Rozdział drugi
Rośliny jare to te rośliny jednoroczne, które nie potrzebują do rozwoju jarowizacji, czyli zimowania w gruncie. Ich cykl rozwojowy zamyka się w jednym okresie wegetacyjnym. Wysiewane są wiosną, zbierane pod koniec lata. Do najpopularniejszych należą owies, kukurydza, gryka, proso. Pszenica, żyto i jęczmień mają swoje odmiany zarówno ozime, jak i jare. Te drugie są jednak dużo mniej popularne, ponieważ dają niższe plony.
Lipiec 1920
Kajtek Mazur siedział na ławie przed chałupą i patrzył na zachodzące słońce.
Był to ten najprzyjemniejszy czas, gdy letni dzień powoli stawał się wspomnieniem. Upał zamienił się w ciepło, które trwać miało do świtu, gdy rześki chłód na krótko otulał świat. Sypiający na podwórzu czy w szopie zabierali ze sobą derkę, by przykryć się nią w czasie przed wschodem słońca. U Mazurów wszyscy spali w chałupie. Mieli ją niedużą, ale i nie byli liczną rodziną. Ojciec, matka, prawie dorosły Kajtek, a na koniec malutka Wietka, śliczna dziewuszka, budząca zachwyt tak najbliższych, jak i obcych.
- Dał mi ją Pan Bóg, by wynagrodzić za te utracone - czasem mówiła matka.
Stefcio, Józia i Marysia leżeli zgodnie obok siebie w maleńkich mogiłkach na tynczyńskim cmentarzu przy cerkwi. Żadne z nich roku nie dożyło. Kajtek pamiętał płacz matki i smutek ojca. Pamiętał nadzieje, z którymi witał narodziny rodzeństwa, i ból towarzyszący pożegnaniu, jakby ktoś wyrywał kawałeczek serca. Czas zasklepiał ranę, ale poczucie braku pozostawało. Może dlatego wszyscy tak kochali Wietkę, która pulchnymi rączkami mocno wczepiła się w życie, tak mocno, że mimo paskudnej jesieni, srogiej zimy i zimnej wiosny dożyła swoich pierwszych urodzin, a po nich drugich i trzecich. Matka czuwała nad malutką jak kwoczka nad kurczęciem. A i ojciec z Kajtkiem pilnowali, by dziecku nic się nie stało, by dobrze jadło, by jej ciepło było. Gdy inne trzylatki gęsi już pasały, Wietka siedziała na podwórku, zastępowana przez Kajtka, który miał pod opieką i krowę, i gęsi, i dwie czarne owce.
- Na łąkę jej nie puszczaj, żeby zapalenia nie dostała - mówił wychodzący z chałupy ojciec do matki, a ta prędzej do piekła piechotą by poszła, niż puściła dziewczynkę na łąki, zalane majowymi kałużami, pełnymi zarazków.
- Ona dlatego taka ładna, bo się urodziła, gdy słoneczko wstawało. O świcie tylko dobre rzeczy na tym świecie się dzieją - tłumaczyła matka kumoszkom, zachwycającym się urodą dziewczynki.
Matka krzątała się przy kuchni. Myła w szafliku miski i garnek po wieczerzy. Młode kartofle i zsiadłe mleko, czy może być coś lepszego? Kajtek wciąż jeszcze czuł w ustach delikatną słodycz ziemniaczanych bulw, szczodrze okraszonych podsmażoną na maśle młodą cebulą, grubo posypanych koprem, i ożywczą kwaśność dobrze zsiadłego mleka, tak gęstego, że pić się nie dawało, trzeba było łyżką z kubka wybierać galaretowate kawałki. Odruchowo oblizał wargi. Jedli teraz suto, bo i pracowali dużo i ciężko.
Od zeszłej jesieni Kajtek chodził już z ojcem do każdej roboty, wraz z nim orząc, bronując, kosząc i siejąc. Ciężko mu było, bo z tych wszystkich dziecięcych obowiązków, takich jak pasienie krowy czy noszenie rezginiem pokrzywy dla świń, nikt go nie wyręczył. Wietkę wszyscy uważali za zbyt małą do owych zajęć, choć jej rówieśniczki biegały już za krowami na wygon albo i z sierpem chodziły po miedzach. Jakoś tak się utarło, że ona mała, więc trzeba ją wyręczyć i chronić, jak skarb najcenniejszy. Nie tylko z ich chałupy śmierć zabrała dzieciaczki, w innych też tak bywało, rzecz normalna. Odchodziło z tego świata, co najmniejsze, najsłabsze, a także najstarsze, wyzute już z sił życiowych, nieważne, czy było człowiekiem, zwierzęciem czy rośliną. To, co silne, młode i pełne wigoru, walczyło. Jedni patrzyli na śmierć z obojętnością, pogodzeni z nią, tak jak z tym, że po dniu jasnym ciemna noc nastaje. Drudzy walczyli, przekonani, że uda się zmienić odwieczny porządek rzeczy. Bywało, że czasami udawało się śmierć oszukać. Że troska, którą otoczono najsłabsze z miotu prosię, procentowała i z prosiaka wyrastała maciorka na schwał. Bywało też tak, że mimo dokarmiania, podsadzania do cycka, by dobrze się nassało, rankiem znajdowano je całkiem już zimne w kącie zagródki. Czuło się wtedy nie tylko smutek, ale i złość, jakby człowiek pozwolił się oszukać. Jakby poszedł na wojnę, za całą broń mając wierzbową witkę.
Wojna. To słowo przywróciło Kajtka do rzeczywistości. I choć jego myśli były przygnębiające, rzeczywistość zdawała się jeszcze smutniejsza.
W chałupie czuło się napięcie, takie samo jak to panujące w przyrodzie przed burzą. Niby wszystko było jak zwykle, rodzice wstawali o świcie, Kajtka budził szelest siennika i skrzypienie łóżka. Udawał, że śpi, dopóki matka nie położyła ręki na jego ramieniu:
- Wstawaj, synuś. Czas już.
Zdawało mu się, że gdyby choć kilka chwil jeszcze pospał, obudziłby się wyspany. Czemuż nie można było wstać później, tylko właśnie wtedy, gdy sen najlepszy, najgłębszy. To tak, jakby zabrano miskę z polewką, gdy człowiek ledwo trzy razy łyżkę zamoczył.
Przeciągał się, nie otwierając oczu.
- No wstawaj, wstawaj - ponaglała go matka. I szła budzić Wietkę, by ta ze wszystkimi do porannego pacierza klęknęła.
Potem każdy brał się do swojej roboty. Matka rozpalała w kuchni, ojciec z Kajtkiem szli do obory obrządki zaczynać, Wietka wracała w piernaty.
Po obrządkach jedli przygotowane przez matkę śniadanie i ruszali w pole. Zaczęły się żniwa, roboty było więc tyle, że w końcu i Wietce dostało się zajęcie. Krowę w obiad wydoić, napoić, ptactwu wody do korytek ponalewać, obiad na pole przynieść.
Wieczorem wracali wprost do prac gospodarskich. Matka doiła krowy i zlewała mleko, ojciec gnoje wyrzucał, Kajtek ciął sieczkę. Wszystko to w pośpiechu, bo konie rżały, krowa ryczała, a świnie tak ryje darły, że aż w uszach dzwoniło. Matka szykowała kolację, a Wietka, zagoniwszy ostatnie kury, wynosiła przed chałupę miednicę. Pierwszy mył się ojciec, rozchlapując wodę dokoła i parskając jak źrebak. Na koniec chlust!, opróżniał miskę, wylewając wodę na ubitą jak klepisko ziemię podwórza. Moment i tylko ciemna plama zostawała. Po ojcu mył się Kajtek. Jakże przyjemnie było spłukać z karku szary proch ziemi i ościaki jęczmienia. Ostatnia myła się matka, stawiała sobie miskę w sieni, drzwi zamykała.
Woda zmywała nie tylko brud, ale i zmęczenie. Siadali do posiłku pełni nowych sił. Najedzeni wychodzili przed chałupę. Ojciec siadał na ławie, matka z Wietką na progu. Kajtek przykucał na ziemi, tak by móc swoich najbliższych objąć wzrokiem. Czekali, aż z innych chałup powychodzą i ktoś zaintonuje piosenkę, by móc się do niej przyłączyć. Dźwięczne głosy wypełniały świat, snuły opowieści o dziewczynie, co nie chciała chłopca, i o takiej, która nie była kochaną, o tym, że biedna, choć ładna, za mąż wyjść nie może, i o takiej, co za mąż iść nie chce, ale ojce jej każą.
W końcu pieśni cichły, ludzie wchodzili do domów, pozostawiając drzwi szeroko otwarte, by chłód nocy, wyparłszy gorące powietrze, pozwolił cieszyć się snem i siły odnowić.
Rodzina Mazurów czyniła jak wszyscy. Jeszcze pacierz przed snem i dzień się kończył. Niby niczym nie różnił się od innych dni, a jednak coś było nie tak.
Gorączkowe szepty rodziców jeszcze długo po zachodzie słońca nie pozwalały Kajtkowi zasnąć. Czasem udawało mu się wychwycić pojedyncze słowo, czasem całe zdanie. Ale nawet gdyby do jego uszu docierały same niezrozumiałe dźwięki, to i tak wiedziałby, czego dotyczy rozmowa. Właściwie to nie była rozmowa, tylko spór, coraz bardziej zażarty. W ciągu dnia nie mówili o tym i Kajtek dobrze wiedział dlaczego.
Ojciec postanowił iść na wojnę. Nie on jeden. Wielu w Tynczynie zamierzało walczyć z bolszewikami. Pod cerkwią, w karczmie, na gościńcu o niczym innym nie mówiono, tylko o wojnie. Niektórzy uważali, że to obowiązek. Padały takie słowa jak "ojczyzna odzyskana", "kajdany niewoli", "carski but", "powinność", "obowiązek", "służba" i "wolność". Byli też tacy, którzy nie czuli żadnego związku z pańskim rządem z Warszawy i uważali, że nic im Polska nie dała i nic nie da.
- Tylko konie zabierają, ot i cała ta Rzeczpospolita.
Było też kilku, którzy mówili, że bronić się przed bolszewikami to jak przed Królestwem Niebieskim się bronić. Bo wszak to władza robotników i chłopów, najlepsza ze wszystkich możliwych.
Chłopaki, gdy się na wygonie spotkały albo na gościńcu, powtarzały słowa ojców jak swoje własne, tylko z większym zapałem.
Dlatego rodzice Kajtka w nocy między sobą szeptali - żeby synowi jeszcze bardziej nie rozpalać młodej głowy, w której teraz tylko jedna myśl się tłukła. Kajtek widział siebie nie jako zwykłego żołnierza, szaraka, piechura, ale jako wielkiego wodza, bohatera, któremu sam Marszałek z serca dziękuje za ocalenie ojczyzny. Marzenie to było tak piękne, wzruszające i taki żar w sercu rozpalało, że słuchanie głosu rozsądku, mówiącego, że to niemożliwe, wydawało się głupotą. Jakże niemożliwe? Wszystko jest możliwe. Nie takie historie starzy ludzie opowiadają. Może to bajki, ale przecież mówi się, że w każdej bajce tkwi odrobina prawdy. Czemuż więc Kajtkowi nie miałaby się przydarzyć taka bajka?
Chciał iść wojować. Nawet gdyby nie został bohaterem, to i tak chciał. Po powrocie byłby kimś tu, w Tynczynie. Taki młody, a walczył z bolszewikami. Nie bał się, na wojnę poszedł, śmierci w twarz spoglądał i nawet powieka mu nie drgnęła. Może los by się do niego uśmiechnął i wróciłby ranny. I znów jego myśli zmieniały się w marzenia, widział siebie na koniu, całego we krwi wrogów, z jedną ręką na temblaku, który już nasiąkł czerwienią. Wszyscy we wsi by na niego patrzyli. Wszyscy. Ona też. I może by się uśmiechnęła, może zagadnęła. Zrozumiałaby, jak bardzo Kajtek wart jest jej atencji.
Chciał iść wojować, bo gdyby zginął, ona zdałaby sobie sprawę, jak wielką poniosła stratę. Łzy rzewne, strumieniem lane byłyby dla Kajtka wystarczającą rekompensatą za utracone życie.
On tak pragnął walczyć, a matka z ojcem nie pozwalali. Nawet słuchać o tym nie chcieli. Gdy pierwszy raz napomknął, ojciec pięścią w stół huknął, aż figurka Najświętszej Panienki z ołtarzyka w rogu izby podskoczyła do góry.
- Myśleć ci o tym zabraniam. Za młody jesteś.
- Toż ja mam prawie piętnaście lat.
- Dzieciak jesteś i tyle. Zwiążę i w komorze zamknę, a na wojnę nie puszczę. Czy ty wiesz, smarkaczu, czym jest wojna?
Kajtek miał ogólne wyobrażenie, wszak duży już był, gdy wielka wojna wybuchła. Pamiętał wojsko, które przez Łaszczów przejeżdżało, i odgłosy bitwy na Towarni. Znał na pamięć wszelkie o niej opowieści, snute przez ojca w jesienne wieczory. Bo gdy wojna światowa wybuchła, car nakazał chłopom iść walczyć, i trochę trwało, nim ojciec wrócił, przez rząd bolszewicki z tego obowiązku zwolniony.
Kajtek domyślał się jednak, że nie taką odpowiedź ojciec chce usłyszeć. Tak właściwie to nie chciał usłyszeć żadnej odpowiedzi. Chłopak schylił głowę i milczał. Było to najlepszym sposobem na złagodzenie gniewu ojca czy złości matki. Chcąc być sprawiedliwym, Kajtek musiał przyznać, że nie zdarzało się to zbyt często. Ojciec nie był człowiekiem porywczym, raczej spokojnym i trzeba było rzeczywiście coś poważnego przeskrobać, by stracił cierpliwość. Krzyczał wtedy i wygrażał, ale nie bił. A nawet gdyby, to Kajtek nie miałby pretensji, wiedząc, że zasłużenie. Widział wszak często swoich rówieśników zbitych przez rodziców za byle przewinę, a czasami i bez niej, ot tak, bo ojce potrzebowały żółć spuścić.
A co to im przeszkadza, że ja bym na wojnę poszedł?, pytał sam siebie, leżąc na derce na klepisku. Zimą spał na ławie, ale teraz, gdy upał doskwierał, wolał kłaść się na ziemi, od której ciągnęło przyjemnym chłodem. Poszedłby, a później wrócił, a jakby nie wrócił, to też do przebolenia. Przecież mają Wietkę, ona zajmie się nimi, gdy sami nie będą już mogli o siebie zadbać. Nawet tak się mówi, że syn dla świata, córka do wsparcia na stare lata. Kajtek, jako prawie dorosły, mógł już iść w świat. Powinni się z tym pogodzić, nie mogą wciąż go traktować, jakby był dzieckiem, któremu z obawą powierza się do pasania gęsi, bo jeszcze mały i nie wiadomo, czy podoła, czy upilnuje.
Gdyby ojciec nie postanowił się zaciągnąć, Kajtek by zrozumiał jego oburzenie. Jednak bronić komuś innemu tego, co samemu się robiło, czy to jest sprawiedliwość?
Czując, że i tak nie zaśnie, wyszedł przed chałupę. Usiadł na ławie i wpatrywał się w noc. Ciemność otulała świat, było w niej coś pięknego i strasznego, bo z jednej strony ta wręcz fizycznie odczuwalna aksamitność, z drugiej niepewność, co się za nią kryje.
Podniósł głowę i patrzył na gwiazdy. Migotały wesoło. Pomyślał o dziewczynie, której oczy też tak migotały, kiedy się śmiała. Czemuż on dostrzegał coś tak błahego i małego jak te iskierki w jej oczach, a ona w ogóle nie widziała Kajtka? Jakby był przezroczysty.
Rozległ się odgłos ciężkich kroków. Najpierw w izbie, później w sieni. To ojciec.
- A ty co? - zapytał, przekraczając próg.
- Spać nie mogę.
- Słyszałem, jak się wiercisz.
Usiadł obok Kajtka.
- Co to za myśli spać ci nie dają?
Pytasz, choć znasz odpowiedź?
- Synu... Dziecko drogie, wybij sobie tę wojnę z głowy.
Kajtek chciał powiedzieć, że dobrze, on sobie wybije, ale tylko pod warunkiem, że ojciec także. Jednak słowa, tak składnie brzmiące w głowie, najpierw przejść przez gardło nie chciały, a kiedy już siłą je przepchnął, zabrzmiały dziwnie, cały sens straciły. Dobrze, że było ciemno i ojciec nie mógł zobaczyć rumieńców na jego policzkach i łez w oczach. Wstyd, jakiż wstyd. Tylko zerwać się i uciec.
Ojcowskie ramię otuliło Kajtka. Dłoń czule pogładziła rozczochrane włosy.
- Wiem, synu, wszystko wiem. Co ty myślisz, że ja nigdy nie był młody?
Mur, który dzielił ich od siebie, wzniesiony w dniu, gdy ojciec zapowiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, że Kajtek na wojnę nie pójdzie, choćby nie wiadomo co, runął. Znów było między nimi jak wtedy, gdy szli do orki w pole albo z kosami na łąkę. Kajtek przypomniał sobie śmiech ojca, gdy ten mówił:
- A to znasz? Kosyj z kosoju kosoju kosoju kosoju kosyw.
Powtarzał w myślach, wyobrażając sobie zezowatego, machającego krzywą kosą, aż osełedec podskakiwał. Uśmiechnął się do tego obrazka, wspomnienia, do ojca.
- Walczyć za Polskę to obowiązek - powiedział.
- To prawda. Tyle że to obowiązek na samym początku żołnierzy, później poborowych i wszystkich innych zdolnych do noszenia broni. Na samym zaś końcu kobiet, starców i dzieci. Nie możemy wszyscy naraz pójść i zginąć, bo kto zostanie? Kto pola zasieje, krowy napoi? Gdy ja pójdę walczyć, ty zajmiesz moje miejsce, zajmiesz się matką i siostrą. Staniesz do walki dopiero wtedy, gdy im będzie zagrażać niebezpieczeństwo. To twój obowiązek, rozumiesz?
Kajtek skinął głową.
- Rozumiesz? - powtórzył pytanie ojciec.
- Rozumiem.
- I obiecujesz, że nic nie zrobisz, chyba że okoliczności cię do tego zmuszą?
- Obiecuję.
- To i dobrze. Matka się uspokoi. Zła jest na mnie, żem ci w głowie namieszał, że przeze mnie chcesz iść wojować. Bardzo się martwiła, że cię krzywda spotka.
- A o was się nie martwi?
- Ja już stary chłop, cóż mi się może stać? - Ojciec roześmiał się, jak to on, wesoło, zaraźliwie. Prawda. Cóż mogłoby mu się stać?
- Czas już spać. - Ojciec podniósł ramię. W ostatniej chwili Kajtek zdążył je chwycić i na powrót do siebie przycisnąć. Czuł się tak dobrze, tak bezpiecznie, jakby cały świat to była tylko ta ławka i ich dwóch. - No dobrze. Jeszcze chwilę. Chcesz, wiersz ci powiem. Poważny. Ojciec mnie nauczył, gdym był mały, to i ja ciebie nauczę.
Ojciec odchrząknął.
Miejmy pogardę dla pychy zwycięskiej
I przyklaskiwać przemocy nie idźmy!
Ale nie wielbmy poniesionej klęski
I ze słabości swojej się nie szczyćmy.
Przestańmy własną pieścić się boleścią.
Przestańmy ciągłym lamentem się poić:
Kochać się w skargach jest rzeczą niewieścią,
Mężom przystoi w milczeniu się zbroić...
- Mężom przystoi w milczeniu się zbroić - powtórzył Kajtek.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ, PŁATNEJ WERSJI