2
Kostrzyn nad Odrą to dziwne miasto. Puste przestrzenie, ze śladami ruin pokrytymi kępami chwastów, przeplatają się ze skupiskami bloków z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych.
Nagle w jakimś zdziczałym parku otwiera się perspektywa na drogę, prowadzącą donikąd i przecinające ją tory tramwajowe. Tu i ówdzie widać jeszcze przerośnięte trawą schodki, wiodące do dawnego domu i zrujnowaną posadzkę westybulu.
To wszystko ślady działań wojennych, jakie miały miejsce w lutym i marcu 1945 roku. Niemcy ewakuowali ponad 20 tysięcy ludności cywilnej, zamieniając miasto w twierdzę Küstrin. Kostrzyn, zniszczony nieomal w 100 procentach, nazwano "polską Hiroszimą".
Oblężenie miasta przez wojska radzieckie nie trwałoby tak długo, gdyby nie zapasy trzech browarów. Po spożyciu odpowiedniej ilości piwa, wojska atakujące zostały wypierane z miasta przez hitlerowskich obrońców, by wytrzeźwiawszy, przystępować do kolejnej ofensywy. Wreszcie, po wysadzeniu browarów, miasto zostało zdobyte.
Tę opowieść zasłyszaną od Jana Stando, zmarłego w 1980 roku męża ciotki Aurelii, przekazała mi moja matka. Po wojnie Aurelia bez środków do życia wyszła za mąż w 1946 roku za działacza partyjnego, który został "rzucony" do Kostrzyna.
Zajmują tam jedną z niewielu ocalałych willi, pozostawioną wraz z wyposażeniem przez któregoś z browarników. Jan Stando pnie się po szczeblach kariery, ciągnąc za sobą ciotkę, która za kilka lat zostanie dyrektorką nowo otwartego liceum. Rodzi im się dwoje dzieci: Henryk i Sylwia. To zapewnie Sylwia jest matką tej wyglądającej jak skaranie boskie Małgorzaty, która zaprosiła nas na obiad.
- Jesteśmy na miejscu - powiedział Adam, zatrzymując samochód.
Dom wyglądał imponująco. Marmurowe schody wejściowe, nad którymi królował półokrągły taras, olbrzymie parterowe okna z wykuszami i stromy dach przebity półokrągłymi facjatami drugiego piętra.
Wszystko to przywodziło mi na myśl okazałą fabrykancką willę Anstadta, którą miałam okazję podziwiać w Łodzi. Nawiasem mówiąc, Anstadt był przed wojną właścicielem potężnego browaru. Widocznie wszyscy europejscy browarnicy mieli kiedyś ten sam gust, pomyślałam, wysiadając z samochodu.
W owalnym holu panował nieprzyjemny, wilgotny chłód. Długi, słabo oświetlony korytarz zakończony schodami przedzielał cały parter na dwie części. Zdjęłam kurtkę i aż dreszcz mnie przeszył. Wujek Franciszek otworzył drzwi do jakiegoś pokoju i powiedział:
- Zaczekamy tutaj na obiad. Mam nadzieje, że ktoś napalił w kominku.
Niestety, w kominku nikt nie napalił. Rafał zaszył się w kąt, nie zdejmując krótkiego, wełnianego płaszcza. Wyjął telefon komórkowy i bawił się jakąś grą. Adam poczęstował mnie papierosem, ale odmówiłam. Pstryknął zapalniczką i zaciągnął się głęboko.
Jesienne powietrze oplecione bladoniebieskim dymem spływało z długich pluszowych zasłon na kryształowe bibeloty wystawione na bufecie ciężkiego, orzechowego kredensu, po czym owijało się wokół mosiężnych zawiasów, by końcu utknąć w wydeptanym różowogranatowym dywanie, tnąc zimnem po nogach.
- Dzień dobry państwu - powiedziała, stając w drzwiach, niemłoda już, drobnej postury, szczupła kobieta.
Rudawe, lekko kręcone włosy miała zwinięte w ciasny węzeł, a czarny, trzeba przyznać, doskonale skrojony kostium, podkreślał bladość jej cery. Wąskie wargi, ledwie tknięte odrobiną szminki, zaciskała z taką siłą, że, zdawać by się mogło, ostatkiem sił próbuje powstrzymać to, co ciśnie jej się na usta.
- Moja droga - rzekł wujek Franciszek - pozwól sobie przedstawić naszą młodą kuzynkę z Olsztyna, Laurę Sawicką. Lauro, to jest doktor Ewelina Hubertus-Stando.
- Bardzo mi miło - powiedziała przez zaciśnięte zęby.
- Mnie również - rzekłam ściskając jej żylastą, silną dłoń. - Przepraszam, nie jestem bardzo zorientowana w rodzinnych parantelach, ale nazwisko Hubertus już obiło mi się o uszy.
- Notariusz Walerian Hubertus jest moim ojcem - oznajmiła doktor Ewelina z nieukrywaną wyższością.
- Ewelina jest żoną Henryka Stando, syna ciotki Aurelii. Mieszka z mężem i synem w tym domu - dorzucił wujek.
- Ale już niedługo - prychnęła pani doktor, podchodząc do kominka. Elektryczną zapalarką rozpaliła złożone bierwiona. - Na Boże Narodżenie przeprowadzimy się do naszej willi. Jest na ukończeniu...
Pomarańczowy ogień opływał polana złocistego drewna. Nareszcie zrobiło się trochę cieplej.
- Proszę mi wybaczyć, może to nietakt z mojej strony - zauważyłam, wyciągając zziębnięte dłonie w kierunku kominka - ale nie widziałam pani na pogrzebie...
- Nie byłam na nim - odparła sucho. - Ktoś musiał dopilnować obiadu.
- Zdaje się, że Małgorzata wczoraj wszystko przygotowała - rzekł Adam - nawet jej trochę pomagałem...
Ewelina popatrzyła na niego z nieukrywaną odrazą.
- Małgorzata nie potrafi nawet...
- Proszę państwa do stołu - powiedziała Małgorzata, stając w otwartych drzwiach.
- Chciałabym umyć ręce - szepnęłam, przechodząc obok niej.
- Korytarzem do końca - odrzekła cicho - ostatnie drzwi na prawo.
Łazienka była obszerna i staroświecka. Ogromna wanna na lwich łapach, srebrzyste krany opatrzone emaliowanymi napisami: warm i kalt, pociemniała rura pieca kąpielowego, ściany pokryte spękanymi, oliwkowozielonymi kaflami i podłużne okno z matowymi szybami ciętymi w pionowe prostokąty, przez które sączyło się szare światło wczesnego popołudnia...
Z boku, we wgłębieniu łazienki wyodrębniono dwie kabiny przesłonięte drewnianymi drzwiami, opatrzonymi metalowymi, grawerowanymi tabliczkami: Damen i Herren.
Nacisnęłam klamkę drzwi z napisem Damen - zajęte. Na szczęście miejsce za drzwiami z napisem Herren było wolne. Z kabiny obok dochodził cichy płacz.
Ktoś łkał, nie mogąc się opanować, coraz głośniej, coraz bardziej rozpaczliwie, by wreszcie wybuchnąć z trudem tłumionym, głośnym szlochem.
Pociągnęłam za wiszący na łańcuszku fajansowy uchwyt, głośno opróżniając tkwiący pod sufitem żeliwny rezerwuar z napisem "Corona".
Płacz nie ustawał.
- Proszę pani - powiedziałam głośno - jeżeli mogę w czymś pomóc?... Bardzo proszę, niech pani nie płacze...
Drzwi uchyliły się.
- Kim pani jest? - spytał zapłakany głos. - Niech mi pani da spokój.
- Nazywam się Laura Sawicka - odparłam. - Przyjechałam z Olsztyna na pogrzeb ciotki Zenobii. To moja powinowata...
Drzwi otworzyły się szerzej.
- Poza tym pani Małgorzata prosiła na obiad - dodałam.
Płacz nieco przycichł. Z kabiny wyszła niemłoda już kobieta o opuchniętej, szerokiej twarzy. Podeszła do umywalki i pomoczywszy chusteczkę zimną wodą, przecierała nią zapłakane oczy, popatrując w prostokątne lustro poznaczone liszajami chorującego srebra.
Mogła mieć jakieś 60 lat. Jedynie jej ciemne, gęste, naturalnie kręcące się włosy stanowiły ostatni ślad minionej urody. Zbyt tęga sylwetka ukryta pod rozwleczonym ciemnym swetrem, zbyt obcisła ciemnoszara spódnica, stare, rozdeptane kozaczki...
- Przepraszam panią - powiedziała, wyjmując z czarnej, niemodnej torebki tusz do rzęs i plastikową puderniczkę - ale czasami... człowiek już nie może znieść tego wszystkiego...
- Widziałyśmy się na cmentarzu - rzekłam - stała pani obok pani Małgorzaty.
- To moja córka - odparła. - Mieszka tutaj, u babki, bo... nie umie sobie dać rady w życiu. Boleję nad jej losem... Ludzie są okrutni.
- Przepraszam, że spytam: pani jest... córką cioci Aurelii?
Skinęła głową, malując rzęsy i poprawiając ołówkiem brwi.
- Sylwia Grabowska. Moja córka, Małgorzata... jest nieszczęśliwa. Nie cierpią jej w tym domu, a ona... nie umie się odszczeknąć. Może dlatego, że straciła ojca, kiedy była jeszcze malutka. Biedne dziecko!
- Kto jej nie cierpi? - podszepnął mi pytanie mój policyjny instynkt.
- No jak to, kto? Ta ruda małpa, Ewelina, przybłęda jedna! Ukradła mi brata, a Małgorzatę traktuje jak piąte koło u wozu. Wielka doktorowa, psiakrew! Liczy się tylko jej cudowny Krystianek. Szkoda gadać... Idzie pani? - spytała, poprawiając dłonią włosy.
- Za chwilę - odparłam.
Trzasnęła drzwiami łazienki. Słyszałam jej energiczne kroki, cichnące w korytarzu. Spojrzałam w to poszarzałe, pokryte ciemnymi plamami lustro...
Cóż, wszystko wskazywało na to, że dotychczas w ogóle nie znałam swojej dalszej rodziny.
Wyszłam na słabo oświetlony korytarz i po chwili natknęłam się na Małgorzatę, niosącą wazę z zupą. W spranym niebieskim fartuchu narzuconym na brązową sukienkę wyglądała jak służąca. Podbiegłam i otworzyłam na oścież dwuskrzydłowe drzwi prowadzące do jadalni.
- Bardzo pani dziękuję - powiedziała - widzi pani, wszyscy są dzisiaj tacy zajęci, a ktoś przecież musi zadbać o rodzinę...
Jej dalsze słowa zagłuszył gwar rozmów osób zgromadzonych przy stole.