JAK ĆMA DO OGNIA
Kiedy wróciła do domu, było już ciemno. Trzęsącymi się dłońmi zapaliła światło i ze złością zrzuciła z nóg przemoczone buty. Ociekający wodą parasol cisnęła w kąt przedpokoju. Miała ochotę udusić tego pismaka gołymi rękami.
"Kto dał mu prawo grzebać w moich brudach?".
Nie ściągając płaszcza, ruszyła w stronę barku i wyciągnęła nienaruszoną od ponad roku butelkę whisky. Zawahała się na moment. Nie powinna. Wiedziała, że dla niej może się to zakończyć jak skok wprost do króliczej nory, bez możliwości powrotu.
Ale musiała się napić. Dłoń zadrżała jej nieznacznie. Ten dzień był zdecydowanie za ciężki na to, aby zakończyć go herbatą z imbirem. Odkorkowała butelkę i nalała od razu podwójną porcję. Nie było sensu się oszukiwać. I tak wróciłaby po dokładkę.
Nie zapalając światła, przeszła do salonu i rzuciła się na kanapę, nie zważając na to, że zmoczy drogie obicie. I tak nie ona wybierała te meble, tylko za nie płaciła. Powoli sączyła whisky, niewidzącym wzrokiem wpatrując się w półmrok salonu.
Kiedy poczuła wreszcie rozchodzące się po całym ciele, kojące ciepło, ból nieco ustąpił, a obraz rozmazał, ale to pewnie przez światła ulicznych lamp, których mdły blask kładł się półcieniem na podłodze.
Wymacała ręką słuchawkę telefonu, który stał obok. Rano obiecała oddzwonić do swojego agenta. Ten moment był dobry jak każdy inny.
Wybrała numer i czekała na połączenie. Dźwięk w słuchawce odzywał się echem w jej głowie, jakby szydząc z jej samotności.
"Jedyną osobą, do której mogę zadzwonić, która w ogóle odbierze, jest Nathaniel. Reszta ma mnie za Królową Lodu, która nikogo nie potrzebuje. Boże, gdyby tylko wiedzieli..."
Mokra od potu dłoń ślizgała się po słuchawce. Przycisnęła ją mocniej do ucha. Jej chłód podziałał kojąco na rozpalony teraz policzek. Oddech miała przesiąknięty wypalonymi w restauracji papierosami i dopiero co wypitym alkoholem. Poczuła obrzydzenie do samej siebie.
"Jesteś słaba". Dawno zapomniane słowa odbiły się echem w jej głowie. "Brzydzę się tobą".
Mocniej zacisnęła powieki, pod którymi zatańczyły kolorowe plamy. Nathaniel nadal nie odbierał.
Wreszcie na drugim końcu linii dał się słyszeć trzask i schrypnięty głos jej agenta.
- Halo?
- Nate, to ja. - Po drugiej stronie słuchawki zapadła cisza. - Nate, jesteś tam? To ja...
- Wiem, do cholery, z kim rozmawiam! Nie musisz mi przypominać! - wrzasnął jej do ucha, uciszając ją w sekundę. Przez chwilę słyszała tylko jego ciężkie sapanie w słuchawce. Rozsiadła się więc wygodniej, odchylając głowę na oparcie kanapy, i przymknęła oczy. Czekała. - Co się z tobą działo, co? - Westchnął wreszcie przeciągle, nieco się uspokajając. Po jego głosie słychać było, jak bardzo zmęczony jest stałym znoszeniem jej nastrojów.
Zawahała się na moment.
- Jak to co się ze mną działo? Dzień jak co dzień, poszłam po bułki i mleko, wypiłam kawę, poczytałam "Timesa"... A! No i nakarmiłam kota. - Wzruszyła ramionami, jakby przyjaciel mógł ją teraz zobaczyć. - Wiesz, typowe życie pisarki. - Zaśmiała się sztucznie. Paplała bez sensu, żeby tylko zapełnić czymś ciszę.
- Czy ty już do reszty oszalałaś?! - zachrypiał Nate. - Mam na myśli, co się działo z tobą przez ostatni tydzień, kiedy nie dawałaś znaku życia, a ja musiałem znosić dziennikarzy, którzy dzień i noc wystawali pod moim biurem. Miałaś do mnie zadzwonić, do cholery!
- Przecież rozmawialiśmy rano - wymamrotała, odpalając kolejnego papierosa, którego znalazła między poduszkami. - Obiecałam, że zadzwonię, i dzwonię!
- Tydzień temu rano! - wykrzyknął jej prosto do ucha, aż się skrzywiła. Odsunęła słuchawkę od twarzy, kiedy Nate zaczął swój monolog o kompletnym braku odpowiedzialności, zachowaniu nawiedzonej pisarki i rzucał złowróżbne groźby, że w końcu odejdzie i zajmie się kimś innym. Znała to na pamięć.
- ...zostawię cię z tym kotem i zajmę się kimś innym! - wrzasnął.
Czekała, aż się uspokoi i skończy.
- Po raz ostatni pytam - zaczął po chwili, teraz lodowato spokojnym głosem. - Co się z tobą działo przez ostatnie siedem dni? - wycedził.
- Nie wiem - odparła niemal bezgłośnie, obgryzając kciuk. Wbiła wzrok w dywan, bokiem ust wydmuchując dym z papierosa.
- Jak to nie wiesz?! Nie wiesz, co robiłaś przez calutki tydzień?!
Nie wiedziała. Naprawdę nie wiedziała. Była pewna, że rozmawiała z Nate'em dzisiaj rano, a okazało się, że minął tydzień. Całe siedem dni, których kompletnie nie pamiętała. Głowa zaczęła jej pulsować natrętnie z bólu. W pamięci ziała jedna wielka dziura. Mocniej przycisnęła do ucha słuchawkę, przełykając żółć podchodzącą jej do gardła. Była zmęczona. Tak strasznie zmęczona.
- Posłuchaj - zaczął nieco łagodniej Nathaniel. - Ja doskonale wiem, przez co teraz przechodzisz...
- Gówno wiesz - przerwała mu ostro.
Nate westchnął przeciągle.
- Zrozum, tak się w życiu nie dogadamy. Jesteś zła i rozżalona, że twoja najważniejsza książka się nie spodobała. Rozumiem to, naprawdę. Ale bądźże rozsądna, tak bywa. Jednego dnia jesteś na szczycie bestsellerów, drugiego lądujesz na półce z książkami za dolara! - Urwał na chwilę. - Cierpliwości, zobaczysz, że za parę lat ją docenią.
Nic nie rozumiał. Nie chodziło o zdobycie szturmem serc całego świata. Tak działo się w przypadku wszystkich pozostałych jej książek. Z czasem zresztą, w jej mniemaniu, coraz gorszych. Od paru dobrych lat jechała jedynie na opinii, jako "powiew świeżości" i autorka będąca "głosem amerykańskiego straconego pokolenia", jak to swego czasu napisał Hemingway.
Nie chciała uwielbienia, niekończących się kolejek po autograf ani Nobla. Chciała zrozumienia. Pragnęła, aby ktoś wreszcie dostrzegł, co skrywa się pod literkami, którymi pokrywała papier.
Nie po to stukała jak opętana w maszynę do pisania przez ostatni rok za dnia i płakała w poduszkę w nocy. Ziarno niezgody było jej niemym wołaniem o akceptację i pomoc, a oni wszyscy wytarli w nie buty i rzucili jej w twarz. Wyobrażała sobie tych nadętych krytyków, którzy aż się ślinili, żeby wreszcie wbić szpilę "tej nadętej Robinson", jak przebierali palcami, nie mogąc się doczekać słownego ukamienowania powieści.
Odpłynęła. Jakby zza ściany dochodził do niej dalszy, stłumiony potok słów Nate'a.
- ...jutro o ósmej rano w moim biurze!
- Nie mogę - powiedziała cicho, ale jej nie usłyszał. Gardło miała ściśnięte. Odchrząknęła.- Nie mogę! - Podniosła głos. Po drugiej stronie zapadła cisza.
- Co takiego?
Mocniej zacisnęła dłoń na słuchawce.
- Nie mogę do ciebie jutro przyjść. - Jej głos brzmiał głucho, obco, jakby nie należał do niej.
- A to dlaczego, kochana pani Robinson? - spytał głosem słodkim jak miód. Oczami wyobraźni widziała, jak zgrzyta zębami ze złości i nerwowo zaciąga się papierosem.
- Bo wyjeżdżam. Na urlop.
- Coś ty powiedziała?! Wyjeżdżasz? - zapiszczał Nathaniel. - Teraz?! Chyba żartujesz! Niby dokąd?
- Do Anglii. - Słowa wydostały się z jej ust niepostrzeżenie. Miała ochotę schwycić je i wcisnąć z powrotem do zdradzieckiego gardła, ale było już za późno. Stało się.
- Do Anglii?! A co ty masz wspólnego akurat z Anglią?!
- Wychowałam się tam.
Nate zapomniał o tym drobnym szczególe.
- I kiedy zamierzasz wrócić? - zapytał zrezygnowanym tonem.
- Nie wiem - powiedziała cicho i spokojnie odłożyła słuchawkę na widełki.
*
Obudziły ją pierwsze od dłuższego czasu promienie słońca, które wpadały przez okna, kładąc się półuśmiechami na pościeli i dywanie. Ze zdumieniem spojrzała w niebo. Po ołowianym, ciężkim płaszczu chmur nie było śladu. Zdawało się wręcz, że słońce swoim blaskiem i niespotykanym jak na tę porę roku przygrzewaniem aprobuje jej decyzję o wyjeździe, nieśmiało dodając jej odwagi.
Zerwała się z łóżka, zrzucając drzemiącego jej na nogach Vincenta, który oburzonym miauknięciem dał znać o wielkiej impertynencji, jaką z pewnością w jego mniemaniu się wykazała.
- Czasem naprawdę zachowujesz się jak nadęty staruch - mruknęła zaspana i podrapała persa za uchem, po czym na wpół oślepiona blaskiem słońca, które nadal atakowało ją z każdej strony, poczłapała do kuchni. W pustym mieszkaniu cisza aż dzwoniła jej w uszach.
Kiedy parę minut później pospiesznie popijała kawę, parząc sobie przy tym język i rzucając przekleństwami, na dźwięk których dyrektorka jej dawnej szkoły z pewnością dostałaby palpitacji serca, zdała sobie sprawę, że jej wyjazd do Anglii przestał być jedynie kiepskim wykrętem od rozmowy z Nate'em, a stał się niezaprzeczalnym faktem. Bilet czekał już na nią do odbioru w kasie lotniska. Zdążyła go wczoraj zarezerwować w ostatniej chwili.
Poprzedniego dnia, rozmawiając z tym przeklętym pismakiem, zjeżyła się na wzmiankę o Anglii jak Vincent na widok dobermana z mieszkania naprzeciwko, ale kiedy Nate skrzeczał jej do ucha o kontraktach i zobowiązaniach, spotkaniach i wywiadach, o umowach, z których musiała się wywiązać, poczuła, że już nadszedł czas, że zbyt długo z tym zwlekała.
To było ostatnie miejsce, które chciała widzieć, ale równocześnie jedyne, o którym przez tyle lat nie potrafiła zapomnieć, nieważne jak bardzo się starała. Zapach róż wżarł się jej pod skórę i pozostał tam już na zawsze, nawet jeśli go nienawidziła. Nawet jeśli kiedyś miała ochotę spalić tamten dom na wzgórzu i zgliszcza posypać solą, żeby żaden krzew nigdy więcej nie odrósł.
Duszkiem dopiła resztkę kawy, założyła płaszcz i wepchnęła do przenośnej klatki głośno protestującego Vincenta. Kiedy zamknęła za nim okratowane drzwiczki, spojrzał na nią z wyrzutem.
- Tak, tak, wiem. Nie podoba ci się to. Ale zobaczysz, Vin, niedługo będziesz sobie hasał po ogromnym zielonym wzgórzu i łapał polne myszki - zaświergotała do niego przymilnie, ale kot tylko łypnął na nią złowrogo, więc wzruszyła ramionami i chwyciła lekką walizkę, spakowaną poprzedniego wieczora.
Uzbrojona w bagaż i kota, który nie przestawał wściekle miauczeć, wyszła z mieszkania, zanim straciła odwagę.
*
Siedząc już w samolocie, zaczęła panikować. Dopiero wtedy dotarła do niej powaga całej sytuacji. Nie wiedziała, co zastanie na miejscu, jak zachowa się na jej widok matka, której nie widziała od ponad czterdziestu lat.
Jeszcze wczoraj o tej porze przez myśl by jej to nie przeszło, a teraz proszę - siedziała zamknięta w metalowej puszce tysiące metrów nad ziemią i zmierzała w kierunku wysp skrywających za mgłą najgorsze koszmary jej dzieciństwa, które przez lata sprytnie spychała na dno swojej podświadomości, udając, że nic z tego nigdy się nie wydarzyło.
Odkąd wyjechała jeszcze jako mała dziewczynka, nigdy już nie obejrzała się za siebie, odcięła się od poprzedniego życia. Od krzywych spojrzeń ludzi, którzy, kiedy ich mijała, pokazywali ją sobie palcami. Od ochrypłego śmiechu matki, który w ciągu kilku sekund mógł zmienić się w bezkresną, lodową furię. Od dźwięku klawiszy maszyny do pisania ojca, które pewnego dnia umilkły na zawsze.
Od tego, co szeptano za jej plecami, kiedy szła po mleko.
"Morderczyni".
Odcięła się od tamtej przeszłości, ale ta nie odpuszczała. Ścigała ją przez lata, chwytała za gardło i nie puszczała, dopóki nie wycisnęła z jej oczu łez albo przenikliwego wrzasku, który odbijał się echem od ścian. Swoimi zakrzywionymi pazurami potrafiła dosięgnąć jej wszędzie - w ulubionej kawiarni nad croissantem i filiżanką kawy, w metrze, podczas spaceru w Central Parku, kiedy słyszała śmiech dziecka, beztroski i lekki jak obłoczek, dla niej będący czymś zakazanym.
Oddech gwałtownie jej przyspieszył, kiedy zdała sobie sprawę z tego, co robi. Przecież to było idiotyczne. Całkiem postradała rozum. Z całej siły zacisnęła palce na pasie bezpieczeństwa przyciskającym ją do fotela i głośno wypuściła powietrze, starając się uspokoić walące jej w piersi serce.
- Przepraszam, dobrze się pani czuje? Wszystko w porządku?
Lekko rozchyliła powieki. Młoda stewardessa pochylała się nad nią z troską.
- Tak, w najlepszym. Dziękuję - odparła ochrypłym szeptem, wbijając paznokcie w dłonie, i głośno przełknęła ślinę. Sapała i pociła się jak lokomotywa.
- Czy aby na pewno? Może podam pani szklankę wody?
Pokręciła przecząco głową i szamocząc się z pasem, gwałtownie poderwała się z fotela.
- Muszę tylko... - Wskazała w stronę toalety. Oczy dziewczyny dopiero teraz rozbłysły zrozumieniem.
- Och, to pani! Czytałam... - zaczęła podekscytowana dziewczyna, ale niemal natychmiast umilkła, widząc jej wzrok, i zażenowana spuściła powieki, przepuszczając ją w przejściu. - Przepraszam - bąknęła tylko.
W toalecie ochlapała twarz zimną wodą, chociaż miała ochotę włożyć pod kran całą głowę. Spojrzała w lustro. W odbiciu zobaczyła obcą sobie kobietę. Patrzyły na nią oczy zmęczonej życiem, zgorzkniałej staruszki, a miała przecież dopiero pięćdziesiąt cztery lata, na miłość boską!
Matka miała rację przynajmniej w jednej kwestii. Była słaba. Żałośnie wręcz słaba. Dostawała spazmów na myśl o postawieniu stopy w Anglii, dusiła się na samo wspomnienie zimnych poranków i jeszcze zimniejszych wieczorów. Tej mgły, która nieraz przesłaniała widok na całe miasteczko w dole, sprawiając wrażenie, że zostali całkiem sami na świecie, a jedynym świadkiem tego, co mogło się wydarzyć, będzie przycupnięty nieopodal las.
"Musisz się wziąć w garść, do cholery" - spojrzała swojemu odbiciu prosto w oczy. "Już dawno nie masz pięciu lat, żeby krzyczeć, kiedy ktoś niespodziewanie zgasi światło".
Ale tak było. Zawsze spała z zapaloną małą lampką na nocnym stoliku i z rozsuniętymi zasłonami. Kiedy inni narzekali na niepozwalające im w nocy zmrużyć oka światła miasta, ona w duchu dziękowała za nie Bogu. Obsesyjnie gromadziła w domu świeczki i zapałki, na wypadek gdyby wysiadł prąd. Nigdy nie powtórzyła błędu sprzed dwóch lat, kiedy w jej dzielnicy była awaria, a ona nie miała w domu ani jednej świecy. Dostała wtedy tak silnego ataku paniki, że rzucając się po mieszkaniu jak dzikie zwierzę, wreszcie upadła na dywan w sypialni i zemdlała. Rano znalazł ją, skuloną na podłodze, trzęsącą się ze strachu, Nate, mający zapasowe klucze do jej mieszkania, które wymusił na niej po tym, jak pewnego dnia przez przypadek połknęła zbyt wiele Valium, o czym zresztą nigdy później już nie rozmawiali.
Wreszcie wróciła na swoje miejsce i do końca lotu siedziała już nieruchomo jak sfinks.
Wychodząc z samolotu, minęła uczynną stewardessę, która dyskretnie ją obserwowała i zasłaniając usta dłonią, szeptała coś do swojej koleżanki, niskiej brunetki.
Odwróciła się do nich na pięcie.
- Która z nich jest waszą ulubioną?
- Słu... Słucham? - wymamrotała dziewczyna i spojrzała z konsternacją na swoją koleżankę.
- Która z moich książek jest waszą ulubioną? - powtórzyła, zgrzytając zębami z frustracji. Za nią zaczęła tłoczyć się kolejka ludzi, którzy wykręcali szyje i nadstawiali uszu, dostrzegając zamieszanie.
- Nie wiem. Chyba...
Popatrzyła na nią wyczekująco.
- Chyba Przekleństwo ciszy.
No tak. Jakżeby inaczej. Tamta książka nigdy nie zostawi jej w spokoju, nie pozwoli zapomnieć o tym, co się wtedy wydarzyło. Wskazała brodą brunetkę.
- A twoja?
Dziewczyna przestąpiła nerwowo z nogi na nogę.
- Myślę, że Gwiaździsta noc. Pamiętam, że miała uroczą okładkę.
Przewróciła z irytacji oczami i przyjrzała się im uważniej.
- A czytałyście już Ziarno niezgody?
- Tak, ale... - Stewardessa zawahała się na moment.
- Ale?
- Szczerze mówiąc... - zaczęła raz jeszcze, z nerwów wykręcając palce z doskonałym manicurem. - Jest...
- Jaka? - spytała z lodowatym spokojem.
- Nieco dziwna. Nie ma tak naprawdę konkretnej fabuły i...
- Dość. - Uniosła dłoń i dziewczyna momentalnie umilkła, jak popsute radio. - Tyle mi wystarczy.
Nasunęła na nos ogromne, przeciwsłoneczne okulary, chociaż wątpiła, żeby były jej potrzebne w tym przeklętym kraju, w którym nigdy nie przestawało padać i odwróciła się do nich plecami.
- Miłego dnia, dziewczęta - rzuciła przez ramię i ruszyła ku wyjściu z samolotu.
Nad Anglią zebrały się szare, pękate chmury, które nieprzerwanie przetaczały się po niebie, wypluwając z siebie kolejne strugi zimnego deszczu. Zerwał się silny wiatr. Powoli wypuściła drżący oddech, mrużąc oczy. Typowe.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki