ROZDZIAŁ II (PROLOG)
Krzyki dochodziły coraz donośniej i bliżej, z powodu czego trójka nie była pewna, czy przypadkiem nie zagraża to ich życiu. Z sufitu kapały małe, niemalże niezauważalne i nieistotne do czasu, gdy nie spadły na czyjąś głowę kropelki wody, źródłem których były zapewne wcześniej już wspomniane sople. Nie wiał żaden wiatr i mimo, iż tunele były dosyć obszerne, powietrze było zakurzone i w skutek czego nie dało się oddychać normalnie. Gdyby był tu Hipopotam, pewnie umarłby na miejscu. Od paru dobrych dni podróżnicy nie widzieli zielonej trawy, drzew, różnobarwnych kwiatów, motyli. Nie mieli też czym się napić, a sople były zbyt brudne do spożywania. Nie byli już w stanie tak dalej żyć, więc z wielkim zapałem szukali wyjścia, lecz go nie było. Przeszli już dobry kawał drogi, który z resztą już dawno był zasypany pokruszonymi głazami i mniejszymi kamieniami opadłymi z sufitu na skutek wybuchu podłożonych ładunków. Powrót tą trasą był szaleństwem, zwykłym utrudnianiem sobie życia, gdyż akurat w tym zamku mieli dróg do wyboru do koloru. To spowodowało też, że nie byli w stanie obłożyć całego zamku, tylko jego część. Zresztą, nie pierwszy raz przebywali w tym miejscu. Znali go dosyć dobrze, lecz nie na tyle, by posługiwać się skrótami. Poza tym, nie byli tam mile widziani. Ich kroki były dosyć ociężałe, bardzo głośno stąpali po ziemi. To cud, że jeszcze trzymali się na nogach. Godzina Szczytu była blisko. Teraz to od nich w dużej mierze zależały losy świata. Jeżeli nie opóźnią jej zbyt szybko, armia króla rozproszy się po całym świecie mordując, zarzynając w najrozmaitsze sposoby bezbronne Cienie. Jeżeli drużyna zawiedzie, będzie po wszystkim, czyli królestwo opanuje całą okolicę, a potem i cały świat. Dobrze pamiętali, jak trudno było wyrwać świat z rąk najpierw Forresa, potem Girtumala, a na końcu jego syna Girtumixa. Teraz już nikt nie pamięta tych wojen. Tylko Cienie są wdzięczne i dla nich właśnie muszą wypełnić misję, chociaż mieliby nawet poświęcić życie całej drużyny.
Powoli mijały godziny, minuty cennego czasu dążącego do Godziny Szczytu, a wraz z nimi i lata świetności drużyny, obecnie składającej się z trzech członków. Wszyscy członkowie kompanii pamiętali te czasy. Często o nich rozmawiali przy ognisku. Teraz ich dni były prawie policzone. Musiał wydarzyć się cud, by wygrali.
- To co teraz robimy? - spytał Kret.
- Szukamy wyjścia, ale podejrzewam, że jest to wysiłek bezużyteczny. Ten zamek jest tak duży, że nawet gdybyśmy wiedzieli dokładnie gdzie jest wyjście, nie dotarlibyśmy tam przed naszą śmiercią spowodowaną wycieńczeniem lub głodem. Wątpię, że nam się poszczęści i znajdziemy najwygodniejszy ze skrótów, dzięki któremu zdążymy dotrzeć do Rdzenia i z powrotem, a następnie dojdziemy do wyjścia - powiedział Szympans. Widać było (a raczej słychać), że nieustannie myśli o straconych kompanach. Zmienił się od tamtego incydentu. Bardzo spoważniał. To nie był już dawny Różowy Szympans, który ze wszystkiego potrafił zażartować i wszystko dla niego było komiczne. Przykro było patrzeć na przybitego małpiszona. Rzadko kiedy miewał złe zamiary, a kiedy nawet się kłócił, to tylko przez swój nastrój, a i on był bardzo dynamiczny.
Wśród drużyny panował bezład. Każdy robił co chciał. Nikt jednak nie miał siły się kłócić, musieli oszczędzać siły na dalszą podróż. Mało rozmawiali. Wszyscy byli przybici z powodu ostatnich zdarzeń.
Szli przez kolejny ciemny korytarz, nieustannie mieli wrażenie, że w ogóle się nie przemieszczają, a stoją w miejscu. Nie widzieli nic, poza ciemnością, oczywiście. Od dłuższego czasu nic się nie działo, chyba, że któryś mdlał i trzeba go było budzić lub nieść na rękach. Wiedzieli, że tak nie mogli iść dalej. Coraz częściej przychodziły im do głowy myśli o poddaniu się, o zawróceniu lub nawet o odebraniu sobie życia. O dziwo żaden z nich nie narzekał, nawet, gdy musieli nieść swojego towarzysza na rękach. Wiedzieli, że to tylko zbędne marnowanie energii do życia. Zamiast podnosić nogi, suwalinimi, dlategoczęsto przewracali się. Można ich było określić jednym słowem: martwi.
- Czy ktoś wie chociaż dokąd my zmierzamy? Ile jeszcze? - lamentował Kret. W tym przypadku nie było co się dziwić, patrząc napesymistycznąpostawę Kreta jego zachowanie było całkiem normalne. Martwa cisza została przerwana.
- Nie narzekaj tylko idź. Gdybyś miał świadomość chociaż co do połowy długości naszej trasy, to już zastrzeliłbyś się z wiatrówki - odparł Szympans.
- Nie posiadam wiatrówki - powiedział krótko Kret.
- I bardzo dobrze - wtrącił się nagle Kangur. Przedtem bardzo oczekiwał na jakąkolwiek rozmowę. Gdy otworzył usta musiał je długo oblizywać. Zaschły mu, były zapieczętowane niczym królewska koperta, do tego jeszcze z dużą zawartością bezużytecznych informacji, które miały służyć tylko temu, by zostały wypowiedziane. Na szczęście do tego nie doszło. Były one w stylu: "kiedy dojdziemy do punktu docelowego?", "kiedy postój?", "dlaczego zgotowaliśmy sobie taki los?" itp. Już dwie pierwsze kwestie dopiero co rozpoczętego dialogu wystarczyły, aby skutecznie podburzyć jeszcze bardziej minorową atmosferę podróży.
- Wolałbym zginąć, niż nieustannie potykać się, upadać na twarz, podnosić się, a przede wszystkim iść, iść i jeszcze raz iść! - powiedział, wyraźnie intonując słowa "iść" Zielony.
- I ty, Brutusie? - zapytał z niedowierzaniem Szympans. - Czy ja jestem jedynym optymistą w tej trójce? Gdybyśmy mieli zdechnąć, dawno byśmy to zrobili, patrząc na to, że ostatnio przeżyliśmy dużo "ciekawych" sytuacji, prawda?
- W sumie, to masz rację - stwierdził z trudem Kret. Nie lubił, a wręcz nienawidził przyznawać Szympansowi racji. Jak wiadomo, często się kłócili.
- Kontynuując, - przerwał ponownie powstałą po chwili ciszę Szympans - jakie jest nasze aktualne zadanie do zrobienia?
- Dostać się do Rdzenia przed Godziną Szczytu - odparł krótko Kangur. - Jeżeli nie zdążymy, już po nas.
Obecna sytuacja trzymała ich w niepewności. Z jednej strony byli na pół żywi i umrzeć mogli nieoczekiwanie, z drugiej strony mieli ważną misję do wypełnienia. Zależały od nich losy wielu żywych stworzeń. Jeżeli chcieli wykonać zadanie, musieli poważnie narazić swoje życie lub, co bardziej prawdopodobne - zginąć, spłonąć w płomieniach wybuchu Rdzenia, zamierzali go przecież podsadzić. Ucieczka przed takim żarem w ciasnych korytarzach zamku była niemalże niemożliwa, a patrząc na ich stan zdrowia - nie do wykonania.
- Zastanawiam się, po co podsadziliśmy wcześniejsze ściany, skoro i tak wybuch Rdzenia wszystko zrobiłby za nas - pomyślał na głos Kret.
- Odpowiedz jest prosta: nie chcieliśmy, aby nasza misja poszła na marne. Gdybyśmy ich nie powysadzali wcześniej, nie mielibyśmy pewności, czy nie przetrwonimy naszego zdrowia i czasu nie uzyskując niczego. Tymczasem, mamy już część misji za sobą i możemy w "spokoju" iść do Rdzenia - wytłumaczył Kangur.
- A, rzeczywiście, chyba mam krótką pamięć - zaśmiał się Kret.
Okazało się, że Kret zapomniał również innej, ważnej w ich przypadku kwestii. Spróbował się wyprostować, jednakplecak z ładunkami mu na to nie pozwolił. Pociągnął Kreta za sobą i wraz z nim runął na ziemię. Podłoże w tunelach w większości miejsc było takie samo. Zimne, twarde, śliskie, o dziwo wykonanezdobrze oszlifowanego marmuru, lecz był to jedyny luksus, który ich spotkał podczas wyprawy. Wcześniej wspomniany plecak był po brzegi przeładowany różnego rodzaju przyrządami pirotechnicznymi. Niestety, gdy Kret rozciągnął swe ramiona próbując się przeciągnąć, pasy łączące plecak z jego nosicielem pękły, tym samym pozwalając muupaść na podłoże. Kret miał szczęście, że upadł on (plecak) akurat dolną częścią, w której skryte zostały worki z prochem strzelniczym, który drobniejszy od piasku zamortyzował upadek podobnie do poduszki. Całej trójce serca stanęły w gardle. Kangur wraz z Różowym ostrożnie podeszli do Kreta, lecz przedtem powiedzieli, aby się nie ruszał z aktualnego miejsca położenia, gdyż skutki tego czynu mogą być katastrofalne w przypadku ruchu skierowanegow stronęplecaka. Ślepy posłusznie zamarł, a kiedy tylko zabrali jego plecak pod ścianę - odwrócił się, badając całą tą sytuację. Zamierzał przeprosić swych towarzyszy za to zajście, lecz w ostatniej chwili zrezygnował, zdając sobie sprawę ze swojej niewinności.
- Oj - szepnął, ledwie wydając z siebie jakikolwiek dźwięk.
- O mały włos, a wszyscy byśmy zginęli - stwierdził z przestrachem małpiszon. - Mieliśmy wielkie szczęście co do ułożenia zawartości plecaka, ponieważ inaczej w ogóle bym tego nie powiedział.
- O mały włos - zgodził się Zielony Kangur. - Z przykrością muszę stwierdzić, że całe nasze życie jest o ów wspomniany dwukrotnie "mały włos".
- Też prawda - przytaknął mu Różowy.
- Popatrzmy na plecak, czy możliwa jest jego jakakolwiek naprawa - zarządził Kangur.
Podeszli z Szympansem do owego obiektu mającej niedługo nastąpić zagłady, a przynajmniej tak sądzili. Kret stał w miejscu, nie wiedząc, jak zachować się w tejsytuacji, jakna razie jedyna jego reakcja brzmiała przecież"oj". Kangur krytycznym wzrokiem ocenił z góry pas. Był skórzany, więc zszywanie go nie dałoby trwałego efektu. Poza tym, nie mieli nawet czym tego zrobić, ciemność nie sprzyjała nakładaniu nitki na igłę, zarówno w przypadku Kreta, jak i w przypadku Kangura i Szympansa. W obecnej sytuacji nie miało to nawet sensu, gdyż i tak czuli się tak, jakby niedługo mieli umrzeć, w związku z czym ich motywacja była zerowa. Nie mieli sił nawet myśleć o takich drobnostkach. I tak ilość ładunków wybuchowych nie była wystarczająca, aby wysadzić Rdzeń. By się to udało, musiałbynastąpić niemalże cud. Aby nie dobijać i tak już upadłych kompanów, Kangur nie ogłaszał im tego. Chciał, żeby mieli przynajmniej jeden cel tej podróży.
- Nie ma sensu zawracać sobie głowy tak nieistotnymi rzeczami. Kret będzie musiał nieść plecak na jednym ramieniu i będziemy się z nim najwyżej zamieniać. Nie widzę innego wyjścia, a pozostawienie go byłoby czysta głupotą. Nie po to tak długo go nieśliśmy, aby teraz go tak zostawić - stwierdził Kangur.
- Poprawka, Kret niósł - poprawił go Różowy.
- To nieistotna kwestia - bronił się Zielony.
- Nieistotna do czasu, gdy się go bierze na plecy - powiedział, tym samym potwierdzając słowa Szympansa Kret.
- Tak, tak, macie rację, a teraz skupmy się na tych "równie istotnych" sprawach i ustalmy, co robimy - rzekł z pewną irytacją w głosie Kangur.
- A co mielibyśmy robić? - zapytał Różowy.
- Są dwie opcje do wyboru: szukamy wyjścia lub zmierzamy w kierunku Rdzenia. W obu przypadkach gwarantowana jest pewna śmierć - wyłożył mu propozycję Zielony.
Cierpliwość jest cnotą, więc bądźcie cnotliwi i trzymajcie się tej zasady. Czy uda im się wysadzić rdzeń i ujść z życiem lub czy uda im się znaleźć wyjście z zamku? Ja znam odpowiedź, ale wy musicie na nią nieco poczekać. Powodzenia!
ROZDZIAŁ I
Obudził się w stogu siana. Śmierdziało tam, jak w stajni z wiejskimi końmi, które są myte raz na rok. Zapach był nie do zniesienia, więc zadziałał on podobnie dobudzika. Poszczególne źdźbła trawy, która była nieprawdopodobnie twarda, wbijały mu się w ciało, szczególnie w prawy bok, na którym leżał. Obok niego leżała pusta butelka po podłej jakości alkoholu. Najprawdopodobniej było to wino z winnicy starego właściciela ziemskiego, Kota, który mimo, iż był jednym z bogatszych mieszkańców Złotego Wschodzącego Słońca, produkował alkohol słabej jakości. Tak nazywano to miasto, przynajmniej oficjalnie, jednak jego mieszkańcy zwykli na niego mawiać Złote lub Słońce, rzadziej Złote Słońce, lecz czasami nawet nazywali je Złotą Jutrzenką, co było popularne szczególnie wśród starszej ich części. Była to bogata, zarówno w historię jak i w kosztowności warownia, zamek, a właściwie, to pełen przepychu pałac otoczony murami. Miasto dzieliło się na bogatszą i biedniejszą część. Praktycznie nie istniała tam klasa średnia, gdyż jeżeli ktoś chciał pracować, bardzo szybko się wzbogacał i dołączał do klasy wyższej, natomiast ludzie należący do klasy niższej, tak zwane "Cienie", nie mielitam prawa głosu, i nie moglitak naprawdę walczyć o swoje prawa, jak elita zgromadzona w pałacu. Mieszkali oni (Cienie) zwykle pod murami miasta, czasem nawet za murami, co było bardzo niebezpieczne z powodu grasujących tam Strażników, bynajmniej nie państwowych. Tak nazywana była kasta zabójców, zajmujących się działalnością wyłącznie przestępczą. Byli to zwykle wygnańcy lub dezerterzy, buntownicy lub najzwyklejsi złodziejaszkowie, czekający tylko na odpowiedni, przyjazny wyłącznie dla nich moment, gdy jakiś bogacz ewakuował się z twierdzy, najczęściej w sprawach dyplomatycznych. Ale wróćmy do Cieni. Ich bieda nie wynikała z lenistwa lub nieróbstwa. Cienie nie zostawały dopuszczane do jakiejkolwiek pracy. Gdyby wszystkie Cienie dostały by możliwość, by normalnie żyć i zarabiać, klasa wyższa i Cienie zbiłyby się w jedną klasę zwaną "średnią", a tego pomysłu elita nie aprobowała, przeciwnie doCieni, którzy pragnęli jedynie zjeść chociaż kawałek chleba i popić go przynajmniej czystą wodą. Niestety, niesprawiedliwość wzięła górę wśród biedaków, w konsekwencji czego regularnie każdego dnia umierała duża ilość osób, w większości składająca się z Cieni, oczywiście. Cienie nie były prześladowane przez państwo. Robiło ono nawet pozór tego, że niesie im pomoc, co oczywiście mijało się z prawdą.
Przetarł oczy, spróbował się rozejrzeć dookoła, sprecyzować, gdzie się dokładnie znajduje, lecz wystające źdźbło wymierzone prosto w kierunku jego oka skutecznie mu to uniemożliwiło. Szybko się od niego odsunął, tym samym wypadając z wozu, gdyż znajdował się właśnie na pojeździe przewożącym siano i zmierzającym do królewskiej stajni. Tuż obok niego przemieszczał sięz dużą prędkością koń, a za nim królewski posłaniec w karecie zmierzający właśnie, by ogłosić nowe rozkazy króla. Na nieszczęście leżącego, przejechała mu po ręce, łamiąc ją, czemu zawtórował głuchy chrzęst. Poszkodowany zawył głośno, przeklinając koło, konia i kierowcę dorożki. Stangret nawet nie usłyszał jęku cierpiącego, więc jechał dalej, przejeżdżając po jego ręce po raz kolejny, tym razem tylnym kołem wozu. Leżący ponownie zaklął, lecz tym razem był na tyle mądry, by odsunąć swoją rękę i ogólnie wstać z bruku, przez który obił sobie łopatki, padając na ziemię. Spróbował wstać, lecz jego poczynania nie odniosły skutku. Padł ponownie. Mimo, że upadł z mniejszej wysokości, zabolało go podobnie, gdyż nie miał się czym podeprzeć, na dodatek spadł na tą złamaną kończynę. Jego ręka pulsowała niczym bomba zegarowa, podobnie zresztą do głowy. Ból był nie do zniesienia, przynajmniej teoretycznie. Ryknął głośno, niczymgrzmot pioruna uderzającego o ziemię podczas kwietniowej bądź letniej burzy. Kareta przejeżdżająca przed nim (zupełnie inna, niż ta poprzednia) gwałtownie zatrzymała się niemalże powtarzając błąd poprzednika.
- Stać! - krzyknął stangret uderzając batem w jednego z dwóch białych rumaków idących przed nim. Widać było, że nie są one tym usatysfakcjonowane. Wyglądały, jakby dopiero co przeszły serię królewskich tortur zadawanych przez strażników należących do najbardziej okrutnej części gwardii przybocznej króla. W gwardii przybocznej najczęściej służyli tępi, lecz niezwykle straszni psychopaci, których sensem życia było jedynie mordować i torturować. Podczas przesłuchań wystarczyło tylko, by podeszli do przesłuchiwanego, a ten pośpiesznie recytował im wszystkie informacje, nawet te najbardziej tajne. Miejsce, w które konie zostawały uderzane wyglądało jak wytarta wycieraczka sprzed drzwi frontowych. Konie raptownie się zatrzymały, najwyraźniej bojąc się kolejnego uderzenia batem w i tak porządnie już potargane miejsce. Podkowy zaszurały o bruk, niezdarnie uderzając jedna o drugą. Nogi koni były słabe, niczym zwiędłe kwiaty nie podlewane od pół roku wodą.
- Uważaj, gdzie leziesz! Prawie przejechałeś mi po ręce! - wrzasnął poszkodowany. - Wiesz kim ja jestem?
- Nie, panie. Przepraszam, trudno było cię, o panie, dostrzec z tak wysokiej pozycji, jak moja gdy leżałeś nisko na bruku. - odpowiedział przestraszony kierowca.
- A nie zastanowiło cię przypadkiem, dlaczego leżę na bruku?! - zawył błagalnie.
- Zastanowiło, ale dlaczego teraz się nie podniesiesz, o panie, i nie wstaniesz? - spytał go zatrwożony swą śmiałością stangret.
- W sumie, to masz rację - powiedział, dziwiąc się samemu sobie. Spróbował wstać, lecz tak, jak przedtem upadł na ziemię, a przynajmniej prawie, bo tuż obok niego stał już kierowca, ciągnąc go za rękę do góry. Miał, szczęście, zarówno kierowca jak i poszkodowany, że była to zdrowa ręka. Stangretowi serce stanęło w gardle z tego powodu, iż nie był on pewny, czy złapał za prawidłową rękę i czy zdoła on udźwignąć męczennika. Ku jego wielkiemu zaskoczeniu, był on bardzo lekki, chociaż jego ogon wydawał się być dosyć masywny. Dopiero potem zauważył on, że poszkodowany podpiera się na tym właśnie ogonie, i że to jest powodem jego pozornej lekkości. Obolały członek tego duetu bardzo zdziwionym wzrokiem obejrzał pobieżnie swojego wybawiciela. Kierowca był podobny do beczki napełnionej piwem, takiej, że korek zatykający otwór, skąd nalewa się trunek, wyglądałby, jakby zaraz miał wypaść pod wpływem ciśnienia, jakie zwykle wywiera na takich korkach płyn zawarty w środku beczki. Jego żółty, masywny nos wraz zeswoimi monstrualnymi dziurkami zajmował znaczną część twarzy, tym samym przyćmiewając nieco rozmiar pozostałych jejczłonków, które i tak proporcjonalnie do innych części ciała, takich jak nogi czy ręce, były po prostu ogromne. Wcześniej wspomniane ręce owego jegomościa zakończone były tłustymi palcami, które można było pomylić ze śląskimi kiełbasami. Idąc tym tropem wzdłuż ciała można było dostrzec, że jedynymi słowami, które mogły zdefiniować wygląd stangreta były "duży", "ogromny" wraz z ich synonimami. Jednak zdecydowanie można twierdzić, iż dominującym miejscem ciała grubasa był brzuch. Jego rozmiar wychodził poza wszelkie możliwości, a sam brzuch zdawał się kumulować w sobie cały tłuszcz tej istoty. Wszystko to przestawało mieć znaczenie, gdy popatrzyło się na uśmiech wielkoluda. Przypominał on wielkiego afrykańskiego banana, zarówno kolorem, jak i formą. Całość dopełniał mały, zważając na rozmiary pozostałych cech kierowcy berecik. Był on w czerwono-czarną kratkę, gdzieniegdzie można było dostrzec i szare nici. Patrząc od góry można było stwierdzić dwie rzeczy. Po pierwsze, nici tworzące nakrycie głowy były uporządkowane pod względem kolejności (nie licząc tych szarych, oczywiście): czerwona, czarna, czerwona, czarna. Niestety, nie można było tego samego powiedzieć o rozmiarze nici. Był on zdecydowanie nieuporządkowany. Gdyby przedstawić go według cyfr, a każda kolejna cyfra odpowiadałaby za kolejny stopień wielkości (jednostki wybierzcie sobie sami, to nie ma tu znaczenia), wyglądałoby to tak: 3, 9, 7, 2, 5, 5, 4, 8. Najbardziej uwagę przykuwałjednak szew okalający beret. Lśnił złotą barwą, wydawać by się mogło, iż jest to bardziej drut niż nić. A jednak pozory mylą. Gdy przypatrzyło się bliżej, cudowny czar pryskał i znało się rozwiązanie owej zagadkowej barwy. Była to najzwyklejsza złota nić, a powodem jej boskiego koloru były tylko refleksy świetlne, gdyż owego dnia było dosyć upalnie, poziom nasłonecznienia był dosyć wysoki, nawet jak na obecną porę roku. Ogólnie lato w tym roku było jakieś inne, wyjątkowe.
- Dzięki - sapnął.
- Nie ma za co. Dzisiaj ulica jest nieco ruchliwa, szczególnie, gdy jedzie sięw stronę miasta. Nie dziwi mnie więc to, o panie, że nie miałeś dużo szczęścia, bo prawdopodobieństwo uniknięcia takiego wypadku jest prawie niemożliwe - odparł.
- Jak masz na imię? - spytał.
- Żółty Hipopotam - przedstawił się. - Ty jesteś pewnie Zielony Zając? - zapytał Żółty.
- Nie do końca. Zielony to ja jestem, ale na pewno nie Zając, a Kangur. Przy moim stanie łatwo się pomylić - odparł Zielony.
- Już muszę wracać do karety, pasażerowie czekają, a ja zaniedbuję obowiązki. Żegnaj! - zakończył kierowca.
Kangur wyciągnął rękę na pożegnanie, lecz spostrzegł, że Hipopotam jest już blisko karety. Poczuł się wtedy niezręcznie, zdawało mu się, że wszyscy się na niego patrzą. Jednak było to złudne odczucie. Dzielnica, w której mieszkał była tą najbogatszą, najwspanialszą, najnowocześniejszą, pełną hazardu i rozpusty częścią miasta. Mieszkali tam najczęściej spadkobiercy różnych bogatych rodów, politycy, królewscy urzędnicy lub hazardziści, którym udało się wygrać duże pieniądze i nie roztrwonić ich zbyt wcześnie. Takim właśnie hazardzista był Kangur. Swój majątek zdobył poprzez starą grę hazardową znaną już od wieków w Słońcu. Polegała na rzucaniu przez pierwszego gracza kośćmi i sumowaniu ich oczek (liczba kości była prawiedowolna, o czym dosłownie za chwilę), następnie gracz kolejny rzucał dwoma kośćmi i odejmował liczbę oczek jednej kości od liczby oczek drugiej (zwykle druga kość powinna mieć więcej oczek od pierwszej, ale istniały różne wersje gry). Dla sprostowania pragnę zaznaczyć, że w przypadku większej ilości kości gracz mógł wybrać sobie, różnicę oczek których z nich chciałznaleźć. Na końcu sumę oczek pierwszego gracza dzielono na działanie wykonane przez drugiego gracza. Tutaj rozwieję wątpliwości czytelnika, jakie mogły wyniknąć z powodu mojego uprzedniego wytłumaczenia. Otóż, warto jeszcze wspomnieć, że słowo "dowolna", dotyczące ilości kości, których mógł użyć pierwszy gracz oznacza, że liczbą stanowiącą granicę ilościową była piątka. Teraz gracze zamieniali się rolami. Uczestnik, który miał większą ilość punktów oczywiście wygrywał. Była jeszcze jedna bardzo ważna zasada. Gdy drugi gracz wyrzucił taką samą liczbę oczek zarówno na jednej, jak i na drugiej kości, miał on dwie opcje do wyboru: rzucić jeszcze raz obiema kościami lub wybrać dwie inne kości, a następnie zrobić z nimi to samo, co z poprzednikami. Jeżeli i one były takie same, gracz przegrywał, a jego przeciwnik zbierał całe pieniądze. Tak właśnie było w przypadku Kangura, lecz on był po tej "dobrej" stronie. Jego przeciwnikiem był Długi Krokodyl, najbogatszy oligarcha w całym mieście. Krokodyl rzucił dwoma kośćmi. Niestety, były to dwie czwórki. Wybrał rzut dwoma innymi kośćmi i to również były dwie czwórki. Kiedy zrozumiał, że przegrał, powiesił się. Był bardzo przyzwyczajony do wygrywania iuzależniony od swojego majątku. Można powiedzieć, że było to całe jego życie. Ze strony Kangura wyglądało to zupełnie inaczej. Kiedy zrozumiał, że cały majątek przeciwnika należy od teraz do niego, zapomniał o całym świecie i szybko przeprowadził się do willi na najbogatszej ulicy w mieście. Charakteryzowała się ona najwyższym poziomem znieczulicy społecznej, jaki może w ogóle istnieć. Codziennie ginęło tam po parę lub więcej osób, lecz nikogo to nie obchodziło. Mało kto wychodził na ulicę. Wszyscy całymi dniami przebywali w domach, poza paroma wyjątkami, jak Kangur i inni śmiałkowie. Pozornie nic im nie groziło, ale tylko pozornie, o czym zapewne się przekonamy. Oczywiście nie oznaczało to, że ulice były puste. Chodziły po nich tłumy. Ulicą pustą pewnie możemy nazwać jedynie ulicę, gdzie obecnie mieszkał Kangur, jednak tutaj to słowo dotykałoby bardziej aspektów mentalnych i kulturowych. Prawie na każdym rogu był bar ze stałymi klientami. Byli to najczęściej bogaci alkoholicy, którzy nawet, gdyby pili przez stolat, nie zarabiając niczego, nie wyczerpaliby swoich zasobów pieniężnych. Takiego typu placówką, w którym przesiadywał Zielony Kangur, był znany bar"Pod Czarnym Zegarem". I rzeczywiście, bar wyróżniał się przybudówką do wieży ze wspomnianym już czarnym zegarem w centrum najwyższego piętra. Nazwa ta nie była przypadkowa. Przesiadywanie w tym miejscu kończyło się czarną godziną, godziną śmierci, szczególnie dla wielu podstarzałych już klientów. Specjałem knajpy był produkowany wyłącznie tam alkohol o nazwie "Dzika Bestia". Powodował on w jego użytkowniku zwiększenie agresywności i najczęściej to on był powodem morderstw licznych gości tamzasiadających. Właścicielowi było to na rękę, gdyż za zakłócanie spokoju istniała wysoka kara pieniężna, przewyższająca dziesięciokrotnie codzienne kupowanie pięciukufli tego napoju przez tydzień. Bardziej opłacało mu się czasem wymienić meble zniszczone podczas bijatyki, niż obsługiwać codziennie kilkuset klientów (co oczywiście robił). Taka bijatyka miała miejsce kiedyśi w przypadku Kangura. Cudem było to, że przeżył. Nie pamiętał on jednak tego zdarzenia. Zapominał o każdym pobycie w barze, więc myśląc, że nigdy tam nie był, chodził tam codziennie. Nigdy nie odważył się jednak kupić, ani tym bardziej wypić "Bestii". Wiedział, jakie to miało skutki i nie był na tyle głupi, by zadzierać z jej wielbicielami(co zapewne by zrobił po jej spożyciu). Czasem niestety to oni zadzierali z nim. Na szczęście uciec przed pijakiem było łatwo, a nadmierni połykacze "Dzikiej Bestii" byli najczęściej właśniepijani.
- Przepraszam, którędy do ulicy Złotej? - spytał pierwszego napotkanego przechodnia Kangur.
- Trzydzieścimetrów prosto, potem skręć w prawo, ulicą do końca i w lewo. Tak dojdzie pan do Złotej 36. Parzyste numery po prawej, nieparzyste po lewej - wytłumaczył przechodzień.
- Dziękuję - odparł.
Udał się więc drogą pokazaną przez informatora i tym samym doszedł do Złotej 36. Na szczęście pamiętał jeszcze numer swojego domu, a był to numer 15. Zawrócił więc na pięcie w kierunku poprzednich numerów, przedtem jednak zmienił stronę ulicy z parzystych na nieparzyste numery. Dopiero teraz skojarzył fakty i doszedł do wniosku, że wychodząc z baru mógł zamówić karetę i, jak się okazało, oszczędzić sobie bólu.
Dotarł do domu. Stał przed główną furtką do swojej willi. Była złota, ozdobiona różnorodnymi figurkami i wzorami wymyślanymi na zamówienie. Klamka była w formie liścia dębu zagiętego pod wpływem ognia, umarłego. Wierzch klamki był wytarty na tyle, by można było się w nim przejrzeć. Kangur zauważył, że po jego czole przechodzi struga czerwonej krwi. Nacisnął klamkę, lecz nie dało to oczekiwanego skutku. Musiał użyć klucza. Zamarł w przerażeniu. Zaczął energicznie go szukać we wszystkich kieszeniach, lecz go nie znalazł. Nagle przypomniał sobie rozmowę z przechodniem. Zdawało mu się wtedy, że ów mieszkaniec miasta jest zbyt miły, i że jego wzrok jest zbyt ufający. Kangur był teraz pewien, że to właśnie on trzyma teraz w ręku jego klucz! Nie wiedział, co ma robić: czekać, aż złodziej sam do niego przyjdzie czy wrócić do miejsca spotkania. Wybrał tą drugą opcję, bo wiedział, że ów złodziej może zechcieć sprzedać klucz, a wtedy on raczej już go nie ujrzy. Obrócił się więc i popędził w stronę numeru trzydziestego szóstego. Skręcił w lewo, pobiegł ulicą do końca i ponownie skręcił w lewo, a następnie ruszył przed siebie trzydzieścimetrów prosto. Pędził na złamanie karku w kierunku miejsca spotkania. Kiedy się tam znalazł zaczął rozglądać się, gdzie mógł się udać złodziej. Stracił wszelkie nadzieje, znalezienie go graniczyło teraz z cudem, ból ręki powrócił.
Nagle zobaczył przed sobą obiekt poruszający się ruchem jednostajnym, spokojnym. Nie wyglądał na złodzieja, nie był w żaden sposób zestresowany. Kangur uznał jednak, że to jego właśnie poszukuje. Pobiegł w jego kierunku. Gdy znalazł się na wyciągnięcie ręki od niego skoczył, zamachnął się i uderzył go prosto w głowę. Ofiara upadła na ziemię uderzając czołem o bruk. Zielony Kangur zaczął go przeszukiwać, gdy nagle ponowniepoczuł wielki ból w złamanej ręce. Ofiara napaści wykręciła mu ową kończynę i odepchnęła go, w rezultacie czego upadł.
- Złodziej, zatrzymajcie go, złodziej! - zawołał Kangur.
- Czego ode mnie chcesz, nic ci nie ukradłem! - odparł przechodzień. Okazało się, że był to ten sam, z którym o tym, gdzie powinien się udać rozmawiał przedtem Kangur.
- A mój klucz? - zapytał zdziwionym głosem.
Dopiero teraz Kangur przypomniał sobie..., że on nigdy nie posiadał klucza od furtki.
ROZDZIAŁ IV
- Ten ogród jest taki piękny! - rzekła z zachwytem.
- Ja rzadko zwracam na niego uwagę. Bardzo często tędy przechodzę, więc już zdążyłem się do niego przyzwyczaić. Jedyne, co mi się w nim podoba, to wszechobecne drzewa.
- Lubisz drzewa? - zaciekawiła się Jaskółka.
- Tak, bardzo. Moim ulubieńcem jest ten stary dąb. Widzisz go?
- Tak, jest piękny. Ile ma lat?
- Około dwustu pięćdziesięciu. Był tu jeszcze zanim został wybudowany ten dom. Tak naprawdę, to on jest panem tej posiadłości. Kiedy byłem jeszcze bardzo mały często przechodziłem ulicą Złotą. Zawsze mnie zachwycał.
- To bardzo ciekawe. O, poparz na te kwiaty! One są jeszcze piękniejsze!
Kangur puścił na chwilę jej rękę. Wyrwał jeden z kwiatów i podarował go Jaskółce.
- Proszę - rzekł.
- To fiołek, mój ulubiony. Skąd wiedziałeś?
- Przypadek.
Byli w połowie drogi do furtki. Jaskółka zwróciła uwagę na ścieżkę, która podobnie, jak Kangurowi przypominała układankę.
- A ta ścieżka, skąd się tu wzięła i dlaczego jest taka piękna?
- Nie chwaląc się, sam ją układałem. Zajęło mi to dość sporoczasu, ale chciałem upiększyć okolicę domu. Pierwszy właściciel tej posiadłości nie zadbał o to. Było tu jedynie kilka drzew. Ja wraz z moimi sługami posadziliśmy ten ogród, natomiast ścieżkę pragnąłem wyłożyć sam. Długo szukałem pasujących do siebie elementów, ale efekt jest według mnie zaskakujący.
Była to jak najbardziej prawda. Długi Krokodyl nie posiadał weny artystycznej. Wolał proste budowle, nie lubił urozmaicać.
- Czyli jesteś też artystą? - zaciekawiła się Jaskółka.
- Można tak powiedzieć. Może tego po mnie nie widać, ale lubię upiększać różne rzeczy. Od artykułów gospodarstwa domowego po mój ukochany ogród. Ze wszystkiego da się zrobić dzieło sztuki.
- Ja też tak myślę. Lubię piękno, szczególnie piękno natury.
- Jaka jest twoja ulubiona pora roku?
- Jesień. Wiosną jest dużo pyłków, latem jest dla mnie czasami za gorąco, zimą za zimno. Jesień jest optymalna, a jak piękna, sam zdajesz sobie sprawę.
- I tak nie jest piękniejsza od ciebie.
Uśmiechnęła się do niego. Zacisnęła jeszcze mocniej swoją rękę.
- Skoro już tak rozmawiamy, opowiedz mi coś o swoich wadach. Każdy ma swoje plusy i minusy, a chciałabym wiedzieć, co ty o sobie myślisz.
- Ja chyba czasami jestem zbyt porywczy. Szybko się denerwuję i jestem bardzo wyskokowy, głośny.
- Nie widać tego po tobie.
- Bo jeszcze tak dobrze mnie nie znasz. O, gdybyś mnie znała pewnie już byś ode mnie uciekała.
- Nie przesadzaj, przecież jesteś miły, romantyczny, szarmancki, do tego jeszcze rozmowny - zaśmiała się lekko.
- Skoro tak uważasz.
Kangur urwał na chwilę rozmowę. Znajdowali się przy furtce. Nie było żadnego lokaja, który by ją otworzył. Musiał więc zrobić to sam. Użył klamki po czym otworzył furtkę. Przepuścił damę, tak, jak nakazywała mu kultura osobista, po czym zamknął drzwi prowadzące do ogrodu. Ponownie wziął ją pod rękę i ruszyli przed siebie powolnym krokiem korzystając z każdej sekundy spędzonej razem. Księżyc oświetlał im drogę, a na ulicy było wyjątkowo spokojnie. Nikt nie krzyczał, panowała cisza. Zupełnie tak, jakby wszystko było uprzednio przygotowane. Tak, jakby sam Bóg chciał umilić im ten wieczór.
- Ta ulica jest piękna... Masz szczęście, że tu mieszkasz.
- To przez przypadek.
- Mógłbyś to bardziej rozwinąć?
- Oczywiście, jeżeli cię to nie znudzi.
- Jeżeli ty będziesz mi to opowiadał, to mnie to nie znudzi.
- No, dobrze. Uwielbiam gry hazardowe, szczególnie te kościane. Pewnego razu byłem w jednym barze i tak się złożyło, że był tam również jeden z najbogatszych mieszkańców miasta - Długi Krokodyl...
- Ten Długi Krokodyl?
- A o którym myślisz?
- Myślę o tym, który był kiedyś bardzo wysokim urzędnikiem.
- Tak. Kontynuując, postanowiłem do niego zagadać czy nie zagrał by ze mną w taką jedną starą grę hazardową. Zgodził się, więc zaczęliśmy. Tak się złożyło, że zacząłem przegrywać. On bardzo pewny siebie postanowił postawić cały swój majątek, co też zrobił...
- Dlaczego? - zaniepokoiła się Jaskółka.
- Bo, jeżeli on wystawia wszystko, to znaczy, że ja też muszę wystawić całe moje pieniądze.
- Aha, czyli chciał cię wykończyć?
- Naturalnie. Niestety, co zaraz uzasadnię, przegrał swój calutki majątek, atenpowędrował do mnie. Powiedziałem niestety, a to dlatego, że załamany Krokodyl powiesił się. Ta informacja dotarła do mnie jednak dużo później. Następnie przeprowadziłem się tutaj. To cała historia.
- Trochę smutna.
- Tak. Gdybym wiedział, że tak się potoczy, nie zaproponowałbym mu tej gry...
- Nie obwiniał się, skąd mogłeś wiedzieć.
- W sumie, to on też swój majątek zdobył w taki sposób.
- Dobrze, ale skończmy już rozmawiać o pieniądzach, bo takie rozmowy źle się kończą.
- Dlaczego? - zdziwił się Kangur.
- Bo moja matka, kiedy dowiedziała się, że mój ojciec jest bogaczem, przestała go kochać za to, kim jest, a zaczęła kochać jego pieniądze. Kiedy się poznawali nie wiedziała, że jest z bogatej rodziny.
- Tumasz rację. Jaki jest twój ulubiony kolor?
- Niebieski. A twój?
- Ja nie mam za bardzo ulubionego koloru. Wszystkie mi się podobają.
- Dziękuję, że zabrałeś mnie na ten spacer. Gdybyśmy się nie poznali, pewnie wracałabym teraz do domu sama.
- Ale teraz na to nie pozwolę - zaśmiał się Kangur.
Jaskółka ponownie się do niego uśmiechnęła. Była bardzo zadowolona spaceru, podobał jej się. Miasto w nocy było niebezpieczne, szczególnie dla dziewczyn w jej wieku. Takowe często były porywane, nawet na tak kulturalnej ulicy jak Złota. Niestety, handel niewolnikami w tym mieście był wyjątkowo rozwinięty, a Jaskółka byłaby cennym towarem. Jednak w towarzystwie Kangura przestawała być atrakcyjną, gdyż posiadał on pewną władzę nad strażnikami miasta.
Para nieustannie się do siebie przymilała. Byli teraz najszczęśliwsi. Nikt nie odważyłby się im przeszkadzać, ze względu na charakter Kangura. Jak wiemy, potrafił zabić.
Dosyć daleko naprzeciwko spacerującej dwójki na ulicy pojawiło się trzech dorosłych mężczyzn o nieufnych spojrzeniach. Z tej odległości Kangur nie mógł wiele dostrzec, lecz to co zdołał, to zobaczył, a było to trzech osiłków zmierzających w ich kierunku, bynajmniej nie w dobrych zamiarach. Nie powiedział tego Jaskółce, bo nie chciał jej niepotrzebnie zamartwiać. Potem wrócił ból ręki.
- Dlaczego nadal nic z nią nie zrobiłem? - pomyślał
- Co się stało? - zapytała.
- Nic wielkiego, mam złamaną rękę, więc daje się we znaki za pomocą bólu.
- To trzeba szybko coś z tym zrobić.
- Na chwilę obecną nie jest to bardzo możliwe. Jak skończymy spacer, co mam nadzieję szybko nie nastąpi, pójdę do jakiegoś lekarza.
- Ja jestem lekarzem... - powiedziała.
- Naprawdę? - rzekł wielce zaskoczony Kangur.
- Dlatego mogłabym ci pomóc, jakbyś chciał, oczywiście.
- Dobrze, bardzo chętnie. Na razie jednak odstawmy tę sprawę na bok. Po spacerze.
- Skoro tak uważasz... Po spacerze opatrzę ci rękę.
Nagle coś ją zaskoczyło. Była to wspomniana wcześniejtrójka dobrze zbudowanych mężczyzn stojąca właśnie przed nimi.
- Kto to jest? - szepnęła.
- Nie wiem, na pewno nie są to przyjaciele.
- O, kogo my tu mamy? - powiedział jeden z nowoprzybyłychzbirów.
- To "zwycięzca"! - ryknął kolejny.
- O czym oni mówią? - zaniepokoiła się Jaskółka.
- Potem ci powiem, potem.
- Pomścimy go, prawda chłopaki?! - zawołał trzeci.
- Tak! - krzyknęło dwóch pierwszych.
- Odejdź, ja się z nimi rozprawię - rzekł półgłosem Kangur.