Po tysiącletnim zniewoleniu pokonaliśmy wreszcie siły komputerowego
wszechumysłu, Omniusa, ale nasze zmagania wcale nie ustały. Wprawdzie
zakończył się dżihad Sereny Butler, ale musimy kontynuować walkę z jeszcze podstępniejszym i trudniejszym przeciwnikiem - z ludzką
słabością do technologii i pokusą powtórzenia błędów przeszłości.
- Manford Torondo, Jedyna droga
Manford Torondo stracił rachubę swych misji bojowych. O niektórych,
takich jak ów straszny dzień, kiedy wybuch rozerwał go i pozbawił
dolnych partii ciała, chciał zapomnieć. Jednak obecne zadanie -
zlikwidowanie kolejnych pozostałości największego wroga ludzkości -
będzie łatwiejsze i przyjemniejsze.
Najeżone zimną bronią statki maszyn wisiały za układem słonecznym w takiej odległości, że od ich kadłubów odbijała się tylko ledwie widoczna
mgiełka przyćmionego światła gwiazdy. Wskutek unicestwienia
rozproszonych wszechumysłów ta grupa bojowa robotów nie dotarła do celu,
a ludność pobliskiego układu gwiezdnego Ligi Szlachetnych nie zdawała
sobie nawet sprawy z tego, że to ona była owym celem. Teraz zwiadowcy
Manforda znowu znaleźli tę flotę.
Groźne jednostki wroga, nietknięte, wciąż uzbrojone i zdolne do
działania, wisiały martwe w przestrzeni kosmicznej od bitwy pod
Corrinem. Statki widma, ale mimo to obrzydlistwa. Trzeba będzie
odpowiednio się nimi zająć.
Kiedy sześć jego małych jednostek zbliżyło się do mechanicznych
monstrów, Manforda przeszedł pierwotny dreszcz. Zagorzali zwolennicy
ruchu butlerowców przysięgali niszczyć wszelkie pozostałości zakazanej
technologii komputerowej. Teraz bez wahania okrążali unieruchomioną
flotę robotów niczym mewy ścierwo wyrzuconego na plażę wieloryba.
Przez trzaski komlinii dobiegł z pobliskiego statku głos mistrza miecza
Ellusa. Mistrz prowadził butlerowskich łowców wprost na skupisko
jednostek bojowych podstępnych robotów, które niezauważone, dryfowały od
dziesiątków lat w przestrzeni kosmicznej.
- To kompletny dywizjon szturmowy składający się z dwudziestu pięciu
maszyn, Manfordzie. Znajduje się dokładnie tam, gdzie zgodnie z przewidywaniami mentata powinniśmy go znaleźć.
Oparty na fotelu specjalnie przystosowanym do jego pozbawionego nóg
ciała, Manford skinął głową. Gilbertus Albans nie przestawał go
zadziwiać swymi zdolnościami umysłowymi.
- Po raz kolejny jego Szkoła Mentatów dowodzi, że ludzkie mózgi
przewyższają myślące maszyny - powiedział.
- Umysł człowieka jest święty - rzekł Ellus.
- Umysł człowieka jest święty - potwierdził Manford. Usłyszał te słowa w wizji zesłanej przez Boga i były one teraz bardzo popularnym wśród
butlerowców powiedzeniem.
Manford rozłączył się i dalej przyglądał ze swego niewielkiego statku
rozwijającej się operacji.
Siedząca obok niego w kokpicie mistrzyni miecza Anari Idaho odnotowała
na ekranie pozycje statków robotów i przedstawiła swoją ocenę sytuacji.
Była w czarno-szarym mundurze z godłem ruchu - stylizowaną,
krwistoczerwoną dłonią zaciśniętą na symbolicznej przekładni.
- Mamy dość broni, by zniszczyć je z daleka, jeśli mądrze użyjemy
pocisków - powiedziała. - Nie ma potrzeby ryzykować i dokonywać abordażu
tych statków. Będą strzeżone przez meki i połączone drony bojowe.
Spojrzawszy na swą opiekunkę i przyjaciółkę, Manford zachował kamienną
twarz, chociaż na widok Idaho zawsze robiło mu się ciepło na sercu.
- Nie ma żadnego ryzyka - rzekł. - Wszechumysł już nie istnieje, a ja
chcę popatrzeć na te mechaniczne demony, zanim je zlikwidujemy.
Oddana sprawie, dla której walczył Manford, i jemu osobiście Anari
pogodziła się z jego decyzją.
- Jak sobie życzysz. Zadbam o twoje bezpieczeństwo.
Wyraz jej szerokiej, niewinnej twarzy przekonał Manforda, że w jej
oczach nie mógł wykonać żadnego złego posunięcia, popełnić żadnych
błędów i że dzięki swemu oddaniu będzie go zażarcie broniła.
Wydał krótkie rozkazy:
- Podziel moich ludzi na grupy. Nie musimy się spieszyć... wolę dokładność
od pośpiechu. Niech mistrz miecza Ellus skoordynuje szarże na statki
maszyn. Kiedy skończymy, nie może z nich pozostać nawet strzęp.
Z powodu fizycznych ograniczeń przyglądanie się dziełu zniszczenia było
jedną z niewielu rzeczy, które sprawiały mu przyjemność. Myślące maszyny
napadły na jego ojczystą planetę Moroko, zniewoliły jej ludność i spuściły na nią plagi. Wszystkich wymordowały. Gdyby nie to, że jego
prapradziadowie byli wtedy poza domem, prowadząc interesy na Salusie
Secundusie, również zostaliby schwytani i zabici, a Manford nigdy by się
nie urodził.
Chociaż wydarzenia te rozegrały się kilka pokoleń temu, nienawidził
maszyn i przysiągł, że będzie kontynuował swoją misję.
Butlerowcom towarzyszyło pięcioro wyszkolonych mistrzów miecza, rycerzy
ludzkości, którzy walczyli wręcz z myślącymi maszynami podczas dżihadu
Sereny Butler. W dziesięcioleciach, które upłynęły od wielkiego
zwycięstwa na Corrinie, mistrzowie miecza zajmowali się robieniem
porządków, tropiąc i niszcząc wszelkie pozostałości imperium robotów
rozproszone w układach gwiezdnych. Dzięki ich sukcesom coraz trudniej
było znaleźć takie pozostałości.
Kiedy statki butlerowców pojawiły się wśród jednostek maszyn, Anari
śledziła je na ekranie.
- Jak sądzisz, Manfordzie, ile jeszcze takich flot znajdziemy? -
zapytała cichym głosem, którego używała tylko w rozmowach z nim.
Odpowiedź była jasna.
- Wszystkie.
Te martwe floty robotów były łatwymi celami, a spotkania z nimi -
odpowiednio sfilmowane i pokazane - wykorzystywano jako symboliczne
zwycięstwa. Ostatnio jednak Manforda zaczęły też martwić rozkład,
zepsucie i pokusy, które zauważył w nowym Imperium Corrinów. Jak ludzie
mogli tak szybko zapomnieć o zagrożeniach? Być może niebawem będzie
musiał skierować zapał swoich zwolenników w inną stronę i kazać im
dokonać kolejnej niezbędnej czystki wśród ludności planet...
Mistrz miecza Ellus zajął się szczegółami administracyjnymi, nanosząc
pozycje jednostek robotów na siatkę i przydzielając zespołom
poszczególne cele. Pięć pozostałych statków rozmieściło się między
unieruchomionymi maszynami i przycumowało do poszczególnych kadłubów, a ich załogi wycięły dziury w pancerzach i otworzyły sobie drogę na
pokład.
Drużyna Manforda przygotowała się do abordażu największej jednostki
robotów, a on uparł się, że podąży z nią, by - pomimo wysiłku, jakiego
to wymagało - zobaczyć zło na własne oczy. Nigdy nie zadowoliłby się
pozostawaniem z tyłu i przyglądaniem się działaniom podkomendnych;
przywykł do tego, że Anari zastępuje mu nogi oraz miecz. Zawsze w pobliżu znajdowała się solidna skórzana uprząż, na wypadek gdyby Manford
chciał ruszyć w bój. Mistrzyni miecza zarzuciła szelki na ramiona,
poprawiła siodełko za karkiem, po czym zapięła pasy na piersi i w talii.
Anari była bardzo sprawna i bezwzględnie wierna Manfordowi. Poza tym
kochała go; widział to, ilekroć spojrzał jej w oczy. Ale kochali go
wszyscy jego ludzie; uczucie, którym darzyła go Anari, było tylko
bardziej niewinne i czystsze niż większości z nich.
Podniosła z łatwością jego beznogie ciało, jak robiła już wielekroć, i umieściła na siedzeniu za głową. Manford, niesiony przez nią na plecach,
nie czuł się bynajmniej jak dziecko; miał wrażenie, jakby Anari była
częścią jego. Nogi urwała mu bomba podłożona przez zaślepionego
miłośnika technologii, ta sama, która zabiła Raynę Butler, świętą
przywódczynię ruchu walczącego z maszynami. Na parę chwil przed śmiercią
z powodu obrażeń doznanych w tym zamachu udzieliła ona błogosławieństwa
Manfordowi.
Lekarze Akademii Suka twierdzili, że to, iż przeżył, było cudem. I faktycznie był to cud. Manford miał żyć po tym strasznym dniu. Pomimo
utraty kończyn przejął ster ruchu butlerowców i prowadził ich z wielkim
zapałem. Był połową człowieka, ale dwukrotnością przywódcy. Zostało mu
kilka fragmentów miednicy, lecz niewiele poniżej bioder; mimo to nadal
miał umysł i serce i nie potrzebował niczego więcej. Oprócz zwolenników.
Jego zmniejszone ciało zgrabnie wpasowało się w siedzenie w uprzęży i jechał na ramionach Anari jak na wierzchowcu. Niewielkimi ruchami
tułowia kierował nią, jakby była jego częścią.
- Zabierz mnie do włazu, żebyśmy mogli pierwsi wejść na pokład -
powiedział.
Mimo wszystko był zdany na jej łaskę.
- Nie - odparła. - Poślę przodem trzech ludzi. - Sprzeciw Anari nie
oznaczał, że mu się przeciwstawia. - Zaniosę cię na pokład dopiero
wtedy, kiedy sprawdzą, czy nie ma tam żadnych zagrożeń. Mam cię chronić.
Pójdziemy, gdy zostanę powiadomiona, że jest tam bezpiecznie, nie
wcześniej.
Manford zacisnął zęby. Wiedział, że mistrzyni miecza ma dobre intencje,
ale jej nadopiekuńczość bywała irytująca.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek podejmował za mnie ryzyko.
Anari wykręciła głowę i z ujmującym uśmiechem spojrzała na niego przez
ramię.
- To oczywiste, że podejmujemy ryzyko zamiast ciebie - powiedziała. -
Wszyscy oddalibyśmy za ciebie życie.
Podczas gdy jego zespół przeszukiwał korytarze nieruchomego statku
robotów, wybierając miejsca do umieszczenia ładunków wybuchowych,
Manford czekał na pokładzie swojej jednostki i wiercił się w uprzęży.
- Co znaleźli? - zapytał z niecierpliwością.
Anari nawet nie drgnęła.
- Zameldują, kiedy będą mieli coś do zameldowania - odparła.
W końcu zespół się odezwał.
- Na statku jest tuzin meków bojowych, wszystkie wyłączone. Panuje tutaj
lodowaty ziąb, ale uruchomiliśmy systemy podtrzymywania życia, żebyś
mógł się tam poczuć wygodnie.
- Nie interesują mnie wygody.
- Ale musisz oddychać. Powiedzą nam, kiedy wszystko będzie gotowe.
Chociaż robotom nie były potrzebne systemy podtrzymywania życia, wiele
ich statków zostało w nie wyposażonych, żeby nadawały się do przewozu
pojmanych ludzi. W ostatnich latach dżihadu Omnius włączył do floty
wojennej wszystkie zdatne do użytku jednostki i zbudował ogromne,
zautomatyzowane stocznie, które wypuszczały setki nowych statków
bojowych.
A mimo to wygrali ludzie, poświęciwszy wszystko dla jedynego zwycięstwa,
które się liczyło...
Pół godziny później atmosfera w statku maszyn osiągnęła takie parametry,
że Manford mógł tam przeżyć nawet bez skafandra.
- Statek gotowy na pana przyjęcie. Znaleźliśmy kilka dobrych miejsc do
założenia ładunków wybuchowych. I szkielety w ładowni, co najmniej
pięćdziesięciu jeńców.
Manford aż podskoczył na siedzeniu.
- Jeńców?
- Wszyscy od dawna martwi.
- Idziemy.
Zadowolona Anari zeszła do luku, a Manford, siedząc na jej grzbiecie,
czuł się jak król podbijający nowe terytoria. W dużym statku maszyn było
nadal zimno, powietrze ostre jak brzytwa. Manford zadrżał i chwycił się
ramion Anari, by zachować równowagę.
Obrzuciła go zaniepokojonym spojrzeniem.
- Może powinniśmy zaczekać jeszcze piętnaście minut, aż powietrze się
ogrzeje? - zapytała.
- To nie zimno, Anari - odparł. - To zło unoszące się w powietrzu. Jak
mogę zapomnieć o morzu ludzkiej krwi, którą przelały te potwory?
Znalazłszy się na pokładzie skąpo oświetlonego, surowego statku, Anari
zaniosła go do komory, w której butlerowcy wyważyli drzwi i ujrzeli
szkielety dziesiątków ludzi, których zostawiono tam, by zmarli z głodu
albo się podusili, prawdopodobnie dlatego, że ich los nie obchodził
myślących maszyn.
Mistrzyni miecza miała zmartwioną i zbolałą minę. Mimo iż była
zaprawiona w bojach, nigdy nie przestawało jej zdumiewać pospolite
okrucieństwo myślących maszyn.
Manford podziwiał ją i kochał za tę niewinność.
- Musiały wieźć jeńców - powiedziała.
- Albo króliki doświadczalne dla okrutnego robota Erazma - rzekł
Manford. - Kiedy nadszedł rozkaz zaatakowania tego układu, roboty
przestały zwracać uwagę na ludzi w ładowni.
Odmówił cichą modlitwę i wymamrotał błogosławieństwo, mając nadzieję, że
dzięki temu dusze zmarłych szybciej znajdą się w niebie.
Kiedy Anari wychodziła z nim z ładowni, minęli kanciastego meka
bojowego, który stał w korytarzu jak posąg. Z jego rąk wystawały ostrza
i lufy, tępa głowa i włókna optyczne były szyderczym naśladownictwem
ludzkiej twarzy. Patrząc ze wstrętem na maszynę, Manford stłumił
następny dreszcz. Nie można pozwolić, by to się kiedykolwiek
powtórzyło.
Anari wyciągnęła swój długi miecz pulsacyjny.
- I tak wysadzimy te statki... ale czy pozwolisz mi pofolgować sobie? -
zapytała.
Uśmiechnął się.
- Bez wahania.
Mistrzyni miecza rzuciła się na nieruchomego robota niczym zwolniona
sprężyna. Pierwszy cios zniszczył włókna optyczne meka, następne
odrąbały mu kończyny, a ostatnie roztrzaskały tułów. Z wyłączonej przed
kilkudziesięciu laty maszyny nie trysnął nawet snop iskier ani płyn
smarujący, kiedy ją rozczłonkowywała.
Ciężko dysząc, spojrzała na stertę złomu.
- W szkole mistrzów miecza na Ginazie zabiłam setki tych rzeczy -
oznajmiła. - Szkoła wciąż ma stałe zlecenie na funkcjonujące meki
bojowe, żeby uczniowie mogli się uczyć ich niszczenia.
Sama myśl o tym zważyła Manfordowi humor.
- Moim zdaniem Ginaz ma zbyt dużo działających meków... i to mnie
niepokoi. Nie powinno się trzymać myślących maszyn jak zwierząt
domowych. Żadna zaawansowana technologicznie maszyna nie służy niczemu
pożytecznemu.
Anari poczuła się zraniona tym, że Manford skrytykował to, co mile
wspominała.
- Tak uczymy się z nimi walczyć - powiedziała cicho.
- Ludzie powinni ćwiczyć, walcząc z ludźmi.
- To nie to samo.
Anari wyładowała frustrację na roztrzaskanym już meku bojowym. Walnęła
go po raz ostatni, po czym poszła wielkimi krokami na mostek. Po drodze
napotkali jeszcze kilka meków; zniszczyła wszystkie z wściekłością,
którą i Manford czuł w sercu.
W sterowni statku robotów spotkali się z pozostałymi członkami zespołu.
Butlerowcy przewrócili dwa martwe roboty stojące przy pulpicie.
- Wszystkie silniki działają - zameldował tyczkowaty mężczyzna. -
Moglibyśmy założyć na dokładkę materiały wybuchowe przy zbiornikach
paliwa, możemy też doprowadzić stąd do przeciążenia reaktorów.
Manford skinął głową.
- Ładunki muszą być tak silne, by zniszczyć wszystkie statki w pobliżu -
powiedział. - Są wciąż sprawne, ale nie chcę wykorzystać nawet złomu z nich. Jest... skażony.
Wiedział, że inni nie mają takich skrupułów. Grupy przekupnych ludzi,
nad którymi nie mógł zapanować, przeczesywały kosmiczne szlaki, szukając
flot nietkniętych statków, takich jak ta, by je pozyskać. Śmieciarze bez
zasad! Słynęła z tego zwłaszcza flota kosmiczna VenHold; ponad połowę
jej jednostek stanowiły odnowione statki myślących maszyn. Manford parę
razy starał się to wyperswadować dyrektorowi Josefowi Venportowi, ale
chciwy biznesmen nie przyjmował jego argumentów i nie widział powodu, by
zarzucić te praktyki. Pewnym pocieszeniem była dla Manforda świadomość,
że przynajmniej tych dwadzieścia pięć wrogich statków wojennych nie
zostanie już nigdy wykorzystanych.
Butlerowcy rozumieli, że technologia jest uwodzicielska, ale stanowi
ukryte zagrożenie. Od obalenia Omniusa ludzkość rozleniwiła się i stała
miękka. Ludzie próbowali czynić wyjątki, szukając wygody i udogodnień,
przesuwając dla własnego mniemanego pożytku granice tego, co dozwolone.
Kręcili i wymyślali wymówki: tamta maszyna może być zła, ale ta,
trochę zmieniona, technologia jest do przyjęcia.
Manford odmawiał zgody na wytyczanie sztucznych granic. Była to droga po
śliskim zboczu. Jedna mała rzecz mogła doprowadzić do drugiej, ta do
trzeciej i wkrótce te ulepszenia zawiodłyby ich na skraj przepaści. Nie
można dopuścić, by maszyny ponownie zniewoliły ludzkość!
Przekręcił głowę i zwrócił się do trzech butlerowców na mostku:
- Odejdźcie. Mistrzyni miecza i ja mamy tu jeszcze coś do zrobienia.
Wyślijcie Ellusowi wiadomość, że powinniśmy wrócić za piętnaście minut.
Anari wiedziała, co Manford zamyśla zrobić; prawdę mówiąc, zawczasu
przygotowała się na to. Gdy tylko jego ludzie opuścili statek, mistrzyni
miecza wyjęła z sakwy przy uprzęży mały, pozłacany obrazek, jeden z wielu wykonanych na zamówienie Manforda. Wziął go od niej z czcią i spojrzał na dobrotliwą twarz Rayny Butler. Już od siedemnastu lat
podążał śladami tej wizjonerki.
Pocałował ikonę, a potem zwrócił ją Anari, ta zaś umieściła ją na
pulpicie sterowniczym.
- Niech Rayna pobłogosławi nasze dzisiejsze dzieło i sprawi, by nasza
ważna misja zakończyła się powodzeniem - wyszeptał. - Umysł człowieka
jest święty.
- Umysł człowieka jest święty - powtórzyła za nim Anari, po czym szybkim
truchtem, wydychając w lodowatym powietrzu parę, puściła się na ich
statek.
Gdy się na nim znaleźli, załoga zamknęła właz i odcumowała od jednostki
maszyn. Odlecieli od zaminowanego zgrupowania bojowego.
Po godzinie wszystkie jednostki szturmowe butlerowców spotkały się ponad
ciemnymi statkami robotów.
- Za minutę urządzenia zegarowe uruchomią zapalniki - zameldował przez
komlinię mistrz miecza Ellus.
Wpatrzony w ekran Manford skinął głową, ale nic nie powiedział. Słowa
nie były potrzebne.
Jeden ze statków robotów rozbłysnął płomieniem i został rozerwany na
kawałki. Pozostałe wybuchały jeden za drugim albo z powodu przeciążenia
silników, albo w wyniku detonacji zapalników czasowych przymocowanych do
zbiorników paliwa. Fale uderzeniowe połączyły się, tworząc z ich resztek
wirującą mieszaninę zamienionego w parę metalu i szybko rozszerzających
się gazów. Przez kilka chwil jaśniała na czarnym tle przestrzeni
kosmicznej jak nowe słońce, przypominając mu promienny uśmiech Rayny... a potem zaczęła stopniowo gasnąć i niknąć.
- Nasze dzieło tutaj dobiegło końca - rzekł do swoich uczniów Manford,
przerywając ciszę.
Jesteśmy barometrami stanu ludzkości.
- matka wielebna Raquella Berto-Anirul, uwagi dla trzeciego rocznika
absolwentek
Matka wielebna Raquella Berto-Anirul z konieczności patrzyła na historię
dalekowzrocznie. Dzięki bogactwu wyjątkowych wspomnień przodkiń w swym
umyśle - spersonifikowanej historii - miała wgląd w przeszłość jak nikt
inny... jeszcze.
Mogąc czerpać w myślach z wiedzy tak wielu pokoleń, Raquella potrafiła
ujrzeć przyszłość rodzaju ludzkiego. Pozostałe siostry z jej szkoły
polegały na swej jedynej matce wielebnej jako przewodniczce. Musiała
nauczyć innych patrzenia z tej perspektywy, przekazać im wiedzę i obiektywizm swego zgromadzenia, zaszczepić fizyczne i psychiczne
umiejętności, które odróżniały jego członkinie od przeciętnych kobiet.
Stojąc z innymi siostrami na skalnym balkonie Szkoły Rossackiej,
oficjalnego ośrodka edukacyjnego zgromadzenia, Raquella czuła na twarzy
krople deszczu. Odziana w czarną szatę z wysokim kołnierzem patrzyła
poważnym wzrokiem na purpurową dżunglę pod urwiskiem. Chociaż w czasie
ponurej ceremonii było parno, pogoda o tej porze roku rzadko była
nieprzyjemna, ponieważ zbocza regularnie owiewał wiatr. W powietrzu
unosił się lekko gorzki zapach siarki z odległych wulkanów zmieszany z miazmatami substancji chemicznych środowiska.
Uczestniczyły tego dnia w pogrzebie kolejnej siostry zmarłej tragicznie
po zażyciu trucizny... kolejnym niepowodzeniu stworzenia drugiej matki
wielebnej.
Ponad osiemdziesiąt lat wcześniej umierająca i zgorzkniała czarodziejka
Ticia Cenva podała Raquelli zabójczą dawkę najpotężniejszej z dostępnych
trucizn. Raquella znalazła się o krok od śmierci, ale w głębi umysłu, w komórkach, pokierowała biochemią swego ciała, zmieniając strukturę
molekularną trucizny. Cudem przeżyła, ale ta męka spowodowała w jej
organizmie fundamentalne zmiany, dając początek wywołanej przez kryzys
przemianie aż po najdalsze granice jej śmiertelnej istoty. Wyszła z tego
cało, lecz inna, z biblioteką dawnych istot w umyśle, zdolnością
postrzegania siebie na poziomie genów i gruntownym zrozumieniem
najdrobniejszego włókna w swoim ciele.
Kryzys. Przetrwanie. Rozwój.
Jednak od tamtego wydarzenia nikomu innemu - mimo licznych prób - nie
udało się osiągnąć tego samego. Raquella nie wiedziała, ile jeszcze
zgonów będzie mogła usprawiedliwić dążeniem do owego nieosiągalnego
celu. Znała tylko jeden sposób przepchnięcia siostry do tej pożądanej
sfery: doprowadzenie jej na skraj śmierci, gdzie być może znajdzie w sobie siłę do rozwoju...
Wierząc w nią, jej najlepsze uczennice kontynuowały z optymizmem i determinacją próby. I umierały.
Raquella patrzyła ze smutkiem, jak siostra w czarnej sukni i trzy
odziane na zielono akolitki zajmują miejsca na baldachimie drzew i opuszczają zwłoki w wilgotną głębię srebrzystopurpurowej dżungli.
Zostaną tam dla drapieżników jako ogniwo wiecznego koła życia i śmierci,
po czym staną się na powrót składnikami gleby.
Ta dzielna młoda kobieta miała na imię Tiana, ale teraz, owinięta w białą tkaninę, była ciałem anonimowej osoby. Kiedy gęste poszycie
pochłonęło platformę ze zwłokami, wśród żyjących w dżungli stworzeń
nastąpiło poruszenie.
Raquella miała już ponad 130 lat. Była świadkiem końca dżihadu Sereny
Butler, bitwy pod Corrinem dwie dekady później oraz lat chaosu, które
nastąpiły potem. Mimo podeszłego wieku zachowała dziarskość i bystrość
umysłu, niwelując najgorsze skutki starzenia się dzięki umiarkowanemu
zażywaniu sprowadzanego z Arrakis melanżu i manipulowaniu biochemią
swego organizmu.
Jej stale rozrastająca się szkoła składała się z kandydatek z zewnątrz,
rekrutowanych spośród najlepszych dziewcząt Imperium, w tym ostatnich
potomkiń czarodziejek, które przed dżihadem i podczas niego panowały nad
tą planetą; pozostało ich zaledwie osiemdziesiąt jeden. Ogółem szkoliło
się tutaj tysiąc sto sióstr, z czego dwie trzecie stanowiły uczennice.
Niektóre były dziećmi z sierocińców, córkami misjonarek Raquelli, które
zaszły w ciążę z odpowiednimi ojcami. Werbownicy przysyłali tu dobrze
rokujące kandydatki i szkolenie trwało...
Od lat głosy w jej głowie nalegały, żeby poddała próbie więcej kobiet i uczyniła z nich podobne do niej matki wielebne. Raquella i pomagające
jej opiekunki poświęciły życie pokazywaniu tym młodym kobietom, jak mają
panować nad swymi myślami, ciałami i przyszłością. Teraz, kiedy nie było
już myślących maszyn, troska o los ludzkości wymagała, by ludzie stali
się doskonalsi niż kiedykolwiek. Pokaże im drogę. Wiedziała, że
uzdolniona kobieta może się przeobrazić w odpowiednich warunkach w ponadprzeciętną osobę.
Kryzys. Przetrwanie. Rozwój.
Wiele absolwentek szkoły dowiodło już swej wartości na innych światach,
służąc jako doradczynie władcom planet, a nawet na dworze Imperatora.
Niektóre wstąpiły do szkoły mentatów na Lampadasie albo zostały
utalentowanymi lekarkami Akademii Suka. Czuła ich cichy wpływ
rozszerzający się na Imperium. Sześć z tych kobiet było teraz w pełni
wykształconymi mentatkami. Jedna, Dorotea, była zaufaną doradczynią
Imperatora Salvadora Corrino na Salusie Secundusie.
Ale Raquella rozpaczliwie pragnęła, by więcej jej uczennic uzyskało
takie samo zrozumienie, takie samo postrzeganie zgromadzenia i jego
przyszłości oraz takie same moce psychiczne i fizyczne jak ona.
Kandydatki nie potrafiły jednak jakoś dokonać tego skoku. I oto zmarła
kolejna obiecująca młoda kobieta...
Podczas gdy jej podwładne dziwnie rzeczowo pozbywały się szczątków
zmarłej siostry, Raquella martwiła się o przyszłość. Pomimo długiego
życia nie miała złudzeń, że jest nieśmiertelna, a gdyby odeszła, zanim
któraś z kobiet zdołałaby przeżyć przeobrażenie w matkę wielebną, jej
umiejętności mogłyby przepaść na zawsze.
Los zgromadzenia żeńskiego i jego szeroko zakrojonych prac był dużo
ważniejszy od jej losu. Daleka przyszłość ludzkości zależała od
starannego rozwoju, od doskonalenia się. Zgromadzenie nie mogło sobie
pozwolić na czekanie. Musiała przygotować swoje następczynie.
Gdy pogrzeb zakończył się opuszczeniem ciała zmarłej do dżungli, reszta
kobiet ruszyła do skalnej szkoły, gdzie miały kontynuować naukę.
Raquella wybrała nową kandydatkę, młodą kobietę ze skompromitowanego
rodu bez przyszłości, ale zasługującą na tę szansę.
Siostrę Valię Harkonnen.
Raquella przyglądała się, jak Valia odłącza się od pozostałych sióstr i zmierza ku niej ścieżką biegnącą zboczem urwiska. Siostra Valia była
kobietą smukłą jak trzcina, o owalnej twarzy i orzechowych oczach. Matka
wielebna obserwowała jej płynne ruchy, pewnie uniesioną głowę, sylwetkę
- małe, lecz znaczące szczegóły, które wiele mówiły o osobie. Raquella
nie wątpiła w słuszność swego wyboru; niewiele sióstr było równie
oddanych.
Siostra Valia wstąpiła do zgromadzenia żeńskiego w wieku szesnastu lat,
wyruszywszy z zabitej deskami planety Lankiveil w poszukiwaniu lepszego
życia. Jej pradziadek, Abulurd Harkonnen, został po bitwie pod Corrinem
skazany na wygnanie za tchórzostwo. W ciągu pięciu lat spędzonych na
Rossaku Valia wyróżniała się w nauce i dowiodła, że jest jedną z najwierniejszych Raquelli i najbardziej utalentowanych sióstr; blisko
współpracowała z siostrą Karee Marques, jedną z ostatnich czarodziejek,
badając nowe narkotyki i trucizny, które miały być wykorzystane podczas
próby.
Kiedy stawiła się przed staruszką, nie sprawiała wrażenia zbyt
przygnębionej pogrzebem.
- Wezwałaś mnie, matko wielebna? - zapytała.
- Pójdź ze mną, proszę.
Valia była wyraźnie zaciekawiona, ale powstrzymywała się od pytań,
ufając matce wielebnej. Przeszły obok jaskiń administracji i labiryntów
mieszkalnych. W okresie swojej świetności w minionych stuleciach to
skalne miasto było schronieniem dla tysięcy mężczyzn i kobiet,
czarodziejek, handlarzy leków i badaczy dżungli. Ale tyle osób zmarło
podczas epidemii, że teraz skalne miasto było niemal puste, zamieszkane
tylko przez członkinie zgromadzenia żeńskiego.
Dawniej jeden z ciągów jaskiń służył w całości jako szpital dla
Niewydarzonych, dzieci, które wskutek działania toksyn obecnych w środowisku naturalnym Rossaka urodziły się z wadami. Dzięki starannemu
studiowaniu przez czarodziejki katalogów genetycznych takie dzieci
rodziły się rzadko, a tymi, które przeżyły, zajmowano się w jednym z miast na północy, za wulkanami. Raquella nie pozwalała, by w jej
szkolnej społeczności żyli mężczyźni, ale od czasu do czasu przychodzili
tu, by dostarczyć żywność, naprawić coś lub wykonać inne usługi.
Raquella przeprowadziła Valię obok zabarykadowanych wejść, które niegdyś
wiodły do dużych fragmentów przypominającego ul jaskiniowego miasta,
teraz opuszczonych i odciętych od reszty. Były to złowieszcze miejsca,
pozbawione wszelkiego życia. Ciała usunięto z nich już przed wieloma
laty i złożono na wieczny spoczynek w dżungli. Wskazała zdradliwą
ścieżkę biegnącą stromo ścianą urwiska na szczyt płaskowyżu.
- Tam idziemy - powiedziała.
Młoda kobieta zawahała się na ułamek sekundy, po czym ruszyła za matką
wielebną za zaporę i tablice zabraniające wstępu niepowołanym. Była
podekscytowana, ale również zdenerwowana.
- Tam są katalogi genetyczne.
- Owszem.
W czasach, kiedy szalały straszliwe epidemie zesłane przez Omniusa,
kiedy umierała ludność całych planet, rossackie czarodziejki - zawsze
gromadzące dane genetyczne, by móc na ich podstawie określić, które pary
wydadzą najlepsze potomstwo - rozpoczęły realizację dużo ambitniejszego
planu stworzenia biblioteki ludzkich linii rodowych, obszernego katalogu
genetycznego. Teraz opieka nad tym bogactwem informacji przypadła w udziale Raquelli i wybranym przez nią siostrom.
Ścieżka wiła się ostrymi serpentynami w górę urwiska. Po jednej stronie
miały skalną ścianę, po drugiej przepaść z gęstą dżunglą na dnie. Mżawka
ustała, lecz skała pod stopami była wciąż śliska.
Dotarły do punktu obserwacyjnego. Ogarnęły je pasma mgły. Raquella
spojrzała na dżunglę i tlące się wulkany w oddali; niewiele się zmieniło
w tym krajobrazie, odkąd przed kilkoma dziesiątkami lat przybyła tu jako
pielęgniarka towarzysząca doktorowi Mohandasowi Sukowi, by leczyć ofiary
zarazy Omniusa.
- Tylko nieliczne z nas przychodzą tutaj - powiedziała - ale my
pójdziemy jeszcze dalej.
Raquella nie była skora do pogawędek i trzymała emocje pod kontrolą, ale
czuła podniecenie i przypływ optymizmu, że wkrótce jeszcze jednej osobie
wyjawi największą tajemnicę zgromadzenia żeńskiego. Nowej sojuszniczce.
Tylko w ten sposób zgromadzenie mogło przetrwać.
Zatrzymały się przed otworem jaskini usytuowanym między potężnymi
głazami blisko szczytu płaskowyżu, wysoko ponad żyzną, tętniącą życiem
dżunglą. Przy wejściu stały na straży dwie czarodziejki. Skinęły głowami
matce wielebnej i pozwoliły im przejść.
- Ta kompilacja danych genetycznych jest chyba największym dziełem
zgromadzenia - powiedziała Raquella. - Dysponując tak ogromną bazą
danych na temat ludzkiej genetyki, możemy kreślić mapę i ekstrapolować
przyszłość naszego rodzaju... a może nawet kierować nią.
Valia skinęła poważnie głową.
- Słyszałam, jak siostry mówiły, że jest to jedno z największych
archiwów danych, jakie kiedykolwiek zgromadzono, ale nigdy nie byłam w stanie zrozumieć, jak można ogarnąć taką masę informacji. W jaki sposób
pojmujemy to wszystko i tworzymy na ich bazie prognozy?
Raquella postanowiła na razie pozostać tajemnicza.
- Jesteśmy zgromadzeniem żeńskim - odparła.
Weszły do dwóch olbrzymich, wysokich jaskiń zapełnionych drewnianymi
stołami i biurkami, wokół których krzątały się kobiety, porządkując ryzy
trwałego papieru, sporządzając i składając ogromne mapy DNA, a potem
wkładając do akt dokumenty z tekstami pomniejszonymi do niemal
mikroskopijnych rozmiarów.
- Cztery z naszych sióstr ukończyły szkolenie mentackie pod kierunkiem
Gilbertusa Albansa - powiedziała Raquella. - Ale mimo zwiększonych
zdolności umysłowych ten program przekracza ich możliwości.
Valia z trudem starała się zapanować nad nabożnym podziwem, który ją
ogarnął.
- Taki ogrom danych... - Jej błyszczące oczy chłonęły z fascynacją nowe
informacje. Czuła się zaszczycona i dumna, że dopuszczono ją do wąskiego
kręgu zaufanych matki wielebnej. - Wiem, że na Lampadasie szkoli się
więcej kobiet z naszego zgromadzenia, ale ten program wymagałby całej
armii sióstr mentatek. Dane DNA nieprzebranych milionów ludzi z tysięcy
planet.
Kiedy weszły w głąb tajnych tuneli, z jednego z pomieszczeń archiwum
wyłoniła się starsza siostra w białej sukni czarodziejki. Powitała
gości.
- Czy to ta nowa kandydatka, którą postanowiłaś do mnie przyprowadzić,
matko wielebna? - spytała.
Raquella skinęła głową.
- Siostra Valia wyróżniała się w nauce i dowiodła swego oddania,
pomagając Karee Marques w badaniach farmaceutycznych. - Popchnęła młodą
kobietę naprzód. - Valio, siostra Sabra Hublein była jedną z twórczyń
rozszerzonej bazy danych genetycznych podczas epidemii, na długo przed
moim przybyciem na Rossaka.
- Dane genetyczne muszą być zachowane - powiedziała staruszka. - I strzeżone.
- Ale... ja nie jestem mentatką - wydukała Valia.
Sabra poprowadziła je do pustego tunelu, oglądając się przez ramię, by
się upewnić, że nikt ich nie widzi.
- Są inne sposoby, by nam pomóc, siostro Valio - rzekła.
Zatrzymały się obok zakrętu tunelu i Raquella stanęła naprzeciw gołej
kamiennej ściany. Zerknęła na młodszą kobietę.
- Boisz się nieznanego? - zapytała.
Valia zdobyła się na słaby uśmiech.
- Ludzie zawsze boją się nieznanego, jeśli mówią o tym prawdę. Ale ja
potrafię stawić czoło strachowi.
- To dobrze. A teraz wejdź ze mną na teren, który jest w znacznej części
niezbadany.
Valia wyglądała na zaniepokojoną.
- Chcesz, żebym została następną ochotniczką do wypróbowania nowego
środka umożliwiającego przeobrażenie? - zapytała. - Matko wielebna, nie
sądzę, bym była gotowa do...
- Nie - przerwała jej Raquella. - Chodzi o coś zupełnie innego, choć nie
mniej ważnego. Jestem stara, dziecko. Sprawia to, że jestem też bardziej
cyniczna, ale nauczyłam się ufać memu instynktowi. Uważnie cię
obserwowałam, widziałam, jak pracujesz z Karee Marques... Chcę wprowadzić
cię w ten plan.
Valia nie sprawiała wrażenia przestraszonej i zatrzymała pytania dla
siebie. "Dobrze" - pomyślała Raquella.
- Weź głęboki oddech i uspokój się, dziewczyno. Za chwilę poznasz
najpilniej strzeżony sekret zgromadzenia żeńskiego. Bardzo mało osób
widziało to, co ty zobaczysz.
Ująwszy młodą kobietę za rękę, Raquella pociągnęła ją w stronę ściany.
Sabra ruszyła obok Valii i przeszły przez skałę - hologram - po czym
znalazły się w innej komorze.
Stały w małym przedsionku. Mrużąc oczy w jaskrawym świetle, Valia
starała się ukryć zaskoczenie; wykorzystywała umiejętności nabyte
podczas treningu do zachowania spokoju.
- Tędy. - Matka wielebna poprowadziła je do dużej, jasno oświetlonej
groty i oczy Valii rozszerzyły się, kiedy objęła spojrzeniem
rozciągający się przed nią widok.
Jaskinia pełna była buczących i klikających maszyn, konstelacji
elektronicznych lampek - rzędów zakazanych komputerów ciągnących się
wzdłuż wygiętych skalnych ścian i wznoszących się na wielu poziomach aż
pod sklepienie. Do wszystkich prowadziły kręte schody i drewniane
kładki. Krzątała się przy nich niewielka grupa odzianych w biel
czarodziejek. W powietrzu pulsowały dźwięki maszyn.
- Czy to... czy to...? - wyjąkała Valia. Zdawało się, że nie jest w stanie
sformułować pytania, po czym wykrzyknęła: - Myślące maszyny!
- Jak sama powiedziałaś - wyjaśniła Raquella - żaden człowiek, nawet
wyszkolony mentat, nie może przechować w pamięci wszystkich danych,
które rossackie kobiety gromadziły przez wiele pokoleń. Czarodziejki
korzystały w tajemnicy z tych maszyn całe wieki, a teraz szkolimy
niektóre z najbardziej zaufanych sióstr w ich utrzymaniu i obsłudze.
- Ale... dlaczego?
- Jedynym sposobem zachowania tak ogromnych ilości danych i sporządzania
koniecznych genetycznych prognoz przez kolejne pokolenia naszych
następczyń jest korzystanie z pomocy komputerów, co jest ściśle
zabronione. Widzisz teraz, dlaczego musimy utrzymywać to w tajemnicy.
Raquella bacznie przyglądała się Valii. Zauważyła jej minę, kiedy młoda
kobieta omiatała grotę wzrokiem. Valia wydawała się przytłoczona, ale
zaintrygowana, nie przerażona.
- Musisz się dużo nauczyć - powiedziała Sabra. - Od lat badamy dane
genetyczne, ale obawiamy się, że prawdziwe czarodziejki wymrą. Pozostało
nas już niewiele, mamy więc mało czasu. Studiowanie danych może być
jedynym sposobem zrozumienia tego, co się dzieje.
- I znalezienia alternatywy - dodała Raquella. - Takiej jak stworzenie
nowych matek wielebnych.
Starała się, by do jej głosu nie wkradła się rozpacz ani nadzieja.
Jedna z czarodziejek pracujących przy komputerach porozmawiała chwilę z siostrą Sabrą o jakiejś kwestii eugenicznej, po czym wróciła do swoich
zajęć, obrzuciwszy Valię zaciekawionym spojrzeniem.
- Siostra Esther-Cano jest naszą najmłodszą czarodziejką czystej krwi -
wyjaśniła Raquella. - Ma zaledwie trzydzieści lat. Następna jest jednak
dziesięć lat starsza. Obecnie zdolności telepatyczne bardzo rzadko
występują u córek czarodziejek.
- Zapiski genetyczne naszej szkoły zawierają informacje o ludziach na
tysiącach planet. Nasza baza danych jest ogromna, a celem - jak już
wiesz - jest poprawienie kondycji rodzaju ludzkiego przez doskonalenie
jednostek i dobór rodziców. Za pomocą komputerów możemy modelować
interakcje DNA i prognozować prawdopodobieństwo uzyskania pożądanych
potomków niemal nieskończonej liczby par.
Krótkie, prawie odruchowe przerażenie Valii ustąpiło miejsca wielkiemu
zainteresowaniu. Rozejrzała się po podziemnej sali i powiedziała
rzeczowym tonem:
- Jeśli butlerowcy kiedykolwiek dowiedzą się o tym, zetrą szkołę z powierzchni ziemi i wybiją siostry.
- Tak - potwierdziła Raquella. - Widzisz więc teraz, jak wielkim
obdarzyłyśmy cię zaufaniem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki