ROZDZIAŁ II.
PIJANY MR. BEALE.
Ambulatorjum chirurgiczne doktora van Heerdena zajmowało jedno z czterech mieszkań parterowych wielkiej kamienicy, noszącej nazwę Krooman Chambers, albo, jak nazywali ją inni, Krooman Mansions. Gmach wzniesiony został przez bogatego filantropa nazwiskiem Krooman, który postawił sobie za cel dostarczenie małych, wzorowo urządzonych mieszkań ludziom, pracującym zawodowo i potrzebującym niewielkich pomieszczeń i dobrych adresów (dom położony był w pobliżu ulicy Oksfordzkiej) za niską cenę komornego. Jak wielu jednak filantropom sprzykrzyła się wkrótce i Kroomanowi jego zabawka, sprzedał więc budynek syndykatowi, którego zarząd domem dawał niejednokrotnie powód do dochodzeń śledczych.
Z czasem przeszły jednak budynki w ręce inteligentnej kobiety, która wyeksmitowała niepożądanych lokatorów, umeblowała mieszkania skromnie, ale wygodnie i powynajmowała je ludziom wypłacalnym, a zarazem przyzwoitym. Dzięki temu zrehabilitowały się rychło Krooman Chambers w oczach sąsiedztwa.
Doktór van Heerden miał tutaj swoje ambulatorjum chirurgiczne od sześciu już lat. Podczas wojny był on podejrzewany przez czas jakiś o sprzyjanie wrogowi, nie było jednakowoż żadnych dowodów nieprzyjaznego jego stosunku do kraju. Pomimo, że urodził się on niewątpliwie po niewłaściwej stronie granicy w Cranenburgu na pruskiej stacji kolejowej linji Roterdam - Kolonja, nazwisko jego jednakże, van Heerden, wskazywało wyraźnie na holenderskie jego pochodzenie. Bardziej zjadliwi krytycy utrzymywali, co prawda, że wystarczy zmienić "van" na "von", a wyjdzie "Hun" i że kwestji nie ulega, jako Niemcy pełne są von Heerensów i von Heerdensów, - nie tykano jednak doktora i pozwolono mu zostać w kraju. Doktór poradził sobie z krytyką, poradził sobie z podejrzeniami i zdobył wkrótce wcale zyskowną praktykę. Zajmował największy lokal w całym budynku, urządziwszy jeden z pokojów na laboratorjum, miał bowiem pasję do badań naukowych. Tajemnicze zabójstwo, dokonane na osobie Johna Millinborne'a, posłużyło mu do pewnego stopnia za reklamę, której wyniki dały mu wyraźne korzyści. Fakt, że miał w swojem leczeniu miljonera, przyczynił się do rozgłoszenia wśród szerokich sfer sławy jego nazwiska.
Z opinją jego, że zabójstwa dokonał ktoś, kto dostać się musiał przez otwarte okno w chwili, kiedy obydwaj mężczyźni byli w sąsiednim pokoju, zgadzano się powszechnie, zwłaszcza, że dochodzenie śledcze wykazało ślady nóg na kwietnikach, przez które przebiegł widocznie zabójca. Nie znaleziono jednakże owego podejrzanie wyglądającego człowieka, z którym mr. Kitson spotkał się w jesionowym zagajniku. Osobnik ten znikł równie tajemniczo, jak tajemniczo się ukazał.
W trzy miesiące od daty morderstwa stał doktór van Heerden na stopniach, wiodących do szerokiego hallu wejściowego Krooman Mansions, przyglądając się tłumom przechodniów. Była szósta po południu, zatem pora powrotu od zajęć dziewcząt sklepowych oraz wszelkiego rodzaju pracowników i oficjalistów, tłumnie zalegających ulicę.
Doktór stał, paląc papierosa. Zainteresowanie jego ruchem ulicznym było bardziej pozorne może, niż rzeczywiste. Odprawił niedawno ostatniego swego pacjenta i drzwi ambulatorjum oraz okna, zasłonięte zielonemi żaluzjami, pozamykane już były na noc.
Oczy doktora ślizgały się po przechodzących w stronę ulicy Oksfordzkiej, gdy nagle sprężył się on wyraźnie. W kierunku Crooman Chambers szła młoda dziewczyna. O tej porze dnia niewielki jest ruch kołowy, jako że Lattice Street stanowi ślepą uliczkę i dlatego dziewczyna mogła iść środkiem drogi jezdnej. Ubrana była z ową wykwintną starannością, która zdumiewająco upodabnia pracujące dziewczęta zamożnym damom. Miała na sobie granatowy, niczem nieprzybrany, doskonale zato skrojony wełniany kostjum, którego jedyną ozdobą był biały, batystowy kołnierzyk, a mały, zręczny kapelusik nie krył bogactwa jej jasnych włosów, które w promieniach padającego na głowę dziewczyny, zachodzącego słońca sprawiały wrażenie otaczająej ją glorji złocistej.
Głęboko osadzone jej oczy miały ów wyraz inteligencji, której źródłem są najczęściej bądź osobiste bolesne przeżycia, bądź bliższe zetknięcia się z cudzemi cierpieniami. Nos miała dziewczyna prosty i kształtny, wargi ponsowe i pełne. Można było jednak poddawać rozbiorowi każdy jej rys poszczególnie i nie znaleźć dostatecznego wytłumaczenia uroku, jakim tchnęła cała postać ślicznego dziewczęcia.
Urok ten nie był zależny bowiem od kameljowej bladości jej cery, ani od miękkiej wysmukłości jej kształtów, ani od dumnego osadzenia zgrabnej jej główki i królewskości jej spokojnych ruchów, ani nawet od wesołych błysków filuternie czasem roześmianych, przeważnie jednak zamyślonych jej oczu. Trudno było, słowem, określić jeden szczególny i szczególnie pociągający jej rys; czar jej polegał raczej na doskonałej harmonji całości, na wzajemnem dopełnianiu się wszystkich wdzięków, które w młodej kobiecie tak wabią mężczyznę.
Swobodnym, szczerym gestem podniosła rękę i z rozjaśniającym całą twarz uśmiechem przywitała doktora.
- O, miss Cresswell, nie widziałem pani już od wieków.
- Od dwóch dni, - rzekła, udając powagę. - Myślę jednak, że doktorzy, dla których odsłonięte są wszystkie tajniki przyrody, mają ukryte leki, które pozwalają im pokonywać zwycięsko podobnie ciężkie próby.
- Niech pani nie kpi z mojego zawodu, - roześmiał się - i nie pozwala sobie na szydzenie z tak młodego jej adepta. Ale, ale, nie miałem jeszcze okazji zapytania pani, czy uzyska pani zamianę mieszkania?
Potrząsnęła głową i zmarszczyła brew.
- Miss Millitt mówi, że nie może mnie przenieść.
- Fatalne, - burknął, widocznie zmartwiony. - Wyjawiła jej pani powód? Powiedziała pani o zachowaniu się Beale'a?
Skinęła energicznie główką.
- Tak, powiedziałam jej wyraźnie: - Czy doszło do wiadomości pani, miss Millitt, że jegomość, mieszkający naprzeciwko mnie, nie wyszedł od dwóch miesięcy, o ile mnie pamięć nie zawodzi, ze stanu pijaństwa? To znaczy, od czasu, jak zamieszkał w Krooman Chambers? - Czy to przeszkadza pani? - zapytała miss Millitt. - Ludzie pijani zawsze mi przeszkadzają, - odpowiedziałam. - Mr. Beale powraca co wieczór do domu w stanie, który nazwałabym godnym politowania.
- A cóż ona na to?
Młoda dziewczyna zrobiła pogardliwy grymas i dodała zupełnie serjo:
- Powiedziała, że o ile mr. Beale nie zaczepia mnie albo nie wtrąca się do mnie, ani też umyślnie mnie nie drażni i nie straszy, nie powinno mnie to wcale obchodzić, bo to nie moja sprawa. - Miss Oliwja Cresswell roześmiała się bezradnie. - Wie pan, przyznać muszę, że mieszkanie moje jest takie rozkoszne i takie przytem tanie, iż nie mogłabym zdecydować się na szukanie innego. Nie ma pan wcale pojęcia, doktorze, jak jestem wdzięczna panu, że dostałam się tutaj. Wiem, że stało się to jedynie za pańskiem pośrednictwem. Miss Millitt niechętnie przyjmuje samotne, młode kobiety.
Zmarszczyła pogardliwie nosek i roześmiała się.
- Z czego się pani śmieje? - zapytał.
- Myślałam o tem, w jaki dziwny sposób spotkaliśmy się, ja i pan.
Okoliczności ich zapoznania się były w istocie dziwne. Zajmowała wówczas stanowisko kasjerki w jednym z wielkich magazynów w West End. Doktór wszedł tam, żeby kupić coś i zapłacił pięciofuntowym banknotem, który, po sprawdzeniu, okazał się podrobionym. Smutna to była chwila dla młodej dziewczyny, kiedy fakt ten wyszedł najaw, wiedziała bowiem, że będzie musiała pokryć stratę z własnej kieszeni, co nie było dla niej bynajmniej obojętnem.
Nagle stał się cud. Doktór przyjechał, stokrotnie przepraszając, przedstawił i wyjaśnił cały incydent. Banknot ten przechowywał, jako curiosum. Dano mu go w tym celu. Tak był wspaniale naśladowany, że doktór zamierzał kazać go oprawić i dlatego właśnie zabrał go z sobą. Przez omyłkę jednak zamieszał mu się on z innemi pieniędzmi, które miał przy sobie i w ten sposób go wydał.
- Zaczął pan od roli czarnego charakteru i skończył na roli dobrej mojej wróżki,-rzekła.-Gdyby nie pańskie pośrednictwo, nie dowiedziałabym się nigdy, że jest tu wolne mieszkanie. Miss Millitt nie byłaby wcale chciała ze mną mówić, gdyby nie wzgląd na pana, z którym szczególnie się liczy. Nazwisko pańskibyło owym bajkowym sezamem, który otworzył przede mną drzwi zaczarowanego tego pałacu.
Położyła miękko drobną swoją rączkę na ramieniu doktora mile koleżeńskim gestem.
Odwróciła się już, żeby odejść, kiedy nagle powstrzymał ją gniewny okrzyk:
- Co to takiego?... O, rozumiem, to Nr. 4! - z oburzeniem zawołał van Heerden.
Młoda dziewczyna przysunęła się nieco bliżej do doktora i z pod zwężonych powiek patrzyła na zbliżającą się postać.
- Dlaczego on to robi? - powtórzyła niecierpliwie. - Jak może mężczyzna do tego stopnia nie umieć panować nad sobą? Nic nie jest w stanie go usprawiedliwić! Niczem niepodobna wytłumaczyć tej ohydy!
"Ohyda" usiłowała widocznie utrzymać się na chodniku, jakgdyby to była wyciągnięta wysoko nad ziemią lina. Poza pewnym nieporządkiem w tualecie, jak wyłażącym z za kołnierza krawatem i zabłoconym kapeluszem, wyglądał pijak wcale przyzwoicie. Był młody i w innych warunkach mógłby nawet uchodzić za przystojnego. Ale zwisające na czoło długiemi kosmykami jasne jego włosy i kapelusz zsunięty na tył głowy mocno psuły wrażenie. Jego usiłowanie utrzymania równowagi na sześciocalowej szerokości flizach, obrzeżających chodnik, przy pomocy, użytej, jako pręta do balansowania, laski spacerowej, mogły jednak wydać się śmiesznemi duszy mniej wrażliwej niż dusza Oliwji Cresswell.
Pijany młody człowiek poślizgnął się i znów wyprostował z lekkim okrzykiem, poślizgnął się powtórnie, wreszcie dał za wygraną ćwiczeniom gimnastycznym i jako tako dowlókł się przez jezdnię do domu.
Na widok doktora uchylił kapelusza.
- Wspaniała pogoda, mój Esku-esku--lapie, - rzekł sepleniąc, ale z figlarnym uśmiechem w oczach, - wspaniała dla tej pańskiej bacteria trypanosomes (mam ją) i dla wszystkich pańskich ukochanych mikrobów.
Uśmiechnął się przymilnie do doktora, nie zwracając uwagi na wymowne spojrzenie, rzucone przez van Heerdena w stronę młodej dziewczyny, która cofnęła się, aby nie być wciągniętą do konwersacji.
- Muszę pożegnać pana najsza.. sza... nowniejszy doktorze, - dodał pijak, - uciekam na górę od fatalnych zapachów nauki i jeszcze fatalniejszych pokus piękna. Trochę trudno drapać się na najwyższe piąterko, jak się nieco zaprószyło pałę - per arduis ad astra - przez pracę ku gwiazdom - piękne motto. Latające trupy! - to mi motto! - moje motto!... Dobrej nocy życzę, dobrej nocy. Spokojnych marzeń!...
Zerwał ponownie kapelusz z głowy i potknął się przy tym ruchu na szerokich, kamiennych stopniach, aż wreszcie znikł na zakręcie. W kilka chwil potem doktór i Oliwja usłyszeli zatrzaśnięie jego drzwi.
- Straszne... a jednak... - zawahała się Oliwja.
- A jednak? - zapytał doktór.
- Wydał mi się zabawnym. Omal nie roześmiałam się. Ale jakie to okropne! Taki jeszcze młody i widocznie zaznać musiał kiedyś lepszego wychowania.
Potrząsnęła głową ze smutkiem.
I ona także pożegnała doktora i poszła do siebie na górę. Troje drzwi otwierało się na najwyższym piętrze na podest klatki schodowej: numer 4, 6, i 8-my.
Rzuciła okiem z wyrazem zaniepokojenia na numer 4-ty, obok którego musiała przejść, żaden jednak dźwięk zdradzający obecność za temi drzwiami hałaśliwego gościa, nie dochodził z poza nich, otworzyła więc szybko numer 6-ty i zamknęła za sobą drzwi do własnego przedsionka.
Mieszkanko jej składało się z dwóch pokoików: sypialki i bawialki, z maleńkiego pokoju kąpielowego i jeszcze mniejszej kuchenki. Komorne było zdumiewająco niskie, wynosiło bowiem mniej niż czwartą część jej tył godniowej pensji, dzięki czemu mogła wygodnie urządzić sobie życie.
Podpaliła kuchenkę gazową, postawiła czajnik i zabrała się do nakrywania stołu. W mikroskopijnej jej śpiżarce znajdowały się wszystkie potrzebne zapasy - blaszanka marmelady, strucelka białego chleba, dzbanek mleka, puszka cukru, kilka pomidorów, ocet, oliwa - słowem wszystko, czego było potrzeba do sporządzenia smacznego posiłku, do którego zasiadła z zadowoleniem nieco zarumieniona krzątaniem się około lilipuciego swojego gospodarstwa. Jedząc, myślała z przyjemnością o doktorze i o tem, jak powinna czuć się szczęśliwa, mając takiego przyjaciela. Taki jest rozsądny, nie wdaje się w żadne "głupstwa". Nigdy nie próbuje brać jej za rękę i przytrzymywać ją dłużej w swojej dłoni, jak ci idjotyczni kupujący, ani też nigdy nie próbuje pocałować jej, jak to ośmielił się zrobić niedawno jeden z jej szefów.
Tak, doktór jest zupełnie inny, niż oni wszyscy. Niepodobna sobie wyobrazić go, siedzącego w omnibusie obok młodej dziewczyny i przyciskającego niby nieumyślnie butem swoim jej nogę, albo też zaczepiającego ją na ulicy sakramentalnem pytaniem: Zdaje mi się, że spotkaliśmy się już kiedyś?
Piła herbatę i jadła powoli, czytając przytem wieczorną gazetę, czasem zamyślając się w przerwach pomiędzy jedzeniem i czytaniem. Zmierzchło się już na dobre, kiedy skończyła. Zapaliła lampę elektryczną. Miała w kąpielowym pokoju automat świetlny, który działał jednak dość ekscentrycznie. Czasem wrzucenie do otworu jednego szylinga wystarczyło do dostarczania światła przez cały tydzień, innym znów razem po dwóch dniach lampy zaczynały drgać spazmatycznie i gasły.
I w tej chwili przypomniała sobie, że już od dość dawna nie przekupiła automatu, zaczęła więc szukać w portmonetce swojej szylinga. Okazało się jednak, że miała tylko półkoronówki, floreny i sześciopensówki, ale ani jednego pojedyńczego szylinga, a automat nie uznawał innej monety. Wiadomo, że jest to chroniczna bolączka wszystkich posiadaczy automatów, nie przejęła się więc zbytnio tem odkryciem, przyjmując je, jako zło konieczne. Rozważała przez chwilę, czy ma zejść na dół i zmienić pieniądze u uprzejmego zawsze dla niej papierośnika, czy też liczyć, że dzisiaj jeszcze uda jej się przeszmuglować ze światłem.
- Jeżeli ja nie wyjdę, ty wyjdziesz, - zwróciła się do rozżarzonego na biało drutu elektrycznego, który w odpowiedzi załopotał, nie wróżąc nic dobrego.
Otworzyła przedpokój i w tej samej chwili lampa w jej pokoju zgasła. Na podeście klatki schodowej paliło się małe światełko, - plutokratyczne urządzenie, nie zależne od automatów! Zamknęła za sobą drzwi i zbliżyła się do schodów. Przechodząc mimo numeru 4-go, zauważyła, że drzwi z pokoju nietrzeźwego młodzieńca są uchylone, zatrzymała się więc. Nie miała ochoty zetknąć się z nim, cofnęła się więc ku ścianie. W tej samej chwili przypomniała sobie jednak, że pod 8-ym mieści się prywatne mieszkanie doktora. Zazwyczaj, o ile siedział on w domu, widać było przez oszklone drzwi, prowadzące do jego przedpokoju, światło, które paliło się tam stale. Teraz wszakże było u niego zupełnie ciemno, zaś na drzwiach bieliła się kartka, na której wyczytała w mdłem świetle lampki schodowej:
"Wrócę o 12-ej. Czekać!"
Wyszedł więc i widocznie spodziewał się odwiedzin. Nie było innej rady, jak tylko narazić się ewentualnie na niemiłe spotkanie z mr. Bealem. Zbiegła pędem ze schodów i z uczuciem ulgi wyszła na ulicę.
Uprzejmy papierośnik, bardzo wylewny na temat Niemców i Niemiec, zatrzymał ją, aż wreszcie wyczerpał się niewielki zapas jej cierpliwości. Wkońcu jednak udało jej się wydostać z pod zalewu jego wyrzekań. W połowie jezdni, którą musiała przebyć, aby się dostać do domu, dostrzegła postać męską, stojącą w ciemnem wejściu do hallu i na ten widok serce w niej zadygotało.
- Nie bądź głupia, Matyldo! - ofuknęła samą siebie.
Nie było jej na imię Matylda, w chwilach wszakże niezadowolenia z samej siebie nazywała się w ten sposób.
Zawstydzona własną tchórzliwością, uzbroiła się w odwagę i minęła śmiało niepokojącą postać. W przejściu spojrzała ukradkiem na stojącego, ale nie poznała w nim nikogo ze znanych sobie mieszkańców domu. Zauważyła tylko, że on sam równie mało zdradzał chęci zwrócenia na siebie uwagi, jak ona.
Wydał jej się małym i przysadzistym, nie była wszakże zupełnie pewna, czy tak jest w istocie. Przeskoczyła szybko stopnie schodów i stanąwszy na górze, zawróciła ku swojemu pokojowi. Drzwi numeru 4-ego były wciąż jeszcze uchylone, co ważniejsze jednak, tak samo były uchylone jej własne. Nie było co do tego wątpliwości. Pomiędzy brzegiem drzwi a futryną widniał otwór szerokości dobrych dwóch cali, doskonale zaś pamiętała, że nietylko zamknęła je, ale nawet zatrzasnęła za sobą dla pewności. Co ma czynić? Poczuła niemiły dreszcz strachu, przebiegający po jej plecach i przykre dygotanie rąk.
"Gdyby światło paliło się u mnie, odważyłabym się wejść", - pomyślała, - ale wiedziała, że jest ciemno, będzie więc musiała przejść przez nieoświetloną bawialkę i jeszcze ciemniejszy kąpielowy - jak wiadomo najodpowiedniejsze miejsce do wszelkich zbrodni, - zanim dostanie się do automatu.
- Nonsens, Matyldo, - skarciła się, - wejdź, paskudny tchórzu - napewno zapomniałaś zamknąć za sobą drzwi i nic więcej!
Zebrała odwagę, otworzyła szeroko drzwi i z dreszczem trwogi weszła do pokoju.
Nagle jednak szelest jakiś przygwoździł ją do podłogi. Było to coś, jakgdyby potrącenie czy otarcie się, ale nie człowieka, tylko psa raczej, o sprzęt jakiś.
- Kto tu? - krzyknęła.
Nie było odpowiedzi.
Zrobiła krok naprzód i w tej samej chwili wielka jakaś ręka chwyciła ją za rękaw sukni. Równocześnie usłyszała Oliwja wyraźnie ciężki, chrapliwy oddech.
Zagryzła wargi, ażeby powstrzymać okrzyk strachu i wyrwała przemocą ramię, pozostawiając część lekkiej materji rękawa w dłoni napastnika. Jednym susem rzuciła się w tył, zatrzasnęła za sobą własne swoje drzwi i dopadła numeru 4-ego, w które walić zaczęła bez pamięci obiema pięściami.
- Pijany, czy trzeźwy, jest jednak mężczyzną, - szepnęła przez zaciśnięte zęby.
Zaledwie dwa razy uderzyć zdołała we drzwi, kiedy otworzyły się one nagle i na progu stanął mr. Beale.
- Co się stało?
Nie zauważyła nawet tonu jego zapytania.
- Obcy jakiś mężczyzna w mojem mieszkaniu, mężczyzna!... - ledwie zdołała wyjąkać, pokazując wydarty rękaw.
Odsunął ją na bok i pośpieszył ku drzwiom.
- Klucz! - zawołał.
Drżącemi rękami wyciągnęła klucz z kieszeni.
- Chwilkę cierpliwości.
Znikł za własnemi drzwiami i po sekundzie wrócił, trzymając w ręku kieszonkową latarkę elektryczną. Odsunął zasuwkę zamka, włożył klucz do kieszeni i ku zdumieniu Oliwji wyjął z innej kieszeni mały rewolwer. Nogą rozepchnął drzwi i znikł w ciemnem wnętrzu.
Po chwili usłyszała groźny i ostry jego okrzyk:
- Ręce do góry!
Głos jakiś wymamrotał coś w podnieceniu, poczem zwrócił się, wyraźnie do Oliwji już, mr. Beale.
- Czy światło u pani funkcjonuje? - zapytał. - Może pani wejść. Trzymam go w bawialni.
Weszła odważniej już do kąpielowego pokoju, wrzuciła szylingową monetę do otworu automatu, usłyszała charakterystyczny zgrzyt śruby i w tej samej chwili za płonęły światła.
W rogu pokoju stał mężczyzna, trupio blady, z trzęsącą się nieporadnie dziwnie wielką, jak na jego korpus, głową. Ręce trzymał wyciągnięte do góry, dolna warga wyraźnie drżała mu ze strachu.
Mr. Beale obszukiwał go szybko, ale dokładnie.
- Nie masz przy sobie broni? - W porządku. Możesz opuścić ręce! A teraz wywróć no kieszenie, bratku!
Mężczyzna powiedział coś w języku, którego dziewczyna nie mogła zrozumieć, a mr. Beale odpowiedział mu w tem samem narzeczu. Rabuś wyrzucił na stół zawartość naprzód jednej kieszeni, potem drugiej. Oliwja przyglądała się temu z szeroko otwartemi ze zdziwienia oczyma.
- O, a to co takiego?
Mr. Beal wziął do ręki bilet, na którym wypisana była niewyraźnie jakaś cyfra, którą można było przyjąć równie dobrze za szóstkę jak za czwórkę.
- Aha! To tak, - mruknął. - A teraz trzecia kieszeń. Rozumiesz po angielsku, mój ptaszku?
Intruz był niedorzecznie posłuszny. Wyciągnął z bocznej kieszeni skórzany portfel, który mr. Beale natychmiast otworzył i wyjął z niego małą paczuszkę, przypominającą zewnętrznym wyglądem opakowanie proszku sody. Mr. Beale powiedział coś gniewnie w języku, który wydał się młodej dziewczynie niemieckim, ale mężczyzna potrząsnął głową. Powtórzył parokrotnie coś, co brzmiało, jak: - Nicht gut!
- Pozostawię panią na chwilę samą, - rzekł mr. Beale. - Sprowadzę tylko tego jegomościa na dół. Zaraz powrócę.
Wyszli z mieszkania razem, mały człowieczek z wielką głową, widocznie ociągając się i usiłując protestować, rychło jednak usłyszała Oliwja odgłos ich kroków na schodach. Wyraźnie schodzili obydwaj na dół. Po chwili mr. Beale powrócił sam. Wówczas dopiero uświadomiła sobie dziewczyna dziwny, niezrozumiały fakt - jej sąsiad był zupełnie trzeźwy.
Oczy utraciły mętną mglistość, usta normalnie były zamknięte, a jasne włosy, mające stałą tendencję opadania zwichrzonemi kosmykami na twarz, gładko były zaczesane w tył głowy. Patrzył na Oliwję tak poważnie, że aż ją to zażenowało.
- Miss Cresswell, - rzekł spokojnie, - chciałbym prosić panią o wyświadczenie mi wielkiej przysługi.
- O ile to tylko będzie w mojej mocy, zastosuję się napewno do pańskiej prośby, - uśmiechnęła się w odpowiedzi.
-Nie prosiłbym panią o nic niemożliwego do spełnienia - wbrew poglądowi humorystów na kobiety, - dodał z uśmiechem. - Jedyne, o co śmiem prosić panią bardzo usilnie, to o nieopowiadanie nikomu - proszę dobrze zrozumieć mnie, nikomu - powtórzył z naciskiem - o tem, co zaszło tutaj tej nocy.
- Nikomu? - zdziwiła się, - ale doktorowi?...
- Ani nawet doktorowi, - rzekł z dziwnym błyskiem w oczach. - Proszę panią o to, jako o specjalną łaskę. Daje mi pani na to słowo honoru?
Rozważała przez chwilę, co ma odpowiedzieć.
- Przyobiecuję, - rzekła. - Nie mam opowiedzieć nikomu o tym potwornym człowieku, od którego pan uratował mnie tak uprzejmie?
Mr. Beale podniósł głowę.
- Proszę dobrze mnie zrozumieć, miss Cresswell - podkreślił. - Nie chciałbym, aby pani źle sobie tłumaczyła postępek tego "potwornego", jak go pani nazwała, człowieka. Proszę mi wierzyć, że był on niemniej przestraszony niż pani i nie byłby pani wyrządził żadnej krzywdy. Czekałem na niego cały wieczór.
- Czekał pan na niego?
Mr. Beale skinął głową.
- Gdzie?
- W mieszkaniu doktora, - odparł spokojnie. - Widzi pani, doktór i ja jesteśmy śmiertelnymi wrogami. Właściwie nietyle wrogami, ile współzawodnikami naukowymi i właśnie czekałem na małego tego człowieczka, żeby wykraść doktorowi jedną z jego zdobyczy.
- Ale w jaki sposób dostał się pan do niego?
- Miałem ten klucz, - rzekł, pokazując niewielki kluczyk. - Ale proszę pamiętać, że dała pani słowo honoru! Człowiek, którego odprowadziłem przed chwilą, wszedł na górę, nie będąc pewnym, czy ma wejść pod numer 8-my, do mieszkania doktora, czy pod 6-ty. Klucz ten otwiera jedne i drugie drzwi!
Włożył klucz w otwór zamku u drzwi młodej dziewczyny i pokazał, że otwiera je nim z łatwością.
- Na to właśnie czekałem - rzekł. - Biedak nie mógł zrobić nic lepszego - dodał, wyjmując mały pakiecik i rozpieczętowując go. Starannie rozwinął papier, położył go na stole i zdumionym oczom Oliwji ukazała się mała garsteczka czegoś, co wyglądało jak miałki zielony proszek.
- Co to takiego? - zapytała trwożnie.
Czuła, nie wiedząc właściwie dlaczego, że znajduje się wobec olbrzymiej jakiejś grozy, - wobec czegoś wielkiego i potężnego w pierwotnej swojej sile.
- To - rzekł mr. Beale, starannie dobierając słów. - To wcale niezła imitacja Zielonej Rdzy, a raczej, jak dla mnie, Zielonego Potwora.
- Co to jest takiego ta Zielona Rdza? Jakie jest jej działanie? - zapytała przerażona.
- Mam nadzieję, że nie dowiemy się tego nigdy - rzekł, i w jasnych jego oczach zamigotał błysk śmiertelnego strachu.