Zielone mrzonki - Marcin Krzesiński

Kup ebooka

8.08 zł
6.71 zł (6,87 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 4

Katarzyna, Katarzyna, Katarzyna - kobieta chciała przyzwyczaić się do nowej wersji swego imienia, oraz wyglądu, bo co rusz spoglądała w lustereczko.

- Jesteś piękniejsza - rzekła Viktoria. W tym czasie obudzili się Rubby i Zbyszek. Rubby spojrzał na Katarzynę, Zbyszek też. Musiały minąć minuty, by wybrzmiały słowa.

- Kobiecość jest silniejsza od dziewczęcości - rzekł Zbyszek, który zrozumiał co zaszło. Rubby zaś rzekł:

- Tak samo było z moją Sharlottą. Obudziłem się pewnego jesiennego wieczoru ze snu, powiedzmy sobie szczerze, głębokiego niczym studnia tunezyjska. Otwieram oczy i widzę już nie dziewczynę, którą przyrównać można do słów: lżej, natura, kwaśność, filiżanka, łodyga. Widzę kobietę, której ciężar wzbudził we mnie uczucia podobne do strachu. Oczywiście nie mam tu na myśli wagi, bo ta, miałem wrażenie, pozostała taka sama. Chodziło o coś innego. O psychikę, duchowość, zachowanie, mające w sobie elementy metalu. Skąd lęk, zapytacie. Otóż z tej przemiany nieoczekiwanej.

- Czy wzbudzam lęk? - zapytała Katarzyna.

- Na pewno nie we mnie - powiedziałem.

- Wzbudzasz ciekawość - rzekła Viktoria. - Są zjawiska, wymykające się obserwatorom, tymczasem zupełnie przypadkowo, zobaczyliśmy jak dziewczyna wypluwa z siebie kobietę.

- Jeśli o mnie chodzi - rzekł Zbigniew - to nie odczuwam żadnego lęku. Przecież to naturalna kolej rzeczy, co tu się dziwić.

Jeśli o mnie chodzi, to tkwiłem w czymś, co przypomina konsternację. Byłem z jednej strony zachwycony, oczarowany, zalany czymś w rodzaju deszczu, który zamiast ożywczości dał wilgoć i dziwność w czystej postaci. Katarzyna, jeśli już muszę opisać swoje doświadczenie płynące ze sfery seksualnej, to działała na mnie bardziej, mocniej. Ale co z tego? Czy męska seksualność wystawiona na próbę, zawsze musi przegrać? A gdzie nasza duma? Gdzie uprzedzenie? Bo to, że kobieta to kwiat stworzenia, to przecież nie znaczy, że my, mężczyźni mamy tańczyć tak, jak zagra nam kobieca najgłębszość mieszcząca się tam, gdzie płeć pływa w akwenie zwanym pożądaniem. W ogóle, dlaczego takie myśli nawiedziły moją głowę? Byłem na siebie zły, że myślami zbaczałem tam, gdzie z faceta wyłazi zwierz. Rubby natomiast poszedł zorganizować kawę dla naszej grupy i po kwadransie lub dwóch, wrócił z termosem pełnym czarnej, mocnej, niesłodzonej.

Kiedy każdy miał w kubeczku swoją porcję, Katarzyna postanowiła podzielić się z nami tym, co w niej zaszło:

- Wiem, że procesy biologiczne są jakby drogą co prowadzi do śmierci. Mamy ruch, mamy oddychanie, jest reakcja na bodźce, mamy wzrost, odżywianie, wydalanie i rozmnażanie. Dziś w oczach Wiktorii zobaczyłam nieuchronność. Bo cóż, moi kochani, jest za tymi procesami życiowymi, jak nie chichot, i, wybacz Wika, ale ja ten chichot zobaczyłam w twoich oczach, pięknych oczach, glazurowano-lazurowych. Kobiecość nie stanowi powodu do dumy - z perspektywy kobiety. Kobiecość może osadzić się na pożądaniu samca alfa, ale co z tego wyniknąć może? Chwila mechanicznego seksu, którego finisz to robotyczny orgazm? Czy zauważyliście, że seks przypomina coraz bardziej funkcjonowanie mało skomplikowanego mechanizmu wyjętego prosto z jakiejś zapyziałej fabryki? Co mnie jeszcze przeraża to to, że mam obszerniejszą świadomość. Po co mi to. Po co mi wiedzieć, na przykład, że marzenia erotyczne i tak rozbiją się o rycerskość naszych panów, dla których seks jest grzechem śmiertelnym. Myślicie, drodzy mężczyźni, że nie obserwowałam was wtedy, w tej wiosce cygańskiej, nieopodal Bratysławy? Żaden z was nie zareagował na wdzięki tych pięknych kruczowłosych dziewcząt. Kobiecość to dar i przekleństwo w jednym. Twoje spojrzenie staje się coraz mniej przenikliwe, Viktorio. Za to ja widzę w tobie coraz więcej lęku. Czego się boisz? Tak przecież chichotałaś. Czy to był ten słynny chichot losu? Viktorio, cień twojej duszy kończy się tam, gdzie zaczyna się dzień, ale patrz za okno, mamy wciąż noc, czy uważasz, że nie zauważam kształtów i tej ręki trzymającej nóż? Masz w oczach gwiazdozbiór a to tylko odbijające się światła zewnętrznych mijanych miast i fabryk. Wiem, że masz powodzenie, że jedziesz obecnie na fali, na fali szczęśliwości. Lubisz siebie, lubisz facetów, lubisz modę, ale jesteś osobą, w której jest dużo empatii. Tak w ogóle, dlaczego nam pomagasz? Czy też tak bardzo znienawidziłaś Franza, że postanowiłaś dołączyć do międzynarodowej grupy łapaczy porywaczy dzieci? Zresztą nic nie mów, przypomniałam sobie, mówiłaś, że zabił ci męża i brata. Przykro mi. Nasz przyjaciel z Brytanii ma ponoć kontakt z Centralą, ale coś ta Centrala nawala, bo przez godzinę milczy jak zaklęta. Zresztą co przyniesie przyszłość to przyniesie. Nie mamy nad nią kontroli. Możemy planować, oczekiwać na coś, lecz przyznajcie, że to jest w gruncie rzeczy słabe, bardzo słabe. Nieznane wisi nad każdym z nas. Czy jadąc tu, jeszcze tym starym maluchem Czeczeńskiego, przeszło nam przez głowy, że wybuchnie bryka, którą dostarczył nam Rubby? Bóg ma z nas bekę. I zawsze oburzało mnie, jeśli ktoś mówił, że On wylewa łzy. Jeśli tak jest, to chyba tylko gdy widzi prokrastynację, tak przecież nam, ludziom właściwą. Ale mam dość. Ta kobiecość przyszła zbyt gwałtownie. Czy ktoś może wcisnąć przycisk, i wszystko się cofnie w czasie? Chyba raczej nie, nie ma takiej opcji, prawda Vika? Wiesz co? Masz przestraszone oczy. Przemów.

Viktoria przestała wysyłać w przestrzeń delikatny uśmiech. Tak zaczęła tkać swą, ze słów stworzoną, post-awangardową instalację:

- Fakt, że stałaś się kobietą na moich oczach, nie świadczy jeszcze o niczym. Zresztą kobiecość ma różne formy. Skąd wiesz, że nie jestem już kobietą? Że dalej siedzę w tej dziewczęcości, naiwności, pretensjonalności? Są trzy rodzaje kobiecości: jest kobiecość wytrawna, jest kobiecość niszczona i jest kobiecość ukryta. Kobiecość wytrawna to przykład niewiasty, która zawsze marzyła o tym, by emanować dojrzałością, by kokietować za pomocą mody a także gestów, by mącić męski umysł. Kobiecość niszczona to przykład pani sprzątającej. Pani sprzątająca żadnej pracy się nie boi, wszędzie jej pełno, za wszystko się chwyta by pomóc, zrobić, zarobić. Osoba taka nie ma czasu na ustawianie przed swoją twarzą lusterka i na malowanie. Ona może pomalować, ale ściany domostwa. Kobiety takie są najczęściej ładne: natura plus ciężka praca czyni z oblicz tych dam obrazy niepowtarzalne. Kobiecość ukryta to na przykład ja. Miewam przeczucia, iż moje doświadczenia związane ze śmiercią męża oraz brata uczyniły ze mnie kobietę. Zresztą co ja gadam, wewnętrznie to ja czuję się jak seniorka. Bo takie mam przekonanie, że tak czują się te poorane zmarszczkami matrony. Mimo przeżytych nieszczęść trwają na stanowisku.

Ze śmiercią mojego męża i brata było tak: stałam akurat na balkonie, był piękny lipcowy wieczór, słońce zachodziło czyniąc ten widoczny z mego balkonu skrawek terenu krwawym. Pamiętam, tak sobie wtedy pomyślałam, że wieczór jest krwawy. I nagle ujrzałam ich; mój brat i mąż szli i o czymś sobie opowiadali, widać było, że są w dobrych humorach. Naprzeciwko nich szedł jakiś mężczyzna, dokładnie mu się nie przyglądałam, byłam bowiem ciekawa, cóż rozśmieszyło moich najbliższych mężczyzn. I nagle ujrzałam, że ten wspomniany facet wyciągnął dwa pistolety. Jednym celował w mego brata, drugim w męża. Usłyszałam huk i po chwili dwa ciała obok siebie: głowy dosłownie im wybuchły: byłam na drugim piętrze i na wysokości mego mieszkania obryzgane krwią liście. Krzyczałam, a on, ten wredny sukinsyn na jedną małą chwilę uniósł głowę, lecz nie mógł zlokalizować krzyku. Zaczął uciekać. Podobno zaraz potem wyczyścił im konta. A policja... postępowali według procedur, a we mnie rosło przekonanie, że oni wszyscy są kupieni. Robili swoją robotę tak od niechcenia, bo trzeba, o, następne dwa trupy, no patrz. Sprawę należy położyć na swój grzbiet, albo jeszcze lepiej, na głowę - jak czynią to afrykańskie kobiety, i iść z tym aż do prawdy. Powiedzcie mi, proszę, jeśli kolorem nadziei jest zielony, to jaki kolor ma prawda? Bo droga do niej to szkarłat. Czerwiec polski. Chodzi mi teraz nie o miesiąc, lecz o pluskwę. Naszego wroga winniśmy nazwać czerwcem bałkańskim. Zakorkujcie mnie, tak jak czynią to z butelką wina Amalaya. Wsadzić korek to nie sztuka, sztuką jest odkorkować go, gdy kieliszki uszne domagają się słów mówionych czerwonymi ustami. Patrzcie: czerwiec, usta, wino, krew, szminka, przekrwione oczy Katarzyny, pojar Czeczeńskiego co się ledwo żarzy, szrama Zbyszka, którą ma na czole, czerwony Bóg, co na górze, również czerwonej, kończę już.

Zbyszek poprawił się na siedzisku, przyjmując pozę świadczącą o tym, iż zamierza przyłożyć się do diagonalnego monologowania. Siedział bowiem chłop przy samych drzwiach.

- Trwa noc a pociąg jedzie. Podług moich wyliczeń, w Serbii jesteśmy od dwóch godzin. I wiecie co? To jest dosyć dziwne, ale tkwi we mnie przekonanie, że w tej akcji nie będzie suspensu. Jeśli nasza historia byłaby filmem, reżyser, czyli w zasadzie my wszyscy, dostalibyśmy po złotej malinie. Oczywiście, iż należy powyższe zdecydowanie lekce sobie ważyć. Trzeba odnaleźć dziecko - to jest priorytet. Trzeba pojmać Franza - drugi priorytet. Powstrzymać się przed samosądem - trzeci priorytet. Trzy priorytety. Ogólnie rzecz ujmując musimy teraz, prócz węszenia jak pies i rozkminiania: gdzie przebywa Cygan Franz, chronić się przed atakami. Mam nadzieję, że nasz detektyw, Rubby, nie stoi za tym ostatnim zamachem, bo by to oznaczało, iż przebywamy w tym samym przedziale ze współpracownikiem Franza. Wybacz Grubby Rubby, ale takie założenie też musi być brane pod uwagę. W ogóle mam nadzieję, że ten twój złoty telefon, to rzeczywiście złoty telefon a nie jakaś bondowska broń, za pomocą której zakatrupisz nas, gdy będziemy spać. No offence, jak mawiają. Wyglądasz jednak na jednostkę bardzo, i w dodatku świadomie zindywidualizowaną, a to według mnie wyklucza mordercze naleciałości. Twój stosunek do tej całej Sharlotty, też wiele mówi o tobie, Rubby. Jesteś prawdopodobnie dobrym człowiekiem, takim, który by muchy nie skrzywdził. Takie jest moje zdanie, nie wiem co o tym sądzą pozostali. Odnośnie kobiecości, wybaczcie drogie panie, ale ograniczę się jedynie do zdania: po co robić burzę w szklance wody? Tak na serio, to nie wiem o co chodzi. Kaśka do pewnego momentu była Kaśką, a potem, ni z gruszki, ni z pietruszki, stała się Katarzyną? Czy to nie jest aby naciągane? Chociaż zaraz, chyba raczej nie, zmiany fizyczne są jednakowoż widoczne... sam nie wiem.

Moja nienawiść do Franza Cygana wzrosła po tym, jak Viktoria opowiedziała historię morderstwa jej męża i brata. Nie wiem, moi drodzy, czy będę miał na tyle samokontroli, żeby tego drania nie udusić, jak go złapiemy. To podły bydlak, widocznie dziengi to nie wszystko czego potrzebuje jego krwiopiłcza dusza, on pragnie zlikwidować ludzi, którzy mu nie pasują. Tu musi wchodzić w grę charyzma, bowiem facet ma pod sobą na pewno spory komplet oddanych mu zabijaków, którzy pójdą za nim w ogień. Trzeba przyznać, że nie jesteśmy jednostką specjalną do zwalczania tego typu bandytów, że jesteśmy jednak zwykłymi, szarymi ludźmi, którzy myśleli, że ten cały Franz to drobny złodziejaszek i że wystarczy się zakraść w nocy, nakopać mu do tylnej części ciała i sprawa załatwiona, tymczasem wyszło nieco komediowo. Mamy detektywa, dla którego modowy fetysz to sprawa kluczowa, mamy Viktorię, kobietę... tu się zawahałem, bo to może dziewczyna wciąż? Ale fakty mówią same za siebie: Viktoria straciła męża i brata. Ile jeszcze trzeba nakraść, ile krwi przelać, żeby ten podły zbój trafił za kratki, pytam się? W Ameryce taki człowiek grzałby już celę dla skazanych na śmierć. Cholerna lewacka Europa i jej chore podejście do prawa. Stary kontynent już dawno stracił to, co miał najcenniejsze, czyli wartości. Skończyłem.

Gdy Zbyszek umilkł, głos zabrał Grubby Rubby:

- Sprawiłeś mi Zbyszku duży cios, mówiąc o tym, że mogę stać za wybuchem naszej bryki, czy że mój telefon to w gruncie rzeczy śmiercionośna broń. Fakt, jestem mężem rarytasowym, łatwo wyłowić mnie z tłumu, ale wiedzcie, że nigdy nie zrezygnuję z brytyjskości, z owej łaski, laski, z fraku i mego starodawnego nakrycia głowy. Zawsze będę miał te śmieszne, lekko zakręcone wąsy, i bródkę. Co jest złego w byciu oryginalnym? Churchill, przyjmując na swoje barki przewodniczenie Wielkiej Brytanii, nie zrezygnował z cygar, z melonika, pozostał sobą do końca. Zapewniam was, moi przyjaciele, że przyjacielem waszym jestem, nie zaś, jak starał się zarysować sytuację Zbyszek, ukrytym wilkiem w owczym puchu. Cygan Franz ukradł mi szewiroleta, którego przysłał mi z juesej, mój kochany father. Kocham mego fathera z całego serca. I on kocha mnie, ja to wiem. Moja obecność tutaj ma więc też związek z moją prywatną krucjatą. Wiem, że auto przepadło, ale złodziej, który okrada Anglika, to łotr nie z tej ziemi. Przepraszam was, moi drodzy, za te łzy, ale na wspomnienie o moim ojcu robi się jakoś tak ciepło na sercu. Ojciec kochający syna, to przykład człowieka żyjącego dla kogoś innego. Przeczytałem kiedyś, chyba u Hessego, w powieści Gertruda, że w młodości żyjącej dla siebie jest więcej nieszczęścia i pomieszania, niż w okresie późniejszym, gdy na przykład pojawiają się dzieci. Żyje się wówczas dla kogoś i nawet umyka gdzieś ten moment, w którym przestajemy o sobie tylko... To jest ponoć najbardziej dostrzegalne z perspektywy starości. Starość - brzmi jakoś tak nie za dobrze, lecz ten, podobno najlepszy czas, warto zacząć jakoś reklamować. Na przykład: chcesz poznać tajniki życia? Dobrnij do siedemdziesiątki piątki! Albo: chcesz zacząć z drobnych gestów czerpać moc przyjemności? Dociągnij do osiemdziesiątki! Dawniej modny był klub dwadzieścia siedem. Co ci biedni, młodzi i utalentowani ludzie szukali w takim klubie? Czy tylko śmierci? A jeśli tak, to co takiego w niej jest? Cóż, ona wciąż zbyt blisko nas, mam nadzieję, iż prędko się nie przekonamy. Bo śmierć jest straszna przez to, że stanowi tajemnicę. Te wszystkie bajki o tunelach można sobie włożyć. Bo przecież tunel ma to do siebie, że gdzieś prowadzi, czyż nie? Tak, jak Katarzynę zaprowadził, już nie tunel a los, do Wielkiej Brytanii, a dokładniej do klubu Plastic bag w Londynie. Pracowała na zmywaku, lecz nie tylko. Podawała ludziom trunki, czasem nawet witała ich przy samych drzwiach darmowym szotem. Postanowiłem pewnego dnia wybrać się z moim przyjacielem, Milordem Wazonem, do wspomnianego klubu. Od razu powiem, iż nie jestem typem klubowicza. Wolałem wieczory spędzać w filharmonii, czy w teatrze. Przyszedł więc kiedyś do mnie Milord Wazon i tak mnie rzecze: kochany Rubby, zapraszam cię do klubu Plastic bag. Ja na to: a co my tam, kochaniuteńki, robić będziemy? On oczy zrobił duże, gdyż pytanie moje wydało mu się istnym dziwadłem. Rzekł: pić będziemy, drogi Rubby. Poszliśmy na nogach, gdyż klub ten był całkiem blisko. Otworzyłem drzwi, i ujrzałem Katarzynę. Zanim podała mi szota, schyliła się i zawiązała mi buta. To był przełomowy moment i dla mnie i dla niej, bowiem zostaliśmy przyjaciółmi. Jej ofiarność tak mnie urzekła, że zaproponowałem jej pracę u mnie.

- Może przerwij Rubby - rzekłem nieco sennością zamulony. - Przepraszam, że tak wtargnąłem w twoją opowieść jak dzik w sam środek miasta, ale też mam coś ważnego. Otóż atmosfera gęstnieje. Czyście tego nie zauważyli? Podczas gdy Rubby opowiadał swoją historię, ja cały czas obserwowałem Katarzynę. Jej mina świadczy o tym, że coś się w niej dzieje, coś dziwnego. Dziwność ta ma związek z przemianą, to bez dwóch zdań. Przemiana Kaśki w Katarzynę to bardzo podejrzana rzecz. Tylko głupiec by się nie zorientował, że tu się kroi ser szwajcarski! Halo, obudźcie się do cholery! Sorry Katarzyno, że zaczynam grać w grę, która może się nazywać: ubij Kaśkę, ale nic nie poradzę. Rubby myślał, że swoją usypiającą opowieścią zakryje to co najważniejsze. Otóż nie, mój miły zabieraczu uwagi. Ja nie w ciemię bity, ja swój rozum mam, potrafię dostrzec kto gra w ciula, a kto jest uczciwy. Uczciwość to rzecz, której jest coraz mniej na tym łez padole. I powiem wam szczerze, że tak, że właśnie uważam, że tylko ja jestem tu uczciwy. Bo tak się jakoś utarło, że dobrze o sobie mówić, jest źle mówić. I co? I oto to.

Rozdział 6

Monotonia. Stereo. Okno. Serbska trzecia godzina. Sen nie przychodził, ale myśli waliły non-stop. Rubby wodził rej, jakby został ku temu stworzony. Mówił:

- Moja przyjaźń z Katarzyną podlegała jakiejś tajemnej dezinformacji. Im jej było więcej, tym bardziej chciałem dotrzeć do jądra prawdy. Wiadomo, iż informacja stanowi klucz do dalszego etapu, lecz Katarzyna nie chciała otwierać się nagle. Musiałem być delikatny, czuły, mądry i przezorny. Bo, musicie wiedzieć, że z Katarzyną wiązały mnie jeszcze jedwabne nici miłosne. Tak. Tak Katarzyno, ja ci tego nigdy nie mówiłem, ale zakochałem się w tobie. Gdy pracowałaś u mnie, moje serce wyło niczym wilk zagubiony na stepie. Chociaż trudno sobie wyobrazić zagubionego wilka... Fakt jest taki, że ciebie wciąż kocham.

Cisza nastała w przedziale, tylko miarowy stukot wagonów.

Katarzyna rzekła:

- Czymże jest miłość? Z czego wyrasta? Czy jest czymś czystym, nieskalanym? Bo myślę, że wszelka miłość ma swe źródło w egoizmie. Na przykład, spodobałam się Rubbemu, gdy wiązałam mu buta, kiedy wszedł do pubu. Rubby pomyślał wówczas, że skłonna jestem do poświęceń i pewnie od razu jego myśli powędrowały daleko hen, do sytuacji, w której, jako matka jego/naszych dzieci, utulam maleństwo do snu. Istnieje jednak pomiędzy męską delikatną antycypacją, a kobiecą zwiewnością zawartą choćby w wyglądzie zewnętrznym, pewna brutalność. Ona niszczy wszystko, bo mężczyzna zaznawszy "predatoryzmu" w postaci uwagi, całkiem przecież zwyczajnej, spada z piedestału na ziemię i rozbija sobie nos. Jest to początek nerwów. Przecież miałeś zrobić pranie! Mężczyzna chwyta się ostatnich desek ratunku, mówiąc: ale przecież. Ale kobieta ma w nosie jego ale przecież. Facet zleciawszy z piedestału, wie, że skrewił, więc przybiera maskę gbura, bo u mężczyzn jest tak: albo pięć, albo jeden. Mówię to posługując się skalą ocen szkolnych. Zaczęłam od egoizmu tak? Więc egoizmem jest egzaltacja w wykonaniu męskim. To jest niezmiernie zabawna sprawa.

- Ja uważam inaczej - rzekła Viktoria - bo przecież prawdziwej miłości już dawno nie ma.

- Jak to nie ma? - zapytał Zbyszek.

- Swego czasu byłam wolontariuszką w tak zwanej umieralni. Kochać brzydotę starości i chorób jest ponad ludzkie siły. Nie wiem skąd brałam ją, by dzień w dzień mierzyć się z czymś tak beznadziejnym, czymś tak przykrym, że czasami wychodziłam z budynku, by sobie wykrzyczeć ten ból, to co przecież nas wszystkich czeka. Gdzie jest ta wasza pieprzona miłość! Bo przecież nie w tym lichym ciele, które w każdej chwili może zostać zaatakowane przez wirusa. Miłość musi być gdzie indziej. Albo... jest wielce prawdopodobne, że my ją stworzyliśmy z siana.

- Bzdura - rzekłem oburzony do granic możliwości.

Cisza. I byłaby to długa cisza, gdyby nie centrala Rubbego. Rubby odebrał telefon i zaraz się rozłączył. Rzekł:

- Kochani, nasz bandyta jest obecnie w Sarajewie.

Wielkie zamieszanie powstało w przedziale, aż musiałem użyć swego tubalnego głosu:

- Cisza!

Ludkowie zwrócili swe facjaty w moim kierunku, a ja zaś rzekłem:

- Bez paniki. Serbia przecież graniczy z Bośnią, jutro się tam dostaniemy.

Dalsza część podróży przypominała mieszanie bigosu. Chciałem już wysiąść z tego pociągu i pędzić do Sarajewa. Czy w Sarajewie jest jego przystań, swoista Arkadia? Bo jeśli tak, to jest wielce prawdopodobne, że będzie tam częstym gościem.

Tymczasem Katarzyna wyrzucała ze swych pięknych ustek monolog, który brzmiał mniej więcej tak:

- Czy zdajecie sobie sprawę z tego, że te nasze rozmowy już kiedyś były? Że kiedyś, ludzie podobni mentalnie do nas używali podobnych zwrotów, a co więcej, wpadali na podobne rozwiązania? To jest w jakimś stopniu przykre, że nie jesteśmy tymi co przecierają nowe szlaki, chociażby w sferze myśli. Dlaczego. Nie, nie chcę stwierdzić, że ludzi jest za dużo, bo jest ich tyle ile być powinno. Milczenie też jest jakąś formą wypowiedzi, tylko trudno w sprawach wymagających precyzji dotrzeć do obszaru rozwiązania. Ludzi milczących były miliony. I milczeli oni na temat ostateczności, bo tylko o takich rzeczach się milczy. Jesteśmy tymi samymi ludźmi co byli kiedyś. Nie wiem, czy jasno wykładam swoje przemyślenia.

- Bardzo jasno, Katarzyno - rzekł Rubby. - Ja zawsze uważałem, że jesteś osobą niezwykle uduchowioną.

Zaległa kolejna cisza. Trwała ona może z dwie godziny. Opisać ciszę rozpostartą między odmiennościami pasażerów połączonych pajęczyną wspólnego celu, nie jest łatwym zadaniem. Viktoria padła ofiarą reminiscencji z rodzaju tych najkrwawszych, zresztą każdy wiedział, o co w jej przypadku chodziło. Piękno smutnej kobiety rezygnuje ze świadomości istnienia świata zewnętrznego: cudem można nazwać fakt, że wówczas piękno dalej pozostaje nienaruszone, mimo smutku, który czasem przybiera postać histerii. Tam gdzie kończy się smutek, tam rosną niezapominajki. Trzynaście gatunków w Polsce, to nie byle co. Kobieta pamięta, mimo że może w tańcu z oblubieńcem dalej tkać swój żałobny szal. Trzeba być niebywale delikatnym, aby nie popsuć tych rytuałów.

Katarzyna miała w sobie coś z ostrza. I bardzo możliwe, iż to er zet w jej imieniu, raniło tkaninę zwaną patrzeniem. Każdy mężczyzna lubi patrzeć na ładne kobiety, lecz niektóre mają coś ostrego, coś, co niweczy plan zapatrzenia.

Zbyszek tymczasem łypał okiem w moją stronę, jakby chciał powiedzieć: a ty co, Czeczeński, zamiast spać, to kminisz, kombinatorze jeden. Zbyszek swój chłop, prosty jak budowa cepa. Gorzej wyglądała sprawa z Rubbym. Jakoś nie ufałem temu typowi. Chociaż wiedziałem, iż nieufność moja może być wszczepiona mi przez wiatry wiejące ze wschodu. Bo im bardziej zmierzaliśmy na wschód, tym więcej niepokoju doświadczałem. Granica między rozsądkiem a oniryzmem, była wówczas tak wątła, jak moja psychika nadszarpnięta ostatnimi wydarzeniami. I byłem już na dobrej drodze do rozpoczęcia rajdu w kierunku homeostazy, aż tu nagle odezwał się Rubby:

- A więc Sarajewo moi drodzy. W Sarajewie jest cudnie. Moja żona, Sharlotta, powiedziała kiedyś, że Sarajewo przypomina skorupę żółwia. Jest doskonale odrestaurowane po zniszczeniach domowej wojny. Przez Sarajewo przepływa rzeka Miljacka. Miasto zostało założone przez Turków Osmańskich, zaś w 1878 zostało wcielone do Austro-Węgier. No ale po co ja teraz o tym mówię, skoro dalej tłuczemy się pociągiem po serbskiej ziemi?

- Za pół godziny wysiadka - oznajmiła Viktoria.

Viktoria wychodząc z przedziału dała mi znak. Wyszedłem za nią. Nie uszliśmy pięciu kroków, gdy chwyciła mnie za ramię.

- Wśród nas jest szpieg - rzekła lodowato.

- Skąd o tym wiesz - zapytałem, patrząc głęboko w piękne oczy.

Spokojne dno morza zostaje zburzone stopami ludzi, którzy skończyli siestę. Dla morza to może być szok, przecież jeśli Lem w książce Solaris miał choć trochę racji, i gdyby skreślić fakt, że Solaris jest powieścią fantastyczną, to morze może jest czymś więcej niż...

Viktoria rozchyliła usta. Odsłaniając biel dużych. Od pożądania do pocałunku jest kilka kropel podejrzenia. Nie ciągnąłem wątku, wiedziałem, że to gra. Ona chciała. Wróciliśmy do przedziału. Katarzyna i Viktoria kontra cała reszta. Tak mi się jakoś to w głowie ułożyło. Ona coś do niej szeptem. Katarzyna obrzuciła mnie dziwnym uśmiechem. Pomyślałem wtedy, że ten uśmiech to kwintesencja medycejskości - i do tej pory zastanawiam się, o co mi chodziło.

Pociąg zwalniał. Ludzie brali swoje bagaże i wychodzili z przedziałów. Za oknem szaruga końca nocy; czyli przestrzeń synaptyczna, w której wszystko dzieje się nigdzie. Każdy wie, że po północy zaczyna się nowy dzień, ale tu, dopóki nie zrobi się całkiem jasno, trwa jeszcze poprzedniość. Tak przynajmniej rzekł Zbyszek, kiedy go zapytałem, co o tym wszystkim sądzi.

- Masz ognia? - zapytał Zbyszek.

- Tu nie można jarać - syknęła Katarzyna swym imiennym ostrzem. Cała nasza paczka glonojadziła w przejściu, taranując innym: brak przepływu ruchu równoznaczny jest z wybuchem agresji. A niech wybucha: bum, bum!

Zbyszek palił skrycie, jak małolat, który lęka się ojca.

- No to wysiadka moi mili - rzekła Viktoria.

- Drzwi są jeszcze zamknięte - rzekłem niczym uczniak chcący zaimponować pani nauczycielce.

Dźwięk przykry dla uszu zwiastował koniec tej męczącej podróży. I oto wyszliśmy.

Dworzec w mieście Subotica. Według przewodnika, który swoją wrodzoną bezczelnością wtrynił się nam w nasze planowanie, oświadczył, iż mieliśmy sporo szczęścia, bo od dawna pociągi między Chorwacją a Serbią nie kursują. Jakim więc cudem ten, którym podróżowaliśmy, wykonał kurs? Na to pytanie przewodnik - czarnowłosy, wysoki typ z gęstą, kruczą brodą i grubymi brwiami - nie potrafił odpowiedzieć.

Gdyśmy wyszli z dworcowej zabudowy, uderzył w nas ciepły wiatr, a Rubbemu zwiało cylinder. Gonił za nim jak za króliczkiem, ale w końcu złapał. Jego uśmiech niczym znicz postawiony obok szklanki łyszki z lodem.

Klej. Między ludźmi jest ta substancja, między ludźmi istnieje niebezpieczeństwo. Dlaczego przykleił się do nas ten podejrzany przewodnik. Kto go nasłał. Szliśmy jednak za nim jak owce pozbawione pasterza.

Panujący w mieście austro-węgierski klimat drzemiący w architekturze, burzył moje wyobrażenie o wszechobecnym niechlujstwie.

- Czy cenisz secesyjną architekturę? - zapytała Viktoria.

- Nie wiem. Ogólnie rzecz biorąc podoba mi się tu. Ale wiesz, że nie jesteśmy turystami.

- Wiem. Ale oczy same biorą sobie do przechowalni te cudeńka, czyż nie?

- Czyż tak.

Nasz samozwańczy, kruczy opiekun wyczuł priorytety, dlatego zorganizował nam busa. Była to biała toyota, albo może coś innego, w każdym razie weszliśmy na tak zwany tył, siedzeń pozbawiony, i ruszyliśmy w stronę granicy z Bośnią.

- A do samego Sarajewa da radę? - zapytał Zbyszek.

- Nie. Działam tylko na terenie Serbii, w Bośni nie jestem mile widziany - rzekł nasz opiekun.

- Jak masz na imię?

- Lazar.

- Więc posłuchaj mnie Lazar. Nie wiem co tobą kieruje: czy jest to miłosierdzie boże, czy chęć zarobienia, czy może jesteś podmiotem w skali mikro, pionkiem co to nawet nie wie pod jaką banderą grabi biednych obcokrajowców. Jeśli przyjdzie ci do głowy jakaś krzywa akcja, to wiedz, że my będziemy pierwsi.

- Spokojnie. Zależy mi tylko na dwóch sprawach: chcę was dostarczyć pod granicę i chcę otrzymać za to wynagrodzenie.

- Ja oczywiście zapłacę, ale proszę zatrzymać się przy pierwszym lepszym bankomacie - powiedział Rubby.

Jechało nam się całkiem dobrze, pomimo braku podpośladkowych miękkości. Katarzyna cały czas wwiercała się spojrzeniem w oczy Viktorii. Rozmowy bez słów są tajemnicą, są jak erotyzm zimą przy kominkowych okolicznościach. Bowiem nadmiar ciuchów wcale nie wyklucza rozwoju wyobraźni, w której obiekt naszych westchnień ulega ogołoceniu.