Rozdział 1
Bydgostia, październik 1098 roku
Sambora mocniej przytuliła siedzącą przed nią w siodle córkę i popędziła karego rumaka. Trakt oświetlał słaby blask księżyca. Ciemności jej nie przeszkadzały, doskonale pamiętała drogę. Minęły strażnicę, którą otaczało szerokie na pięć długości ramion koryto rzeki i zanurzyły się w sosnowym borze. Ziemie zarządcy sąsiadowały z kasztelanią inowrocławską i Wyszogrodem. Na południu zaś rozciągały się bagna.
Koń z trudem wspinał się po wyboistej ścieżce. Z jego pyska toczyła się piana. Mijała czwarta godzina, odkąd wyruszyły w drogę. Dziewczynka zaczynała się już niecierpliwić. W oddali zamajaczyło światło rzucane przez ognisko, a to znaczyło, że ich wędrówka dobiega końca. Na szczycie, w otoczeniu drzew, stało kilka skleconych z gliny i gałęzi chat. Sambora zatrzymała ogiera, zeskoczyła na ziemię i pomogła zsiąść córce.
- Spóźniłaś się - odezwała się przygarbiona staruszka, stojąca przy ogniu w towarzystwie pięciu kobiet.
- Ma na imię Marena i skończyła cztery lata - odpowiedziała nowo przybyła. Była zaskoczona, jak bardzo drżał jej głos. - Nie bój się - spróbowała dodać otuchy chowającej się za nią dziewczynce.
Na niewiele się to zdało. Marena mocniej zacisnęła piąstki na sukni matki. Minęła północ, w powietrzu unosił się zapach deszczu.
- Wypełniłaś przyrzeczenie, jesteś wolna. - Starucha rozcięła wewnętrzną stronę dłoni, a z rany skapnęło kilka kropel krwi.
- Posłuchaj mnie uważnie. - Sambora uklękła przed jasnowłosym dzieckiem. - Teraz zostaniesz tutaj, u tych miłych zielarek. One się tobą zaopiekują. Ze mną nie jesteś bezpieczna, Marciu.
Mała cicho zachlipała. Niepewnie spojrzała w stronę płomieni. Nie podobało jej się tu. Bała się zarówno tego miejsca, jak i tych dziwnych kobiet. Miały na sobie jednakowe suknie, a ich długie włosy związane były w warkocze.
Sambora nie chciała przedłużać tej chwili i wyszarpnęła się z uścisku. Zrobiła to tak stanowczo, że dziewczynka się przewróciła.
- Żegnaj - rzuciła, siadając w siodle i ostatni raz spojrzała na córkę. - Niech wiatr będzie z tobą. - Zawróciła konia i z całych sił dźgnęła go w bok.
- Mamo! Mamusiu! - Kilkulatka podniosła się i ruszyła za rodzicielką. Przez łzy nie widziała, dokąd biegnie.
- Nawoju, przyprowadź to dziecię - poprosiła starucha.
Wywołana wstała i ruszyła za zrozpaczoną czterolatką. Marena wciąż szeptała jedno słowo, ale z dużo mniejszą siłą. Drapało ją gardło, była też obolała po długiej i niewygodnej jeździe.
- Czekaj! Chyba nie chcesz, aby zjadły cię wilki? - wykrzyknęła Nawoja w stronę płaczącej.
- Wilki?
To skutecznie ją zatrzymało. Dopiero teraz zdała sobie sprawę z ciemności, które ją otaczały.
- Rzadko zapuszczają się tak wysoko, ale wiemy, że są w okolicy. Chodźże, Mareno.
- Nie! - odparła hardo. - Mama wróci.
- Nie wróci, teraz Kujawy staną się twoim domem. Tak samo było z Najstarszą, tak samo ze mną. Czeka cię nauka. Dużo nauki, a pewnego dnia to ty będziesz leczyć.
- Leczyć? - Dziewczynka nic nie rozumiała.
- Zostaniesz zielarką. Tak zostało przepowiedziane w dniu twych narodzin. A teraz chodźże, nim zbiegną się wilki.