.
TO NIE SĄ TYPOWE WSPOMNIENIA. Jasne, opowiadam zdarzenia z przeszłości, ale nie interesują mnie nostalgia, sentymentalizm ani emerytura, których wymaga większość wspomnień. Nie jest to także poradnik. Chociaż lubię kaznodziejów, nie jestem tutaj, żeby prawić wam kazania i mówić, co macie robić.
To jest książka o podejściu. Jestem tutaj, żeby podzielić się historiami, spostrzeżeniami i przemyśleniami, które można obiektywnie rozgryźć, a jeśli uznacie, że warto - subiektywnie je zaadaptować i albo zmienić swoją rzeczywistość, albo zmienić sposób, w jaki ją postrzegacie.
To przewodnik oparty na przygodach z mojego życia. Przygodach, które okazały się znaczące, pouczające i zabawne czasami dlatego, że o to w nich chodziło, ale głównie dlatego, że nie próbowały takie być. Z natury jestem optymistą, a humor to jeden z moich wielkich nauczycieli. Pomógł mi uporać się z bólem, stratą i brakiem zaufania. Nie jestem idealny, nie; wciąż wdeptuję w gówno i zdaję sobie z tego sprawę dopiero wtedy, kiedy to zrobię. Niedawno nauczyłem się, jak zeskrobać je z butów i iść dalej.
Wszyscy od czasu do czasu wdeptujemy w gówno. Trafiamy na przeszkody, coś spierdolimy, dajemy się wyruchać, chorujemy, nie dostajemy tego, czego chcemy, trafiamy w życiu na tysiące "można to było zrobić lepiej" i "szkoda, że to się wydarzyło". Wdepnięcie w gówno jest nieuniknione, więc albo uznajmy to za szczęśliwy traf, albo wymyślmy sposób, by robić to rzadziej.
.
CHODZĘ PO TYM ŚWIECIE OD PIĘĆDZIESIĘCIU LAT, z czego od czterdziestu dwóch próbuję rozwiązać jego tajemnicę, a przez ostatnie trzydzieści pięć prowadzę notatki ze wskazówkami do tej zagadki. Notatki o sukcesach i porażkach, radościach i smutkach, rzeczach, które mnie zadziwiały i sprawiały, że śmiałem się w głos. Trzydzieści pięć lat pojmowania, zapamiętywania, rozpoznawania, zbierania i notowania tego, co mnie poruszyło lub zelektryzowało. Jak być uczciwym. Jak mniej się stresować. Jak się bawić. Jak mniej ranić ludzi. Jak mniej dać się zranić. Jak być dobrym człowiekiem. Jak zdobyć to, czego chcę. Jak znaleźć sens w życiu. Jak być bardziej sobą.
Nigdy nie zapisywałem rzeczy, żeby je zapamiętać; jeśli coś zapisywałem, to zawsze po to, by móc o tym zapomnieć. Pomysł ponownego przyjrzenia się swojemu życiu i dawnym przemyśleniom był zniechęcający; nie miałem pewności, czy towarzystwo mi się spodoba. Niedawno zebrałem się na odwagę, żeby usiąść przy tych pamiętnikach i rzucić okiem na trzydzieści pięć lat pisania o tym, kim byłem przez ostatnie pięćdziesiąt. I wiecie co? Bawiłem się lepiej, niż przewidywałem. Śmiałem się, płakałem, a także zdałem sobie sprawę, że pamiętam więcej, niż się spodziewałem, i że mniej zapomniałem.
Co znalazłem? Znalazłem historie, których byłem świadkiem i których doświadczyłem, lekcje, których się nauczyłem i które zapomniałem, wiersze, modlitwy, zalecenia, odpowiedzi na pytania, które sobie zadawałem, przypomnienia pytań, które wciąż zadaję, potwierdzenia pewnych wątpliwości, przekonania na temat tego, co jest ważne, teorie względności i całą masę naklejek na zderzaki[1]. Znalazłem spójne zasady podchodzenia do życia, które dawały mi więcej satysfakcji w tamtym czasie - i nadal dają.
Znalazłem solidną bazę.
Spakowałem więc te dzienniki i kupiłem bilet w jedną stronę do pustelni na pustyni, gdzie zacząłem pisać to, co teraz trzymacie w rękach: album, zapis, historię mojego dotychczasowego życia.
Rzeczy, których byłem świadkiem, o których śniłem, które goniłem, dawałem i otrzymywałem.
Eksplozje prawdy, zakłócające moją przestrzeń i czas w sposób, którego nie mogłem zignorować.
Umowy zawarte z samym sobą, z których wiele dotrzymałem, a których większość nadal jest w mocy.
To są moje przekonania i scenki, odczucia i rozkminy, dumy i wstydy.
Łaski, prawdy i brutalne piękno.
Inicjacje, imitacje, zaproszenia i oceny końcowe.
Ucieczki na sucho, przyłapania i zmoknięcia do nitki, gdy próbowałem tańczyć między kroplami deszczu.
Rytuały przejścia.
Wszystko to, co znajduje się pomiędzy wytrwałością i odpuszczaniem, na drodze do nauki o satysfakcji w tym wielkim eksperymencie zwanym życiem.
Miejmy nadzieję, że jest to lekarstwo, które dobrze smakuje, kilka aspiryn zamiast szpitala, statek kosmiczny na Marsa bez konieczności posiadania licencji pilota, chodzenie do kościoła bez konieczności ponownego narodzenia i śmiech przez łzy.
To list miłosny.
Do życia.
.
W DRODZE PRZEZ TO CZŁOWIECZE RODEO zarobiłem kilka blizn. Radziłem sobie nieźle, radziłem sobie źle, ale ostatecznie w ten czy inny sposób znalazłem w tym wszystkim przyjemność. Oto kilka faktów o mnie, które pomogą nam nakryć do stołu.
Jestem najmłodszym bratem spośród trójki dzieci i synem rodziców, którzy byli dwukrotnie rozwiedzeni i trzykrotnie brali ślub. Ze sobą.
Dorastaliśmy, mówiąc do siebie "kocham cię". I właśnie to mieliśmy na myśli.
Kiedy miałem dziesięć lat, dostałem lanie w tyłek aż do krwi za zrobienie sobie zmywalnego tatuażu z przekąski Cracker Jack.
Kiedy po raz pierwszy zagroziłem, że ucieknę z domu, rodzice sami spakowali mi manatki.
Mojego taty nie było w dniu, w którym się urodziłem. Zadzwonił do mojej mamy i powiedział: "Chcę tylko powiedzieć, że jeśli to chłopiec, niech nie nazywa się Kelly".
Jedyne, co kiedykolwiek wiedziałem, to że chcę być ojcem.
Nauczyłem się pływać, gdy moja mama wrzuciła mnie do rzeki Llano i miałem albo dryfować spod skalistego wodospadu trzydzieści metrów w dół, albo dotrzeć na drugi brzeg. Dotarłem do brzegu.
Zawsze jako pierwszy zdzierałem kolana w dżinsach Toughskin.
Przez dwa lata prowadziłem w lidze piłkarskiej do lat dwunastu, jeśli chodzi o czerwone kartki (jako bramkarz).
Kiedy marudziłem, że moja jedyna para tenisówek jest stara i dawno wyszła z mody, moja mama powiedziała: "Zrzędź dalej, a zabiorę cię na spotkanie z chłopcem bez stóp!".
W wieku piętnastu lat zmuszono mnie szantażem do pierwszego w życiu stosunku seksualnego. Byłem pewien, że za seks przedmałżeński pójdę do piekła. Dziś jestem pewien jedynie mojej wiary w to, że tak się nie stanie.
Gdy miałem osiemnaście lat i straciłem przytomność, na tylnym siedzeniu furgonetki molestował mnie jakiś mężczyzna.
Przyjąłem pejotl w Real de Catorce w Meksyku, w klatce z pumą.
Pewien weterynarz założył mi na czole siedemdziesiąt osiem szwów.
Miałem cztery wstrząsy mózgu od upadku z czterech drzew, trzy z nich podczas pełni księżyca.
Grałem nago na bębnach, dopóki nie zgarnęli mnie gliniarze.
Podczas aresztowania stawiałem opór.
Złożyłem papiery na studia do Duke'a, na Uniwersytet Teksański w Austin, Południowy Uniwersytet Metodystów i Grambling. Zostałem przyjęty do trzech z czterech.
Nigdy nie czułem się ofiarą.
Mam wiele dowodów na to, że świat spiskuje, żeby mnie uszczęśliwić.
W życiu zawsze uchodziło mi na sucho więcej niż w marzeniach.
Wiele osób dało mi wiersze, o których nie wiedziałem, że je napisałem.
Byłem naiwny, zły i cyniczny. Ale nieustraszenie wierzę w dobroć swoją i ludzkości oraz we wspólny mianownik wyznawanych przez nas wartości.
Uważam, że prawda obraża tylko wtedy, gdy mówimy kłamstwa.
Wychowałem się na zakazanej egzystencjalnej logice, kwiatkach malapropizmów, pełnych fikcyjnej fizyki, która jeśli nie była prawdą, to powinna nią być.
W miłości nie było jednak nic fikcyjnego. Miłość była szczera. Czasami krwawa, ale nigdy wątpliwa.
Wcześnie nauczyłem się elastyczności: tego, jak sobie radzić.
Nauczyłem się odporności, konsekwencji, odpowiedzialności i ciężkiej pracy. Nauczyłem się kochać, śmiać się, wybaczać, zapominać, bawić się i modlić. Nauczyłem się zarabiać, sprzedawać, czarować, odwracać bieg rzeczy, zmieniać upadek w triumf i opowiadać głodne kawałki. Nauczyłem się nawigować podczas wzlotów i upadków, czułości i ciosów, atutów i deficytów, pieśni miłosnych i wyzwisk. Zwłaszcza w obliczu nieuniknionego.
To opowieść o tym, jak bratać się z nieuniknionym.
To opowieść o zielonych światłach.
To pierwsze pięćdziesiąt lat mojego życia, mojego życiorysu w drodze do mojej mowy pogrzebowej.
.
ZIELONE ŚWIATŁA OZNACZAJĄ JEDŹ - RUSZAJ, NAPRZÓD, DALEJ. Na drogach są rozmieszczone tak, żeby zapewnić samochodom płynny ruch, a przy odpowiednich ustawieniach więcej pojazdów jest w stanie załapać się na więcej zielonych świateł z rzędu. Mówią: kontynuuj.
W życiu są potwierdzeniem naszej drogi. To słowa uznania i wsparcie, pochwały, podarunki, woda na nasz młyn, brawa i strawa duchowa. To pieniądze, narodziny, wiosna, zdrowie, sukces, radość, zrównoważony rozwój, niewinność i nowe początki. Kochamy zielone światła. Nie kolidują z naszym kierunkiem. Są łatwe. To lato bez butów. Mówią tak i dają nam to, czego chcemy.
Zielone światła mogą być również zamaskowane jako pomarańczowe i czerwone. Ostrzeżenie, objazd, konieczny przystanek, przerwa, niezgoda, niestrawność, nudności i ból. Stop, nagły skręt, interwencja, porażka, cierpienie, cios w policzek, śmierć. Nie lubimy pomarańczowych i czerwonych świateł. Spowalniają nas lub wstrzymują płynność ruchu. Są trudne. To zima bez butów. Mówią nie, ale czasami dają nam to, czego potrzebujemy.
Aby załapać się na zielone światła, trzeba umiejętności: zamiaru, kontekstu, rozwagi, wytrwałości, przezorności, odporności, szybkości i dyscypliny. Możemy złapać więcej zielonych świateł, po prostu określając, gdzie w naszym życiu są czerwone, a następnie zmienić kierunek, żeby trafić ich jak najmniej. Możemy też załapać się na zielone światła, planując je i wytyczając. Możemy tworzyć ich więcej i rozmieszczać je w naszej przyszłości - ścieżce najmniejszego oporu - dzięki sile woli, ciężkiej pracy i podejmowanym wyborom. Możemy być odpowiedzialni za zielone światła.
Aby załapać się na zielone światła, trzeba też wyczucia czasu. Czasu świata i naszego. Kiedy jesteśmy w dobrej strefie, na odpowiedniej częstotliwości i fali. Na zielone światła pozwala nam się załapać szczęście, ponieważ znajdujemy się we właściwym miejscu o właściwym czasie. Załapanie się na ich większą liczbę w przyszłości może brać się z intuicji, karmy i fartu. Czasami załapywanie się na zielone światła wiąże się z przeznaczeniem.
Poruszanie się autostradą życia w najlepszy możliwy sposób polega na uelastycznieniu się we właściwym czasie wobec tego, co nieuniknione. Nieuchronność sytuacji nie jest względna; kiedy jednak uznamy wynik danej sytuacji za nieunikniony, to sposób, w jaki sobie z nią poradzimy, będzie względny. Albo spinamy się i postanawiamy dopiąć swego, dokonujemy zwrotu i obieramy nową taktykę, aby osiągnąć cel, albo całkowicie się poddajemy i oddajemy losowi punkt. Idziemy dalej, odpuszczamy lub machamy białą flagą i żyjemy, żeby zawalczyć innego dnia.
Sekret naszej satysfakcji tkwi w tym, kiedy na które z podejść się zdecydujemy.
Oto sztuka życia.
Wierzę, że wszystko, co robimy w życiu, jest częścią planu. Czasami plan przebiega zgodnie z zamierzeniami, a czasami nie. To część planu. Zrozumienie tego jest samo w sobie zielonym światłem.
Problemy, z którymi się dzisiaj borykamy, we wstecznym lusterku życia zamieniają się ostatecznie w uśmiech losu. Z czasem wczorajsze czerwone prowadzi do zielonego światła. Każda dekonstrukcja ostatecznie prowadzi do konstrukcji, każda śmierć ostatecznie prowadzi do narodzin, każdy ból ostatecznie prowadzi do przyjemności. W tym życiu lub w następnym to, co zniknie, znów się pojawi.
To kwestia tego, jak postrzegamy stojące przed nami wyzwania i jak się w nie angażujemy. Trwać, obracać się lub ustępować. To my decydujemy, za każdym razem wybór należy do nas.
To książka o tym, jak zgarnąć więcej "tak" w świecie pełnym "nie" i jak rozpoznać, kiedy "nie" może w rzeczywistości stanowić "tak". To książka o załapywaniu się na zielone światła i uświadamianiu sobie, że pomarańczowe i czerwone w końcu zmieniają kolor na zielony.
ZIELONE ŚWIATŁA.
Z zamysłem i celowo... Powodzenia.