Ziemia niczyja - Jan Waletow

-
Proszę czekać

Copyright ? Jan Waletow Copyright ? by Fabryka Słów sp. z o.o., lublin 2016 Copyright ? for translation by Ewa Białołęcka, 2016

Tytuł oryginału: Ничья земля

Wydanie i

ISBN 978-83-7964-149-9

Wszelkie prawa zastrzeżone All rights reserved

Książka ani żadna jej część nie może być przedrukowywana ani w jakikolwiek inny sposób reprodukowana czy powielana mechanicznie, fotooptycznie, zapisywana elektronicznie lub magnetycznie, ani odczytywana w środkach publicznego przekazu bez pisemnej zgody wydawcy.

Projekt i adiustacja autorska wydania Eryk Górski, Robert Łakuta

Grafika na okładce GRAFIT LLC | www.grafitart.com

Projekt okładki black gear Paweł Zaręba

Redakcja Dorota Pacyńska

Korekta Agnieszka Pawlikowska

Skład oraz opracowanie okładki "Grafficon" Konrad Kućmiński

Skład wersji elektronicznej pan@drewnianyrower.com

Sprzedaż internetowa

Zamówienia hurtoweFirma Księgarska Olesiejuk sp. z o.o. sp.j. 05-850 Ożarów Mazowiecki, ul. Poznańska 91 tel./faks: 22 721 30 00 www.olesiejuk.pl, e-mail: hurt@olesiejuk.pl

WydawnictwoFabryka Słów sp. z o.o. 20-834 Lublin, ul. Irysowa 25a tel.: 81 524 08 88, faks: 81 524 08 91 www.fabrykaslow.com.pl e-mail: biuro@fabrykaslow.com.pl www.facebook.com/fabryka

Z wonią zeschłej trawy wyraźnie mieszał się zapach oleju napędowego. Jesienny las, trochę już wychłodzony porannymi przymrozkami, pozwalał oddzielić jeden zapach od drugiego. Latem byłoby to niemożliwe.

Michaił zamarł na kilka chwil i dał znak Milczkowi: nie ruszaj się. Dzieciak - rzeczywiście dzieciak, dopiero co skończył piętnaście lat - zareagował jak trzeba. Jego noga, już uniesiona do kolejnego kroku, zawisła w powietrzu i powoli, ostrożnie opuściła się na zwarty, brązowo-żółty dywan opadłych, mokrych liści. Żadnego chrzęstu, ani nawet szelestu.

Tak, dokładnie... Olej. Powiew wiatru spomiędzy osin przyniósł Michaiłowi trzeci zapach - woń śmierci. Cuchnęło spalenizną. Niedobrze. Jeszcze kilka sekund zastanawiał się, czy iść w stronę polanki, już widocznej na przedzie, czy jednak skręcić, obejść niebezpieczne miejsce. Jednak niemal natychmiast postanowił iść. Strasznie mu się nie chciało schodzić do wąwozu, ciągnącego się po lewej. Jar był głęboki, błotnisty i na pewno pełen niespodzianek. A z prawej obejść nie da.

Nasłuchiwał.

Nic. Tylko wiatr. Nawet kawki nie krzyczą.

Do miejsca randki w prostej linii było cztery kilometry. Najwyżej cztery i pół. Oczywiście mógłby sprawdzić na GPS-ie, ale nie chciał wyczerpać do końca baterii. W zapasie został już tylko jeden komplet, a trasę Michaił i tak znał jak własne pięć palców.

Milczek zamarł obok jak pies myśliwski, wystawiający zwierzynę. Spięty, nastroszony, gotów rzucić się naprzód na pierwsze słowo komendy. Dobry chłopak. Rzetelny. Ma wszelkie szanse, by przeżyć. Jeśli Bóg da, oczywiście. Na razie dawał - a potem się zobaczy.

Michaił nawykowym ruchem poprawił paski plecaka, zdjął z ramienia automat i gestem wskazał kierunek. Biegiem przecięli parów, wspięli się na pagórek i zalegli w rzadkiej leszczynie, otaczającej skraj lasku niczym palisada.

Węch, czy raczej instynkt, Michaiła nie zawiódł.

Wczorajszego wieczora było tutaj gorąco.

Jeden BWP[1] stał, zadzierając ku niebu tępą mordę i opierając się na rufie - przednie koła zawisły w powietrzu. Drugi prawie zdążył dotrzeć do lasu, zabrakło mu dwudziestu metrów. Przewalił się przez niewielki wzgórek i zarobił rakietą w silnik. Po żółtej trawie atramentowoczarnymi plamami rozlewały się ślady spalonego paliwa.

Ze swego miejsca Michaił doskonale widział cztery ciała.

Pierwszy nieboszczyk leżał całkiem niedaleko - trzydzieści, może trzydzieści pięć metrów - ukazując sfatygowane podeszwy wojskowych butów. Obok poniewierał się automat. Kolbę widać było obok łokcia leżącego. Nawet po śmierci nie wypuścił rzemienia AK.

Znaczy nie wykończyła ich piechota, pomyślał Michaił. Inaczej zabraliby sprzęt.

Konfederatom był cholernie potrzebny, a oenzetowcy mieli rozkaz, żeby nie zostawiać niczego na polu walki i nie zbroić w ten sposób konfederatów ani nielegalnych oddziałów w "niczejce". Śmigłowce?

Wyciągnął lornetkę i po kilku sekundach upewnił się, że miał rację. Wężowate ślady były widoczne i bez szkieł, jeśli wiedzieć, czego i gdzie szukać.

Dwa ciężkie, opancerzone pojazdy, skręciwszy z drogi, pędziły po otwartej przestrzeni zygzakami, próbując dopaść lasu. W trakcie ostrzeliwały atakujące na minimalnym pułapie helikoptery. Jednak na próżno.

Michaił wyobraził sobie moment ataku - hałas diesli, świst turbin, monotonne mlaskanie śmigieł chopperów[2], trzask serii z automatów i zlewający się w jednolity ryk głos sześciolufowych gatlingów[3]. A potem powietrze przecięły rakiety.

Rozbiegających się rozstrzeliwano beztrosko z cekaemów. Rozganiając łopatami wirników zimne powietrze i pył wodny, chłopcy powisieli dla pewności z pięć minut nad kopcącymi czarnym, tłustym dymem pancerkami, a potem odlecieli ku rzece - zadowoleni z przeprowadzonej operacji. Pić piwo, posuwać dziewczyny i cieszyć się życiem. Zwyczajna operacja bojowa w pasie "niczejki". W "strefie buforowej". W "kwarantannie". W "strefie separacyjnej". Zależy, kto ją nazywał. I w jakim celu.

Konfederaci woleli neutralno-wstydliwą "kwarantannę". W ONZ bez skrępowania nazywano ten szeroki prawie na sto i długi na siedemset kilometrów pas, ciągnący się od Kijowa do Odessy, "strefą buforową". Rosjanie mówili "neutralka", "zielonka"[4] albo "ziemia niczyja".

To pierwszego roku po Potopie dziennikarze wymyślali piękne nazwy, takie jak "strefa śmierci", "piekielna kuchnia" albo coś jeszcze bardziej wydumanego. A potem...

Ludzie przywykną do każdej nowości. Przyzwyczaili się i do tej. Chociaż Michaił nie wyobrażał sobie, jak można przywyknąć do tego, że w miejscu miast i wsi rozciąga się teraz cmentarz.

Nikt nie wiedział, ilu ludzi zginęło w czasie Potopu. W każdym razie piętnaście milionów, jak oznajmił ONZ, czy siedemnaście milionów ludzi, jak twierdzili niektórzy specjaliści - to liczby jednakowo przerażające. Początkowo próbowano policzyć zmarłych, lecz nic z tego nie wyszło, a kiedy zaczęły się wydarzenia kluczowe, nikt nie miał już do tego głowy.

Strefa Wspólnych Wpływów, też wymyślili! Kiedy dwa miesiące po katastrofie przestano przyjmować uchodźców, za to zaczęto rozciągać druty kolczaste i ustanawiać rogatki na wschodzie, nikt właściwie nie mógł się zorientować, o co chodzi. Komunikacja nie działała - sieci, telewizji i radia nikt nie naprawiał. Wojsko miało swoje, a pozostali, szczerze mówiąc, mieli inne problemy. Upał był straszliwy, a gnijące trupy zwierząt i ludzi leżały dosłownie wszędzie. Skażenie radioaktywne od sześciu bloków Zaporoskiej Elektrowni Atomowej, chemiczne z zakładów chemicznych i metalurgicznych, wybuchy epidemii dżumy i cholery - słowem, kłopotów nie brakowało. A tu jeszcze konfederaci ze swoją rachityczną tezą, że sam Bóg podzielił Ukrainę na lewobrzeżną i prawobrzeżną, lwowski pucz ounowców, kryzys więzienny...

Wzdłuż ropo- i gazociągów murem stały wojska rosyjskie - jaka tam społeczność międzynarodowa i jej bezużyteczne poglądy, kiedy mowa o własnych interesach? A i ta społeczność jakoś niezbyt mocno protestowała, najwyżej najbardziej zajadłe praworządne organizacje - rosyjskie zasoby szły do Europy, a jak wiadomo bliższa koszula ciału. Tym bardziej że wschodnie tereny ogłosiły powstanie niezawisłej republiki i błyskawicznie przyłączyły się do Rosji, wchodząc w skład Federacji jak jeden mąż.

To były czasy, nie ma co, Michaił niewesoło uśmiechnął się pod wąsem. Do tej pory pamiętał te straszne dni bezprawia i recesji. Recesja się skończyła, a bezprawie...

Bezprawie pozostało po dziś dzień, hulając na całego w Strefie Wspólnych Wpływów dwanaście lat po Potopie. Wszyscy przywykli. Nikogo nie obchodziło, co się dzieje w Kwarantannie - byle tylko nie wiał stamtąd wiatr i nie szły deszcze, przynoszące radioaktywną wodę lub kwas. I żeby nie leźli przez druty i pola minowe aborygeni - pokryci wrzodami, zaraźliwi i niebezpieczni. Potem, po cichutku, zaczęto tutaj wyrzucać swoje "ludzkie odpady", ze wschodu i zachodu - bardzo wygodnie było pozbywać się opozycjonistów i zwykłych przestępców takim tanim sposobem. Tak Kwarantanna stała się tym, czym jest obecnie. Ziemią niczyją, gdzie panuje tylko jedno prawo - prawo siły. A żyjący tutaj mają też tylko jeden cel - przeżyć.

Tym, których właśnie oglądał przez lornetkę Michaił Siergiejew, przeżyć się nie udało. Trudno przeżyć na otwartej przestrzeni, kiedy atakują cię pancerne cielska bojowych śmigłowców. Takie operacje nazywają oczyszczaniem Strefy Wspólnych Wpływów z nielegalnych bandyckich formacji. Na Boga, jakby bandyckie formacje bywały legalne! Faktycznie zaś "czyścili" wszystko, co im wpadło w rękę. Nikt nie chciał ryzykować, a i zawsze to jakaś rozrywka w nudnej służbie pogranicznej. Co by nie mówić, bezkarność deprawuje. Granice, szczególnie przez ostatnie dwa lata, chronione były marnie, bez względu na obfitość elektronicznych systemów. Siergiejew, który minimum raz na dwa miesiące nielegalnie przekraczał to wschodnią, to zachodnią granicę, wiedział o tym na pewno. Za to strzelać do ruchomych celów miejscowy kontyngent nauczył się nienagannie.

Kto "dokazywał" tutaj wczoraj, można było się tylko domyślać. BWP nie miały oznaczeń. Ostrzelać je mogli i żołnierze ONZ, i Rosjanie, i konfederaci. Michaił mógł wymienić jeszcze minimum dziesięciu winowajców, ale na początek musieli gdzieś zdobyć śmigłowce.

Michaił był daleki od tego, by żałować poległych - nie wyglądali na niewinne owieczki. Najpewniej należeli do bandy atamana Supruna. Hulał tu już trzy lata - trzeba przyznać, że z rozmachem i mołojecką brawurą. Przelewał krew, żerował na składach wojskowych, wieszał maruderów i filozofował, istny Bat'ka Machno. Nie dalej jak parę tygodni temu właśnie jego chłopcy opadli Siergiejewa i Milczka w Krzemieńczuku - gęsto i umiejętnie. Jednak nie wiedzieli, na kogo się narwali. I tam też padli, cała piątka. Zdaje się, że taką grupkę na swobodnym wylocie nazywają "tabunem". A piąty, jak się okazało, sam "pan tabunowy", długo opowiadał o wszystkim, co tylko wiedział i nie wiedział, z przerażeniem patrząc na spokojną twarz Milczka, siedzącego przed nim w kucki. I słusznie się bał. Milczek miał z nim swoje porachunki. Jakie - Milczek nie mówił. On w ogóle niczego nie mówił. Słyszeć - słyszał, i to nieźle, jak nietoperz. A mówić - nie mówił. Nigdy.

Z początku Michaił sądził, że chłopak po prostu nie chce. Były takie sekty na północy, gdzie składano śluby milczenia, a naruszającym przyrzeczenie odcinano język, ku przestrodze innym. Jednak Milczek język miał na swoim miejscu, na fanatyka wychowanego przez Cerkiew lub Kapiszcze nie wyglądał, a mówić jednak nie chciał.

Przez ostatnie pół roku Siergiejew przyzwyczaił się do chłopaka jak do rodzonego, przywiązał się i miał nadzieję, że Milczek odpłaca tym samym. Tym bardziej że było za co - gdyby Siergiejew nie zdążył w porę, po dzieciaku już by i śladu nie było. Niezłe to było trzęsawisko, choć na oko wyglądało na zwykłą kałużę gdzieś na peryferiach Boryspola.

Milczka zagnała tam zgraja zdziczałych psów. Stały się prawdziwym nieszczęściem dla podróżnych wędrujących w pojedynkę albo w niewielkich grupkach. Psy zupełnie nie bały się ludzi, a krwiożerczością nie ustępowały wilkom. Za to rozumem, sprytem i liczebnością wielokrotnie je przewyższały.

Przechodząc obok zrujnowanej cerkwi z jedyną ocalałą kopułą, sterczącą nad na wpół rozwalonymi murami niczym nadgniła cebula, Siergiejew usłyszał strzały. Ktoś strzelał - oszczędnie, pojedynczymi lub krótkimi seriami. Potem strzelec wypruł długą, na pół magazynka, i ucichł. Doświadczenie to dziecko grubych błędów i mówiło ono Siergiejewowi o tym, że lepiej nie leźć tam, gdzie strzelają. Jednak doświadczenie doświadczeniem, a nogi same zaniosły Michaiła ścieżką między dwoma zniszczonymi magazynami, najeżonymi pordzewiałą armaturą. Gdzieś tam był człowiek i najwyraźniej miał kłopoty.

Potem usłyszał wizg psów. A nawet nie wizg, tylko skowyt i warkot wielu głosów. Przed nim było stado, i to, sądząc z odgłosów, niemałe. Rozsądniej byłoby się zatrzymać, nie leźć w nieznane, poprzez zarośla ambrozji, dwukrotnie przewyższające Siergiejewa wzrostem, i zakurzone łopuchy. Stado to stado. Kolektywny umysł - krwiożerczy, bezlitosny i dobrze zorganizowany. Psi specnaz w mundurach ze skołtunionej sierści. Automat przeciwko nim to nie najlepszy sposób obrony. Na takie przypadki Siergiejew miał obrzyn strzelby myśliwskiej - wysłużonej tulskiej "wertykałki", nabitej grubym śrutem. Straszliwa broń na bliskie dystanse, którą Siergiejew taszczył w samorobnej kaburze na lewym boku już trzy lata z hakiem, po tym, jak w opuszczonej wsi mało nie zagryźli go tacy "komandosi", kiedy już podchodził do najeżonej kolczastym drutem granicy. Została mu na pamiątkę blizna po szarpanej ranie na udzie i długa blada szrama na przedramieniu - tam gdzie rozerwały skórę kły przywódcy sfory, zdziczałego rottweilera. Strach też pozostał.

Za łopuchami była wolna przestrzeń, dalej ciągnęła się dawna boczna droga, teraz przypominająca zaśmiecone łożysko na wpół wyschłej rzeki, zarośnięte po brzegach soczystą, krzepką osiną. To, co Michaił tam zobaczył, nie było żadną niespodzianką.

Stado liczyło jakieś dwadzieścia głów i właśnie pożerało swoich rannych. Siergiejew na razie nie dostrzegł strzelca, ale strzelać on umiał. Psy, warcząc i gryząc się między sobą, rozrywały ogromnego, wciąż jeszcze żywego doga - prawdziwego herosa stalowej maści. Dog próbował się podnieść, jednak padał na nowo, ranny i poszarpany kłami byłych towarzyszy. Upadał niezgrabnie, na bok, jak zagnany koń, przygniatając stukilogramową tuszą drobne kundle, wiszące na nim gronami, i zaraz znów próbował wstać z uporem nakręcanej zabawki. Jednak w jego łapę już wgryzł się niedźwiedziowaty kaukaz, napierający szeroką piersią i potrząsający zapalczywie masywnym krągłym łbem, a brzuch rwało kilka psów średnich rozmiarów. Dog wył, przeciągle i żałobnie, ze śmiertelną tęsknotą, a w jego gardle bulgotała krew.

Sądząc z krwawych strzępów, dog nie był pierwszą ofiarą. Wprost na Siergiejewa, wlokąc za sobą przestrzelone łapy po gliniastej, rudej ziemi, pełzł niewiarygodnie brudny spaniel, były domowy pupil. Ślepia miał wybałuszone ze strachu - nie tylko domyślał się, on już wiedział, co go czeka w ciągu najbliższych kilku minut. Nie miał żadnych szans.

Siergiejew rozejrzał się, jednak nie dostrzegł strzelającego, czyli ten najwidoczniej zdążył uciec albo schować się w jakimś stosunkowo bezpiecznym miejscu. O właśnie, jakieś trzydzieści czy czterdzieści metrów dalej rósł wielki obeschnięty kasztan - całkiem niezłe schronienie, jeśli tylko zdąży się tam dobiec. Po prawej stronie od Michaiła stał do połowy zanurzony w gruncie, przerdzewiały i podziurawiony mikrobus, przypominający metalowy szkielet, który też mógłby od biedy się nadać, lecz było tam ewidentnie pusto. I dopiero kiedy Siergiejew zbliżył się do zrujnowanej ściany, która ostatecznie straciła pierwotny ceglany kolor pod grubą warstwą mchu i śliskiej pleśni, zauważył pośrodku drogi lśniącą łysinę kałuży, otoczoną kawałkami zeschłego błota niczym stosami sucharów. W kałuży coś się poruszało. Z początku nie dotarło do niego, co to za stworzenie brzechta się w lepkiej niczym mazut brei - i raczej domyślił się, niż odgadł, że to nie pies, a człowiek, pogrążony w trzęsawisku po czubek głowy. Człowiek, tkwiący w podstępnej pułapce, tak zwanym "bąblu", przy którym każde błoto zdawało się nieszkodliwe.

"Bąblami" ochrzczono erozyjne dziury w gruncie, wypełnione rzadkim błotem o konsystencji śmietany, pokryte z wierzchu podeschniętą skorupą - niepewną i zdradziecką, pękającą niespodzianie, bez ostrzegawczego potrzaskiwania. Zwykle takie otwory były głębokie - pod nimi wolno płynęły lodowate podziemne rzeki, obojętnie przyjmujące w swe nurty ciała ludzi lub zwierząt, które trafiły do borowinowych worków. Zwłoki ofiary dzień lub dwa pogrążały się w ziemnej paście, by wpaść potem do głębinowego potoku, a tam już miał się kto zająć podgniłym mięsem. Liczba takich pułapek wzrastała. O ile wcześniej trafiały się tylko na obszarach zalewowych rzek i tam, gdzie w czasie Potopu wody torowały sobie drogę w głąb kraju, to w ostatnich latach do "bąbla" można było wpaść nawet na wcześniej bezpiecznych terenach.

Łebski, drapiąc pokrytą swędzącymi szramami popromiennych oparzeń głowę, rozkładał ręce i ględził coś o osiadaniu gruntów, płynnej kredzie w rejonach koryt rzecznych i redystrybucji wodnych horyzontów. Nikt go jednak nie słuchał. W poprzednim życiu Łebski był profesorem geologii, a obecnie naciągaczem, drobnym złodziejaszkiem i narkomanem. Jak również kaleką - jednym z tych, którzy uszli z życiem z radioaktywnej strefy po wybuchu Zaporoskiej EA, a takich było niewielu, bardzo niewielu. Jednakowoż nawet ta unikalna zdolność przeżycia (a Siergiejew był przekonany, że to coś na poziomie genetycznym) autorytetu profesorowi nie dodawała. Nikt nie słuchał pomylonego starca, pokrytego czyrakami i wrzodami, bełkocącego na haju diabli wiedzą co. Starzec był nieco po pięćdziesiątce, zaś samemu Siergiejewowi za kilka lat miał stuknąć piąty krzyżyk i za starego się nie uważał. Sęk raczej w tym, że nikogo nie interesowało naukowe wyjaśnienie natury "bąbli". W żaden sposób nie mogło pomóc przeżyć temu, kto tam wpadł.

I to stworzenie, ginące na oczach Siergiejewa w połyskującej brei, miało głęboko w tyle to, że wpadło do komina krasowego, wypełnionego gliniano-kredową suspensją. Sam Michaił też miał to gdzieś. Tym bardziej że nie miał czasu na rozmyślania. Pozostała minuta, może półtorej, nie więcej. Zdecydowanym ruchem rozpiął pas plecaka ze stelażem i ostrożnie opuścił go na ziemię, wyślizgując się z szelek. No to jazda...

Siergiejew chwycił automat lewą ręką, w prawą złapał ciężki obrzyn i szybkim krokiem wyszedł z zarośli łopucha, przeskakując nad oszalałym z bólu spanielem. Dziesięć metrów, trzy sekundy, zanim psy zareagują. Zmieścić się trzeba w dwóch, żeby nie pozwolić im się rozbiec.

Nie zwalniając kroku, podniósł obrzyn i wystrzelił w kosmaty kłąb z jednej lufy. Nabój był wypełniony ciężkim miedziowanym śrutem i zalał psy śmiercionośnym deszczem, kładąc trzy na miejscu, a całą resztę raniąc, łącznie z kaukazem. Jakaś śrucina trafiła w oko doga, skracając jego męki, i Siergiejewowi zdążyło przemknąć przez myśl, że biednemu zwierzakowi się poszczęściło, jak nigdy w ostatnich latach.

Jednak ranny kaukaz pokazał, że jest prawdziwym przywódcą stada. Michaił nigdy nie widział, żeby sto kilo żywej wagi - mięśnie, kości, sierść i ani grama niepotrzebnego tłuszczu - wzlatywało w powietrze, obracając się o sto osiemdziesiąt stopni z gracją kota, spadającego na cztery łapy. Na sekundę spojrzenie Michaiła spotkało się ze spojrzeniem skaczącego psa. Kaukaz miał ślepia jak wampir z horroru: czarne, gładkie jak hiszpańskie oliwki, otoczone czerwonymi nabrzmiałymi powiekami. Nie warczał i nie szczekał. Chciał zabić - w rozwartej paszczy, zalanej krwią rozszarpanego doga, sterczały purpurowe kły.

Uchylając się przed wielkim cielskiem, Siergiejew zrobił niezgrabne pas i z półobrotu władował drugi nabój w kosmaty szaro-czarny bok, usiany dziesiątkami rzepów. Wystrzał niemal rozerwał kaukaza na pół, wypełniając powietrze obrzydliwym smrodem krwi i zawartości psiego żołądka. Jednak Michaił nie miał czasu triumfować. Pozostałe przy życiu psy po śmierci przywódcy nie uciekły, lecz rzuciły się do ataku ze straceńczą odwagą kamikadze.

Dwa rosłe kundle Siergiejew skosił krótką serią, ale na tym sukcesy się skończyły. Jakiś nieduży psiak, podobny do przerośniętego bolończyka, z rozpędu uderzył go z tyłu pod kolana. Michaił stracił równowagę i upadł, chwytając automat drugą ręką, jednocześnie modląc się w duchu, żeby nie nadziać się plecami na jakiś sterczący odłamek żelastwa lub jeszcze gorzej. Jednak ręce nadal miał swobodne, by osłonić gardło przed następnym "najlepszym przyjacielem człowieka". Gwałtownie wysunął automat na spotkanie skaczącego psa. Uderzenie trafiło prosto w wyszczerzoną mordę - trzasnęły zęby, a przeciwnik niczym kręgiel poleciał na bok, ogłuszony i rozbrojony.

Siergiejew próbował wstać, sycząc z bólu w potłuczonych plecach - i ku własnemu zdumieniu dał radę. Strzelił do rudej suki z podkulonym ogonem, która odskoczyła od niego, lecz spudłował i ostro obrócił się dokoła własnej osi, szukając wzrokiem następnego celu. Tupiąc krótkimi, mocnymi łapami po zeschłej glinie, niczym koń wyścigowy galopował na niego rozwścieczony szkocki terier - nieustraszona czarna kula kudłów. Za nim ustawił się skundlony bolończyk. Ostatni ze stada. Wystraszona ruda suka wycofywała się, przysiadając na zadnich nogach. Jej już można było nie liczyć.

Siergiejew ugiął nieco kolana, wystawiając lufę przed siebie, i kiedy terier skoczył na jego pierś, nacisnął spust. Kula trafiła psa w łeb. Wziął na cel niby-bolończyka i znów strzelił, dwa razy.

To wszystko trwało nie dłużej niż minutę. Michaił rzucił okiem na powierzchnię "bąbla" i skoczył do swego plecaka, na którym wisiał zwój linki alpinistycznej, pojmując, że ta minuta może okazać się fatalna. Na gładkiej glinie z trudem można było dostrzec lekkie poruszenie, zapewne oznaka ostatniej próby umierającego, by nabrać haust powietrza. Jak mógł najszybciej, Siergiejew omotał koniec liny dokoła ramy okna rozbitego mikrobusu i pobiegł z powrotem, rozwijając ją po drodze. Żeby tylko była wystarczająco długa! Michaił zdążył zrobić pętlę wokół pasa, cisnął automat przy brzegu trzęsawiska i skoczył, rozpłaszczając się na śliskiej powierzchni błota. Prawie doleciał do celu, plaskając brzuchem w śmierdzącą zgnilizną masę, przejechał po niej, czując, jak maź dostaje się pod ubranie, obrzydliwie klei się do ciała. Zaczął grzebać obiema rękami w tym miejscu, gdzie kilka sekund wcześniej widział nieznaczne poruszenie.

Tamten człowiek nie zdążył się pogrążyć głęboko - prawie natychmiast Siergiejew namacał pozlepiane błotem włosy i bez ceremonii wczepił się w nie kurczowo, starając się wyciągnąć głowę tonącego na powierzchnię. Kosmyki prześlizgiwały się między palcami niczym robaki. Michaił z wysiłkiem zanurzył drugie ramię, zadzierając jak najwyżej podbródek, by nie napić się błota, namacał kołnierz i szarpnięciem wyrwał twarz tonącego nad powierzchnię. Przy tym sam zaczął się zanurzać. Z wysiłku rozbolał go grzbiet i dopiero co stłuczona kość ogonowa. Tyle dobrego, że ów człowiek nie zadławił się jeszcze ostatecznie. Z jego zatkanych nozdrzy wyleciały błotniste kiełbaski, otworzył usta - czerwoną wyrwę w jednolitej glinianej masce.

- Nie drzyj się i nie szarp - wysapał Siergiejew. - Na moją komendę spróbujesz wypłynąć. Rozumiesz?

Tamten nic nie powiedział, tylko otwierał usta, jakby w niemym krzyku, i wykrztuszał błoto.

Nie wypuszczając z rąk jego kołnierza, Siergiejew spróbował się odwrócić. Błocko zacmokało, ale puściło. Szybko przebierając nogami, obrócił korpus o sto osiemdziesiąt stopni i zamarł. Teraz należało zacząć wybierać linę, kierując się na brzeg "bąbla".

- Spróbuj oswobodzić jedną rękę - powiedział Michaił, czując, jak ciało tamtego zaczyna ponownie osuwać się w głąb. - Ostrożnie, podnieś jedną rękę i przesuń ją do góry, bliżej tułowia.

Tamten poruszył się, próbując wypełnić polecenie.

- Tylko nie ruszaj nogami. Zassie cię jeszcze bardziej. Ostrożnie.

Michaił kilkoma mocnymi szarpnięciami za kołnierz spróbował pomóc tonącemu wydostać się, lecz sam przez to pogrążył się na parę centymetrów i znów się obrócił, nie pozwalając "bąblowi" zacisnąć lepkiej paszczy.

Po trzeciej próbie na powierzchni ukazała się dłoń, za którą Siergiejew natychmiast chwycił kurczowo - i osłupiał. Dłoń nie była męska. Kobieca lub nawet dziecięca - zbyt cienkie palce. Zresztą nie pora na takie rozmyślania!

- Za szyję. Łap mnie za szyję - nakazał Siergiejew.

Ofiara "bąbla" zastosowała się do polecenia tak gorliwie, że Michaił stracił oddech.

- Nie tak mocno! - wychrypiał. - Nie duś mnie!

Chwyt osłabł. Teraz należało zacząć przesuwać się w stronę brzegu. Siergiejew pociągnął za linkę, lecz nie ruszył się z miejsca, tylko jego tyłek zatonął w błocie, niczym rufa storpedowanego liniowca. Ten, czy może ta, kogo Siergiejew postanowił uratować, mocno uwiązł w pułapce, mimowolnie budząc skojarzenia z bajką o rzepce. Tyle że bajkowych postaci w okolicy nie było widać. I chwała Bogu, bo postacie bywają tu różne, tak samo jak różne bywają bajeczki.

Czując się jak przerośnięty robal, Siergiejew prawie zrobił mostek, wygrywając kilka centymetrów, ale w porównaniu z dystansem dwóch metrów do twardej ziemi nie był to znaczący sukces. Sznur, łączący go z wyspą mikrobusu, naciągnął się jak struna. Michaiła bolały plecy i ciemniało mu w oczach, lecz rozumiał, że jeśli teraz się rozluźni, straci nawet tę nieznaczną przewagę. Tak więc ciągnął, aż trzeszczały stawy.

Błocko mdląco cuchnęło skisłym twarogiem i zgnilizną. Dzień nie był gorący - koniec kwietnia nie rozpieszczał wysoką temperaturą, a nocami panowały przymrozki, jednak Siergiejew spocił się jak mysz pod ubraniem i warstwą gliny. Z czoła lał się pot, kapiąc do oczu. Sznur wpijał się w ręce, a wyrwać się ze śmiercionośnych objęć "bąbla" nadal się nie udawało.

- Pomóż! - wystękał, nie poznając własnego głosu. - Ruszaj się! Jak wąż! Jakbyś pełzał! No dalej!

Michaił zdał sobie sprawę, że walczy już nie tylko o cudze życie, lecz także o własne. A jeśli już miał być szczery, bardziej o własne.

I w tej chwili bagno się poddało. Błocko zacmokało, Siergiejew gorączkowo przebierał rękami, podciągając ich obu z jedną tylko myślą: nie przestawać! Nie zatrzymywać się, wyskoczyć na brzeg, zanim nastąpi ten moment, kiedy ratownik i ofiara zaczną pogrążać się znowu i "bąbel" zewrze paszczękę. Patrzył na linkę, związującą ich z tym, co kiedyś, w przeszłym życiu było mikrobusem. Była napięta niczym cięciwa łuku. Z przerażeniem patrzył na węzeł, zawiązany w pośpiechu. Widział, jak zaczyna się skracać luźny koniec liny. Pojmował, jak niewiele zostało czasu do chwili, kiedy koniec sznura prześlizgnie się przez pętlę, wyrwie się na wolność z drugiej strony i niczym biało-czerwona żmija upadnie na strzępiastą, zakurzoną trawę. I to będzie koniec. Nawet jeśli do twardej ziemi pozostanie pół metra, nigdy do niej nie dotrą.

Szybciej. Jeszcze szybciej. Ciągnął tak, że prawie słyszał, jak rwą się włókienka mięśni w nadwyrężonych rękach. "Bąbel" nie rezygnował, starając się chwycić ich za nogi, przytrzymać w pasie, wessać swoim mokrym brązowym pyskiem i połknąć. Żeby tylko zdążyć! Wolny koniec liny schował się już w węźle. Siergiejew rzucił się naprzód, na popękany skraj wyrwy. Suche płaty gliny zachrzęściły pod ciężarem ludzkich ciał jak śnieg pod płozami sań. Z niskim, cichym dźwiękiem, podobnym do pomruku gitary basowej, węzeł puścił i linka chlasnęła ziemię.

Jednak "bąbel" pozostał z niczym. Już za późno. Siergiejew z uratowanym nieznajomym na plecach pełzł po twardej powierzchni, krzycząc bezgłośnie i łamiąc paznokcie o ziemię. Runął bez sił i prawie nieprzytomny dopiero wtedy, gdy między nim a pułapką było już prawie dwa metry. Jednak nawet upadając, poszukał wzrokiem miejsca, gdzie upuścił automat. Odruch. Jedno niebezpieczeństwo minęło, ale to nie znaczyło, że obok nie czai się następne. Jeszcze straszniejsze i nieuchronne.

Długo wtedy leżeli obok kałuży, na przedmieściach ludnego kiedyś Boryspola, między wysokimi chwastami i żałosnymi ruinami, które zachodzące słońce barwiło na kolor nabrzmiałych wrzodów.

Wówczas dokoła leżały trupy psów, a dzisiaj parędziesiąt metrów dalej leżały trupy ludzi. Jednak i tamtego dnia, i teraz dokoła cuchnęło śmiercią. I jakkolwiek bluźnierczo to zabrzmi - był to znajomy zapach. Aromat tych czasów. Najtrwalszy zapach w całej kolekcji zapachów ostatnich lat.

Podczas pierwszych miesięcy po Potopie woń rozkładu była tak silna, że wydawało się, iż cały świat składa się tylko z gnijących ciał ludzi i zwierząt. Oddziały pochówkowe - tak, początkowo były takie - zalewały rowy ze zwłokami roztworem chloru, ale nawet ten ostry chemiczny zapach nie mógł zagłuszyć słodkawego odoru rozkładu.

Siergiejew potrząsnął głową, starając się odegnać wspomnienia, i z ukosa popatrzył na Milczka. Ten wielkodusznie udał, że nie zauważył przeciągającej się pauzy.

Uważa mnie za staruszka, pomyślał Michaił. W jego oczach jestem stary jak Mojżesz. Jak Wielki Mur Chiński. Co ja sam myślałem jako piętnastolatek o tych, którzy zbliżali się do pięćdziesiątki? Że ludzie tak długo nie żyją.

Ponownie uniósł lornetkę do oczu i jeszcze raz starannie obejrzał okolicę, zwracając szczególną uwagę na oddalony las. Wzdłuż jego skraju ciągnęła się droga, z której skręciły wozy opancerzone. Jeśli gdzieś się czaiło niebezpieczeństwo, to właśnie tam. Lepszego miejsca na zasadzkę nie było. Siergiejew przeniósł spojrzenie na spalone maszyny i pomyślał, że jednak bywają w życiu jasne chwile. Amunicja, baterie, broń, konserwy i być może alkohol leżały tuż obok. Tylko iść i brać. Nikt nie rozgrabił jeszcze pola walki. Żadnego śladu ludzkiej obecności - a w każdym razie obecności żywych. Zaś z martwymi wszystko było w porządku. Leżeli sobie spokojnie i nigdzie się nie spieszyli.

- Idziemy do wozów - odezwał się Siergiejew cicho. - Ja pierwszy, ty drugi. Najpierw dalszy BWP. Ty nie wchodzisz. Będziesz mnie osłaniał i obszukasz tych dwóch z lewej. Naboje, zapałki, zapalniczki, baterie - wszystko, co znajdziesz. I jeśli są, to papiery. I buty... Buty ci są potrzebne.

Spojrzał przez ramię na swoje nogi, obute w nie pierwszej już młodości desantówki, obliczył, kiedy wrócą do schronu, który już przyzwyczaił się nazywać domem, i dodał:

- Ja też potrzebuję butów.

Milczek kiwnął głową i zaczął zsuwać z ramienia szelkę plecaka.

- Nie zdejmuj - powiedział Siergiejew. - Nie trzeba.

Plecak oczywiście był ciężarem, lecz zawierał mnóstwo pożytecznych rzeczy. Zostawiać go tutaj, na pagórku, było nierozsądne - kto mógł wiedzieć, co się zdarzy za dziesięć minut? Nie zawsze można wrócić tą samą drogą.

Milczek poprawił szelki i popatrzył na Michaiła pytająco.

- Dawaj, tylko ostrożnie - wydał komendę Siergiejew i pobiegli do pojazdów.

Jednak przez ten rok Milczek dużo się nauczył. Był nie najgorszy, kiedy się spotkali, lecz wtedy miał tylko instynkt i doświadczenie. Niewątpliwie ważne - Siergiejew był daleki od tego, by przedkładać nad nie teorię. Swego czasu świętej pamięci Ichneumon powtarzał: "Wszelka teoria jest szara, a zieleni się tylko złote drzewo życia"[5], lecz mimo skłonności do tej sentencji ganiał całą grupę do siódmych potów. Dopóki teoria nie stawała się odruchem.

Złote to były czasy - w kraju panoszyła się pieriestrojka, ale jaki taki porządek jeszcze był. Związek Radziecki też jeszcze był i dostatecznie swobodnie czuł się na cudzych terenach. I spece byli potrzebni. Nazywano ich konsultantami i teoretycznie byli nikim - tacy cywile w mundurach. W teorii. A w praktyce koledzy Siergiejewa udzielali na całym świecie bardzo specyficznych konsultacji i porad. Rzeczowych, bez zbytniego teoretyzowania.

A chłopaka jednak Siergiejew podszkolił. Proszę, jak sprawnie idzie w parze. Po prostu cudo. Ichneumon, gdyby żył, na pewno by pochwalił.

Przy śmierdzącym spalenizną cielsku BWP rozdzielili się. Siergiejew przesunął się ku uchylonemu lukowi i, nasłuchując, przylgnął bokiem do zimnego pancerza. A Milczek, pochylony, sunął przez wysoką, na poły suchą trawę i zaległ koło pierwszego ciała, jakby przypadł do niego w porywie rozpaczy. Siergiejew dostrzegł, że Milczek nie zaczął od razu przeszukiwać nieboszczyka - uważnie rozglądał się dokoła i szukał rozciągniętych sznurków pułapek. Michaił uspokoił się, wykonał tę samą procedurę koło luku i zanurkował do wnętrza BWP.

Raz jeszcze ucieszył się, że noce nadal są zimne - w środku była istna kasza. Pocisk kumulacyjny przepalił pancerz i wszyscy, którzy byli w środku, momentalnie zginęli. Tych dwóch, których właśnie przeszukiwał Milczek, siedziało na wierzchu albo zdążyło wyskoczyć - luk był otwarty. W każdym razie w chwili, kiedy rozpalony strumień gazów wdarł się do wnętrza stalowego kokonu, w środku ich nie było.

Krew w czasie pożaru zapiekła się na podłodze w burą skorupę. Wewnątrz pojazdu pachniało smażonym mięsem, niczym w szaszłykarni. Siergiejewa zemdliło od takiego skojarzenia, ale pachniało właśnie tak. Przypalonym tłuszczem, kawałkami zimnego mięsa, pozostawionego na noc na grillu, starym węglem. I prochem. I właśnie po tym Siergiejew poznał, że nie ma tu czego szukać.

Amunicja wybuchała wewnątrz tego żelaznego pudełka, rwąc na strzępy trupy. Niczego cennego. Rozejrzał się na wszelki wypadek, przyświecając latarką. Właściwie mógłby tego nie robić. Spałby w nocy spokojniej, choć w zasadzie już przywykł do podobnych widoków. Żółć podeszła mu do gardła i Siergiejew czym prędzej wylazł na zewnątrz, spazmatycznie chwytając powietrze. Odetchnął, splunął, z trudem pozbywając się ciągnącej niczym pajęczyna śliny z dolnej wargi.

Źle, jeśli w drugim wozie będzie taki sam bigos. Siergiejew obejrzał się i stwierdził, że w drugim pojeździe powinno być lepiej, jeśli w ogóle można tak to określić. To właśnie jego rozbiegających się pasażerów rozstrzeliwali weseli chłopcy ze śmigłowca. Czyli po trafieniu rakietą ktoś pozostał żywy. Inaczej w ogóle by nie było żadnych uciekinierów.

Trzeba pomóc Milczkowi i ruszać tam. Możliwie szybko - Michaiłowi bardzo się nie podobał ten skraj lasu za gruntówką. Jakaś niewidzialna siła cały czas zmuszała Siergiejewa, by popatrywał w stronę tamtych drzew. Podejrzewał, że Ichneumon nazwałby tę siłę intuicją - pochodną sumy doświadczenia i rozsądnego tchórzostwa. Ichneumon lubił ujawniać życiowe paradoksy.

Michaił dał znak Milczkowi i krótkim skokiem przebywszy otwartą przestrzeń, upadł w trawę obok drugiego ciała.

Wszystko to zajmie minimum dwie godziny lub dłużej. Ale mają czas. Niewiele, ale jednak. Nawet jeśli spóźnią się dziesięć czy dwanaście godzin, tamci zaczekają. Gdzie mieliby się podziać? Potrzebne im to, co niosą Siergiejew i Milczek. I mają nowe zamówienie, jak w pysk dał. Zawsze tak było. Czyli można się aż tak nie spieszyć. Jak wiadomo, pośpiech jest potrzebny przy łapaniu pcheł.

Siergiejew uważnie obejrzał ziemię dokoła ciała, leżącego twarzą w dół. Pułapek nie było. Ostrożnie wsunął rękę pod trupa, próbując namacać cienki drut lub sterczące z miękkiej ziemi "wąsy", lecz i tam niczego nie odkrył. Powoli przewrócił nieboszczyka na plecy.

Całkiem jeszcze młody, pomyślał, obojętnie patrząc na martwą twarz z zastygłym na niej wyrazem zdziwienia, co świadczyło, że chłopak został zabity na miejscu i umarł natychmiast, bez cierpień. Zresztą teraz oni wszyscy młodzi. Żyj szybko, umrzyj młodo, tak mówiono kiedyś.

Do pasa nieboszczyka przyczepione były dwa granaty. Z kieszeni "kamuflażki" na piersi wystawała paczka papierosów. Świetnie. Siergiejew przeszukiwał kieszenie trupa, starając się nie wybrudzić rąk zakrzepłą krwią, którą przesiąkła cała odzież chłopaka na piersi i brzuchu. Doskonale się złożyło. Nadzwyczajny fart!

Na lewo od Siergiejewa niczym cień przesunął się Milczek, kierując się do następnego ciała. Wyraz twarzy miał spokojny i rzeczowy.

Treść dostępna w pełnej wersji eBooka.

1 BWP - bojowy wóz piechoty.

2 Chopper (ang.) - potocznie helikopter.

3 Gatling (ang.) - potocznie szybkostrzelne działka i karabiny, nazwa pochodzi od kartaczownicy Gatlinga.

4 Zielonka - odniesienie jednocześnie do "zieleni brylantowej", popularnego w byłym ZSRR środka odkażającego, jak i do slangowego określenia dzikich zarośli, lasu lub dżungli.

5 Johann Wolfgang von Goethe, "Faust".