Wstęp: apokalipsa czy narodziny nowej epoki?/
W roku 1972 ukazał się raport napisany przez grupę młodych badaczy skupioną wokół Dennisa L. Meadowsa Granice wzrostu, wywołując piorunujące wrażenie. Obecnie dyskusja na temat wzrostu przeżywa renesans. Cierpi ona jednak na ostrą schizofrenię: obrońcy środowiska, krytycy kultury, a nawet ekonomiści apelują o "odejście od obłędu wzrostu". Jednocześnie cała Europa podejmuje działania, by przełamać opadającą spiralę gospodarki. Oszczędzanie pogłębia jeszcze tylko kryzys. Nowy cykl wzrostu jest czarodziejskim zaklęciem, mającym przerwać diabelski krąg zadłużenia i bezrobocia. Ale jak dotąd ponowne ożywienie dynamiki gospodarczej na trwałych podstawach jest tylko pobożnym życzeniem. Zamiast obrać ambitną drogę "Green New Deal", która zmodernizowałaby publiczną infrastrukturę i wysunęła Unię Europejską na czoło innowacji, rządy swoim lawirowaniem tylko dryfują poprzez kryzys. A przy tym Europa ponownie stanie na nogi dopiero wtedy, gdy wykorzysta kryzys jako szansę na wielki skok naprzód w kierunku większej politycznej integracji i zarazem odnowy naszej gospodarki. Europa ma potencjał, by stać się pionierem zielonej rewolucji przemysłowej. Na tym właśnie polu rozstrzygnie się zarówno dobrobyt przyszłych pokoleń, jak i rola Europy w świecie.
W obliczu wzrastającej liczby ludności świata, ze wszystkimi jej potrzebami, życzeniami i ambicjami, marzenie o społeczeństwie, które odeszłoby od modelu gospodarki opartej na wzroście, graniczy z ucieczką od rzeczywistości. Starej Europie może się wydawać kuszące wycofanie się ze światowego wyścigu gospodarczego, by pogrążyć się w stanie kontemplacji, poprzestając dobrowolnie na małym. W oczach reszty świata byłoby to równoznaczne z utratą znaczenia. Dla samych Europejczyków szybko by się okazało, że społeczeństwo, które odeszło od wzrostu gospodarczego, nie jest idyllą, lecz areną dramatów społecznych i walk o podział dóbr. Grecja w ostatnich latach doświadczała w sposób dotkliwy tego koszmaru. Równie nieżyciowe jest jednak wyobrażenie, że moglibyśmy powrócić do energochłonnego i zużywającego intensywnie zasoby wzrostu gospodarczego, charakterystycznego dla ostatniego stulecia. Oznaczałoby to zamykanie oczu na kryzysy ekologiczne, które się nam szykują. Zmiana klimatu, postępująca utrata żyznych gleb i rozpoczynający się deficyt wody w gęsto zaludnionych regionach są widocznymi znakami tego, że nasz dotychczasowy sposób gospodarowania niszczy biofizyczne podstawy swojego istnienia. Jesteśmy na najlepszej drodze do przekroczenia granic wytrzymałości głównych ekosystemów. Jeżeli ten trend się utrzyma, grożą nam ciężkie kataklizmy.
Skoro więc postępowanie "dalej w ten sam sposób" jest zbrodnią wobec szans życiowych przyszłych pokoleń, a same tylko apele o wyrzeczenia trafiają w próżnię, to w takim razie jaka jest alternatywa? Jest to główna kwestia podjęta w tej książce. Chodzi o wkroczenie w ekologiczną nowoczesność, która, trzymając się idei postępu, wyrażą ją w nowy sposób, mianowicie jako wspólną ewolucję człowieka i przyrody, której potencjał na razie ledwie zaczęliśmy wykorzystywać. Obecny kryzys nie jest bynajmniej apokalipsą cywilizacji naukowo-technicznej, lecz jest czasem przejścia od okresu przemysłu opartego na paliwach kopalnych do ekologicznego sposobu produkcji, którego zarysy już ukazują się na horyzoncie. Jego elektrownią jest słońce. Ogólnoeuropejska sieć energii ze źródeł odnawialnych dostarcza prądu i ciepła, nie stwarzając zagrożenia dla klimatu. Budynki stają się miniaturowymi elektrowniami, wytwarzającymi więcej energii, niż jej zużywają. Poruszamy się po mieście w sposób płynny, korzystając na przemian z komunikacji publicznej, rowerów i samochodów elektrycznych, które w razie potrzeby się wypożycza i na powrót odstawia. Baterie elektryczne pełnią rolę magazynów prądu, które przyjmują nadmiar prądu, a z kolei w okresach wysokiego zapotrzebowania doprowadzają go, gdzie trzeba. Miniaturyzacja techniki redukuje wkład materiału; komputery, maszyny i silniki stają się mniejsze, lżejsze i sprawniejsze. Zintegrowane łańcuchy produkcyjne umożliwiają optymalne wykorzystywanie naturalnych zasobów. Odpady ponownie są wykorzystywane albo w obiegu biologicznym, albo technicznym. Efektywność wykorzystania energii i możliwość recyklingu określają sposób projektowania sprzętów. Urządzenia do ultrafiltracji przemieniają ścieki w wodę pitną. Wokół miast powstają centra rolniczo-przemysłowe, które są połączeniem rolnictwa, ogrodnictwa, hodowli zwierząt, przetwórstwa oraz produkcji energii i działają w obiegach zamkniętych. Produkcja żywności powraca po części do miast. W starych fabrykach, w pionowych szklarniach i farmach na dachach uprawia się przez wszystkie pory roku warzywa, owoce i grzyby. Ciepła odlotowego i dwutlenku węgla z zakładów przemysłowych używa się utrzymywania cieplarni i hodowli alg. Rekultywacja gleb, nowoczesna gospodarka oparta na obiegu substancji i wyrafinowane hodowanie nowych odmian roślin pozwalają na trwały wzrost plonów rolniczych. Biotechnologia - techniczne stosowanie procesów i zasobów biologicznych - staje się nową przewodnią nauką. Sztuczna fotosynteza umożliwia przemianę światła słonecznego, wody i dwutlenku węgla w paliwa syntetyczne. Bioreaktory wytwarzają chemikalia z odpadów organicznych i celulozy. Gospodarka staje się wymianą materii z przyrodą. Ziemia nie jest wielkością statyczną, wąsko ograniczoną przestrzenią życiową, lecz dynamicznym systemem pełnym nieodkrytych jeszcze możliwości. Inteligentnym wzrostem nazywa się wzrastanie razem z przyrodą.
Dla dużej części społeczności obrońców środowiska tego rodzaju przeświadczenie jest tak dziwne, że aż podejrzane. Kto stawia na ducha wynalazczości i innowacje, zaraz spotyka się z zarzutem "wiary w technologię". Chętnie hołdujemy fatalistycznej wizji rzeczywistości: ostatnie 150 lat burzliwego wzrostu w świecie zachodnim było okresem stanowiącym wyjątek. Nie da się go ani przedłużyć czasowo, ani rozszerzyć geograficznie. Dobrobyt społeczeństw przemysłowych opiera się na gospodarce rabunkowej w stosunku do przyrody. Kontynuacja wzrostu i zrównoważenie nie idą ze sobą w parze. Dostępne zasoby kończą się. Koniec imprezy. W sposób stabilny żyli tylko biedacy w krajach rozwijających się. Jeżeli chcą oni naśladować nasz dobrobyt, to grozi to totalną zapaścią. Naszego standardu życiowego nie da się zglobalizować. Dlatego musimy się w sposób radykalny ograniczać. Jeżeli nie zawrócimy dobrowolnie, nasza cywilizacja za sprawą serii kryzysów i katastrof dostanie lekcję, jak żyć w zgodzie z naturą.
Nie podzielam tej wizji świata. Ale nikt nie może być pewny, że ponure ostrzeżenia się nie sprawdzą. Mimo wszystkich konferencji klimatycznych i deklaracji intencji światowa emisja gazów cieplarnianych osiągnęła w roku 2014 swój nowy szczytowy poziom. Jeżeli ten trend będzie się utrzymywał, zmiana klimatu osiągnie groźne rozmiary. Trwa wyścig między innowacją a nadciągającym nieszczęściem. Żeby ten wyścig wygrać, potrzebujemy przynajmniej zielonej rewolucji. Nie istnieje na to żaden "mistrzowski plan", który określałby od A do Z, co należy robić. Jak w przypadku każdej rewolucji, chodzi o proces poszukiwania, którego wynik jest sprawą otwartą. Należy jednak, stawiając sobie cel, mieć jasność co do kierunku: czy chodzi o wkroczenie na nowy ląd, czy też o zorganizowanie odwrotu? Czy stoimy u progu nowej epoki, czy też czeka nas okres zarządzania niedostatkiem, w którym chodzi przede wszystkim o sprawiedliwy podział tego, "czego jest mniej"? To są bardzo różne komunikaty i bardzo różnie brzmiące tony. W zależności od tego, którą melodię zaintonujemy, wytworzymy odmienne dynamiki i zawrzemy inne przymierza.
Od pęknięcia bańki finansowej w roku 2008 panuje wysoka koniunktura na różne formy pesymizmu kulturowego. Wcale to nie dziwi. Znamy ten wzorzec z poprzednich kryzysów kapitalizmu[1]. Nadzieja ustępuje przed zwątpieniem w siebie mieszczaństwa. Wśród klas średnich szerzy się strach przed przyszłością. Większość Niemców nie wierzy w to, że ich dzieciom będzie się powodzić lepiej. Przesunięcie środka ciężkości gospodarki światowej w rejon Pacyfiku wzmacnia poczucie, że Europa ma już swój zenit za sobą. Lewicowa krytyka kapitalizmu łączy się z konserwatywnym zdegustowaniem społeczeństwem konsumpcyjnym. Ktoś, kto obecne pęknięcia i napięcia odczytuje jako symptomy ostatecznego kryzysu "społeczeństwa opartego na wzroście", nie dostrzega jednak, że kryzysy działają jako katalizator modernizacji kapitalizmu. W ten sposób powstało państwo socjalne jako reakcja na masową biedę i rozwój ruchu robotniczego, "New Deal" Roosevelta był odpowiedzią na wielką depresję na początku lat 30., demokracja socjalna nastała po spustoszeniach spowodowanych przez narodowy socjalizm i wojnę.
Dzisiaj stoimy u progu nowej wielkiej transformacji. Rozgrywa się ona jednocześnie na kilku płaszczyznach:
- Globalizacja dokonuje się na nowym poziomie. Obejmuje już dosłownie najdalsze zakątki kuli ziemskiej. Nowe technologie, idee, ruchy, style życia stają się zjawiskami globalnymi. Konflikt między tradycją a nowoczesnością przebiega przez wszystkie kultury i kontynenty[2].
- Dynamika gospodarcza przesuwa się z osi transatlantyckiej na oś Pacyfiku. Stare państwa przemysłowe tracą swój monopol na produkty wysokiej jakości i zaawansowane technologie; kraje nadrabiające dystans cywilizacyjny przeskakują bezpośrednio do epoki wysokiej technologii.
- W toku gwałtownego rozwoju dawnego Trzeciego Świata miliardy ludzi z nędznych warunków życia awansują do klasy średniej. To, co kiedyś uchodziło za zachodni styl życia, staje się sposobem życia światowej klasy średniej. Tym samym wciąż wzrasta parcie na zasoby naturalne.
- Globalnej ruchliwości kapitału i towarów odpowiada wzrastająca ruchliwość ludzi - niezależnie od wszelkich prób utrzymania kontroli nad swoimi granicami podejmowanych przez państwa. Powstaje nowa ponadnarodowa elita.
- Nowoczesne techniki komunikacyjne zacieśniają czas i przestrzeń, umożliwiają współpracę na skalę światową i działanie o nieznanym nigdy dotąd zasięgu i tempie. Dotyczy to zarówno przedsiębiorstw, jak i społeczeństwa obywatelskiego.
- Świat cyfrowy, płynący w globalnej sieci niekończący się strumień informacji, obrazów, myśli i procesów komunikacyjnych, uzyskuje własną realność, która oddziałuje zwrotnie na świat analogowy (świat rzeczy). Świat wirtualny i realny zlewają się ze sobą nawzajem.
- Wiedza na temat świata wzrasta w tempie wykładniczym. Jeszcze nigdy tak wielu badaczy na całej kuli ziemskiej nie pracowało nad poznaniem nowych rzeczy i nad nowymi rozwiązaniami. Tempo innowacji wzrasta. Zapisana w systemie cyfrowym wiedza o świecie jest potencjalnie dostępna dla wszystkich. Kultura staje się najważniejszym zasobem.
- Nauki o systemie nerwowym, informatyka, badania genetyczne, biotechnologia i nanotechnologia łączą się w jedną grupę nazywaną "life sciences", granice między biologią a technologią stają się płynne. Ludzie tworzą przyrodę.
- Konflikt między gwałtownym wzrostem światowej gospodarki a przeciążeniem głównych ekosystemów wymusza syntezę ekologii i gospodarki: od gospodarki rabunkowej w stosunku do przyrody do współpracy z przyrodą, od energii z paliw kopalnych do energii ze źródeł odnawialnych, od linearnego łańcucha produkcyjnego do zamkniętego obiegu substancji, od maksymalizacji produkcji do optymalizacji procesów.
- Ponadnarodowe ekosystemy, od których zależna jest cywilizacja ludzka, oddawane są, jako globalne dobra publiczne, pod zarząd stowarzyszenia międzynarodowego na wzór Układu w sprawie Antarktyki. Również Protokół Montrealski o ochronie warstwy ozonowej jest przykładem na to, jak dzięki zbiorowemu zobowiązaniu można odwrócić groźny rozwój sytuacji.
W tym nowym etapie rewolucji przemysłowej uczestniczą już miliony ludzi na całym świecie - badaczy i inżynierów, architektów i urbanistów, przedsiębiorców i inwestorów, aktywistów ochrony środowiska i krytycznych konsumentów, dziennikarzy i artystów, a także niezliczonej liczby obywatelek i obywateli, angażujących się na wielką i na małą skalę w działalność na rzecz lepszego świata. Protest i alternatywne ruchy kulturowe są tak samo niezbędnym fermentem dla tego ponownego zrzucania starej skóry przez kapitalizm jak nauka i technika. Niebagatelne znaczenie ma też to, żeby polityka na wszystkich płaszczyznach - od rady gminy do ONZ - ustawiła odpowiednio zwrotnicę, dając pociągowi dziejów wolną drogę w kierunku ekologicznej nowoczesności.
Od świata przyrody do świata ludzkiego
Dla świata, który wkrótce będzie liczył 9 miliardów ludzi, "powrót do natury" nie jest realną opcją. Jest nas na to zbyt wielu i mamy zbyt wielką moc sprawczą. Wyszliśmy już daleko poza stadium "naturalnego" sposobu życia. W naszym długim marszu poprzez dzieje dotarliśmy już do antropogenu - epoki, w której na systemie Ziemi wycisnął istotne piętno człowiek. Włoski geolog Antonio Stoppani mówił już w roku 1873 o początku nowej epoki antropoceńskiej, w której ludzie jako nowa ziemska potęga mają dość siły i uniwersalnego znaczenia, by podjąć walkę z potężnymi mocami przyrody. Paul Crutzen, który został uhonorowany nagrodą Nobla w dziedzinie chemii za swoje badania nad dziurą ozonową, nawiązał na przełomie stuleci do tych refleksji. W opublikowanym w roku 2002 artykule pod tytułem "Geology of Mankind" dla czasopisma naukowego Nature opisuje on w ogólnych zarysach wzrastający wpływ człowieka na świat biofizyczny[3]. Proponuje on, żeby początek nowej epoki w dziejach Ziemi datować na wynalezienie maszyny parowej przez Jamesa Watta w roku 1784. Od tego czasu człowiek zmienia klimat Ziemi wskutek zwiększania zawartości węgla w atmosferze. W rezultacie kończy się epoka trwającego 10 tys. lat okresu stabilnych warunków klimatycznych, podczas której temperatury wahały się tylko w przedziale 1° C. Crutzen uważa, że naukowcy i inżynierowie powinni wziąć na siebie odpowiedzialność za to, żeby przeprowadzić ludzkość przez ten kryzysowy okres w kierunku stabilnego zarządzania środowiskiem.
Nie istnieje już prawie żaden zakątek planety, który nie wykazywałby śladów działania ludzkiego. Wielkie obszary powierzchni Ziemi ukształtowane są przez ludzi. Jeszcze tylko niecałą ? krajobrazów - zwłaszcza pokryte lodem okolice podbiegunowe i wielkie obszary pustynne - zalicza się do terenów pozostających w stanie dzikim. Mamy wpływ na morza, na świat zwierząt i roślin, na żyzność gleb i obieg wody. Nawet klimat i powłoka ozonowa Ziemi nie są już zjawiskami czysto naturalnymi. Historię gatunkową ludzkości można ujmować jako historię rozciągania świata ludzkiego na świat naturalny. Od wygnania z Raju człowiek zmienia topografię planety. Stworzenie staje się stwórcą, potężnym czynnikiem ewolucji. Zaczyna się to już od wczesnych form rolnictwa i udomowienia dzikich zwierząt. Im potężniejsze stawały się narzędzia, za pomocą których człowiek dobierał się do przyrody, tym szerszy i głębszy stawał się ślad, który one pozostawiały. Lasy zostały wykarczowane, rzeki uregulowane, morzu zostały wydarte nowe obszary lądu do uprawy roli i zasiedlenia, zbudowane zostały tory kolejowe, kanały i ulice. Z osiedli powstawały miasta, z dzikich terenów krajobrazy ukształtowane przez człowieka. Wyhodowane zostały nowe odmiany zwierząt i roślin, wiele innych wyginęło na zawsze. Nowoczesna genetyka jest tylko dalszym etapem na tej długiej drodze zmiany naszego środowiska i zmiany człowieka przez samego siebie. Granice między człowiekiem a przyrodą ulegają zniesieniu, cywilizacja i biosfera zlewają się w jeden super złożony system. Dziennikarz naukowy Christian Schwägerl zebrał literaturę naukową na temat nowej epoki w dziejach Ziemi w swojej książce Menschenzeit (Epoka człowieka). Cytowani są w niej amerykańscy geografowie, Jonathan Foley, Navin Ramankutty i Erle Ellis, którzy domagają się odwrotu od naszego dotychczasowego sposobu zapatrywania: "Traktowanie Ziemi jako naturalnego ekosystemu zakłócanego przez ludzi jest przestarzałe." Ziemia stała się raczej "systemem ludzkim, w którym są osadzone naturalne ekosystemy". W antropocenie chodzi już nie o to, żeby zachować przyrodę, lecz o to, żeby w sposób zrównoważony gospodarować biosferą[4].
Każdemu nowemu szczeblowi przeobrażania przyrody towarzyszyły obawy. Ostrzeżenie przed ludzką pychą, żal z powodu strat, które niesie ze sobą postęp, poczucie, że wpadliśmy w jakiś wściekły wir, w którym sami się zatracamy, przestroga, że wszelkie bogactwo jest tylko blichtrem - wszystko to nie jest wynalazkiem ruchu ekologicznego, lecz pradawnym akompaniamentem towarzyszącym każdemu nowemu przekraczaniu granic, od wieży Babel aż do wynalezienia kolei żelaznej. "To się kończy unicestwieniem" - brzmi finałowy komentarz Mefistofelesa do niezmordowanej przedsiębiorczości Fausta. Goethe przedstawia gospodarkę pieniężną, przemysł i udomowienie przyrody jako postęp prowadzący do upadku. Ujarzmiane siłą żywioły są potężniejsze niż wszelka sztuka inżynierska. Prawie w tym samym czasie ukazała się powieść-koszmar Mary Shelley Frankenstein. Nowoczesny Prometeusz. Stawia ona tym samym swojego tragicznego bohatera w jednym szeregu z przynoszącym ogień antycznym tytanem, który zbuntował się przeciw bogom i który musiał ciężko pokutować za swój występek. Również Frankenstein stawia się ponad boskim porządkiem, pobudzając do życia człekopodobną kreaturę. Kiedy skutki jego genialnego dzieła wprawiają go w przerażenie, jest już za późno. Jego nieszczęsny stwór go przerósł. Stał się potworem, który zwraca się przeciw ludziom. Zarówno Goethe jak Shelley antycypują ambiwalencję "rewolucji naukowo-technicznej" w czasach, kiedy ona dopiero raczkowała[5]. Już u nich znajdujemy wszystkie podstawowe wzory krytyki postępu, począwszy od bezustannego przyspieszania życia, a kończąc na iluzji wzrostu pozbawionego granic, wzory krytyki, które dzisiaj stały się prawie komunałami. Centralnym toposem jest ostrzeżenie przed "obłędem wykonalności", wyobrażaniem sobie, że dla człowieka (podobnie jak dla bogów) wszystko jest możliwe i wszystko mu wolno. Również motyw ucznia czarnoksiężnika, który nie potrafi się już uwolnić od duchów, które przywołał, ciągnie się aż do obecnych czasów.
Ruchome granice
Znoszenie granic przeciw ograniczeniu - pomiędzy tymi biegunami toczy się dyskusja już od starożytności. W rzeczywistości tworzą one dialektyczną jedność. Bez granic nie jest możliwe ani indywidualne, ani społeczne życie. I na odwrót, historia cywilizacji jest permanentnym przekraczaniem kulturowych, technicznych i naturalnych granic. Nietrudno zauważyć, że ta pra-dyskusja pobrzmiewa również w aktualnych kontrowersjach wokół genetyki i syntetycznej biologii. Granice wzrostu są klasyczną pozycją nowoczesnego ruchu ekologicznego, która odcisnęła piętno na myśleniu całego pokolenia. Jej tytuł stał się hasłem wywoławczym. Modele komputerowe grupy badawczej skupionej wokół Dennisa L. Meadowsa pokazywały w sposób na pozór nieodparty, że dalsze trwanie wzrostu gospodarczego prowadzi w dającym się przewidzieć czasie do ekologicznej zapaści. Jeśli dobrowolnie nie naciśniemy na hamulec, postępujące w galopującym tempie zanieczyszczanie środowiska i wyczerpywanie naturalnych zasobów wymusi spadek produkcji i konsumpcji. System Ziemi traci równowagę, straszne kryzysy niedostatku dziesiątkują ludność. Komunikat jest twardy i jasny: ekspansywna epoka ludzkości ma się ku końcowi. Samoograniczenie się albo upadek - tertium non datur. Kiedy się dobrze przyjrzeć, stanowisko to nie jest nowe. Już brytyjski teolog i ekonomista Thomas Malthus, współczesny Goethego i Shelley'a, przepowiedział ciężkie okresy głodu spowodowane przekroczeniem w wyniku wzrostu ludności możliwości wytwarzania żywności przez Ziemię. Kiedy ukazał się jego esej Essay on the Principle of Population, ludność Ziemi wynosiła mniej więcej miliard ludzi. Dziś jest nas 7 miliardów. Nasza oczekiwana długość życia jest przeszło dwukrotnie wyższa, a wobec standardu życia dzisiejszej klasy średniej ówczesna arystokracja mogłaby pęknąć z zazdrości. Wprawdzie faktycznie około miliarda ludzi cierpi głód, ale są oni niedożywieni nie dlatego, że nie wystarcza produkcji rolniczej. Problem głodu jest problemem nędzy i zarazem problemem marnotrawstwa: zbyt wiele zboża idzie na produkcję paszy i zbyt wiele się traci po drodze z pola do konsumenta.
Pozornie nieubłagane granice wzrostu okazują się wielkościami ruchomymi. Czynnikiem, który je przesuwa, są wynalazczość, nauka i technika - siły prometejskie. Niebagatelne znaczenie miała też demokracja, która wraz z prawem wyborczym dla biednych, związkami zawodowymi i wolnością prasy przeciwdziałała pauperyzacji. Dzisiaj jako katalizator zwrotu ekologicznego działa ogólnoświatowy ruch ekologiczny we współdziałaniu z naukowcami i pionierskimi przedsiębiorstwami. Nie jest to wcale gwarancją powodzenia. Postęp i zniszczenie, poprawa i zagrożenie ludzkich warunków życia, podjęcie nowego wyzwania i strata są nierozerwalnie ze sobą splecione. Nie oznacza to jednak, że jedno z drugim się równoważy. Historia nowoczesnego świata nie jest grą o sumie zerowej. Pomimo wszystkich porażek i katastrof jest ona historią postępu, napędzaną przez podwójną siłę: przez permanentną rewolucją naukowo-techniczną i przez rozwój wolności demokratycznej. Dopiero w połączeniu z prawami demokratycznymi i socjalnymi historia techniki staje się historią postępu.
Szerokie masy wciąż na nowo musiały sobie wywalczać udział w postępie gospodarczym. Dzisiaj ponownie mamy taką sytuację. W kapitalizmie powojennym - po fazie postępującej egalitaryzacji - od lat 90. ponownie się rozwierają nożyce między biedą i bogactwem. Podczas gdy na szczycie drabiny społecznej bogactwo wzrasta, liczba "working poor" wzrasta. Zarówno w Europie jak i w Stanach Zjednoczonych realne dochody ogromnej większości utrzymują się na tym samym poziomie albo nawet spadają. Wzrost gospodarczy nie jest już odczuwany jako "postęp dla wszystkich". Rodzi to zwątpienie w sensowność całego modelu: po co się męczyć w szkole, żeby zdobyć wykształcenie i zawód, skoro przecież i tak nie odniesie się sukcesu? Jaki ma sens wzrost PKB, skoro nie wiąże się on z osiągnięciem dobrobytu przez wszystkich? Równość szans i zrównanie socjalne nie są tylko kwestią sprawiedliwości: są to sprawy centralne dla dynamiki gospodarczej i dla politycznej akceptacji gospodarki rynkowej. Innowacje ekologiczne i uczestnictwo społeczne muszą iść ze sobą ręka w rękę. Nie jest to tylko kwestia kompensacyjnej polityki podatkowej i społecznej. W obliczu rozwierających się nożyc w podziale bogactwa stara idea udziału pracobiorców w potencjale produkcyjnym staje się ponownie aktualna. Jednocześnie musimy zwrócić uwagę na konflikty celów zielonej gospodarki. Nie wszystko jest zrównoważone, co się sprzedaje pod tą etykietką. Wypieranie ropy naftowej przez biopaliwa brzmi początkowo dobrze. Ale jeśli zamiana kukurydzy, soi albo oleju palmowego w biogaz i etanol podkopuje produkcję żywności, przyczynia się do erozji gleby i przyspiesza unicestwienie lasów deszczowych, to staje się z dobrodziejstwa plagą[6].
Pomimo wszelkich ciemnych stron i strat, dla ogromnej większości ludzi dobrodziejstwa wzrostu gospodarczego nie ulegają wątpliwości. Na całej kuli ziemskiej oczekiwana długość życia i standard życiowy miliardów ludzi gwałtownie wzrosły. Rozszerzyły się również ich szanse na samostanowienie, ich osobiste opcje i stopnie wolności. Wszystko to jest nierozłącznie związane z rozkwitem gospodarczym, który idzie w parze z rewolucją przemysłową. Na przekór wszystkim złowieszczym głosom globalizacja otrzymała też nowy impuls dzięki upadkowi "światowego systemu komunistycznego". Wraz z rozszerzaniem się nowoczesności przemysłowej rozszerza się również na cały świat idea praw człowieka. Poziom kultury podnosi się szerokim frontem. Coraz więcej młodych ludzi studiuje za granicą, Internet umożliwia wymianę informacji i idei w skali globalnej. Nie ma gwarancji kontynuacji tego sukcesu. Byłoby niedbalstwem niedostrzeganie sygnałów ostrzegawczych, które się mnożą w ostatnich latach, od tąpnięć w systemie finansowym po objawy chorobowe ekosystemu. Pogoń za skąpymi zasobami uruchomiła nową spiralę zbrojeń. Szczególnie w rejonie Pacyfiku i w strefie postradzieckiej grozi powrót geopolityki zbrojnej. Globalne splatanie się rynków i rozdęcie sektora finansowego zwiększa podatność systemu na kryzysy. Nie chodzi o to, żeby lekceważyć te niebezpieczeństwa. To łatwe i (popularne) opisywać przyszłość jako ciemną i groźną. Ale bardziej opłaca się tropić powstające w trakcie kryzysu elementy nowej drogi, nowego modelu ekologicznego i postępu społecznego. O tym traktuje ta książka.
Zdegustowanie wzrostem
Do wielkiego wybuchu rewolucji przemysłowej ingerencje ludzi we własne środowisko były natury lokalnej i regionalnej. Ich następstwa mogły być poważne, ale ich zasięg był ograniczony. Zmieniło się to od momentu wkroczenia w epokę paliw kopalnych. Węgiel i ropa naftowa stworzyły potężną siłę napędową dla przemysłu, komunikacji, rolnictwa, urbanistyki i konsumpcji. Niestety, powstają przy tym niezamierzone skutki uboczne: nieustanne zwiększanie zawartości węgla w atmosferze wzmacnia efekt cieplarniany. Temperatury wzrastają, lody polarne topnieją, obiegi geotermiczne popadają w chaos. Dochodzi na całym świecie nie tylko do kryzysów finansowych, ale również do kryzysów środowiska. Burzliwy wzrost gospodarczy krajów rozwijających się, z Chinami na czele, przyspiesza ekologiczny kryzys. Skoro miliardy ludzi jeżdżą samochodami, używają komputerów, mieszkają w komfortowych domach, podróżują samolotami i jedzą steki, staje się nagle jasne, że dotychczasowy sposób produkcji, zużywający intensywnie zasoby, nie ma przyszłości. Jesteśmy już w punkcie, w którym koszty wzrostu opartego na gospodarce rabunkowej przewyższają jego dobroczynne skutki. A jednak utrata żyznych gleb, nadmierne zużywanie rezerw wody pitnej i przesądzona już z góry zmiana klimatu nie pojawiają się w żadnym narodowym bilansie gospodarczym. Nie znaczy to jednak, że kiedyś nie trzeba będzie ich policzyć. Ten moment się już zbliża. Im później zmienimy kurs, tym wyższe będą przyszłe straty dla naszego dobrobytu.
Żeby ustabilizować klimat, musimy do połowy stulecia obniżyć w skali świata o połowę emisję CO2. Zdecydowana większość społeczności naukowej nie ma co do tego wątpliwości. Nie wiadomo jednak, jakie wnioski wyciągnie się ze zrozumienia tej sytuacji. Czy jako uprzywilejowana mniejszość będziemy musieli drastycznie ograniczyć nasze aspiracje, mając nadzieję, że społeczeństwa Azji, Ameryki Łacińskiej i Afryki oprą się pokusom nowoczesności? Czy powinniśmy więc brać sobie za przykład Diogenesa w beczce, dla którego poprzestawanie na małym było warunkiem wolności, a dążenie do luksusu, kariery, władzy i sławy - jedynie inną formą niewolnictwa? Czy ratunek leży w heroicznym opieraniu się pokusom społeczeństwa konsumpcyjnego, wzorem Odyseusza, który rozkazał swoim towarzyszom zatkać sobie uszy woskiem, a sam przywiązał się do masztu statku, żeby nie ulec urokowi śpiewu syren?
Krytyka ekspansywnej kultury, nastawionej na przyspieszenie i intensyfikację życia, ma długą tradycję. Wygląda na to, jakby przeżywała ona obecnie kolejny renesans. Kiedy w tle mamy permanentny kryzys finansowy, nadużycia sektora finansowego, niepewność klas średnich i coraz ostrzejszą konkurencję na światowych rynkach, narasta zwątpienie w społeczeństwo gospodarczego wzrostu. Nowy duch czasu to miara i złoty środek zamiast chciwości i stresu, pewność zamiast ryzyka, wartości zamiast pieniędzy. To jest mentalne macierzyste łono nowej krytyki wzrostu, która pod wieloma względami wygląda tak, jakby odżyły lata 70. Splata się to w całą wiązkę motywów. Wielu uważa, że wzrost gospodarczy możliwy jest tylko kosztem naturalnych podstaw życia. Abstrahując nawet od tego, inni spodziewają się po europejskich gospodarkach już tylko minimalnych stóp wzrostu, w związku z czym powinniśmy, i to lepiej wcześniej niż później, nastawiać się na przyszłość bez wzrostu. Z tej perspektywy polityka wzrostu jest kosztowną fikcją, a nowym realizmem jest dobrobyt bez wzrostu[7].
Kapitalizm nie zna żadnych immanentnych granic wzrostu. Jest on nastawiony na permanentny ruch w górę. Zderza się to z pierwotną ideą Ruchu Zielonych, że "w ograniczonym świecie nie jest możliwy bezgraniczny wzrost". To, co jednych fascynuje w tej formie gospodarki - niekończące się pasmo nowych produktów i nowych potrzeb - innych przejmuje zgrozą. Dochodzi do tego zdegustowanie kulturą sukcesu za wszelką cenę. Krótkie upojenie neoliberalizmem, uwolnieniem rynków i niepohamowanym bogaceniem się minęło. Coraz silniejsze jest pragnienie rozsądniejszej równowagi między dobrobytem materialnym a niematerialnymi wartościami. Miłość, przyjaźń, przyzwoitość, radość życia: The best things in life are free! Dla wielu młodych ludzi rodzina i przyjaciele, działanie zgodne z własnymi celami i idealistyczne zaangażowanie jest ważniejsze niż konsumpcja i kariera. Podpisują się oni z całym przekonaniem pod pięknym wierszem Wolfa Biermanna[8]: "Czy pragnę dobrobytu? I owszem, czemu nie, byleby koniec końców dobrobyt nie miał mnie." Na pierwszy plan wysuwa się życzenie pewnego utrzymania, dobrej opieki medycznej i przewidywalnej przyszłości. Im bardziej kryzysowa wydaje się sytuacja na świecie, tym bardziej biorą górę wartości defensywne, nastawione na utrzymanie istniejącego stanu rzeczy, nad wszystkimi dalekosiężnymi nadziejami i ambicjami. Wydaje się, jakby to nie były tylko zjawiska koniunkturalne, lecz oznaki głęboko sięgającej zmiany. Czy to nie dziwne, że powiedzenie "pieniądze są fajne" i nie mniej wulgarne "chciwość jest fajna" są już passé, że znowu wyżej stoją wartości niż szybki sukces? Ależ tak! Pokolenie moich córek nie oddziela już moralności politycznej i życia prywatnego. Próbuje w swoim życiu codziennym żyć zgodnie z globalną sprawiedliwością. Wielu ludzi odżywia się w sposób wegetariański, przywiązuje wagę do uczciwego handlu, zachowuje się w sposób suwerenny w stosunku do mody i znaków firmowych. Ludzie ci angażują się w sprawę praw człowieka i równouprawnienia. Praca ma nie tylko zapewnić utrzymanie, ale też powinna być sensowna. Są oni chętni do działania, ale nie zależy im na awansie za wszelką cenę. Daje to nadzieję na przyszłość.
Przedmowa do wydania polskiego/
Książka Ralfa Fücksa jest na polskim rynku wydawniczym wydarzeniem szczególnym. Jej Autor jako prezes Fundacji im. Heinricha Bölla od wielu już lat upowszechnia nie tylko w teorii, ale również w praktyce, innowacyjne idee społeczeństwa i gospodarki trzeciego tysiąclecia. Jest ona warta polecenia uwadze polskich czytelników przede wszystkim z tego względu, że zawarta w niej została idea nowego światopoglądu ekologicznego. Fundamentem idei prezentowanych w książce jest filozofia "ekologii głębokiej", która dalece wykracza poza dotychczasowe (związane z ochroną środowiska naturalnego człowieka, czyli "ekologią płytką") sposoby postrzegania znaczenia czynników ekologicznych w procesach rozwojowych.
Fücks postanowił poświęcić się poszukiwaniu nowego paradygmatu rozwojowego, który odpowiadałby wyzwaniom nowego tysiąclecia. W swoich rozważaniach nie ogranicza się jednak wyłącznie do stwierdzenia, że w przeszłości zawsze dochodziło do przełomowych rewolucji gospodarczych wówczas, kiedy pojawieniu się nowych technologii komunikacyjnych towarzyszyło powstanie nowych systemów energetycznych. Era post-węglowa, aby mogła mieć miejsce wymaga bowiem spełnienia wielu innych, istotnych warunków - większość spośród nich dotyczy konieczności przechodzenia na sieciową organizację nie tylko życia gospodarczego, ale i społecznego oraz postulowaną w książce ekonomię współdzielenia.
Jak zauważa Ralf Fücks, świat dotarł do epoki antropogenu, w której człowiek wycisnął istotne piętno na systemie Ziemi. To przejście od świata przyrody do epoki antropoceńskiej zmusza do innego niż dotychczas pragmatycznego myślenia i działania. Autor, który jest przede wszystkim ekofilozofem podkreśla, że w tej nowej sytuacji potrzebne jest przejście od antropocentrycznego do biocentrycznego punktu widzenia procesów rozwojowych. Z kolei ograniczanie się wyłącznie do antropocentrycznego punktu widzenia procesów rozwojowych prowadzi do technokratyzmu i pozbawia je godnościowego pierwiastka ludzkiego.
Wymaga to jednak głębszego zrozumienia miejsca i roli człowieka w przyrodzie, zmiany wzorców myślenia i używanego w debatach na ten temat języka. Wyraźną przeszkodą stał się na tym polu nadużywany język współczesnej ekonomii, przy pomocy którego przyrodę traktuje się wyłącznie w kategoriach zasobów naturalnych, które można w nieograniczonej skali eksploatować i przekształcać w towary. Zasoby Ziemi widziane wyłącznie przez taki pryzmat zostały w ten sposób zdegradowane do wartości użytkowej i wymiennej oraz sposobów ich liczenia i księgowania.
Rodzaj cywilizacji, jaką tworzymy jest współzależny ze sposobami księgowania. Ujęcia księgowe powinny ulegać zmianom wraz z inną percepcją i akceptacją wartości, jakie przypisujemy różnym rodzajom aktywności człowieka. Przyszłość społeczeństw nie może opierać się na kulcie rynku i wierze w jego wszechmocną rolę oraz na "wartości gotówkowej". Dlatego też postrzeganie prowadzonej działalności gospodarczej nie powinno ograniczać się jedynie do odzwierciedlania zmian w produkcji krajowej wyłącznie przez pryzmat zmian w wielkościach przeprowadzanych transakcji pieniężnych.
Lektura tej książki pomaga lepiej zrozumieć, że współczesne zmiany cywilizacyjne przede wszystkim wymagają zasadniczego zwrotu w sposobach myślenia o relacjach między człowiekiem i przyrodą. Początki trzeciego tysiąclecia wyraźnie uzmysłowiły, że Planety Ziemi nie można traktować jako jednego, globalnego supermarketu, a wszelkich zasobów, które się na niej znajdują, jako potencjalnych towarów. Skonstruowany bowiem na takim fundamencie myślowym system wartości musi w nieuchronny sposób prowadzić do pogłębiania się eksploatacyjnych metod wytwarzania i destrukcyjnych modeli konsumpcji.
W efekcie również nauka ekonomii zostaje ogromnie zubożona i sprowadzona jedynie do poziomu poszukiwania rozwiązań najbardziej efektywnych metod eksploatacji i konsumpcji wszelkich dostępnych zasobów materialnych - w tym również i ludzi. W tak uprawianej ekonomii abstrahuje się od różnic kulturowych i traktuje się ją ahistorycznie. Zapomina się, że świat nie rozwija się linearnie, lecz wielokierunkowo oraz że najważniejsza jest jedność globalnej gospodarki w jej w różnorodności. Zapomina się wówczas także i o tym, że rozwój, który jednocześnie dokonuje się w różnych punktach globu jest różnokierunkowy i w związku z tym wymaga różnych kompilacji na wielu poziomach, ale także o tym, że istnieją różne systemy wartości w różnych kulturach. Współczesnych źródeł degradacji wielu celów społecznych trzeba poszukiwać w wąskim i nadmiernie technicystycznym ujęciu badanych zjawisk i procesów ekonomicznych. Niedostatek szerokich, problemowych analiz socjoekonomicznych coraz bardziej spycha bowiem nauki ekonomiczne na pozycje narzędziowe, czyniąc z niej łatwy przedmiot manipulacji partykularnych, grupowych interesów ekonomicznych i politycznych.
Zaprezentowana w książce "ekologia głęboka" Fücksa jest szczególnie aktualna w obecnej sytuacji w Polsce, gdzie niestety uparcie powraca się do różnych koncepcji rozwoju tradycyjnych struktur przemysłowych i powiązanych z nimi starych gałęzi przemysłu energetycznego. W rezultacie tak realizowanej polityki przemysłowej zaprzepaszcza się szanse, jakie stwarza transformacja energetyczna związana z nowym przemysłem energii ekologicznej. Z tego punktu widzenia książka jest szczególnie przydatna edukacyjnie dla lepszego zrozumienia na czym polega wyjątkowość i punkt zwrotny w trakcie przechodzenia do epoki post-kopalnianej, w której głównym źródłem energii staje się Słońce.
W takich przełomowych momentach rozwojowych najbardziej ujawnia się intelektualna siła praktycznego oddziaływania tworzonych teorii i promowanych idei oraz wizji przyszłych stanów świata - ich trafność bądź jałowość praktyczna. Jak nigdy dotąd z taką wielką siłą pojawiła się potrzeba metateoretycznego podejścia do problematyki roli i funkcji, jakie spełniają wiedza i kapitał intelektualny oraz możliwości ich wykorzystania w procesach zarządzania we współczesnej gospodarce globalnej.
W naukach ekonomicznych dąży się do formułowania praw i prawidłowości obiektywnych. Jednak nie można zapominać, że te prawa i prawidłowości dotyczą zjawisk i procesów, które są kreowane przez człowieka i społeczeństwo. Jako takie mają więc charakter historyczny. Prawa przyrody, którymi zajmują się nauki przyrodnicze takiego charakteru nie mają. Z tego też m.in. powodu ciągle trzeba relatywizować i weryfikować rezultaty poznawcze w ekonomii, gdyż nie mają one charakteru wiecznego. Wymusza to z kolei ciągłego poszukiwania nowych narzędzi i metod badawczych. Jest to więc równoczesny proces negacji i kontynuacji. Ogromne znaczenie w tym procesie mają systemy wartości, które nie są tylko prostymi zbiorami kryteriów oceny analizowanych procesów, ale także same są przedmiotem prowadzonych badań w obrębie ekonomii. Część spośród nich wynika z przyjętych zasad etycznych, jednak ich większość ma swoje korzenie w warunkach materialnego bytu i panujących stosunków społecznych.
Autor książki zarysował w niej główne kierunki poszukiwań nie tylko nowego paradygmatu ekonomicznego, ale także filozoficznego i egzystencjalnego. Miałby on zastąpić dotychczasowy zużyty już paradygmat wąsko i instrumentalnie pojmowanej koncepcji zrównoważonego rozwoju, zdominowanej przez dążenie do wzrostu wartości ekonomicznej, wyrażanej wyłącznie poprzez zysk. O rzeczywistym tempie postępu, stagnacji, czy też regresu cywilizacyjnego świadczą bowiem nie tylko takie, czy inne charakteryzujące go liczby, ale pojawienie się nowych jakości w życiu ludzkim, a także zdolność systemów społecznych do ewolucji w pożądanych kierunkach. Trzy wielkie komponenty tego, co się określa mianem "evolvability" spełniają decydującą rolę w skali postępu cywilizacyjnego. Są to: 1/ warunki życia społecznego; 2/ skala i tempo wzrostu/spadku nierówności społecznych; 3/ "głęboka ekologia".
Warto zwrócić uwagę Czytelnika tej książki na jeszcze inny rodzaj zawartego w niej przekazu. Wzrastający wpływ człowieka na świat biofizyczny wymaga wzięcia przez niego znacznie większej odpowiedzialności za prowadzoną przez niego działalność. Zawarta w książce Fücksa perspektywa długiego spojrzenia sprawia, że w nowym kontekście pojawia się kwestia odpowiedzialności za podejmowane decyzje rozwojowe. Coraz bardziej widoczna staje się potrzeba stworzenia czegoś, co mogłoby przyjąć formę globalnej etyki przyszłości. W jej obszarze zainteresowania powinny się znaleźć nie tylko kwestie odpowiedzialności za obecnie podejmowane decyzje, ale również w jakiejś formie odpowiedzialność za dziedziczenie ich skutków - tak, aby nie ograniczać wolności następnych pokoleń. W takim właśnie kontekście trzeba więc też widzieć coraz liczniej zgłaszane postulaty oraz podejmowane próby sformalizowania i prawnego zabezpieczenia "Praw Przyszłych Pokoleń".
Każda pojawiająca się nowa kultura cywilizacyjna artykułuje i zmierza do narzucenia adekwatnych dla siebie wartości i standardów. Jednocześnie kwestionuje ona, bądź wręcz ignoruje dotychczas istniejące, gdyż nie znajdują się one w obszarze jej interesów lub po prostu skali dostępnej wyobraźni. Nierzadko wyraziciele nowych wartości i standardów czynią to bez posiadania dostatecznej demokratycznej legitymizacji, która by ich do tego upoważniała. Jeśli ma ona ewentualnie miejsce, to zazwyczaj jest ograniczona do bardzo niedalekiej przyszłości. Konsekwencją tak realizowanych procesów decyzyjnych staje się coraz większe ograniczanie pola i możliwości wyboru przyszłych "ścieżek rozwojowych", przed którymi stają następne pokolenia. Dlatego więc nowotworzone kodeksy etyczne powinny, w dalece bardziej odważny i wybiegający znacznie bardziej w przyszłość sposób, łączyć wprowadzane kryteria i zasady etyczne z indywidualną odpowiedzialnością ludzką i skutkami funkcjonowania instytucji, co najmniej o kilka pokoleń. Jednocześnie podejście pragmatyczne wymaga zaprojektowania instytucjonalnych mechanizmów, który umożliwiłaby realny dialog i kojarzenie interesów międzypokoleniowych.
Miejmy nadzieję, że przekazywana w ręce Czytelników książka Ralfa Fücksa wyznaczy nowy, pragmatyczny nurt globalnego myślenia w kategoriach "ekologii głębokiej". Oznacza ona pozytywną zmianę języka dyskursu publicznego na temat faktycznie osiąganych rezultatów w procesach rozwoju i postępu.
Prof. Andrzej Herman
Dyrektor Instytutu Zarządzania Wartością
Kolegium Nauk o Przedsiębiorstwie w Szkole
Głównej Handlowej w Warszawie
Przedmowa i podziękowanie/
Książka ta jest ponownym ostrzeżeniem przed zagładą świata. Nie jest ekologicznym kazaniem, nie jest apelem o wstrzemięźliwość i wyrzeczenia. Era postępu technicznego, społecznego, demokratycznego nie wyczerpała jeszcze swoich możliwości. Stoimy raczej u progu nowej epoki nowoczesnego świata przemysłowego, przechodzimy od ekonomii opartej na paliwach kopalnych do ekonomii post-kopalnej, od gospodarki rabunkowej w stosunku do przyrody do wzrastania wraz z przyrodą. Niniejsza książka opowiada historię tej Wielkiej Transformacji, procesu ekonomicznej i kulturowej zmiany, której kontury się już dzisiaj zarysowują. I daje wyraz zaufaniu, że zagrożenie, jakie sama dla siebie stworzyła cywilizacja przemysłowa, będzie można w przyszłości przezwyciężyć środkami nowoczesnego świata, takimi jak nauka, technologia, demokracja. Czy wygramy wyścig ze zmianą klimatu i kryzysem zasobów, nie jest bynajmniej pewne. Do tego potrzebna jest co najmniej zielona rewolucja przemysłowa - wielki skok od gospodarki rabunkowej w stosunku do przyrody do wzrastania wraz z nią. Ale zawsze lepiej jest opisywać przyszłość jako świat nowych możliwości niż jako czarne nieszczęście.
Kluczowe elementy nadchodzącej zielonej rewolucji:
- Rewolucja energetyczna: do połowy stulecia globalne zapotrzebowanie na energię musi być, na ile to możliwe, pokryte w pełni przez energie odnawialne.
- Rewolucja wydajności: z mniejszej ilości zasobów należy wytwarzać więcej dobrobytu.
- Zero odpadów, zero emisji: połączone w jeden system łańcuchy wytwarzania wartości, w których każdy materiał odpadowy wprowadzany jest na powrót do biologicznego albo przemysłowego obiegu.
- Bio-gospodarka: substancje naturalne i procesy biologiczne jako podstawa zrównoważonego sposobu produkcji; synteza biologii i techniki (bionika).
- Rekultywacja: przeobrażanie zdegenerowanych gleb w żyzne grunty rolne i ponowne zalesienia na wielką skalę.
- Ekologizacja rolnictwa: Szeroka gama metod uprawy, od drobnych farm rolnictwa ekologicznego do zaawansowanego technologicznie rolnictwa w miastach; łączenie rolnictwa, przetwórstwa żywności, produkcji biochemicznej i wytwarzania energii.
- Lokomocja oparta na trwałych podstawach: pojazdy elektryczne, atrakcyjne systemy komunikacji publicznej, car sharing, rozbudowa międzynarodowych linii kolejowych, zoptymalizowane łańcuchy transportowe, neutralna dla klimatu komunikacja samolotowa.
- Ekologiczne budownictwo: budynki połączone z otoczeniem w jeden system i wytwarzające więcej energii, niż jej zużywają, materiały nadające się do ponownego wykorzystania, pionowe szklarnie, ogrody na dachach, zielone elewacje.
Wszystkie te zmiany nie następują same z siebie. Powstają one w wyniku interakcji między przewidującą polityką, aktywnym społeczeństwem obywatelskim, poczuwającymi się do odpowiedzialności konsumentami, innowacyjnymi przedsiębiorstwami i badaniami naukowymi.
Mogłem przystąpić do tej książki tylko dzięki licznym inspiracjom i wielkiemu bogactwu materiałów, jakich dostarcza mój port macierzysty, Fundacja im. Heinricha Bölla - związana z politycznym Ruchem Zielonych i współpracująca z zespołem ekspertów z całego świata, połączonych w sieć o globalnym zasięgu. Jednak piszę wszystko w zupełności na własną odpowiedzialność. Książka traktuje o licznych kontrowersyjnych problemach, dyskutowanych znacznie szerzej niż tylko w obrębie zielonej wspólnoty, a spełni swój cel, jeżeli wniesie do debaty świeży powiew i wzbudzi entuzjazm dla transformacji. Pierwsze wydanie niemieckie było przedmiotem dyskusji zarówno w kręgach gospodarczych, jak i wśród działaczy ruchu ochrony środowiska - dokładnie takie przymierze jest potrzebne dla sprawy ekologicznej transformacji społeczeństwa przemysłowego.
Chciałbym podziękować kilku osobom, które mają swój udział w tej książce, choć, oczywiście, nie ponoszą odpowiedzialności za rezultat. W pierwszej kolejności Karin Graf, która po przyjacielsku ale stanowczo namawiała mnie, żebym podjął to ryzyko. Rękopis na różnych etapach przeglądali i komentowali Helmut Wiesenthal, Willfried Maier, Dorothee Landgrebe i Annette Maennel. Bardzo dziękuję za zachętę i krytykę. Pomocne też były dyskusje z Peterem Sillerem. Margret Kowalke-Paz nadała profesjonalny kształt przypisom i bibliografii. Martinowi Janikowi, redaktorowi Hanser-Verlag, wdzięczny jestem za poradę, krytyczne wskazówki i nacisk na to, żeby nie zrobić z rękopisu niekończącej się historii. Na koniec chciałbym też podziękować Tejowi P.S. Sood i Brianowi Stone z Anthem Press, dzięki którym moja książka trafiła do czytelników angielskojęzycznych. Rachel Harland była cudowną, pełną wyczucia i znającą się na rzeczy tłumaczką. I - last not least - dziękuję też mojej żonie Marii za jej wspaniałomyślność w okresie, gdy męczyłem się nad książką: poświęcanie całego czasu pracy na pisanie jest czymś w wysokim stopniu aspołecznym. Mam jednak nadzieję, że się to opłaciło.