Ziarno granatu. Mitologia według kobiet - Praca zbiorowa

Kup ebooka

39.99 zł
35.99 zł (23,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 
ZIARNO GRANATU NAPISAŁY
KATARZYNA BONI(ur. 1982)

Pisarka, reporterka. Razem z Wojciechem Tochmanem napisała Kontener - reportaż pokazujący losy syryjskich uchodźców wojennych w Jordanii. Autorka książek Ganbare! Warsztaty umierania oraz Auroville. Miasto z marzeń. Niedawno wydała bajkę dla dzieci Ośmiornica Zośka.

W swojej pracy zajmuje się tematem żałoby, traumy, odbudowy, nowych początków, relacji międzyludzkich i międzygatunkowych, a także kryzysu klimatycznego i kryzysu bioróżnorodności. Prowadzi warsztaty umierania.

W 2017 roku została uhonorowana Nagrodą Literacką dla Autorki "Gryfia", a w 2021 Grand Press za tekst o żałobie w czasie pandemii COVID-19 napisany dla "Dwutygodnika".

ELŻBIETA CHEREZIŃSKA(ur. 1972)

Pisarka, autorka bestsellerowych powieści historycznych, m.in. cykli Odrodzone Królestwo, Harda/Królowa, Północna droga. Wydała też: Grę w kości, Turniej cieni, Legion, a także Z jednej strony, z drugiej strony - biografię byłego ambasadora Izraela w Polsce Szewacha Weissa - oraz Byłam sekretarką Rumkowskiego. Dzienniki Etki Daum. Absolwentka Wydziału Wiedzy o Teatrze Akademii Teatralnej w Warszawie. Mieszka w Kołobrzegu.

JULIA FIEDORCZUK(ur. 1975)

Pisarka, poetka, tłumaczka i wykładowczyni literatury amerykańskiej. Opublikowała sześć książek poetyckich, z których ostatnia, Psalmy, otrzymała Nagrodę im. Wisławy Szymborskiej (2018). Wydała także zbiory opowiadań (ostatnio - Bliskie kraje, 2016) i powieści (m.in. Pod słońcem, 2020). Jej utwory zostały przetłumaczone na ponad dwadzieścia języków (w tym walijski i japoński). Wraz z reporterem Filipem Springerem stworzyła działającą przy Instytucie Reportażu Szkołę Ekopoetyki.

AGNIESZKA JELONEK(ur. 1976)

Pisarka, scenarzystka, blogerka i dziennikarka. Publikowała reportaże i wywiady, często dotyczące twórczości kobiet. Prowadziła blog tylkospokojnie.com. Zajmuje się pisaniem seriali telewizyjnych. W 2015 roku za zbiór opowiadań Babidło otrzymała pierwszą nagrodę w Konkursie Literackim im. Henryka Berezy. Za książkę Koniec świata, umyj okna dostała Nagrodę Literacką Miasta Radomia oraz nominacje do Nagrody Literackiej "Gdynia" i Odkryć Empiku. Ostatnio ukazała się jej powieść Trzeba być cicho.

RENATA LIS(ur. 1970)

Pisarka i tłumaczka, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim oraz Szkoły Nauk Społecznych przy Instytucie Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, uczennica Marii Janion. Autorka książek biograficzno-eseistycznych Ręka Flauberta (2011), W lodach Prowansji. Bunin na wygnaniu (2015) oraz Lesbos (2017). Finalistka Nagrody Literackiej "Nike", Nagrody Literackiej "Gdynia" oraz Nagrody Literackiej dla Autorki "Gryfia". Tłumaczyła m.in. utwory Anne Carson, Gustawa Flauberta, Jeana Baudrillarda, Iwana Bunina, Wasilija Rozanowa, Leonida Bieżyna i Siergieja Kozłowa.

WERONIKA MUREK(ur. 1989)

Prozaiczka i dramatopisarka, absolwentka Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego. Za debiutancką książkę Uprawa roślin południowych metodą Miczurina nominowana w 2015 roku do Paszportu "Polityki" w kategorii literatura, a w 2016 do Nagrody Literackiej "Nike" oraz Nagrody Literackiej "Gdynia". W 2016 roku otrzymała za tę książkę Nagrodę Literacką im. Witolda Gombrowicza. Bardzo wcześnie została doceniona także jej twórczość teatralna. W 2015 roku za sztukę Feinweinblein zdobyła Gdyńską Nagrodę Dramaturgiczną, a cztery lata później za zbiór dramatów pod tym samym tytułem była ponownie nominowana do Paszportu "Polityki".

GRAŻYNA PLEBANEK(ur. 1967)

Pisarka, publicystka, autorka scenariuszy filmowych i sztuk teatralnych. Ukończyła polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim, była dziennikarką agencji Reuters i "Gazety Wyborczej". Zadebiutowała w 2002 roku powieścią Pudełko ze szpilkami nagrodzoną w konkursie wydawnictwa Zysk i S-ka. Wydała m.in. powieści: Dziewczyny z Portofino (2005), Przystupa (2007), Bokserka (2014), Pani Furia (2016), i książki non-fiction: Córki rozbójniczki (2013), Słowa na szczęście i inne nienazwane stany duszy (2019) i Bruksela. Zwierzęcość w mieście (2021). Jej teksty ukazują się po polsku, francusku, angielsku, niderlandzku.

Stała felietonistka "Polityki" i "Wysokich Obcasów Extra". Prowadzi podcast Anty-romantika we współpracy z Fundacją Tygodnika Powszechnego.

Warszawianka, przez pięć lat mieszkała w Szwecji, w 2005 roku przeniosła się do Brukseli.

JOANNA RUDNIAŃSKA(ur. 1948)

Pisarka, z wykształcenia matematyczka, pisze opowiadania i powieści dla dorosłych i dla dzieci. Jej książki dla dzieci były wielokroć nominowane i nagradzane, w tym Międzynarodową Nagrodą im. Janusza Korczaka oraz Nagrodą Polskiej Sekcji IBBY. Autorka dystopijnej powieści Miejsca (1998) oraz powieści Kotka Brygidy (2007, 2018). W 2019 roku wydała dwie głośne książki: powieść Sny o Hiroszimie oraz zbiór opowiadań RuRu. W 2021 roku została laureatką 14. Nagrody Literackiej m.st. Warszawy i otrzymała tytuł "Warszawskiej twórczyni".

ZYTA RUDZKA(ur. 1964)

Pisarka, dramatopisarka, psycholożka. Autorka sztuk teatralnych wyróżnionych m.in. Gdyńską Nagrodą Dramaturgiczną (2011) oraz Gold Remi na WorldFest-Houston International Film Festival (2016). W 2019 roku otrzymała Nagrodę Literacką "Gdynia" za książkę Krótka wymiana ognia. Powieść znalazła się również w finale Nagrody Literackiej "Nike" (2019) oraz została uznana za jedną z dziesięciu najlepszych polskich powieści dekady według tygodnika "Polityka". W 2020 roku za tryptyk powieściowy Ślicznotka doktora Josefa, Krótka wymiana ognia i Tkanki miękkie otrzymała Nagrodę "Odry", a w 2021 Nagrodę Literacką m.st. Warszawy oraz Nagrodę Literacką dla Autorki "Gryfia" za powieść Tkanki miękkie.

BARBARA SADURSKA(ur. 1974)

Pisarka, prawniczka, specjalistka prawa autorskiego. Debiutowała zbiorem opowiadań Mapa, za który otrzymała Nagrodę im. Witolda Gombrowicza. Pisze opowiadania. Prowadzi warsztaty pisania prozy na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jesienią 2023 roku w wydawnictwie Agora ukaże się jej Opowieść o srebrnym smoku, powieść dla dzieci.

DOMINIKA SŁOWIK(ur. 1988)

Pisarka, laureatka Paszportu "Polityki" (2019) za powieść Zimowla, finalistka Nagrody Literackiej "Gdynia" za debiut Atlas: Doppelganger. Ukończyła filologię hiszpańską. Mieszka w Krakowie z kotami Gustawem i Lucjanem. Ostatnio ukazał się tom jej opowiadań Samosiejki.

ALEKSANDRA ZBROJA(ur. 1986)

Historyczka sztuki bez muzealnego happy endu, autorka książek, reportaży, słuchowisk. Od lat związana z "Dużym Formatem", dla którego prowadzi spotkania autorskie z reporterami. W 2019 roku ukazała się jej napisana wspólnie z Agnieszką Pajączkowską książka reporterska A co wyście myślały? Spotkania z kobietami z mazowieckich wsi. Dwa lata później wydała autobiograficzną opowieść Mireczek. Patoopowieść o moim ojcu, która została Odkryciem Empiku 2021. Skręca w stronę fikcji.

ALEKSANDRA ZIELIŃSKA(ur. 1989)

Pisarka, dramatopisarka, scenarzystka. Autorka trzech powieści (Przypadek Alicji, Bura i szał, Sorge) oraz zbioru opowiadań (Kijanki i kretowiska). Nominowana do Nagrody Literackiej "Gdynia", Nagrody Conrada, Nagrody im. Witolda Gombrowicza. Laureatka stypendium Młoda Polska i stypendium miasta Krakowa w kategoriach proza i teatr. Jej dramaty były wystawiane m.in. w Narodowym Starym Teatrze im. H. Modrzejewskiej w Krakowie, Teatrze Lalki i Aktora w Wałbrzychu, Teatrze Baj. Publikowała w "Miesięczniku Znak", "Twórczości", "Piśmie", "Dialogu" i innych. Autorka scenariuszy do filmów fabularnych oraz słuchowisk (Przeminęło, Kruk).

 
 
BOHATERKI ZIARNA GRANATU(WERSJE TRADYCYJNE)
ARTEMIDApani dzikich stworzeń

Córka Leto (w niektórych wersjach mitu jej matką jest Demeter) oraz Zeusa. Bliźniacza siostra Apollina. Rodzeństwo urodziło się na Delos, gdzie dotarła ścigana przez zazdrość Hery Leto. Artemida jako pierwsza wyszła z łona matki i natychmiast pomogła przyjść na świat bratu. Uzbrojona w łuk i strzały sprowadza na ludzi nagłą śmierć (ale potrafi też leczyć). Przypisywano jej mściwość - to za jej sprawą zabiła córki Niobe, gdy ta znieważyła jej matkę. Wśród ofiar Artemidy było wielu myśliwych, którzy próbowali ją gwałcić, wśród nich znany z nieboskłonu Orion. Od towarzyszek ze swojego orszaku, podobnie jak od siebie, bezwzględnie wymagała zachowania dziewictwa. Gdy zobaczyła, że jedna z nich - Kallisto - jest w ciąży, zmieniła ją w niedźwiedzicę i poszczuła psami. Uratował ją Zeus (to on uwiódł nimfę), przenosząc na nieboskłon. Innym razem myśliwy Akteon podglądał ją w kąpieli. Za karę zmieniła go w jelenia i pozwoliła rozszarpać jego własnym psom.

Jeśli Apollo był często utożsamiany ze słońcem, Artemidę łączono z księżycem wędrującym nocą po leśnych ostępach. Jest patronką Amazonek.

DEMETERcórka Kronosa i Rei

Bogini o łagodnym usposobieniu (do czasu), opiekunka uprawnej ziemi, wegetacji i plonów. Sercem jej mitu jest obrosła w liczne epizody opowieść o wędrówkach w poszukiwaniu córki KORY/PERSEFONY (była owocem młodzieńczego, kazirodczego związku Demeter z jej bratem Zeusem). Dziewczyna została porwana przez swojego wuja, Hadesa. Rozpaczliwie poszukując córki, Demeter zbierała coraz więcej dowodów nie tylko na to, kto jest sprawcą uprowadzenia, ale też że w spisku uczestniczył sam Zeus. Rozgniewana bogini omijała więc Olimp i wędrowała po ziemi, nakazując drzewom, by przestały rodzić owoce, a glebie - by nie wydawała plonów. Ukryła się w Eleusis. W tym czasie zapanował głód, ludzkości groziła zagłada, a bogowie zostali pozbawieni należnych im ofiar. W tej sytuacji Zeus - wciąż unikając bezpośredniego spotkania z Demeter - wymusił na Hadesie oddanie jej córki. Władca podziemi zastrzegł jednak, że będzie to możliwe, jeśli Kora "nie skosztowała jeszcze strawy zmarłych". Niestety, Kora zjadła w podziemiach siedem ziarenek granatu, więc jej powrót na powierzchnię stał się niemożliwy. Pozostał kompromis: Kora trzy miesiące spędzać ma z wujem-mężem Hadesem jako królowa świata podziemnego (w tym czasie ziemia pozostanie bezpłodna), dziewięć zaś miesięcy z matką (czas wegetacji).

Mit o Demeter i Korze stał się rdzeniem odprawianych dwa razy do roku misteriów eleuzyńskich.

ECHOnimfa lasów i źródeł

Według jednej z wersji, odrzuciwszy miłość boga Pana, naraziła się na jego zemstę: bóg nasłał na nią pasterzy, którzy rozszarpali ją żywcem. W innej wersji Echo kocha się - ze zrozumiałych powodów - bez wzajemności w Narcyzie. W obydwu wariantach mitu nimfa znika, zostaje po niej tylko głos powtarzający ostatnie sylaby wypowiedziane przez leśnych wędrowców.

EURYDYKAdriada (nimfa drzew)

Żona Orfeusza, syna muzy Kaliope, króla Tracji, uczestnika wyprawy Argonautów i założyciela tajemnych orfickich kultów. Według Owidiusza została ukąszona przez węża, gdy uciekała przed zakochanym w niej Aristajosem. Orfeusz nie był w stanie znieść straty żony, więc wyruszył za nią do podziemi. Swoim żałobnym śpiewem poruszył bóstwa świata zmarłych, które zgodziły się oddać mu Eurydykę, jeśli tylko nie spojrzy na nią, nim wyjdą na światło słońca. Orfeusz nie okazał się dość cierpliwy - odwrócił się, a Eurydyka utknęła w krainie śmierci na zawsze.

Według niektórych podań była nawet nie tyle ofiarą, ile władczynią Hadesu, konkurując w tej roli z Persefoną.

EURYKLEJApiastunka Odyseusza

W Odysei to ona jako pierwsza rozpoznała przebranego za żebraka Odysa, kiedy wrócił do Itaki. Według innej wersji popełniła samobójstwo, gdy usłyszała pogłoskę, że jej podopieczny zginął pod Troją.

IFIGENIAcórka Agamemnona i Klitajmestry

Siostra Orestesa i Elektry. Nieobecna w Iliadzie, sławę przyniosły jej dwie tragedie Eurypidesa: Ifigenia w Aulidzie i Ifigenia w Taurydzie (tragedię pod tym samym tytułem napisał Goethe, a operę - Gluck).

Żeby przebłagać gniew Artemidy, która nie pozwalała odpłynąć greckiej flocie pod Troję, Agamemnon zgodził się złożyć Ifigenię w ofierze. Sprowadził córkę do Aulidy pod pozorem zaręczyn z Achillesem. Dziewczyna szła na śmierć nieświadoma swojego losu.

W wersji Eurypidesa Artemida w ostatniej chwili zlitowała się nad Ifigenią i na jej miejsce podłożyła łanię. Dziewczynę przeniosła zaś do kraju Taurów (Krym), gdzie została kapłanką bogini i sprawowała jej okrutny kult - składała Artemidzie w ofierze wszystkich świeżo przybyłych cudzoziemców. Jednak pewnego dnia do brzegu Taurydy przybił jej brat Orestes ze swoim towarzyszem Pyladesem. Ifigenia uratowała im życie, musiała jednak uciekać z nimi do Grecji.

JOKASTAmatka i żona króla Edypa

Lajos otrzymał w Delfach przepowiednię, że dziecko Jokasty go zgładzi, więc odmawiał jej współżycia. Ta jednak upiła go, posiadła, a dziewięć miesięcy później urodziła syna, Edypa. Lajos przebił nogi noworodka gwoździem i porzucił na górze Kitajron (w innej wersji kazał zamknąć w skrzyni i wyrzucić ze statku). Edyp ocalał, dorósł, ale nie był pewny swojej tożsamości. Szukał odpowiedzi, ale zamiast niej wyrocznia delficka przepowiedziała mu, że poślubi własną matkę i zgładzi ojca. Postanowił więc nie wracać do przybranych (o czym nie wiedział) rodziców. Za to w wąwozie niedaleko Delf na wąskiej drodze spotkał powożącego rydwanem Lajosa. Edyp nie wiedział, z kim ma do czynienia. Wybuchła sprzeczka o pierwszeństwo na drodze. W wyniku nieszczęśliwego zbiegu okoliczności Lajos zginął. Wkrótce potem Edyp uwolnił Teby od Sfinksa, więc mieszkańcy ofiarowali mu koronę i wdowę po Lajosie.

Jokasta nie rozpoznała w nim własnego syna. Poślubiła Edypa. Mieli kilkoro dzieci. Kiedy za sprawą wieszczka Terezjasza dowiedziała się o kazirodztwie, popełniła samobójstwo. Edyp oślepił się szpilą.

KASANDRAcórka władcy Troi Priama i Hekuby, bliźniacza siostra Helenosa

Po narodzinach bliźniąt urządzono wielką uroczystość w świątyni Apolla. Dzieci przypadkiem zostały w niej na noc - rano przerażeni rodzice wrócili, by je zabrać, i zobaczyli wijące się wokół ich głów węże, wylizujące swoimi językami oczy niemowląt. Od tej pory bliźnięta miały dar widzenia przyszłości.

W innej wersji Apollo obiecał Kasandrze, że nauczy ją wieszczyć, jeśli mu się odda. Jednak dziewczyna "nie zapłaciła" za lekcje, a bóg napluł jej w usta, odbierając moc przekonywania do swoich przepowiedni. Dlatego nikt jej nie posłuchał, gdy m.in. przepowiadała, że Parys spowoduje upadek Troi, że porwanie Heleny to katastrofa, że koń pozostawiony przez Greków pod murami miasta to podstęp.

Gdy Grecy zdobywali Troję, Kasandra ukryła się w świątyni Ateny. Tam dopadł ją Ajaks i próbował zgwałcić. Została potem branką Agamemnona, z którym miała bliźnięta. Zabiła ją zazdrosna żona Agamemnona Klitajmestra tuż po tym, jak zgładziła własnego męża.

KIRKEczarodziejka

Jedna z bohaterek Odysei, obecna też w cyklu mitów o Argonautach. Jej ojcem był Helios, a matką Perseida, córka Okeanosa (w niektórych wersjach mitu była córką Hekate). Siostra władcy Kolchidy i strażnika złotego runa Ajetesa oraz Pazyfae. Mieszkała na bardzo różnie umiejscawianej, pięknej wyspie Ajai. Dotarł na nią powracający spod Troi Odyseusz. Kirke zmieniła jego towarzyszy, którzy wyruszyli na zwiady, w zwierzęta. Odyseuszowi podstępem udało się uniknąć czaru. Potem zagroził Kirke śmiercią - w ten sposób wymusił na niej odczarowanie towarzyszy. Spędził z nią na wyspie być może nawet rok.

Według jednej z wersji mitu Odys po powrocie spod Troi zginął z rąk Telegonosa, swojego syna spłodzonego z Kirke.

MEDEAczarodziejka

Córka króla Kolchidy Ajetesa i okeanidy Idyi (lub bogini Hekate), wnuczka Heliosa i siostrzenica Kirke. To dzięki jej pomocy Jazon zdobył strzeżone przez Ajetesa złote runo. Medea podarowała liderowi Argonautów maść (ponoć zrobioną z kwiatów, które wyrosły tam, gdzie wsiąkała w ziemię krew Prometeusza) chroniącą go przed ogniem z pysków byków Hefajstosa. Potem uśpiła smoka pilnującego runa.

Uciekła z Kolchidy wraz z Jazonem i Argonautami. Jako zakładnika zabrała swojego brata, którego zabiła, poćwiartowała i rzuciła w kawałkach do morza, by opóźnić pościg. Poślubiwszy Jazona, zemściła się na jego prześladowcy, królu Jolkos Peliasie. Zaproponowała bardzo kochającym Peliasa córkom, by poćwiartowały go i wrzuciły do kotła - miał dzięki temu zabiegowi odzyskać młodość.

Wygnani z Jolkos Medea i Jazon trafili do Koryntu, którego władca postanowił ożenić Jazona ze swoją córką. W akcie straszliwej zemsty Medea zabiła nową narzeczoną Jazona oraz własne z nim dzieci. Jednak w niektórych wersjach mitu ukamienowali je mieszkańcy Koryntu, mszcząc się za swoją księżniczkę, a czasami po prostu nie mogąc znieść, że ich władczynią jest "barbarzynka".

MEDUZAjedna z trzech Gorgon

Córka pradawnych bóstw morskich Forkosa i Keto. Razem z siostrami - Steno i Euriale - mieszkała gdzieś daleko na zachodzie, w pobliżu wrót do podziemnego świata. Skrzydlate, szponiaste, dzikie, z wężami zamiast włosów - siostry siały grozę w całym antycznym świecie. Meduza była z nich najgroźniejsza - wystarczyło jedno jej spojrzenie, żeby człowieka zamienić w kamień. Ale jako jedyna z sióstr była śmiertelna.

Bogowie greccy twierdzili, że brzydzą się Gorgonami, choć pewnie sami się ich bali. Jedynie Posejdon nie lękał się Meduzy: posiadł ją i uczynił matką.

Mityczna opowieść o Meduzie przeszła znamienną metamorfozę: w późniejszych wersjach Meduza była piękną dziewczyną z bujnymi włosami, których zazdrościła jej sama Atena. Nieznosząca konkurencji bogini zamieniła zagrażającą jej kobietę w wężowłose monstrum. W jeszcze innej wersji była to zemsta Ateny za zbezczeszczenie jej świątyni - to w niej miał piękną Gorgo zgwałcić Posejdon. Oczywiście kara spotkała kobietę, nie boga.

Meduzę uśmiercił Perseusz. Ale jego rękę uzbrojoną w diamentowy sierp (Perseusz nie patrzył na Meduzę, lecz na jej odbicie w polerowanej tarczy) prowadziła Atena. Gdy Perseusz odciął głowę Meduzie, z jej szyi wyskoczyli synowie Posejdona - Pegaz i olbrzym Chrysaor.

Spojrzenie Meduzy nie straciło swojej mocy nawet po śmierci. Perseusz używał jej głowy, by zabijać morskie potwory oraz swoich wrogów, a Atena umieściła ją na tarczy, by zmuszać atakujących do ucieczki.

PAZYFAEcórka Heliosa i Perseidy

Żona władcy Krety Minosa, który miał notorycznie ją zdradzać. Pazyfae okrutnie go za to ukarała: zamiast nasieniem tryskał toksyną albo rojem węży i szerszeni, które kąsiły i zabijały kochankę od środka. Pazyfae miała być też "ofiarą potwornej miłości" do byka. Jej owoc, byczoczłowiecza istota zwana Minotaurem, został ukryty we wzniesionym przez Dedala labiryncie. Podawano wiele wersji przyczyn "erotycznego szału" Pazyfae. Miał go sprowadzić Posejdon, mszcząc się na Minosie za obrazę. Albo Afrodyta, rewanżując się za lekceważenie jej kultu lub za to, że słoneczny ojciec Pazyfae wyjawił mężowi bogini Hefajstosowi, że ma romans z Aresem.

Żeby mogła "zaspokoić żądzę", Dedal skonstruował dla Pazyfae drewnianą krowę. Ukrywając się w niej, mogła spółkować z bykiem.

PENELOPAżona Odyseusza, matka Telemacha

Jedna z ulubionych postaci literatury starożytnej, wzór i symbol wierności. Miała czekać dwadzieścia lat na męża walczącego i wracającego spod Troi, nie ulegając zalotom całego stada zalotników (Odyseusz zaszlachtował ich po powrocie z tułaczki).

W niektórych wersjach opowieści Penelopa wcale nie była wierną żoną i oddała się wszystkim stu dwudziestu dziewięciu zalotnikom, za co Odyseusz wygnał ją z Itaki. Owocem tego grzesznego wielozwiązku miał być bóg Pan. W jeszcze innej wersji po śmierci Odyseusza zamieszkała z Kirke na wyspie Ajaja.

* * *

Noty powstały na podstawie: Mitów greckich Roberta Gravesa (przeł. Henryk Krzeczkowski), Słownika mitologii greckiej i rzymskiej Pierre'a Grimala (przekł. zbiorowy), Mitologii Greków Karla Kerényiego (przeł. Robert Reszke) oraz Mitologii Greków i Rzymian Zygmunta Kubiaka.

 
 
Zyta Rudzka
WSTĘP

Czytanie Greków konfrontuje nas z otchłannością życia. Mądrze i odważnie. Bez cenzury, woalu, filtru.

Mythos to egzystencja pure. Obcuję ze światem surowym, niesformatowanym fałszywą pociechą i innymi wypełniaczami dla poprawy nastroju.

Mity greckie odsłaniają współczesną barbarię. Antyczna agresja i mityczna obojętność wobec mordowanych, maltretowanych, wypędzonych - to świat dzisiejszy.

I bogowie nie mają talentu do życia.

Władcy Parnasu napędzają się gniewem, rywalizacją, odwetem. Gwałtowni, nieprzewidywalni. Mylą mądrość z przebiegłością.

Logika taniego sprytu uruchamia się również w uwodzeniu. Uwodzą podstępnie. Wymuszają seks, wykorzystując pozycję władzy. Czyżby nie ufali mocy swojego boskiego Erosa?

Oczywiście, to bogowie - mają prawo żyć ekstremalnie, na swoich warunkach. Od jednej granicznej emocji do drugiej. Od kaprysu do kaprysu. Jednak ta brawura i okrutna nonszalancja pokazują boską siłę, która jest słaba. Demoluje życie innych.

Boska bliskość rani. Nie odmawiam bogom ludzkich odruchów. To mężczyźni wrażliwi. Ale zazwyczaj tylko na swoim punkcie.

Na Parnasie kochają toksycznie. Nie potrafią stworzyć dobrych relacji. Bogom źle wychodzi rola męża, ojca, syna. Zdrada, poniżanie, szyderstwo - na tym trudno zbudować dobre związki. Albo kochają, albo niszczą. A najczęściej wszystko razem, za jednym zamachem.

Boskie serce to pięta Achillesa. Doskonale rozumiem, że będąc bogiem, trudno nie przejawiać narcystycznych cech osobowości. Jednak wyniosłość nie sprzyja poczuciu szczęścia. Gubi ich samych. Pycha nie pozwala im zobaczyć, że w spiętrzaniu okrutnych wydarzeń mają duży udział. Wymigują się klątwą. Przeznaczeniem. Złym losem.

Boska władza nie jest wszechwładna. Nie sięga strefy własnej popędliwości. Bogowie pragną władać całym światem, a nie potrafią panować nad sobą. Mają nikły dostęp do własnych emocji, uczuć, reakcji. Wszystko jest właściwie poza kontrolą. Nie potrafią dorosnąć, zatem wziąć odpowiedzialności za swoje działania.

Spod kakofonii maczystowskich rozkazów, wrzasków i monologów wyraźnie słyszę kobiecy wielogłos. To nie jest chór biernych, zniewolonych, pokonanych. Greczynki się nie poddają. Walczą. To walka nierówna, zazwyczaj skazana na porażkę, ale jednak niezłomna, i w tym piękna.

Na Parnasie nie ma kogo kochać. Kobiety są skazane na przemocowe związki. Ojcowie, bracia, kochankowie, mężowie, wreszcie władcy - są agresywni, obojętni, niedostępni emocjonalnie. Rozgrywają kobietami pragnienie władzy, posiadania, podbojów.

Boginie są zabijane, gwałcone, maltretowane, upokarzane, poniżane. Z wyroków boskich nadają się tylko do seksu i do rodzenia. Mają wprawę w grzebaniu swoich dzieci.

Przekazy starogreckie pokazują bogactwo doświadczania kobiecości. Jest cielesność, zmysłowość, intelektualne wyzwania, macierzyństwo, praca, dbanie o dom. To portrety kobiecej krzywdy - negowanej, uciszanej.

W starożytnej Grecji mężczyźni potrzebowali mitów, by się wielbić i samoutwierdzać we władzy, kobiety - by się wyzwolić ze świata z męskiego rozdania. Przekazy o kobiecych traumach pozwalały dozbroić się wewnętrznie, poczuć wspólnotę losu.

Mythos to przekazy, które podważają powierzchowny ogląd rzeczywistości. Odsłaniają mętną naturę ludzką. Chcą zrozumieć świat, a nie świat pudrować. Czułością na przykład.

Antyk ofiarował nam opowieści odważne, drapieżne, okrutne, naruszające tabu. Jednocześnie silnie zmetaforyzowane, symboliczne, zatem uruchamiające wyobraźnię - i tu właśnie instruktywne.

Mity greckie są przejmująco aktualne. Nie tracą mocy i znaczenia.

Z języka antyku czerpie literatura, która nie mizdrzy się do czytelnika. Nie dostarcza fałszywej pociechy, bezpiecznej ględźby i innych benzodiazepin przetwórstwa literackiego. Wywleka ze strefy komfortu. Cuci z dobrego samopoczucia.

Z pisania ku pokrzepienia serca chyba nic dobrego nie wynikło.

Pisanie to przecież ruch oporu przeciwko śmierci, cierpieniu, obojętności świata. Nie składamy broni. Niech bogowie schodzą z Parnasu.

 
 
DEMETERElżbieta Cherezińska
ZNAŁAŚ TYLKO KORĘ

Stoi nad brzegiem morza, olbrzymia i piękna. Jej głowa sięga ponad korony tamaryszków porastających wydmy. Za szerokimi plecami zachodzi słońce, kładzie miękkie cienie na policzkach i alabastrowej kolumnie szyi. Pierś bogini unosi spokojny oddech przypływu i odpływu. Wieczorny wiatr porusza lśniącą materią szaty. Oczy mienią się złotym blaskiem chryzoprazu. Doskonała aż do zachłyśnięcia, wieczna. Nawet maki w wieńcu na jej skroniach wydają się nieśmiertelne.

 

DEMETER zdjęła wieniec, maki zwiędły w upale. Pomarszczone płatki przylgnęły do poczerniałych słupków. Rzuciła wieniec w morze i przyglądała się, jak czerwone kwiaty odżywają, przeskakując z fali na falę. Włosy bogini, ciężkie od wtartych o poranku olejków, teraz zwijały się w grube sploty. Zsunęła sandały, pozwoliła, by łagodna fala obmyła jej stopy. Morze tego wieczora było purpurowe, nie spieszyło się z odpływem. Słońce zaszło, lekki chłód dotknął cieniem jej pleców. Demeter odetchnęła. Przez chwilę patrzyła na palce stóp zapadające się w szorstkim piasku, na kostki zanurzone w wodzie. Uniosła poły sukni, by jej nie zmoczyć.

Czas się zatrzymał - pomyślała i w tej wieczornej godzinie sprawiło jej to niewysłowioną przyjemność. Daleko, na wodach zatoki, kołysały się łodzie rybaków; żylaści mężczyźni zarzucali sieci na nocny połów. W powietrzu czuć było sól, tę samą, która osiadła na jej włosach. Od lądu, ciepłą falą, płynęła woń ziół. Demeter usłyszała pojedyncze dźwięki cytry i głośniejszy od nich dziewczęcy śmiech; odwróciła głowę. Służba rozpięła namiot między cyprysami, na niewielkim wzniesieniu. Najlepszy widok na zatokę - pomyślała i uśmiechnęła się mimowolnie, widząc jasną sylwetkę Kory, która pochylała się ku przyjaciółce. Jej córka nie odłożyła cytry, nie przerwała ćwiczeń, ale najwyraźniej nie mogła powstrzymać się od jakiegoś żartu. Znów śmiech jak dzwonki. Obgadują nauczyciela, warkocze służki albo bawi je muzyka cykad - pomyślała Demeter i bezwiednie ruszyła w ich stronę. W zapadającym zmierzchu, jedna po drugiej, lampy zaczęły rozjaśniać wnętrze otwartego namiotu. Kora trącała struny z uwagą, dźwięk niski, gdy płomyk rozbłysnął u jej stóp, potem wysoki - dla lampy zawieszanej przez dziewczę na gałęzi cyprysa. Demeter uśmiechnęła się, pomyślała, że tak właśnie powinna brzmieć pieśń o tym wieczorze, że jej pierwszy akord to muzyka zapalanych lamp. Brzegiem morza, krok za krokiem szła w stronę córki; patrzyła, jak jedna z okeanid otuliła chustą białe ramiona Kory, i widziała uśmiech Kory, słodkie podziękowanie za ten gest. Przelotne, trwające mgnienie, a przecież i ona, matka, poczuła wdzięczność. Od pierwszej chwili, gdy wzięła nowo narodzoną Korę w ramiona, gdy gładka skóra dziecka dotknęła jej skóry, czuła, że ona i córka są jednym. Kłos i ziarno, co było pierwsze? Teraz, idąc w zmierzchu brzegiem purpurowego morza ku jasności córki, wiedziała już więcej niż w dniu jej narodzin - wiedziała, że bez niej nie była pełnią siebie. Zwano ją Demeter, boginią plonów, ale dopiero z Korą przy boku sama stała się plonem.

Kiedyż ona wyrosła z dziecinnych koszulek? - pomyślała, patrząc z oddali na suknię opinającą pączki piersi. - Mogłabym nosić ją na ręku przez całą wieczność.

- Matko! - Głos Kory kipiał tęsknotą, jakby nie widziały się latami. - Jesteś!

Dziewczyna odłożyła cytrę, zerwała się i biegła ku niej zwinna jak łania. Chusta spadła jej z pleców i porwana wiatrem wzleciała wysoko. Demeter otworzyła ramiona, Kora, ciepła i wonna, wpadła w nie i przylgnęła do matki.

- Jak minął twój dzień? - spytała Demeter, kładąc jej dłoń na czole.

Kora nie odpowiedziała, tuliła się do niej jeszcze mocniej. A potem nagle wyswobodziła się z jej ramion, wyprostowała, poprawiła niesforne pasmo włosów.

- Kiedy tak urosłaś, dziewczyno? - spytała ze śmiechem matka, widząc, że są równe wzrostem.

- Nie wiem - odpowiedziała Kora. Jej głos zabrzmiał obco, co wydało się dziwne po wybuchu radości sprzed chwili. Dziewczyna odwróciła głowę, jakby chciała spojrzeć w głąb ciemnej już zatoki.

Demeter dostrzegła tajemnicę: cień w oku Kory, jak mroczne ziarno. W tym samym momencie poczuła lodowatą falę chłodu, która uderzyła stamtąd, zza wody. Pojęła wszystko w jednej chwili: Kora nie jest już dzieckiem. Uderzył w nią lęk, że córka też czuje to zimno płynące zza purpurowego morza.

Chusta upadła w wodę, Demeter siłą woli przyzwała ją. Fala, posłuszna bogini, wyrzuciła cieniutkie płótno na brzeg. Mokra, pokryta piaskiem szmata.

- Ćwiczyłaś grę? - zapytała Demeter, chcąc za wszelką cenę odwrócić uwagę córki od wody; starała się, by jej głos brzmiał lekko, choć drżały jej usta.

- Widzisz to? - Zamiast odpowiedzieć na pytanie, Kora wyciągnęła białe ramię i wskazała na południe, tam, skąd przypłynął lodowaty oddech.

- Nie - skłamała Demeter, choć obie patrzyły na czarne okręty płynące po morzu ciemnym jak wino. - Ćwiczyłaś grę? - powtórzyła z naciskiem.

- Tak, tak - przytaknęła córka i odwróciła się plecami do morza. Spostrzegła skotłowaną przez fale chustę, podniosła ją szybko i przytuliła się do matki. - Cały dzień ćwiczyłam - powiedziała, otaczając Demeter ramieniem. Chusta zostawiła mokre, brudne ślady na ich sukniach.

 

KORA tuli się do matki i powtarza:

- Cały dzień ćwiczyłam.

Zaciska palce na mokrej chuście. Nic innego nie robię - myśli i sama nie wiedząc dlaczego, czuje podchodzącą do gardła złość. Nie lubi cytry. Twarde struny, obce jelita. Czasem wyobraża sobie zwierzęta, z których je wypruto, i wtedy żaden dźwięk nie chce jej wyjść spod palców. Śpiew pośmiertny, ponure tony wydobyte z trzewi, okropność. A jednak nie zamieni cytry na harfę, choć matka pytała, czy nie wolałaby harfy ze złotą ramą. Nie, nie. Tak samo jak odpycha ją od cytry, tak ją do niej ciągnie. Nie potrafi tego wyjaśnić. Dzisiaj jej przyjaciółka, Okyrroe, jedna z okeanid, spytała: "A gdyby tak grać na kwiatach?". Śmiały się z tego i wymyślały, jaki dźwięk mogą wydawać drżące dzwonki, a jaki wygięte kielichy orchidei. "Moja słodka matka grałaby na makach" - odpowiedziała okeanidzie i obie wyobraziły sobie, że to byłaby najpiękniejsza pieśń, a potem wymyśliły, że muzyka i zapach byłyby jednym, i to rozpaliło ich wyobraźnię, a zaraz później, o zmierzchu, Kora wpadła na to, że dźwięk to światło, i zagrała pieśń wieczoru, pieśń lamp, i to było tak piękne, że poczuła, jak wypełnia ją smutek. I zezłościła się na okeanidę, że klaszcze i uśmiecha się, podczas gdy pieśń lamp była smutna, jak można tego nie słyszeć? Dobrze, że przyszła matka, Demeter zawsze wie, jak wybawić Korę od lęku, nigdy się nie spóźnia, jest, kiedy powinna być. Więc dlaczego dzisiaj objęcia matki nie uwalniają piersi Kory od niepokoju, który niczym ciemność położył się na niej? Kora nienawidzi ciemności, boi się jej, choć boginie niczego nie powinny się bać.

 

DEMETER jest bogata. A gdy patrzy na Korę, jest najbogatsza ze wszystkich. Miłość wypełnia ją po czubki palców. Widzi siebie w córce, to jest nieśmiertelność. Uśmiecha się tkliwie, patrząc na ludzi, którzy tylko przez rodzicielstwo doznają boskości. Wszechogarniającą miłość przelewa na świat, dzieli się nią, jak dobrobytem w trwającej naprzemiennie i nieustannie porze kwitnienia i plonów. Pola są jej pałacem, spichrze skarbcem, ziarno szlachetnym kamieniem, pełen kłos klejnotem. Zaproszenia Zeusa respektuje, zjawia się, gdy bóg bogów prosi, bo na tym stoi porządek świata, co nie zmienia prawdy, że Olimp ją nuży. Nie jest jedyna i to ją bawi skrycie. Podpatruje podczas uczt, jak młoda Artemida tęsknie spogląda na swój łuk, jak Atena porusza smukłymi palcami, które nie znoszą bezczynności. Zauważa garbiącego się Hefajstosa, Hadesa mrużącego ciemne oczy nienawykłe do blasku, nie wspominając o Aresie, który raz po raz zrywa się od stołu, jakby zapomniał, po co zaproszono go na ucztę. Wiele jej sióstr i braci woli zwykłe boskie życie od celebrowania boskości. Czasem nawet Zeus wydaje się nieobecny duchem, jakby pragnął być z kim innym, gdzie indziej. Ale do kolejnych uczt daleko i Demeter może znów przemierzać pola, patrząc na czarną ziemię, w którą ludzie wrzucili już ziarno. Wielbiono ją jako panią zbiorów, a ona sama najbardziej kochała tę chwilę, czas pęczniejącego w łonie ziemi nasienia. Dla ludzi to niecierpliwe wyczekiwanie. Dla niej - rozpierające piersi przygotowanie cudu. Wypełniające jej jestestwo poczucie mocy, że oto, jak co roku, spełni pokładane w niej nadzieje. Że znów będzie Demeter Wiarygodną. Demeter Spełniającą. Rozdającą Kłosy.

Tak, zapamiętywała się w pracy, wędrowała od świtu do zmierzchu i znów, znów i jeszcze.

- Jakbym myślała, że bez mego oka nie wzejdzie! - zaśmiała się, siadając na głazie w cieniu oliwnego gaju. Krzewiny cząbru zakołysały się na wietrze. Jedne z nich już suche i bezlistne, inne pokryte świeżym, wonnym kwieciem. Oto natura pod władaniem Pani Demeter! Czas ciągłej obfitości. Nim ziarno skiełkuje, rodzi oliwka, a gdy ona uwalnia się od owoców, kobiety już zbierają pełne kosze warzyw, dzieci łapią figi, zbyt dojrzałe, by dłużej utrzymać się na drzewie. W wysokiej trawie zaszeleściła jaszczurka. Krzyknął ptak, gdzieś w oddali pasterz wołał dziewczynę, zamiast ukochanej bekiem odpowiedziała mu zagubiona owca. Demeter pogładziła szorstką krawędź głazu i jej myśli popłynęły ku Korze: powinnam nauczyć ją, jak budzić do życia ziarna. A potem spojrzała na swoje ubrudzone pyłem zaoranej ziemi stopy, poruszyła palcami, uśmiechnęła się. W przyszłym roku - pomyślała. - Niech jeszcze pobawi się z okeanidami. Obowiązki podjęte zbyt szybko stają się brzemieniem.

 

KORA najpierw biegnie wzdłuż klifu, gdzie na policzkach czuje chłodną bryzę, ale okeanidy, córy wód, z bliskości morza czerpią siłę i doganiają dziewczynę zbyt szybko. Unosi dłoń i przyklęka, udając, że wiąże sandał. Zatrzymują się honorowo. Nagły, boczny powiew wiatru unosi niebieskie i zielone szarfy ich sukien i plącze je złośliwym żartem. Dziewczęta zaczynają rozdzielać długie pasma materii, a wtedy Kora znów podrywa się do biegu. Rusza w głąb lądu, ku opadającym łąkom. Ogląda się za siebie tylko raz, widzi zaskoczone oczy okeanid i dłoń najwyższej z nich, Okyrroe, gwałtownie rozrywającą materiał sukni, który wiąże ją z siostrami.

- Nie oszukuj! - piszczy Okyrroe i czerwone plamy zalewają jej policzki.

- Goń mnie! - śmieje się Kora i wpada na miękkie połacie łąki. Okeanidy, niczym stadko motyli, biegną za nią, a poszarpane welony sukni unoszą się za nimi. Piękne szelmy! - myśli o przyjaciółkach i sprężyście, skok za skokiem, oddala się od dziewcząt. Teraz ona ma przewagę ziemi pod stopami, im oddalenie od morza odbiera szybkość. Dobiegnę tam - rozkazuje sobie Kora, patrząc na ukwieconą nieckę łąki - i wygrana jest moja.

- Co za cuda! - szepcze, gdy wpada między kwiaty.

Przystaje, serce w jej piersi uderza gwałtownie, jakby wciąż chciało biec. Fiołki. Niewiarygodnie miękkie kobierce fiołków. Krokusy, zmysłowe kolby pachnących do utraty tchu hiacyntów.

- Koro! - wołają okeanidy z daleka. - Koro, nie dogonimy cię!

- Wygrałam! - odkrzykuje im, nawet się nie odwracając. Myśli już nie o wyścigu, lecz o tej łące pełnej cudów. Kielichy tulipanów rozsuwają płatki i pokazują bezwstydne, gotowe do zapylenia pręciki.

- Co to ma być? - Głos Okyrroe jest piskliwy i choć wciąż odległy, psuje czar chwili.

Korze przypomina się poprzedni wieczór, gdy wymyślały dźwięki kwiatów. Ach, to była pieśń na pojedyncze głosy, a tutaj, na tej niezrównanej łące, rozbrzmiewa cały koncert!

Kora pochyla się, dotyka palcami koralowych płatków tulipana, a one ocierają się o jej dłoń. Muska czubek hiacynta wybarwionego jak niebo po zachodzie słońca, a kwiat oddaje jej zapach, jakby unosiła się nad nim wonna mgła.

- Ach - szepcze i oblizuje spierzchnięte wargi; czuje na nich słodycz. Zrywa jędrną łodygę, aż palce moczy przejrzysty sok. Hiacynt w jej dłoniach pachnie jeszcze mocniej. Przyciska go do piersi i wtedy dostrzega pąki róż. Rusza w ich stronę, a one - dla niej - zaczynają się rozchylać, może chcą pokazać, że są gotowe, by je zerwać. W pąkach wydają się ciemne niczym wino, teraz otwierają przed nią swe gładkie, czerwone jak krew wnętrze. Zechcesz? Weź - zdają się szeptać poruszane lekkim wiatrem. Pochyla się ku różom, wyciąga rękę, ale wpycha się w nią żółty kielich tulipana, jakby mówił: - Najpierw weź mnie. Rozchyla usta, zrywa go i dokłada do hiacynta, a potem zbiera róże, dziękują zapachem, odsłaniając przed nią rąbek swych tajemnic. Spomiędzy zielonych ździebeł traw wyrastają smukłe krokusy, skromne a doskonale zbudowane, jakby nie było w nich uchwytnej granicy między łodyżką a kielichem. Korze wydaje się, że gdy zbiera je w bukiet, dźwięczą jak dzwonki. Nie rozchylają przed nią płatków, jak inne, ale ich pręciki muszą trzepotać we wnętrzach.

Ziemia lekko drży, pewnie okeanidy już zbiegają po zboczu, i Kora nagle pragnie mieć tę łąkę tylko dla siebie.

- Zbiorę najpiękniejszy bukiet! - krzyczy.

- Koro, nie!

W wołaniu przyjaciółek słyszy lęk. Śmieje się i rusza przed siebie. Róże, hiacynt, krokusy. Schyla się po pełną garść fiołków, jakiż kolor ich płatków głęboki. Irys! Wysmukły, wysoki, wyzywający, lepki sok na jej palcach, gdy chwyta jego łodygę w dłoń. I wtedy czuje wibrującą w powietrzu woń. Namacalną i jednocześnie nieziemską. Tak silną, że gdyby otworzyła usta, mogłaby ją ugryźć.

- Co tak pachnie? - szepcze do siebie i zostaje z rozchylonymi wargami, by chłonąć zapach.

- Koro, nie... - jęczy nadbiegająca piskliwa Okyrroe albo któraś z jej sióstr.

- Ta łąka nie może... - woła zdyszana Kiane, jedyna najada w stadku okeanid.

Ich głosy są jak nieznośne brzęczenie much - myśli zniecierpliwiona Kora. - Nie potrafią zebrać bukietu tak pięknego jak mój i lamentują.

Idzie za zapachem, który ją wzywa, za wonią, której nie potrafi się oprzeć. Rozchyla kępę tulipanów i zamiera. Kwiaty, które zerwała przed chwilą, wypadają jej z rąk. Chmura przysłania tarczę słońca. Kora przyklęka, jakby chciała oddać cześć naturze, która stworzyła tak doskonałe piękno. Z ziemi wyłania się bukiet narcyzów. Sto kwiatów wyrastających z jednej cebulki. Sto nieskazitelnych białych kwiatów, a każdy z nich ma idealnie wykrojone płatki, rozchylające się wokół ciemniejszego, obramowanego czerwonym szlaczkiem przykoronka. W cieniu, jaki ogarnia łąkę, lśnią jeszcze intensywniej niż chwilę wcześniej, gdy je dojrzała pierwszy raz. Jak gdyby światło szło przez ich korzenie i eksplodowało z płatków.

Jest tak piękny, aż bezwstydny - przebiega jej przez głowę i czuje dreszcz na tę zuchwałą myśl. Oto bukiet, który da mi zwycięstwo - myśli zachłannie - bukiet godny bogini.

- Koro, nie... to nie czas na kwiaty... nie powinno ich tu być - szepcze Kiane, ale Kora jednym ruchem zrywa cały pęk, bojąc się, że dziewczęta odbiorą jej zwycięstwo. Woń narcyzów oszałamia. To nie skromna muzyka cytry, to gwałtowny deszcz dźwięków nadludzkiej orkiestry. Zanurza twarz w setce narcyzów wyrastających z jednego korzenia, a jej ciałem wstrząsa dreszcz.

- Twoja matka nie pozwala zrywać narcyzów. - W głosie Kiane jest rozpacz, ale Kora ma to gdzieś. Oto jest królową kwiatów i do niej należy całe ich bogactwo.

Gwałtowny grzmot wstrząsa ziemią, ale nienawykłe do lęku serce boginki nie przejmuje się nim. Burza - przemyka przez głowę Kory pochłoniętej adoracją lśniących płatków, które oddają jej stulistny skarbiec wonnych soków. - Niech grzmi.

Nigdy wcześniej nie czuła się tak jak w tej chwili. Oszołomiona. Poruszona, aż coś pulsuje w dole jej brzucha. Grzmot narasta, ziemia pod jej stopami drży, Kora odchyla głowę i śmieje się pełną piersią, jednocześnie widząc siebie samą jakby z góry. Wydaje się sobie kwiatem narcyza, z otwartymi szeroko ustami przykoronka.

Kopyta karych koni wpadają z impetem w ten obraz. Kopyta rozgniatają róże, krokusy, niebieską kolbę hiacynta, kopyta, spod których tryska kwietny sok. Śmiech więźnie jej w gardle, potężne ramię wyciąga się ku niej, chwyta je z ulgą, bo wie, że oto ziemia się rozstąpiła, ale ktoś przybył jej na ratunek, może ojciec, Zeus, może on. Wybawiciel podrywa ją z ziemi lekko jak zerwany kwiat. Czuje chłód, oddech pachnący dymem wypalonych ognisk i ból wykręconych ramion. Krzyczy pierwszy raz i już wie, że wybawca unosi ją wysoko, końskie kopyta odbijają się od ziemi, plecy boleśnie uderzają o burtę powozu. Próbuje się poruszyć i wtedy widzi, jak owija wokół jej ramion złoty bat.

- Zostaw mnie! - krzyczy jeszcze raz. - Nie możesz, nie wolno ci.

- Mam zgodę - stwierdza porywacz, a ona nie jest pewna, czy dobrze rozpoznaje ten głos.

- Nie moją - protestuje, szarpiąc się.

Z każdym ruchem złoty rzemień wbija się w ciało Kory i krępuje ją coraz mocniej. Pochyla głowę i widzi, że unoszą się nad łąką.

- Nie dogonimy cię! - woła Okyrroe, machając rękami, i Korze wydaje się, że słyszy w jej głosie mściwość przegranej.

Sylwetki okeanid zielonych i niebieskich, w zwiewnych, poszarpanych sukniach, są coraz mniejsze, ale Kora dostrzega, że niektóre z nich nawet nie patrzą w górę. Jedna poprawia drugiej rozplątane warkocze, trzecia przykucnęła, by zawiązać sandał. Płacze tylko mała najada, Kiane; wyciąga ręce w stronę wzlatującego powozu i łka:

- Tych kwiatów nie powinno tu być!

Wiem. - Gorycz podchodzi Korze do gardła i niemal ją dławi. - Demeter zakazywała trujących woni narcyzów.

Krzyczy rozpaczliwie drugi, trzeci i czwarty raz. Powóz mknie prosto w gęste chmury. Ich chłód uderza ją w twarz, na odlew.

- Nikt cię nie usłyszy - spokojnie mówi porywacz, który chwilę temu wydawał się zbawcą. I wtedy poznaje jego głos. Zaczyna wrzeszczeć jeszcze głośniej, do utraty tchu.

 

DEMETER usłyszała daleki krzyk i dzban z wodą, którą podlewała ziarna, wypadł jej z rąk. Serce matki uderzyło szybciej niż serce bogini.

- Kora! - zawołała. Echo odbiło jej głos od pobliskiej skały. Kora! Kora - Kora.

Demeter-matka zadrżała, słysząc głuche prześmiewcze powtórzenie, Demeter-bogini pomyślała trzeźwo: córze Zeusa nic nie może się stać, ani na ziemi, ani w niebie. Jest pod opieką okeanid. Krzyknęła w trakcie zabawy z nimi.

W tej samej chwili zza skał, które odbiły imię Kory, dało się słyszeć granie myśliwskich rogów. Wypadły psy tropiące, a za nimi orszak Artemidy. Boska łowczyni, pani zwierząt, ze złotym łukiem w muskularnej ręce, biegła równym krokiem, otoczona przez nimfy. Zauważyły Demeter, lecz nie zatrzymały się, tylko skierowały ku ciemniejącym za polem lasom. Demeter zagrodziła im drogę. Psy zawróciły i, skomląc, plątały się przy kolanach swojej pani.

- Widziałaś Korę? - spytała Demeter młodszej bogini.

- Nie - odpowiedziała Artemida dźwięcznie. W zieleni jej oczu pulsowały łąki i niezmierzony bezmiar dziewiczej puszczy.

- Nie słyszałaś jej krzyku? - Głos Demeter zadrżał.

- Nie. Tylko echo odbite od skały - odrzekła łowczyni. - Ale to był twój głos, pani. Spłoszył mi psy.

- Wybacz - przeprosiła odruchowo Demeter, zrozumiała, że lęk, który rozsiewa, jest na wyrost. Zawstydziła się i cofnęła, robiąc przejście orszakowi łowczyni. Ta cmoknęła, psy podjęły trop i z ujadaniem ruszyły przed siebie. Artemida uniosła łuk, skinęła Demeter głową i sprężystym krokiem odeszła.

- Gdybyś zobaczyła Korę - powiedziała do jej pleców Demeter - przekaż, że jej szukam.

Mijając ją, nimfy z orszaku łowczyni kornie spuszczały głowy.

Stała na skraju zaoranego pola, myśląc o krzyku, który usłyszała. Przesłyszała się? Nie, nie mogła się przesłyszeć. Stado jaskółek przeleciało po jaskrawoniebieskim niebie. Demeter zadarła głowę, patrząc na ich białe brzuszki i czarne, ostre skrzydła. Zniżyły lot.

- Widziałyście Korę, moją córkę? - zapytała ptaków.

Poderwały się znów, z trzepotem skrzydeł umknęły jak czarna chmura pchnięta przez oddech wiatru. Niepokój jeszcze mocniej ścisnął serce matki. Dlaczego uciekają przede mną?

Z wysokiego nieba jak wypuszczona z łuku strzała runął jastrząb. Odetchnęła, bo zrozumiała, że przestraszyły się nie jej pytań, lecz drapieżcy. Zatrzymała jastrzębia stanowczym ruchem dłoni.

- Zostaw je, są pod opieką bogini - zakazała jastrzębiowi łowów. - Jaskółki mają bezpiecznie wrócić do domów.

Jastrząb dwukrotnie zakołował nad jej głową.

- Widziałeś Korę, moją córkę? - spytała go łagodnie.

Nakrapiane skrzydła drapieżcy uderzyły powietrze, ciemne oko na chwilę spotkało się z jej okiem. Pisnął rozdzierająco, choć to ptak, co potrafi krzyczeć.

- Widziałeś ją... - pojęła i lęk chwycił ją za gardło.

Jastrząb nie odpowiedział, zakołował i wzbił się, uciekając w stronę lasu. W tej samej chwili zza skał, z daleka dobiegł kolejny rozpaczliwy krzyk.

- Kora! - wrzasnęła Demeter.

Nimfy w orszaku opuszczającej pole Artemidy aż się skuliły. Jedna z nich odwróciła głowę i spojrzała na Demeter z bólem, ale powietrze przeciął gwizd łowczyni i jej służka pokornie ruszyła za panią.

Demeter zawyła. Tylko przyroda nie kłamie. Serce matki zabiło gwałtownie w piersi bogini. Zerwała z włosów lśniący złotem diadem i rzuciła go w pył ziemi, której rok w rok hojnie dawała ziarno. Na strzępy rozerwała misternie tkany welon. Zarzuciła na plecy szary płaszcz wieśniaczki, głowę skryła w cieniu jego kaptura. Ruszyła w drogę szukać córki. Krzykowi dziecka nie może odpowiadać tylko echo.

- Znajdę cię - szepnęła, wchodząc w ponury cień lasu. - Gdziekolwiek jesteś, Koro, ja cię odnajdę.

 

KORA piekielnie się boi. Oto kraina umarłych, miejsce stworzone dla śmiertelników, którym skończył się czas wyznaczony przez Mojry. Oni już nie chodzą po ziemi, snują się wokół bladzi jak cienie. Widzę coś - myśli w panice - czego nie widział żaden żywy.

Gdy to do niej dociera, z przerażenia podnoszą jej się włosy na ciele. Zaciska powieki z całych sił, nie chce patrzeć na obrzydliwe, śmierdzące trupami wody Styksu. Wciąż ma cień nadziei, że Demeter ją z tego wyciągnie. Albo Zeus, ojciec. Powtarza sobie, że jeśli niczego nie zobaczy, niczego nie dotknie, to powrót do żywych wciąż będzie możliwy. Jestem nieśmiertelna - powtarza w myślach - nie można pogrzebać żywcem bogini.

A jednak to, co się zdarzyło od chwili porwania, podsuwa jej najgorsze myśli.

Hades. On to zrobił. Jej stryj. Władca miejsca niestworzonego dla żywych. I nie uczynił tego w tajemnicy, gdzieżby! Porwał ją z łąki, jego rydwan wydobył się z rozpadliny w ziemi. A przecież gdyby chciał zachować ten gwałt w sekrecie, powinien był zawrócić konie i zniknąć z nią w królestwie podziemi. Lecz nie, on skrępował ją złotym biczem, przywiązał do siebie i rozpędziwszy rydwan, wzbił się z nią ponad ziemię, a potem szaleńczym rajdem przez wszystkie krainy tryumfalnie obwiózł swą brankę! Jakby chciał jej pokazać, że zabiera ją daleko od domu, jakby chciał się jej tym przemierzanym światem pochwalić. Krzyczała, wzywając pomocy. Płakała upokorzona. Zdawało się jej, że mijali w przestworzach jakichś bogów, łzy rozmazywały jej obraz. Jeśli tak było, nikt nie odpowiedział.

Do Kory dotarło, co znaczy, że bogowie potrafią odwracać wzrok. Zostawił ją tu, w tej ciemnej, budzącej grozę norze, mówiąc: "Królestwo podziemi u twych stóp, pani". I zniknął.

Teraz Kora drży z przerażenia. Myśli tylko o matce. Przyzywa Demeter, powtarzając jej imię jak wezwanie, modlitwę, jak zaklęcie. I boi się, co będzie, gdy Hades wróci. Co wtedy? Co dalej? Słudzy Hadesa wnoszą ciężkie skrzynie i stawiają u jej stóp. Dygocze, obejmuje białymi ramionami kolana. Słyszy klucze przekręcane w zamkach, chrzęst zasuw, jęk uchylanych pokryw. W końcu nie ma już siły dłużej zaciskać powiek. Otwiera oczy i widzi odemknięte skrzynie. W ich czeluściach piętrzą się góry skarbów.

 

PERSEFONA w białej dłoni trzyma czarę pełną kamieni wydartych z łona ziemi. Rubiny lśnią czerwienią i zachwyca ją odkrycie, że można barwę krwi zakląć w szlachetnym kamieniu. Szafir jest tonią krystalicznie czystej wody zamkniętą w chłodnym kształcie, który może teraz zacisnąć w dłoni. Chryzopraz połyskuje niczym płomień uwięziony w twardej kropli. U jej stóp skrzynie, każda pełna. Kipią bogactwem, jakiego nie widziała. W tamtym życiu nie było niedosytu, ale skąd miała wiedzieć, że czegoś jej brakowało, skoro nie znała prawdziwych tajemnic skrzących się w podziemiu? Otwiera się przed nią jak wieko każdej kolejnej szkatuły świat sekretny, o którego istnieniu pojęcia nie miała. Czuje dreszcz, bo oto tylko dla niej odkrywane są tajemnice. Widzi ciemny, połyskliwy nurt Styksu, nad nim opary we wszystkich odcieniach fioletu. Ileż ich! Widma, powidoki zmarłych, snują się na jego brzegu i rozpoznaje wśród nich herosów, którzy na długo przed jej narodzeniem odeszli do krainy cieni. Umie nazwać ich po imieniu, a po chwili słyszy nawet szum ich ostatnich słów, drgnienie niespełnionych pragnień, takich, o których nie wiedział nikt na ziemi. Zachłystuje się tą wiedzą i w tej samej chwili dźwięk trąb odciąga jej uwagę od Styksu. Nadchodzi z głębi podziemi niczym toczące się w niskich korytarzach kamienie. Zrazu zdaje się pomrukiem przecinanym raz po raz jękami, ale im bardziej jej ucho się z nim oswaja, tym mocniej ta muzyka ciemna wabi ją ku sobie. Jest w niej potęga śmierci, moc umierania, mrok wdzierający się w każdy zakamarek jestestwa, pulsujący w jej żyłach doskonałością stu odcieni czerni, o których istnieniu nic a nic nie wiedziała. Jej oddech spowalnia, drobne włoski we wnętrzu ucha poruszają się, by nie uronić ani pół tonu. Ciało raz po raz przenikają dreszcze tak gorące, tak mroczne, tak piękne. Uczestniczę w czymś - myśli z dumą - czego nie doświadczył żaden żywy.

 

DEMETER szukała Kory dziewięć dni, osiem nocy. Bez jedzenia, bez kropli wody. Za dnia przemierzała lasy, pola, łąki, cieniste zagajniki. Nocami z pochodnią w ręku zaglądała w rozpadliny skalne, pieczary, jaskinie. Sowiooka Atena spotkana na trakcie powiedziała: "Nie, nic mi nie jest wiadomym", ale odeszła zbyt szybko, by Demeter mogła jej uwierzyć. Atena potrafiła być doskonała w boskiej obojętności.

Posejdon obiecywał, że czegoś się dowie.

- Popytam, dla ciebie Demeter, popytam - powtarzał i ciągnął ją za rękę, zachęcał, by odpoczęła, usiadła w cieniu. - Mówisz, że bawiły się z nią okeanidy? - Gładził ją po plecach, a na jego czole grubymi kryształami perliła się morska sól. - Znam te trzpiotki, każdą jedną, choć nikt inny nie potrafi ich zliczyć. Już ja się z nimi rozmówię, słodka Demeter.

Była zmęczona, gotowa mu uwierzyć. Ale zdradziła go ostra woń parującej skóry i przyspieszony, rwany oddech. Mocne palce, które coraz częściej zbliżały się do jej bioder. Demeter odepchnęła Posejdona gwałtownie. Nie spodziewał się tego, upadł na ziemię, zaskoczony.

- Co robisz?! - warknął, rozcierając kolano.

- Szukam dziecka - odpowiedziała gniewnie i w okamgnieniu zamieniła się w klacz. - Ty tego nie zrozumiesz, skoro sądziłeś, że ulegnę.

Poczuła moc płynącą z czterech kopyt. Wiatr rozwiał jej końską grzywę. Przeskoczyła Posejdona i wzniecając tuman kurzu, zbiegła galopem z zalesionego wzgórza, na które ją zwabił. Nie ma o czym z nim rozmawiać - pomyślała z goryczą. - Byłam naiwna, myśląc, że chce mi pomóc.

Dopadł ją pod postacią ogiera. Krążył wokół niej, zagradzając drogę ucieczki. Widziała jego muskularne, szeroko rozstawione nogi i rozdęte chrapy.

- Zmieniłaś się w klacz, a ogier jest moim zwierzęciem! - zawołał i potrząsnął łbem. - Ty tego chciałaś, złotowłosa Demeter. Sama mnie przywabiłaś.

Pokrył ją, choć kopała, wierzgała i gryzła. Biorąc siłą, powtarzał w kółko, że robi to dla niej. A po wszystkim rżał cicho i trącał ją łbem, jak źrebię szukające pieszczoty. Wróciła do swej postaci, odsunęła go gwałtownie i nie oglądając się za siebie, ruszyła. W biegu przywdziewała płaszcz i pomiętą suknię. Usłyszała tętent kopyt. Pobiegł za nią, wciąż jako ogier, jego skóra lśniła od potu. Demeter pochyliła się, chwyciła z ziemi głownię. Jednym dmuchnięciem roznieciła ogień i odwróciła się raptownie, wyciągając żagiew przed siebie. Zarył kopytami. Zląkł się płomieni.

- Nie chcę cię znać - syknęła.

- Daj spokój - skwitował i cofnął się przed pochodnią. - Wściekłość jest złym doradcą. Z nią nie odnajdziesz Kory.

Zostawiła tchórza, który wolał pod postacią ogiera posiąść ją, niż jej pomóc. Poprawiła płaszcz na ramionach, na zmierzwione włosy znów zarzuciła kaptur. Ruszyła w swoją drogę, Posejdon się mylił. Wiodła ją rozpacz, nie wściekłość. Ból matki, od której oderwano córkę. Ból córki w dwójnasób odczuwany przez matkę.

 

KORA jest głodna, ale odmawia jedzenia. Słudzy Hadesa, przerażające stworzenia o zakwefionych obliczach i oczach skrytych pod powiekami pomalowanymi ciemnym złotem, stawiają przed nią misy jadła i dzbany napoju. Czuje mocną woń wina, przełyka ślinę i gdy nikt nie patrzy, wyciąga rękę po kielich. Jak trupioblado wygląda ramię Kory w tym mroku, a przecież "białoramienna" było przydomkiem, który podkreślał jej urodę. To już minęło - myśli, zagryzając wargę. - To było w tamtym życiu, na ziemi. Zatrzymuje dłoń nad kielichem, widzi, że jej palce odbijają się w winie wypełniającym czaszę. Pochyla się nad nią, chce zobaczyć swoje oblicze. Ale w tej samej chwili widzi czarnego chrabąszcza w lśniącym jak onyks pancerzu wspinającego się po wybrzuszeniu czary. Wstrząsa nią obrzydzenie, cofa się. Z odległości dostrzega, że czaszę kielicha oplatają liście winorośli, które zrazu wydały jej się ornamentem, a teraz, na jej oczach, rozwijają się, rosną i owijają wokół kielicha. Pod ich wybujałym roślinnym pięknem znika czarny chrabąszcz. Pędy wąsów zawijają się wokół czary, znad liści powstają zalążki owoców i oto ciemne winne grona pęcznieją na oczach Kory i pękają, napełniając kielich od nowa, wciąż od nowa. Niemal czuje na wargach słodycz ich soku. Wciąż jest przerażona, ale nie może oderwać wzroku od tego widowiska.

 

PERSEFONA nie czuje głodu, syci ją cały ten spektakl, piękno owoców ziemi dojrzewających tylko dla niej, tu i teraz. Pełne kształty fig, soczyste granaty lśniące pestkami, które aż kipią od soków. Winogrona zamieniające się w boskie wino, oto cud. Podziemne królestwo jest skarbcem, który otwiera się przed nią, a ona przed nim. Dopiero tutaj, gdzie nie dochodzi najmniejszy promień słońca, odkrywa siebie nieznaną. Prawdziwszą, bo nie oświetla jej blask wielkiej Demeter. Niedościgłej, czczonej, podziwianej. Tu może być sobą. Budzącą się do panowania królową podziemi.

 

DEMETER miała wyschnięte gardło, ale nie była w stanie przełknąć nawet kropli wody. Rozpaczliwa tęsknota, poszukiwanie Kory i świdrujący, powtarzający się w pamięci w nieskończoność krzyk. Im więcej mijało czasu, tym słyszała go głośniej.

Na niebie żółtym blaskiem lśnił stary księżyc, ona szła bosa, zakurzona, nie padało od wielu dni. Zbliżyła się do rozstaju dróg, przez chwilę zawahała, czy iść w skaliste góry, czy w dół, w stronę ludzkich siedzib. Wtedy zobaczyła światło czyjejś pochodni, usłyszała pobrzękiwanie żelaznych kluczy i dyszenie psa. Już wiedziała.

- Hekate - powitała boginię ciemności. Na jej sercu, jak ołów, położył się kolejny cień. Spotkania z Hekate nikt nie może poczytać za dobry znak.

- Demeter, Jasna Pani. - Upiorna bogini schyliła przed nią głowę.

Demeter zadrżała, czując bijący od niej chłód. Musiała się przemóc, nigdy wcześniej nie spojrzała w twarz tej przerażającej istocie, której Zeus nie zapraszał na Olimp.

Hekate miała czarne oczy bez białek, bez źrenic. Lśniące w bladej twarzy jak podwójne onyksy. Odbijał się w nich blask pochodni, którą bogini klątw i złych czarów uniosła wysoko, jakby chciała zmusić Demeter, by ta obejrzała ją w pełnej krasie. Śmiertelnie zmęczona Demeter w ostatnim odruchu obrony osłoniła się własną pochodnią. Teraz w przerażających oczach Hekate odbijały się dwa blaski.

- Szukam cię od dziewięciu nocy - powiedziała powoli Hekate i do Demeter dotarł straszliwy sens tych słów. - Odkąd usłyszałam jej krzyk.

Demeter, zmordowana wędrówką, bezowocnym poszukiwaniem, tęsknotą, kłamstwami mijanych po drodze, padła na kolana. Wstrząsnął nią szloch.

Hekate stała bez ruchu. Księżyc nad ich głowami chylił się ku zachodowi. Topole i wierzby rzucały nieruchome, martwe cienie.

- Siedziałam wtedy w pieczarze, nic nie widziałam - oświadczyła Hekate pozbawionym barwy głosem. - Ale rozpoznałam jej głos. Jej krzyk.

- Słyszałaś ją - załkała Demeter. - Tylko ty ją słyszałaś...

Pies bogini upiorów dyszał w chłodnym nocnym powietrzu. Hekate milczała, bił od niej ten sam chłód.

- Niedługo wzejdzie słońce - odezwała się po chwili. - Helios, który przemierza niebo złotym rydwanem, musiał widzieć, dokąd porwano twoją córkę.

Bogini ciemności wyciągnęła ku Demeter kościstą dłoń, by pomóc jej wstać z kolan. Jej dotyk nie miał w sobie ciepła, ale ramię było silne. Demeter stanęła mocno na nogach i obie, bok w bok, ruszyły do siedziby Heliosa. Oświetlały ścieżynę pochodniami. Hekate, pani ciemnej natury, też potrzebowała światła, by odnaleźć drogę.

 

DEMETER patrzyła na świetliste lico Heliosa i choć rozdzierał ją ból, przez chwilę uległa pięknu tytana. We władcy słońca wszystko było lśnieniem. Złote włosy, oczy i paznokcie. Szata z mieniących się promieni. Nawet ona, nieśmiertelna bogini urodzaju, musiała zmrużyć oczy. Nieznosząca cienia jasność. Jest starszy ode mnie - przemknęło jej przez głowę.

- Widziałeś moją córkę? - spytała, nie rozpoznając, czy Helios patrzy na nią, czy na Hekate.

- Tak.

- Kto ją porwał? - wyszeptała na jednym oddechu.

- Hades - odpowiedział władca słońca. I dodał po chwili wahania: - Za zgodą Zeusa.

- Nie! - jęknęła. - To niemożliwe!

- Pytasz, więc odpowiadam. - Głos Heliosa był nieporuszony. - Zrobił to z przyzwoleniem najwyższego.

Do Demeter w jednej chwili dotarła złożoność zdarzeń, których padły ofiarą. Już zrozumiała, dlaczego Atena odwróciła głowę, Artemida odeszła, Posejdon pozwolił sobie na to, co zrobił. Między bogami nie ma litości.

- Wybaczcie - powiedział Helios. - Muszę wyprowadzić rydwan na niebo.

I Demeter pojęła, że nawet prawda o porwaniu jej córki nie powstrzyma biegu słońca. Podniosła wzrok, chcąc podziękować Heliosowi, i nagle zobaczyła, że na olśniewające blaskiem oblicze tytana padł cień Hekate. Zelżała trudna do zniesienia jasność. Teraz zauważyła, że jego oczy nie są złote, lecz bursztynowe, włosy jasne i spięte błękitną opaską. Dostrzegła wreszcie gorejące pod tuniką serce Heliosa i jego złoty krwiobieg. Odwróciła się, by sprawdzić, czy Hekate też to zauważyła, i wtedy ujrzała blask Heliosa przenikający boginię ciemności. W jej oczach po raz pierwszy widać było źrenice. Czerń pośród rozjaśniającego się mroku. I widać coś więcej: oczy Hekate były współczujące.

 

KORA czuje się jak zaszczute zwierzę. W którąkolwiek stronę się zwróci, wciąga ją labirynt podziemnych korytarzy i niczym otchłań zasysa w głąb siebie, tylko po to, by budzić w niej nadzieję i natychmiast z niej odzierać, kolejnym splątaniem, kolejną pułapką. Gdy traci oddech, boczny korytarz wypluwa ją wciąż w to samo miejsce: do wielkiej sali z tronem i widokiem na ołowiane wody Styksu. Kora już nie ma siły. Opuszcza ją wszelka wola życia. Nieśmiertelność ciąży jej, jakby Kora dźwigała głaz. Gdy dociera do niej, że piekielna męka będzie trwała przez całą wieczność, kładzie się u stóp Hadesowego tronu i nie ma siły łkać. Jest jak zerwany kwiat stratowany przez końskie kopyta, rzucony w nicość.

 

PERSEFONA pragnie śmierci. Nie, nie dlatego, że chciałaby przestać żyć. Przeciwnie. Z każdym kolejnym dniem, a może nocą, bo trudno rozróżnić pory dnia w tym podziemnym królestwie, z każdym dźwiękiem wzywającym ją z głębi korytarzy, z każdym mrocznym zapachem biorącym początek w wielobarwnej woni korzeni coraz mocniej docenia życie, a wraz z nim śmierć. Pamięta chwile bez trosk i bez znaczenia i za nimi nie tęskni. Sekretem jej nowego życia jest to, że bierze swój początek w śmierci. W tej ekscytującej przemianie, dostępnej wcześniej tylko ludziom, a bogom obcej. Bogowie potrafią zadawać śmierć, ale sami są jej pozbawieni, czyż to nie zagadkowe? Oto ona! Jest w świecie, w którym poza Hadesem nigdy nie przebywał żaden bóg!

Persefona chłonie królestwo podziemi, jakby wciąż podejrzewała, że jej obecność tutaj może się skończyć w każdej chwili. Nie da sobie tego odebrać. Pragnie śmierci. Jakżeby miała się jej bać?

 

DEMETER nie patrzyła na rydwan Heliosa rozpędzający bieg słońca po niebie. Demeter patrzyła w mroczne oczy Hekate, bogini zemsty. Przy niej nie musiała trzymać swych myśli na wodzy. Pani ciemnej natury była jej teraz bliższa niż bracia, bogowie Olimpu. Zdrajcy. Winni uprowadzenia jej córki. Od chwili, gdy poznała prawdę, jej rozpacz przemieniła się w gniew. Pamięć Demeter, jak fala przypływu, przyniosła wspomnienia sprzed wieków. Z czasów, gdy było ich sześcioro, młodych bogów. Zeus, Posejdon, Hades, Hera, Hestia i ona. Wszystkich, poza Zeusem, połknął i wypluł Kronos, ich ojciec. I ramię w ramię, bok w bok stanęli do walki z tytanami, nierównej, bo mieli dwakroć mniejsze siły. Wtedy, uwolniona z trzewi Kronosa, czuła w sobie zew. Wiedziała, że drugi raz nie pozwoli się uwięzić, że będzie walczyć, nawet jeśli jej bracia i siostry polegną. Nie ulękła się, gdy Atlas powalił Hadesa z Posejdonem i szedł, potężny, niepokonany, olbrzymi, po nie, trzy siostry. Demeter, Hestia i Hera zaparły się o siebie plecami, splotły ramiona i Atlas musiałby je rozedrzeć, gdyby chciał rozłączyć. Przez chwilę Demeter napawała się tamtą mocą sprzed wieków, w nozdrzach znów miała dym wojennych ognisk, swąd palonych wrogów, krew tytanów wsiąkającą w ziemię. Słyszała, jak plują ogniem wulkany, kruszą skały, jak walą się stare góry i wypiętrzają nowe, unoszą wody oceanów, a rzeki zmieniają bieg. Groza wojny sprzed wieków wstrząsnęła nią, pamięć to dar okrutny, a pamięć bogini sięga tysiącleci. Przeszyła ją myśl, by wezwać siostry na apokalipsę bogiń. Obalić Zeusa, jak on niegdyś obalił ich ojca i strącił w Tartar tytanów. Siła tej myśli obudziła w Demeter przerażenie, bo w tej samej chwili poczuła, jak przestają krążyć soki wzrastających w głębi ziemi łodyg. Jak spopiela się rzucone w nią ziarno i unicestwia wszystko, co później stworzyli.

- Jesteś sama - odpowiedziała jej pragnieniom Hekate. - Dzisiaj żadna z nich nie pójdzie z tobą przeciw Hadesowi. Za nim stoi Zeus, a Posejdon już pokazał ci, jak czuje się bezkarny. Role zostały podzielone, Jasna Pani.

 

DEMETER pożegnała Hekate u rozstai. I pożegnała skazaną na porażkę myśl o krwawej zemście. Jej krwią już nie byli bracia i siostry, lecz Kora. Córka, której nie ustrzegła.

Demeter wyjałowiona, Demeter zgarbiona brzemieniem, zarzuciła szary kaptur, by skryć złote włosy, i szła wsparta na starczym kosturze. Z każdym krokiem osiadał na jej twarzy pył drogi, szarą smugą wypełniając bruzdy i zmarszczki. Lico bogini zamieniało się w mapę ścieżek, którymi przeszła.

W południe, znużona i głodna, usiadła na chwilę w cieniu skały wiszącej nad studnią niedaleko Eleusis. W głowie kołatało się jej, że zwą ją Studnią Dziewcząt, a może Studnią Pląsów. Chyba przysnęła, zbudził ją dziewczęcy śmiech, była pewna, że to sen, w którym Kora bawi się z garstką okeanid. Powieki miała ciężkie od pyłu. Gdy je przetarła, zobaczyła cztery dziewczyny nabierające wodę ze studni. Zmęczone serce Demeter uderzyło smutno. Osiem młodziutkich stóp, drobne kostki. Szyje pochylające się jak łodygi kwiatów. We wszystkich dziewczętach jest coś podobnego. Ukłoniły się grzecznie, widząc, że się przebudziła, pozdrowiły ją.

- Masz dokąd iść, dostojna matko? - spytała najstarsza.

Demeter nie odpowiedziała.

- Szukasz kogoś? - W głosie drugiej zabrzmiała ciekawość.

- Może domu, który cię przygarnie? - Najmłodsza przykucnęła przy niej.

Demeter milczała, a cisza była dla dziewcząt nieznośna. Dwie starsze poszeptały między sobą i jedna z nich powiedziała współczująco:

- Widzimy, że spotkało cię coś smutnego. Chodź z nami, nieznajoma. Nasza matka potrzebuje piastunki dla małego braciszka.

Są czułe i czyste - pomyślała Demeter i tęsknota za Korą omal jej nie udusiła.

- Każdy dar bogów, matko, choćby nie był miły, trzeba przyjąć, bo więcej niż my mają siły[1] - wyrecytowała najmłodsza, podając jej rękę.

Dotyk dziewczynki był ciepły i suchy.

- Taka nasza dola, matko - z troską powiedziała starsza z sióstr. - Człowiek nie ucieknie przed losem.

Bogini też - ponuro pomyślała Demeter i skinęła głową.

Pomogły jej wstać, otrzepały z pyłu płaszcz, najmłodsza rozejrzała się za jej bagażem i speszyła, nie widząc niczego.

- Chodź z nami, los się w końcu uśmiechnie - dorzuciła trzecia wesoło, chcąc dodać pewności sobie i siostrom i uwolnić się od ciężaru smutku, jaki nieoczekiwanie spotkał je przy studni.

- Bogowie zawsze śmieją się z czegoś innego, niż nam się zdaje - odezwała się po raz pierwszy Demeter.

Na dziewczęta padł cień strachu; nie chciała tego, nie chciała ich przerazić.

- Przepraszam - poprawiła się. - Jestem stara i przygnębiona, sieję smutki.

Roześmiały się z ulgą, a ona pomyślała, że los bogów się nie odmienia, ale wypełnia. A na początek dobry jest choćby uśmiech dziecka. Nawet cudzego.

 

DEMETER została piastunką małego Demofonta, syna króla Keleosa i królowej Metanejry. Chłopiec był dobrym dzieckiem, biła od niego słodycz. Demeter za dnia bawiła się z nim na oczach wszystkich, karmiła go mlekiem, ale nocami, gdy nikt nie widział, nacierała ambrozją i z całych sił przyciskała do piersi. Chciała coś poczuć.

W pałacu Keleosa nie rozpoznano w niej bogini, ale też nikt nie wierzył, że jest zwykłą ubogą starowiną. Traktowano ją z największym szacunkiem, przyglądano się jej, zwłaszcza gdy uparcie odmawiała wina. Jak mogłaby je pić, gdy Kora w podziemiu?

Nadskakiwano jej, próbowano odgadywać każde życzenie. Kazała więc sobie zrobić kykeon, napój z ziarna jęczmienia i ziela babki. Tego dnia, gdy go wypiła, Metanejra wodziła za nią wzrokiem szczególnie uważnie. Nocą przepełniona rozpaczą Demeter łkała nad kołyską śpiącego Demofonta, a z oczu płynęły jej złote łzy bogini, znacząc dziecko, które powierzono jej pieczy.

- Ciebie uczynię nieśmiertelnym - wyszeptała tknięta nagłą myślą i porwała chłopczyka na ręce. Przebudził się i spojrzał na nią oczami w barwie hiacyntów. - Nie bój się, synku - powiedziała. - Los skrzyżował nasze drogi przy eleuzyńskiej studni. Nie urodziłeś się bogiem, ale skoro twoją piastunką jest bogini, dam ci, ile w mej mocy.

I mówiąc to, włożyła dziecko w ogień.

W płomieniach uśmiechnęła się do niej siostra, Hestia. Spojrzenia bogiń na chwilę się spotkały. Demofont nie zląkł się gorąca, trzymała go mocno, a on, spokojny i ufny, mrugając, patrzył na Demeter. Tylko najmłodszy w domu Keleosa miał szczęście zobaczyć w niej boginię.

Rozdzierający krzyk przerwał obrzęd. Do komnaty wbiegła królowa Metanejra i rzuciła się w stronę ogniska.

- Oddaj go! - zawyła.

Niebieskie oczy chłopca zamarły na chwilę, jakby kazano mu wybierać między matką a boginią. Metanejra wyciągała po niego ręce i cofała je przed żarem bijącym z paleniska.

- Oddaj mi go, oddaj! - błagała, widząc tylko dziecko w ogniu, a nie zauważając, że jego piastunka też trzyma ręce w płomieniach. Demeter spojrzała na nią gniewnie.

- Nie przerywaj mi! - zażądała.

- Na bogów, oddaj dziecko! - wyrzęziła przerażona Metanejra i padła na kolana. Iskra skoczyła na jej włosy, w powietrzu rozszedł się swąd.

"Oddaj dziecko", na to Demeter nie mogła pozostać głucha. Wyciągnęła chłopca z ognia i rzuciła do stóp Metanejry, królowa zemdlała.

- Był człowiekiem! - krzyknęła strasznym głosem Demeter. - Mogłam odmienić jego los! Chciałam uczynić go nieśmiertelnym, ale mi przerwałaś!

Do komnaty wbiegł zastęp służek, stanęły przy ścianie jak zamurowane.

- Wasze oczy są ślepe, wasze ciała słabe, umysły kalekie - rzuciła do nich wściekła Demeter. Jej oddech był jak uderzenie wichury.

Panny służebne, jedna za drugą, padały na kolana, zakrywając głowy ramionami.

- To bogini - ktoś szepnął, a ktoś inny powtórzył: - To bogini...

Demeter odrzuciła z pleców szary płaszcz. Blask jej postaci wypełnił komnatę po wysoko sklepiony sufit. Na palcach, jak tancerki, weszły zatrwożone cztery córki Keleosa. Najstarsza przypadła do zemdlonej Metanejry, najmłodsza do Demofonta. Dwie pozostałe nisko pokłoniły się przed Demeter. Ta ze swej wysokości zobaczyła pod skórą ich szyi kości drobne jak paciorki. Jasne, wijące się włosy spadające na szczupłe plecy. Ramiona białe jak u Kory. Uspokoiła oddech i wskazała na matkę i syna.

- Nic im nie będzie - zdecydowała przez wzgląd na dziewczęta.

- Nie zostawiaj nas, Jasna Pani - poprosiła najstarsza z nich.

 

DEMETER zamieszkała w świątyni. Wybudował ją dla niej król Keleos na skale wiszącej nad studnią, przy której spotkała jego córki. Nie poskąpił złota, wapienia ani marmuru. Kazał wysokim murem ogrodzić siedzibę bogini. Kamieniarze wykuli smukłe kolumny. Stopnie schodów wiodących do jej ołtarza były harmonijne i równe. Z każdego detalu świątyni biło najgłębsze oddanie. Demeter doceniała piękno, którym ją uczczono, ale nie mogła się przemóc. Nie pozwalała ludziom przychodzić z darami. Sama była wypalona, więc nie pozwalała palić ofiarnych ogni.

Widziała ludzi zginających karki nad pługami, wieśniaków próżno szukających ziarna, które powinno zielonym kłosem wzejść z ziemi. Widziała dzieci rozpaczliwie wyglądające kwiatów na jabłoniach i figowcach. Kobiety płaczące nad pustym zagonem warzywnym.

Patrzyła ponad ich głowami i sama opłakiwała córkę. Dziewczęcą Korę, którą wyrwano z jej ramion. Jej dziecko było w krainie śmierci, ona obumarła za życia. Tak, zrobiła to samo co Hades: zatrzymała ziarno w ziemi, tak jak on przetrzymywał w swym podziemnym władztwie jej córkę. Czas błogiego urodzaju, którym przez cały rok obdarzała ziemię, przeminął.

Stojąc w cieniu otwierającej świątynię kolumnady, z wysokości skały patrzyła pustym, umęczonym spojrzeniem na jałową ziemię. Ból przejął nad nią władzę. Ból, jak ona, nieśmiertelny.

 

DEMETER nie usłyszała zaprzężonego w lwy rydwanu matki bogów, najpierw poczuła jej zapach. Rozpoznałaby go w tysiącu innych woni. Tak pachnie powietrze tknięte słońcem po burzy. Tak pachnie ziemia parująca ciepłym deszczem. I tytanka Rea, jej matka. Rydwan zatrzymał się u wrót świątyni. Rea, potężna i piękna, wysiadając z niego, położyła dłoń na lwim łbie. Słoneczne promienie odbiły się od jej wężowatego naramiennika.

- Pani. - Demeter pokłoniła się przed nią.

- Matko - poprawiła ją Rea i pochyliła, by ucałować w czoło.

Zawsze będę od niej niższa - przebiegło przez myśl Demeter.

- Piękne miejsce - powiedziała Rea, zataczając krąg ramieniem tak, że nie wiadomo, czy chwaliła świątynię, czy widok, jaki się z niej rozciągał. - Wiesz, po co przybyłam?

- Tak. - Demeter uniosła na nią spojrzenie. - I chcę wiedzieć, czy on cię przysłał.

Oczy Rei miały barwę ziemi i zmieniały ją z każdą porą roku. Teraz były szare jak sucha, jałowa gleba. Nie odpowiedziała córce.

- A zatem przysłał cię Zeus - odpowiedziała sobie sama. - Odczuł brak plonów?

- Nie kpij. - Potężne barki tytanki poruszyły się pod suknią i Demeter natychmiast przypomniała sobie, jaka matka potrafi być władcza. - Nie ja będę lamentować z powodu braku ofiar na ołtarzach bogów.

- Wiem - wzruszyła ramionami Demeter. - Moi bracia odczują to pierwsi. Biedny Zeus.

- Przestań! - Głos Rei przeciął powietrze jak trzaśnięcie batem. - Wiesz, jak się sprawy mają. Od czasu wojny nie staję po niczyjej stronie.

Demeter dostrzegła boleść w oczach matki. Źrenice szare jak nieurodzajna gleba w jednej chwili zamieniły się w jeziora łez. Rei opłakującej każde z połykanych dzieci. Rei spiskującej przeciw mężowi. Rei ujmującej się za pokonanym Kronosem. Jej wyniosłość zniknęła.

- Rodziny tworzą pułapki bez wyjścia. Napięcia, których nie sposób znieść. Nierozwiązywalne węzły przeciwieństw - powiedziała Rea cicho i smutno. - Oto zacisnął się jeden z nich.

Demeter przyglądała się matce po raz pierwszy od wieków i przypominała sobie, przez co ona musiała przejść. Twarz i nieśmiertelne ciało tytanki szczelnie kryły jej poranioną przeszłość.

- Jestem twoją matką - powiedziała tkliwie. - I proszę cię, uwolnij ziemię. Pozwól jej rodzić.

Rea potarła kciuk i palec wskazujący i w jej dłoni znalazł się złoty, ciężki od ziaren kłos. Poruszał się na wietrze, jakby chciał z powietrza wywołać cały łan. Matka podała go Demeter, ale ona go nie wzięła, potrząsnęła głową.

- Niech moi bracia uwolnią Korę - zażądała.

- Nie targuj się - poprosiła Rea. - Zrób to dla ludzi. Dla tych śmiertelników, którym z głodu na rękach umierają dzieci. Nie mogę patrzeć, jak cierpią.

- A moje cierpienie? - żachnęła się Demeter.

Poczuła dotyk Rei na czole. Matka czule przesunęła palcami wzdłuż jej twarzy i ujęła ją delikatnie pod brodą.

- Zawsze byłaś najmądrzejszą z mych dzieci. Najcierpliwszą.

W Demeter wezbrało wzruszenie, którego się nie spodziewała. Rea nigdy wcześniej nie okazała jej serdeczności. Nie zdążyła. Zaraz po urodzeniu Demeter połknął ojciec. A potem była już wojna i świat trząsł się w posadach. Nie sądziłam - pomyślała teraz - że jestem tak głodna miłości.

Jestem dla Rei tym, czym Kora dla mnie?

Palce matki wciąż gładziły ją po twarzy, a jej głos brzmiał jak szmer sitowia.

- Córko, ty jakbyś urodziła się dojrzała - szeptała czule. - Dlatego dostałaś we władanie ziemię.

- Nie ziemię - zaprzeczyła Demeter. - Plony.

- W tym rzecz! - Spojrzenie tytanki zalśniło.

- Nie ustąpię. - Demeter zaplotła dłonie na plecach, chcąc siebie samą podtrzymać w uporze. - Będę walczyć o córkę równie twardo, jak ty walczyłaś o syna.

Przypomnienie Zeusa wzburzyło Reę, kłos w jej dłoni spopielił się i wygiął jak czarny sierp. Przez ułamek chwili Demeter była pewna, że matka tym sierpem zetnie jej głowę. Rea zawahała się i odpuściła. Sierp rozwiał się w powietrzu, ciągnąc za sobą długą smużkę dymu.

- Oboje należycie do pokolenia, które pokonało tytanów - wycedziła zimno. - Jesteście twardzi, bo tylko takie dzieci są w stanie targnąć się na rodziców. To się mści.

- Nie wątpię - powiedziała Demeter, z trudem panując nad głosem. Po całym jej ciele rozlał się lodowaty chłód. Szedł od słów matki, które brzmiały jak klątwa.

- Bądź gotowa na najgorsze - syknęła Rea. - Skoro masz czelność sprzeciwić się mojej prośbie, oczekuj, że Kora też nie okaże ci szacunku.

Piersią Demeter wstrząsnął szloch.

- Niech mi okaże cokolwiek! - krzyknęła wściekła, że tak łatwo jest się jej popłakać przy matce. - Chcę ją odzyskać!

- Nieposłuszeństwo - powiedziała Rea i na jedną chwilę jej oczy zalśniły najgłębszą czernią. - Przygotuj się na bunt córki.

Demeter gdzieś w głębi ulżyło. Otarła łzy z policzka wierzchem dłoni. Bunt to życie.

Rea już wsiadała do rydwanu. Dwa lwy przeciągnęły się i wstrząsnęły złotymi grzywami. Matka bogów strzeliła biczem, potężne cielska naprężyły się w skoku. Rydwan oderwał się od ziemi, Demeter uniosła głowę. Rea wychyliła się swobodnie, niemal poufale, jakby w jednej chwili straciła całą powagę swej roli. Zwykłym kobiecym ruchem poprawiła wyobrażający zwiniętego węża naramiennik. Uśmiechnęła się do niej i zapytała:

- Jesteś pewna, że twoje dziewczątko przebywa w królestwie podziemi wbrew swej woli?

W Demeter zawrzał gniew, wrzasnęła:

- Znam swą córkę!

- Znałaś tylko Korę - odrzekła Rea wyniośle.

 

KORA spod opuszczonych powiek obserwuje, jak Hades porusza się po swym władztwie. Nie ma w sobie cienia tamtej gwałtowności, którą okazał w dniu, gdy ją porwał i uwiózł. Przeciwnie, jego spokój wydaje się jej niemal hipnotyczny. Im dłużej przygląda się Hadesowi przy pracy, tym sama staje się spokojniejsza. Wydłuża się jej oddech, ale nie zapada w sen. Widzi, że mglista ciemność spowijająca jego królestwo ma wiele odcieni. Jest w niej gęsta szarość, która z początku, gdy tu trafiła, budziła w niej przeraźliwy lęk, a teraz zaczyna ukazywać wielotonową i delikatną jak najcieniej tkane płótno głębię. Gdzieniegdzie przebłyskuje w niej srebrna nić. Potem dostrzega, że czerń obsydianowej posadzki nie jest jednolita, i kiedy skupia na niej uwagę, odkrywa, że na obrzeżach wielkiej komnaty zamienia się w najciemniejszy, ale wyraźnie pobłyskujący zieloną linią malachit. Zieleń to życie - myśli i serce bije jej żywiej - w krainie umarłych nie panuje wyłącznie śmierć. W tej samej chwili zapada ciemność, znów otoczył ją ten sam co wcześniej wytrawiony z barw mrok. Dociera do niej, że aby widzieć skarbiec podziemi, musi być spokojna, nie poddawać się wzruszeniom. Dygocze ze strachu. Wybór, jaki stawiało przed nią królestwo umarłych, jest nie do zniesienia. Ma się poddać, by czuć chwilową ulgę? Znieczulić na wszystko?

Przepełnia mnie najgłębsza noc - myśli z przygnębieniem. - Beznadzieja. Cokolwiek zrobię, jest tylko gorzej. Już nie mam siły, by z tym walczyć, i jestem tu zupełnie sama. Porzucona przez wszystkich. Nawet przez matkę.

- Śpij, Koro, śpij - pieszczotliwie szepcze do jej ucha Persefona, patrząc, jak płyną powolne rzeki ciemnej nocy.

 

DEMETER po wyjeździe Rei zapadła w letarg. Okryta płaszczem, szarym jak jałowa ziemia, leżała pod marmurowym ołtarzem. Schodziła w głąb siebie z otwartymi oczami, świadomie. Przywoływała każde ze słów Hekate, bo ze spotkanych po drodze tylko pani ciemnej natury mogła być jej przewodniczką.

Muszę dotknąć śmierci - myślała - skoro Kora nie dała rady wyrwać się z jej odmętów. Lub ramion.

To była wstrząsająca podróż, bo Demeter-matka doświadczała siebie wyłącznie jako źródła życia. Teraz, wraz z utratą córki, obumierała. Nie do końca, niestety. Przeklęta wieczność bogiń. Dźwigała podwójną klątwę: macierzyństwa i własnej nieśmiertelności. To pierwsze było intymne, głęboko ukryte, jak w ziemi ziarno, niewypowiedzialne i nie do podzielenia się z kimkolwiek. Bo jakże matka może wyznać, że wydając na świat dziecko, traci część siebie? Gdy traci je po raz drugi, nic nie odzyskuje, przeciwnie - podwaja utratę. Nieśmiertelność zaś doprawia wszystko goryczą niemożliwą do przełknięcia. Ból, który ma trwać wiecznie. Bogini to zniesie?

Mijały dni i noce, owiewał ją wiatr niosący zeschłe liście, które przetaczały się wokół niej z szelestem i raz po raz wczepiały w surową wełnę płaszcza. Wapienna płyta pod plecami dawała jej oparcie, zdrętwiałe ciało nie odczuwało zmęczenia. Wreszcie nastał dzień, gdy opuściła powieki i zamknęła się na siebie, otwierając na Korę.

Spodziewała się fali wspomnień, czułości nie do udźwignięcia, echa jej śmiechu, słów szeptanych na ucho, zapachu włosów, słodkiego potu parującego ze zgięcia białego ramienia.

Zamiast tego przez długą jak noc chwilę przed oczami miała czarne i czerwone blaski, niczym deszcz poszarpanych płatków; przeczekała je cierpliwie, szepcząc imię córki. Przywołując. I jako pierwszy napłynął obraz tajemnicy. Tamtego wieczoru nad brzegiem morza, gdy dojrzała w oku dziecka coś obcego, ukrytego przed matką. Czarne ziarno w źrenicy. Demeter odepchnęła tę wizję.

- Nie chcę ciebie - wyszeptała gniewnie. - Oddaj mi Korę. To ją urodziłam.

Czarne ziarno zniknęło, ale pociągnęło za sobą drugie, zielone, które wcześniej zręcznie kryło się w jego cieniu.

Przed oczy Demeter wróciły czarne i czerwone blaski, teraz niczym płomienie, które towarzyszą wybuchowi wulkanu. Potem przyszła wizja spopielonej ziemi; gdy pył uniósł się znad jej powierzchni, zobaczyła spękaną, jałową skorupę. To świat z czasów moich dziadów? - przemknęło jej przez głowę. - Uranosa i Gai? A może zgliszcza po naszej wojnie z tytanami? Jakieś miejsce, którego nie widziałam, gdy wraz z siostrami broniłyśmy Olimpu? Przyspieszył jej oddech; z lękiem szukała w tej zawierusze Kory, ale wystarczyła chwila, by pojęła, że miejsce, które widzi, już niczego nie może urodzić.

Poczuła woń inną od wszystkiego, co znała. Gęstą, duszącą, czarną. Wyciskającą łzy, zapychającą nozdrza aż do oszalałego kaszlu. I huk idący z każdej części ziemi, jakby w powietrzu, w oszalałym pędzie, przepływały żelazne, pozbawione żagli okręty, a ziemię drążyły młoty gigantów. I zobaczyła oleiste rzeki, których nurtu od wieków nie nawiedziło żyjące stworzenie ni roślina. Tęczowe plamy jezior, nad ich powierzchnią unosił się kwaśny odór. Przeniknęła ją zgroza. Zrozumiała, że to kraina, w której nie ma dla niej miejsca. Demeter, Pani Plonów, nie ma tu czego szukać. Pustka bez żadnego życia, bez oznak śmierci, gnicia, umierania. Wytrawiona nicość. Tego nie potrafiła znieść nawet nieśmiertelna bogini.

Zacisnęła powieki, z całych sił przywołując Korę. Nie odpowiedziało jej nawet echo. Nic. Nie ma się czego uchwycić. Przed oczami mrok, bez plamy nadziei. Demeter, która w poszukiwaniu córki przeszła całą drogę, musiała się z tym pogodzić. I wtedy coś w niej puściło. Pękły niewidzialne więzy.

Otworzyła oczy. Wstała z chłodnej wapiennej posadzki, otrząsnęła płaszcz z zeschniętych liści. Wsparła plecy o ołtarz, który wybudowali dla niej król Keleos i lud eleuzyński. Nad suchą, jałową ziemią noc dobiegała końca. Gdzieś, naprawdę w oddali, zaszczekał pies. Widziała przytłumione światło pochodni, z którą przez rozdroża wędrowała ciemnooka Hekate. Potoczyła wzrokiem po ziemi, której od dnia porwania Kory zabroniła rodzić. Bezlistne gałęzie figowców i jabłoni poruszały się na wietrze. Odetchnęła z ulgą. Wyjałowiona jej wolą ziemia to więcej niż nic. To wciąż miejsce znacznie lepsze niż przeraźliwa, martwa pustka z jej wizji. Zrobiła krok, potem drugi. Poczuła pod nagą stopą wyschnięte źdźbła traw. Zerwał się wiatr, nieoczekiwany, gwałtowny. Włosy Demeter rozwiał ciepły podmuch. Deszcz spadł z nieba zaskakująco łagodny. Jak we śnie zaczęła schodzić po schodach świątyni, stopy ślizgały się po mokrych stopniach. Kierowała się ku pustym polom, biegła, aż padła na mokrą ziemię. Zachłysnęła się jej wonią. Wczepiła palce w suche, twarde kępy, wyszarpując je z korzeniami.

- Kimkolwiek jesteś, wróć do mnie - załkała. - Nigdy nie przestanę cię szukać.

Nagle przypomniała sobie swoją radość z tamtego dnia, nim Kora zniknęła. Radosne drżenie, które czuła, przysypując czarną ziemią ziarna. To było tak odległe, jakby zdarzyło się wieki temu. Demeter zacisnęła pięści, zachrzęściła pod paznokciami ziemia. Poczuła, że coś utkwiło w jej dłoni. Rozwarła palce i westchnęła. To tylko czarne, na pół pęknięte ziarno. Wróciło.

 

PERSEFONA przemierza krainę umarłych lekkim, ostrożnym krokiem. Wie, że w każdej chwili może spotkać Hadesa, ale go nie zauważyć. Zakładał kynee, psią przyłbicę, w której pozostaje niewidzialny. Czuje, że czasami ją śledzi, a czasami, niewidoczny, oprowadza po swym władztwie, pokazując tajemne skarby. Pozwala mu na to, bo jak inaczej miałaby poznać najgłębsze z tajemnic? Któregoś dnia, a może nocy, idzie wąskim, ciemnym korytarzem, czuje, jak z każdym krokiem ekscytacja rośnie. Wydaje się jej, że w ścianach korytarza krąży krew. Na końcu trafia na miękką zasłonę. Rozchyla ciężkie kotary pachnące kwiatami asfodelu i wchodzi do wnętrza niewielkiej pieczary o łagodnie zakrzywionym sklepieniu. Jest tu cieplej niż w korytarzach i komnatach, które zwiedziła wcześniej. Powietrze pozostaje wilgotne, przesycone wonią owoców, korzeni i czegoś znajomego, czemu nie potrafi nadać nazwy. Już dawno odkryła, że królestwo Hadesa nie jest czarne, lecz bogate odcieniami mroku. Wystarczy patrzeć spokojnie, by je dostrzec. Robi krok, następny i jeszcze dwa. Unosi głowę i wzdycha z zachwytu: ściany i sklepienie komnaty przypominają rozcięty owoc granatu. Połyskują głęboką czerwienią jego pestek. Lśnią, same dla siebie będąc źródłem światła. Wyciąga ramię i dotyka ich. Są ciepłe, jakby oddawały dotyk. Jakby nie ona ich dotykała, ale one jej. Persefona pragnie tego, co będzie dalej. Wtula się całym ciałem w żywą ścianę, przykłada do niej policzek, rozkłada szeroko ramiona i przyciska piersi. Czuje twardą i pulsującą pod jej ciężarem sprężystość. Dziesiątki nabrzmiewających pestek. Wzdycha, a spod jej ciała spływa sok. Dreszcz przechodzi przez Persefonę falą i falą wraca, jak wydech i wdech. Oddaje się temu uczuciu nieznanemu, choć przeczuwanemu od dawna. I wtedy dociera do niej, że woń, której wcześniej nie nazwała, to krew. Jej krew. I że Hades ją tu przywiódł, że jest tu teraz z nią, choć nie w niej. Że czeka niewidzialny, a to już jest ten moment i ona musi dać mu odpowiedź. Zna ją, zna od pierwszej chwili, ale potrzebowała tego, co właśnie się stało, by być pewną. Tak, chce być królową podziemi. Panią bogactw, które niesie śmierć. Spowitą w mrok o odcieniu pestek granatu.

Słyszy w powietrzu nasyconym sokiem i wonią jej krwi przyspieszony oddech boga umarłych. Zdjął z głowy psi hełm.

- Owoc granatu będzie naszą tajemnicą - wypowiada warunek, wyciągając do niego dłoń.

 

DEMETER okryta złotymi włosami jak płaszczem siedziała na własnym, pustym ołtarzu i pogrążała się w myślach. Widziała, jak wyschły koryta rzek i źródła. Padły stada, bo owce i bydło nie znalazły źdźbła trawy. Drzewa i pola przestały rodzić.

Pani Plonów zamarła, zmieniając się w boginię nieurodzaju. Nie odpowiedziała na pozdrowienie Irydzie, którą jako pierwszą Zeus wysłał do niej z posłaniem. Milczeniem powitała i pożegnała trzy Charyty, które nadleciały jako kolejne. I każdą z muz przybywających z prośbą od najwyższego z bogów. Swoją drogą - pomyślała - trzeba być nieczułym jak Zeus, by do matki opłakującej córkę wysyłać równe jej wiekiem dziewczęta. Odmawiała każdemu zaproszeniu na Olimp. W siedzibie bogów, domu o spiżowym progu, na górze, którą przed wiekami zdobyli, nie widziała dla siebie miejsca.

Każda z nas powtarza ten los - myślała ponuro - jakby Mojry na setki sposobów chciały utkać życie kobiet, a nie potrafiły znaleźć innych wzorów, nawet dla bogiń. Ja nie mogę się ugiąć. Dałam jej życie i muszę być siłą dla nas obu.

Dni i noce mijały jej jednako jałowe. Przez otwartą kolumnadę świątyni patrzyła obojętnie na chmury przepychane wiatrem, grad odbijający się bezsilnie od wapiennych stopni, nocne niebo, po którym Selene toczyła zmienny księżyc. Czasem widziała jaskółki, ale czarnoskrzydłe ptaki nie miały śmiałości założyć gniazd u sklepienia świątyni, odlatywały szybciej, niż nadlatywały, i nieboskłon wiecznie pozostawał pusty.

- Mrok cię dotknął, Jasna Pani. - Głos Hermesa rozbiegł się w powietrzu tak, że nie zorientowała się, z której strony przybył. Nie uniosła głowy. Nie powiedział nic, czego by nie wiedziała.

- Przysłał mnie Zeus - powiedział Hermes.

- Jak wszystkich przed tobą - oznajmiła, nie drgnąwszy.

- Nie wszystkich - zaprzeczył.

Przed oczyma mignął jej wężowy naramiennik matki. Nie kłamała? Była tu z własnym posłaniem?

- Zechcesz mnie wysłuchać czy odeślesz jak dziewczęta? - spytał Hermes. - Między nami, Zeus nie zawsze wykazuje się taktem, nie sądzisz?

- Nikogo nie osądzam - zaprzeczyła, wciąż nie unosząc głowy. Zbyt dobrze znała sztuczki posłańca bogów.

- Zatem skazujesz bez wyroku. - W jego głosie zabrzmiała przekora. - Ci biedni ludzie...

- Łżesz zręcznie, ale nie uwierzę, Hermesie, że ich los cię obchodzi.

- Racja, Jasna Pani. Skupiam się na sprawach rodziny. Zeus potrzebuje, by przywrócony został odwieczny porządek.

- Mógł nie zezwalać, by Hades go zburzył.

- Prawda - przytaknął Hermes i zamilkł.

W ciszy, jaka zapadła, Demeter powoli uniosła głowę. Złote włosy prześlizgnęły się po jej twarzy. Spojrzała mu w oczy. Hermes stał przed nią i po raz pierwszy, odkąd go poznała, był śmiertelnie poważny.

- Zeus chciałby cofnąć czas - powiedział Hermes. Białka jego oczu lśniły żywym srebrem.

- Nawet wszechmocny nie może tego uczynić - oznajmiła Demeter, z trudem panując nad budzącą się w jej sercu nadzieją.

- Jeśli ty, pani, zgodzisz się uwolnić ziarno i oddać ziemi płodność, Zeus ustąpi.

Wszystko w niej było życiem. Gdyby którykolwiek z bogów wiedział, jakim cierpieniem jest powstrzymywanie go, mogliby doprowadzić do jej kapitulacji bez żadnych warunków. Ale każdy dzień bez Kory był dla Demeter lekcją ukrywania. Nawet powieka jej nie drgnęła, gdy usłyszała, że najwyższy się poddaje.

- Zeus ustąpi - powtórzyła po Hermesie. - A Hades?

- Hades podda się jego woli - oświadczył Hermes. I dodał po chwili: - Wygrałaś, Jasna Pani. Bez plonów, które dajesz, nie ma życia. A ja zrobię dla ciebie to, czego nie zrobił żaden z nieśmiertelnych. Zejdę po twą córkę do podziemi. Czekam tylko, aż wypowiesz słowa zgody.

Spojrzała w niebo. Słońce przystanęło w zenicie o chwilę dłużej niż zwykle. Jednak są sprawy, które mogą wstrzymać rydwan Heliosa.

- Zgoda - powiedziała Demeter i wyprostowała szerokie plecy. - Choć nie ty będziesz pierwszy, Hermesie, synu bogów. Pierwszą boginią w krainie umarłych była moja córka Kora, zwana tam Persefoną.

 

PERSEFONA czuje podmuch chłodu. Hermes odbija od brzegu. Wody Styksu chwytają dno łodzi, jakby same chciały nią sterować. Mocniej owija się chustą.

Wypływają na środek podziemnej rzeki, oddalając się od światła płonącego na przystani. Porywa ich nurt i nagle ostro kołysze łodzią. Persefona traci równowagę. Rzuca nią na burtę. Podciąga się, przytrzymując się jej z całych sił. Złamany paznokieć wpada w nurt. Widzi, jak przez chwilę unosi się na fali, a potem staje się siny, napuchnięty i rozpuszcza w styksowej wodzie, zostawiając za sobą tylko brudną plamę. Wzdryga się i kuli zraniony palec. Wtedy do jej uszu docierają szepty. Unosi głowę, szuka, skąd dochodzą, ale widzi jedynie lampę zawieszoną na dziobie łodzi; jej nikłe światło rozprasza mglistą ciemność odrobinę, tylko tyle, by dostrzec rzekę i mrok skrywający brzegi.

- Musimy trzymać się nurtu Styksu - mówi Hermes. Słyszy w jego głosie niepokój. - I płynąć pod prąd.

Znad nurtu unoszą się gęste opary. Patrzy w toń wody, próbuje dostrzec cokolwiek pomiędzy ich pasmami. Wydaje się jej, że widzi poruszające się w głębinach wodorosty. Coś mokrym dotknięciem prześlizguje się po jej policzku, słyszy chichot, który zamienia się w łkanie. Długie włosy wodnych traw omiatają burtę łodzi i odsłaniają dno. Dostrzega ludzkie kości. Przegniłe piszczele zalegające dno stosami. Czaszki, przez których oczodoły przepływają łodygi czarnych roślin. Mgłę sunącą ponad nurtem rzeki umarłych wypełnia szloch. Zrazu to lament setki głosów, łkanie, które nie ma początku ni końca, dopiero po chwili zaczyna wyławiać z niego osobne skargi. Popłakiwanie dzieci, które zmarły z głodu. Charczenie tonących rybaków. Szloch kobiet żegnających tych, co nie wrócili z wojny. Do Persefony dociera, że woda Styksu to kipiel strachu ludzi odchodzących w nieznane. Nieświadomych, co dalej. Ich niezliczone lęki przepływają przez nią, wczepiając się trupimi palcami w welon, chowając pod jej płaszczem, próbując przytrzymać szala.

- Patrz w światło na dziobie łodzi - rozkazuje Hermes i dodaje po chwili łagodniej: - Nawet ta rzeka musi się kiedyś skończyć.

Ale nie ma końca rozpacz wypełniająca jej koryto po brzegi - myśli współczująco Persefona. - Kto raz ją poczuje, nie zazna spokoju na wieki.

 

KORA drży na całym ciele, gdy płyną szeroką, płaskodenną łodzią przez ołowiany nurt Styksu.

- Nie oglądaj się za siebie - przestrzega ją Hermes.

Sama wie, nie musiał jej tego mówić. Jest śmiertelnie poważny, jego srebrne oczy czujnie przeszukują brzegi i wpatrują się w fale Przeraźliwej, bo tak przecież brzmi prawdziwa nazwa Styksu.

- Na jej wody przysięgają bogowie - mówi Hermes, nie odrywając wzroku od toni.

- Co się stanie, gdy ktoś złamie taką przysięgę? - pyta go Kora, przyglądając się mgle sunącej nad falą w przeciwnym niż oni kierunku.

- Winowajca przez rok będzie w letargu - przyznaje Hermes niechętnie. - Zawieszony między jawą a snem.

Kora nie czuje zmiany kierunku wiatru, choć pasmo mgły zawróciło i teraz wije się wokół burty.

- I co potem? - dopytuje.

- Przez kolejnych dziewięć lat nie wolno mu będzie przekroczyć progu Olimpu. Nie wejdzie na ucztę bogów, nie dopuści się go do narady.

- Aha. - Kiwa głową i wbija wzrok w ostrą skałę, ku której zmierza rzeka i łódź, i oni na niej.

- Za skałą - oznajmia Hermes - kończy się Styks, a zaczynają trzy nurty. Jeden z nich jest ognisty, wrą w nim płomienie i od tego wziął nazwę, Pyriflegeton. Drugi i trzeci to Acheront i Kokytos, Rzeka Płaczu i Rzeka Wycia. Popłyniemy dalej tym pierwszym.

Milczy, bo Hermes znów nie powiedział nic, czego by wcześniej nie wiedziała. Wyciąga dłoń nad burtę. Mgła przepływa jej między palcami jak najcieńszy jedwabny szal.

- Matka czeka na ciebie - odzywa się Hermes. - Szaleje z tęsknoty.

Zagryza wargi. Wciąż nie ufa Hermesowi. Gdzie byliście wcześniej, wielka olimpijska rodzino?

- Jak do niej dotrzemy? - pyta wreszcie, bo czuje, że Hermesa niepokoi jej milczenie.

- Czeka na nas rydwan - odpowiada szybko i chętnie, choć nie dodaje, do kogo należy.

Gdy wpływają na wody Acherontu, nie odzywają się do siebie. Rozjaśnia się. Hermes pilnuje steru i nie przestaje wzrokiem patrolować brzegu, jakby się bał, że coś z niego wyskoczy i uczepi się burty. Kora nie może oderwać spojrzenia od sitowia porastającego brzeg rzeki. Jest zachwycające, nigdy wcześniej nie widziała przejrzystych roślin. Wysokie, wodne trawy o wiotkich łodyżkach kończą się najczystszą łzą. Acheront, Rzeka Płaczu.

Ludzie po śmierci płyną w przeciwną niż my stronę - myśli. - Zaiste kraina umarłych wita ich pięknie. Gdyby te trawy potrafiły wydawać dźwięki, byłaby to poruszająca żałobna pieśń. Taka, po której łzy same wysychają na twarzy, nie wiedzieć kiedy dusza oddaje się kontemplacji piękna i rozpływa w nim.

Dziób łodzi łagodnie wsuwa się w trzciny, czuje, jak płaskie dno szoruje po piasku. Hermes zatrzymuje łódź i odkłada wiosło. Mgła uniosła się nieco i przesnuła nad łąkę porastającą brzeg.

- Asfodelowa łąka - szepcze Kora w zachwycie, patrząc na uginający się pod łagodnym wiatrem łan kwiatów. Ich białe liliowe kielichy poruszają się w najdoskonalszym rytmie muzyki, której nie mogła usłyszeć, lecz potrafiłaby ją zagrać. Jest ich niezliczona ilość, całe łąki utkane asfodelem, a mimo to nad kwiatami nie brzęczy żaden owad.

- Wysiadamy - mówi Hermes, wyrywając ją z zachwytu. Słyszy w jego głosie pośpiech i nerwowość, którą wcześniej, na łodzi, starał się ukryć. - Do rydwanu, tędy.

Dobiega do niej parskanie koni, dostrzega samotny dziki figowiec. Pod jego wykrzywionym pniem stoi powóz i cztery kare konie.

- Czy mogłabyś, Koro? - Kładzie dłoń na jej ramieniu, wyczuwa, że posłaniec bogów drży. - Powinniśmy jak najszybciej opuścić to miejsce.

- Nie popychaj mnie. - Odwraca się do niego gwałtownie. - To miejsce ma nazwę. Kraina umarłych. Hades.

W tej samej chwili staje przy nich i zdejmuje z głowy psi hełm. Kłania się Korze, ona odpowiada ukłonem.

- Hadesie - odzywa się Hermes niepewnie.

- Przyszedłem się tylko pożegnać - odpowiada spokojnie. - Odprowadzić Korę do rydwanu, który zawiezie ją do Demeter. To postanowione.

Kora czuje ulgę. Przyniosły ją słowa Hadesa, a nie wcześniejsze obietnice posłańca bogów.

- Pozwolisz? - pyta Hades, podając jej ramię.

- Teraz powiem: tak - odpowiada i ruszają ku karym rumakom, złotemu rydwanowi. Prowadzi ich mgła, jasnymi pasmami snująca się nad łąką asfodelową, pieszcząca kielichy lilii, które prości ludzie nazwali kwiatami umarłych. Widzi w oddali gaj, smukłe pnie topoli, rosochate wierzby, których gałęzie tak pięknie i smutno pozwalają się kołysać wiatrom.

- Są jałowe - mówi Hades.

- Nie miałam pojęcia - przyznaje Kora.

- Mimo to... - zaczyna.

- ...piękne - kończy.

- Ja mówię na nie: moje gaje melancholijne.

- Też mogłabym tak je nazwać - godzi się. - Pociąga mnie piękno drzemiące w smutku.

- Dlatego cię wybrałem. - W jego głosie słyszy dokładnie ten ton, którym kiedyś zaczęła pieśń wieczoru.

Spogląda na niego. Nigdy Hades nie wydawał się jej tak bliski. Jakby łączyła ich więź, której nie rozpoznała wcześniej.

- Cieszysz się, że wracasz do matki? - pyta i nie ma w jego słowach żadnej ukrytej nuty.

- Cieszę - przytakuje szczerze.

- Tęskniłaś za nią?

- Jeszcze tęsknię - śmieje się smutno. - Wciąż jestem w drodze do niej.

Podchodzą do rydwanu. Słońce odbija się od czarnej jak onyks, idealnie napiętej skóry na końskich zadach. Zatrzymują się.

- Chciałbym coś ci podarować na pamiątkę - mówi Hades, patrząc jej w oczy.

- Nie mogę nic od ciebie przyjąć - odpowiada przepraszająco.

- Rozumiem. - Potrząsa głową, a Kora dostrzega, że linia jego żuchwy jest niemal doskonała. Hermes, przypatrując się uważnie, rusza w ich stronę, ale nagle zatrzymuje się i kuca, by poprawić sandał. Kora łapie Hadesa za ramię i szepcze pospiesznie:

- Nie mogę przyjąć niczego nowego.

On cofa ramię. Czuje, jakby odbierał jej ten ostatni, pożegnalny dotyk. Unosi brwi zaskoczona. Hades wyjmuje nóż, drugą ręką wyciąga spod poły owoc granatu i przecina go. Po jego mocnych, twardych palcach sok płynie do wnętrza dłoni.

- Więc weź to - mówi. - Poprzednio ci smakowało.

Czuje dreszcz silniejszy niż cokolwiek wcześniej, jakby ten ciemnooki bóg przypomniał jej sen śniony przed wiekami, dawno, bardzo dawno. Nie odrywają od siebie oczu, gdy ujmuje lśniącą sokiem pestkę i wkłada do ust. Cierpkość, słodycz soku, zagryza twarde jądro. Upojny zapach asfodelowych łąk. Daleki szum sitowia płaczącej rzeki. Melancholijny gaj wierzb i topoli. Dziki figowiec, kare konie. Wypełniające ją piękno smutku.

I głos Hermesa:

- Wracaj do matki, Koro.

Rydwan rusza.

 

DEMETER czekająca na Korę była napięta do granic. Wstrzymywała oddech, by wsłuchiwać się w podmuchy wiatru. Niósł jedynie stare, suche, pokruszone liście i szastał nimi po stopniach eleuzyńskiej świątyni. Jak długo to może trwać? Dopiero teraz pojęła, że nie potrafi sobie nawet wyobrazić podróży córki. Styks, Kokytos, Acheront, chyba nie płomienisty Pyriflegeton? Miała mgliste pojęcie o krainie umarłych. Zacisnęła palce na suchej makówce, potrząsnęła nią jak dziecinną grzechotką. Ostatni raz wieniec z maków miała na skroniach tamtego wieczoru, później już nigdy. Później nie było kwiatów - pomyślała przytomnie. I wtedy usłyszała tętent kopyt. Pociemniało jej przed oczami, musiała przytrzymać się ołtarza. Marmur był chłodny. Kare konie, złoty rydwan, bicz. Hermes powoził. Serce ruszyło jej obłąkańczym rytmem. Jest! Jest! Stoi za jego plecami, ale już widać czubek warkocza tańczącego na wietrze. Demeter rzuciła się do biegu w dół, na podwórzec, po stopniach świątyni. Rydwan, wciąż jeszcze w powietrzu, kołował nad jej głową, rozwiewając złociste włosy bogini.

- Córko.

- Matko.

Hermes zręcznie osadził konie na półokrągłym podjeździe. Wpatrywał się w Demeter srebrnym wzrokiem.

- Zwracam ci córkę, Jasna Pani! Czas, byś wypełniła swoją część ugody.

- Nie poganiaj mnie! - rzuciła do niego gniewnie. - Uszanuj moje powitanie z córką.

Kora wyszła zza jego pleców i zstąpiła z rydwanu na kamienny podwórzec świątyni. Cała w czerni, malachicie i mrocznej purpurze. Na jej twarzy rozpinał się welon z cienkiej jak sieć pajęcza koronki. Zakryte miała nawet ramiona, spod zdobionego we wzór lilii płaszcza widać było tylko białe, smukłe dłonie. One i czubek złotego warkocza wysuwający się spod zasłony były jedynymi jasnymi plamami w jej postaci.

- My dotrzymaliśmy umowy - powiedział Hermes, lecz nie zapanował nad głosem. Demeter usłyszała, jak posłaniec bogów drży. - Ona sama...

Demeter prześlizgnęła się po nim wzrokiem, jakby był powietrzem. I wyciągnęła rękę do córki, kłaniając się jej z szacunkiem:

- Witaj, Persefono, królowo podziemi.

Wiatr porwał cienki jak pajęczyna welon i uniósł mroczny woal na południe, tam, skąd niegdyś po morzu ciemnym jak wino płynęły czarne okręty. Matka i córka stały przed sobą oko w oko, twarzą w twarz.

 

DEMETER obmywała córkę. Woda spływała po smukłym, nagim ciele. Łkała i odwracała głowę od szczerozłotej wanny, żegnając się z Korą, której nie dostała. Z czułością opatrzyła ranny palec Persefony. Kropla ambrozji i z powrotem przykrył go różowy paznokieć.

Namaszczała ją olejkiem łagodnie, jakby chciała eliksirem bogów wymazać z jej pamięci każdy dzień rozstania; wierzchem drugiej dłoni wycierała własne łzy. Płakała ze szczęścia. Jej córka wróciła, choć odmieniona, ale oto jest, i to warte więcej niż wszystko, co poświęciły.

Ubrała ją w lśniącą białą szatę i wetknęła jej we włosy perły. Kora delikatnie czesała matkę grzebieniem, a potem zaplotła jej koronę z warkoczy. Ze szkatuły wyjęła złote naszyjniki wysadzane najdrobniejszymi kamieniami, ale odłożyła je. Obie jednocześnie wyciągnęły rękę po inny i zaśmiały się, prawie jak kiedyś. Na piersi Demeter spoczął najpiękniejszy klejnot - naszyjnik ozdobiony złotym snopem zboża. Kora długo szukała czegoś dla siebie, przebierała między sznurami kwietnych korali, ale Demeter położyła jej rękę na dłoni i powiedziała:

- Pozwól, że ja ci wybiorę.

I zrobiła to. Wyjęła ze spodu szkatuły naszyjnik z purpurowym owocem granatu. Kora spojrzała na matkę z ukosa, otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale natychmiast, przestraszona, przysłoniła je dłonią.

- Nic nie mów - uprzedziła ją Demeter. - Kora była kwiatem, ty jesteś... - Zawahała się i spojrzała w pociemniałe oczy córki. - Ty jesteś owocem.

Pocałowała ją w czoło i zapięła na jej smukłej szyi klejnot. Były gotowe.

Trzymając się za ręce, wróciły do głównej sali świątyni. Czekał na nie Hermes, ale nie był sam. Przed ołtarzem stała Rea, tytanka, matka bogów. Zauważyła naszyjnik Kory. Hermes prześlizgnął się po nim wzrokiem i wpatrywał tylko w snop złotego zboża na piersi Demeter. On odezwał się pierwszy:

- Stało się.

- Dopełniło - poprawiła go Demeter.

Uniósł brwi, nie spodziewał się takiej odpowiedzi.

- Tego nie widzę - odrzekł szybko. - Ziemia wciąż jeszcze jest jałowa.

- Nie widziałeś jałowej ziemi, Hermesie - przerwała mu. - Na razie widzisz tylko ziemię, która przestała rodzić.

- Nie wyobrażam sobie, że może być gorzej - spróbował zażartować.

- Może - odpowiedziały obie.

- Bogowie obstają przy tym, że świat wiecznie będzie taki, jakim go stworzyli - odezwała się Rea i w jej głosie słychać było smutek.

- W tym względzie śmiertelnicy, którzy wiecznie boją się umierania, chorób i głodu, mają większą wyobraźnię - stwierdziła Demeter i dodała: - Choć i oni nie są w stanie zobaczyć tego, dokąd zmierza.

- Wystawiasz mnie na jakąś próbę? - Srebrne oczy Hermesa zalśniły gniewem, którego nie śmiał w jej obecności okazać. - To jakaś zagadka, którą mam rozwiązać?

- To wy wystawiliście nas na próbę - zaśmiała się Demeter i widziała, że jej śmiech go zmroził.

- Powtarzam - powiedział szybko - Zeus i Hades dotrzymali umowy. To ona...

Demeter spojrzała na córkę z czułością, ścisnęła jej dłoń i uniosła.

- Chciałam odzyskać Korę, a dostałam Persefonę.

Hermes przekrzywił głowę, ciemne loki opadły mu na oko, był napięty, nie spuszczał z niej wzroku.

- Dobrze, że są was dwie w jednej. - Przyciągnęła dłoń córki do ust i pocałowała. - Koro jako Persefona stałaś się panią przejścia. Przykładem dla całej natury.

- O czym ty mówisz, Demeter? - Głos Hermesa zdradzał najwyższy niepokój.

- Oznajmiam swoją wolę. Tak już będzie każdego roku.

- Jak? - krzyknął, czując, że sprawy wymknęły się spod kontroli.

- Na jedną jego część życie natury będzie zamierać - wyjaśniła mu, a jej spokój doprowadzał go do szaleństwa. - Tak jak moje, gdy me dziecko, jako Persefona, schodzić będzie do podziemi. A kiedy będzie do mnie wracać, ja będę wracać życie przyrodzie. Jak teraz!

Demeter puściła dłoń córki i z szeroko rozwartymi ramionami tchnęła życie we wszystkie ziarna, jakie kryła ziemia. Powietrze zadrżało, zafalowały rzeki i zatrzęsły się skały. Natura, powstrzymywana tak długo siłą bogini, odżyła. Szaleńczo wypełniła się sokami, wystrzeliwując trawy, pędy, kwiaty, liście i owoce. W powietrzu wezbrały upojne wonie kwitnienia. Na głowie Demeter zalśniły czerwienią maki. Kora przylgnęła do niej cała we łzach.

- Twoja moc, matko, nie ma sobie równych - szepnęła.

- Teraz i twoja, córko - z powagą odpowiedziała Demeter i dotknęła różowego policzka Kory. - Na ziemi nie ma życia bez umierania.

- Uczcimy winem tę radosną okazję? - spytał Hermes i odetchnął z ulgą.

- Skądże - nie dała mu spokoju Demeter - kykeonem. Napojem z jęczmienia i ziela. Matko, czy dołączysz do mnie i mej córki? - Skłoniła głowę przed Reą.

Tytanka podeszła do niej. Spojrzały sobie w oczy, jak wędrowcy po długiej podróży. Źrenice Rei były zielone. Demeter klasnęła w dłonie i na ołtarzu świątyni zjawiły się wysmukłe dzbany. Snopy zbóż, pęki kwiatów, złote sierpy. Zajęła miejsce pośrodku, między matką a córką, i wzniosła kubek.

- Za powroty!

Rea pochyliła się do jej ucha i szepnęła tak, by nie słyszał Hermes:

- Dobrze zrobiłaś, córko. Odebrałaś sprawczość Zeusowi, używając jego własnej broni. Skąd wiedziałaś, że uknuli podstęp z pestką granatu?

Demeter mogła powiedzieć prawdę, ale półprawda była znacznie bardziej szlachetna, więc odrzekła cicho:

- Od ciebie.

- Mamy gości! - zawołał Hermes swobodnie oparty o kolumnę. - Niezmierzone tłumy ciągną do twojej świątyni. Znów będą dary! - Zaśmiał się. - Jak dobrze być bogiem, gdy złote czasy wróciły. Dlaczego zatrzymali się w dole, przy studni? - spytał, odwracając się do trzech bogiń.

- Bo tam zaczęła się historia tej świątyni - odpowiedziała Demeter i powitała króla Keleosa, królową Metanejrę, ich cztery piękne córki i Demofonta, który tak szybko wyrósł. Dała im znak, by weszli na górę. Tłum ofiarników szczelnie wypełnił dziedziniec i schody, wypychając zaskoczonego Hermesa poza obręb świątyni. Ludzie nie widzieli posłańca bogów, był dla nich nieobecny, bo przybyli tu do swej bogini.

- Uczciliście mnie - zawołała do gości - gdy byłam w największej żałobie. Dzisiaj daję wam dar tajemny. Misteria eleuzyńskie, tak, chcę, by nazywały się od tego miejsca, gdzie wylałam morze łez w oczekiwaniu na córkę. Boicie się głodu i śmierci, słusznie. Głód można ukoić ziarnem, ale śmierć jest dla was nieuchronna. Patrzcie na mą córkę, Korę Persefonę. Kwiat, który zamienił się w owoc w podziemiu. Patrzcie na ziarno, które musi obumrzeć, by dać plon, a zrozumiecie, że celebrując życie ziemskie, zbliżacie się do pośmiertnego. Czcijcie nas obie, Demeter Panią Plonu i Persefonę Panią Przejścia do królestwa podziemi, a wasze życie stanie się warte życia.

- Niczego się nie bójcie, będę tam na was czekać - łagodnym, melodyjnym głosem obiecała Persefona. - Przeprowadzę was przez żałobę. Otworzę wasze oczy na świat tajemny, a uszy na muzykę podziemi.

Ludzie radośnie zaczęli składać dary, a gdy zastygli w pokłonie, przepchnął się między nimi Hermes, udając, że cały czas stał blisko bogiń.

- I oto, nie łamiąc praw, dałaś ludziom pokarm bogów - mruknął, siląc się na sarkazm. - Gdyby byli rozumni, ceniliby go bardziej niż ziarno. Na mnie już czas. - Wstrząsnął lokami i poprawił krótki płaszcz.

- Jak widzisz, nikt cię nie zatrzymuje. - Skinęła mu na pożegnanie Demeter.

- Ale beze mnie... - zaczął.

- Przeceniasz rolę posłańca - przerwała mu. - I nędzne spiski bogów. Zrobiłam to nie dla was, ale dla nich. - Pokazała na świętujących ludzi. - Wyciągnęli do mnie rękę, gdy wy odwróciliście wzrok. Odejdź, czekam na ostatniego gościa.

Hermes czuł się wyproszony, ale nie potrafił wyjść bez ostatniego zdania, więc na odchodne rzucił do Kory:

- Przyjadę po ciebie za trzy czwarte roku.

- Nie trzeba, Hermesie. Mąż przyśle po mnie rydwan, znam drogę.

Demeter patrzyła na odjeżdżającego posłańca bogów z ulgą. Na świętujących u źródła ludzi z tkliwością. I z radością zrobiła miejsce przy stole dla ostatniej z oczekiwanych. Jej nadejście zwiastował zmierzch, stary księżyc, blask pochodni. Dyszenie psa i brzęk żelaznych kluczy.

- Kłos i ziarno, co było pierwsze? - zapytała na powitanie Hekate.

- Kwiat, po nim owoc - odpowiedziała jej zapraszająco Demeter.

Pomysł i redakcja: Paweł Goźliński

Korekta: Agata Nastula

Projekt okładki: Iza Dudzik

Ilustracje: Iza Dudzik

Opracowanie graficzne: Maciej Trzebiecki

Redaktor prowadzący: Marcin Kicki

 

ul. Czerska 8/10, 00-732 Warszawa

 

Copyright ? for Wstęp by Zyta Rudzka, 2022

Copyright ? for Demeter. Znałaś tylko Korę by Elżbieta Cherezińska, 2022

Copyright ? for Echo. Widzę cię by Julia Fiedorczuk, 2022

Copyright ? for Artemida. Srebrzysta by Renata Lis, 2022

Copyright ? for Eurydyka. Nie wracaj by Aleksandra Zbroja, 2022

Copyright ? for Medea. Dzikuska, czyli jak Grecy wynaleźli barbarzyństwo by Agnieszka Jelonek, 2022

Copyright ? for Pazyfae. Pieśni królowej by Grażyna Plebanek, 2022

Copyright ? for Gorgona. Zabawka bogów by Katarzyna Boni, 2022

Copyright ? for Eurykleja, Penelopa, Kirke. Świat, który wymyśliłam dla Odysa by Barbara Sadurska, 2022

Copyright ? for Kasandra. Tylko ja ocaleję, aby wam o tym donieść by Aleksandra Zielińska, 2022

Copyright ? for Jokasta. Rapsodia na temat by Joanna Rudniańska, 2022

Copyright ? for Ifigenia. Od piątej do siódmej by Weronika Murek, 2022

Copyright ? for Kora. Letniczka by Dominika Słowik, 2022

 

Copyright ? by Agora SA, 2022

 

Wszelkie prawa zastrzeżone

Warszawa 2022

 

ISBN: 978-83-268-3924-5

 

Książka, którą nabyłeś, jest dziełem twórcy i wydawcy. Prosimy, abyś przestrzegał praw, jakie im przysługują. Jej zawartość możesz udostępnić nieodpłatnie osobom bliskim lub osobiście znanym. Ale nie publikuj jej w internecie. Jeśli cytujesz jej fragmenty, nie zmieniaj ich treści i koniecznie zaznacz, czyje to dzieło. A kopiując ją, rób to jedynie na użytek osobisty.

 

Szanujmy cudzą własność i prawo!

Polska Izba Książki

 

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej