I
Podmuch huraganowego wiatru pchnął je na
ziemię tak nagle, że nie zdążyły nic zrobić, by uchronić się przed
upadkiem.
- Wszystko w porządku?
Dziewczynki popatrzyły na matkę bez słowa, tylko ich szeroko otwarte
oczy wyrażały niezadowolenie. Mała Adele uniosła ubłoconą dłoń. Kate
wyskoczyła żwawo z bajora i dała upust wściekłości, wykrzykując pod
adresem opętańczego wiatru litanię inwektyw. Przy okazji zaatakowała
matkę, kolejny raz dając jej do zrozumienia, że jest tu wbrew własnej
woli.
- Wszystko jest do dupy, dobrze o tym wiesz!
Nie było to odpowiednie miejsce na kłótnię z Kate. Galę zmęczyła długa
podróż i miała po dziurki w nosie wysłuchiwania utyskiwań córki, która
narzekała na wszystko, odkąd wyleciały z Nowego Jorku. Może nie był to
wymarzony początek, ale nie chciała przyznać, że pobyt w tej zapadłej
dziurze rozpoczyna pod złą wróżbą. Podniosła się, z godnością wygładziła
sukienkę pochlapaną błotem, chwyciła walizkę i ruszyła pod wiatr.
Oczywiście miały za dużo bagażu, w dodatku walizki niezbyt się nadawały
do ciągnięcia po nieutwardzonych drogach i były zbyt eleganckie na to
miejsce zalatujące gnojówką. Dziewczynki nie od razu zareagowały, ale
widząc, że matka się oddala i zostawia je w szczerym polu, ruszyły za
nią. Kate wzięła w końcu walizkę siostry - ta mała zawsze potrafiła
wydobyć z niej wszystko, co najlepsze. To była słaba strona Kate: nie
mogła patrzeć, jak Adele cierpi.
Szły teraz wyasfaltowaną dwukierunkową szosą, po której z dużą
prędkością mknęły samochody.
- Kate, nie zostawiaj siostry i uważaj na samochody. Słyszaaałaaaaś?
Wiatr zagłuszył daremne protesty Kate. Na nic zdała się długa lista
argumentów, które wysunęła, żeby nie przyjeżdżać tu z siostrą i matką,
nie porzucać przyjaciółek, domu, swojego pokoju i Gotham Girls. To
ostatnie bolało ją najbardziej - ledwo zdążyła się pożegnać z koleżankami, które zostawiała na lodzie na cały tydzień. "Tylko jeden
tydzień, mamo!". Nie będzie z nimi na najbliższym meczu Roller Derby
Junior League, a jeśli pobyt w tym parszywym miejscu się przedłuży...
zwieje!
Kate była ścigaczką, jedną z zawodniczek zdobywających punkty. Była
potrzebna w drużynie. Gwiazda, którą miała na kasku, znaczyła dla niej
tyle, że jest liderką, a liderka... nigdy nie opuszcza swojego zespołu!
Matka nie interesowała się roller derby, nie rozumiała tego brutalnego,
brzydkiego według niej sportu, w którym kobiety jeżdżą na wrotkach po
owalnym torze i rozpychają się, walcząc łokciami, żeby uniemożliwić
przeciwniczce dotarcie do mety. Adele bawił widok ścigającej się
siostry, ale nie lubiła niektórych z jej koleżanek, bo wyglądały jak
wściekłe psy. Kate uwielbiała swoje wrotki, dlatego czuła rozgoryczenie
z powodu nagłego wyjazdu, który wyglądał jak ucieczka. Porzucenie
drużyny było niewybaczalne. Widok tego niegościnnego, nieprzyjaznego
miejsca tylko pogłębił jej frustrację.
Adele wyczuwała wściekłość Kate, bo ta bezwiednie ściskała jej rękę aż
do bólu. Chociaż podziwiała siostrę, nie mogła zrozumieć, dlaczego
ciągle kłóci się z matką. Sama też nie była przekonana do tej wyprawy,
nie bardzo wiedziała, co robią tak daleko od domu, ale uważała się za
skautkę, a skauci... nie wymiękają z byle powodu! Nie należała do żadnego
zastępu, mimo to marzyła, że zdobędzie sprawność odkrywcy, odkryje nowe
miejsca, ukryte skarby i dziwne zwierzęta. Żyła w świecie fantazji i patrzyła na wszystko przez pryzmat swojej bujnej wyobraźni. Albo
pogrążała się w marzeniach, albo pożerała kolejną książkę o nieznanych
planetach.
Gala przystanęła, żeby zaczekać na córki. Były tak różne, a jednocześnie
tak bardzo podobne do niej. Miała wątpliwości, czy dobrze zrobiła,
zabierając dziewczynki ze sobą, zamiast zostawić je z Frederickiem. To
niegościnne miejsce, z wyludnionymi ulicami i starymi domami z kamienia
o pozamykanych oknach robiącymi wrażenie na pół opuszczonych... Dokąd je
przywiozła? Tym razem upór zaprowadził ją za daleko. Frederick mówił,
żeby jechała sama i dała dziewczynkom spokój, ale zdecydowanie odmówiła
- nie chciała zostawiać ich z mężem, który zatrudniłby opiekunki, bo sam
nigdy nie miał czasu dla córek. Wyszła za pracoholika, który nie
zamierzał się leczyć. Praca była dla niego najważniejsza, na drugim
miejscu stawiał swoje ciało, na trzecim - córki, na czwartym - żonę.
Dbał o nią i kochał ją w łóżku. Jednak czasami Gala miała dość Pana
Bardziej-niż-Doskonałego i jego kazań o etyce i moralności. Mógł sobie
być doktorem Frederickiem Donovanem, ale ona należała do rodziny
Marlboroughów: pochodziła z Bostonu, była bogata i od dziecka
przyzwyczajona, żeby rządzić, a nie słuchać poleceń.
- Co teraz? - spytała Kate po angielsku.
Gala popatrzyła na córki, które odpoczywały, siedząc na walizkach. Kate
nadal nie chciała rozmawiać z nią po hiszpańsku, w języku dziadka.
Podróż stanowiła doskonałą okazję, żeby trochę go poćwiczyć!
- Teraz poszukamy domu Xatartów, gdzie mieszkała moja cioteczna babcia.
Gala powiedziała to zaczepnym tonem, z jak najlepszym akcentem i bez
cienia wątpliwości w głosie. Niebo przybrało czerwonopomarańczowy kolor,
jakby chciało zapowiedzieć to, co miało nastąpić. Chociaż Kate prawie
wyprowadziła ją z równowagi, Gala tylko westchnęła głęboko i pozwoliła,
żeby cała jej złość odleciała z wiatrem. Nie dostrzegała niczego
pięknego w tiulach jedwabistej mgły ozdabiających niebo, nie widziała
piękna ziemi, która miała coś z niej samej, choć była tak odległa i nieznana.
La Muga! Ziemia, na której urodził się jej ojciec...
Adele pociągnęła ją za rękę, wskazując jakiś dom w oddali, za wysoką
bramą. Płytki ceramiczne, zatopione w murze, tworzyły napis "Can
Xatart". Wszystkie trzy podeszły bliżej tak szybko, na ile pozwalał
wiatr. Kate postawiła walizkę na środku drogi i ruszyła pędem, żeby być
pierwsza. Uczepiła się bramy i wsunęła nos między pręty, chcąc zobaczyć,
jak straszna czeka ją rzeczywistość. Ujrzała tylko ogród, ściany
częściowo okryte powojem, a na końcu drewniane, stoczone przez robactwo
drzwi, które prowadziły do domu. Dotarły na miejsce! Adele puściła rękę
matki i z otwartą buzią przyglądała się nowemu światu, który czekał,
żeby go odkryć. Jej siostra natomiast nie mogła uwierzyć własnym oczom
na widok tego, w co się wpakowały. Podobnie jak matka: Gala była tak
bardzo przygnębiona, że Kate, zerknąwszy na nią kątem oka, spuściła
głowę i postanowiła chwilowo powstrzymać się od narzekania.
"Kto chciałby kupić taką rozwalającą się chałupę z kamieni?", przyszło
jej natychmiast do głowy i wiedziała, że matka myśli o tym samym. Czy to
było warte tyle pieniędzy? Kate nie znała się na domach, nic jej nie
obchodziły, ale zaczynała podejrzewać, że tydzień nie wystarczy, aby
pozbyć się kłopotów związanych ze spadkiem po ciotecznej babce, o której
nigdy wcześniej nie słyszała. Ani o Amelii Xatart, ani o tym miejscu,
ani nawet o dziadku, który zmarł, kiedy jej matka miała zaledwie pięć
lat.
Kate weszła do środka, walcząc z sennością. Czuła, jak narasta w niej
bunt przeciwko przebywaniu w tym miejscu. Dom wydał się jej straszny:
był zbyt wielki, żeby zwiedzać go o tej porze. Nie zamierzała go
oglądać, a tym bardziej siadać na którymś ze wstrętnych krzeseł, żeby
coś zjeść. Miały zresztą tylko kilka kanapek kupionych na lotnisku. Była
przybita, przytłoczona szkaradną rzeczywistością.
Adele pochłonęła swoją kanapkę, a chwilę później padła ze zmęczenia.
Pierwotne instynkty górą! Kate poszła z siostrą spać, nie żegnając się z matką ani nie życząc jej dobrej nocy. Nie zrobiła jej piekła, nie
musiała - to miejsce bardzo je przypominało.
Gala została na parterze, siedziała w sfatygowanym fotelu z uszami i w świetle starego kaganka patrzyła przed siebie nieruchomym wzrokiem,
skurczona z zimna i wrażenia, jakie zrobiło na niej to miejsce. Nie
wiedziała, ile czasu tak spędziła, wstrzymując oddech, dopiero silny ból
szczęki wyrwał ją z tego stanu oszołomienia. Pod wpływem nagromadzonego
napięcia z całej siły zaciskała zęby.
- What the hell am I doing here?2
Tak to jest, gdy człowiek kieruje się znakami i zapomina o żelaznej
logice. Nikt przy zdrowych zmysłach nie podjąłby tak szybkiej decyzji i w niespełna czterdzieści osiem godzin nie wyjechałby z dwiema córkami z Nowego Jorku do miejsca zwanego La Muga - dziury na wschodzie Hiszpanii,
przy granicy z Francją, liczącej niecałe trzy setki mieszkańców. Za
sprawą niespodziewanego telefonu uległa sugestii związanej z datą
dwunastego grudnia dwa tysiące dwunastego roku.
W dniu, w którym go odebrała, wstała z łóżka z dziwnym przeczuciem, że
spotka ją coś dobrego. Nie zrezygnowała z rutynowych czynności, robiła
dokładnie to samo, co poprzedniego dnia i dzień wcześniej, i jeszcze
wcześniej. Miała jednak wrażenie, że coś się zmieniło; czuła przypływ
nowej energii, jakby na coś czekała. Od dziecka była przesądna i kierowała się znakami. Nic nie mogła na to poradzić, choć częściej na
tym traciła, niż zyskiwała. Na szczęście chwile, kiedy opuszczała ją
jasność myślenia, były na tyle rzadkie, że inni brali je za drobne
dziwactwa, którymi nie należało się martwić. Tym razem jednak może
posunęła się za daleko, odczytując te znaki jako zapowiedź pomyślnych
zmian.
Po południu, kiedy właśnie wybierała się do szkoły po dziewczynki,
zadzwonił telefon. Odczekała kilka dzwonków, aż włączyła się
automatyczna sekretarka.
- Dzień dobry... yyy... Mówi Robert Riudaneu, praaaw... nik Amelii Xatart.
Muszę... yyy... skontaktować się z Galą Marlborough Xatart w związku z... yyy...
jej cioteczną babką. Ona... zmarła... yyy... a pani Marlborough jest jej
najbliższą krewną. Proszę...
- Halo? Och... Dzień dobry... Tak, tak... Tu Gala Marlborough.
W pierwszej minucie rozmowa ocierała się o surrealizm. Gala niewiele
rozumiała z tego, co prawnik próbował jej powiedzieć po angielsku. Mówił
z dziwnym akcentem, a zdenerwowanie utrudniało mu formułowanie myśli.
Jego słowa były dla Gali niejasne, dopóki nie doznała olśnienia.
- Może woli pan, żebyśmy rozmawiali po hiszpańsku? Mówię w tym języku i doskonale go rozumiem.
Gala uczyła się hiszpańskiego od dziecka i chociaż zdradzał ją akcent,
mogła prowadzić konwersację bez najmniejszych problemów. Kiedy wreszcie
zaczęła pojmować, o co chodzi, poczuła, że planety wchodzą w koniunkcję,
a przypływ energii, którego doświadczyła w pierwszych godzinach dnia,
znajduje uzasadnienie. Amelia Xatart, cioteczna babka, o której
istnieniu Gala nawet nie wiedziała, zmarła kilka dni wcześniej,
zostawiwszy zapieczętowany testament. Okazało się, że Gala jest jej
najbliższą krewną w linii prostej. Jak to możliwe? Poczuła, że ten
telefon otwiera przed nią jakieś drzwi.
Po śmierci ojca, kiedy była mała, jej matka postanowiła pochować razem z mężem wszystkie swoje wspomnienia. Gala z trudem wyciągnęła z niej, że
pochodził z małej wioski i że porzucił wszystko dla miłości. Czasami
czuła wyrzuty sumienia, że nie pytała częściej o ojca. Jednak z tego, co
mówiła matka, wynikało, że nie miał żadnych żyjących krewnych. Była
tylko jakaś wieś. Nic więcej! Ten telefon wszystko zmieniał. Czyżby była
dziedziczką?
Od urodzenia cieszyła się przywilejami: należała do jednej z najstarszych rodzin w Bostonie, była spadkobierczynią Marlboroughów,
arystokratką z jednego z nielicznych klanów, które mimo upływu lat
potrafiły zachować swoje trzy "P" - pozycję, prestiż i posiadłości.
Marlboroughowie cieszyli się poważaniem, budzili respekt, ale przede
wszystkim byli bajecznie bogaci. Ona zaś miała odziedziczyć cały majątek
swojej matki, Julianne Marlborough. Wprawdzie wychodząc za mąż za
Fredericka wbrew woli matriarchini, zerwała z żelazną zasadą rodu -
zawieraniem małżeństw z rozsądku - ale koniec końców, jej matka zrobiła
to samo, bo poślubiła wieśniaka i w ten sposób ściągnęła na siebie
pogardę znacznej części rodziny. Julianne wzięła udział w ceremonii
ślubnej córki, ale na tym się skończyło. W dniu, w którym Gala zawarła
związek małżeński, postanowiła, że nikt nie będzie kierował jej życiem:
ani rodzina Marlboroughów, ani jej mąż Frederick Donovan, słynny chirurg
plastyczny. Z czasem jednak dostrzegła drobny błąd w swoim rozumowaniu:
wychodząc za mąż, niczego nie zmieniła, bo nadal była zależna. Zależała
od męża finansowo, tak jak wcześniej od matki. Dlatego kiedy Adele
skończyła pięć lat, Gala uparła się, że otworzy własny biznes, będzie
pracować na swój rachunek, objawi światu talent. Przedstawiła
Frederickowi kilka pomysłów: od cukierni z herbaciarnią po ekscentryczny
prywatny klub dla kobiet, w którym mogłyby dyskutować, brać udział w różnych kursach, wymieniać się książkami i dzielić uwagami z innymi
gospodyniami domowymi, rozpaczliwie próbującymi sprawić, żeby ich życie
nie ograniczało się do wychowywania dzieci. Ciągłe odmowy Fredericka
zamiast zniechęcić Galę, uczyniły ją silniejszą. Skończyła Wydział
Sztuki i Humanistyki na prestiżowym Uniwersytecie Harvarda i chociaż
nigdy nie wykorzystała w praktyce zdobytej wiedzy, to przecież ją
posiadała i nie wątpiła, że znajdzie sposób, aby podzielić się nią ze
światem mimo sprzeciwów Pana Bardziej-niż-Doskonałego.
Tamten telefon sprawił, że pogrążyła się w marzeniach. To był jeden z tych dni, kiedy GPS udowodnił swoją przydatność. Ściskając kierownicę i błądząc myślami daleko, nie miała pojęcia, po jakim czasie ani w jaki
sposób dotarła do Brearley School, spóźniona ponad dziesięć minut. Kate
i Adele już na nią czekały, każda w innym nastroju - zgodnie ze swoim
charakterem. Adele nadal entuzjazmowała się lekcjami teatru: odkryła
potęgę oratorstwa i cieszyła się, że może się przebierać. Kate myślała
tylko o Gotham Girls i roller derby, sporcie, który miał niewiele
wspólnego z Brearley Girl. Zgodę na jego uprawianie otrzymała w nagrodę
za to, że należy do grona najlepszych uczennic w klasie. Kate była
inteligentna, a do tego niepodobna do innych dziewcząt. Niestety z obu
tych cech wynikały pewne problemy.
Spóźnione dotarły na 211 East 49th Street, do Instytutu Cervantesa w Nowym Jorku, co prawda oddalonego od szkoły tylko o dziesięć minut jazdy
samochodem, ale w Wielkim Jabłku ruch uliczny jest nieznośny, nie mówiąc
o tym, że został stworzony wyłącznie dla ludzi zamożnych i odważnych.
Chociaż Gala nie przejawiała wielkiego talentu jako kierowca, w każdy
poniedziałek wytrwale woziła dziewczynki na lekcje hiszpańskiego. Sama w poniedziałkowe popołudnia oddawała się zgłębianiu tajników fotografii w International Center of Photography na 6th Avenue pod numerem 1133,
niespełna piętnaście minut na piechotę przez Midtown West. To były jej
popołudnia ze sztuką, kawą i bajglami. Uwielbiała bajgle z makiem,
twarogiem i wędzonym łososiem! Bardzo lubiła poniedziałkowe popołudnia,
a to uznała za szczególnie przyjemne.
Wysadziła dziewczynki, sama zaś weszła do Bagel Shop. Musiała przemyśleć
poranną rozmowę i zdecydować, czy stawi się na spotkanie na drugim końcu
świata dwunastego dnia dwunastego miesiąca dwa tysiące dwunastego roku o godzinie dwunastej. Wymówienie tej daty, nawet tylko w myślach,
powodowało przyspieszenie tętna. Jej ciałem od stóp do głów wstrząsał
silny dreszcz. Ten telefon mógł odmienić jej życie. Musiała tylko zdobyć
się na odwagę i pójść za głosem intuicji. "Nawet ślepy odczytałby ten
znak!". Dwunasty dwunastego dwa tysiące dwunastego o dwunastej. Dziewięć
dni przed złowieszczym końcem świata przepowiedzianym przez Majów.
Jaśniej nie było można. Następna taka okrągła data wypadnie dopiero za
dziewięćdziesiąt lat. Wszystko wydawało się układać w coś na kształt
spirali bez końca i bez sensu, ale Gala czuła, że w tym dniu jej życie
może się radykalnie zmienić. "Wreszcie osiągnę niezależność i będę
dysponowała własnymi pieniędzmi na zrobienie tego, co chcę!". Z powodu
nadmiaru emocji i zamętu w głowie miała wrażenie, że jej mózg zaraz
eksploduje. Była święcie przekonana, że nie zadzwoniono by do niej,
gdyby nie chodziło o pokaźną sumę, i że załatwienie formalności zajmie
nie więcej niż tydzień. To pozwoli jej wrócić na czas, żeby spędzić
święta w domu. Czuła, że musi to zrobić, nie pytając nikogo o zgodę,
nawet nie prosząc o radę, ani nikomu o niczym nie wspominając.
- Frederickowi... niezbędne minimum! Mojej matce... Lepiej, żeby nie
wiedziała! - szepnęła.
Czuła, że serce wali jej tak mocno, jakby zaraz miało pęknąć. Naszła ją
nieprzeparta ochota, żeby zmoknąć na deszczu, przejść się boso po
Central Parku, zrobić placek ze śliwkami z rodzynkami i orzechami i zjeść od razu całą porcję. Podobnie jak jej mała Adele, ona też zawsze
marzyła o znalezieniu skarbu. Ciekawe, że ten skarb... właśnie zapukał do
jej drzwi!
Sprawdziła godzinę na komórce: za dwadzieścia szósta dziesiątego grudnia
dwa tysiące dwunastego roku. Zaczęło się odliczanie, żeby wszystko
ogarnąć i zdążyć na spotkanie z prawnikiem, którego nazwiska nawet nie
zanotowała. Otworzyła aplikację Google Earth, którą Kate zainstalowała
jej w telefonie, żeby podpatrzyć - to właściwe słowo - wieś z daleka.
Nie znała nazwy ulicy, żadnego adresu, tylko nazwę mieściny: La Muga.
"Ile to kilometrów stąd? Gdzie jest najbliższe lotnisko? Jak dojedziemy
na miejsce?". Znowu sprawdziła czas - minęło zaledwie kilka minut.
Punktualnie o szóstej, już trochę spokojniejsza, postanowiła, że spotka
się z prawnikiem. Głowa pękała jej od nadmiaru pytań i wątpliwości. Musi
potwierdzić, że przybędzie na spotkanie, dzięki temu wzmocni swoją
determinację i nie zmieni decyzji. Musi powiedzieć córkom, że
wyjeżdżają, aby pomóc matce w szukaniu skarbu, i że jeszcze tego
wieczoru mają spakować walizki. "Może lepiej to przyjmą, jeśli powiem,
że chodzi o grę!". Zamknęła Google Earth, zanim znalazła wieś, bo
pomyślała, że lepiej nie sugerować się wyglądem tego miejsca. W końcu
nie zamierzała tam zostawać, jechała wyłącznie po skarb, po pieniądze...
Po spadek po ciotecznej babce!
Wykorzystała czas, jaki jej pozostał do odebrania dziewczynek, na
wynotowanie wszystkiego, co powinna zrobić przed wyjazdem.
1. Paszport? "W porządku, latem byliśmy na Malediwach".
2. Bilety lotnicze i hotel. Zadzwonić do biura podróży - wszystko
załatwią. "Jakie jest najbliższe lotnisko? Madryt?".
3. Zadzwonić do dyrektorki Brearley School i poprosić o zgodę na
nieobecność dziewczynek i ich powrót po świętach Bożego Narodzenia.
"Śmierć członka rodziny to bardziej niż wystarczający powód".
4. Walizki. "Co zabrać? Nie ma czasu na długie zastanawianie. Sprawdzić
pogodę i spakować jak najwięcej rzeczy".
5. Szczepienia? Na chwilę przestało jej bić serce. Zawahała się, czy
podróż do Hiszpanii wymaga jakichkolwiek szczepień. Strach zniknął po
kilku sekundach - tyle czasu potrzebowała, żeby skorygować swój błąd:
choć leży o rzut beretem od Afryki... Hiszpania to mimo wszystko Europa.
6. Frederick...
Nie miała ochoty teraz się z tym mierzyć, zwłaszcza nie wyobrażała sobie
chwili, kiedy oznajmi mężowi, że wyjeżdża na tydzień z córkami, aby
odebrać spadek po nieznanej krewnej.
Miała jeszcze trochę czasu, postanowiła więc zająć się drugim punktem:
zadzwonić do biura podróży i poprosić o zarezerwowanie biletów. Rozmowa
trwała zaledwie pięć minut, Gala nie miała dużo czasu. Na szczęście
Nathaly, do której zwróciła się o pomoc, w lot wszystko pojęła. Punkt
szósta - no dobrze, szósta dwie, jeśli chcemy być dokładni - musiała
wyrzucić wszystko z torby, żeby znaleźć karteczkę, na której zapisała
numer telefonu do adwokata ciotecznej babki. Szybko się z tym uporała,
wystukała numer i niecierpliwie czekała na połączenie, odchrząkując,
żeby głos jej nie zawiódł już na początku rozmowy.
- Dzwoni Gala Marlborough. Byłam umówiona z...
Nie pamiętała nazwiska adwokata. Zrobiło jej się wstyd z powodu tego
niedopatrzenia, ale zanim poczuła gorąco ogarniające ją w takich
sytuacjach, głos po drugiej stronie rozwiał jej wątpliwości.
- Robert Riudaneu. To ja, pani Marlborough. Rozmawialiśmy niespełna trzy
godziny temu o testamencie pani ciotecznej babki, Amelii Xatart.
Połączenie trwało niecałe dwadzieścia minut. Wystarczająco długo, żeby
zorientowała się w sytuacji i pozbyła napięcia. Młody człowiek wydawał
się doskonale znać swój fach i wszystko już zaplanował. Może także
zorganizować podróż, nie musiałaby się więc niczym martwić.
- Kłopot polega na tym, że nie przyjadę sama. Będą mi towarzyszyć moje
dwie córki, Katherine i Adele.
Nie mogła uwierzyć, że cioteczna babka wszystko wcześniej załatwiła. Nie
ulegało wątpliwości, że wiedziała o jej istnieniu, a nawet darzyła ją
pewnym szacunkiem i taktownie podeszła do sprawy. Gala nie była pewna,
czy powinna się zdać na nieznajomego. W końcu postanowiła przyjąć
ofertę, ale tylko połowicznie. Ona (czyli Nathaly) zajmie się biletami,
a pan Riudaneu wynajęciem samochodu z kierowcą, który odbierze je z lotniska i zawiezie do wsi La Muga.
- Chce pan powiedzieć, że jest wskazane, abym zatrzymała się w tym domu?
- Taka była wola pani babki. Chociaż... jak pani sobie życzy; nikt pani do
niczego nie zmusza.
Na pewno najwygodniej byłoby im w hotelu z czterema lub więcej
gwiazdkami. Ale taki wybór jej zdaniem źle wróżył i byłby wielką
niegrzecznością wobec uprzejmości babci, która okazała jej taką
szczodrość. Znów wzięła górę jej skłonność do wiary w przesądy -
pomyślała, że woli znosić niewygody niż sprzeciwić się woli zmarłej.
- Postanowione! Będziemy spały w domu. Przynajmniej pierwszej nocy.
Jeśli dziewczynki - to była zawsze dobra wymówka - nie będą się tam
czuły źle, zostaniemy na cały tydzień.
- Tydzień?
Gala wyczuła zaskoczenie w głosie Riudaneu, postanowiła jednak wzmocnić
pewność siebie i zapanować nad wątpliwościami, dlatego nie dała
prawnikowi sposobności do wygłoszenia opinii na temat długości ich
pobytu.
- Tak, tydzień.
Pan Riudaneu właściwie odczytał oschłą odpowiedź i powstrzymał się od
komentarza. Zanim odłożył słuchawkę, przekazał jeszcze jedną informację.
Z powodów zawodowych nie będzie mógł odebrać ich osobiście. Sumitował
się długo, z uprzejmością, którą wykazał w czasie całej rozmowy, aż Galę
znużyły jego tłumaczenia. Mieli się spotkać w sąsiedniej miejscowości,
Pereladzie, dwunastego dnia dwunastego miesiąca dwa tysiące dwunastego
roku o dwunastej w południe. Przy pożegnaniu życzył miłej podróży, jej i córkom: "Katherine i Adele". Zdziwiło ją, że pamięta ich imiona. Ten
człowiek zdecydowanie był profesjonalistą.
Przygotowania do podróży przebiegły szybko i gładko. Dużo trudniej było
za to wyprawić się z domu z dwiema córkami, zachowując przy tym spokój.
Opłacało się jednak stracić panowanie nad sobą, żeby postawić na swoim.
Gala była jedną z Marlboroughów, więc nawet pożar w mieszkaniu nie
wyprowadziłby jej z równowagi. Jednak tamtego wieczoru cisnęła pizzą w Pana Bardziej-niż-Doskonałego. Tak! Jedli pepperoni z dodatkową
mozzarellą, bo był poniedziałek, dzień pizzy. Frederick miał zwyczaj, że
tego dnia nigdzie nie wyjeżdżał, dzięki czemu mieli szanse na wspólną
kolację przynajmniej raz w tygodniu. Zanim mąż wrócił do domu,
przeprowadziła rozmowę z Kate i Adele. Zabrała je do salonu, kazała im
usiąść na jednej z kanap, sama zajęła miejsce na białej otomanie
naprzeciwko i w milczeniu czekała, aż przyjdzie jej do głowy najbardziej
odpowiednie zdanie, żeby ogłosić bombową wiadomość. Dziewczynki patrzyły
na nią wyczekująco. Tym razem Gala postawiła na szczerość i zwięzłość.
- Jedziemy na tydzień do Hiszpanii. Same, bez ojca. Lecimy jutro,
wczesnym popołudniem. Jakieś pytania, zanim zaczniecie się pakować?
- Zwariowałaś? Ja nigdzie nie jadę!!!
Kate żuła gumę; kiedy usłyszała nowinę, o mały włos jej nie połknęła.
Ona też jako pierwsza odpowiedziała matce. Aż krzyknęła, tak ją
przeraziła ta wiadomość. Nie mogła opuścić pierwszego wyścigu w systemie
play-off! To by było, jakby upiec ciasto, a potem nie spróbować nawet
okruszka; albo pójść na plażę i się nie wykąpać. Kate wyrzuciła z siebie
wiązankę obelg, mnóstwo próśb i zaklęć, bo nie chciała, żeby jej życie
legło w gruzach. Opuścić wyścig finałowej rundy Roller Derby League
znaczyło tyle, co porzucić jej Gothams w najgorszym momencie! Lamenty
córki nie robiły na Gali najmniejszego wrażenia. Ten diabelski sport ją
opętał!
Adele milczała, wolała się przyglądać. Zapowiadała się prawdziwa burza.
Matka i starsza córka wdały się w nerwową dyskusję, zakończoną w momencie, gdy bezsilna Kate zamknęła się w swoim pokoju, trzasnąwszy
drzwiami. Adele uważnie obserwowała całą scenę i postanowiła, że
wszystkie pytania, z wyjątkiem jednego, zostawi na czas podróży.
- Mamo, gdzie jest Hiszpania?
Gala delikatnie pogładziła córkę po twarzy, popatrzyła jej czule w oczy
i głęboko westchnęła.
- Nie tak daleko, Del, nie tak daleko.
Adele miała problemy z usytuowaniem różnych państw na mapie świata. Choć
w Instytucie Cervantesa do znudzenia powtarzano jej, gdzie położona jest
Hiszpania, żyła we własnym świecie rządzącym się swoimi prawami, co
czasami oznaczało, że zapamiętywała nie podstawowe informacje, lecz te
najbardziej skomplikowane. Odpowiedź Gali trochę ją uspokoiła. Im dalej,
tym dla niej lepiej, więcej rzeczy do odkrycia. Zanim poszła do swojego
pokoju, odwróciła się do matki i z figlarnym, a jednocześnie słodkim
uśmiechem uniosła prawą dłoń, wysuwając palce wskazujący, środkowy i serdeczny.
- Be prepared, mom.3
Gala odpowiedziała na jej pozdrowienie, uderzając lewą dłonią w serce i powtarzając słowa Be prepared! - jedno ze skautowych zawołań: żeby
zawsze być gotowym do odkrywania.
Nathaly oddzwoniła z informacją, że znalazła tylko jedno połączenie,
pozwalające im dotrzeć na spotkanie dwunastego dwunastego dwa tysiące
dwunastego roku o dwunastej. Był to lot o ósmej rano z lądowaniem w Barcelonie o północy z jedenastego na dwunastego grudnia dwa tysiące
dwunastego.
- Ach, to wspaniale!
Znowu ta data, jedyna możliwa. Gala miała pewność, że powinna wsiąść do
tego samolotu i że chociaż podróż będzie długa i ciężka, wszystko
pójdzie jak po maśle.
Po rozmowie z Nathaly weszła do pokoju Kate, żeby pomóc jej spakować
walizkę, której jej nastoletnia córka nawet nie wyjęła z szafy.
Dziewczynka leżała na łóżku ze skrzyżowanymi rękami, na uszach miała
słuchawki, których głośność ustawiła na cały regulator. Kiedy brakuje
czasu na dyskusje czy negocjacje, najlepiej jest przejąć inicjatywę.
Dorastająca dziewczyna najbardziej nie cierpi, gdy ktoś decyduje za nią,
które ciuchy ma włożyć do walizki. Niespełna dwie minuty po tym, jak
Gala przystąpiła do pakowania, Kate skoczyła, żeby wyrwać matce z rąk
szary sweter z gigantyczną bożonarodzeniową choinką na środku, który od
roku leżał w szafie z nieoderwaną metką. Kiedy babcia Julianne
podarowała go jej na poprzednią Gwiazdkę, niewiele brakowało, a wnuczka
porwałaby go na strzępy. Wóz albo przewóz. Kate wiedziała, że przegra,
nie była pełnoletnia i nawet gdyby poprosiła ojca, nie pozwoliłby jej
zostać. Kiedy nie jesteś w stanie pokonać wroga, najlepiej przyłączyć
się do niego i udawać przyjaciela. Najdelikatniej jak potrafiła zabrała
matce sweter z choinką i poprosiła, żeby wyszła z pokoju.
- Sama to zrobię, mamo.
Gala wycofała się, usatysfakcjonowana zwycięstwem. Córka wbrew swojej
woli układała w stos spodnie, pulowery, T-shirty... "Wrotki?". Nie mogła
skontrolować, co Kate postanowi włożyć do walizki. Zresztą to jej
walizka, sama będzie ją dźwigać.
Z kolei Adele, jako kandydatka na skautkę, doskonale wiedziała, co
trzeba zabrać. Jej walizka była praktycznie gotowa: wszystko starannie
poskładane i porządnie ułożone w środku. Kiedy dziewczynka chciała,
stawała się niezwykle pedantyczna, skrupulatna jak jej ojciec chirurg.
Wzięła ze sobą trzy ostatnie części Opowieści z Narnii. To był jej
mały skarb.
- Wiem, mamo, to tylko tydzień...
Każda córka była zakręcona na punkcie swojego hobby. Gala nie mogła ich
jednak ganić, przecież niemal siłą zabierała je do mieściny, która nie
miała nic wspólnego z rodzinnym Nowym Jorkiem. Spojrzała na zegarek, do
powrotu Fredericka zostało niewiele czasu. Co spakować? Ciepłe rzeczy,
możliwie wygodne. Mało szykowne, najlepiej dżinsowe.
- Wyjeżdżamy na wakacje?
Gala nie cierpiała tego wyrażającego wyższość tonu, którym Pan
Bardziej-niż-Doskonały zawsze zadawał pytania. Wybiła godzina prawdy i choć sporo ją to kosztowało, przełknęła ślinę i szybko streściła mężowi
całą historię: telefon plus zmarła cioteczna babka plus spadek plus
podróż plus pieniądze plus powrót do domu. Prosta sprawa, załatwiana
trochę na łapu-capu, ale prosta. Minęło kilka sekund, zanim Frederick
zareagował na ten ciąg faktów i decyzji. Pięć sekund, po czym... wybuchnął
głośnym śmiechem.
- Żartujesz sobie ze mnie?
Nie znosił planów, które go zaskakiwały, a tym bardziej niespodziewanych
wyjazdów. Ponieważ Gala nie zareagowała, zdał sobie sprawę, że jego żona
nie żartuje, mówiąc o podróży plus spadku plus pieniądzach plus powrocie
do domu. Przecież to nie takie proste! Gala nie była głupia, tyle że
miała poważne problemy z organizacją, a czas był dla niej czymś
względnym.
- Tylko tydzień?
Znowu ten irytujący ton. Gala poczuła, że jej policzki pokrywają się
rumieńcem; nie znosiła ironii Fredericka. Próbował ją przekonać, żeby
odstąpiła od tego pomysłu. Nie dlatego, żeby jej pomóc, lecz z braku
zaufania do zdolności analitycznych żony. Upierał się, że ktoś może
załatwić formalności na odległość; na pewno Gala nie musi być przy tym
obecna.
- Nie łatwiej byłoby przez Skype'a?
Cały ten szał pakowania walizek Pan Bardziej-niż-Doskonały wziął za
żart, chwilowe wariactwo. Miał jednak świadomość, że kiedy jego żona się
uprze, nie ustąpi; choćby wiedziała, że jeśli nie zahamuje, rozbije
samochód o latarnię, nie wciśnie hamulca, tylko po to, żeby postawić na
swoim. Rozsiadł się w fotelu i zaczął przygotowania do kąpieli. Nic ani
nikt nie mógł mu przeszkodzić we wzięciu prysznica po powrocie z pracy.
Zbyt uporządkowany, małostkowy i hedonistyczny - taki był Pan
Bardziej-niż-Doskonały. Rozebrał się przed nią bardzo wolno, rzucając
jej jedna po drugiej części garderoby, które z siebie zdejmował. Choć
Gala próbowała, nie mogła się powstrzymać od zerkania kątem oka na
idealnie wyrzeźbione ciało męża. Była na siebie wściekła, ale zawsze
dawała się schwytać w jego sieci, wiedział, jak trafić w jej słabe
punkty i obudzić w niej uległość. Usiłowała przekonać samą siebie, że
powinna przerwać tę scenę. Nie miała czasu do stracenia. Dziewczynki
mogły wejść w każdej chwili. Przede wszystkim jednak przez całą tę
bieganinę i stres miała ubranie mokre od potu i brzydko pachniała.
Odsunęła, jak mogła najdalej, głowę Fredericka, którego język próbował
pozbawić ją kontroli nad własnym libido.
- Nie teraz, proszę.
Jej głos był niemal niesłyszalny. Spuściła głowę i przełknęła ślinę. Mąż
ukląkł przed nią, wziął jej twarz w dłonie i zmusił, żeby na niego
spojrzała. Żeby zobaczyła jego nagie ciało, w pełni naprężone i gotowe
do natarcia. Delektował się tym, uwielbiał być panem każdej sytuacji,
tym bardziej gdy chodziło o seks. Gala wstała, próbując się wyzwolić
spod jego uroku. Frederick zatrzymał ją siłą i pchnął od tyłu. Nie
zdołała powstrzymać ruchu bioder, które zakołysały się z rozkoszy. Jej
ciało reagowało zawsze, niezależnie od woli, i choć tego pragnęła,
równocześnie chciała, aby przestał, świadoma, że znów ma nad nią władzę.
W zaledwie pięć sekund rozebrał ją, zaprowadził pod prysznic i rozsunął
jej nogi. Woda płynęła wartkim strumieniem, a ona stała tam,
unieruchomiona. Uwielbiał zakrywać dłonią jej usta, żeby go gryzła. Gala
tak naprawdę szukała czułości, jednak jego brutalność w seksie odbierała
jej rozum. Nie potrafiła nie rozkoszować się tą dzikością, zniewoleniem,
udziałem w zwierzęcej zabawie. Słyszała, jak Frederick dyszy. Nie
przestali, dopóki nie skończył, przygniatając ją do ściany i niemal
łamiąc jej żebro. Sekundę później ją puścił; odzyskała wolność, ale jej
godność sięgnęła rynsztoka. Wyszła spod prysznica, mokra, nie patrząc na
niego, powstrzymując odruchy wymiotne. Frederick potrzebował perwersji,
żeby funkcjonować, ona zaś tęskniła za czułością, uwodzeniem, erotyzmem
innym niż pornografia, wszystkim tym, co zniknęło w ciągu zaledwie roku
ich wspólnego życia. Ubrała się w pierwszy ciuch, jaki wpadł jej w ręce,
i jak gdyby nigdy nic dalej pakowała walizkę, próbując przywrócić czar
utracony w wyniku agresji, na którą przyzwoliła.
Pizza z pepperoni i dodatkową mozzarellą wylądowała na twarzy Fredericka
w następstwie ciągu zdarzeń, gdy w końcu Gala wybuchła, ostatecznie
tracąc nad sobą panowanie. To nie była zwykła kolacja, upływała w atmosferze bardziej niż napiętej. Kate protestowała i błagała ojca, żeby
nie dopuścił do podróży. Frederick wzmacniał poczucie winy Gali
ironicznymi docinkami i raniącymi uwagami na temat jej decyzji, która -
jak wiele innych - miała wszelkie zadatki na to, żeby zakończyć się
gigantyczną katastrofą.
- Jesteś jak zwykle mistrzynią pozytywnego myślenia.
Katastrofą podobną do tej, która nastąpiła, kiedy zdecydowała się
nauczyć piec ciasta i fundowała im odtąd niejadalne desery. Albo kiedy
postanowiła zacząć uprawiać sport, kupiła cały zestaw do joggingu i zapisała się do ekskluzywnego klubu dla biegaczy, a niespełna tydzień
później rzuciła w kąt adidasy i nigdy więcej nie przekroczyła granic
Central Parku. Bieganie było zbyt dynamiczne, więc spróbowała sił w kilku innych dyscyplinach, takich jak pilates, joga i medytacja, trening
uważności, a nawet pole dance, bo jej przyjaciółki mówiły, że jest
najlepszy na mięśnie brzucha. Fakt, nie była zbyt wytrwała w postanowieniach, ale działo się tak dlatego, że po prostu nie znalazła
dotąd niczego, co odpowiadałoby jej statusowi matki, bogatej pani domu,
żony wielce poważanego chirurga, który szanował wszystko oprócz niej.
Nie znosiła, kiedy Frederick ośmieszał ją w obecności dziewczynek. On,
Pan Bardziej-niż-Doskonały, który rzadko pojawiał się w domu, ale
uważał, że jest idealny. Była trochę znudzona życiem. Nie ulegało
wątpliwości, że jeśli nie chce skończyć jak jej matka, uzależniona od
operacji plastycznych i bezsensownych zakupów, musi znaleźć sobie coś
więcej niż oglądanie fotografii w International Center. Podróż mogła
oznaczać wyzwolenie i możliwość założenia dowolnego interesu bez
konieczności wysłuchiwania kazań męża albo matki. Gala była przekonana,
że to jest WŁAŚNIE TA podróż. Nie zawsze dwa plus dwa daje cztery, ale
kiedyś musi jej się udać, tak wynikało choćby ze zwykłego rachunku
prawdopodobieństwa.
- Masz zajebiste życie. Czego więcej chcesz?
Dokładnie w tym momencie, jakby to był odruch bezwarunkowy, chwyciła
kawałek pizzy pepperoni z dodatkową porcją mozzarelli, który został na
stole, podrzuciła go kilka razy niczym neapolitański mistrz kuchni,
zamachnęła się i cisnęła nim z całej siły. Trafiła Fredericka prosto w twarz; kawałki pepperoni i mozzarelli rozprysły się dookoła jak po
eksplozji pocisku. Adele przestała przeżuwać, Kate parsknęła śmiechem i zaklęła. Frederick nie zdążył strząsnąć z siebie plasterków kiełbasy, bo
Gala wylała na niego wszystkie płyny, jakie znalazła na stole. Najpierw
chlusnęła winem z kieliszka, potem coca-colą Kate, a skończyła na
koktajlu jagodowym, który piła Adele.
- Co ty, do cholery, robisz?! Zwariowałaś?!
- Zabierasz nas na lotnisko za niecałe pięć godzin. Więc... lepiej weź
prysznic.
Gala wyszła z salonu na drżących nogach i nawet nie obejrzała się za
siebie, zdecydowana skończyć pakowanie walizki. Nie zamienili już z Frederickiem ani słowa. Zawiózł je na lotnisko, ucałował dziewczynki, po
czym odszedł bez pożegnania, nie omieszkawszy wcześniej rzucić jej
spojrzenia pełnego dezaprobaty i wyższości. Gala poczuła się bezradna,
bardziej niepewna niż zwykle. Kusiło ją, żeby zadzwonić do matki i o wszystkim jej opowiedzieć, ale lekarstwo mogło się okazać gorsze od
choroby. Od kiedy jej kochana mamusia poznała swojego trenera
osobistego, ostatecznie straciła kontakt z ziemią. Teraz nie dało się z nią rozmawiać, chyba że chodziło o jej piąty ślub, lakiery do paznokci
czy cudowne działanie kwasu salicylowego.
Podróż była długa, a finał gorszy, niż Gala się spodziewała. Na miejscu
zdołała zasnąć na dwie godziny i choć powinna wcześnie wstać, nie mogła
się ruszyć z tego okropnego, ponadstuletniego fotela w opłakanym stanie.
Wszystko w tym domu było reliktem przeszłości, nowoczesność wywalono
stąd na zbity pysk, a może po prostu nigdy nie dotarła do tego miejsca
ukrytego przed światem. Oczy piekły ją ze zmęczenia, nie była w stanie
trzeźwo myśleć. Wszystko wydawało jej się nierealne: telefon, podróż,
ten dom...
Może to był tylko sen, a teraz śni we śnie? Powieki jej ciążyły;
spróbowała się podnieść, chciała rzucić okiem na dziewczynki, ale fotel
był jak mięsożerna roślina, która w końcu ją pochłonęła.
- Mamusiu... Mamo?
Dobiegający z bardzo daleka głos wyrwał ją z otchłani ciemności. Gala
najpierw otworzyła oczy, potem zamknęła usta, a na koniec otarła ślinę,
która z nich wyciekła. Na widok Adele podskoczyła. Gdzie my, do diabła,
jesteśmy?, to była jej pierwsza myśl, zanim umysł w przebłysku
świadomości nie wyprowadził jej na właściwą drogę: telefon, spadek,
podróż, pieniądze, dom.
- Gdzie jest twoja siostra?
Kate spała głęboko, nawet nie zdjęła butów, tak była wyczerpana podróżą.
Gala wspięła się na pierwsze piętro i nie bardzo zwracając uwagę na
szczegóły otoczenia, weszła do łazienki. Musiała wziąć prysznic, zanim
samochód, którym przyjechały do wsi, zawiezie je na spotkanie z panem
Riudaneu. Musiała się ogarnąć i przygotować do przyjęcia dobrej nowiny:
zostanie oficjalnie jedyną spadkobierczynią Amelii Xatart. "Czym
zajmowała się moja cioteczna babka? Ziemia? Bydło?". Gala nie miała
pojęcia o pracy na wsi, była mieszczuchem, jej najbardziej wiejski
wyczyn to wizyta na ranczo: jazda konno i biesiadowanie przy suto
zastawionym stole. Przez dłuższą chwilę spuszczała wodę, w końcu
zrezygnowała z marzenia o ciepłej kąpieli i postanowiła się tylko obmyć.
Nie obeszła jeszcze domu, ale intuicyjnie wyczuwała, że potrzeba tu
czegoś więcej niż doprowadzenia go do stanu używalności... Należało go
zburzyć i zacząć budowę od nowa.
Dziewczynki ubrały się i czekały na nią, złamawszy obietnicę, że nie
będą niczego dotykać. To miejsce było jak grota Ali Baby i czterdziestu
rozbójników! Tysiące przedmiotów, dziesiątki obrazów na każdej ścianie i mnóstwo książek. Nawet Kate, która nadal marsowo ściągała brwi, nabrała
ochoty, żeby trochę pomyszkować. Zaczęła od obejrzenia starego bojlera;
nienawidziła czytania instrukcji obsługi, za to uwielbiała składanie i rozbieranie różnych urządzeń. Bawiła się ich częściami jak klockami
lego, a jednym z jej ulubionych zajęć było nadawanie im cech ludzkich.
Zadziwił ją ten ciekawy przedmiot podłączony grubym gumowym kablem nie
do instalacji gazowej, lecz do olbrzymiej metalowej zatyczki na czymś w rodzaju cylindrycznej pomarańczowej bańki. Nigdy nie widziała niczego
podobnego, było jednak dla niej jasne, że to jakiś prehistoryczny
akumulator. Należało go doładować albo wymienić, jeśli chciały mieć
ciepłą wodę. Wprawdzie Adele radziła, żeby niczego nie dotykać, ale Kate
zauważyła, że obok stoi inny pomarańczowy cylinder, bez kabla. Próbowała
go przesunąć, jednak ledwo zdołała go ruszyć - był cięższy, niż się
spodziewała. Stwierdziła, że wąż jest wystarczająco długi i nie ma
potrzeby przenoszenia butli. Musiała tylko zdjąć zatyczkę z jednej i założyć na drugą... Zabrała się do tego w pośpiechu, przygryzając wargi z podniecenia i czując na sobie lodowaty wzrok siostrzyczki. Już miała
sprawdzić, czy jej wyczyn przyniósł jakiś efekt...
- Niech ci do głowy nie przyjdzie, żeby tego dotykać! To może być
niebezpieczne. Tutaj wszystko jest stare i przy pierwszej okazji... możemy
wylecieć w powietrze.
Kate spojrzała na matkę wyzywająco i bez mrugnięcia okiem odkręciła
kran, na którym trzymała dłoń. Odgłos działającego bojlera wywołał na
jej twarzy lekki uśmiech. Wyciągnęła rękę w stronę wody, nie odrywając
wzroku od matki.
- Masz zamiar zachowywać się tak przez cały tydzień?
Poczuła, że woda zmienia temperaturę, co sprawiło jej prawdziwą
satysfakcję. Dalej patrzyła na matkę, nie zakręcając kranu. Rozpierała
ją duma; czasem jej się wydawało, że Gala nigdy nie zaznała tego
uczucia.
- Kate!!! Słyszałaś? Proszę zakręcić kran! Zakręć ten cholerny kran!
Zakręciła go tak szybko, jak się dało. Kamień i upływ czasu naraziły na
szwank uszczelki. Nie wybrała sobie tego miejsca na pobyt, nie
zamierzała tu zostać, żeby mieszkać jak żebraczka, bez ciepłej wody,
ogrzewania i jedzenia.
- Ciepła woda już jest... Doprowadź do porządku resztę albo zabierz mnie
do hotelu, gdzie da się żyć. Ten dom się rozpada!
Kate miała rację, ale Gala nie chciała dać córce satysfakcji. Nawet
gdyby dom się walił, nie zrobiłaby afrontu zmarłej. Pomyślała, że
spędzenie kilku dni bez luksusów będzie dla dziewczynek dobrą lekcją
życia. Za bardzo przywykły do dobrobytu, dostatku, do tego, że mają
wszystko w zasięgu ręki. "Co złego w tym, że przez tydzień pomieszkają w wiejskich warunkach?". Dostrzegła szansę, żeby zbliżyć się do córek,
pobyć z nimi trochę bez najnowszej technologii, lepiej je poznać,
doświadczyć razem przeżyć podobnych do tych z obozu na Fire Island,
jednym z ulubionych miejsc Adele.
Kate miała na ten temat inne zdanie: szła z ręką wyciągniętą do góry i komórką w dłoni, bezskutecznie szukając zasięgu. To miejsce przerosło
jej najgorsze wyobrażenia. Za to Adele przyglądała się wszystkiemu po
obu stronach drogi, patrzyła na stare domy, ciekawa, kto w nich mieszka
i jacy to ludzie. "Czy są tam dzieci, z którymi można by się pobawić?".
Uderzenie dzwonu na ogromnej wieży obwieściło godzinę, o której zgodnie
z umową ktoś miał po nie przyjechać: jedenastą rano. Przechodząc przez
placyk, zauważyły coś, co wyglądało na niewielki sklep spożywczy. Adele
podbiegła, żeby sprawdzić, co jest za szybą. Przylepiła do witryny
twarz, osłaniając ją malutkimi dłońmi, żeby lepiej widzieć. W środku, na
wprost starego pieca, siedziała staruszka o krótkich siwych włosach,
która robiła coś na szydełku. Ciekawość zwyciężyła, więc korzystając z tego, że mama została z tyłu, dziewczynka otworzyła drzwi i weszła do
sklepu. Staruszka zmierzyła ją wzrokiem od stóp do głów. Adele zrobiła
to samo, ale nie z tak srogą miną jak tamta. Nigdy nie widziała tylu
zmarszczek naraz, ta kobieta musiała być bardzo stara. W kącie, oparta o ścianę, stała antyczna laska z rzeźbionego drewna. Staruszka przerwała
swoje zajęcie, zdjęła okulary, odsłaniając badawcze, zimne spojrzenie
niebieskich oczu. Adele uśmiechnęła się do niej, a kobieta powitała ją
lekkim skinieniem głowy.
- Vols alguna cosa, nena?4
Adele nie zrozumiała ani jednego słowa. Staruszka nie miała zębów! Kiedy
mówiła, usta zawijały się jej do środka. Widziała coś takiego na
filmach, ale nigdy na żywo. Poczuła lekki strach. Kiedy usłyszała ten
głos, dobiegający jakby z zaświatów, odruchowo odskoczyła do tyłu i wpadła na półkę, zrzucając na podłogę kilka pudełek z herbatnikami.
Akurat w tym momencie weszły Kate i Gala, więc były świadkami całej
sceny. Poustawiały towary, najszybciej jak mogły, przepraszając
wielokrotnie staruszkę, która, nieruchoma w swoim fotelu, z pewnym
rozbawieniem śledziła zmagania nowo przybyłych. Ani Kate, ani Gala nie
mogły pohamować ciekawości i nie rozejrzeć się dookoła. Miejsce to
wyglądałoby jak olbrzymia spiżarnia w domowej piwnicy, gdyby nie
staruszka siedząca w rogu, przed żelaznym piecem z olbrzymią mosiężną
rurą, za niewielką ladą, na której stała przedpotopowa kasa. "Bez tej
kasy nikt by nie powiedział, że to sklep". Kate podobało się to
urządzenie, ale podejrzewała, że jest ono jedyną rzeczą nie na sprzedaż.
Miejscowi musieli robić tu zakupy i choć nie było to wymarzone miejsce,
na pewno dało się tu wygodnie i szybko zaopatrzyć w podstawowe artykuły
spożywcze.
- Dzień dobry... Odwozicie zakupy do domu?
Adele już miała powiedzieć matce, że ta kobieta mówi innym językiem,
kiedy - ku jej zdziwieniu - staruszka... odpowiedziała! Dziewczynka
zamarła z rozdziawionymi ustami.
- Tutaj ludzie sami zabierają to, co kupują.
Powiedziała to tonem znacznie bardziej oschłym, niż kiedy przemówiła do
Adele. Wydawało się, że pytanie Gali sprawiło jej przykrość, bo nie
spojrzawszy na nią, włożyła z powrotem okulary i wróciła do
szydełkowania.
Zza zasłony, niczym królik z kapelusza, wyskoczył mężczyzna o zwichrzonych włosach, dopinając koszulę.
- Niech pani nie zwraca uwagi na moją matkę. Nie lubi wizyt. Jeśli pani
chce, sam mogę podrzucić zakupy.
Gala podziękowała uprzejmie i przedstawiła się, nie patrząc na
staruszkę.
- Jestem Gala Marlborough, mieszkam w domu Amelii Xatart. Była... moją
cioteczną babką.
Kobieta wypuściła szydełko z rąk. Uniosła głowę i w milczeniu oglądała
każdy por na zaczerwienionej twarzy Gali, jakby chciała odnaleźć jakiś
szczegół, znak, znamię, cokolwiek, co wydałoby się jej znajome.
Zacisnęła usta, wciągając je do środka, przez co wyglądała na jeszcze
starszą. Gala zaczęła wkładać produkty do wiklinowego koszyka pod
bacznym spojrzeniem staruszki, która nie odezwała się ani słowem, nie
uśmiechała się i nie spuszczała z niej oczu. Ta niewychowana prostaczka,
patrząca na nią wyzywająco, sprawiała, że Gala, cała spięta, musiała się
powstrzymywać, żeby nie rzucić pod jej adresem jakiegoś niegrzecznego
komentarza. Kate wykorzystała chwilę nieuwagi matki, żeby dołożyć
czekoladę i kilka opakowań herbatników. Adele - trzy pudełka płatków.
Były jej nałogiem! We trzy napełniły trzy kosze produktami, które uznały
za potrzebne, żeby przeżyć tydzień. Kiedy przyszło do płacenia, Gala
zdała sobie sprawę, że nie wymieniła pieniędzy i że oprócz dolarów ma
jedynie karty.
- U nas nie można płacić kartą, przyjmujemy tylko gotówkę. Ale niech się
pani nie martwi. Zapłaci pani, kiedy przywiozę zakupy. O której pani
pasuje?
Nie wiedziała, co odpowiedzieć, nie potrafiła wyliczyć, ile czasu może
zająć odczytanie testamentu. To był jej pierwszy raz, a wiadomo, że za
pierwszym razem człowiek jest trochę skołowany. Umówiła się na
trzynastą. Zanim wyszła, skorzystała z okazji i zapytała sprzedawcę, czy
zna jakąś złotą rączkę, kogoś, kto sprawdziłby bojler, piec i centralne
ogrzewanie.
- Ogrzewanie? Chyba kaloryfer elektryczny, ale żeby gaz... Gaz nie dotarł
jeszcze do tej wsi, proszę pani.
Kate wyszła, trzaskając drzwiami. Wiedziała, co to oznacza: że zostaną w tych kamiennych murach przez cały tydzień.
- Amat na pewno pani pomoże. Dobrze wie, jak działa ten dom. Proszę się
nie martwić, uprzedzę go, że pani już przyjechała.
Gala zamyśliła się nad słowami "już przyjechała". Co ten człowiek chciał
przez to powiedzieć? Nazywał się Pau. Był synem Úrsuli, zwanej Piękną,
staruszki o zachrypniętym głosie i złych manierach, niezbyt przyjaźnie
nastawionej do przyjezdnych.
Gala wyszła ze sklepu, podziękowawszy Pauowi za uprzejmość, ale czuła
pokusę, żeby zmierzyć się jeszcze kiedyś z Úrsulą. Adele miała na ten
temat inne zdanie. Spodobała się jej ta zapyziała staruszka, w dodatku
przed wyjściem dostała od niej cukierki... Czegóż więcej mogła chcieć!
Wymieniły mrugnięcia okiem i pożegnały się porozumiewawczym uśmiechem.
Skoro miała tu spędzić cały tydzień, lepiej zacząć szukać przyjaciół, bo
nic nie wskazywało na to, że jej naburmuszona siostra będzie dobrą
towarzyszką. Úrsula nie wyglądała na czarownicę z bajki o królewnie
Śnieżce; Adele była przekonana, że należy ona do tych dobrodusznych -
dobrych czarownic wsi.
Kate zajęła już miejsce z tyłu samochodu. Adele usiadła obok i poczęstowała ją cukierkami, bardziej z grzeczności niż z chęci
podzielenia się nimi. To był jej pierwszy skarb na tej ziemi i przeczuwała, że nie ostatni.
- Czy wszyscy prawnicy tak mieszkają?
Gala była równie zaskoczona jak jej córki. Po dwudziestu minutach jazdy
stanęli przed wielką żelazną bramą, która otworzyła się sekundę po
zatrzymaniu samochodu. Za nią ciągnęła się długa aleja, wysadzona
majestatycznymi sosnami. Daleko im było do sekwoi z parku Wellington,
jednak jazda pod nimi robiła wrażenie. Serce Gali zaczęło bić
przyspieszonym rytmem. To była bez wątpienia dobra wróżba: taką drogą
mogła dojść tylko do dużego spadku. Na jej końcu stał duży kamienny dom
o wielkich drzwiach z litego drewna, z łukowatym gankiem, na który
prowadziły trzy wysokie stopnie.
Kiedy wysiadły z samochodu, na spotkanie wybiegły im dwa duże psy. Tylko
Gala się wystraszyła; dziewczynki, bardziej odważne, zaczęły się z nimi
bawić, każda ze swoim. Pierwszy raz od przyjazdu Gala widziała Kate
uśmiechniętą. Kiedy córka skończyła trzynaście lat, zrobiła się trudna
we współżyciu, w miarę dojrzewania stawała się coraz bardziej drażliwa.
Siostry chciały zostać jeszcze przez chwilę w ogrodzie. Matka weszła do
środka, przecięła ogromny salon ze średniowiecznym paleniskiem i wspięła
się po olbrzymich schodach wyłożonych czerwonym dywanem, nad którymi
wisiały obrazy. "Czy tu każdy sprawia sobie portret?". Bez wątpienia
było to miejsce z innej epoki, nie z XXI wieku, w którym, jeśli tylko
zechcesz, nawet fotografie cyfrowe ulegają samozniszczeniu pięć sekund
po tym, jak je obejrzysz. Gala niczego nie krytykowała, nie próbowała
nawet znaleźć określenia najtrafniej oddającego wygląd tego miejsca. Po
prostu nie trawiła scenerii, które przypominały dekoracje filmowe. A najbardziej dziwiło ją to, że mieszkali w nich ludzie! "Może trochę
przesadzam? W końcu amisze również żyją jak w przeszłości, ale to
przecież nadal są Stany Zjednoczone". Kiedy rzeczywistość ją
przerastała, Gala miała zwyczaj wypowiadać swoje myśli, medytować,
słuchając własnego głosu. Wydawało się jej, że w ten sposób łatwiej
znajduje rozwiązanie zagmatwanych spraw. Na widok tych ścian naszła ją
refleksja na temat różnych rodzajów patriotyzmu. W przeciwieństwie do
Fredericka nigdy nie traktowała flagi jako sztandaru, ale będąc tak
daleko od tego, do czego przywykła, potrzebowała jakiegoś punktu
zaczepienia: bardziej niż kiedykolwiek poczuła się Amerykanką.
Kierowca zostawił ją samą w sali o powierzchni proporcjonalnej do
wielkości domu. Czekała, siedząc na jednym z dwudziestu krzeseł
otaczających stół. Kolejne pomieszczenie z kominkiem. "Ile tu może być
pokoi? Wszystkie mają kominki?". Stare narzędzia do orania wraz z fotografiami nieboszczyków ozdabiały ściany. Nie lubiła zdjęć zmarłych,
co pozostawało w sprzeczności z jej zainteresowaniem fotografią i marzeniami, żeby robić portrety. Należy jednak przyjmować życie z jego
nielogicznościami, niemożliwymi do odszyfrowania przesłaniami i ścianami
pełnymi obrazów ludzi, którzy już nie żyją.
- Pani Marlborough! Dotarła pani bardzo punktualnie na nasze spotkanie.
Jak podróż? Długa? A dom? Odpoczęłyście? Pewnie nie bardzo...
Dlaczego zadawał tyle pytań? Pan Riudaneu wyglądał na bardziej
zdenerwowanego niż ona. Zamiast oddychać normalnie i podejść w milczeniu, wolał ją przytłoczyć swoją gadaniną, ryzykując utratę tchu.
Gala skoncentrowała się na powitaniu. Wyciągnęła rękę, tak jak nauczyła
ją matka, i obdarzyła go grzecznym, szerokim, ale krótkotrwałym
uśmiechem. Riudaneu spojrzał na wiszący na ścianie zegar, który
wskazywał za dwadzieścia dwunastą. Usiadł cztery krzesła dalej niż Gala
i położył na stole dwie ciężkie teczki z aktami.
- Czekamy na notariusza, bez niego nie mogę przystąpić do odczytania
testamentu. A... Amat przyjdzie w połowie.
- Amat? - To imię było jej znane...
Adele i Kate obeszły ogród z dwoma psami, które służyły im za
przewodników. Rezydencja otoczona była polami, które porastały niskie
drzewka o poskręcanych pniach.
- Po co trzymają te drzewka, skoro obumarły?
Kate spojrzała na siostrę z rozbawieniem. Adele była bardzo odważna, ale
zbyt mała, żeby zrozumieć, że drzewka nie obumarły i że wyrosną z nich
winogrona.
- A jeśli wykaże się cierpliwość i włoży dużo pracy i wysiłku... będzie z nich znakomite wino!
Obie się odwróciły, żeby zobaczyć, skąd dobiega głos. Jakaś kobieta w chustce na głowie odpoczywała na ławce na wprost winnicy. Miała dłonie
grubo wysmarowane kremem. Obok niej stał wiklinowy kosz z parą uszu,
wypełniony mnóstwem kremów, a dalej leżały zmęczone bieganiem dwa psy, z wywalonymi na wierzch jęzorami. Najwyraźniej uznały spacer za
zakończony.
- Cześć! Mam na imię Adele.
Adele zawzięła się, żeby zawrzeć z kimś przyjaźń, a z braku dzieci... nie
miała nic przeciwko dorosłym. Kate była trochę bardziej mrukliwa; nie
tylko się nie przedstawiła, ale na znak niezadowolenia z całej siły
kopnęła butem w ziemię, wzniecając wielki tuman kurzu.
- A ja Teresa. Teresa Forgas, z winiarni Forgas. Zajmujemy się tutaj
produkcją wina, wiesz?
Adele była zachwycona nową znajomą, psami i kremami. Niewiele myśląc,
usiadła obok kobiety i kazała nałożyć sobie na rękę trochę kremu, który
zaczęła rozsmarowywać. Uwielbiała się kremować! Kiedy dorośnie, kupi
wszystkie kremy dostępne w sprzedaży i będzie je sobie wmasowywać w stopy, dłonie, nogi i twarz. Tak jak robiła to mama, a także i ona,
kiedy tylko mogła.
Kate wykorzystała chwilę nieuwagi siostry i uciekła, tracąc pouczający
wykład o kosmetykach, które interesowały ją tyle co zeszłoroczny śnieg.
Nie zastanawiając się długo, wkroczyła do średniowiecznego domu z kamienia i obeszła go, jakby był jej własnością. Wbiegła i zbiegła po
schodach, ale nikogo nie spotkała.
- Halooo!
Bawiła się z echem, mając nadzieję, że odpowiedzą jej nie tylko ściany.
Weszła do dużej sali z dwiema olbrzymimi kanapami i telewizorem z epoki
człowieka z Cro-Magnon. "Czyżby plazma nie dotarła jeszcze do tego
kraju?". Rozwaliła się na kanapie, nie zdejmując tenisówek, i włączyła
telewizor, ale po niespełna dziesięciu minutach przeszła na tryb off.
Oprócz roller derby i nadawania urządzeniom cech osobowych Kate
uwielbiała spać. Była śpiochem i mistrzynią w zasypianiu w najmniej
odpowiednich miejscach: któregoś dnia udało się jej to zrobić na stojąco
w Museum of Modern Art, w czasie kiedy matka podziwiała te nieładne
obrazy, które eksperci postanowili nazwać... dziełami sztuki? "Sztuka to
graffiti, na ulicy!". Zawsze powtarzała to matce, aby zapamiętała sobie,
że w przeciwieństwie do niej, ona nie jest fanką muzeów. Nie miała
jednak nic do powiedzenia, bo była tylko małolatą uzależnioną od
rodziców.
- Nie wiem, czy dobrze zrozumiałam... Nie jestem jedyną spadkobierczynią?
Kazał mi pan przelecieć Atlantyk, aby powiedzieć, że przypadła mi w udziale tylko jedna trzecia własności?
Gala o mało nie straciła panowania nad sobą. Testament był niedorzeczny,
a jej cioteczna babka okazała się niegodziwą kobietą, która chciała
podrwić sobie z zaświatów.
- Żeby zostać jedyną spadkobierczynią, muszę znaleźć autora jakiegoś
obrazu? Kpi pan sobie ze mnie, prawda?
- Jest dokładnie tak, jak przeczytałem. Takie było życzenie Amelii. Jako
jedynej krewnej z mocy prawa przysługuje pani zachowek, ale jeśli chce
pani dostać cały spadek, to znaczy dwie trzecie, które pozostają do
swobodnego rozdysponowania, musi pani zwrócić Morze temu, kto
namalował ten obraz.
Wyglądało to na jakiś koszmar, ale babka rzeczywiście zorganizowała ten
idiotyczny bieg z przeszkodami, żeby uczynić ją jedyną spadkobierczynią,
to znaczy żeby przypadły jej w udziale wszystkie dobra. Galę ogarnęła
wściekłość, że uwierzyła w pomyślne znaki i przyjechała z tak daleka.
Było jasne, że nie może wrócić do domu bez spadku i że prawnik nie powie
jej, jak on jest duży, dopóki nie wybierze jednej z dwóch możliwości:
gra lub zachowek. Frederick na pewno upokarzałby ją przez lata, gdyby
się dowiedział o jej klęsce, nie pozostawało jej więc nic innego, jak
spróbować wygrać tę partię.
- A kto jest autorem? Jak się nazywa?
Riudaneu wzruszył ramionami i wygiął w dół kąciki ust. Nie miał
zielonego pojęcia. Przypomniał jej tylko, że testament mówi nie o pieniądzach, ale o dobrach: o domu i szopie, której miała odziedziczyć
jedynie połowę.
- Dlaczego połowę? Nawet jeśli znajdę tego tajemniczego malarza?
Tak głosił testament. W tym momencie do sali wpadł młody, niespełna
czterdziestoletni mężczyzna z czerwonymi plamami na skórze, cały zlany
potem.
- Ja heu començat, oi? No passa res. Ja li vaig dir al Vicent que
féssiu, que féssiu...5
Jakim językiem mówi ten nieokrzesany człowiek? Uznała za oznakę złych
manier to, że wszedł tak nieoczekiwanie, przerwał czytanie testamentu,
nie przedstawiając się i bez słowa wytłumaczenia, i że mówi językiem,
którego ona nie rozumie. Wyglądał na niedomytego, dłonie miał poplamione
czymś, co wyglądało na farbę, i brudne paznokcie. Odraza, jaką poczuła,
była na tyle duża, że wolała uniknąć kontaktu fizycznego podczas
prezentacji.
- Jestem Amat Falgons, wspólnik Amelii Xatart, a... teraz pani. Chciałem
panią poznać! Witamy!
Wspólnik? Co to miało znaczyć? Gala nie zamierzała wchodzić z tym
człowiekiem w styczność bliższą niż ta, która wynikała z faktu, że
wtargnął do tego pokoju, a tym bardziej być jego wspólniczką w czymkolwiek. Nagła poprawa manier nie mogła zmienić fatalnego pierwszego
wrażenia, jakie sprawił niestosownym pojawieniem się podczas
odczytywania testamentu: spóźniony i niechlujnie odziany.
Riudaneu czytał dalej. Fragment o szopie, który, jak się wydawało,
dotyczył ich obojga: byli udziałowcami, po połowie, szopy i tego, co się
w niej znajduje, oraz firmy o nazwie VellAntic.
- Może mi pan powiedzieć, co to za Vell... hmm...
- VellAntic to firma, którą założyła Amelia i która zajmuje się
restauracją starych mebli. Prawdziwych perełek pochodzących stąd i z całej Europy. Kupujemy, naprawiamy i sprzedajemy. Możemy też tylko
naprawić, ale muszą to być egzemplarze przedstawiające jakąś wartość, w przeciwnym razie... polecamy klientom dobrych stolarzy artystycznych.
- Antykwariusze, tak?
W miarę jak zapoznawała się z testamentem, z każdą jego linijką czuła
coraz większe rozczarowanie. Marzyła o rachunku bieżącym z dużą sumą
pieniędzy, o domu podobnym do tego, w którym właśnie przebywała, i innych korzyściach kojarzonych z wiejskim luksusem. Dostała coś, co było
tego przeciwieństwem: dom, w którym jest mnóstwo kurzu, za to mało
światła, oraz szopę wypełnioną starymi meblami. Czuła się zbyt
otumaniona, żeby to wszystko przetrawić i jednocześnie silić się na
serdeczność. Pozwoliła Riudaneu dokończyć show, choć prawdę mówiąc,
niewiele zostało do dodania. Po zakończeniu odczytywania niechętnie
potwierdziła podpisem zgodę, zabrała swoją kopię i opuściła dom niemal
bez pożegnania. Miała do wyboru: albo wyjść i zacząć krzyczeć, albo
udusić któregoś z tych mężczyzn o szorstkich, dużych dłoniach.
- Kate! Adeeele! Kaaate!
Pierwsza pojawiła się Adele. Pachniała mieszaniną wonnych kosmetyków,
które dostała od kobiety z ławki i obficie wtarła je sobie w skórę. Gali
nie chciało się zastanawiać, dlaczego jej córka wydziela tę dziwną
mieszankę zapachów, mającą niewiele wspólnego z otoczeniem. Musiała
wynieść się stąd jak najszybciej, nie miała siły na dalsze zgadywanki.
Nigdzie nie było widać Kate, nic też nie wskazywało, żeby usłyszała
wołania matki. Już miała cisnąć jakieś przekleństwo, kiedy córka wyszła
z domu razem z nieuprzejmym mężczyzną, zgodnie z testamentem - nowym
wspólnikiem Gali. Kate miała potargane włosy i odciśnięte ślady na
twarzy.
- Usnęła na kanapie. To pora posiłku... Chcecie, żebym zaprosił was do
restauracji w La Mudze?
Adele, szybsza niż matka, krzyknęła żywiołowe i nieznoszące sprzeciwu
"Tak!". Gala zwinęła dłonie w pięści, starając się pohamować złość.
Zacisnęła szczęki i zrobiła najlepszą z min, na jakie było ją stać, żeby
potwierdzić przyjęcie zaproszenia.
- Czy to oznacza zgodę?
Nie dość, że niedomyty, ten mężczyzna nie mógł być bardziej
impertynencki, ale ze względu na okoliczności Gala nie powinna go
zrażać. Nie chciała zostać niczyją wspólniczką, tym bardziej jego,
zamierzała więc sprzedać swoją część, a on musiał ją od niej kupić za
jak najwyższą cenę.
- Tak, ale jak sądzę, przed jedzeniem zechce się pan trochę obmyć...
To była niegrzeczna uwaga, jednak Gala nie mogła się powstrzymać.
Spoglądała na jego dłonie; wiedziała, że jeśli z nim usiądzie przy
jednym stole i będzie musiała na nie patrzeć, odruchy wymiotne ma jak w banku.
Amat obejrzał swoje ręce i z uśmiechem, po którym widać było, że spotkał
go afront, bez słowa przeprosin przyznał jej rację.
- W La Mudze, pani Marlborough, żyjemy z ziemi i brudzimy sobie ręce!
Kiedy skończył mówić, gwizdnął głośno. Kilkanaście sekund później
pojawił się piękny koń szarej maści. Amat wskoczył na niego i zniknął,
rzuciwszy przedtem Gali wyzywające spojrzenie.
Wszystkie trzy zamurowało na widok tej zaskakującej sceny. Siwek, który
pojawił się znikąd! Kate uśmiechnęła się po raz drugi tego dnia i wsiadła do samochodu. Adele, zanim poszła w jej ślady, wyciągnęła rękę i pomachała kobiecie, która nie tylko podarowała jej mnóstwo kremów, ale w dodatku wyjawiła pewną tajemnicę: ta ziemia jest Ziemią Kobiet. Adele,
której ciekawość sięgnęła zenitu w chwili, gdy zawołała ją matka,
zdążyła tylko zapytać:
- Dlaczego tak się nazywa?
- Zrozumiesz, jeśli staniesz się jedną z nich. Nie wszystko jest takie,
na jakie wygląda; czasami nie ma tego, co się wydaje, że jest, a to, co
jest, objawia się nielicznym.
Według Adele kobieta mówiła zaszyfrowanym językiem, dziewczynka niczego
nie zrozumiała. Za to podobało jej się, że ta ziemia ma nazwę. Ziemia
Kobiet! Mała odkrywczyni nie była w stanie sobie wyobrazić, jak wielki
sekret kryje miejsce, które dopiero się przed nimi otwierało. Na tej
płodnej ziemi nic nie mąciło cyklu zasiewów, bo przestrzegano zasad
ustalonych przez matkę naturę. Teresa wiedziała o tym. Pierwszą z licznych tajemnic tego miejsca postanowiła się podzielić z najmłodszą z trzech kobiet - z Adele.
Dziewczynka niewiele rozumiała, ale ekscytował ją sam fakt istnienia
sekretu. Może to jakieś magiczne miejsce pełne dziwnych zwierząt,
dziwnych kobiet i pomarszczonych drzew? Tak czy inaczej, teraz i ona
poznała tę tajemnicę, a jako odkrywczyni musiała sprawdzić, co tu
oznacza bycie kobietą. Pochłonięta myślami i przejęta opuściła szybę
samochodu, wysunęła rękę i zanim zjechały z alei wysadzanej drzewami,
pozdrowiła wiatr zawołaniem skautów: Always, always be
prepared!6
II
Ziemia Kobiet? Co za bzdura!!!
Adele nie umiała długo utrzymać języka za zębami. Zbyt trudno było jej
zachować tajemnicę, milczeć i prowadzić poszukiwania bez niczyjej
pomocy. Próbowała przekonać siostrę, że to miejsce jest szczególne, ale
nie wzbudziła w niej zainteresowania. Kate bowiem uważała je za
nieprzyjazne, zamieszkane przez szorstkich ludzi o cierpkim uśmiechu,
witających się na odległość. Sama zaprzątnięta była szukaniem czegoś
zupełnie innego. Musiała za wszelką cenę znaleźć zasięg, żeby
porozmawiać z Gotham Girls i dowiedzieć się, czy wygrały i czy jej
wyjazd nie przeszkodził im w wejściu do finału. Kate okazywała ten
rodzaj wyniosłości, który upewnia otoczenie, że środek świata przechodzi
przez jej pępek. W szkole z nikim się nie przyjaźniła, bo zdaniem
koleżanek była dziwna, przekraczała obowiązujące granice i miała
szczególne upodobania. Początkowo cierpiała z tego powodu, potem
zrozumiała, że brak akceptacji przez innych świadczy o jej
przynależności do swego rodzaju elity społecznej: grupy ludzi
wyjątkowych. Była dumna z tego, że nie jest taka jak inni, że wyróżnia
się z tłumu. Adele podziwiała siostrę, ale nie rozumiała stanu, w jakim
się ona ostatnio znajdowała. Kiedy ktoś próbował nawiązać z nią bliższe
relacje, Kate zachowywała się jak jeżozwierz: kłuła, raniąc z zewnątrz i od środka.
- Jesteś odkrywczynią, Adele, skautką, ale któregoś dnia zrozumiesz, że
lepiej ci się ułoży w życiu, jeśli będziesz samotnym jeźdźcem.
Adele, co prawda, nie znała się na jeźdźcach i życiu, ale uważała za
niezbyt rozsądne skręcanie papierosa, gdy w pobliżu była mama. Matki
mają bardzo dobrze rozwinięte zmysły i potrafią wyczuć na kilometr każdy
wybryk, a już na pewno zapach tytoniu.
- I co z tego, że mnie nakryje?
Kate było wszystko jedno. Nikt jej przecież nie pytał o zgodę na
przyjazd do wsi, gdzie jedyną atrakcję stanowiły jakiś absurdalny
spadek, tajemniczy obraz i mieszkańcy, którzy uparli się, żeby z daleka
witać ludzi.
- Wiesz co? Mogłabym uciec w tej chwili i wrócić do domu, ale nie robię
tego, bo nie chcę zostawiać cię samej z mamą. Jest jakaś dziwna, ma
obsesję na punkcie tego przeklętego obrazu. A to miejsce... nudzi mnie,
Adele! Hmm... Wiedziałaś, że tu się urodził dziadek?
Adele rysowała na piasku znaki nieskończoności palcem wskazującym prawej
ręki, podczas gdy siostra przekazywała jej wszystko, co wiedziała o dziadku Romanie. Było tego niewiele: bardzo przystojny, bezrolny
wieśniak rozkochał w sobie babcię Julianne, kiedy spędzała wakacje w Europie. Wbrew rodzinie Marlboroughów Julianne wyszła za niego za mąż i zabrała go do Bostonu.
- Kiedy mama miała pięć lat, dziadek umarł na atak serca. Wtedy babcia
zwariowała i już nigdy więcej o nim nie mówiono. Koniec pieśni!
Kate opowiadała siostrze historię dziadka Romana setki razy, potrafiła
ją powtórzyć co do przecinka. Nie chciała słuchać o tej Ziemi Kobiet,
ale w rzeczywistości oszukiwała samą siebie, bo wszystko, co związane z dziadkiem, zawsze bardzo ją interesowało. Była jednak zbyt dumna, żeby
przyznać, że chce się dowiedzieć więcej o nim, o jego życiu i... o tej
wsi?
- Możemy popytać, pewnie ktoś znał... hmm... dziadka! - wypaliła Adele,
puszczając do siostry oko.
Kate była zajęta zapalaniem papierosa, którego tak źle skręciła, że
rozpadł się przy pierwszym zaciągnięciu. Kawałek bibułki został jej w kąciku ust, reszta w strzępkach uleciała w powietrze. Adele parsknęła
śmiechem. Kate posłała siostrze mordercze spojrzenie, ale zaraz poszła w jej ślady. Czasami miała wrażenie, że to jedyna istota na świecie, która
ją rozumie. Wstała z ławki, strzepnęła resztki tytoniu, uschniętym
źdźbłem trzciny, które znalazła po drodze, narysowała na ziemi poziomą
kreskę, przyjęła pozycję startową, puściła oko do Adele i na raz, dwa,
trzy ruszyła ile tchu w piersiach. Biegła, dopóki starczyło jej
powietrza w płucach, po drodze o mało nie zgubiła adidasa. Udała, że
zwycięsko dociera do mety, jakby brała udział w wyścigu, zwolniła i pochyliła się, żeby uniknąć hiperwentylacji. Po chwili dogoniła ją
Adele, z trzciną w dłoni i gotowym wynikiem.
- Sześćdziesiąt siedem! Wytrzymałaś sześćdziesiąt siedem!
Z powodu niedotlenienia Kate nie była w stanie się odwrócić, żeby
spojrzeć na siostrę. Powoli dochodziła do siebie, kiedy przejmujący
dźwięk, dużo głośniejszy od zwykłego klaksonu, znowu pozbawił ją tchu i niemal przyprawił o zawał serca.
- Neeeneees, neeenes... Auuu, fora d'aquí!!!7
Kobieta na zielonym traktorze o olbrzymich kołach ogłuszyła je
przenikliwym odgłosem klaksonu swojego toczącego się potwora. Zatrzymała
się tuż przed nimi, wyrzucając z siebie niezrozumiałe słowa, skierowane
pod adresem niebios i dziewczynek. Tomasa zwana Bogaczką była krzepką
kobietą, miała kwadratową twarz i malutkie niebieskie oczka. Stanęła
przed siostrami, zdjęła słomkowy kapelusz i strzepnęła nim kurz z łydek.
"Kolejna szpetna staruszka!", pomyślała Kate.
- Panienki, jesteście na terenie prywatnym. Wiedziałyście o tym?
Kate popatrzyła na nią wyzywająco i zanim odpowiedziała, rozejrzała się
dookoła. Skoncentrowana na biegu, nie zauważyła, że minęła ogrodzenie i znalazła się w gigantycznym hangarze z ustawionymi jedna na drugiej
setkami, a może nawet tysiącami skrzynek pełnych owoców i warzyw.
Tomasa nie wiedziała, kim są te małe intruzki, miała za to bogate
doświadczenie, jeśli chodzi o drobnych złodziejaszków. Adele postanowiła
się przedstawić, zanim siostra narazi je na nieprzyjemności ze strony
tej kobiety o wielkich dłoniach i zabłoconych butach.
- Jesteśmy Adele i Kate Donovan Marlborough, córki Gali Marlborough,
jedynej spadkobierczyni swojej nieznanej cioci, która nie pamiętam, jak
się nazywa.
Powiedziała to bardzo głośno, z najlepszym akcentem, na jaki ją było
stać, wyprostowana, obserwując spod oka kobietę sierżanta.
- Amelia Xatart?
Obie potwierdziły skinieniem głowy, czekając na reakcję. Była identyczna
jak u staruszki ze sklepu spożywczego i tej drugiej, u której jadły z nowym wspólnikiem mamy. Wszystkie kobiety zachowały się tak samo:
otwarte usta, głębokie westchnienie, żabi wytrzeszcz oczu i opadnięte
ręce. Pięć sekund później - zapewne tyle czasu potrzebował mózg, żeby
przyjść do siebie po wstrząsie - mówiły:
- A więc... Gala... przyjechała do La Mugi...
- Przyjechała po pieniądze i jak tylko je dostanie... wynosimy się stąd! -
rzuciła Kate, świadomie dobierając słowa.
Nagła słodycz w głosie kobiety jej nie zwiodła i nie zmiękczyła,
dziewczynka nadal miała się na baczności. Staruszka wbiła w nią ostre
spojrzenie i niespodziewanie wybuchnęła śmiechem, aż z ust pociekła jej
ślina. Rechotała tak przez kilkadziesiąt sekund, a one nie rozumiały, co
ją tak rozbawiło. Nie wiedziały, jak się zachować. Tomasa wciąż się
śmiała, coraz głośniej, aż w końcu raptownie zamilkła.
- A co robicie na mojej ziemi?
Nie było to uprzejme ani przyjazne. Nie zaproponowała im oczywiście,
żeby wzięły sobie po jabłku z tysięcy, które leżały w setkach skrzynek
ustawionych jedna na drugiej. Długim kościstym palcem, prostym jak
strzała, pokazała im drogę do wyjścia z prywatnej posesji i ostrzegła,
żeby jej nie nachodziły, chyba że zostaną zaproszone.
- Jesteśmy dziećmi, proszę pani, nie wampirami. Nie widzi pani?
Kate lubiła odpowiadać na ataki zdaniami bez sensu, żeby zawsze mieć
ostatnie słowo. Wzięła siostrę za rękę i wyszła, powstrzymując się od
nawymyślania temu bykowi w kobiecej skórze.
Maszerowały pospiesznie jedną z niewyasfaltowanych dróg wsi. Były tam
zaledwie dwie ulice o twardej nawierzchni, obie prowadziły na główny
plac, przy którym królował stary kościół, zawsze zamknięty, ilekroć
tamtędy przechodziły, chociaż jego dzwony biły co pół godziny. "Kto
mieszka tam na górze?". Adele nie chciała odejść, nie wspiąwszy się
uprzednio na dzwonnicę i nie pociągnąwszy za sznur. Kiedy wróci do
Nowego Jorku, będzie mogła opowiedzieć koleżankom, że udawała Tomka
Sawyera w małej wsi, w której nie było dzieci, tylko sami starcy.
Uwielbiała Sawyera i jego przyjaciela Huckleberry'ego Finna!
Kate ciągnęła siostrę, która szła tyłem, wyobrażając sobie, jak stoi na
szczycie dzwonnicy. Były już spóźnione, nie miała ochoty na kolejne
starcie z matką. Mijały na pół zrujnowane domy, wyglądające na
porzucone, niemal wszystkie z opuszczonymi żaluzjami. Śpiew ptaków
prawie umilkł, za to wiatr zaczynał wściekle wyć. Była pewna, że dojdą
tędy do szopy ciotecznej babki mamy, świątyni starych mebli. Chociaż
należała to osób, które święcie wierzą, że wszystkie drogi prowadzą do
Rzymu, nie miała ochoty sprawdzać tego w tym momencie. Rozglądała się,
próbując znaleźć jakąś wskazówkę, rozpoznać słup elektryczny, kamień
albo drzwi. Ale wiejski krajobraz był wszędzie taki sam, co nie pomagało
w orientacji. Wydawał się znajomy, bo w każdym miejscu wyglądał
identycznie. Nadal nie miała zasięgu, ale i tak na niewiele by się jej
przydał; aplikacja OnTheRoad na pewno nie byłaby w stanie odnaleźć tego
zapadłego zakątka, ukrytego i w gruncie rzeczy nic nieznaczącego dla
rozwoju ludzkości. Tak przynajmniej sądziła Kate. "Co by się stało,
gdyby ta wieś przestała istnieć?".
Adele szła za siostrą, nie mogąc złapać tchu; miała ochotę zwolnić i dokładniej zbadać teren. To, że się spóźnią, nie było aż tak ważne.
Przecież niewiele mogło, a raczej nic nie mogło im się przydarzyć na tej
ziemi, gdzie gdyby nie wiatr, nie poruszałyby się nawet liście na
drzewach.
Kate, bliska rozpaczy, rozpoznała wreszcie dwa szerokie żółte pasy
namalowane poziomo na murze, wskazujące - o ile dobrze zapamiętała - że
za rogiem jest wejście do szopy.
Gala nawet nie zauważyła, że wróciły, tak była pochłonięta rozmową z Amatem. Chciała jak najszybciej pozbyć się nędznej graciarni, ale miała
problem z nowym wspólnikiem, wieśniakiem o brudnych rękach, który okazał
się zarozumiałym uparciuchem. Nie dało się przemówić mu do rozsądku,
żeby ustąpił i odkupił jej część firmy. Przez cały ranek przeprowadzała
z nim inwentaryzację, tracąc opanowanie i powściągliwość, przynależne
dobrze wychowanej kobiecie z wyższych sfer. Była nawet o krok od
nawymyślania mu "od brudnych koszul" i powiedzenia, żeby zatrzymał sobie
jej część interesu i zostawił ją w spokoju. Amat odmawiał kategorycznie
zapłacenia choćby jednego euro za VellAntic.
- Jeśli nie chcesz swojej części, to mi ją oddaj i... JUŻ! Zrozumiałaś?
Jak można zrozumieć podobną bzdurę? Była właścicielką połowy tego
miejsca i nie miała zamiaru dawać nikomu w prezencie nawet kłębka kurzu.
Musiał ją od niej odkupić, bo tak się robi w Nowym Jorku i wszędzie na
świecie! Amat przez cały ranek powtarzał uparcie jak osioł: "Ani jednego
euro!". Potrzebowała innej strategii. "Zamiast mu podarować swoją część,
zorganizuję licytację i sprawa załatwiona!". Licytacja? Czasami
wystarczy jedno magiczne słowo, żeby zobaczyć wszystko w nowym świetle.
Licytacja mogła skrócić jej męki, bo jeśli ten gbur nie zechce odkupić
jej połowy, będą musieli podzielić dobra ruchome i ona sprzeda swoje
temu, kto da więcej.
- Jak sobie chcesz, ale... nikt niczego od ciebie nie kupi.
Jak może być tak bezczelny i apodyktyczny? Wierzyła w sukces: nawet
gdyby mieszkańcy wsi nie zechcieli niczego nabyć, w końcu on sam by
wszystko kupił. Jeśli rzeczywiście tak bardzo kochał jej cioteczną
babkę, sprzedaż za marne pieniądze owocu wielu lat pracy zostałaby
uznana przez miejscowych za afront. Gala uśmiechnęła się złośliwie i pogratulowała sobie w duchu doskonałego planu. W milczeniu zadziwiająco
spokojnie powróciła do spisywania przedmiotów.
Amat patrzył na nią podejrzliwie, niczego nie rozumiejąc; nie wierzył w tę jej nagłą uprzejmość. Uderzyło go, że niewielka różnica pokoleniowa
może tak bardzo oddalić od siebie przedstawicieli tego samego gatunku.
Ubóstwiał Amelię Xatart, zawdzięczał jej prawie wszystko i nie mógł
uwierzyć, że jej najbliższa krewna posiada cechy, których stara Xatart
nienawidziła u ludzi: lekkomyślność, brak wrażliwości i niesamowity
egoizm. Nie osądzał jej, Gala i jej brak więzi z tą ziemią budziły w nim
po prostu zdziwienie. Był pewien, że Amelia krzyczy z wściekłości gdzieś
w innej galaktyce i wali laską z głową lwa w asteroidy. Zdawał sobie
sprawę, że właśnie woli tej kobiety zawdzięczał powrót na właściwą drogę
w życiu. W wieku dwudziestu siedmiu lat rozchorował się z powodu zawodu
miłosnego. Musiał wrócić do La Mugi, z licencjatem z chemii, dwiema
walizkami oraz mnóstwem fotografii budzących falę wspomnień, nadających
się tylko do spalenia. Odszedł stąd dla miłości, uczucia, do którego
podchodził z przykładną nabożnością, przekonany, że trzeba mu się
poddać. Ale jak wielcy mistycy, których w pewnym momencie opuszcza
wiara, tak i on ją utracił, gdy został pobity, skopany i porzucony,
zanim zdążył poczuć, że coś się zaczyna. Tak upadł na duchu, że zamilkł.
Czuł, że dusza ucieka z jego poturbowanego, śmiertelnie poranionego
ciała. Przez wiele miesięcy był trupem bez życia, nieobecną istotą,
która straciła wszelkie złudzenia. Jego matka Nalda, nazywana Czerwoną,
rozpaczliwie szukała uzdrowicieli, psychologów i pięknych kobiet, kogoś,
kto mógłby zdjąć z niego tę klątwę. Próbowała go uzdrowić, sięgając po
najbardziej kontrowersyjne metody. Chodziła nawet do różnych
przewodników duchowych, ale nikt nie znalazł sposobu na przywrócenie
Amata do życia. Nigdy by nie przypuszczała, że jej wielka przyjaciółka
Amelia Xatart znajdzie cudowny lek: "Dużo papieru ściernego i litry
politury!".
Godzinami Amat czyścił meble papierem ściernym, tygodniami w milczeniu
zdrapywał warstwy lakieru i czuł, że jego ból, jego chroniczny smutek
powoli ustępuje. Czuł, że żyje w dziwnej symbiozie z zabytkami
przeszłości. Godzinami naprawiał je cierpliwie i pieczołowicie,
przywracając im dawny blask. Wydawało mu się, że te stare graty, dla
większości ludzi pozbawione duszy, wzbudzają w nim chęć walki i oczyszczają jego wnętrze. Przez sześć miesięcy Amelię i Amata łączyły
krótkie zdania i długie godziny milczenia. Przez sześć miesięcy nie
opuścił ani jednego dnia w pracy, nie spóźnił się nawet o minutę. O ósmej rano pukał do drzwi szopy i po nieśmiałym powitaniu szedł do
swojego kąta, gdzie pracował bez wytchnienia do obiadu. Po południu -
identyczny rytuał. Czerwona Nalda nie mogła uwierzyć, że jej syn
odnalazł sens życia w najmniej oczekiwany sposób - dzięki starym meblom!
Będąc chemikiem z wykształcenia, eksperymentował, wymyślał różne
mikstury, dziwne smarowidła i pigmenty ziemne, które rozsławiły
VellAntic jako jedyny w swoim rodzaju przybytek, gdzie do każdego mebla
dorabiano duszę. Ludzie różnych narodowości i z różnych krajów
przyjeżdżali do warsztatu, żeby podziwiać to wypracowane piękno, bili
się o meble, dzięki którym leczyli stare rany, a wokół firmy narastało
coraz więcej legend. VellAntic rósł jak na drożdżach, klienci ściągali
tu jak do Lourdes, żeby znaleźć dla siebie mebel: sekreterę, etażerkę,
szafę ścienną, stół, krzesło czy schodki. Musieli zdobyć lek, który
uzdrowiłby ich chore dusze, uwolnił ich od trosk i od zwiędłych emocji.
Amelia i Amat próbowali powstrzymać rozprzestrzenianie się wiary w uzdrawiającą moc mebli, ale legenda szybko się rozchodziła,
przekraczając góry, rzeki i granice. Amelia doceniła osiągnięcia Amata i z mądrą pokorą zaproponowała mu, żeby został jej wspólnikiem. Był to
początek przyjaźni, czegoś w rodzaju miłości między matką a synem, o którą Czerwona Nalda nigdy nie była zazdrosna. Jej syn zmartwychwstał,
narodził się na nowo. Cierpienie zmieniło go w wyjątkowo wrażliwego
człowieka.
- Słuchasz mnie? Eeeooo... - Gala próbowała skupić na sobie rozproszoną
uwagę Amata. - Nie mógłbyś wydrukować całego spisu? W ten sposób
szybciej by nam poszło z podziałem.
Żadne z tych słów nie zostało wypowiedziane ostrym tonem. Żeby to
osiągnąć, musiała hamować złość, szczypiąc się w skórę. Była nadal miła,
ugodowa i - czemuż by nie - uwodzicielska, na tyle, na ile dało się taką
być przy tym topornym mężczyźnie.
Amat patrzył na Galę, starając się ją przejrzeć: z wyglądu do złudzenia
przypominała swoją cioteczną babkę. Jednak podobieństwo fizyczne do
Amelii Xatart było ironią losu, i to w złym guście, bo mimo wysiłków nie
potrafił doszukać się w tej kobiecie jakiejkolwiek zalety. Miał ochotę
się poddać i uznać za pokonanego, ale pamiętając, jak wiele zawdzięcza
Amelii, nie uległ pokusie i skupił uwagę na właściwym celu: chciał
wzbudzić w Gali zainteresowanie, żeby ta zarozumiała bogaczka z kosmopolitycznego miasta poczuła szacunek dla swoich przodków, a przede
wszystkim dla pracy babki, wielkiej Amelii Xatart. Musiał tylko dotrzeć
do duszy tej upartej burżujki, o ile w ogóle ją miała, i spróbować ją
naprawić.
Po drugiej stronie sterty drewna i złomu przed owalnym, łuszczącym się
lustrem klęczała Adele. Patrzyła na swoje odbicie w milczeniu, z nadzieją, że spotka ją coś magicznego. Była przekonana, że to miejsce
jest zaczarowane, zamieszkane przez niezwykłe niewidzialne istoty,
gnomy, które nocą pomagały Amatowi i zmarłej babci jej matki w naprawianiu mebli. Widziała kiedyś w telewizji film dokumentalny o malutkich istotach, które wspierają ludzi będących w największej
potrzebie. Trzeba tylko w nie wierzyć i je wezwać.
Kate zmęczyło słuchanie rojeń siostry, miała dosyć wygłupiania się po
drugiej stronie lustra, żeby ściągnąć Adele na ziemię. Niezadowolona i znudzona, klapnęła na wielki, zniszczony skórzany fotel, z nadzieją, że
czas zacznie płynąć szybciej.
Adele tkwiła nadal przed lustrem, pogrążona w myślach, przekonana, że w końcu coś się wydarzy, że to tylko kwestia cierpliwości i głębokiej
koncentracji. Zamknęła oczy, zacisnęła piąstki i pomyślała życzenie...
- Pragnę, pragnę, pragnę... Pragnę...
Zanim wypowiedziała magiczne słowa, usłyszała:
- Qu? fas?8
Nie miała odwagi otworzyć oczu. Nie rozumiała, co do niej mówią. Znowu
ten dziwny język... Jeszcze mocniej zacisnęła pięści i żarliwie powtarzała
życzenie. Coraz wyraźniej czuła czyjąś obecność, wciąż nie wiedziała, co
to takiego, ale chciała nawiązać z tym głosem kontakt. Nie otwierając
oczu i nie rozluźniając pięści, wciągnęła powietrze i wypaliła prosto z mostu:
- Nie rozumiem cię, nie wiem, co mówisz, nie znam twojego języka. Nie
jestem stąd. Nazywam się Adele, a ty? Rozumiesz mnie? Halo? Jesteś tam?
Zapadła cisza. Spodziewała się jakiejś odpowiedzi, ale ta nie nadeszła.
Siedziała jeszcze chwilę z zamkniętymi oczami, po czym opuściła dłonie i nie bez lęku uniosła powieki. Obawiała się, że spłoszyła zjawę, mówiąc
zbyt głośno. Ku swojemu zdumieniu odkryła, że za lustrem stoi chłopczyk
o wąskich wargach i wielkich, zielonych tęczówkach, okrągłych niczym
kule bilardowe, i patrzy na nią jak skamieniały. Kiedy zobaczył, że
Adele otwiera oczy, na jego twarzy pojawił się delikatny uśmiech.
Zamrugał kilka razy, podniósł prawą rękę i bez słowa pomachał jej na
powitanie. Dziewczynka wysunęła lewą rękę i powtórzyła jego gest, jakby
w lustrzanym odbiciu. Przez kilka minut naśladowali wzajemnie swoje
miny, unosili brwi i palce, aż w końcu chłopczyk zakończył tę
zaimprowizowaną zabawę, wyszedł zza lustra i nieśmiało zbliżył się do
Adele.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki