Rozdział 3
- Musimy zdecydować, czy pogrzeb będzie świecki, czy kościelny - powiedziała Marlena.
My?
Byłam zrozpaczona, ale Marlena posiadała wielki dar: potrafiła tak wkurwić człowieka, że z całej gamy uczuć pozostawała tylko złość.
- To rodzina decyduje - zauważyłam.
- Twój ojciec bardzo mnie lubił - zauważyła z kolei ona, chociaż nie miało to nic do rzeczy.
Od kiedy jednak brak związku z rzeczywistością przeszkadzał Marlenie?
- Dzwonili z domu pogrzebowego - dodała jeszcze, a ja znowu się zezłościłam, że to ona odebrała, a nie ja. Ale sama byłam sobie winna. Zostawiłam komórkę na stole w kuchni i nie dotykałam jej chyba od trzech dni. Aż dziwne, że bateria jeszcze się nie rozładowała.
- Daj ten telefon. - Podniosłam się wreszcie z łóżka, a ona odsunęła się o krok.
- No to jaki w końcu będzie ten pogrzeb?
- Dowiesz się! - warknęłam.
Zabrałam jej komórkę i poszłam do pokoju Miśki.
Powinnam była najpierw zdjąć przepoconą piżamę i wejść pod prysznic, ale Miśka nie wyglądała lepiej ode mnie. Jej włosom przydałoby się mycie, a dresowi pranie. Przed oczami stanęła mi wizja naszego domu, który po zniknięciu ostatniej opoki - ojca, wyznawcy krawata do świątecznego śniadania - zarasta pajęczynami, a my brudem. Domu, w którym nie myje się naczyń ani podłóg, nie pierze ubrań ani pościeli i w którym powoli się umiera, a przynajmniej ja umieram, bo wcześniej opieka społeczna odbiera mi Miśkę.
- Mamo?
Ocknęłam się. Musiałam wyglądać dziwnie, zamyślona i nieświeża, z telefonem w ręku na progu jej pokoju. Miśka patrzyła na mnie, podobnie jak oba psy uwalone na jej posłaniu. Mózg człowieka to nieprzewidywalny organ i dlatego na ułamek sekundy zajęłam się sprawą jej łóżka: przydałoby się szersze, bo nie miała już prawie miejsca. Tyle że szerszego nie dałoby się wstawić: Miśka nadal mieszkała w dawnym pokoju ojca na górze, a Marlena razem z nią, śpiąc na materacu. Dawny pokój mojej córki, na dole koło kuchni, który w chorobie zajął ojciec, stał pusty. Nawet nie mogłam sobie wyobrazić, że któraś z nas miałaby się tam wprowadzić.
- Mamo!
Westchnęłam, wyrzuciłam z mózgu wszystkie głupie myśli, podeszłam i usiadłam na brzegu materaca. Fosfor cicho warknął, ale było to raczej ostrzeżenie: nie na mojej części. Lola nadstawiła brzuch do głaskania.
- Kochanie... - zaczęłam. Pozazdrościłam Marlenie, która potrafiła walić prosto z mostu. Mnie słowa "pogrzeb twojego dziadka" nie chciały przejść przez gardło.
- Mamo, myśmy z Marleną...
- Tak?
- Zadzwoniłyśmy do kontaktów z telefonu dziadka.
Zupełnie nie przyszło mi to do głowy. A przecież ja powinnam była to zrobić. Jedyna córka...
- Tylko musimy teraz ustalić, co z pogrzebem, i zadzwonimy jeszcze raz.
Nie potrafiłam znieść myśli, że nawet moja nastoletnia córka jest silniejsza ode mnie. Najwyraźniej potrafiła lepiej poradzić sobie ze śmiercią w rodzinie.
Wciągnęłam głęboko powietrze i kiwnęłam głową.
- Dobrze, córeczko. Myślę, że dziadek wolałby świecki.
Tym razem to Miśka pokiwała głową. Z aprobatą.
- Też tak myślę.
- Zadzwonię do domu pogrzebowego. A ty zjedz coś. I umyj się.
Niektóre zdania działają terapeutycznie: mnie wkurzyła Marlena i udało mi się wstać z łóżka. Ja za to bezbłędnie potrafiłam zirytować moją córkę.
- Przestań mi mówić, co mam robić, mamo!
Uśmiechnęłam się. Nie mogłam tego powstrzymać, bo jej głos zabrzmiał tak jak kiedyś, kiedy nie miałyśmy żadnych problemów i Miśka mogła po prostu być zwykłą, paskudną nastolatką.
- I wytrzyj po sobie w łazience - dodałam, a potem szybko zeszłam na dół, zanim zdążyła coś odkrzyknąć.
Na ganku wciągnęłam w płuca zimne, wilgotne powietrze i ten typowo zimowy zapach, zapach niczego. Wios-na pachnie nadzieją, lato - ziemią, jesień - zbutwiałymi liśćmi, a zima - niczym. Jakby nawet przyroda straciła wiarę, że się z tego podniesie.
Wzięłam jeszcze jeden głęboki wdech i wybrałam numer domu pogrzebowego. To było łatwiejsze, niż myślałam. Pracownicy takich instytucji na pewno są przeszkoleni w dyskrecji i przyzwyczajeni do różnych reakcji nieutulonych w żalu żałobników. Kobieta po drugiej stronie mówiła cicho i spokojnie, ograniczyła pytania do niezbędnego minimum i obiecała skontaktować się, gdyby wystąpiły jakieś problemy, których nie przewidywała. W ciągu pięciu minut miałam dzień, godzinę, wybrałam trumnę i ustaliłam, kiedy ktoś przyjedzie po garnitur, żeby ubrać ojca, chociaż miał zostać skremowany.
Wiem, że głupio to brzmi, ale kiedy się rozłączyłam, poczułam ulgę. Może właśnie na tym polega ten pogrzebowy biznes.
A potem wzięłam jeszcze głębszy wdech i zadzwoniłam do ciotki Jagody.
Czemu nie odgryzłam sobie wtedy języka?!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki