Rozdział I
Bracia Sam i Sib
- Bet!
- Beth!
- Bess!
- Betsey!
- Betty!
Wszystkie te imiona raz po raz rozbrzmiewały we wspaniałym hallu Helensburgha1, tak bowiem bracia Sam i Sib przyzwyczaili się nawoływać swoją gospodynię.
W tej chwili jednak żadne z tych pieszczotliwych zdrobnień nie odniosłoby skutku w postaci pojawienia się czcigodnej damy, ani nawet, gdyby wołali ją pełnym imieniem i nazwiskiem.
Zamiast przywoływanej zza drzwi hallu wyłonił się z beretem w dłoni intendent Partridge.
Partridge, zwracając się do dwóch dobrze wyglądających osobników siedzących w wykuszu okna, którego trzy przeszklone romboidalnymi szybkami ścianki wystawały z fasady domostwa, zapytał:
- Czy to panowie wzywali panią Bess? Jednak pani Bess nie ma w domu.
- Gdzież więc ona jest, Partridge?
- Towarzyszy miss Campbell, która przechadza się po ogrodzie.
Partridge, na znak dany mu przez obu mężczyzn, wycofał się z oficjalną miną.
Byli to bracia Sam i Sib, a właściwie - zgodnie z aktem chrztu - Samuel i Sebastian, wujowie panny Campbell. Szkoci z dziada pradziada, ze starego highlandzkiego2 klanu, wspólnie liczyli sobie sto dwanaście lat, a starszego Sama od młodszego Siba dzieliło zaledwie piętnaście miesięcy.
By choć pobieżnie naszkicować te chodzące przykłady honoru, dobroci i poświęcenia, wystarczy wspomnieć, że całe swe życie całkowicie poświęcili swej siostrzenicy. Byli braćmi jej matki, która stawszy się wdową zaledwie po roku małżeństwa, sama bardzo szybko została zabrana przez gwałtowną chorobę. Tak więc Sam i Sib Melvillowie pozostali jedynymi na tym padole opiekunami maleńkiej sierotki. Podzielając wspólne do niej uczucie, żyli, myśleli, planowali wyłącznie o niej i dla niej.
Dla niej wyrzekli się własnych małżeństw, zresztą bez większego żalu, gdyż należeli do tego rodzaju istot, które są urodzonymi opiekunami na tym ziemskim padole. Ale to nie wszystko, bo podczas gdy starszy odgrywał wobec dziecka rolę ojca, to młodszy - matki. Toteż zdarzało się, że panienka Campbell, chcąc ich powitać, zupełnie naturalnie zwracała się do nich:
- Dzień dobry, tatusiu Samie! Jak się masz, mamusiu Sibie?
Do kogóż można by przyrównać tych dwóch wujków całkowicie pozbawionych głowy do interesów, jeśli nie do sklepikarzy filantropów - dobrotliwych, zgodnych i uczuciowych braci Cheeryble'ów3 z Londynu, najdoskonalszych istot, jakie kiedykolwiek zrodziła wyobraźnia Dickensa4! Aż trudno byłoby o lepsze podobieństwo, a choć można by posądzić autora o zapożyczenie owych typów z wybitnego dzieła Nicholas Nickleby, to z pewnością nikt nie będzie miał pretensji o tę pożyczkę.
Sam i Sib połączeni poprzez małżeństwo ich siostry z boczną linią starożytnego rodu Campbellów, nigdy się nie rozstawali. To samo wykształcenie upodobniło ich w poglądach moralnych. Wspólnie pobierali nauki w tym samym college'u5 i w tej samej klasie. Ponieważ zazwyczaj wyrażali we wszystkich sprawach identyczne przekonania, i to w identycznych sformułowaniach, śmiało jeden mógł kończyć myśl za drugiego, zachowując nawet tę samą ekspresję i gesty. W sumie więc dwie te istoty stanowiły jakby jedną, nawet jeśli na oko nieco różniły się wyglądem fizycznym. Istotnie bowiem Sam był nieco wyższy od Siba, a Sib z kolei nieco grubszy od Sama, ale śmiało mogliby się zamienić swymi siwiejącymi czuprynami, a w niczym nie nadwyrężyłoby to szlachetności żadnej z owych postaci, w których odciskały się przymioty wszystkich przodków starego klanu Melvillów.
Czy powinniśmy dodawać, że nawet prosty i staromodny krój ich odzieży z dobrych angielskich tkanin wyraźnie wskazywał na bardzo zbliżony gust, choć z jedną minimalną różnicą - gdyż Sam zdawał się skłaniać ku intensywnemu błękitowi, podczas gdy Sib ponad inne kolory przedkładał ciemny kasztan.
Doprawdy, któż by nie chciał zawrzeć przyjaźni z tymi tak godnymi szacunku dżentelmenami? Przywykli do pokonywania trudów życia jednym krokiem, zapewne w chwili ostatecznego rozwiązania zachowają jakiś minimalny dystans jeden od drugiego. W każdym razie te dwa ostatnie filary domu Melvillów były naprawdę solidne. Jeszcze przez długi czas na nich to miało się opierać starożytne gmaszysko ich rodu, który wywodził się z XIV wieku - a więc z epicznych czasów Roberta Bruce'a6 i rodziny Wallace'ów7, heroicznej epoki, podczas której Szkocja, domagając się niepodległości, wiodła spór z Anglią.
Ale chociaż Sibowi i Samowi nie było już dane walczyć dla dobra kraju, a ich ustabilizowane życie dzięki znacznej fortunie toczyło się w spokoju i wygodzie, to przecież z całą pewnością nie należy im z tego czynić zarzutu ani uważać ich za degeneratów. Przeciwnie, czyniąc dobrze, jak najbardziej kontynuowali szlachetne tradycje swych przodków.
Obaj trzymali się świetnie i nic nie godziło w ich doskonale uregulowany żywot, tak więc choć na równi ze wszystkimi skazani byli na starzenie się, nigdy nie stali się starzy czy to duchem, czy umysłem.
Cóż, zapewne i oni mieli jakąś wadę - któż bowiem mógłby się mienić istotą doskonałą? Mianowicie uparcie wplatali w rozmowę sceny i cytaty zapożyczone od słynnego kasztelana z Abbotsford8, a zwłaszcza z epickich Pieśni Osjana9, którymi po prostu się zachwycali. Któż jednak w ojczyźnie Fingala10 i Waltera Scotta11 mógłby mieć do nich o to pretensje?
By zakończyć ów barwny portret ostatnim pociągnięciem pędzla, odnotujmy, że obaj bracia byli zawołanymi amatorami tabaki. Nie ma chyba nikogo, kto by nie wiedział, że w całym Zjednoczonym Królestwie12 na szyldach sprzedawców tabaki widnieje najczęściej dzielny Szkot pyszniący się swym tradycyjnym strojem, a w dłoni dzierżący tabakierkę. Otóż nasi bracia Melvillowie prezentowaliby się wspaniale na którymś z tych obitych cynkową blachą szyldów, kołyszących się na skrzypiących łańcuchach pod okapem trafiki13. Tabaką bowiem raczyli się równie hojnie - a może nawet znacznie hojniej - niż każdy zamieszkujący powyżej rzeki Tweed14. Co jednak nader interesujące - posiadali do wspólnego użytku tylko jedną tabakierkę - za to imponujących rozmiarów. Ruchomy ów sprzęt sukcesywnie lądował w kieszeni to jednego, to drugiego z braci. Było to jakby jeszcze kolejne łączące ich spoiwo. Rzecz jasna potrzebę zażycia doskonałej jakości nikotynowego proszku sprowadzanego z Francji odczuwali zwykle dokładnie w tym samym momencie i po dziesięć razy na godzinę. Tak więc, jeśli jeden z nich wydobywał z czeluści odzieży tabakierkę, oznaczało to, że obaj mają chętkę na spory niuch, a kichając, mówili sobie wzajem: "Oby Bóg Cię błogosławił"!
W sumie, wobec realiów codzienności z braci Sama i Siba była para prawdziwych dzieciaków. Zupełnie nie radzili sobie z praktyczną stroną życia, a w tym wszystkim, co dotyczyło świata interesów przemysłowych, finansowych lub handlowych, byli całkowitymi ignorantami! Zresztą nawet nie udawali, że się na tym znają. Co zaś do polityki, to być może, jako w głębi ducha jakobici15, zachowali pewne uprzedzenia do rządzącej dynastii z Hanoweru16, niezmiennie marząc o Stuartach, dokładnie tak samo, jak Francuzi mogliby marzyć o ostatnim z Walezjuszów17, co jednak tłumaczyć należy bardziej sentymentem niźli rozeznaniem politycznym.
Tymczasem obu braci Melvillów na pewno łączyła jedna wspólna idea: jak najtrafniej spoglądać w serce panny Campbell, odgadywać jej najskrytsze pragnienia, a gdy trzeba - nimi sterować, by koniec końców wydać ją za mąż za jakiegoś dzielnego młodzieńca zgodnego z ich wyborem, który nie mógłby postąpić inaczej, jak tylko ją uszczęśliwić.
Słysząc ich rozmowę, można by sądzić, że właśnie to nastąpiło, czyli oto znaleźli owego dzielnego młodzieńca, którego zamierzali obarczyć jakże miłym zadaniem na tym świecie!
- Więc Helena wyszła, bracie Sibie?
- Tak, bracie Samie, ale zbliża się piąta godzina, więc z pewnością zaraz wróci do domu...
- A gdy tylko wejdzie...
- Zatem myślę, bracie Samie, że najwyższy czas, byśmy odbyli z nią poważną rozmowę.
- Za kilka tygodni, bracie Sibie, nasza córka osiągnie wiek osiemnastu lat.
- Wiek Diany Vernon, bracie Samie. Czyż nie jest ona równie urocza jak zachwycająca bohaterka Rob Roya?
- Tak, tak, bracie Samie, pod względem manier...
- Bystrości umysłu...
- Oryginalności pomysłów...
- Przypomina bardziej Dianę Vernon niż Florę MacIvor18, wielką i wspaniałą postać z Wawerleya!
Następnie bracia Melvill, dumni ze swego narodowego pisarza, przywołali jeszcze kilka innych bohaterek, a to z Antykwariusza, Guya Manneringa, Klasztoru, Pięknego dziewczęcia z Perth, Kenilworthu, itd., itd. Lecz wszystkie te bohaterki ich zdaniem musiały ustąpić pola miss Campbell.
- Jest jak piękna róża, która rozwinęła się nieco zbyt szybko, bracie Sibie, i która powinna już...
- Otrzymać opiekuna, bracie Samie. Otóż powiedziałbym, że najlepszym opiekunem...
- Z całą pewnością powinien być małżonek, bracie Sibie, gdyż zapuściłby korzenie w tym samym gruncie...
- I rósłby w naturalny sposób wraz z młodą różą, którą by ochraniał!
Obaj wujowie, bracia Melvillowie odnaleźli tę metaforę w książce Doskonały ogrodnik19 i ją zapożyczyli. Z całą pewnością byli nią bardzo usatysfakcjonowani, gdyż obu przywiodła do identycznych uśmiechów zadowolenia na ich poczciwych twarzach. I znów wspólna tabakierka została otwarta przez brata Siba, który delikatnie zanurzył w niej dwa palce, a następnie przeszła w ręce brata Sama, ten zaś zaczerpnąwszy z niej szczodrze, schował ją do swej kieszeni.
- Czyli co, zgadzamy się, bracie Samie?
- Jak zwykle, bracie Sibie!
- Nawet co do wyboru opiekuna?
- Ach, czy można by znaleźć kogoś sympatyczniejszego, kogoś bardziej w guście Heleny niż ten młody uczony, który już wielokrotnie okazał nam swe względy...
- I z tak wielką powagą.
- To prawda, byłoby trudno. Wykształcony, ze stopniem naukowym uniwersytetów w Oksfordzie i w Edynburgu...
- Fizyk jak Tyndall20...
- Chemik jak Faraday21...
- Dogłębny znawca wszelkich zjawisk i ich przyczyn na tym niskim padole, bracie Samie...
- Którego nie dałoby się zagiąć w żadnym temacie, bracie Sibie...
- Potomek wspaniałego rodu z hrabstwa Fife, a na dodatek posiadacz niezłej fortuny...
- No, nie mówiąc już o jego miłym wyglądzie, nawet w tych okularkach w aluminiowej oprawie!
Czy okulary byłyby zrobione z czystej stali, niklu czy nawet z samego złota, to przecież bracia Melvill nie widzieliby w nich powodu do zerwania umowy. Zresztą po prawdzie takie przyrządy optyczne nader pasują młodym naukowcom, nadając ich fizjonomii nieco więcej powagi.
Lecz czy ten dyplomowany na powyżej wymienionych uniwersytetach młodzieniec przypadnie do gustu miss Campbell? Jeśli bowiem miss Campbell istotnie przypominała Dianę Vernon, to jak wiadomo, Diana Vernon nie odczuwała do swego uczonego kuzyna nic poza trwałą przyjaźnią i bynajmniej pod koniec powieści go nie poślubiła!
Ale niech będzie! Przecież coś takiego nie mogło niepokoić obu braci, których starokawalerski całkowity brak doświadczenia sprawiał, że nie mieli zielonego pojęcia o delikatnej materii uczuć.
- Już wiele razy się ze sobą spotykali, bracie Sibie, i nasz młody przyjaciel nie wydawał się obojętny na urodę Heleny!
- Tak, tak, bracie Samie! Gdyby boski Osjan mógł wielbić jej zalety, urodę i wdzięk, nazwałby ją imieniem Moina, czyli ukochana przez cały świat...
- Chyba że nazwałby ją imieniem Fiona, bracie Sibie, a więc niemająca sobie w piękności równych w epoce gaelickiej!
- A czy przypadkiem nie przeczuwał istnienia naszej Heleny, bracie Samie, gdy powiadał: "Opuszcza swój zakątek, gdzie w samotności wzdychała, i niczym księżyc Orientu piękności jej bije chwała...".
- "A blask jej urody poraża, a lekkie jej kroki brzmią dla ucha jak najwdzięczniejsza muzyka" - bracie Sibie.
Na szczęście obaj bracia w tym miejscu przestali cytować i powrócili z poetyckich obłoków bardów22 do rzeczywistości.
- Z całą pewnością - rzekł jeden - skoro Helena podoba się naszemu młodemu uczonemu, to i on zapewne jej się spodoba...
- O ile, bracie Samie, dzięki licznym i wspaniałym przymiotom, jakimi obdarzyła go natura, już sama nie zwróciła na niego uwagi...
- Bracie Sibie, to tylko dlatego, że nie powiedzieliśmy jej, że oto nadszedł czas, aby pomyśleć o małżeństwie.
- Ale w dniu, gdy tylko zwrócimy jej myśli ku temu celowi, zakładając, że miałaby jakieś opory czy to przed mężem, czy małżeństwem...
- Nie omieszka, bracie Samie, powiedzieć tak...
- Dokładnie tak samo jak ten doskonały Benedykt, bracie Sibie, który tak strasznie długo się opierał...
- A na zakończenie Wiele hałasu o nic23 poślubia Beatrycze!
Oto jak układali swe plany obaj wujowie miss Campbell, a szczęśliwe doprowadzenie swych kombinacji do końca wydawało im się równie naturalne, jak w komedii Szekspira.
Powstali ze swych miejsc wiedzeni wspólnym impulsem i spoglądali na siebie z filuternymi uśmiechami. Zacierali ręce z zadowoleniem. A więc sprawa ślubu załatwiona! Cóż takiego mogłoby mu stanąć na przeszkodzie? Młodzieniec poprosi o rękę panny. Panna udzieli odpowiedzi, o którą nie muszą się kłopotać. Konwenansom stanie się zadość. Trzeba tylko wyznaczyć datę.
Ach! Jakaż to będzie piękna uroczystość! Odbędzie się w Glasgow, z tym że na pewno nie w katedrze Świętego Munga24, jedynej świątyni w Szkocji, która wraz z katedrą Świętego Magnusa z Kirkwall25, patrona Orkadów, powstała w okresie reformacji. O nie! Jest zbyt przytłaczająca, a co za tym idzie zbyt smutna na ślub, który to w wyobrażeniach braci Melvillów powinien aż iskrzyć młodością i miłością! Wybierze się raczej kościół Świętego Andrzeja lub Świętego Enocha, a może i Świętego Jerzego, który znajduje się w najelegantszej dzielnicy miasta.
Brat Sam i brat Sib nadal omawiali swój projekt, jednak rozmowa ta przypominała bardziej monolog niż dialog, gdyż był to zawsze ten sam ciąg myślowy wyrażany w identycznej formie. Rozmawiając w ten sposób, spoglądali przez obszerne, kryształowo czyste okna na cudowne drzewa w parku, pod którymi to właśnie przechadzała się miss Campbell, na kwitnące klomby otaczające wartki strumyk, na chmurne niebo prześwietlone jakby od spodu szczególnym blaskiem, tak charakterystycznym dla nieba w Highlandzie i środkowej Szkocji. Na siebie nie patrzyli wcale, gdyż było to im niepotrzebne. Jednak od czasu do czasu, zapewne powodowani tajemnym uczuciem, obejmowali się lub ściskali sobie dłonie, zupełnie jakby mieli ułatwić sobie wzajemne przekazywanie myśli za pomocą jakiegoś magnetycznego prądu.
Ależ tak! Doprawdy byłoby to wspaniałe! Dokona się wielkich i szlachetnych rzeczy! Wszyscy ci biedacy z West George Street - jeśli tam jacyś byli, bo gdzież ich nie ma? - też będą mieli swój udział w uroczystości. Chyba że miss Campbell, co jednak całkiem niepodobna, zechciałaby, aby wszystko odbyło się o wiele skromniej i przekonywałaby do tego wujów - a więc nie, już oni by się jej pierwszy raz w życiu przeciwstawili! Nie ustąpią ani w tej sprawie, ani w żadnej innej! Uroczystość ma być okazała, a goście zaproszeni na zaręczynową ucztę będą pili, według starodawnego obyczaju, za "wiechę na dachu". I w tej samej chwili brat Sam i brat Sib unieśli prawe ręce, zupełnie jakby już teraz spełniali do siebie słynny szkocki toast!
Dokładnie w tym momencie otworzyły się drzwi do głównego hallu. Pojawiła się w nich młoda dziewczyna o zaróżowionych pod wpływem szybkiego ruchu policzkach. W ręce trzymała rozłożoną gazetę. Skierowała się ku braciom Melvillom, każdego z nich uraczając podwójnym cmoknięciem w policzek.
- Dzień dobry, wuju Samie - powiedziała.
- Dzień dobry, drogie dziecko.
- Jak się masz, wuju Sibie?
- Doskonale!
- Heleno - odezwał się brat Sam - mamy co do ciebie pewien plan.
- Plan? Jaki plan? Cóż takiego uknuliście, moi wujowie? - zapytała miss Campbell, spoglądając filuternie to na jednego, to na drugiego.
- Czy znasz może tego młodzieńca, pana Aristobulusa Ursiclosa?
- Znam.
- Czy on ci się nie podoba?
- Czemuż to miałby mi się nie podobać, wujku Samie?
- A więc podoba ci się?
- Czemuż miałby mi się podobać, wujku Sibie?
- Otóż mój brat i ja po dłuższym zastanowieniu postanowiliśmy zaproponować ci go na małżonka.
- Mam wyjść za mąż! - wykrzyknęła miss Campbell i wybuchnęła wesołym śmiechem, który odbijał się echem od ścian i zakamarków hallu.
- Nie chcesz wyjść za mąż?- spytał brat Sam.
- Po co?
- Nigdy...? - spytał brat Sib.
- Nigdy - odparła miss Campbell, przybierając poważny wyraz twarzy, któremu jednak przeczyły śmiejące się usta. - Nigdy, moi wujowie... przynajmniej tak długo, póki nie zobaczę...
- Czegóż to? - zawołali brat Sam i brat Sib.
- Tak długo, aż nie zobaczę zielonego promienia.
1 Helensburgh - miasto w zachodniej Szkocji, w hrabstwie Argyll and Bute, położone na północnym brzegu zatoki Firth of Clyde, w pobliżu parku narodowego Loch Lomond and the Trossachs.
2 Highlands - angielska nazwa górzystego regionu Szkocji, obejmującego Góry Kaledońskie i Grampiany.
3 Bracia Cheeryble - bracia, bliźniacy, kupcy, jedni z bohaterów powieści Nicholas Nickleby.
4 Charles Dickens (1812-1870) - znakomity angielski pisarz, autor wielu powieści, głównie obyczajowych; występował przeciwko niesprawiedliwościom społeczeństwa brytyjskiego, często w sposób satyryczny; najbardziej znane dzieła: Klub Pickwicka, David Copperfield, Oliver Twist.
5 College - średnia szkoła ogólnokształcąca, niekiedy zawodowa, o charakterze pośrednim między szkołą wyższą a średnią.
6 Robert Bruce (1274-1329) - król Szkocji od roku 1306; szkocki możny spokrewniony z rodem królewskim wygasłym w roku 1290; podczas okupacji większości kraju przez Anglików koronował się i podjął z nimi wojnę, w roku 1314 rozgromił Edwarda II pod Bannockburn, w 1328 na mocy pokoju w Northampton uzyskał od Anglii uznanie szkockiej suwerenności.
7 Sir William Wallace of Elerslie (1270-1305) - przywódca szkockiego powstania przeciwko rządom Anglii (Normanów) Edwarda I Długonogiego, bohater narodowy Szkocji, podstępnie schwytany i stracony.
8 Abbotsford - pałac w Szkocji, posiadłość wiejska Waltera Scotta; rezydencja, zbudowana przez niego w stylu dawnych zamków rycerskich, w latach 20. XX wieku należała do wnuczki poety; w zbiorach m.in. kolekcja militariów zawierająca przedmioty, które należały do Rob Roya.
9 Pieśni Osjana - sztandarowy przykład mistyfikacji literackiej epoki romantyzmu; ich rzekomym autorem miał być legendarny wojownik celtycki Oisin, syn Fiona; angielskie wydanie z roku 1760 było tłumaczeniem dokonanym z języka gaelickiego przez ich "odkrywcę" Jamesa Macphersona; faktycznie Macpherson, XVIII-wieczny szkocki poeta, był ich autorem; przekładu fragmentów Pieśni na język polski dokonał w roku 1793 Ignacy Krasicki, całość przetłumaczył w roku 1832 Seweryn Goszczyński.
10 Fingal - szkockie imię bohatera legend irlandzkich Finna (Fionna) Mac Cumhaila (lub MacCoola), ojca Osjana, żyjącego w III wieku; król Cormac mianował go wodzem fenian (irl. Fianna), wybranej drużyny dzielnych wojowników.
11 Walter Scott (1771-1832) - szkocki i angielski poeta i powieściopisarz, stworzył wzór powieści historycznej łączącej realia historyczne z fantastyką i wierzeniami ludowymi; najwybitniejsze powieści: Wawerley, Rob Roy, Więzienie w Edynburgu, Ivanhoe, Narzeczona z Lammermoor; ulubiony pisarz Juliusza Verne'a, obok E.A. Poego i J.F. Coopera.
12 Zjednoczone Królestwo (ang. United Kingdom) - nazwa Wielkiej Brytanii stosowana od roku 1707, kiedy Akt Unii ustanowił zjednoczenie Królestwa Anglii i Królestwa Szkocji, pełna nazwa: Zjednoczone Królestwo Wielkiej Brytanii (United Kingdom of Great Britain).
13 Trafika - sklep z tytoniem i jego wyrobami.
14 Tweed - jedna z ważniejszych rzek w południowej Szkocji, jej spory odcinek pokrywa się z granicą oddzielającą Szkocję od Anglii; długość 156 km; uchodzi do Morza Północnego.
15 Jakobici szkoccy - zwolennicy pretendentów do tronu z dynastii Stuartów, potomków króla Szkocji Jakuba VII (w Anglii panującego jako Jakub II).
16 Dynastia hanowerska - dynastia panująca w Wielkiej Brytanii i Irlandii w latach 1714-1901, założona przez Jerzego I (prawnuka Jakuba I Stuarta), powołanego na tron brytyjski na mocy Act of Settlement po śmierci Anny Stuart; wywodziła się z rodu Welfów, władającego Hanowerem od 1235; pod jej panowaniem do 1837 unia personalna Wielkiej Brytanii i elektoratu (od 1814 królestwa) Hanoweru; dynastia wygasła wraz ze śmiercią królowej Wiktorii, której małżeństwo z księciem Albertem sasko-koburskim (Sachsen-Coburg-Gotha) dało początek nowej dynastii na tronie brytyjskim (od 1917 pod nazwą Windsor).
17 Walezjusze (fr. Valois) - dynastia francuskich królów panujących w latach 1328-1589; jej założycielem był Karol de Valois, syn Filipa III Śmiałego, ojciec Filipa VI; była boczną linią dynastii Kapetyngów; ostatnim z Walezjuszów był Henryk III, w latach 1573-1574 król Polski.
18 Flora MacIvor - u J. Verne'a: Mac Ivor; siostra Fergusa MacIvora (Fergusa MacGregora), jednego z bohaterów powieści Waverley.
19 Poradnik ten, autorstwa M. Malleta, zatytułowany Le Parfait Jardinier ukazywał się już w XVIII wieku w edycji francuskiej; czy istniał w wersji angielskiej - trudno powiedzieć.
20 John Tyndall (1820-1893) - irlandzki filozof przyrody, badacz i odkrywca zjawisk fizycznych z zakresu m.in. magnetyzmu, glacjologii, chemii fizycznej i bakteriologii; najbardziej znane odkryte przez niego zjawisko to tzw. efekt Tyndalla - rozpraszanie światła przez koloid.
21 Michael Faraday (1791-1867) - angielski fizyk i chemik; prowadził pionierskie prace nad stalami stopowymi i szkłem optycznym; twórca prostej metody skraplania gazów; odkrył prawa elektrolizy (1833-1834), zjawisko indukcji elektromagnetycznej i samoindukcji; skonstruował pierwszy model silnika elektrycznego; odkrył zjawisko magnetooptyczne, zwane zjawiskiem Faradaya.
22 Bard - tu: celtycki poeta i pieśniarz dworski, często wędrowny; także: poeta, wieszcz.
23 Wiele hałasu o nic - komedia Williama Szekspira.
24 Katedra Świętego Munga w Glasgow - pierwotnie świątynia katolicka, obecnie zarządzana przez Kościół szkocki, wspaniały przykład architektury gotyckiej w Szkocji; Święty Mungo - pod takim imieniem znany jest Św. Kentigern (ok. 550 n.e.-603), który na miejscu obecnego Glasgow założył osadę chrześcijańską.
25 Kirkwall - stolica i największe miasto Orkadów, archipelagu u północnych wybrzeży Szkocji; katedra Świętego Magnusa - kościół parafialny należący do Kościoła Szkocji; budowany w XII, XIII wieku i w latach późniejszych; odnawiany w latach 1800, 1848, 1893 oraz 1913-1930; reprezentuje style: normański, romański i gotycki; wzniesiony na planie krzyża z pochylonymi nawami bocznymi.