobietą po czterdziestce, na co dzień pracującą w urzędzie na West Side. Choć sprawiała wrażenie osoby uroczej i pogodnej, poznała od środka brutalny światek chicagowskiej polityki. Ron Davis, potężny facet, był naszym szefem do spraw działań w terenie i ekspertem w dziedzinie zbierania podpisów. Miał siwiejące afro i postrzępioną brodę, nosił okulary w drucianej oprawce, a wielkie ciało ukrywał pod wyciągniętą na spodnie czarną koszulą, codziennie taką samą.

Ron okazał się niezastąpiony: w Illinois panowały restrykcyjne zasady zbierania podpisów, tak pomyślane, by utrudnić życie kandydatom bez poparcia partyjnego. By znaleźć się na liście wyborczej, kandydat musiał zebrać podpisy siedmiuset zarejestrowanych wyborców z właściwego dystryktu na arkuszach przedłożonych do podpisania przez działaczy również zamieszkałych w tym dystrykcie. "Dobry" podpis musiał być czytelny i należeć do osoby, która podała prawdziwy adres zamieszkania oraz była zarejestrowanym wyborcą. Wciąż pamiętam, kiedy nasza grupka zebrała się po raz pierwszy przy moim stole w jadalni. Ron, parskając i sapiąc, podawał nam podkładki z przypiętymi formularzami do zbierania podpisów oraz karty z danymi wyborców i arkusze z instrukcjami. Zasugerowałem, że nim przejdziemy do sprawy zbierania podpisów, powinniśmy może zorganizować spotkania, na których ludzie poznają kandydata, i spisać jakiś program. Carol i Ron popatrzyli po sobie i wybuchnęli śmiechem.

- Szefie, coś ci powiem - odezwała się Carol. - Spotkania w Lidze Wyborczej Kobiet będziesz mógł sobie organizować do woli po wyborach. Teraz liczą się tylko i wyłącznie podpisy. Ludzie, przeciw którym startujesz, będą przeglądać te karty z lupą w ręku, żeby wyłowić każdą nieścisłość. Jak im się uda, wypadasz z gry. I mogę zagwarantować, że choćbyśmy byli nie wiem jak staranni, połowa podpisów okaże się zła, i dlatego musimy zebrać dwa razy więcej, niż potrzeba.

- Cztery razy - poprawił Ron, wręczając mi podkładkę z formularzami.

Po tej połajance z pokorą ruszyłem do jednej z dzielnic wyznaczonych przez Rona, by zbierać podpisy. Czułem się jak na początku pracy animatora społecznego, kiedy także chodziłem od drzwi do drzwi. Niektórych nie było w domu albo nie chcieli otworzyć, kobiety przyjmowały nas w papilotach, mężczyźni podczas prac w ogródku. Trafiali się młodzi mężczyźni w podkoszulkach i chustach na głowie, którzy z oddechem ciężkim od alkoholu wodzili wzrokiem po arkuszu. Niektórzy chcieli ze mną rozmawiać o problemach miejscowej szkoły czy przypadkach przemocy z użyciem broni, jakie zaczynały się mnożyć w dotąd spokojnej dzielnicy zamieszkanej przez klasę pracującą. Głównie jednak ludzie brali podkładkę i się wpisywali, by jak najszybciej wrócić do swoich zajęć.

O ile dla mnie pukanie do drzwi obcych ludzi było czymś dość zwyczajnym, o tyle Michelle nigdy niczego podobnego nie robiła, ale dzielnie poświęcała część każdego weekendu, by mi pomagać. I chociaż często dzięki promiennemu uśmiechowi i historiom o dorastaniu w sąsiedztwie udawało jej się zebrać więcej podpisów niż mnie, dwie godziny później w drodze do domu atmosfera nie była już tak wesoła.

- Naprawdę muszę cię kochać - powiedziała pewnego razu - skoro poświęcam cały sobotni ranek na coś takiego.

Przez kilka miesięcy zdołaliśmy zebrać cztery razy więcej podpisów, niż wynosił limit. Kiedy nie pracowałem w kancelarii lub nie wykładałem, odwiedzałem kluby książkowe, spotkania parafialne i domy seniorów, prezentując swój program. Nie szło mi zbyt dobrze. Wygłaszałem sztywne formułki pełne trudnych do zrozumienia faktów i administracyjnego żargonu, pozbawione iskry życia i humoru. Nie było mi też łatwo opowiadać o sobie. W pracy animatora społecznego nauczyłem się zawsze pozostawać na drugim planie.

Jednak stopniowo nabywałem wprawy i szeregi moich zwolenników rosły. Zyskałem poparcie miejscowych urzędników, pastorów i kilku postępowych organizacji, a nawet napisałem parę tekstów przedstawiających moje stanowisko w różnych sprawach. I chciałbym móc powiedzieć, że właśnie w ten sposób potoczyła się moja pierwsza kampania: rezolutny młody kandydat wraz z utalentowaną, piękną, wyrozumiałą żoną zaczynają od spotkania w salonie z grupką przyjaciół i wizją nowego rodzaju polityki zaskarbiają sobie zaufanie ludzi.

Ale sprawy przybrały inny obrót. W sierpniu 1995 roku nasz zhańbiony kongresmen poszedł do więzienia i wybory uzupełniające zaplanowano na koniec listopada. Ponieważ zwolnił się jego fotel i oficjalnie ustalono harmonogram wyborczy, poza Alice Palmer do wyścigu o stanowiska kongresowe stanęło wielu innych kandydatów, w tym Jesse Jackson jr, który zyskał w Ameryce na popularności po słynnej przemowie jego ojca podczas Krajowej Konwencji Demokratów w 1988 roku. Michelle i ja znaliśmy go i lubiliśmy. Siostra Jessego, Santita, w liceum należała do grona najbliższych przyjaciółek Michelle, a później była druhną na naszym ślubie. Jesse był na tyle rozpoznawalny, że ogłoszenie jego kandydatury natychmiast zmieniło dynamikę wyścigu wyborczego i bardzo zagroziło Alice.

Ponieważ w dodatku termin wyborów uzupełniających do Kongresu ustalono na kilka tygodni przed ostateczną datą złożenia podpisów w wyborach do senatu stanowego, moja drużyna zaczęła się niepokoić.

- Lepiej dobrze się upewnij, czy Alice ci nie zagrozi, jeśli przegra z Jessem juniorem - powiedział Ron.

Pokręciłem głową.

- Przyrzekła mi, że nie wystartuje do senatu stanowego. Dała słowo. Powiedziała to publicznie. Wydrukowano jej wypowiedź w gazetach.

- Rozumiem, Barack. Ale możesz się po prostu jeszcze raz upewnić?

Zadzwoniłem więc do Alice i znów otrzymałem jej zapewnienie, że niezależnie od wyników jej wyścigu do Kongresu zamierza na dobre wycofać się z polityki stanowej.

Lecz kiedy Jesse jr ze sporą przewagą wygrał wybory uzupełniające, a Alice zajęła odległe trzecie miejsce, coś się zmieniło. W lokalnej prasie zaczęły się pojawiać artykuły zapowiadające "ekspresową kampanię Alice Palmer". Kilku wspierających ją od dawna ludzi poprosiło mnie o spotkanie i doradziło, bym się wycofał. Stan nie może sobie pozwolić na stratę kogoś tak doświadczonego jak Alice, twierdzili. Zachowaj cierpliwość - twój czas nadejdzie. Ja jednak obstawałem przy swoim - miałem przecież grono wolontariuszy i sponsorów, którzy sporo już zainwestowali w moją kampanię. Popierałem Alice, nawet gdy Jesse jr włączył się do wyścigu. Lecz to nikogo nie przekonało. Kiedy umówiłem się na rozmowę z Alice, było już jasne, jak się mają sprawy. Kilka dni później zwołała konferencję prasową w Springfield i ogłosiła, że w ostatnim momencie złożyła wymagane podpisy, ponieważ zamierza odzyskać swoje stanowisko w senacie stanowym.

- A nie mówiłam? - powiedziała Carol, zaciągając się papierosem i wydmuchując smugę dymu pod sufit.

Poczułem się rozczarowany i zdradzony, ale uznałem, że nie wszystko stracone. Przez minionych kilka miesięcy stworzyliśmy sprawną maszynę organizacyjną i prawie wszyscy politycy, którzy mnie dotąd poparli, zapewnili, że jest to poparcie długofalowe. Ron i Carol byli mniej optymistyczni.

- Trudno mi to mówić, szefie - powiedziała Carol - ale większość ludzi nadal nie wie, kim jesteś. Fakt, o niej mają tak samo marne pojęcie, ale - bez obrazy - "Alice Palmer" dużo lepiej wygląda na liście niż "Barack Obama".

Rozumiałem te argumenty, ale odparłem, że choć sporo VIP-ów w Chicago nagle zaczęło mnie namawiać do zakończenia kampanii, my i tak damy radę. I pewnego popołudnia Ron i Carol przyszli do mojego domu pozbawieni tchu, jakby właśnie wygrali na loterii.

- Podpisy zebrane przez Alice są koszmarne - powiedział Ron. - Nigdy nie widziałem czegoś tak kiepskiego. Te wszystkie cwaniaki, które chciały cię wyrzucić z wyścigu, same odwaliły robotę byle jak. Przez taką wpadkę może zostać wykreślona z list.

Przejrzałem arkusze z podpisami opracowane wstępnie przez wolontariuszy mojej kampanii. Faktycznie, mnóstwo podpisów dostarczonych przez Alice było wadliwych. Figurowali tam ludzie spoza okręgu, wiele razy powtarzały się podpisy wykonane tą samą ręką, ale z innymi adresami. Podrapałem się w głowę.

- Słuchajcie, sam nie wiem...

- Czego nie wiesz?

- Nie wiem, czy chcę wygrać takimi metodami. Jasne, jestem wkurzony, ale zasady przyjmowania kandydatów i tak są bez sensu. Wolałbym ją pokonać w uczciwej walce.

Carol odchyliła się na krześle, zaciskając szczęki.

- Ta kobieta dała ci słowo, Barack! - powiedziała. - I to dlatego harujemy tu jak woły. A teraz, kiedy chce cię wydymać, ale nawet nie potrafi się do tego porządnie zabrać, ty zamierzasz puścić jej to płazem? Sądzisz, że oni nie wykorzystaliby takiej samej szansy przeciw tobie w mgnieniu oka? - Pokręciła głową. - Barack, jesteś dobry facet. Dlatego w ciebie wierzymy. Ale jak jej teraz odpuścisz, możesz równie dobrze wrócić na uniwerek i do innych takich rzeczy, bo polityka nie jest dla ciebie. Zjedzą cię na śniadanie i nic nikomu nie pomożesz.

Popatrzyłem na Rona, który przyznał cicho:

- Carol ma rację.

Odchyliłem się na krześle i zapaliłem papierosa. Czułem się jak zawieszony w czasie. Próbowałem odszyfrować podszepty własnej intuicji. Jak bardzo mi zależy? Przypomniałem sobie, ile - jak sądziłem - będę mógł zdziałać na urzędzie i jak ciężko obiecywałem sobie pracować, jeśli wygram.

- Okej - powiedziałem w końcu.

- Okej! - zawołała Carol, znów przywołując uśmiech. Ron zebrał papiery i włożył je do torby.

Wybory toczyły się jeszcze parę miesięcy, lecz podejmując tamtą decyzję, de facto wygrałem. Złożyliśmy skargę do komisji wyborczej i kiedy stało się jasne, że zostanie rozpatrzona pozytywnie, Alice wycofała się z wyścigu. Bez przeciwnika z Partii Demokratycznej i z bardzo słabą opozycją po stronie Republikanów[7] wkroczyłem na ścieżkę prowadzącą do senatu stanowego.

Moja idea uprawiania polityki w bardziej szlachetny sposób musiała poczekać.

Myślę, że z tamtej pierwszej kampanii wyciągnąłem kilka ważnych lekcji. Nauczyłem się szanować mechanizmy wewnętrzne polityki oraz przywiązywać wagę do szczegółów i dowiedziałem się, że codzienna mozolna harówka może być czynnikiem, który przechyli szalę zwycięstwa. Potwierdziłem także przypuszczenia na własny temat: lubiłem grać fair, ale jeszcze bardziej nie lubiłem przegrywać.

Jednak najważniejsza lekcja, którą odebrałem, nie miała nic wspólnego z działaniami kampanii czy brutalną grą polityczną. Pewnego dnia na początku listopada, na długo przedtem, nim poznałem wynik wyborów, odebrałem telefon od Mai.

- Z nią jest źle, Bar - powiedziała.

- Bardzo źle?

- Myślę, że powinieneś przyjechać już teraz.

Wiedziałem, że stan mojej matki się pogarsza. Rozmawiałem z nią kilka dni wcześniej i gdy po jej głosie poznałem, że coraz bardziej cierpi i się poddaje, zarezerwowałem bilet na Hawaje na przyszły tydzień.

- Może rozmawiać? - spytałem teraz Mayę.

- Nie bardzo. Na zmianę traci i odzyskuje przytomność.

Rozłączyłem się, po czym zadzwoniłem do linii lotniczych, by przebukować lot na następny ranek. Powiadomiłem Carol, by odwołała kilka wydarzeń kampanijnych, i uzgodniłem, co należy zrobić pod moją nieobecność. Kilka godzin później Maya zadzwoniła ponownie.

- Przykro mi. Mama odeszła.

Nie odzyskała już przytomności. Maya siedziała przy łóżku i czytała jej na głos ludowe bajki, kiedy mama odchodziła.

Urządziliśmy ceremonię pożegnalną w japońskim ogrodzie Ośrodka Wschodu i Zachodu na Uniwersytecie Hawajskim. W dzieciństwie chodziłem tam z mamą, ona siedziała i patrzyła, jak turlam się w trawie, skaczę po kamiennych stopniach i łapię kijanki w strumieniu. Później wraz z Mayą pojechaliśmy na punkt widokowy na cyplu Koko Head i rozsypaliśmy prochy matki nad morzem, słysząc huk fal bijących o skalisty brzeg. Pomyślałem, że moja matka i siostra siedziały razem w szpitalnej sali, a mnie brakowało, bo byłem zbyt zajęty swoim wyścigiem. Wiedziałem, że tamtych chwil nikt i nic mi nie zwróci. Poza żalem poczułem głęboki wstyd.

 

[...]

PRZYPISY
[1] W polskim wydaniu nie udało nam się ich jednak uniknąć - nie jest ich wiele, objaśniają specyficzne amerykańskie realia, dla wygody czytelnika zostały umieszczone u dołu strony i wszystkie pochodzą od tłumacza.
[2] Eagle Scout - najwyższe odznaczenie w amerykańskim ruchu skautowskim.
[3] Program rządowy rozpoczęty w Stanach w latach sześćdziesiątych XX wieku w celu ułatwienia osobom pochodzącym z mniejszości etnicznych (później także kobietom) dostępu do edukacji i pracy m.in. przez obniżanie kryteriów na egzaminach wstępnych lub rezerwowanie stałej liczby miejsc dla osób z grup defaworyzowanych.
[4] Pierwsza poprawka do Konstytucji Stanów Zjednoczonych, uchwalona w 1789 roku, zakazuje ograniczania wolności słowa, prasy, religii i zgromadzeń.
[5] W większości stanów przed wyborami na szczeblu stanowym i federalnym wyborcy muszą się zarejestrować w urzędzie na dwa do czterech tygodni przed wyborami, co prowadzi do obniżenia frekwencji wśród osób z grup defaworyzowanych. Dopiero od 1993 roku istnieje wiele ułatwień związanych z rejestracją, w tym w niektórych stanach możliwość rejestracji w chwili głosowania lub przez internet.
[6] Jesse Jackson (ur. 1941) - działacz i sławny lider ruchu praw obywatelskich, pastor baptystyczny. W 1984 i 1988 roku, jako drugi po Shirley Chisholm Afroamerykanin w historii Stanów, ubiegał się o nominację partyjną Demokratów w wyborach prezydenckich. John Lewis (1940-2020) - ważny lider ruchu praw obywatelskich, prezes Studenckiego Komitetu Walki bez Użycia Przemocy (SNCC) w czasie Marszu na Waszyngton, członek Izby Reprezentantów z ramienia Demokratów przez 17 kadencji od 1986 roku. Andrew Young (ur. 1932) - aktywista obywatelski, pastor, kongresmen, ambasador przy ONZ, burmistrz Atlanty. Julian Bond (1940-2015) - lider ruchu praw obywatelskich, współtwórca SNCC i Southern Poverty Law Center, dyrektor NAACP (1998-2008), polityk z Georgii i pisarz.
[7] Pisownia słów "republikanie" i "demokraci" może się różnić na przestrzeni książki - a nawet jednego jej akapitu - w zależności od kontekstu. Czytelnikowi należy się zatem wyjaśnienie. Gdy mowa jest o partii politycznej, wówczas język polski wymaga postawienia wielkiej litery. Gdy natomiast chodzi o członków tej organizacji - stosujemy pisownię małą literą.

Tytuł oryginału: A Promised Land

 

Redakcja: Paweł Sajewicz

Korekta: Teresa Kruszona, Agata Nastula

Przygotowanie indeksu: Jakub Szymczak

Projekt graficzny okładki: Christopher Brand

Zdjęcie na okładce: Pari Dukovic

Opracowanie graficzne: ProDesGraf

Redaktor prowadząca: Magdalena Kosińska

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? 2021 by Barack Obama

This translation published by arrangement with the Crown Publishing Group, a division of Penguin Random House LLC.

? copyright by Agora SA 2021

? copyright for Polish translation by Dariusz Żukowski 2021

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2021

 

ISBN: 978-83-268-3413-4

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej