Zguba - Natalia Szostak
36.99 zł
30.70 zł
(24,03 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Marianna straciła głos - może od tego wszystko się zaczęło? Jednego dnia buzia się jej nie zamykała, paplała wesoło o szkole, o tym, co usłyszała od koleżanek i jaką śmieszną rzecz zrobił akurat jej pies; drugiego milczała głucho, czasem tylko wypuszczając z płuc długie westchnienia.
Żadnych słów.
Tak, chyba od tego się zaczęło. Kiedy chciała się odezwać, jej gardło było suche, nieprzyjazne, język buksował o podniebienie i nie mógł wystartować. Wciskała paznokcie w miękką część dłoni, odrywała odstające skórki, aż na palcu pojawiała się kropelka krwi, ale głos nie wracał; słowa pozostawały w zasięgu wzroku, ale zbyt daleko, by po nie sięgnąć.
Nikt z tego powodu nie wszczął alarmu, zresztą i ona sama na początku to zbagatelizowała. Przecież codziennie coś ulegało zmianie i niepokój mogłaby wzbudzić raczej stałość. Jej kości cały czas robiły się dłuższe, ręce i nogi zaczynały przypominać patykowate odnóża chrabąszczy, a Marianna traciła nad nimi kontrolę. Kiedy się spieszyła, wpadała na meble, uderzała o futryny, zahaczała o klamki, jakby ciało przestało się mieścić w dotychczasowym korycie rzeki i zalewało okolicę. Mogła tylko obserwować i próbować zachować odrobinę godności. Dlatego kolejną anomalię - brak głosu - zrzuciła po prostu na karb dojrzewania. To wytłumaczenie pasowało prawie do wszystkiego. Cera przestaje być gładka? Ciało poci się w najmniej oczekiwanych miejscach? Wszystko to, co dotąd się uwielbiało, zaczyna wkurzać? Ach, to przecież dojrzewanie. Rodzice wymawiali to słowo szeptem, przewracając przy tym oczami, jakby Marianna wymyśliła sobie chorobę. Nasza córka dojrzewa. Nic przyjemnego.
Ale z tym głosem to była jednak inna sprawa. Dlaczego zniknął tak nagle? I czy kiedyś wróci? Zadawała sobie te pytania w myślach, może dlatego, że czuła się z tym kłopotem zupełnie sama. Wokół niej nie było nikogo, kto tak jak ona męczyłby się ze słowami, żadnej koleżanki, której obecność mogłaby dodać otuchy.
To było tak, jakby świat stanął na głowie: krople deszczu spadały z ziemi na niebo, rzeki zmieniły bieg, a Marianna przestała mówić.
****
Klik, przycisk nagrywania na telefonie. Można mówić.
Justyna Pyzik, wychowawczyni (42 lata): - Słucham? Aha, Marianka... Na lekcje przychodziła chwilę przed dzwonkiem. Zawsze schludnie ubrana, uczesana. Koszulka na WF czysta i wyprasowana. Zeszyty prowadzone były starannie, tylko z tyłu coś sobie rysowała. Odrabiała zadania domowe. Jak powiedziałam, żeby przynosić kanapki do szkoły, to codziennie miała, jeszcze się z koleżankami dzieliła. Miłe dziecko.
Agnieszka Korzeniowska, koleżanka z klasy (14 lat): - Była okej. Trochę z boku, ale w porządku. Dawała spisać zadania. Gdzie to pójdzie? Na TikToku?
Pola Łyżwa, przyjaciółka (15 lat): - Moim zdaniem to musiało być porwanie, jakby uciekła, to ja bym na pewno wiedziała. Bo jestem najlepszą przyjaciółką Mery, znaczy Marianny. No przecież mówię, że nie wiem. Kłótnia? A nie, zaraz jej przejdzie, zawsze tak jest.
Marta Goc (14 lat): - Piętnaście kończę dopiero w lipcu. To nie jest fajne, mieć wakacje w urodziny, to znaczy urodziny w wakacje. Mania zazwyczaj zostawała w mieście, tak jak my. Więc chodziłyśmy po osiedlu i tak sobie świętowałyśmy. Chodziłyśmy pod blok takiego chłopaka, mówią na niego Baca.
Mateusz Bacławski (17 lat): - A faktycznie, czasem spotykałem je pod blokiem, ale myślałam, że tu mieszkają. Są ze Słonecznego? Nie znam ich. Ani tej Marty, ani tej drugiej, co zwiała z domu.
Katarzyna Staniszewska, nauczycielka matematyki, dyrektorka (56 lat): - ...odpowiednie procedury... program naprawczy... dołożymy największych starań... sytuacja nie powinna mieć miejsca... w naszej ocenie wina leży przede wszystkim w domu rodzinnym... rozpad więzi, odizolowanie... dołożymy... wiem, że już mówiłam.
Hanna Sadowska, matka (36 lat): - Ostatni raz rozmawiałam z nią... Zaraz, chwila. We wtorek. Nie, jednak w poniedziałek, tak, na pewno, to był mój wolny dzień, ale zadzwoniłam później niż zwykle, pamiętasz? Bo ciągle coś miałam do załatwienia i tak się zeszło. Każdego dnia dzwoniłam. Jak miałam wolne i jak padałam po wieczornej zmianie. Oprócz tego Messenger. Memy, filmiki, zwierzątka z TikToka. Żeby człowiek wiedział, co się dzieje. Czy jesteście dla siebie mili, czy dalej się boisz pająków, co dostała z kartkówki z historii. Opowiadała o siatkówce, o zawodach, o koleżankach. Miałyśmy dobry kontakt, mimo tej odległości. Ja się przyjaźnię z moimi dziećmi i mówię to z dumą.
Iga Szulik (15 lat), koleżanka z ławki: - Nie, nic nie mówiła. Ta babcia to był trochę słaby pomysł, to na pewno.
Alicja Sadowska, babcia (61 lat): - Wracała ze szkoły, przemykała jak cień, brała kanapkę i już jej nie było. "W porządku". "Wszystko dobrze". Jak się wprowadzali, to spodziewałam się głośnej muzyki, głupot ryczących na telefonie, koleżanek, trzaskania drzwiami, a tu nie. "Jest okej". Czasem zapominałam, że jest w pokoju obok.
No idź już z tym telefonem.
Obrót kamery, tryb selfie. Klik.
Jakub Sadowski, brat (11 lat): - Do szkoły chodziliśmy razem, mama kazała, bo po drodze jest dużo samochodów, wracaliśmy też razem, tylko nie w środy i czwartki, bo wtedy ja mam mniej lekcji, więc bym musiał na nią czekać, dlatego wracałem już sam, a ona dopiero po swoich lekcjach i siatce. No i właśnie w środę to się wydarzyło. Mama miała rację, jak mówiła, że powinniśmy się nawzajem pilnować.
Publikuj. Klik.
****
Zanim to wszystko się wydarzyło, Alicja była człowiekiem.
Kimś.
Miała pracę, znajomych. Jej donośny głos przemierzał pokoje, odbijał się od ścian, robił obrót przy oknie i wracał echem. A ludzie - chcąc nie chcąc - słuchali. Czasem wystarczyło, by na dłuższą chwilę zawiesiła wzrok na rozmówcy, by ten zaczął się jąkać. Taką miała aurę. Trochę nauczycielka niemieckiego, trochę policjant, trochę psycholog, a jakże, bo słuchać też umiała.
Dopasowana garsonka, gładka fryzura prosto od fryzjera, Alicja jeszcze nic nie mówi - a już ją słychać. Stukot wysokich butów na bruku, jednostajny rytm wybijany obcasami. Niezbyt szybki, dostojny, bo przecież by nie biegła, nawet jeśli bardzo by się spieszyła. Poczekają, zawsze czekają. Pośpiech, krótki oddech, rozwiane włosy - wszystko to wskazywałoby na jakąś słabość, byłoby jak strój niedopasowany do okazji, odchodzący lakier, torebka w kolorze butów i nietwarzowy odcień szminki. Ona na słabość nie może - nie chce - sobie pozwolić.
Kiedy stukot kroków o nierówny dukt wypełni rynek, wreszcie można dostrzec sylwetkę. Stali bywalcy znają ten widok na pamięć, po kolorze torebki są w stanie ocenić, jaki ma nastrój i czy rzuci parę groszy do kapelusza. A rzuca często. Jeszcze pamięta, jak to jest nie mieć ani grosika.
- Proszę pani - woła za nią mężczyzna. Alicja patrzy na zegarek, otula się czekoladowym płaszczem i przyspiesza kroku. Nie dziś, dziś się spieszy.
- Pani Alu, pani Alu, proszę. - Alicja popełnia błąd, odwraca się w jego stronę i mruży oczy. Coś zmienia się w wyrazie jej twarzy, rozpoznaje go, nawet lekko się uśmiecha. Tylko troszkę, niech sobie nie myśli. Mężczyzna kuleje, z trudem podchodzi do Alicji.
- Będzie ten papuga? - pyta ją.
- Kiedy sprawa? - Alicja też nie traci czasu.
- Dwunastego. Papier dostałem.
- Pan przyjdzie do mnie z tym papierem. Zaradzimy - odpowiada i już chce odejść, kiedy coś jej się przypomina. - Jak siostra?
- W szpitalu jest. - Mężczyzna kręci głową.
- Kasprzaka?
- Latawiec.
Alicja kiwa głową.
- Dobrze - mówi.
- Zaradzimy? - pyta mężczyzna, który nagle zdaje się być zupełnie bezbronny.
Tym razem jej uśmiech wygląda na bardziej szczery.
- Tak, panie Jureczku. Pan pozdrowi siostrę - mówi i odchodzi. Jeśli Latawiec, to musi zadzwonić do doktor Słowik. W głowie Alicji otwiera się mały notes pełen znajomości, numerów i przysług. Jak było siostrze Jureczka? Amelka? Chyba tak. Albo Anielka. Mogła dopytać.
Obcasy znowu stukają, Alicja idzie do kawiarni przy murach obronnych. Mały prostokątny klocek przed trzydziestu laty przyklejony do średniowiecznego muru. W środku chłód, w powietrzu unosi się zapach wilgoci, ale lubi tu przychodzić na obiad albo, tak jak dziś, w interesach.
Jej wzrok napotyka spojrzenie kobiety w średnim wieku, pochylonej nad filiżanką z do połowy wypitą kawą, kiwa jej. Alicja przysiada się.
Kelnerka pyta o zamówienie. Rozmówczyni prosi o jeszcze jedną kawę, Alicja zamawia espresso i szklankę wody. Kobieta przy stoliku przesuwa ciało na brzeg krzesła i pochyla się nad blatem.
- Pani kochana - mówi półgłosem. - Taka sprawa. Mój mąż musiał zrzec się spadku po swojej krewnej.
- Długi?
Kobieta w milczeniu przytakuje.
- Spadek przeszedł na nasze dzieci. Jak to rozwiązać, żeby podatku było jak najmniej?
- Dzieci?
- Dorosłe.
- Uhm.
Kelnerka podaje zamówienie. Tamta kobieta sięga po kawę tak szybko, że rozlewa ją na spodeczek. Alicja słodzi kawę, nie zwraca uwagi na rozpaczliwe gesty tamtej, szukanie serwetek, wycieranie spodeczka. Pomału miesza cukier w filiżance.
Nie znają się dobrze. Nie mają tematów do rozmowy, wspólnych wspomnień. Żadna z nich nie rzuci żartem, który rozładowałby atmosferę. W kawiarni jest cicho, łyżeczka dzwoni o krawędź filiżanki. Kobiecie wyrywa się ciche westchnięcie. Alicja to zauważa, taką ma pracę, musi zauważać. Odkłada łyżeczkę.
- Oczywiście. Będę potrzebować dokumentów, stopnia pokrewieństwa między mężem a zmarłą, tego typu papiery - wymienia.
- Tak, wszystko dostarczę.
- To niestety trochę kosztuje. Dużo załatwiania, dzwonienia, to nie są takie łatwe sprawy, trzeba się nachodzić.
- Ja oczywiście zapłacę. Nawet pani nie wie, jak jestem wdzięczna. Nie mam głowy do tych wszystkich... - Macha ręką, żeby podkreślić, jak bardzo nie ma głowy. Sięga po filiżankę i siada wygodniej na krześle. - A może jeszcze kawki? Ja stawiam oczywiście.
Alicja kręci głową.
- Dzisiaj niestety nie mam już czasu. Syn przyjeżdża.
- Ach, synek pani? - dziwi się kobieta. - A widzi pani, ja myślałam...
- Tak - odpowiada krótko Alicja. - Odezwę się, jak coś będę wiedziała. W sprawie spadku - dodaje dla pewności. Żegna się z kobietą i idzie do kasy.
- Za kawę i wodę - mówi i szuka portmonetki.
- Pani Alicjo, niech się pani nie wygłupia - odpowiada właścicielka. - Na koszt firmy.
Alicja kręci głową, wreszcie się uśmiecha i dziękuje. Wychodzi, rzuca okiem na zegarek. Późno. Do domu ma kawałek, samochód zostawiła pod kancelarią, powinna skoczyć po zakupy. Ale przecież nie będzie biegła.
****
Szybko, szybko, żeby zdążyć ze wszystkim przed szesnastą.
Hanka wybiega z mieszkania, musi się wrócić, bo zapomniała klucza, o, jeszcze światło w kuchni. No to jeszcze raz: klucze - są. Komórka - jest. Tornister - też. Ach, jeszcze Kuba.
Na mieszkanie opada kurz. Kurz codziennego krzątania, kolejek do łazienki, szukania ekierki i fletu na muzykę. Mania chyba płacze, Hanka nie ma już siły dowiadywać się, co się stało. Pierwsza zasada matki - wkraczać dopiero, gdy sufit wali się na głowę.
Do niedawna to były największe problemy. Dzieci się kłócą, Kuba odpyskował wychowawczyni, przyszedł wysoki rachunek za prąd. I tak mogło pozostać, nie miałaby nic przeciwko temu, szczególnie teraz, kiedy poznała alternatywną wersję rzeczywistości. Niczego nie pragnie bardziej niż powrotu do zmartwień sprzed tygodnia, gdy odebrała ten cholerny telefon.
Grześka nie ma, próbuje opanować sytuację. Nie ma w niej złości; wyłączyła to, jest gotowa do walki.
"Teraz trzeba ustać" - powiedziała Grześkowi, kiedy prawda wyszła na jaw.
Jeszcze raz sprawdza kieszenie. Nie wzięła portfela.
- Mamo - mówi Kuba swoim najbardziej dziecinnym tonem, którego nigdy nie użyłby przy kolegach. - Mam dzisiaj występ.
- Jaki występ? - pyta nieuważnie, ale Kuba widzi, że złapała haczyk.
- Zwierzęta lasu. Mówiłem ci tydzień temu! Mam być bocianem. Nie mam przebrania! - I już prawie płacze.
Więc Hanka znowu wpada do mieszkania, tym razem prosto do wielkiej szafy w przedpokoju. Biała podkoszulka, czerwone podkolanówki Mani, dawno za małe. Z szuflady biurka w pokoju dzieci wyciąga czerwony brystol, zwija go w stożek, nawet na moment nie przestając biec. Kuchnia - nożem dziurkuje brystol, z bukietu warzyw na zupę ściąga gumkę recepturkę. Gotowe.
Działanie ją uspokaja. Uratowała dzień.
Odprowadza Kubę, wraca i zamyka na chwilę oczy, a gdy je otwiera, jest późno. Pomiędzy jednym mrugnięciem a drugim zdążyła wstawić dwa prania, posprzątać po operacji "bocian", odkurzyć, wstawić gołąbki, wyjść dwa razy z psem, zadzwonić do przychodni. A i tak czuje, że za mało zrobiła.
Brach-Czaina pisała o poczuciu zdumienia, które ogarnia nas, gdy uświadomimy sobie, że życie upływa na drobiazgach. Hanka czytała jej Szczeliny istnienia na studiach, bardzo wtedy do niej nie trafiły. Ale od jakiegoś czasu przypomina sobie o tej książce. Może powinna do niej wrócić. Drobiazgi. Krzątactwo.
Tyle że dziś drobiazgi trzymają ją w ryzach. Jakby miała się rozpaść, jeśli nie ugotuje zupy. Rozsypać, gdy nie zamiecie korytarza.
Idzie po zakupy.
W markecie godzina szczytu, tłok, nerwy. Są tu wszyscy. Kobiety w białych koszulach dopiero wyszły z pracy, a już mają do obskoczenia drugi, domowy etat; emerytki, którym przypomniało się, że nie kupiły jeszcze mleka albo trzeciego bochenka chleba; dzieciaki ganiają się pomiędzy alejkami i wychodzą obładowane paczkami czipsów; panowie, zesłani tu przez żony czy matki, zagubieni przy stoisku z mięsem, szukający ryżu na półce z mąką, skręcający niechybnie w stronę półek z piwem; matki z bąbelkami uwieszonymi ramion. Do nich Hanka ma najwięcej sympatii.
Ludzie przepychają się, odbijają od siebie, walczą, jakby mogło dla nich zabraknąć nadmuchanych bułek, coca-coli, chipsów i szynki pełnej chemii.
Hanka po sklepie porusza się pewnie, według planu. Ma go w głowie, lata praktyki. Po kolei myśli o każdym członku rodziny i do jej koszyka wpadają kolejne rzeczy. Farby plakatowe i blok rysunkowy. Magnez w rozpuszczalnych tabletkach. Żarówka i skarpetki. Szpinak, pomidory, seler naciowy, marchewka, ciemny chleb. I jeszcze dwie paczki żelków, jedne kwaśne, drugie z pianką.
W drodze do kasy zwalnia, aż zupełnie się zatrzymuje; starsza kobieta z rudymi lokami prawie na nią wpada, przeklinając pod nosem. Ale Hanka jej nie słyszy. Patrzy na koszyk i próbuje podliczyć, ile zapłaci. W domu pewnie są jakieś farbki po Mani, Kuba nie potrzebuje nowych. I tych skarpet też tak naprawdę nie musi kupować.
Uszczupla zawartość koszyka. Ale z jedzenia przecież nie zrezygnuje. Musi mieć z czego gotować.
Kiedy widzi, że Grzesiek zbliża się do kuchenki, robi jej się słabo, ma ochotę wszystko rzucić i zrobić za niego cokolwiek, za co się zabiera. Przecież i tak musiałaby poprawiać.
Wierzyła w podział obowiązków, ale kiedy pojawiły się dzieci, wszystko się pokomplikowało. Skoro pracuje w domu, to łatwiej jej nastawić obiad, wyskoczyć po zakupy, odprowadzić Kubę do szkoły. Już nawet przestała się spierać. Niech każde robi to, co do niego należy.
Wzdycha. Po chwili wahania odkłada żelki.
- Zostaw to! Co ci mówiłem? - Słyszy za plecami. Odruchowo się odwraca.
Jakiś ojciec wprowadza w życie regułę rodzicielstwa wściekłości. Odciąga syna, może sześcioletniego, od półki z flamastrami i kredkami, Hanka wysyła dzieciakowi współczujące spojrzenie. Nie wszyscy dorośli są tacy, naprawdę.
Nagle w jej kieszeni wibruje komórka. Wyciąga ją szybko.
Hanka patrzy na ekran, czyta i przeklina pod nosem. Podnosi wzrok, chłopiec spogląda na nią z zainteresowaniem. No tak, przeklinanie, ulubiona rozrywka wszystkich dzieci. Wrzuca komórkę do kieszeni i skręca w stronę kasy. W kolejce wyciąga telefon raz jeszcze, jednym kliknięciem wybiera numer.
- Tak. Muszę jeszcze skoczyć do szkoły, dobra? Zupa na gazie. Pa - mówi, jakby wysyłała telegram.
Płaci, znowu za dużo. Idzie skrótem, przez stadion, na którym od dawna nikt nie ćwiczy. W błocie walają się śmieci, zgniłe warzywa, foliowe worki.
- Halo, halo, Hania! Idziesz na zebranie? - Hanka mruży oczy, w mroku trudno rozpoznać, kto ją woła. Po chwili się uśmiecha. Znajoma sylwetka wyłania się z ciemności. Justyna, mama Antka z klasy Mani.
Hania kiwa głową, przewraca oczami. Idzie. Idzie na zebranie. Nie ma ochoty na rozmowę, ale nie ma też gdzie uciec.
- Trzeba sprawdzić, jak tam u starszaków. Chociaż ty to się raczej nie musisz martwić - mówi tamta. - Mania taka grzeczna.
Znowu przytakuje. Ciekawe, czy w szkole Marianna jest taka jak w domu. Kuba skacze jej po głowie, a ona tylko patrzy na rodziców i czeka, czy zareagują. Może powinna jej powiedzieć, że czasem może się odwinąć, odpyskować.
Rozmawiają o wychowawczyni. O zielonej szkole, chyba w Karpaczu, jeśli uda się dogadać schronisko. Hanka tylko kiwa głową, zastanawia się, jak wytłumaczy nastolatce, że żadnej zielonej szkoły nie będzie. Zmienia temat na bezpieczny: pogoda. Co za paskudne błoto, okropna jesień.
- Już wiem, jak będzie wyglądać mieszkanie. Jak dzieciaki i pies wniosą to na bu...
Nagle milknie. Koleżanka patrzy na nią zdziwiona, podąża wzrokiem za jej spojrzeniem.
Pod blokiem na Wrocławskiej starsza kobieta w czekoladowym płaszczu, który wygląda na drogi, wypakowuje zakupy. Hanka na moment przystaje, waha się, jakby zastanawiała się nad zmianą trasy. Ale jest już za późno, nie da się tego zrobić tak, by tamta jej nie zauważyła. Więc idzie dalej, chociaż trochę zwalnia kroku, jakby chciała opóźnić moment kolizji.
- Hej, hej - mówi Hanka. "Jest nagle blada, jak uczennica złapana na paleniu w szkolnej toalecie", myśli Justyna. Kobieta obrzuca Hankę i Justynę długim spojrzeniem.
- Ach. Dobry wieczór - odpowiada. Też nie wydaje się zadowolona, ale uśmiecha się profesjonalnie. Wygląda jak kasjerka w banku, która na widok nowego klienta jeszcze nie wie, jak bardzo powinna się starać. - Do mnie? Właśnie wracam, nie byłam jeszcze na górze.
- Nie, nie. Do szkoły, na zebranie. Idziemy z Justyną, od Antka. Pamiętasz?
Kobieta jeszcze raz patrzy na Justynę, jakby analizowała jej twarz. Wreszcie kiwa głową na przywitanie.
- Córka pana Jackowskiego? Dzień dobry - mówi Alicja. I do Hanki: - Grzesiek się odzywał, myślałam, że może przyjechałaś z nim.
Hanka nabiera powietrze ustami, jakby chciała coś powiedzieć. W połowie oddechu zmienia zdanie. Zamyka usta. Kiwa tylko nieuważnie głową. Wreszcie mówi co innego, niż planowała.
- Nie, nie. Mówił mi, że chce porozmawiać. No ale ja na to zebranie... - Innym tonem dodaje: - A ty jak zawsze świetnie wyglądasz. Ty to się prezentujesz jak... - waha się, w końcu mówi pierwsze, co przychodzi jej na myśl - gwiazda Hollywood.
- Nie wiem, czy to komplement... - zaczyna Alicja i patrzy porozumiewawczo na Justynę, uśmiechając się pobłażliwie, jakby Hanka była małym pieskiem, który właśnie ugryzł ją w kostkę, ale ona, Alicja, wspaniałomyślnie jest gotowa mu to wybaczyć.
- Z tych lepszych. Z klasą - dodaje szybko Hanka.
- No tak. Ale dziękuję - odpowiada Alicja. Odchodząc, zatrzymuje jeszcze wzrok na ubłoconych butach Hanki. W końcu mówi:
- No to miłego zebrania.
Drzwi klatki schodowej zamykają się za Alicją, Justyna prycha.
- O kurde. Nieźle. Kto to był? - pyta.
- No widzisz - mówi Hanka, kręcąc głową. - Moja teściowa. To była moja teściowa. To znaczy: jest. Chodź, bo się spóźnimy.
Justyna patrzy pytająco, ale niczego więcej się nie dowie. Hanka zaciska wargi, przyspiesza kroku. Do szkoły wpadają pięć po czwartej. Na korytarzu pachnie tak samo jak wtedy, gdy Hanka chodziła tu do szkoły - detergentem do podłóg, starą olejną farbą, rozczarowaniem. Kiedy wchodzą do klasy, w której odbywa się zebranie, Hanka chowa buty głęboko pod ławkę.
****
Śmiech Poli przecina powietrze. Tak śmieją się dziewczyny, które niczego się nie boją, myśli zazdrośnie Marianna. Ona sama skupia się na tym, żeby ręce i nogi ruszały się naturalnie w trakcie chodzenia. Pomagają jej w tym kieszenie. Chowa zaciśnięte dłonie i nie musi się zastanawiać, czy ręce powinny luźno zwisać, czy delikatnie ruszać się do przodu i w tył, jakby jechała na nartach i odpychała się od ziemi niewidzialnymi kijkami.
Póki jest z Polą, Martą i Igą, może się ukryć. Stapia się, nie wystaje, nie zwraca uwagi, może przemknąć niezauważona. Przynajmniej ma taką nadzieję. Gorzej jest, gdy idzie sama, wtedy każdy krok jest koszmarem. Czy wszyscy na nią patrzą i widzą, że chodzi sztywno jak Pinokio? Przemyka bocznymi ulicami z dala od obcych spojrzeń
Pola. W jej blasku łatwo zagrzać zmarznięte serce. Nawet jej piórnik jest najładniejszy w klasie - metalowy w kwiaty. Po długich tygodniach proszenia Pola powiedziała Mariannie, gdzie go kupiła. Jeszcze tego samego popołudnia wybrały się z mamą do księgarni, udało się znaleźć prawie identyczny, tylko w innym kolorze. Ale to nie o piórnik chodziło, jakby Pola rzucała na otaczające ją przedmioty nieuchwytny czar. Wszystkie jej rzeczy automatycznie stawały się dobre, atrakcyjne, pożądane.
Marianna tego nie miała.
Nic dziwnego, że Marianna Polę kocha, ubóstwia wręcz. Nie do końca jest tak, że chciałaby być Poli dziewczyną; raczej chciałaby być Polą, wtopić się w jej idealną skórę, zanurzyć się w kaskadę włosów i nigdy już stamtąd nie wychodzić. A skoro to niemożliwe, to chciałaby, żeby spłynęło na nią choć odrobinę tej aury fajności, która pojawia się wszędzie tam, gdzie Pola stawia kroki. Na razie jest tylko dziwną przyjaciółką olśniewającej dziewczyny.
Więc kiedy Pola się śmieje, Marianna instynktownie obraca ku niej głowę, jakby słyszała śpiew syreny.
- U Marty będą dzieci. - Iga kręci głową.
- Ale jest projektor - ucina Pola.
- A poza tym dzieci mają dzisiaj piłkę czy coś. Nie ma ich do osiemnastej - dodaje Marta. - Będzie cicho.
Marianna nic nie mówi, bo w kieszeni wibruje jej telefon. Mama. Bocznym przyciskiem wyłącza wibrację i wrzuca telefon z powrotem do kieszeni, głęboko. Przyspiesza kroku, żeby dogonić koleżanki. Dalej się spierają.
- Lubię oglądać u Marty. Super jest ta kanapa, można się wyłożyć - mówi szybko Marianna. Pola kiwa głową z aprobatą, Marta patrzy z wdzięcznością. Iga trochę się krzywi, trudno. Bilans zysków i strat wychodzi na plus.
Telefon znowu wibruje, krótko. Tym razem to wiadomość. Marianna zaczyna skubać zębami skórę wewnątrz policzka.
- Co tam?
- A, nic, chodźmy.
- No gadaj, widzę, że gryziesz polika.
Marianna uśmiecha się krzywo. Dziwnie, że ludzie widzą, kiedy czuje się średnio; z drugiej strony ktoś przygląda się jej wystarczająco uważnie, żeby to zauważyć. Ktoś ją widzi, więc istnieje, naprawdę jest. I tym kimś jest Pola.
Przestaje gryźć, ale zmieszanie nie mija.
- Smarka trzeba odebrać ze szkoły. I obiad mu dać - mówi niechętnie.
Marta i Iga niby przystają, ale co chwilę zerkają to na siebie, to w stronę bloku Marty. Brwi podjeżdżają im na czoło, czekają. Pola tylko wzrusza ramionami i mówi kącikiem ust, jakby spluwała:
- No to kurde, Mania, decyzja. Bo ty dziwnym trafem nigdy nie możesz
- Nieprawda. - Mariannie głos więźnie w gardle.
- A on nie jest znowu taki mały.
- Właśnie. Mały Kubuś. Co, on sobie sam zupy nie zagrzeje? - wtóruje jej Iga. Mści się za to, że Mańka nie stanęła po jej stronie, na pewno.
- Dajcie spokój - mówi cicho Marianna. Odwraca wzrok. - Muszę iść i tyle.
Pola nie ma rodzeństwa, więc pewnych rzeczy nigdy nie zrozumie.
- Nadrobimy! - krzyczy do ich pleców. Teraz pewnie będą ją obgadywać. I wszystkie zebrane punkty się wyzerują.
****
Kuba dziś zupełnie niemrawy. Kurtkę zakłada dwadzieścia minut. Z każdym kolegą żegna się osobno, każdemu coś musi powiedzieć. Mariannie płonie głowa. Zdążyłaby pójść z dziewczynami, może nawet obejrzeć odcinek serialu, a on nawet nie zdążyłby zmienić butów.
Zawsze tak z nim jest. Zapatrzy się na plamę na ścianie, zamyśli nad spadającym liściem, zacznie rozgrywkę na komórce, kiedy muszą wychodzić do szkoły. A kiedy ona stoi i na niego czeka, życie płynie gdzieś obok, bez niej.
****
Różnica wieku jest może niewielka, ale wystarczająca, by Marianna czuła się odpowiedzialna za wszystkie niepowodzenia brata.
Wydawało jej się, że pamięta dzień, w którym się urodził, ale wszyscy mówią, że to niemożliwe. Miała wtedy trochę ponad trzy lata. Pamięta nerwową bieganinę, w której nikt nie zwracał na nią uwagi, nagłą samotność. Kto się nią wtedy zajął? Tego nie może sobie przypomnieć.
Pamięta za to, że próbowała nie zasnąć, żeby nie umknęła jej chwila, kiedy mama wróci do domu. Z bratem. Jak ściskała ulubiony koc w kratkę i pluszowego kangura. Jak chciała być pierwszą osobą, którą brat pozna, najlepszą przyjaciółką, siostrą. Pamięta, a może słyszała tę historię tyle razy, że przyjęła ją jak swoją.
Wcześniej mama opowiadała jej, że w brzuchu rośnie młodszy brat. Będzie się z nią bawił, Marianna będzie mu pokazywać świat, będzie ważna i potrzebna.
Rodzice wrócili, ale zamiast obiecanego brata mieli ze sobą larwę. Jaka zabawa? Jakie towarzystwo? Larwa nie mówiła, nie chodziła, nie potrafiła się bawić i co chwilę wrzeszczała. Marianna wchodziła do jego łóżeczka, zabierała mu smoczek, chciała, żeby mama nosiła ją na rękach.
W końcu zapytała:
- Czy można go jeszcze oddać?
Wszyscy się śmiali. Rodzice zapamiętali to zdanie i powtarzali je przy okazji każdej rodzinnej imprezy. Jakie to słodkie. Jakie głupiutkie. Marianna za każdym razem kuliła się pod spojrzeniami wujków i cioć. Nie podobał jej się ich śmiech, przez niego czuła się mniejsza, cieńsza, prawie przezroczysta, bez żadnych właściwości.
A potem słyszy od rodziców: Kubcio ma alergię. Kubcio jest chorowity. Trzeba dbać o Kubcia. Dlaczego Kubcio ma zadrapanie na czole? Jak go pilnowałaś? Kubcio bije ją klockiem. Jesteś starsza, powinnaś być mądrzejsza. Ustąp mu.
No to ustępuje. Jeśli Kuba wbije rysik automatycznego ołówka głęboko jak strzykawkę przy szczepieniu, a ona nic nie powie, rodzice ją pochwalą.
Z czasem nauczyła się nawet funkcjonować z nim duecie. Zawsze we dwoje, Marianna i Kuba, Kuba i Mania. To drugie, kontrapunkt własnej egzystencji. Czasem różnice uwypuklały się tak bardzo, że zastanawiali się - skąd ona, skąd on to ma? Skąd nagłe zainteresowanie deskorolkami albo Minecraftem, zbieranie figurek albo rozpoznawanie marek samochodów?
W oczach tego drugiego odbijało się własne życie. Czasem jak w gabinecie luster, gdzie trudno rozpoznać własne, zniekształcone odbicie.