Zgubny wpływ - Mike Omer

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Obszar­pany łachu­dra sie­dział na chy­bo­tli­wym rusz­to­wa­niu, gapiąc się na tysiące świa­te­łek migo­czą­cych w ciem­no­ściach nocy. Miał na sobie wor­ko­wate dżinsy i wybla­kłą sztruk­sową mary­narkę, chyba za lekką na tak lodo­waty wiatr. Abby przy­glą­dała mu się przez nie­wy­koń­czone, nie­oszklone okno, pró­bu­jąc oce­nić, czy zamie­rza sko­czyć.

- Sie­dzi tam od pięt­na­stu minut - ode­zwał się za jej ple­cami poli­cjant z patrolu. - Kiedy do niego wołamy, nie odpo­wiada. Nawet nie spoj­rzy w naszą stronę.

Abby z roz­tar­gnie­niem kiw­nęła głową, nie spusz­cza­jąc wzroku z męż­czy­zny na górze. Ten zmie­nił nieco pozy­cję, jakby mu było nie­wy­god­nie, przez cały czas patrząc w dół. Była pewna, że zbiera się na odwagę. Miała nie­wiele czasu.

Cof­nęła się o krok i rozej­rzała, oce­nia­jąc sytu­ację. Miej­sce, gdzie stali, wciąż było budową - gołe dźwi­gary, okna bez szyb, wszę­dzie walał się gruz i mate­riały budow­lane. Pod­łogę zaśmie­cały opa­ko­wa­nia po jedze­niu, koło stóp miała dwa nie­do­pałki i pustą paczkę po papie­ro­sach. Jej kolega Will Vereen mówił coś do mikro­fonu w koł­nie­rzu, a nieco dalej cze­kali w pogo­to­wiu dwaj faceci z jed­nostki służb ratun­ko­wych, na wypa­dek gdyby uznała, że mają łapać tego skoczka na zewnątrz.

Na pięć­dzie­sią­tym pierw­szym pię­trze nie­ukoń­czo­nego dra­pa­cza chmur wiało nie­mi­ło­sier­nie. Żeby powie­dzieć coś temu męż­czyź­nie, sto­jąc przy oknie, musia­łaby krzy­czeć. Ale kiedy krzy­czała, jej głos wpa­dał w piskliwe tony, a to zupeł­nie nie przy­sta­wało spo­koj­nej nego­cja­torce.

Zer­k­nęła na Willa, zasta­na­wia­jąc się, czy tym razem nie prze­ka­zać mu roli głów­nego nego­cja­tora. Miał głę­boki głos i potra­fił krzy­czeć gło­śniej niż ona. Coś jej jed­nak mówiło, że męż­czy­zna na zewnątrz mógłby uznać Willa za zagro­że­nie. W tym przy­padku ona była lep­sza.

- Chce pani sko­rzy­stać z mega­fonu, pani porucz­nik? - zapy­tał poli­cjant, pod­no­sząc nie­bie­ską tubę.

Pokrę­ciła głową.

- Gdy­bym się na niego wydarła przez to ustroj­stwo, sko­czyłby tylko po to, żeby nie musieć tego słu­chać. Idę do niego.

Facet z jed­nostki służb ratun­ko­wych pomógł jej pod­piąć linę do uprzęży zjaz­do­wej. Gło­śno prze­łknęła ślinę i wyszła przez okno w pustkę.

Kiedy zna­la­zła się na zewnątrz, wiatr był znacz­nie gor­szy; nie­ubła­ga­nie sma­gał ciało. Serce łomo­tało jej jak sza­lone, gdy zła­pała za pręt rusz­to­wa­nia, pró­bu­jąc nie zwa­żać na skrzy­pie­nie i trzesz­cze­nie meta­lo­wej kon­struk­cji. Uprząż do zjeż­dża­nia wyglą­dała w tej sytu­acji jak żart; gdyby Abby stra­ciła rów­no­wagę, te cien­kie paski za nic nie utrzy­ma­łyby jej cię­żaru. Zakrę­ciło jej się w gło­wie, poczuła pod­cho­dzącą do gar­dła żółć.

Z tru­dem opa­no­wała strach i sku­piła się na męż­czyź­nie, który sie­dział po dru­giej stro­nie rusz­to­wa­nia i machał nogami nad otchła­nią. Zbli­żyła się do niego o krok. Popa­trzył na nią bez zmru­że­nia oka, choć jego wargi drżały. Na policzku miał dwa zadra­pa­nia, dwie zadane w zło­ści dłu­gie czer­wone rany o postrzę­pio­nych kra­wę­dziach i świeże. Kolejny krok. Była już nie­cały metr od niego.

- Bli­żej nie pod­chodź! Bo sko­czę! - W jego ochry­płym gło­sie brzmiała despe­ra­cja.

Powoli unio­sła jedną rękę, wysta­wia­jąc ku niemu otwartą dłoń.

- Już dobrze. Zostanę tutaj.

- Przy­się­gam, że sko­czę! - Pochy­lił się.

Abby ostroż­nie usia­dła na pomo­ście rusz­to­wa­nia.

- Widzi pan? Sia­dam tutaj. Chcę tylko poroz­ma­wiać.

Odwró­cił się od niej i patrzył na pano­ramę nowo­jor­skich wie­żow­ców; jego rzad­kie włosy powie­wały na wie­trze. Zaniósł się kasz­lem, pokle­pał po kie­sze­niach, po czym odchrząk­nął i splu­nął.

- Nazy­wam się Abby Mul­len - zaga­iła, sta­ra­jąc się mówić spo­koj­nie i bez­tro­sko. Jakby byli dwoj­giem nie­zna­jo­mych, któ­rzy przy­pad­kiem wpa­dli na sie­bie, prze­cha­dza­jąc się po rusz­to­wa­niu dzie­siątki metrów nad ulicą.

Nie słu­chał jej, pogrą­żony we wła­snym świe­cie.

- A pan jak się nazywa? - spy­tała po dłuż­szej chwili.

Bez odpo­wie­dzi.

Cze­kała, niech czas mu się dłuży. Jej cze­ka­nie nie prze­szka­dzało. Swoim poja­wie­niem się zbu­rzyła jego kon­cen­tra­cję i teraz naj­wy­raź­niej tar­gało nim nie­zde­cy­do­wa­nie. Cała odwaga, jaką z sie­bie wykrze­sał, w jed­nej chwili się ulot­niła.

Było zimno. Abby miała na sobie długi płaszcz, pod nim swe­ter, a na gło­wie weł­nianą czapkę. Ale sza­lik i ręka­wiczki zosta­wiła w samo­cho­dzie. Jedną rękę scho­wała do kie­szeni, jed­nak drugą trzy­mała się lodo­wa­tego rusz­to­wa­nia i ani myślała go puścić. Miała wra­że­nie, że jej nos i uszy zamie­niły się w sople.

Już miała na ustach słowa: "Zimno mi". Był to jeden z pod­sta­wo­wych spo­so­bów komu­ni­ko­wa­nia się ludzi. Jeśli jest nam zimno, mówimy o tym, ponie­waż daje to oka­zję, żeby się ode­zwać, nawią­zać kon­takt, zacząć roz­mowę. Ale nawet taka banalna uwaga zawiera w sobie ukrytą pułapkę. A to dla­tego, że powie­dze­nie "zimno mi" doty­czy­łoby tylko jej. Naj­gor­szą zaś rze­czą byłoby stwo­rze­nie wra­że­nia, że zamie­rza mówić o sobie.

- Zimno tu - powie­działa więc. - Pew­nie pan prze­marzł do szpiku kości.

Nie odry­wał wzroku od hory­zontu.

- Wygląda na to, że bar­dzo pan cierpi - cią­gnęła. - Co się stało?

Zaci­snął zęby, jakby to pyta­nie pobu­dziło go do myśle­nia. Jed­no­cze­śnie odsu­nął się jed­nak nieco od kra­wę­dzi i obró­cił tak, by móc na nią zer­kać kątem oka. Abby cze­kała z nadzieją, że męż­czy­zna jed­nak się ode­zwie. Potrze­bo­wała jakie­goś punktu zacze­pie­nia, cze­go­kol­wiek, co pozwoli jej ścią­gnąć go pod dach. Wie­działa, że Will gorącz­kowo pró­buje usta­lić nazwi­sko faceta i powód, który kazał mu wje­chać na pięć­dzie­siąte pierw­sze pię­tro i wyjść za okno.

- Chce pan wró­cić do środka i opo­wie­dzieć mi, co się stało? - zapy­tała w końcu.

Nie liczyła na to, że się zgo­dzi. Chciała, żeby odmó­wił. Bo byłoby to coś na począ­tek. Poza tym w ten spo­sób zyskałby poczu­cie, że jest panem sytu­acji. Gdyby odmó­wił, byłby to zde­cy­do­wany postęp. Tym­cza­sem on na­dal nie zwra­cał na nią uwagi, patrząc przed sie­bie pustym wzro­kiem. Znowu pokle­pał się po kie­sze­niach, ale ruchy miał nie­pewne, nie­zdarne. Tak się poru­szają pijani.

- Napije się pan cze­goś cie­płego? Mogę panu przy­nieść ter­mos z gorącą kawą albo her­batą. - Sama w tej chwili byłaby zachwy­cona taką per­spek­tywą. Z pew­no­ścią więc jemu tym bar­dziej powinna przy­paść do gustu. A jed­nak spiął się jesz­cze moc­niej, jakby w tej pro­po­zy­cji zwie­trzył pod­stęp.

Czyżby robiło się coraz zim­niej? Puściła lodo­waty meta­lowy pręt i drugą rękę też scho­wała do kie­szeni. Wpraw­dzie sie­działa bez­piecz­nie na pomo­ście, ale czuła, że to był błąd. Przy­pad­kiem zer­k­nęła w dół - pod nią roz­cią­gała się bez­kre­sna ciem­ność. Znowu zakrę­ciło jej się w gło­wie, jesz­cze bar­dziej niż wcze­śniej; krew odpły­nęła jej z twa­rzy. Z całej siły wbiła paznok­cie we wnę­trze dłoni - ból spra­wił, że roz­ja­śniło jej się w gło­wie.

Szybko spoj­rzała w górę i sku­piła się na wie­żow­cach. Roz­cią­gał się stąd nie­sa­mo­wity widok, przy­naj­mniej tyle musiała oddać temu face­towi. Wybrał dosko­nałe miej­sce. Nie­wiele rze­czy wzbu­dzało w Abby taki zachwyt jak odci­na­jące się na nie­bie kon­tury nowo­jor­skich dra­pa­czy chmur. Roz­świe­tlone iglice i nie­zli­czone dachy. Spo­wity w biel Empire State Buil­ding, a za nim kolo­salna Wieża Wol­no­ści1, któ­rej nie­bie­skie oświe­tle­nie wyglą­dało nieco upior­nie. Wokół nich wzno­siły się liczne budynki i wie­żowce, a każdy pocęt­ko­wany był dzie­siąt­kami okien dają­cych szybki wgląd w życie miesz­ka­ją­cych tam ludzi. Nawet teraz, o czwar­tej nad ranem, w wielu oknach paliło się świa­tło, a po uli­cach pod nimi sunęły liczne samo­chody z poły­sku­ją­cymi w ciem­no­ściach nocy czer­wo­nymi i żół­tymi świa­tłami.

- Skąd ma pan te zadra­pa­nia? - spy­tała.

Co chwilę pró­bo­wała od nowa, zada­wała pyta­nia, oce­nia­jąc jego uczu­cia i usi­łu­jąc jakoś do niego dotrzeć. Robiła to nie­zmor­do­wa­nie, uwa­ża­jąc, żeby nara­sta­jąca iry­ta­cja i nie­po­kój nie wkra­dły się do jej głosu. Męż­czy­zna był coraz bar­dziej spięty i coraz bar­dziej się wier­cił, zaci­skał powieki, oddy­cha­jąc szybko i płytko. Czuła, że go traci. Czas wezwać face­tów z jed­nostki służb ratun­ko­wych.

Czy zdążą go zła­pać w porę? Wąt­piła w to. Ale ona wyczer­pała już swoje moż­li­wo­ści. Musieli spró­bo­wać.

Nagle pomy­ślała o nie­do­pał­kach i pustej paczce po papie­ro­sach na pod­ło­dze przy oknie. I o tym, jak kle­pał się po kie­sze­niach, jak gdyby szu­kał papie­ro­sów. Wyobra­ziła sobie, że wcze­śniej stał przy tym oknie i zacią­gał się po raz ostatni, zanim prze­szedł przez para­pet na zewnątrz.

Nie chciała go czę­sto­wać papie­ro­sem, mając w pamięci jego reak­cję na jej poprzed­nią pro­po­zy­cję. Odwró­ciła się więc do okna i rzu­ciła:

- Hej, palić mi się chce jak cho­lera! Ma któ­ryś papie­rosa?

Jeden z ratow­ni­ków podał jej przez okno papie­rosa i zapal­niczkę. Ostroż­nie wycią­gnęła po nie rękę. Następ­nie wło­żyła papie­rosa do ust i zapa­liła. Rzu­ciła pale­nie na stu­diach i teraz smak niko­tyny przy­pra­wił ją o mdło­ści. A jed­nak zacią­gnęła się, jakby to była naj­lep­sza rzecz pod słoń­cem, po czym wolno wypu­ściła dym z płuc.

Męż­czy­zna odwró­cił się i patrzył na nią. Zacią­gnęła się po raz drugi.

- Ja też mógł­bym dostać? - zapy­tał w końcu.

- Ależ jasne - odparła, odwra­ca­jąc się do okna. - Daj­cie jesz­cze jed­nego peta, dla tego faceta tutaj.

Gość ze służb ratun­ko­wych podał jej całą paczkę.

- Pod­suń mi ją - powie­dział męż­czy­zna.

Miała nadzieję, że się­gnie po paczkę. Zmu­si­łoby go to, żeby przy­su­nąć się bli­żej.

Ale przy­naj­mniej już mówił. Ostroż­nie pod­su­nęła mu papie­rosy. Podmuch wia­tru omal nie strą­cił paczki z rusz­to­wa­nia, ale zatrzy­mała się na skraju pomo­stu. Męż­czy­zna wyjął jed­nego papie­rosa i przy­pa­lił wła­sną zapal­niczką. Musiał pró­bo­wać cztery razy, bo palce mu drżały, a wiatr gasił pło­mień. W końcu mu się udało i zacią­gnął się głę­boko.

- Dzięki - powie­dział.

- Zała­twić ci coś jesz­cze?

- Nie - odpo­wie­dział, uśmie­cha­jąc się blado, ze smut­kiem. - Jestem Phil.

Zre­wan­żo­wała się uśmie­chem.

- Miło mi cię poznać, Phil. Co cię tu spro­wa­dziło?

Znów się zacią­gnął.

- Życie.

Była przy­zwy­cza­jona do nie­ja­snych odpo­wie­dzi i potra­fiła wydo­by­wać prawdę.

- Życie - zawtó­ro­wała.

- Wła­śnie, życie. Sprawy uło­żyły się nie po mojej myśli i tyle.

Gdy już skło­niła ich do mówie­nia, jej głów­nym zada­niem było pil­no­wać, żeby mówili dalej, a zwłasz­cza słu­chać. Nego­cja­to­rzy nie odzy­wają się zbyt czę­sto. Głów­nie słu­chają i pona­glają tam­tych, żeby nie prze­ry­wali. Grają na czas. Zbie­rają infor­ma­cje. Szu­kają cze­goś, dzięki czemu mogą wpły­nąć na daną osobę.

- Nie po two­jej myśli? - powtó­rzyła jego słowa. Takie dublo­wa­nie było pod­sta­wo­wym narzę­dziem w arse­nale każ­dego nego­cja­tora. Powta­rzaj słowa roz­mówcy, poka­zuj, że go słu­chasz, i skła­niaj do dal­szych zwie­rzeń.

Przez chwilę pano­wała cisza, aż w końcu się ode­zwał:

- Dwa dni temu pocho­wa­łem sio­strę.

- Przy­kro mi. To musiało być dla cie­bie bar­dzo bole­sne. Jak umarła?

- Na raka. - Spoj­rzał na papie­rosa mię­dzy swo­imi pal­cami. - Raka płuc. A nawet nie paliła.

- Rozu­miem.

- Posze­dłem na jej pogrzeb i widzia­łem, że wszy­scy myślą sobie to samo. - Wydmu­chał chmurę dymu. - Że to ja powi­nie­nem tam leżeć.

Abby cze­kała. Teraz już słowa popły­nęły poto­kiem. Musiała jedy­nie słu­chać.

Phil znów zacią­gnął się papie­ro­sem.

- Od dwu­dzie­stu lat prze­pi­jam swoje życie. W tym cza­sie dwa lata prze­sie­dzia­łem w mam­rze. Rodzice się mnie wyrze­kli. Ale nie sio­stra. Bez prze­rwy pró­bo­wała mnie nama­wiać, żebym cho­dził na mityngi AA albo poga­dał z jej księ­dzem.

- Chyba była dobrą sio­strą.

- Była. I dobrą córką. Dała moim rodzi­com trzy śliczne wnuczki. Była nie­sa­mo­witą matką. - Zga­sił papie­rosa na ele­men­cie rusz­to­wa­nia. - Wiesz, co sobie pomy­śla­łem, kiedy opusz­czali trumnę?

- Co?

- Że nie mam już nikogo, kogo mógł­bym roz­cza­ro­wać. Przy­znasz, że to straszne pomy­śleć coś takiego?

- Dla­czego mia­łoby to być straszne?

- Nie rozu­miesz? - pod­niósł głos. - I tak już szu­ka­łem oka­zji, żeby się napić. Moja sio­stra umarła, a ja potrak­to­wa­łem to jako pre­tekst, żeby znowu się urżnąć.

- Mam wra­że­nie, że bar­dzo cier­pia­łeś.

Nie­cier­pli­wie wzru­szył ramio­nami.

- No to się napi­łem. A rano kupi­łem następną flaszkę i chla­łem dalej. - Chyba stra­cił wątek, bo zapa­trzył się pustym wzro­kiem na pano­ramę mia­sta.

Pró­bo­wała wymy­ślić, jak spa­ra­fra­zo­wać jego słowa, żeby zoba­czył to w innym świe­tle.

- Byłeś w żało­bie. I zali­czy­łeś wpadkę.

- Na to wycho­dzi - skwi­to­wał bez prze­ko­na­nia. - Mój sąsiad na okrą­gło pusz­cza po nocy gło­śną muzykę.

- Gło­śną muzykę?

Nie odpo­wie­dział od razu, tylko wyjął następ­nego papie­rosa i zapa­lił.

- Bar­dzo gło­śną. No i się obu­dzi­łem około pół­nocy, rozu­miesz? Byłem wku­rzony. Łeb mnie napie­przał i ogól­nie czu­łem się do dupy.

Zacią­gnął się szybko kilka razy; jego palce drżały. Dym zawi­ro­wał i roz­wiał się na wie­trze.

- Mam w domu spluwę.

Jasny gwint! Jeżeli postrze­lił i zabił sąsiada, sytu­acja się skom­pli­kuje. Trudno go będzie namó­wić do powrotu, jeśli wie, że po dru­giej stro­nie okna czeka go wię­zie­nie.

- Spluwę? - powie­działa po kilku sekun­dach, widząc, że nie zamie­rza roz­wi­nąć tematu.

- Muszę się odlać - oznaj­mił nagle Phil. - Od dawna chce mi się sikać.

- Może wejdźmy do środka, wysi­kasz się, a tę roz­mowę dokoń­czymy potem.

- Nic z tego - odparł z sze­ro­kim uśmie­chem.

Wstał, z papie­ro­sem w ustach; Abby serce pode­szło do gar­dła, bo wyglą­dało na to, że chce sko­czyć.

- Cze­kaj...!

Roz­piął roz­po­rek i kilka sekund póź­niej w noc wystrze­liła łukiem struga moczu.

- Mam nadzieję, że nikogo tam na dole nie ma - mruk­nął. Skoń­czył, zapiął roz­po­rek. Potem wyjął papie­rosa z ust i wypu­ścił stru­mień dymu, dla rów­no­wagi przy­trzy­mu­jąc się meta­lo­wej żer­dzi. - No więc wzią­łem spluwę i posze­dłem do sąsiada. Wali­łem w drzwi, aż mi otwo­rzył.

- I co dalej? - przy­na­gliła go Abby. Ode­tchnęła powoli, żeby uspo­koić łomo­ta­nie serca.

- Wsze­dłem do środka. Było u niego kilka przy­ja­ció­łek, słu­chali tej jego muzyki, nie­źle upa­leni. No to wygar­ną­łem cały maga­zy­nek w ten jego cho­lerny sprzęt gra­jący.

Bogu dzięki!

- I co dalej?

- Jed­nej z tych jego przy­ja­ció­łek kom­plet­nie odwa­liło, zaczęła mnie kopać i rzu­ciła się na mnie z pazu­rami. - Phil pokrę­cił głową. - Ode­pchną­łem ją i wybie­głem na dwór. Sły­sza­łem, jak mówili, że wezwą poli­cję.

- Rozu­miem.

- I to tyle. Pal­nął­bym sobie wtedy w łeb, gdyby nie to, że całą amu­ni­cję wpa­ko­wa­łem w jego ste­reo. Wobec tego przy­je­cha­łem tutaj.

Abby ze współ­czu­ciem poki­wała głową i przy­brała ton sto­sowny do oko­licz­no­ści. Bez­tro­ska papla­nina nie­zna­jo­mej znik­nęła. Teraz mówiła powoli, głę­bo­kim, pokrze­pia­ją­cym tonem. Modu­lo­wała głos tak, żeby każde zda­nie brzmiało jak oświad­cze­nie.

- Wycho­dzi na to, że jedy­nie sio­stra wycią­gała do cie­bie pomocną dłoń, kiedy zna­la­złeś się na dnie - powie­działa. - Naprawdę chciała, żebyś sta­nął na nogi.

Zamil­kła, by prze­tra­wił te słowa; niech cisza odwali robotę za nią.

Zamru­gał, wyraź­nie zasko­czony.

- Tak, to prawda.

- A twoje sio­strze­nice? Mówi­łeś, że są śliczne. Czę­sto je widu­jesz?

- Tak. To zna­czy, widy­wa­łem je, kiedy sio­stra żyła. To naprawdę świetne dziew­czyny. Naj­star­sza... - Uśmiech­nął się sze­roko. - Ma takie zwa­rio­wane poczu­cie humoru. Zawsze mnie roz­śmie­szała.

Abby mil­czała, sekundy tykały. Niech sam doj­dzie do jedy­nie słusz­nych wnio­sków. Jego sio­strze­nice wciąż żyją. Z naj­star­szą wciąż mógłby się zdrowo pośmiać. Taki prze­błysk nadziei na przy­szłość. Gdyby tylko wszedł z nią do środka.

- A jak sio­stra potrak­to­wa­łaby to, że chcesz popeł­nić samo­bój­stwo? - spy­tała w końcu.

- Nie­ważne, ona nie żyje.

- A gdyby żyła, jak myślisz, co by powie­działa?

- Raczej nie byłaby szczę­śliwa z tego powodu.

- A jak myślisz, jak się poczują twoje sio­strze­nice, twój ojciec i twoja matka na wieść, że zgi­ną­łeś, zale­d­wie kilka dni po two­jej sio­strze? - zapy­tała.

Odchrząk­nął. A potem, naj­wy­raź­niej chcąc zyskać na cza­sie, wło­żył do ust następ­nego papie­rosa i wyjął zapal­niczkę. Wypa­dła mu z pal­ców.

Pró­bo­wał ją zła­pać, ale nagły ruch spo­wo­do­wał, że stra­cił rów­no­wagę. Zama­chał rękami i prze­ra­żony nachy­lił się nad otchła­nią.

Abby już miała krzyk­nąć, lecz on zaci­snął rękę na rusz­to­wa­niu i zdo­łał odzy­skać rów­no­wagę. Twarz miał białą jak ściana, usta sze­roko otwarte. Serce w piersi Abby łomo­tało. Mil­czała, bała się, że głos odmówi jej posłu­szeń­stwa, za to bez prze­rwy patrzyła mu pro­sto w oczy. Sły­chać było tylko wycie wia­tru.

- Phil - ode­zwała się w końcu. - Może wej­dziesz do środka?

- Tak - odparł drżą­cym gło­sem. - Tylko nie wiem, czy dam radę. Boję się, że spadnę.

- W porządku, nie ruszaj się. Mam tu kilku ludzi, któ­rzy ci pomogą.

Rozdział 2

Ulga Abby, gdy poczuła pod nogami stały grunt, była wręcz nama­calna. Ściany i sufity są sta­now­czo nie­do­ce­niane. Miała ochotę wycią­gnąć się jak długa na pod­ło­dze, by móc się nią w pełni napa­wać. Przed zało­że­niem fan­klubu pod­łogi musiała jed­nak popra­co­wać.

- Jest gotowy wejść do środka - zwró­ciła się do tych z jed­nostki służb ratun­ko­wych. - Ale musi­cie mu jakoś pomóc.

Wyszli przez okno, jakby to była naj­zwy­czaj­niej­sza rzecz pod słoń­cem. Jakby co wto­rek włó­czyli się setki metrów pomię­dzy nie­bem a zie­mią. Ot, taki mały popis.

Pokrę­ciła głową i zwró­ciła się do Willa:

- Czy lekarz psy­chia­tra jest w dro­dze?

- Czeka już na dole z karetką. - Uśmiech­nął się do niej. - Ładne zagra­nie z tymi papie­ro­sami.

Odpo­wie­działa uśmie­chem, jego krze­piące, łagodne zacho­wa­nie pomo­gło jej się uspo­koić.

Spy­tajmy gli­nia­rza o jego part­nera, a otrzy­mamy dzie­siątki odpo­wie­dzi. "Zawsze stoję za nim murem". Albo: "Mogę powie­rzyć mu życie". Ewen­tu­al­nie: "Jeste­śmy jak rodzina".

W przy­padku Abby wszystko to było prawdą. Ale przede wszyst­kim Will to dla niej ktoś, przy kim mogła odpu­ścić. Nie musiała cały czas mieć się na bacz­no­ści i zasta­na­wiać się nad każ­dym sło­wem czy gestem. Był jedyną osobą, przy któ­rej mogła na chwilę się odprę­żyć. I jed­nym z nie­licz­nych ludzi, któ­rym mogła zaufać.

A zaufa­nie nie przy­cho­dziło łatwo, nie w jej przy­padku.

Will był wysoki. Tak wysoki, że co druga osoba, którą spo­ty­kał, rzu­cała: "O rany, ile ma pan wzro­stu?". I wła­śnie dzięki temu Abby, która ni­gdy mu nie zadała tego pyta­nia, wie­działa, że ma metr dzie­więć­dzie­siąt pięć. A kiedy się przed­sta­wiał, nie­uchron­nie padał żart: "Nie sądzi­łem, że Wolve­rine był taki wysoki". Cza­sami ktoś doda­wał: "Kapu­jesz? Wolve­reen". Zazwy­czaj Will reago­wał stłu­mio­nym śmie­chem, jakby sły­szał to po raz pierw­szy.

Skórę miał w odcie­niu głę­bo­kiej umbry, a krza­cza­ste brwi i sze­roki nos nada­wały mu apa­ry­cję ojca, który wła­śnie się dowie­dział, że dziecko zwę­dziło mu samo­chód, żeby się prze­je­chać. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak był łagodny jak bara­nek, tyle że uwię­ziony w ciele boha­tera kina akcji z lat dzie­więć­dzie­sią­tych.

- Padam z nóg. - Oparła się o ścianę i zamknęła oczy.

- No cóż, rato­wa­nie ludziom życia to ciężka harówka.

Wyj­rzała za okno i patrzyła, jak dwaj faceci z jed­nostki służb ratun­ko­wych poma­gają Phi­lowi wstać.

- Chcia­ła­bym, żeby­śmy mogli wziąć dzień wol­nego.

- Na dzi­siaj mamy zapla­no­wane dwie akcje pozo­ro­wane.

- Wiem. Ale szkoda. A jak tam z Kim­berly? Udał wam się wie­czór? - Poprzed­niego dnia Will obcho­dził z żoną piątą rocz­nicę ślubu. Abby pomo­gła mu wybrać restau­ra­cję.

- Jesz­cze jak. Ale poło­ży­li­śmy się bar­dzo późno...

- Oszczędź mi szcze­gó­łów.

- Wcale nie zamie­rza­łem ci ich zdra­dzać. W każ­dym razie poło­ży­łem się o pierw­szej, a o trze­ciej przy­szło wezwa­nie. Tele­fon dzwo­nił całą wiecz­ność, zanim ode­bra­łem. Kim­berly chra­pała dalej, jakby ni­gdy nic. Przy­się­gam, ta kobieta mogłaby prze­spać bom­bar­do­wa­nie. A co u cie­bie? Kto został z dziećmi?

- Moja mama, jak zwy­kle. Wyobra­żasz sobie, jak się ucie­szyła, kiedy ją obu­dzi­łam. - A jed­nak mimo że matka Abby była wyraź­nie zmę­czona, dzie­sięć minut po tele­fo­nie zamel­do­wała się w domu córki.

- Masz fart, że twoi rodzice miesz­kają w pobliżu, ina­czej musia­ła­byś dzwo­nić po Steve'a.

- Brrr! Wolę sobie tego nawet nie wyobra­żać.

- Wra­cam do łóżka na kilka godzin. - Will potarł oczy. - Do pracy wpadnę póź­niej. Ina­czej przez cały dzień będę się snuł jak zombi.

Spoj­rzała na zega­rek. Czwarta czter­dzie­ści pięć. A kwa­drans po szó­stej trzeba obu­dzić dzieci.

- Kiedy już tu skoń­czymy, wypiję kawę i wrócę do domu zwol­nić matkę i wyszy­ko­wać dzieci do szkoły.

Prze­rwali roz­mowę, ponie­waż przez okno wszedł Phil, teraz już we wła­snej uprzęży zjaz­do­wej. Za nim poja­wili się ratow­nicy. Phil, oszo­ło­miony, roz­glą­dał się sze­roko otwar­tymi oczami. Abby widy­wała ten wyraz twa­rzy u ludzi, któ­rzy stali na skraju śmierci, ale zostali oca­leni. To zdu­mie­nie, że na­dal żyją. Zazwy­czaj wystar­czało, by powstrzy­mać ich przed ponow­nymi pró­bami samo­bój­stwa.

- Jak się czu­jesz? - spy­tała go cicho. - Chcesz się napić wody?

- Nie, dzięki - odparł z zakło­po­ta­niem.

- Phil, jestem Will Vereen - przed­sta­wił się part­ner Abby. - Spro­wa­dzę cię na dół. Czeka na cie­bie karetka.

- Nie potrze­buję karetki. Nic mi nie jest.

- Trzeba się upew­nić. - Will był już u jego boku i pro­wa­dził go w stronę scho­dów.

- Dzięki. - Abby uśmiech­nęła się do dwóch ratow­ni­ków.

- Dro­biazg. - Jeden z nich odpo­wie­dział uśmie­chem. - Miło było znów z tobą pra­co­wać, Mul­len.

Dopiero teraz go roz­po­znała. Nale­żał do tej ekipy z jed­nostki służb ratun­ko­wych, którą osiem mie­sięcy temu wezwano do napadu na bank.

- Z tobą też! - rzu­ciła wesoło. Nie pamię­tała, jak się nazywa ratow­nik, ale miała nadzieję, że nie dała tego po sobie poznać. - Do zoba­cze­nia.

Odwró­ciła się i zeszła za Wil­lem po scho­dach. Miała przed sobą długi dzień.

Rozdział 3

Obu­dził się roz­pa­lony żądzą, wywo­łaną przez pamię­tany jak przez mgłę sen. Była w nim Gabrielle, uśmie­chała się, cało­wała go, muśnię­cia jej ust były deli­katne jak puch. Kiedy otwo­rzył oczy, bru­talna rze­czy­wi­stość oka­zała się pusta i zimna, więc spró­bo­wał zasnąć z powro­tem, ucze­pić się luź­nych wąt­ków swo­jego snu. Ale ten się roz­wiał, a on został z drę­czą­cym pra­gnie­niem, które musiał zaspo­koić.

Musiał się z nią zoba­czyć.

Naj­pierw jed­nak nale­żało zro­bić kilka rze­czy. Umyć zęby, to oczy­wi­ste. Poza tym Gabrielle lubiła, gdy przy­cho­dził do niej świeżo ogo­lony.

Nie śpie­szył się, posta­rał się, żeby jego policzki były cał­kiem gład­kie. "Lubię, kiedy twarz męż­czy­zny jest gładka jak jedwab", powie­działa mu kie­dyś. I tego samego dnia zgo­lił wąsy.

Wró­cił do sypialni, zdjął koszulę i spodnie, po czym zło­żył je i umie­ścił na noc­nym sto­liku. Następ­nie zdjął bie­li­znę. Wolał być nagi, kiedy rano spo­ty­kał się z Gabrielle; ona zresztą też zawsze była wtedy goła.

Upo­raw­szy się z tym, poło­żył się na łóżku i wziął tele­fon. Stuk­nął w ikonę Insta­grama. Znowu wrzu­ciła nową histo­ryjkę; wie­dział, że to zrobi. Deli­kat­nie dotknął jej zdję­cia pro­fi­lo­wego, muska­jąc pal­cami jej usta - ten rytuał ni­gdy się nie sta­rzał.

Opu­bli­ko­wała sel­fie zro­bione w łóżku, widać było tylko jej nagie ramiona. Nie potrze­bo­wał niczego wię­cej. Wie­dział, że leży goła, zaci­ska­jąc mię­dzy nogami tę saty­nową pościel, którą kupiła dwa mie­siące temu.

Pod­pis gło­sił: "Dzień dobry". Na ustach miała ten swój senny pół­u­śmie­szek, który zawsze tak go pod­nie­cał.

- Dzień dobry - wyszep­tał.

W jej oczach malo­wało się pra­gnie­nie, ta sama żądza, którą i on wła­śnie odczu­wał, więc prze­su­nął tele­fon niżej, po tor­sie, tak żeby jej usta pie­ściły jego pierś, brzuch i w końcu zatrzy­mały się mię­dzy jego nogami. Ści­skał komórkę z całej siły, aż wresz­cie jego ciało zady­go­tało, gdy osią­gnął speł­nie­nie.

Póź­niej leżał w łóżku i roz­ma­wiali. Prze­wi­jał jej posty, czy­tał pod­pisy albo komen­ta­rze. I potem jej odpo­wia­dał. Ot, łóż­kowe poga­duszki po sek­sie.

"Chcia­ła­bym dziś w ogóle nie wsta­wać z łóżka" - gło­sił jeden pod­pis, pod zdję­ciem, na któ­rym z szel­mow­skim uśmie­chem wysta­wiała głowę spod koł­dry.

- Ja też. - Uśmiech­nął się do niej.

Na innym zdję­ciu stała na plaży, wiatr roz­wie­wał jej włosy, a pod­pis brzmiał: "Zrób coś, za co twoje przy­szłe ja będzie ci wdzięczne".

- Taki mam zamiar - powie­dział. - Wła­śnie dzi­siaj. A twoja przy­szła ty będzie mi za to wdzięczna.

Przej­rzał inne komen­ta­rze pod jej postami, czy­ta­jąc idio­tyczne bzdury wypi­sy­wane przez fanów, pełne błę­dów gra­ma­tycz­nych i orto­gra­ficz­nych. "Jez­teś pienkna", napi­sał jeden z nich, doda­jąc emotkę serca i jesz­cze jedną, z różą. Jej fani nie mieli poję­cia, że emo­ti­kony nic nie zna­czą. Jeśli chce się prze­słać komuś różę, wysyła się praw­dziwy kwiat, nie obra­zek.

Rzecz jasna, ci fani nie wie­dzieli, że nie dla nich wrzuca te posty. Nie da się ukryć, że to dzięki nim miała hajs. Ale od ponad roku wszyst­kie posty publi­ko­wała wyłącz­nie dla niego.

Jesz­cze chwilę prze­glą­dał jej pro­fil, na dobry począ­tek dnia, lecz nagle prze­rwał i spoj­rzał gniew­nie na jedną foto­gra­fię. Zro­bione nie­dawno zdję­cie poka­zy­wało jej ośmio­let­niego brata w sypialni.

Jego uwagę przy­kuło coś w tle. Nowy rysu­nek.

- Jasna cho­lera! - mruk­nął, wsta­jąc. Ubrał się, roz­draż­niony. Całe szczę­ście, że zauwa­żył to w samą porę, bo mogłoby być za późno.

Tupiąc, prze­szedł do sąsied­niego pokoju. W rogu stało dzie­cięce łóżko z pościelą z posta­ciami z Gwiezd­nych wojen. Małe biurko i gra­na­towe krze­sło. Obok okna pla­kat z Har­rym Pot­te­rem. Sto­lik nocny z kil­koma pla­sti­ko­wymi zabaw­kami i lampką. Kor­kowa tablica, a na niej przy­pięte rysunki wyko­nane kred­kami.

Stuk­nął w ekran tele­fonu i porów­nał zdję­cie z poko­jem, w któ­rym stał. Łóżko było na miej­scu. Pościel taka sama. Ten sam pla­kat. Iden­tyczny był także sto­lik nocny; zna­le­zie­nie tych wszyst­kich zaba­wek zajęło mu tygo­dnie.

Tablica była nie­mal taka sama. Do tej na ekra­nie przy­pięto sie­dem rysun­ków. Ta tutaj miała ich sześć.

Zro­bił zbli­że­nie bra­ku­ją­cego rysunku, ziry­to­wany marną roz­dziel­czo­ścią zdję­cia. Rysu­nek przed­sta­wiał rodzinę. Matkę, dużą dziew­czynę i mniej­szego chłopca. Dziew­czyną nie­wąt­pli­wie była Gabrielle. Nie­udolna próba dziecka nary­so­wa­nia swo­jej sio­stry wywo­łała w nim uśmiech. Jej tułów sta­no­wił pro­sto­kąt, a włosy skła­dały się z kilku pro­stych brą­zo­wych kre­sek.

Usiadł­szy przy biurku, wyjął z szu­flady pudełko kre­dek i arkusz papieru. Sta­ran­nie, mozol­nie sko­pio­wał rysu­nek. Dwu­krot­nie musiał zaczy­nać od nowa - raz, kiedy pomy­lił kolor bluzki matki, i ponow­nie, gdy jedna ze stóp chłopca wyszła mu za długa. Przy trze­ciej pró­bie mniej wię­cej uchwy­cił podo­bień­stwo. Gdyby miał czas, zro­biłby kilka dodat­ko­wych rysun­ków, pró­bu­jąc uzy­skać ide­alną wier­ność. Ale czas naglił. Musiał wszystko przy­go­to­wać. Sko­pio­wał pod­pis, który tak dobrze znał - "Nathan".

Jesz­cze raz obej­rzał zdję­cie na ekra­nie. Obra­zek przy­pięto nie­bie­ską pinezką ponad rysun­kiem statku kosmicz­nego. Zna­lazł w szu­fla­dzie nie­bie­ską pinezkę i wbił ją w dokład­nie tym samym miej­scu.

Cof­nąw­szy się o kilka kro­ków, porów­nał zdję­cie na ekra­nie z poko­jem.

Ide­al­nie.

On pra­co­wał, a ona tym­cza­sem wrzu­ciła na swój pro­fil kolejne zdję­cie. Była na nim wystro­jona przed sesją foto­gra­ficzną. "I jak wyglą­dam?", napi­sała.

"Jak zawsze wspa­niale", sko­men­to­wał.

Pra­wie natych­miast zalaj­ko­wała jego komen­tarz i odpi­sała "dzięki", doda­jąc emotkę z rumień­cem.

Czule poca­ło­wał ekran.

- Nie ma za co - wyszep­tał.

Rozdział 4

Abby stała w łazience nowo­jor­skiej aka­de­mii poli­cyj­nej i myjąc ręce, prze­glą­dała się w popla­mio­nym lustrze. Dopiero docho­dziło połu­dnie, a już była kom­plet­nie wykoń­czona. Zdą­żyła prze­spać led­wie cztery godziny, zanim tele­fon w spra­wie nie­do­szłego skoczka wyrwał ją ze snu. A poprzed­nia noc nie była lep­sza, ponie­waż obu­dził ją Ben i minęły wieki, nim zasnęła z powro­tem.

Miał straszny kosz­mar zwią­zany z pają­kami. W sumie nie byłoby w tym nic dziw­nego, dzie­ciom czę­sto śnią się pająki. Gdy Abby była mała, też jej się to kilka razy zda­rzyło. Jed­nak Benowi przy­śniło się, że umarł Jeepers, jego ulu­biona taran­tula.

Cza­sami kosz­mary dzieci odzwier­cie­dlają nasze wsty­dliwe fan­ta­zje.

Zbli­żały się ósme uro­dziny Bena. Abby w myślach odha­czała kolejne pozy­cje na liście spraw do zała­twie­nia. Zapro­sze­nia zostały roze­słane, a jego naj­lepsi przy­ja­ciele już potwier­dzili, że przyjdą. Na­dal jed­nak nie wymy­śliła, co podać na prze­ką­ski i jaki upiec tort. Spraw­dzony prze­pis na uro­dziny Bena, nie­miec­kie cia­sto cze­ko­la­dowe, odpa­dał, bo w jego kla­sie był chło­piec uczu­lony na orze­chy. Będzie musiała upiec coś innego. Jeśli cho­dzi o resztę...

Spu­ściła wzrok i skrzy­wiła się, widząc pły­nącą z kranu wodę. Szo­ro­wała ręce do krwi. Jak długo je myła? Dwie minuty? Trzy? W dodatku dra­pała skórę paznok­ciami.

Szybko cof­nęła ręce i zakrę­ciła kurek. Cho­lera! To już trzeci raz w tym tygo­dniu. Zda­rzało jej się to coraz czę­ściej. I pomy­śleć, że zale­d­wie kilka mie­sięcy temu sądziła, że pozbyła się tego nawyku raz na zawsze.

Może nie da się go pozbyć. Może tak jak małe czer­wone zna­mię na jej karku była to bli­zna, która ni­gdy tak cał­kiem nie znik­nie.

Wycie­ra­jąc dło­nie, przej­rzała się w lustrze. Pre­zen­to­wała się jak należy. Pokle­pała falu­jące blond włosy, spraw­dza­jąc, czy cał­kiem zakry­wają uszy, i popra­wiła oku­lary. Jej pia­skowa kar­na­cja była nieco bled­sza niż zwy­kle, a oczy miała pod­krą­żone z braku snu. Na to jed­nak chwi­lowo nic nie mogła pora­dzić.

Wyszła z łazienki i spraw­dziła, która godzina. Do roz­po­czę­cia następ­nej symu­la­cji miała jesz­cze godzinę. Wró­ciła do swo­jego biurka, usia­dła i trą­ciła myszkę kom­pu­tera, żeby obu­dzić lap­top. Jeśli nie prze­su­wała kur­sora, od jakie­goś czasu co pięć minut zapa­dał w stan uśpie­nia, jakby to jemu bra­ko­wało snu, a nie jej. Ale może kom­pu­ter miał rację. Może ona też powinna zasy­piać za każ­dym razem, gdy przez pięć minut nikt do niej nic nie mówił, i budzić się dopiero wtedy, kiedy ktoś prze­su­nie jej kur­sor.

Brzmiało to nie­mal tak, jakby miało dzi­waczny pod­tekst sek­su­alny. "Jak ci się udała wczo­raj­sza randka? Czy prze­su­nął twój kur­sor? Szturch­nął cię?".

Inna sprawa, że wczo­raj wie­czo­rem nie była na randce. Chwi­lowo nie miała ochoty na to, żeby ktoś prze­su­wał jej kur­sor. Pra­gnęła jedy­nie wyspać się za wszyst­kie czasy.

Ziew­nęła i sku­piła wzrok na ekra­nie. Czy­tała doku­ment sprzed dwóch mie­sięcy, z sierp­nia 2019 roku. Był to zapis roz­mowy sier­żanta Gutier­reza, jed­nego z nego­cja­to­rów nowo­jor­skiej poli­cji spe­cja­li­zu­ją­cego się w uwal­nia­niu zakład­ni­ków, z męż­czy­zną, który zaba­ry­ka­do­wał się w miesz­ka­niu byłej żony i gro­ził, że się zastrzeli. Dzięki sta­ra­niom Gutier­reza nie zabił ani sie­bie, ani nikogo innego.

Głów­nym obo­wiąz­kiem Abby była dro­bia­zgowa ana­liza tego zapisu i ocena, co Gutier­rez zro­bił dobrze, a gdzie popeł­niał błędy. Następ­nie miała włą­czyć te wnio­ski do pro­to­ko­łów i mate­ria­łów szko­le­nio­wych. Nad­zo­ro­wała bowiem resor­towy kurs z zakresu opa­no­wy­wa­nia sytu­acji kry­zy­so­wych, jak rów­nież szko­le­nie poli­cyj­nych nego­cja­to­rów w uwal­nia­niu zakład­ni­ków. W sumie to ona wyszko­liła Gutier­reza.

Szybko prze­bie­gała wzro­kiem strony, z uzna­niem zauwa­ża­jąc, że Gutier­re­zowi udało się nakło­nić faceta, by mówił bite dwie godziny. Dopiero po upły­wie pół­to­rej godziny Gutier­rez deli­kat­nie prze­szedł do rze­czy i zała­twił to tak, że tam­ten sam sie­bie prze­ko­nał, by otwo­rzyć drzwi i oddać broń poli­cjan­tom.

Po chwili stwier­dziła, że po raz nie wia­domo który czyta od nowa ten sam frag­ment, a jej mózg nawet nie reje­struje słów. Z wes­tchnie­niem zmniej­szyła okienko z zapi­sem roz­mowy. Oparła się na krze­śle, opu­ściła ręce wzdłuż ciała i ostroż­nie zaczęła krę­cić szyją. Że też nie mają masa­żystki na eta­cie! Jakiejś sym­pa­tycz­nej kobiety, która wpa­da­łaby co godzinkę czy dwie i robiła masaż relak­sa­cyjny ramion. Zer­k­nęła na foto­gra­fię w ramce na swoim biurku - Ben i Sam uśmie­chali się do niej. A raczej Ben się uśmie­chał, Sam zaś miała na twa­rzy to samo, co ona, kiedy kazano jej się uśmie­chać do obiek­tywu apa­ratu - gry­mas przy­wo­dzący na myśl minę, jaką mogłaby zro­bić na krze­śle elek­trycz­nym.

Abby popra­wiła zdję­cie. Prze­rzu­ciła nieco papie­rów leżą­cych na bla­cie. Spraw­dziła wszyst­kie cztery dłu­go­pisy w sto­jaku, czy aby nie są wypi­sane. Wodą z manierki pod­lała swój suku­lent. Był to jej autor­ski pomysł na to, jak odkła­dać sprawy na póź­niej. Nagle, nie­mal jak nało­go­wiec, dwu­krot­nie klik­nęła ikonę na ekra­nie lap­topa, otwie­ra­jąc zapis kolej­nej roz­mowy. Ten doku­ment był star­szy - skan spi­sa­nego odręcz­nie raportu. Był także krót­szy niż zapis Gutier­reza. O wiele krót­szy. Poza tym znała go na pamięć. Prze­bie­gła treść wzro­kiem, czy­ta­jąc frag­menty zdań, jakby tym razem mogły być inne.

... celuje z pisto­letu w moją głowę. Mówi, że jeśli podej­dzie­cie bli­żej, to strzeli.

... dasz go do tele­fonu?

... razem w jadalni. Wszyst­kich sześć­dzie­się­ciu dwóch...

Sły­sząc za ple­cami czy­jeś kroki, z poczu­ciem winy zamknęła doku­ment i odwró­ciła się. Jeden z instruk­to­rów, prze­cho­dząc, uśmiech­nął się do niej z roz­tar­gnie­niem. Abby odpo­wie­działa uśmie­chem, czer­wie­niąc się, jak gdyby przy­ła­pał ją na robie­niu cze­goś, czego robić nie powinna.

A może rze­czy­wi­ście nie powinna była tego robić?

Pró­bo­wała wró­cić do pracy, ale nie mogła się sku­pić. Pie­kła ją nie­dawno obtarta skóra na grzbie­cie dłoni. Naprawdę powinna sobie kupić krem do rąk. Cho­ciaż to nie roz­wią­za­łoby pro­blemu, wręcz prze­ciw­nie. Naj­le­piej po pro­stu prze­stać to robić.

Ode­zwał się jej tele­fon; spoj­rzała, kto nadał wia­do­mość. Jej przy­ja­ciel Isaac.

Jak minęła noc? Lepiej?

Wes­tchnęła i wystu­kała odpo­wiedź:

Tej nocy Ben mnie nie zbu­dził, za to dosta­łam wezwa­nie. Padam z nóg.

Przy­kro mi :( Coś poważ­nego?

Tak, ale skoń­czyło się dobrze.

Świet­nie. Widzia­łaś nowy post na forum?

To wzbu­dziło jej cie­ka­wość.

Już spraw­dzam.

Otwo­rzyła prze­glą­darkę i zalo­go­wała się na forum pomocy. Ona i Isaac nale­żeli do niego od lat. Codzien­nie spraw­dzała posty, cho­ciaż sama rzadko się udzie­lała. Ale nie poszu­ki­wała tam wspar­cia. Szu­kała infor­ma­cji.

Na forum poja­wiła się nowa użyt­kow­niczka. Jak wiele innych przed nią, nie była pewna, czy tra­fiła we wła­ściwe miej­sce. Osta­tecz­nie było to forum dla osób, któ­rym udało się wyrwać ze szpo­nów sekt. A ona nie tra­fiła do sekty. Tak przy­naj­mniej jej się wyda­wało. Wyja­śniła, że była to spe­cja­li­styczna grupa, tyle że kie­ru­jący nią czło­wiek zro­bił się nie­moż­liwy. Abby prze­czy­tała post o tak zwa­nej gru­pie, któ­rej celem było prze­strze­ga­nie i pro­pa­go­wa­nie jakiejś ponoć rewo­lu­cyj­nej diety. Kobieta szcze­gó­łowo opi­sała, jak wyma­gano od nich coraz więk­szej lojal­no­ści. I sto­so­wano kary za rze­komą nie­lo­jal­ność bądź inne naru­sze­nia zasad, które były coraz bar­dziej surowe. Naci­skano na prze­ka­zy­wa­nie daro­wizn pie­nięż­nych dla grupy. Kobietę nama­wiano do zerwa­nia wszel­kich kon­tak­tów z rodziną i przy­ja­ciółmi, któ­rzy tylko "roz­pra­szają uwagę". I wresz­cie wyma­gano, by poświę­cała im coraz wię­cej czasu. Co skoń­czyło się dla niej wyla­niem z pracy.

W końcu, po dwóch latach, zdo­była się na odwagę, by opu­ścić grupę.

To nie była sekta, wyja­śniła po raz kolejny, jakby pró­bo­wała prze­ko­nać samą sie­bie. Prze­cież nie popeł­niali żad­nych prze­stępstw, nie byli nawet fana­ty­kami reli­gij­nymi. To była grupa ludzi sto­su­ją­cych dietę.

- Więc co tu robisz? - mruk­nęła Abby. Nie ule­gało wąt­pli­wo­ści, że ta kobieta zna prawdę. To była sekta. Sekty nie­ko­niecz­nie muszą się wią­zać z reli­gią. I czę­sto nie robią nic nie­le­gal­nego. Sek­cie potrzebni są tylko gor­liwi wyznawcy sku­pieni na jed­nej spra­wie. Cza­sami cho­dzi o prze­ko­na­nia reli­gijne. Cza­sami o jakąś osobę. A cza­sami, ow­szem, może cho­dzić o dietę.

Nie­które sekty nie są szko­dliwe. Naj­czę­ściej jed­nak mają destruk­cyjny wpływ na swo­ich człon­ków. Prze­waż­nie wystar­cza tylko tyle, żeby przy­wódca, jak napi­sała na forum ta kobieta, "zro­bił się nie­moż­liwy".

Abby szybko przej­rzała kolejne wpisy. Wyno­to­wała sobie nazwę grupy. Adresy jej dwóch ośrod­ków w Nowym Jorku. Nazwi­sko zało­ży­ciela. Liczbę człon­ków. Każdy okruch infor­ma­cji, który podała ta kobieta. Wszystko to umie­ściła w wiecz­nie puch­ną­cym doku­men­cie opi­su­ją­cym dzie­siątki sekt dzia­ła­ją­cych w oko­licy.

Adresy dodała do swo­jej inter­ne­to­wej mapy. Dwa czer­wone punk­ciki, wśród wielu innych roz­sia­nych po sta­nie Nowy Jork i oko­licy. Dla przy­pad­ko­wego widza mapa ta wyglą­da­łaby jak pierw­sza lep­sza mapa Google, a adresy mogłyby doty­czyć dowol­nych obiek­tów tury­stycz­nych. Restau­ra­cji, skle­pów czy lubia­nych par­ków. Dla Abby jed­nak każdy punk­cik ozna­czał mały guz nowo­two­rowy.

Pew­nego dnia może dostać wezwa­nie do któ­re­goś z tych miejsc. Wtedy jed­nak będzie przy­go­to­wana. Histo­ria się nie powtó­rzy, jeśli tylko zdoła temu zapo­biec.

Rozdział 5

Auto­bus szkolny wysa­dził dzieci przy placu zabaw w East Elm­hurst w dziel­nicy Queens. Wie­dział, że tam grupa dzieci się roz­dziela. Tylko dwoje z nich skrę­cało na pół­noc i szło Sto Pierw­szą Ulicą. Nathan Flet­cher i Daniela Her­nan­dez nie przy­jaź­nili się, a jed­nak mieli ze sobą coś wspól­nego, jak to dzieci wysia­da­jące na tym samym przy­stanku. Wra­cali do domu, idąc obok sie­bie w przy­ja­znym mil­cze­niu. Ulicę dalej Daniela była już u sie­bie, a Nathan miał do przej­ścia jesz­cze jedną prze­cznicę.

Wie­dział o tym, ponie­waż kil­ka­krot­nie obser­wo­wał, jak poko­nują tę trasę.

Natha­nowi, z krót­kimi nóż­kami ośmio­latka i w tym sen­nym tem­pie, przej­ście reszty drogi zaj­mo­wało dwie minuty.

I to była jedyna szansa.

Z początku wymy­ślił sobie, że zapar­kuje w pobliżu i zaczeka. Szybko jed­nak się zorien­to­wał, na czym polega pro­blem. W tej pod­miej­skiej dziel­nicy nie­znany samo­chód sto­jący przy kra­węż­niku rzu­cał się w oczy. Ludzie mogliby poświę­cić chwilkę, by zer­k­nąć do środka, a nawet przyj­rzeć się kie­rowcy. Do tego zaś nie mógł dopu­ścić.

Dla­tego też posta­no­wił objeż­dżać kwar­tał ulic, cze­ka­jąc na przy­jazd szkol­nego auto­busu.

Jeź­dził w kółko, jeź­dził i jeź­dził. Auto­bus się spóź­niał. A może z jakie­goś powodu przy­je­chał wcze­śniej i dla­tego go prze­ga­pił? Już trzy­krot­nie obje­chał ulice dookoła, notu­jąc w pamięci drobne oso­bli­wo­ści. "Drzewo, które wygląda jak kobieta, witaj ponow­nie. Miło cię widzieć znowu, graf­fiti z błę­dem orto­gra­ficz­nym. Co za nie­spo­dzianka, że widzę cię po raz trzeci, ty wybla­kła pla­sti­kowa hal­lo­we­enowa dynio".

Ktoś mógł zwró­cić uwagę na krą­żący po oko­licy samo­chód. Czy to już para­noja? Gabrielle napi­sała kie­dyś: "To, że masz para­noję, nie zna­czy, że cię nie obser­wują". Ta mak­syma spodo­bała mu się tak bar­dzo, że wydru­ko­wał ją i zawie­sił nad łóż­kiem. Co z tego, że wie­dział, że to cytat z filmu Para­graf 22? Dla niego zawsze będzie to cytat z postu Gabrielle na Insta­gra­mie z lata 2018.

Pomy­ślał o Natha­nie jadą­cym szkol­nym auto­bu­sem. Jego uczu­cia wobec tego chłopca były skom­pli­ko­wane. W pew­nym sen­sie uwa­żał Nathana za członka swo­jej rodziny. I pew­nego dnia nim zosta­nie. Ale, jak­żeby ina­czej, Gabrielle wie­lo­krot­nie napo­my­kała, że jak dotąd Nathan jest jej ulu­bio­nym męż­czy­zną. To zaś powo­do­wało... no cóż.

Powo­do­wało, że było to skom­pli­ko­wane, po pro­stu.

Jest! Ten żółty odcień szkol­nego auto­busu. Tym razem czwórka dzieci, a nie jak zwy­kle piątka, więc na chwilę serce mu zamarło. Ale zoba­czył jasne włosy Nathana i jego ple­cak z Aven­ger­sami. Ode­tchnął głę­boko, kom­bi­nu­jąc, jaką metodę powi­nien obrać. Nie mógł jechać za nimi w śla­ma­zar­nym tem­pie, jak gdyby ni­gdy nic. Dzie­ciaki na pewno by go zauwa­żyły, a nie chciał, żeby ta smar­kata Daniela ujrzała jego twarz. Z dru­giej strony, jeśli jesz­cze raz obje­dzie kwar­tał ulic, bez­pow­rot­nie straci swoją szansę.

Posta­no­wił zatrzy­mać się przy kra­węż­niku i pogme­rać przy tele­fo­nie. Jak facet wysy­ła­jący ese­mesa do żony.

Tyle że, oczy­wi­ście, otwo­rzył Insta­gram i zoba­czył, że Gabrielle wrzu­ciła nowy post. Zawie­sił palec nad ikonką i odru­chowo omal jej nie stuk­nął. Nie. Nie ma czasu.

Zamknął apkę i zaczął prze­wi­jać listę swo­ich kon­tak­tów, w górę i w dół, jed­no­cze­śnie zer­ka­jąc na coraz bar­dziej odda­la­jące się dzieci. Dzie­sięć metrów od jego samo­chodu kilku nasto­lat­ków grało na boisku w koszy­kówkę. Jego palec prze­su­wał się po ekra­nie w ryt­mie kozłu­ją­cej piłki. Nasze ciało wypra­wia prze­dziwne rze­czy, jeśli się go nie pil­nuje. Czy te nasto­latki zwra­cały uwagę na samo­chody dokoła? Na faceta sie­dzą­cego w aucie i bez­myśl­nie gme­ra­ją­cego w tele­fo­nie?

Nie, za bar­dzo pochła­niała ich gra.

Po raz ostatni prze­my­ślał swój plan, zer­ka­jąc na torbę z McDo­nalda leżącą na sąsied­nim sie­dze­niu. Happy Meal z bur­ge­rem bez warzyw. Sie­dem­na­stego marca 2019 roku Gabrielle napi­sała na Insta­gra­mie: "Dzi­siaj mam w nosie zdrowe jedze­nie. Dla sie­bie biorę ćwierć­fun­ciaka z eks­tra serem, a dla Nathana, jak zwy­kle, bur­gera bez żad­nych warzyw".

Prze­ćwi­czył powi­ta­nie. "Cześć, Nathan", powie­dział do sie­bie. Trzeba tra­fić we wła­ściwy ton, suge­ru­jący zaży­łość. Powi­ta­nie kogoś, kogo widziało się już kilka razy.

Musiał prze­ko­nać chłopca, że jest przy­ja­cie­lem rodziny. A nie obcym, przed któ­rym trzeba się mieć na bacz­no­ści. Ale czy w dzi­siej­szej epoce mediów spo­łecz­no­ścio­wych o kim­kol­wiek można powie­dzieć, że jest obcy? Każdy jest zna­jo­mym zna­jo­mego albo nas obser­wuje, albo zalaj­ko­wał nasz fil­mik na Tik Toku.

W oddali Daniela skrę­ciła do swo­jego domu. Ruszył od kra­węż­nika, sta­ra­jąc się jechać powoli, mimo że mocno bijące serce naka­zy­wało mu wci­snąć gaz do dechy i dorwać chło­paka, zanim ten doj­dzie do domu.

Dzi­siaj Nathan szedł wyjąt­kowo szybko. Zazwy­czaj wlókł się w śli­ma­czym tem­pie i przy­sta­wał, by obej­rzeć pierz­cha­ją­cego chod­ni­kiem żuka albo pod­nieść liść, który mu się spodo­bał. Teraz jed­nak nie­mal biegł do domu.

Czyżby ten mały wie­dział?

Rozdział 6

Nathan pędził do domu co sił w nogach, myślał tylko o tym, by zdą­żyć do łazienki. Od ponad godziny chciało mu się siu­siu, ale bał się pro­sić o zgodę na wyj­ście pod­czas lek­cji, zwłasz­cza że zaję­cia pro­wa­dziła pani Coving­ton. Ona zawsze krzywo patrzyła na uczniów chcą­cych wyjść do łazienki, jakby zło­ściła się, że nie potra­fią się powstrzy­mać. A potem musiał się śpie­szyć na szkolny auto­bus. Jazda do domu to był istny kosz­mar, po każ­dym wyboju wier­cił się nie­zręcz­nie.

Ale teraz, naresz­cie, był już pra­wie w domu.

- Hej, Nathan!

Woła­nie go zasko­czyło. Obej­rzał się w stronę jezdni. Jakiś męż­czy­zna w bia­łym samo­cho­dzie zatrzy­mał się i opu­ścił szybę od strony pasa­żera. Patrzył na niego przy­jaź­nie, z uśmie­chem. Nathan zer­k­nął na niego, pró­bu­jąc sobie przy­po­mnieć, czy się znają. Może to któ­ryś z sąsia­dów?

- Witam - powie­dział grzecz­nie.

Męż­czy­zna wybuch­nął śmie­chem.

- Nie pozna­jesz mnie, co? - zapy­tał. - Jestem przy­ja­cie­lem Gabi.

Teraz, kiedy to usły­szał, Nathan pomy­ślał, że chyba rze­czy­wi­ście widział z nią kie­dyś tego faceta. Gabi miała wielu przy­ja­ciół i pra­co­wała z wie­loma ludźmi, zwłasz­cza przez ostatni rok. To pew­nie był jeden z nich. Tak, na pewno to jeden z jej przy­ja­ciół.

- A tak, teraz już pana pamię­tam.

- Przy­słała mnie Gabi. Szy­ku­jemy na jutro przy­ję­cie nie­spo­dziankę dla two­jej mamy. Ty jesteś sze­fem deko­ra­cji. Gabi mówiła, że masz nie­sa­mo­wity talent do rysun­ków.

Nathan uśmiech­nął się z zakło­po­ta­niem. Uwiel­biał ryso­wać i uwa­żał, że jest w tym naprawdę nie­zły, ale nie­śmia­łość zawsze powstrzy­my­wała go przed poka­zy­wa­niem innym swo­ich rysun­ków.

- Tak, jestem nie­zły.

- Świet­nie! To wska­kuj. Po dro­dze musimy jesz­cze zała­twić świece. Nie mogę się docze­kać, żeby zoba­czyć, jak jej się uda wetknąć w tort czter­dzie­ści pięć świec.

Nathana ogar­nął nie­po­kój. Wsiąść do samo­chodu? Ten gość niby był przy­ja­cie­lem Gabi, ale Nathan nie znał go aż tak dobrze. Chyba lepiej będzie wró­cić do domu i popro­sić Gabi o pozwo­le­nie.

- Naj­pierw muszę zapy­tać Gabi.

- Ona już tam jest. Pro­siła, żebym cię przy­wiózł. Mam jedze­nie z McDo­nalda. - Pod­niósł do okna fir­mową torbę. - Twoje ulu­bione, prawda? Gabi kazała ci wziąć Happy Meal z bur­ge­rem i bez warzyw.

Nathan się odprę­żył. Jego ulu­bione jedze­nie. Na samą myśl o bur­ge­rze w tej tor­bie ślinka napły­nęła mu do ust.

- Dzięki! Muszę tylko wejść na chwilę do domu i sko­rzy­stać z łazienki.

- Jeśli cię mama zoba­czy, z nie­spo­dzianki będą nici - rzekł męż­czy­zna, otwie­ra­jąc drzwi od strony pasa­żera. - Wska­kuj, zatrzy­mamy się na sta­cji ben­zy­no­wej i tam pój­dziesz do łazienki.

- Dobrze. - Nathan pod­szedł do samo­chodu i nagle się zatrzy­mał. - Zaraz.

Uśmiech znik­nął z twa­rzy męż­czy­zny. Zer­k­nął w lusterko wsteczne.

- Co jest?

- Gabi powie­działa, że tym razem weź­miemy świece w kształ­cie liczb - powie­dział Nathan. - Więc nie będziemy musieli wetknąć w tort wszyst­kich.

- Aha! - Męż­czy­zna znów się uśmiech­nął. - Ale gdy­by­śmy takich ni­gdzie nie zna­leźli, to weź­miemy nor­malne, prawda?

- Prawda. - Nathan wsiadł do samo­chodu. Miał nadzieję, że ten pan będzie pro­wa­dził powoli, ponie­waż po każ­dym wyboju naprawdę chciało mu się sikać.

- Zapnij pasy! - Męż­czy­zna uśmiech­nął się do niego sze­roko.

I odje­chali.

Rozdział 7

Jesz­cze zanim Abby weszła po schod­kach fron­to­wych swo­jego domu, przy­wi­tały ją dźwięki skrzy­piec Saman­thy. Prze­krę­ca­jąc klucz w zamku, wes­tchnęła ze znu­że­niem. Pękała jej głowa, liczyła na spo­kojny, kojący wie­czór przy fili­żance cie­płej her­baty. Nie­stety, muzyka Sam nie była ani spo­kojna, ani tym bar­dziej kojąca.

Gdy otwo­rzyła drzwi fron­towe, na tle skrzy­piec Sam usły­szała też inną muzykę - szybki per­ku­syjny rytm oraz piskliwy, prze­kształ­cony elek­tro­nicz­nie wokal. Rzu­ciła torebkę na komodę przy drzwiach i krzyk­nęła:

- Dzieci, już jestem!

Nie­mal natych­miast poja­wił się Ben - pędził do niej co sił w nogach, z rado­snym bły­skiem w oczach. Abby przy­kuc­nęła i roz­ło­żyła ręce, żeby uści­skać syna. Ale jej uśmiech przy­bladł, gdy zoba­czyła, co Ben trzyma na otwar­tej dłoni - Jeepersa, swoją ulu­bioną taran­tulę. Nie­stety, było za późno, żeby coś z tym zro­bić - syn i pająk uto­nęli w jej obję­ciach. Zanu­rzyła twarz we wło­sach Bena - gład­kich, o bar­wie miodu.

- Cześć, mamo! - zaszcze­bio­tał Ben.

- Cześć, synu - odparła, zer­ka­jąc na jego dłoń, by się upew­nić, że nie doty­kają jej wło­chate koń­czyny Jeepersa. - Jak ci minął dzień?

- Fajowo. Sam powie­działa, że roz­dep­cze Jeepersa. - W jego gło­sie brzmiało głę­bo­kie obu­rze­nie. - Musisz jej tego zabro­nić.

- Znowu zanio­słeś Jeepersa do jej pokoju?

- Nie! Pozwo­li­łem mu tylko przez chwilę cho­dzić po stole.

- Po stole kuchen­nym? - upew­niła się Abby sła­bym gło­sem, wsta­jąc. - Ben, ja też nie chcę, żeby on łaził po stole w kuchni.

Jeepers ruszył w górę ręki Bena. Abby powstrzy­mała się, żeby się nie wzdry­gnąć z obrzy­dze­nia. Od ponad sze­ściu mie­sięcy miesz­kała pod jed­nym dachem z tym stwo­rze­niem z pie­kła rodem i na­dal do tego nie przy­wy­kła.

- Mamu­siu ona go nie może roz­dep­tać, musisz jej zabro­nić!

- Poroz­ma­wiam z nią, ale masz trzy­mać Jeepersa z dala od...

- Aha, i dzwo­nił tata i pro­sił, żebyś do niego zadzwo­niła, bo w uro­dziny chce mnie zabrać do Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej. Powie­dział, że mogę wziąć ze sobą trzech kole­gów.

- Co takiego?! - Zaci­snęła pię­ści. - Ben, wyda­jemy przy­ję­cie uro­dzi­nowe, wspólne dla cie­bie i Tommy'ego, pamię­tasz?

- Tak, ale może byście to zro­bili za rok? Bo tata mówił, że...

Wyjęła tele­fon.

- Zaraz sobie poroz­ma­wiam z twoim tatą. Skar­bie, wra­caj z Jeeper­sem do sie­bie, dobrze? - Nie miała siły zma­gać się z dwoma wstręt­nymi stwo­rami jed­no­cze­śnie.

Ben i jego ośmio­nogi kosz­mar wró­cili do swo­jej nory, a wtedy Abby zadzwo­niła do Steve'a.

Ode­brał nie­mal natych­miast.

- Abby. - Kiedy do niego dzwo­niła, były mąż wyma­wiał jej imię w abso­lut­nie nie­po­wta­rzalny spo­sób. Zaczy­nał od bar­dzo szyb­kiego "A" i jakby dla rów­no­wagi prze­cią­gał "bby" w nie­skoń­czo­ność. Wycho­dziło więc z tego "Abby­y­y­yyy". Zawsze mówił z taką into­na­cją, niczym ojciec chrzestny wita­jący uko­cha­nego syna, który wła­śnie popeł­nił nie­for­tunny błąd. Pełną uwiel­bie­nia, ale też pro­tek­cjo­nalną i smutną. Za każ­dym razem nie­uchron­nie wku­rzał ją tym do tego stop­nia, że budził w niej mor­der­cze instynkty.

- Steve - powie­działa, usil­nie sta­ra­jąc się mówić spo­koj­nie i cicho. - Roz­ma­wia­łam z Benem, podobno chcesz go zabrać do...

- Muzeum Histo­rii Natu­ral­nej, z kole­gami - wpadł jej w słowo. - Według mnie to świetny pomysł na uczcze­nie jego uro­dzin. Wiesz, on tak bar­dzo lubi owady.

Takie lek­ce­wa­żące trak­to­wa­nie hobby ich syna roz­ju­szyło ją jesz­cze bar­dziej... jeśli to w ogóle moż­liwe.

- Tyle tylko, że już wcze­śniej usta­li­li­śmy, że jego uro­dziny obcho­dzimy razem z Tom­mym. Chłopcy zapra­szają całą klasę i...

- Ze mną nikt tego nie usta­lał.

- No... usta­li­łam to z rodzi­cami Bena i Tommy'ego. - Sekundę za późno zorien­to­wała się, że pal­nęła gafę.

- Aha, i rodzice Tommy'ego się zgo­dzili...? - Steve nawet już się nie silił na sztucz­nie ser­deczny ton. - To miło, że pyta­łaś ich o zda­nie. A kiedy ze mną zamie­rza­łaś poroz­ma­wiać o uro­dzi­nach mojego syna? Pew­nie jakiś czas po obga­da­niu sprawy z rodzi­cami Tommy'ego?

- Mia­łam ci o tym powie­dzieć dzi­siaj - skła­mała non­sza­lancko. - Tak czy owak, wyprawa do muzeum...

- Moim zda­niem Ben będzie się czuł lepiej, jeśli to on będzie gwiazdą przy­ję­cia, nie sądzisz? - prze­rwał jej Steve. - Nie powinno się go zmu­szać, żeby dzie­lił tę rolę z jakimś innym chło­pa­kiem.

- Nikt go nie... sam chciał, żeby przy­ję­cie było wspólne... roz­ma­wia­li­śmy o tym...

Ta wymiana zdań była przy­kła­dem para­doksu całego jej życia. Jako nego­cja­torka sta­wała twa­rzą w twarz z obłą­ka­nymi, uzbro­jo­nymi po zęby ban­dy­tami prze­trzy­mu­ją­cymi licz­nych zakład­ni­ków, a wtedy jej słowa zawsze były prze­my­ślane, obli­czone na roz­bro­je­nie sytu­acji. A jed­nak gdy roz­ma­wiała z face­tem, który przez dwa­na­ście lat był jej mężem, jej głos odru­chowo wpa­dał w ton przy­po­mi­na­jący dra­pa­nie paznok­ciami po tablicy, a jedyne słowa, jakie jej przy­cho­dziły do głowy, to prze­kleń­stwa.

- Możesz pójść z nami, nie cho­dzi o to, żeby cię z tego wyklu­czyć - dodał Steve uprzej­mie.

Pra­wym uchem słu­cha­jąc wku­rza­ją­cego głosu swo­jego eks, a lewe mając udrę­czone dźwię­kami ćwi­czą­cej na skrzyp­cach Saman­thy, Abby w duchu czuła wzbie­ra­jącą w niej furię. Musiała zakoń­czyć tę roz­mowę, zanim pal­nie coś, czego będzie żało­wała.

- Wiesz co? - powie­działa powoli, spo­koj­nie, korzy­sta­jąc z umie­jęt­no­ści naby­tych przez lata prak­tyki. - Prze­my­ślę to i poroz­ma­wiamy jutro. Zgoda?

Jeśli masz wąt­pli­wo­ści, zawsze graj na czas.

- Jasne - rzu­cił Steve. - Poże­gnaj dzie­ciaki ode m...

Prze­rwała połą­cze­nie, kur­czowo ści­ska­jąc pal­cami tele­fon. Zanim Ben kom­plet­nie stra­cił głowę dla bez­krę­gow­ców oraz węży i jasz­czu­rek, osza­lał na punk­cie super­bo­ha­te­rów. Miał zabawki z nimi, a także pla­katy, ubra­nia i pościel. Abby uwa­żała, że sztuka w sztukę są nudni i tacy sami, jedyny wyją­tek sta­no­wiła She-Hulk. Z taką super­bo­ha­terką potra­fiła się iden­ty­fi­ko­wać. Po roz­mo­wach ze swoim eks zawsze miała ochotę prze­mie­nić się w ponad­dwu­me­trową olbrzymkę i wark­nąć: "Abby Smash".

Odło­żyła jed­nak tele­fon i poszła za dźwię­kami muzyki do zamknię­tych drzwi. Zapu­kała, a wtedy skrzypce umil­kły i zostało jedy­nie elek­tro­niczne tło muzyczne.

- Tak? - dobiegł ją stłu­miony głos Saman­thy.

Abby otwo­rzyła drzwi i weszła do pokoju czter­na­sto­let­niej córki. Saman­tha sie­działa na krze­śle, na­dal trzy­ma­jąc skrzypce mię­dzy ramie­niem a brodą. Mie­dziane włosy zwią­zała w nie­po­rządny koń­ski ogon.

- Cześć, mamo - powie­działa; jej głos z tru­dem prze­bi­jał się przez muzykę. - Nie sły­sza­łam, jak weszłaś.

Abby powoli omio­tła wzro­kiem panu­jący tu nie­po­rzą­dek - roz­rzu­cone na pod­ło­dze ciu­chy, leżące dookoła sterty nut, biurko zawa­lone pod­ręcz­ni­kami. Na łóżku sie­działa Keebles, suczka szpica minia­tu­ro­wego, łypiąc na Abby nie­przy­chyl­nie. Saman­tha dostała ją w pre­zen­cie na dzie­siąte uro­dziny od swo­jej babki, a nie­dawno poma­lo­wała jej ogon na różowo i fio­le­towo, przez co zwie­rzak wyglą­dał na maleńką krzy­żówkę psa z jed­no­roż­cem. Ten biały futrzak darzył Saman­thę bez­wa­run­kową miło­ścią, resztę świata uwa­żał zaś za utra­pie­nie. Abby cza­sami odno­siła wra­że­nie, że ma pod swoim dachem dwie nasto­latki.

- Cześć, Sam. - Uśmiech­nęła się do córki. - Możesz wyłą­czyć na chwilę tę muzykę?

Saman­tha zatrzy­mała odtwa­rza­nie. Keebles prze­krzy­wiła głowę, nie­mal wzno­sząc oczy do nieba. Abby wyobra­żała sobie, jak psica myśli: "Ech, nie ma gor­szych rodzi­ców niż rodzice czło­wieka".

- Jak ci minął dzień? - spy­tała.

- Świet­nie.

- Co ćwi­czysz?

- Pio­senkę dla zespołu.

Cza­sami Saman­tha wda­wała się w dwu­go­dzinny mono­log na temat swo­jej muzyki. A kiedy indziej bur­czała mono­sy­la­bami. Wyglą­dało na to, że dzi­siaj przy­pa­dał dzień bur­cze­nia. Keebles zmie­niła pozy­cję na łóżku i ziew­nęła.

- Była u cie­bie bab­cia?

- Tak, wyszła przed godziną. Powie­działa, że do cie­bie zadzwoni. Mówiła, że ma jakieś pilne pyta­nie w związku z pre­zen­tem uro­dzi­no­wym dla Bena.

Wła­śnie, Ben...

- Skar­żył mi się, że mu gro­zi­łaś, że roz­dep­czesz Jeepersa.

- Mamo, on posta­wił tę szka­radę na stole, kiedy jadłam!

- Zabro­ni­łam mu kłaść go na stole, ale nie możesz mówić takich rze­czy. Wyobraź sobie, że zagro­ziłby ci, że zabije Keebles. Jak byś się wtedy czuła?

Saman­tha i Keebles spoj­rzały na sie­bie poro­zu­mie­waw­czo. Teraz chyba obie wznio­sły oczy do nieba.

- Prze­pra­szam, a jak według cie­bie mam postą­pić, jeśli znowu postawi to paskudz­two przed moim tale­rzem? - spy­tała Saman­tha spo­koj­nie.

- Każ mu je zabrać.

- Zabrać je?

- Wła­śnie. Powiedz mu, że nie zno­sisz jego obec­no­ści, więc niech je odnie­sie do swo­jego pokoju.

- Niech je odnie­sie do pokoju?

- Słu­chaj, poroz­ma­wiam z nim jesz­cze raz i wbiję mu do głowy, że nie ma prawa zbli­żać się z nim do stołu w kuchni.

- Mówisz tak, jak­byś wie­rzyła, że to coś da.

Abby zasko­czyła dopiero po kilku sekun­dach. Saman­tha mówiła powoli, mia­rowo; powta­rzała jej słowa, oce­nia­jąc sytu­ację i zada­jąc pyta­nia reto­ryczne. Trak­to­wała matkę tak, jak ona trak­to­wa­łaby nie­pa­nu­ją­cego nad sobą gościa, do któ­rego została wezwana.

To się zda­rzało już wcze­śniej. Saman­tha miała sie­dem lat, kiedy Abby została nego­cja­torką spe­cja­li­zu­jącą się w uwal­nia­niu zakład­ni­ków. Dora­stała w domu prze­siąk­nię­tym tym kli­ma­tem i jak to dziecko, przy­datne infor­ma­cje wchła­niała jak gąbka.

Rzecz jasna, ta metoda i tym razem zadzia­łała zgod­nie z pla­nem. Abby obie­cała, że jesz­cze raz poroz­ma­wia z Benem. Uspo­ko­iła się, pró­bu­jąc zna­leźć roz­wią­za­nie pro­blemu, a nie doma­gać się kolej­nych rze­czy od córki.

Z jed­nej strony była wście­kła, a z dru­giej dumna. Uśmiech­nęła się sze­roko do Saman­thy.

- Za chwilę zro­bię kola­cję - powie­działa.

Saman­tha kiw­nęła głową.

- Dzi­siaj mam dzień bez­mię­sny - poin­for­mo­wała i z powro­tem włą­czyła muzykę.

Abby zamknęła za sobą drzwi, krę­cąc głową. Powinni wyma­gać od przy­szłych nego­cja­to­rów, żeby mieli dzieci. Nic nie przy­go­to­wuje lepiej do radze­nia sobie w sytu­acjach kry­zy­so­wych.

Rozdział 8

Eden Flet­cher już od progu zawo­łała swoje dzieci, ale nie docze­kała się żad­nej reak­cji. Zdjęła płaszcz, powie­siła go na wie­szaku i prze­szła do kuchni. Miała ochotę na fili­żankę her­baty. Ostat­nie pół godziny w pracy zeszło jej na pró­bach zmiany ter­minu wizyty jed­nej z naj­star­szych pacjen­tek dok­tora Gre­gory'ego. Kobieta nie­do­sły­szała, więc Eden musiała krzy­czeć do słu­chawki, jed­no­cze­śnie ze skru­chą spo­glą­da­jąc na zagnie­wa­nych ludzi w pocze­kalni. Zanim skoń­czyła roz­mowę, miała zdarte gar­dło i nerwy w strzę­pach.

Do her­baty dodała łyżeczkę miodu, któ­rego nor­mal­nie nie lubiła, ale tym razem tra­fiła w dzie­siątkę. Przy dru­gim łyku zauwa­żyła ze zdzi­wie­niem, że w zle­wie nie ma tale­rza. Nathan po powro­cie do domu prze­waż­nie robił sobie kanapkę, a póź­niej zawsze wsta­wiał talerz do zle­wo­zmy­waka. To, że umył talerz, wysu­szył i scho­wał do szafki, było rów­nie praw­do­po­dobne jak to, że Eden jest zagi­nioną przed laty kró­lewną.

Prze­cho­dząc z her­batą do salonu, dostrze­gła, że coś jesz­cze tu nie gra - na pod­ło­dze przy drzwiach nie było tor­ni­stra Nathana.

Poszła do jego pokoju i rozej­rzała się uważ­nie. Pano­wał tam zwy­kły bała­gan, ale tor­ni­stra rów­nież nie było. Podob­nie jak Nathana.

Drzwi do pokoju Gabrielle były zamknięte. Eden zapu­kała deli­kat­nie.

- Gabi?

- O co cho­dzi? - spy­tała córka z dru­giej strony.

Eden otwo­rzyła drzwi. Gabi leżała na łóżku, wle­pia­jąc oczy w tele­fon i z pal­cem na ekra­nie.

- Gdzie jest Nathan? - spy­tała Eden.

- Nie wiem. Pew­nie u sie­bie. - Słowa córki się kle­iły, sylaby zle­wały się ze sobą. Rze­czy­wi­ście lepiej poro­zu­mie­wała się pisa­niem niż mową.

- Nie ma go tam. Widzia­łaś go po powro­cie ze szkoły?

- Nie. - Gabi była pochło­nięta wyłącz­nie tele­fo­nem. - Pew­nie poszedł do jakie­goś kolegi. Może do tego dzie­ciaka, który mieszka przy naszej ulicy... Jak mu tam, Mikey?

- Spraw­dzę - powie­działa Eden z nie­po­ko­jem. Nathan ni­gdy nie cho­dził do kole­gów bez­po­śred­nio po szkole. Z dru­giej strony był coraz star­szy, a ona mu nie zabra­niała. A zatem nie mogła tego wyklu­czyć.

Zaj­rzała do swo­jej sypialni, spraw­dza­jąc, czy syn nie scho­wał się tam z bli­żej nie­wia­do­mego powodu, a potem wró­ciła na par­ter. Wybie­ra­jąc numer tele­fonu matki Mikeya, nie­cier­pli­wie krą­żyła po salo­nie. Po kilku sygna­łach kobieta ode­brała. W tle sły­chać było stały szum, jakby pra­cu­ją­cego odku­rza­cza.

- Rita? Witaj. Tu Eden - przed­sta­wiła się. - Mama Nathana.

- A, cześć - odparła Rita, uda­jąc uprzej­mość. - Jak się masz?

- Świet­nie. Czy jest u was Nathan?

- Nie, nie ma go. - Tym razem w gło­sie Rity zabrzmiała fał­szywa tro­ska. Cho­ciaż może wcale nie uda­wała. Może nale­żała do tych ludzi, któ­rzy bez względu na to, co mówią, zawsze brzmią sztucz­nie. - Nie wró­cił do domu?

- Nie... Możesz spy­tać Mikeya, czy wie, gdzie on się podziewa?

- Jasne, zacze­kaj chwilę.

Eden słu­chała, jak Rita pyta swo­jego syna o Nathana. Słowa były ciut znie­kształ­cone, połknięte przez pra­cu­jący odku­rzacz. W końcu kobieta wró­ciła do tele­fonu.

- Mikey mówi, że widział go, jak wysia­dał ze szkol­nego auto­busu, ale że potem poszedł do domu.

- A, to dobrze. Pew­nie jest u innego kolegi - bąk­nęła Eden, zacho­dząc w głowę, po co w ogóle to powie­działa. Zupeł­nie jakby chciała pocie­szyć tę kobietę, że nie stało się nic złego.

Roz­łą­czyła się i obdzwo­niła innych kole­gów Nathana. W sumie miała cztery numery tele­fo­nów. Odfaj­ko­wu­jąc je po kolei, oddy­chała coraz bar­dziej płytko i cha­otycz­nie. Jej płuca nie sprę­żały się już do końca, ponie­waż zago­ścił w nich strach. Zakoń­czyw­szy ostat­nią roz­mowę, ści­skała tele­fon drżą­cymi pal­cami, wytrzesz­cza­jąc na niego oczy. Nie miała poję­cia, co robić. Wyczer­pała reguły postę­po­wa­nia, jakie znała, zabra­kło jej wia­ry­god­nych baje­czek, któ­rymi mogłaby się kar­mić, żeby popra­wić sobie samo­po­czu­cie. Na myśl przy­cho­dziły jej nowe histo­rie, histo­rie pod­szyte mro­kiem.

Poszła do łazienki na pię­trze i odkrę­ciła wodę. Chwy­ciła mydło i dru­ciak i jak sza­lona zaczęła szo­ro­wać dło­nie. Drę­czyła je tak przez bite trzy minuty, aż jej skóra była obtarta, obo­lała, jed­nak nie­po­kój nie zni­kał. Prze­ciw­nie, nara­stał z każdą chwilą.

Czy powinna zadzwo­nić na poli­cję? To zakra­wało na prze­sadę. Nathan wróci lada chwila i okaże się , że przez cały czas bawił się na dwo­rze.

A z dru­giej strony, jeśli go nie ma na dwo­rze? Jeżeli coś mu się stało? A ona tym­cza­sem mar­nuje czas, szo­ru­jąc ręce, jakby to mogło coś dać.

Wyszła z łazienki i rozej­rzała się za tele­fo­nem. Gdzież go zosta­wiła? W kuchni. Zbie­gła po scho­dach i zła­pała komórkę; kiedy ją włą­czała, serce waliło jej jak mło­tem.

Nagle tele­fon ożył w jej dło­niach, dzwo­niąc, jak gdyby tylko cze­kał, aż go weź­mie do rąk. Nie roz­po­znała numeru dzwo­niącego.

- Halo? - głos jej się zała­mał, tra­wiony stra­chem i nie­po­ko­jem.

- Eden Flet­cher?

- Tak. Kto...

- Mamy pani syna.

To tylko sen, jeden z tych, w któ­rych spa­dała do szybu windy albo w otchłań. To poczu­cie bez­rad­no­ści, ten uwię­ziony w gar­dle krzyk. Tyle że te sny zawsze gwał­tow­nie się koń­czyły, kiedy się budziła.

Ale z tej roz­mowy tele­fo­nicz­nej nie mogła się wybu­dzić.

- Czy nic mu się nie stało? - Dygo­tała, czuła, że zaraz zemdleje. - Chcę z nim poroz­ma­wiać.

- Nic mu nie jest. Śpi. - W znie­kształ­co­nym meta­licz­nym gło­sie brzmiało zło. Był to głos czło­wieka do cna zepsu­tego.

- Czego chce­cie?

- Pięć milio­nów dola­rów. Albo twój syn umrze.

- Chyba żar­tu­jesz. Ja nie mam takich pie...

- To zacznij je zała­twiać, jeśli chcesz zoba­czyć swo­jego syna żywego. Obser­wu­jemy cię. Pięć milio­nów dola­rów. Nie­długo się ode­zwę. - Połą­cze­nie zostało prze­rwane.

Tele­fon ze stuk­nię­ciem wypadł z jej spa­ra­li­żo­wa­nych pal­ców na posadzkę w kuchni. Z gar­dło­wym jękiem osu­nęła się na pod­łogę i oparła ple­cami o ścianę. Nathan. Jej słodki anio­łek, tak pełen życia, zawsze roze­śmiany, zawsze cie­kaw­ski. A ci ludzie go porwali. Gdzie go trzy­mają? Zamknię­tego w jakiejś ciem­nej piw­nicy? Nathan bał się ciem­no­ści, nie mogli mu tego zro­bić. Już sobie wyobra­żała, jak pła­cze, prze­ra­żony, i błaga, żeby go wypu­ścili, żeby...

- Mamo? Mamo! - Gabrielle nią potrzą­sała. - Co ci jest? Co się stało?

- Nathan - wyszep­tała. - Porwali Nathana.

- Co? Kto go porwał? O czym ty mówisz? - Gabrielle wykrzy­ki­wała to ze zło­ścią, histe­rycz­nie, jej głos ranił uszy jak odłamki szkła.

Eden zwi­nęła się do pozy­cji pło­do­wej i ukryła twarz mię­dzy kola­nami, licząc, że Gabrielle zostawi ją samą. W tej chwili nic nie mogła zro­bić. Nie mogła zadzwo­nić na poli­cję. Nie mogła zadzwo­nić do nikogo... nie znała ani jed­nej osoby, która mogłaby jej pomóc. I nie miała jak zdo­być pię­ciu milio­nów dola­rów. Nie powinna była pozwo­lić Natha­nowi wra­cać samemu z przy­stanku auto­bu­so­wego. Od lat doma­gała się, żeby zro­bili dodat­kowy przy­sta­nek dla auto­busu szkol­nego bli­żej ich domu, ale jej nie słu­chali, uwa­żali, że tylko histe­ry­zuje. A teraz...

- Mamo! - Gabrielle potrzą­snęła nią gwał­tow­nie. - Skup się teraz. Kto porwał Nathana?

- Zadzwo­nił jakiś czło­wiek - wyja­śniła córce Eden. - Chce pięć milio­nów dola­rów. Albo go... albo już ni­gdy nie zoba­czymy Nathana.

- Musimy zawia­do­mić poli­cję - oświad­czyła Gabrielle.

- Nie! On powie­dział, że nas obser­wują. Pięć milio­nów dola­rów? Nie mam pię­ciu milio­nów dola­rów. - Pod­nio­sła tele­fon i spró­bo­wała połą­czyć się z nume­rem, z któ­rego zadzwo­nił ten nie­zna­jomy. Musiała z nim poroz­ma­wiać, wyja­śnić mu, że wzięli na cel nie tę rodzinę, co trzeba. Nie ma mowy, żeby dała radę zor­ga­ni­zo­wać milion dola­rów, a co dopiero pięć milio­nów!

Numer był nie­do­stępny. Spró­bo­wała ponow­nie. Nie­do­stępny. Wybrała go po raz trzeci. Nie­do­stępny. Gabrielle coś mówiła, ale nie rozu­miała córki, bo tak huczało jej w uszach, że w tym łosko­cie nie sły­szała słów.

Wstała chwiej­nie i powlo­kła się do łazienki. Odkrę­ciła wodę i umyła ręce, zdra­pu­jąc wszyst­kie zarazki. Ludzie nic nie rozu­mieją - te zarazki są wszę­dzie, więc jeśli nie myjemy rąk dosta­tecz­nie czę­sto, powo­dują roz­ma­ite dole­gli­wo­ści. Cho­roby, cier­pie­nia, porwa­nie syna i...

Ktoś bru­tal­nie odsu­nął ją od umy­walki, twarz zapie­kła ją nagle z bólu.

Zamru­gała, pró­bo­wała sku­pić wzrok. Przed nią stała Gabrielle, dysząc ciężko. Córka ją spo­licz­ko­wała!

- Mamo, wzy­wam poli­cję. - Gabrielle trzy­mała już swoją komórkę.

- Nie! - krzyk­nęła piskli­wie Eden, wyry­wa­jąc córce tele­fon z rąk. - On powie­dział, że nas obser­wują.

- Ale musimy coś zro­bić.

Córka miała rację. Nathan liczył na to, że coś zro­bią. Nie mogła zatra­cić się w codzien­nej ruty­nie. Poza tym przy­szło jej do głowy, że jest jedna osoba, do któ­rej może się zwró­cić.

- Znam kogoś. Kogoś, kto może pomóc.

- Kogo?

- To poli­cjantka. - Eden wró­ciła do kuchni i pod­nio­sła z pod­łogi swój tele­fon. - Ona będzie wie­działa, co robić.

- Skąd ją znasz?

Stąd, że razem prze­szły­śmy istne pie­kło...

- Kie­dyś się kole­go­wa­ły­śmy. - Eden zna­la­zła na liście kon­tak­tów numer Abby Mul­len i zadzwo­niła.

- Halo? - ode­zwał się kobiecy głos.

- Czy... czy mówię z Abby Mul­len? - Nie­moż­liwe. Głos nie brzmiał jak jej.

- Tak. Kto mówi?

- Nazy­wam się... - prze­rwała na uła­mek sekundy. Nie mogła jej podać praw­dzi­wego nazwi­ska, jesz­cze nie teraz. Abby mogłaby się roz­łą­czyć. - Edie Flet­cher. Miesz­kam w East Elm­hurst. Potrze­buję pani pomocy. Porwano mi syna.

Przez dłuż­szą chwilę pano­wała cisza.

- Edie, a dzwo­niła pani na dzie­więć­set jede­na­ście? - spy­tała w końcu Abby.

- Nie. Obser­wują mnie, nie mogę zawia­do­mić poli­cji. Ale kilka mie­sięcy temu widzia­łam panią w wia­do­mo­ściach. Pani może mi pomóc, prawda?

- Edie, wiele osób dużo bar­dziej niż ja nadaje się do pro­wa­dze­nia spraw zwią­za­nych z porwa­niami. Mogę panią prze­łą­czyć do...

- Bła­gam. - Eden zaszlo­chała. - Musi mi pani pomóc.

Kolejna długa cisza. Życie Nathana wisiało na wło­sku, balan­so­wało na skraju prze­pa­ści, a tym­cza­sem Abby Mul­len zasta­na­wiała się, co robić.

- Miesz­kam nie­da­leko, zaraz przy­jadę - powie­działa w końcu Abby. - Pro­szę mi podać dokładny adres.

Rozdział 9

Deszcz bęb­nił o przed­nią szybę, wycie­raczki pra­co­wały gorącz­kowo, tocząc bez­na­dziejną walkę z ulewą. Abby zer­k­nęła przez mokre okno na dom. Jeśli ktoś pró­bo­wał wyróż­nić jakoś ten budy­nek z rzędu iden­tycz­nych przy tej ulicy, to poniósł sro­motną porażkę. Podob­nie jak domy po pra­wej i lewej, miał maleńki ogró­dek od frontu, drzwi wej­ściowe, które abso­lut­nie nie zachę­cały do wej­ścia, i zasło­nięte żalu­zjami okno wycho­dzące na ulicę. Na pię­trze były jesz­cze dwa okna, a trze­cie, też z opusz­czo­nymi żalu­zjami, wska­zy­wało, że jest tam rów­nież pod­da­sze. Deszcz i ciem­ność powo­do­wały, że dom wyda­wał się jesz­cze mniej­szy niż w rze­czy­wi­sto­ści.

Roz­ma­wia­jąc z tamtą kobietą przez tele­fon, powinna być bar­dziej sta­now­cza. Ale w gło­sie Edie brzmiało coś takiego, taka despe­ra­cja, czego Abby nie mogła zigno­ro­wać. A jazda z jej domu w Col­lege Point do East Elm­hurst nie trwała długo. Gdy tylko zja­wiła się matka, by zabrać dzieci, wyszła, uda­jąc, że nie sły­szy pyta­nia o uro­dziny Bena. Ten temat mogą omó­wić potem.

Wes­tchnęła i wyłą­czyła sil­nik; wycie­raczki sta­nęły w pół cyklu.

Otwo­rzyła drzwi od strony kie­rowcy, wysia­dła i usi­ło­wała roz­ło­żyć para­sol. Zanim jej się to udało, deszcz kom­plet­nie zalał jej oku­lary i wszystko widziała jak przez mgłę. Pobie­gła do drzwi wej­ścio­wych i naci­snęła dzwo­nek.

Otwo­rzyły się drzwi i w progu sta­nęła kor­pu­lentna kobieta; twarz miała pogrą­żoną w cie­niu.

- Edie Flet­cher? - spy­tała Abby.

- Zapra­szam do środka - odparła kobieta ze łzami w gło­sie.

Abby weszła do domu. Zdjęła oku­lary i wycie­ra­jąc szkła w koszulę, dostrze­gła nie­wy­raźną postać kogoś młod­szego - czyżby to córka tej kobiety?

- Dzię­kuję, że pani przy­je­chała - powie­działa Edie Flet­cher.

Abby odwró­ciła się do niej, wciąż prze­cie­ra­jąc szkła oku­la­rów. W końcu wło­żyła je i postać kobiety nabrała ostro­ści. Od razu ude­rzyło ją, że chyba zna tę Flet­cher... tylko skąd? Edie miała jasną różową cerę, ciem­no­nie­bie­skie oczy i falu­jące kasz­ta­nowe włosy. Nosiła obszerną fio­le­tową koszulę; Abby dostrze­gła frag­menty tatu­aży nad koł­nie­rzy­kiem - z jed­nej strony kwiat, z dru­giej jakieś litery. Po jej policz­kach spły­wały łzy, usta drżały.

- Dro­biazg.

Abby zdjęła płaszcz, a córka kobiety wzięła go od niej. Była nieco star­sza od Saman­thy, miała jakieś osiem­na­ście, dzie­więt­na­ście lat, oczy rów­nie nie­bie­skie jak matka i spły­wa­jące falami włosy. Na jej pobla­dłej twa­rzy malo­wał się nie­po­kój.

- Opo­wie mi pani, co się stało? - popro­siła Abby.

- Dzi­siaj Nathan nie wró­cił po szkole do domu - odparła Edie drżą­cym gło­sem. - A potem dosta­łam tele­fon...

- Prze­pra­szam, w jakim wieku jest Nathan? - prze­rwała jej Abby.

- Ma osiem lat. Obdzwo­ni­łam wszyst­kich jego kole­gów. Widzieli, jak wysia­dał z auto­busu szkol­nego, ale do domu już nie dotarł. A potem zadzwo­nił jakiś męż­czy­zna i powie­dział, że mają Nathana. I że chcą dostać pięć milio­nów dola­rów.

Abby kiwała głową, ale miała jak naj­gor­sze prze­czu­cia. Upro­wa­dze­nia dzieci w więk­szo­ści przy­pad­ków są dzie­łem kogoś z rodziny. A wtedy żąda­nie okupu raczej nie wystę­puje. No i nie­po­ko­iła ją ta absur­dal­nie wysoka suma.

- Dobrze, kiedy to było?

Edie zamru­gała, zbita z tropu. Wyrę­czyła ją córka:

- Mama ode­brała ten tele­fon przed godziną.

- Rozu­miem. - Abby rozej­rzała się po maleń­kiej kuchni i ciem­nym salo­nie. - Czy jest tu ojciec Nathana?

- N... nie - zająk­nęła się Edie. - Jeste­śmy roz­wie­dzeni.

- Ma pani wyłączną opiekę nad dziec­kiem? - pytała dalej Abby.

- Tak.

- Powie­działa pani ojcu Nathana o tej sytu­acji?

- Nie. Nie mam jak skon­tak­to­wać się z Davi­dem. Od lat się nie odzy­wał.

Będą musieli przyj­rzeć się temu bli­żej. Nawet jeśli zgło­szono żąda­nie okupu, ojciec wciąż nale­żał do grona podej­rza­nych. Na razie jed­nak odło­żyła ten temat na póź­niej.

- Ma pani zdję­cie Nathana?

- Oczy­wi­ście. - Kobieta pogme­rała przy tele­fo­nie, po czym podała go Abby. Ładny chło­pak z nie­obec­nym spoj­rze­niem, z roz­ma­rze­niem patrzący pro­sto w obiek­tyw, jakby nie zauwa­żył, że mama robi mu zdję­cie.

Abby prze­słała zdję­cie na swój tele­fon.

- Mogę się rozej­rzeć po domu?

- Po co? Nathana tu nie ma. To zna­czy, już sama spraw­dzi­łam.

- W przy­padku upro­wa­dze­nia cza­sami ważne są drobne szcze­góły, mogą nam bar­dzo pomóc. - A nie­rzadko dzie­ciak był jed­nak w domu, tylko scho­wał się gdzieś albo zasnął. Bywało też, że pewne szcze­góły rzu­cały świa­tło na życie danej rodziny. A prze­cież w tej spra­wie była kolejna podej­rzana, sama Edie Flet­cher, jedyna osoba, która roz­ma­wiała z rze­ko­mym pory­wa­czem. Dzieci, które zagi­nęły, czę­sto znaj­do­wano mar­twe, zamor­do­wane przez wła­snych rodzi­ców. Abby chciała poszu­kać wszyst­kiego, co nie pasuje. A czego kon­kret­nie, tego się dowie, kiedy to zoba­czy.

- Pro­szę bar­dzo - powie­działa Edie. - Jeżeli tylko pomoże to odzy­skać Nathana.

Abby zdą­żyła już rzu­cić okiem na więk­szą część par­teru skła­da­ją­cego się z cia­snej kuchni z małym meta­lo­wym sto­łem oraz pokoju dzien­nego - z jedną kanapą przed tele­wi­zo­rem. Na komódce stały foto­gra­fie w ram­kach. Abby zaj­rzała we wszyst­kie moż­liwe kry­jówki - do sza­fek kuchen­nych, za lodówkę... Mając Edie za ple­cami, wysu­nęła szu­flady komody, nie zauwa­żyła jed­nak niczego, co by zwró­ciło jej uwagę. Dopil­nuje, żeby póź­niej grun­tow­nie prze­szu­kano ten dom. Mała łazienka była pusta, na pod­ło­dze wid­niały ślady wody, a mokra szmata wska­zy­wała na jakiś pro­blem natury hydrau­licz­nej, który chwi­lowo nie miał zna­cze­nia.

- Sypial­nia Nathana jest na pię­trze - poin­for­mo­wała Edie.

Abby weszła po scho­dach. Na pię­trze były dwie sypial­nie.

- Pokój Nathana jest tam - ode­zwała się za jej ple­cami Edie.

Abby otwo­rzyła drzwi. Pokój był uro­czy, przy­tulny. Łóżko z pościelą z posta­ciami z Gwiezd­nych wojen oraz mały plu­szak. Na biurku zatrzę­sie­nie kre­dek, kilka rysun­ków przy­pię­tych do kor­ko­wej tablicy. W pokoju uno­siła się wyraź­nie wyczu­walna, nie­po­ko­jąca atmos­fera pustki, próż­nia o kształ­cie dziecka. Abby wyobra­ziła sobie, jak chło­piec, któ­rego widziała na zdję­ciu, leży w łóżku albo sie­dzi przy biurku i rysuje. Pode­szła do biurka, by dokład­niej przyj­rzeć się rysun­kom; szu­kała oznak mole­sto­wa­nia sek­su­al­nego, które dziecko mogło w nich zawrzeć. Tu wszyst­kie rysunki były jed­nak nie­winne, dzie­cięce. Sta­tek kosmiczny, smok, rodzina. Rodzina skła­dała się tylko z matki i dwojga dzieci. Nie było ukry­tej postaci ojca. Jak powie­działa Edie, ojciec się usu­nął, dosłow­nie i w prze­no­śni.

Sły­sząc za ple­cami trzask zamy­ka­nych drzwi, odwró­ciła się zasko­czona. Edie opie­rała się ple­cami o drzwi, z nie­uf­nym wyra­zem twa­rzy.

- Tak? - rzu­ciła Abby. Zanie­po­ko­iło ją coś w posta­wie tej kobiety... miała sze­roko otwarte oczy i była spięta, jakby chciała się na nią rzu­cić albo dać nogę.

Edie poru­szyła ustami, nie wyda­jąc żad­nego dźwięku.

- Pani Flet­cher - dodała Abby. - Czy pani na pewno...

- Abi­hail? Nie pozna­jesz mnie?

To imię rodem z pra­daw­nej prze­szło­ści wstrzą­snęło Abby do głębi. Musiała się oprzeć o blat biurka, żeby zacho­wać rów­no­wagę.

Nagły prze­błysk pamięci. Na pięk­nym polu kwia­tów stoi dziew­czynka ze sple­cio­nymi na piersi rękami, prze­szy­wa­jąc Abby spoj­rze­niem lodo­wa­tych nie­bie­skich oczu. "To jest mój ogród, a ty nie jesteś tu mile widziana", mówi.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki