ROZDZIAŁ DRUGI
Żeby z tego wesela pogrzebu nie było - powiedziała Kazia do Fredki Kędziorowej, wskazując głową na zapamiętaną w tańcu parę młodą. Marcelinie pot lał się z czoła, Jankowi koszula przykleiła się do pleców.
Siedzące wkoło nich kumoszki, które już nieźle miały w czubach, bo gorzałki nie żałowano i więcej niż butelka przypadała na gościa, zachichotały.
Marysia Jaworska, która przechodziła obok, zaczerwieniła się po uszy, przekonana, że to z niej się śmieją. Źle się czuła w tej ciżbie. Znała otaczających ją ludzi, ale pijani zachowywali się inaczej. Bełkotali bezeceństwa, śpiewali sprośne piosenki. Dziewczęta, które jeszcze wczoraj gorąco zapewniały, że dotrzymają Marysi towarzystwa, pobiegły za chłopakami. Zza stodoły dobiegał ich wesoły śmiech.
Nie chciała iść. Kiedyś, przed śmiercią mamci, świat wyglądał inaczej, i wtedy ciągnęło Marysię ku ludziom, do zabawy i tańca. Potem wszystko się zmieniło. Mama odeszła nagle, nie przygotowując nikogo na to, co się stanie. Rankiem jak zwykle wydoiła krowę, wstawiła kaszę i pobiegła świniom dawać, bo tak się swego domagały, że aż trzeszczały ściany chlewika. Gdy zapach spalenizny wypełnił podwórze, ojciec pojął, że coś jest nie tak. Rzucił swoją robotę i pobiegł do izby. Na piecu stał osmolony sagan, kasza spaliła się na węgiel. Odciągnął garnek i klnąc na czym świat stoi babskie plotki, babskie zapominalskie łby, poszedł szukać żony. Chciał jej pokazać, jakiej zbrodni się dopuściła - zniszczony sagan, zmarnowany obiad. Najpierw wyjrzał na gościniec, potem zajrzał do sąsiadów. Nie było jej tam. Pomyślał, że z jakiegoś nieznanego mu powodu żona pobiegła za córką na pastwisko. Gdyby mniej był zły, toby sobie darował tę wyprawę, ale złość człowieka nosi.
- Matka twoja to gdzie? - zapytał.
Marysia wzruszyła ramionami, ale się zmartwiła. Jakże to? Mamci nigdzie nie ma? Co też ojciec wygaduje, że ona na chałupach, na plotkach. Mamcia nie z tych, co by kaszę spaliła. Coś się stać musiało. Poprosiła Walerkę, by krowy pilnowała, i pognała do domu, zostawiając ojca daleko za sobą. Potem żałowała. Ktoś inny by mamę znalazł, ktoś inny wyciągał ją z chlewu, ktoś inny próbował cucić, między żywych przywoływać. Ktoś inny odpowiadałby na te niezliczone pytania, co Marysia zobaczyła w chlewiku. Wszystkich to intrygowało, choć nic ciekawego w tym nie było. Najedzone świnie spały w swoich zagródkach, prośna maciorka po prawej, a ten wieprzek, co miał być zaszlachtowany na święta, po lewej.
Mama leżała przed zagródkami obok pustego już wiadra. Upadła na bok. Gnój i błoto pokryły prawą część głowy, przyklejając włosy do czaszki. Oczy miała otwarte, a to ostatnie spojrzenie, jakie na świat rzuciła, pełne było zdziwienia. Bo jakże to? Czas już na nią? Przecież jeszcze młoda, dziecko ma małe. Ojojoj, jojczyli potem ludzie. Taka młoda, taka młoda. Jakby to Jaworski trupem padł, to nikt by się nie dziwił. Swoje lata miał, raz już owdowiał, zaraza zabrała mu pierwszą żonę i młodszego syna, tego, co w domu jeszcze był. Może i ten starszy by umarł, gdyby z ojcami mieszkał, ale na swoje szczęście za robotą w świat poszedł. Stary Jaworski ziemi miał sporo, nie dawał rady bez baby, to mu naraili Hankę, bo robotna. Dziewczyny o zdanie nikt nie pytał. Gdyby mieli wydać za biednego, to pewnie by zapytali, żeby potem pretensji nie miała. Bogaty to inna sprawa, bogatemu się nie odmawia. No i poszła na gospodynię, na służącą, na bogaczkę. Skarżyć się nie skarżyła, robiła od świtu do nocy. Aż pewnego dnia, nakarmiwszy świnie, upadła.
- Zbyt gwałtownie z wiadra chlusnęła i coś się w niej urwało - zawyrokowała Fredka Kędziorowa.
Zgodzili się z nią wszyscy, poza Kazią Gawrońską, która uparcie twierdziła, że śmierć nastąpiła przez żyłkę w głowie. Podobno każdy taką ma, tylko jednym pęka, a innym nie.
Żeby ludzie nie gadali, to Jaworski wezwał doktora z miasteczka. Ten stwierdził, że to od serca.
- Tylkoście się wykosztowali, mój Jaworski - powiedziała Fredka. - Wam się wydawało, że jak kto doktór i uczony, to on coś wie. A on gówno wie. Takie młode to na serce nie umierają. Szkoda waszego grosza, oj, szkoda.
Bez względu na przyczynę, Jaworska umarła, nie tylko osierociwszy Marysię, ale też zabierając jej całą dziecięcą radość. Nawet gdy minęła żałoba, dziewczynka nie chciała iść między rówieśniczki. Nie bywała na zabawach, nie ciągnęły jej odpusty.
- Przymusem ją z domu wypychajcie, bo starą panną zostanie - nakazywała jej ojcu Kędziorowa.
Z początku nie słuchał, wreszcie zaczął. I tak oto, choć Marysia błagała, ojciec się uparł i kazał iść na wesele Janka Wolata z Marcelinką Dworniczukówną.
Nie pomyślał o tym, że córka nawet nie wie, jak ma się ubrać. Jak na niedzielę czy jak na wielkie święto? Stała nad kufrem, przeglądając jego zawartość i myśląc o tym, że to jedna z tych chwil, gdy najbardziej ze wszystkiego na świecie dziewczyna potrzebuje matki. Albo innej życzliwej kobiety. Niestety, nikogo takiego w życiu Marysi nie było.
Miała kilka koleżanek, ale żadnej serdecznej przyjaciółki. A taka przydałaby się bardzo. Byłoby kogo się poradzić, byłoby przed kim się wypłakać. Zwłaszcza że powodów nie brakowało. Marysia bardzo tęskniła za mamą. Gdyby ta żyła, wiedziałaby, co córce doradzić. Nie tylko jaką bluzkę założyć, jak włosy zapleść, ale też co powiedzieć Józi, żeby się odczepiła. Bo Józia bardzo Marysi dokuczała. Zaczęło się to dawno, gdy jeszcze były małe i gęsi pasły. Czemu ze wszystkich dzieci Józia wybrała Marysię na przedmiot kpin, żartów i złośliwości, tego nie wiadomo. Nie było jednak dnia, by małej Jaworskiej nie dokuczyła.
Cokolwiek włożę, Józka mnie wyśmieje, pomyślała Marysia, sięgając po maminą bluzkę z szerokim kołnierzem. Pociągnęła dłonią po hafcie. Jakaż to ładna robota, taka misterna. Kwiaty jak żywe - maki, chabry i rumianki. Między nimi złociste kłosy zboża, dołem zielone źdźbła i szare ziarna. Aż dziw, że to wszystko nie pachnie letnim dniem, polem i żniwami. Przyłożyła bluzkę do piersi i spojrzała w lusterko. Zobaczyła ładną buzię, okoloną jasnymi lokami. Jeszcze jakby paciorki mamine... Ładnie będzie wyglądała, pójdzie. Dobrze będzie. Dołączy do koleżanek, posiedzą razem, zjedzą kołacza, może nawet pójdą tańczyć. Dobrze będzie. Co ma nie być? A o wrednej Józce nawet nie ma co myśleć.
Wychodziła pełna nadziei, że wszystko się ułoży jak trzeba. Ledwo jednak przekroczyła bramę, wprowadzającą na podwórze Wolatów, a już wiedziała, że powinna była zostać w chałupie. W jednej chwili jakby z przyjaznego, dobrze znanego świata trafiła w obcy, wrogi kraj. Te, które miały być wsparciem, rozbiegły się i żadna nawet na Marysię nie spojrzała. Usiadłaby za stołem, ale nie wiedziała, gdzie jej miejsce. Między młodymi, gdzie krzyki i śmiechy? Między starszymi, gdzie plotki? Cokolwiek zrobi, obróci się to przeciw niej. Jak tylko weselna wódka z głów wyparuje, w ich obejściu zjawi się Kędziorowa i będzie powtarzała, co ludzie o zachowaniu Marysi mówili. A tatko będzie się martwił. "Gdyby żonka była, ona wiedziałaby, jak z panienką postępować. A co ja mogę? Co ja mogę?"
Najchętniej by uciekła. Nikt nie zauważy. Kędziorowa zauważy. Ona nawet jak śpi, to widzi, co się wokół dzieje. Po co ojcu więcej zmartwień? I tak nieszczęśliwy. Po śmierci mamy na Marysię spadła cała babska robota. To za szybko, za dużo, nie radziła sobie. Ojciec widział, ale nic nie mówił. Gdyby był młodszy, toby się trzeci raz ożenił. Wziąłby sobie porządną gospodynię, taką jak mamcia, i dobrze by mu się wiodło. Z Marysi pociechy nie ma ani w domu, ani w obejściu. A jeszcze ludzie gadają.
Jakim sposobem znalazła się między tańczącymi? Pewnie zajęta swoimi myślami nie patrzyła, gdzie idzie. Rozejrzała się przestraszona jak ten zając, co usłyszał charty i nim czmychnie, chce sprawdzić, w którą stronę. Nie widziała nic innego, tylko falujące spódnice i furkoczące wstążki.
- Zgubiłaś się, Maryś? - Józia Jakubowska wybuchnęła śmiechem, a za nią wiele innych dziewcząt. - Idź precz, pokrako. Nikt cię tu nie chce, zabawę psujesz. Widzicie, jak odstrojona? Męża szukasz?
Łzy zakręciły jej się w oczach. I choć wiedziała, że przed wyśmiewaniem nie ucieknie, chciała. Pewnie by to zrobiła, gdyby ktoś jej wpół nie chwycił.
- Jeśli szukała, to znalazła - krzyknął ktoś w stronę Józi. Mocne ramiona złapały Marysię i zakręciły nią wkoło.
Tamtej mina zrzedła, więc natychmiast się odwróciła.
- Po coś to zrobił? Teraz ona nie da mi spokoju.
- Jak ci będzie dokuczała, to powiedz. Już ja jej dam.
- I co zrobisz? Buzię zasznurujesz? - Nie bacząc na tańczących, Marysia zatrzymała się i gwałtownie wyrwała z ramion swego obrońcy. - Tyle lat jej złość znoszę, żem przywykła. Nie potrzebuję niczyjej pomocy ani litości! - krzyknęła i pobiegła przed siebie, nie zatrzymując się, choć wołał.
Ukryła się na stryszku nad oborą i płakała aż do wieczora. Po zachodzie słońca, gdy się ściemniało, wróciła do chałupy.
- Jakże wesele? - zapytał ojciec.
- Dobrze, tatku.
- Tańcowałaś choć trochę?
- Trochę.
- Z kim?
- Z Władziem Słotnickim.
- Z Władziem? Ho, ho! I jakiż on? Miły?
- Miły.
- Mówią we wsi, że on taki serdeczny. Prawda to?
- Prawda.
Tchu nabrał, jakby coś jeszcze chciał powiedzieć.
- Dobranoc, tatku.
- Zmęczonaś?
- Trochę.
- No to dobranoc.
Słyszała, jak tatko przekręca się na drugi bok, a jego równy oddech zamienia się w ciche pochrapywanie. Usiadła na brzeżku swojego łóżka i skubała mankiet bluzki. Jutro przylezie Kędziorowa i powie ojcu prawdę, a on będzie patrzył na Marysię z takim dziwnym smutkiem. Czemu nie możesz być, córuś, taka jak inne dziewczęta? Takie pytanie będzie można wyczytać z jego oczu. Cóż ja robię nie tak? Gdyby twoja matka żyła... Gdyby żyła... Ojciec miał żal do mamy, że ich zostawiła, ale też do Marysi, bo same z nią kłopoty.
Co ja bym zrobiła, tatku, żeby ci kłopotów nie sprawiać, żebym to, co przychodzi mi z takim trudem - wyjście między ludzi, rozmowy, żarty - robiła z łatwością, żeby o mnie Kędziorowa nie gadała, żeby się ludzie nie zastanawiali, co ze mną będzie.
Rozwiązała tasiemki aksamitnego gorsetu, ozdobionego kwiatami z paciorków i wstążek, zdjęła korale i tę piękną bluzkę, na koniec przewiesiła przez oparcie krzesła wielobarwną spódnicę. Szkoda, że tej goryczy, co tak w gardle dławi, nie da się odłożyć na bok.
Zasnęła późno, zmęczona nie pracą, nie zabawą, ale własnymi myślami.
Gdy otworzyła oczy, było już całkiem jasno. Świnie darły ryje na całe podwórko. Te to umieją walczyć o swoje. Najpierw kwik, a gdy to nic nie daje, potrafią zagródkę rozwalić. Nie było na co czekać, Marysia zerwała się z łóżka. Spojrzała na odświętne ubrania. A niech tam świnie kwiczą na całą wieś, odłoży to wszystko do kufra, jak należy.
Ubrała się szybko, wybiegła na podwórze i stanęła zdziwiona. Przed wejściem do chlewika z płachtą pokrzywy stał nie kto inny, a Władzio Słotnicki. W pierwszej chwili pomyślała, że przyszedł wymówki robić, bo nakrzyczała na niego przy wszystkich. Opuściła głowę, by nie mógł z twarzy wyczytać, jak bardzo Marysi wstyd. Gdyby mogła, czmychnęłaby do izby.
Chłopak usta otworzył, nim jednak słowo zdążył przemówić, maciorka rozdarła się na całe podwórze.
- Cokolwiek masz mi do powiedzenia, musi poczekać - odważyła się powiedzieć Marysia. Chwyciła za wiadro z pomyjami i ruszyła do chlewika.
Władzio najpierw jej to wiadro wyrwał, a dopiero potem powiedział: "Daj, pomogę".
- Przecież to nie ciężkie. - Z zawstydzenia głos jej przycichł i nie wiadomo, czy plecy, do których wypowiedziała te słowa, cokolwiek usłyszały. Podreptała za nim.
Przed chlewikiem zatrzymał się tak gwałtownie, że omal na niego nie wpadła.
- Co tu domieszać? - zapytał.
- Ja... ja sama.
No tego, żeby obcy chłop obrządki robił, to jeszcze świat nie widział. Niechby się Kędziorowa dowiedziała. Wiedziałyby nie tylko całe Hińkowce, ale i Tłuste, Zaleszczyki, Kołomyja, a może nawet do Lwowa zaleciałaby ta plotka na pośmiewisko ludzkie.
Marysia odebrała wiadro, weszła do komórki przy oborze, gdzie stała sieczkarnia i sagan do parowania kartofli. Nasypała do pomyj pokrzywy, której ojciec narżnął jeszcze w sobotę, trochę parowanych kartofli i otrąb. Wymieszała wszystko zamaszystym ruchem i pobiegła do chlewika. Władzio kroczył za nią krok w krok.
- Teraz po wodę muszę.
- To ja z tobą.
- Tak cały dzień będziesz za mną łaził? - zapytała ze złością. Nie na niego była zła, nie wadził jej, tylko bała się długiego jęzora Fredki.
On jakby tej złości nie słyszał, uśmiechnął się serdecznie, a od tego uśmiechu twarz mu pojaśniała i wyglądał, jakby był złoty i ciepły.
- Jak pozwolisz, to ja za tobą do końca życia chodził będę.
- Co to znaczy?
- Maryś, przecież ty wiesz, co to znaczy.
Zrobiło jej się gorąco i zimno jednocześnie. Dziwne, bo jakby jej ciało pojęło, co powiedział, a umysł nie.
- Kto zobaczy, że mi pomagasz, powie Kędziorowej, a ta plot narobi. O mnie i tak już gadają.
- Fredka ma jęzor taki, że można by nim Hińkowce trzy razy dookoła obwiązać, a to niemała wieś.
Marysia się roześmiała.
- Nie przejmuj się ludzkim gadaniem. O wszystkich gadają.
- O tobie niczego nie słyszałam.
- To i dobrze, bo gdybyś słyszała, co Fredka o mnie wygaduje, tobyś na mój widok kłonicę złapała i tłukłabyś mnie po łbie jak po snopie pszenicznym.
- Czemu?
- A temu, że zdaniem Fredki jestem łapserdak, łajdak i drań, co pannom w głowach zawraca. Widzisz, ledwom to powiedział, a krok do tyłu robisz. Maryś, czy ja ci wyglądam na takiego, co za pannami lata?
Nic nie odpowiedziała. Póki co na żadnego jej nie wyglądał, bo nie miała okazji dobrze mu się przyjrzeć. Nadrabiała to teraz, patrząc prosto we Władziowe oczy, trochę zielonkawe, a trochę złociste. Ładne te oczy, szczere. I twarz ładna, miła, serdeczna. Tylko nos krzywy.
- Na łyżwach upadłem, dlatego taki krzywy.
- Przecież nie pytałam.
- Tak patrzyłaś, jakby cię ciekawiło.
- Bo może ciekawiło. - I nawet ośmieliła się uśmiechnąć.
On też się uśmiechnął, a potem spoważniał.
- Nie potom przyszedł, żeby o moim krzywym kinolu gadać.
W jednej chwili radość zastąpił strach. Niby miły, niby serdeczny, ale wymówkę zrobi, pomyślała. I zła była na siebie, za własną naiwność, bo tak prędko go polubiła. I na niego, bo... Bo wszystko.
- Jakeś wczoraj poszła, to głupio mi się zrobiło.
- Żem cię zostawiła?
- Nie, ciebie nie winię. Sam głupek jestem, bom się wtrącił, nic nie wiedząc ani o tobie, ani o Józce... Popytałem trochę. Nie miej mi za złe. Ciekawym był. No i serce mi kazało. Nie może tak być, żeby tamta ci dokuczała.
- Jużem ci mówiła, nie mieszaj się.
- Kiedym ja się już całkiem wmieszał.
- Przecie to nie twoja sprawa.
- Kiedy ja bym chciał, żeby była moja. I żebyś ty była... - Głos mu zadrżał, jakby ze wzruszenia.
Marysię też ogarnęło wzruszenie, takie jak wtedy, gdy kto na wieczórkach wiersz na głos czytał.
- Jaka żebym była? - zapytała, choć znała odpowiedź.
Za wszelką cenę chciała przedłużyć tę chwilę i to dziwne serca kołatanie, gdy Władzio tak na nią patrzył jak jeszcze nikt przed nim.
- No moja.
Jakże ja mam być twoja? Przecież ja jestem swoja własna, chciała powiedzieć, ale już wiedziała, że to nieprawda. To spojrzenie sprawiało, że jakaś jej cząstka poszła do niego, a za nią natychmiast chciały iść inne. Jak je zatrzymać? Co robić?
- Głupoty gadasz, w robocie mi przeszkadzasz. Idźże już sobie. - Zła była, ale nie na niego, tylko na siebie. Od razu pożałowała tych słów. Niestety, tego, co się powie, żadną miarą cofnąć się nie da.
A on stał i patrzył na nią. Jego oczy zrobiły się jak łąka po deszczu.
Nie da się słów cofnąć.
- Ja wcale nie jestem na ciebie zła. Tylko ja sama nie wiem... Tera idź. Tylko wróć.
Na szczęście są inne słowa, którymi można złagodzić te wcześniejsze. Władzio się rozpromienił.
- Po robocie przyjdę.
Patrzyła za nim, a on tak szedł, jakby tańczył.
CIĄG DALSZY DOSTĘPNY W PEŁNEJ WERSJI