Zgromadzenie żeńskie z Diuny - Brian Herbert, Kevin J. Anderson

Kup ebooka

49.99 zł
38.99 zł (27,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Po tysiąc­let­nim znie­wo­le­niu poko­na­li­śmy wresz­cie siły kom­pu­te­ro­wego wszech­u­my­słu, Omniusa, ale nasze zma­ga­nia wcale nie ustały. Wpraw­dzie zakoń­czył się dżi­had Sereny Butler, ale musimy kon­ty­nu­ować walkę z jesz­cze pod­stęp­niej­szym i trud­niej­szym prze­ciw­ni­kiem - z ludzką sła­bo­ścią do tech­no­lo­gii i pokusą powtó­rze­nia błę­dów prze­szło­ści.

- Man­ford Torondo, Jedyna droga

Man­ford Torondo stra­cił rachubę swych misji bojo­wych. O nie­któ­rych, takich jak ów straszny dzień, kiedy wybuch roze­rwał go i pozba­wił dol­nych par­tii ciała, chciał zapo­mnieć. Jed­nak obecne zada­nie - zli­kwi­do­wa­nie kolej­nych pozo­sta­ło­ści naj­więk­szego wroga ludz­ko­ści - będzie łatwiej­sze i przy­jem­niej­sze.

Naje­żone zimną bro­nią statki maszyn wisiały za ukła­dem sło­necz­nym w takiej odle­gło­ści, że od ich kadłu­bów odbi­jała się tylko led­wie widoczna mgiełka przy­ćmio­nego świa­tła gwiazdy. Wsku­tek uni­ce­stwie­nia roz­pro­szo­nych wszech­u­my­słów ta grupa bojowa robo­tów nie dotarła do celu, a lud­ność pobli­skiego układu gwiezd­nego Ligi Szla­chet­nych nie zda­wała sobie nawet sprawy z tego, że to ona była owym celem. Teraz zwia­dowcy Man­forda znowu zna­leźli tę flotę.

Groźne jed­nostki wroga, nie­tknięte, wciąż uzbro­jone i zdolne do dzia­ła­nia, wisiały mar­twe w prze­strzeni kosmicz­nej od bitwy pod Cor­ri­nem. Statki widma, ale mimo to obrzy­dli­stwa. Trzeba będzie odpo­wied­nio się nimi zająć.

Kiedy sześć jego małych jed­no­stek zbli­żyło się do mecha­nicz­nych mon­strów, Man­forda prze­szedł pier­wotny dreszcz. Zago­rzali zwo­len­nicy ruchu butle­row­ców przy­się­gali nisz­czyć wszel­kie pozo­sta­ło­ści zaka­za­nej tech­no­lo­gii kom­pu­te­ro­wej. Teraz bez waha­nia okrą­żali unie­ru­cho­mioną flotę robo­tów niczym mewy ścierwo wyrzu­co­nego na plażę wie­lo­ryba.

Przez trza­ski kom­li­nii dobiegł z pobli­skiego statku głos mistrza mie­cza Ellusa. Mistrz pro­wa­dził butle­row­skich łow­ców wprost na sku­pi­sko jed­no­stek bojo­wych pod­stęp­nych robo­tów, które nie­zau­wa­żone, dry­fo­wały od dzie­siąt­ków lat w prze­strzeni kosmicz­nej.

- To kom­pletny dywi­zjon sztur­mowy skła­da­jący się z dwu­dzie­stu pię­ciu maszyn, Man­for­dzie. Znaj­duje się dokład­nie tam, gdzie zgod­nie z prze­wi­dy­wa­niami men­tata powin­ni­śmy go zna­leźć.

Oparty na fotelu spe­cjal­nie przy­sto­so­wa­nym do jego pozba­wio­nego nóg ciała, Man­ford ski­nął głową. Gil­ber­tus Albans nie prze­sta­wał go zadzi­wiać swymi zdol­no­ściami umy­sło­wymi.

- Po raz kolejny jego Szkoła Men­ta­tów dowo­dzi, że ludz­kie mózgi prze­wyż­szają myślące maszyny - powie­dział.

- Umysł czło­wieka jest święty - rzekł Ellus.

- Umysł czło­wieka jest święty - potwier­dził Man­ford. Usły­szał te słowa w wizji zesła­nej przez Boga i były one teraz bar­dzo popu­lar­nym wśród butle­row­ców powie­dze­niem.

Man­ford roz­łą­czył się i dalej przy­glą­dał ze swego nie­wiel­kiego statku roz­wi­ja­ją­cej się ope­ra­cji.

Sie­dząca obok niego w kok­pi­cie mistrzyni mie­cza Anari Idaho odno­to­wała na ekra­nie pozy­cje stat­ków robo­tów i przed­sta­wiła swoją ocenę sytu­acji. Była w czarno-sza­rym mun­du­rze z godłem ruchu - sty­li­zo­waną, krwi­sto­czer­woną dło­nią zaci­śniętą na sym­bo­licz­nej prze­kładni.

- Mamy dość broni, by znisz­czyć je z daleka, jeśli mądrze uży­jemy poci­sków - powie­działa. - Nie ma potrzeby ryzy­ko­wać i doko­ny­wać abor­dażu tych stat­ków. Będą strze­żone przez meki i połą­czone drony bojowe.

Spoj­rzaw­szy na swą opie­kunkę i przy­ja­ciółkę, Man­ford zacho­wał kamienną twarz, cho­ciaż na widok Idaho zawsze robiło mu się cie­pło na sercu.

- Nie ma żad­nego ryzyka - rzekł. - Wszech­u­mysł już nie ist­nieje, a ja chcę popa­trzeć na te mecha­niczne demony, zanim je zli­kwi­du­jemy.

Oddana spra­wie, dla któ­rej wal­czył Man­ford, i jemu oso­bi­ście Anari pogo­dziła się z jego decy­zją.

- Jak sobie życzysz. Zadbam o twoje bez­pie­czeń­stwo.

Wyraz jej sze­ro­kiej, nie­win­nej twa­rzy prze­ko­nał Man­forda, że w jej oczach nie mógł wyko­nać żad­nego złego posu­nię­cia, popeł­nić żad­nych błę­dów i że dzięki swemu odda­niu będzie go zażar­cie bro­niła.

Wydał krót­kie roz­kazy:

- Podziel moich ludzi na grupy. Nie musimy się spie­szyć... wolę dokład­ność od pośpie­chu. Niech mistrz mie­cza Ellus sko­or­dy­nuje szarże na statki maszyn. Kiedy skoń­czymy, nie może z nich pozo­stać nawet strzęp.

Z powodu fizycz­nych ogra­ni­czeń przy­glą­da­nie się dziełu znisz­cze­nia było jedną z nie­wielu rze­czy, które spra­wiały mu przy­jem­ność. Myślące maszyny napa­dły na jego ojczy­stą pla­netę Moroko, znie­wo­liły jej lud­ność i spu­ściły na nią plagi. Wszyst­kich wymor­do­wały. Gdyby nie to, że jego pra­pra­dzia­do­wie byli wtedy poza domem, pro­wa­dząc inte­resy na Salu­sie Secun­du­sie, rów­nież zosta­liby schwy­tani i zabici, a Man­ford ni­gdy by się nie uro­dził.

Cho­ciaż wyda­rze­nia te roze­grały się kilka poko­leń temu, nie­na­wi­dził maszyn i przy­siągł, że będzie kon­ty­nu­ował swoją misję.

Butle­row­com towa­rzy­szyło pię­cioro wyszko­lo­nych mistrzów mie­cza, ryce­rzy ludz­ko­ści, któ­rzy wal­czyli wręcz z myślą­cymi maszy­nami pod­czas dżi­hadu Sereny Butler. W dzie­się­cio­le­ciach, które upły­nęły od wiel­kiego zwy­cię­stwa na Cor­ri­nie, mistrzo­wie mie­cza zaj­mo­wali się robie­niem porząd­ków, tro­piąc i nisz­cząc wszel­kie pozo­sta­ło­ści impe­rium robo­tów roz­pro­szone w ukła­dach gwiezd­nych. Dzięki ich suk­ce­som coraz trud­niej było zna­leźć takie pozo­sta­ło­ści.

Kiedy statki butle­row­ców poja­wiły się wśród jed­no­stek maszyn, Anari śle­dziła je na ekra­nie.

- Jak sądzisz, Man­for­dzie, ile jesz­cze takich flot znaj­dziemy? - zapy­tała cichym gło­sem, któ­rego uży­wała tylko w roz­mo­wach z nim.

Odpo­wiedź była jasna.

- Wszyst­kie.

Te mar­twe floty robo­tów były łatwymi celami, a spo­tka­nia z nimi - odpo­wied­nio sfil­mo­wane i poka­zane - wyko­rzy­sty­wano jako sym­bo­liczne zwy­cię­stwa. Ostat­nio jed­nak Man­forda zaczęły też mar­twić roz­kład, zepsu­cie i pokusy, które zauwa­żył w nowym Impe­rium Cor­ri­nów. Jak ludzie mogli tak szybko zapo­mnieć o zagro­że­niach? Być może nie­ba­wem będzie musiał skie­ro­wać zapał swo­ich zwo­len­ni­ków w inną stronę i kazać im doko­nać kolej­nej nie­zbęd­nej czystki wśród lud­no­ści pla­net...

Mistrz mie­cza Ellus zajął się szcze­gó­łami admi­ni­stra­cyj­nymi, nano­sząc pozy­cje jed­no­stek robo­tów na siatkę i przy­dzie­la­jąc zespo­łom poszcze­gólne cele. Pięć pozo­sta­łych stat­ków roz­mie­ściło się mię­dzy unie­ru­cho­mio­nymi maszy­nami i przy­cu­mo­wało do poszcze­gól­nych kadłu­bów, a ich załogi wycięły dziury w pan­cer­zach i otwo­rzyły sobie drogę na pokład.

Dru­żyna Man­forda przy­go­to­wała się do abor­dażu naj­więk­szej jed­nostki robo­tów, a on uparł się, że podąży z nią, by - pomimo wysiłku, jakiego to wyma­gało - zoba­czyć zło na wła­sne oczy. Ni­gdy nie zado­wo­liłby się pozo­sta­wa­niem z tyłu i przy­glą­da­niem się dzia­ła­niom pod­ko­mend­nych; przy­wykł do tego, że Anari zastę­puje mu nogi oraz miecz. Zawsze w pobliżu znaj­do­wała się solidna skó­rzana uprząż, na wypa­dek gdyby Man­ford chciał ruszyć w bój. Mistrzyni mie­cza zarzu­ciła szelki na ramiona, popra­wiła sio­dełko za kar­kiem, po czym zapięła pasy na piersi i w talii.

Anari była bar­dzo sprawna i bez­względ­nie wierna Man­for­dowi. Poza tym kochała go; widział to, ile­kroć spoj­rzał jej w oczy. Ale kochali go wszy­scy jego ludzie; uczu­cie, któ­rym darzyła go Anari, było tylko bar­dziej nie­winne i czyst­sze niż więk­szo­ści z nich.

Pod­nio­sła z łatwo­ścią jego bez­no­gie ciało, jak robiła już wie­le­kroć, i umie­ściła na sie­dze­niu za głową. Man­ford, nie­siony przez nią na ple­cach, nie czuł się by­naj­mniej jak dziecko; miał wra­że­nie, jakby Anari była czę­ścią jego. Nogi urwała mu bomba pod­ło­żona przez zaśle­pio­nego miło­śnika tech­no­lo­gii, ta sama, która zabiła Raynę Butler, świętą przy­wód­czy­nię ruchu wal­czą­cego z maszy­nami. Na parę chwil przed śmier­cią z powodu obra­żeń dozna­nych w tym zama­chu udzie­liła ona bło­go­sła­wień­stwa Man­fordowi.

Leka­rze Aka­de­mii Suka twier­dzili, że to, iż prze­żył, było cudem. I fak­tycz­nie był to cud. Man­ford miał żyć po tym strasz­nym dniu. Pomimo utraty koń­czyn prze­jął ster ruchu butle­row­ców i pro­wa­dził ich z wiel­kim zapa­łem. Był połową czło­wieka, ale dwu­krot­no­ścią przy­wódcy. Zostało mu kilka frag­men­tów mied­nicy, lecz nie­wiele poni­żej bio­der; mimo to na­dal miał umysł i serce i nie potrze­bo­wał niczego wię­cej. Oprócz zwo­len­ni­ków.

Jego zmniej­szone ciało zgrab­nie wpa­so­wało się w sie­dze­nie w uprzęży i jechał na ramio­nach Anari jak na wierz­chowcu. Nie­wiel­kimi ruchami tuło­wia kie­ro­wał nią, jakby była jego czę­ścią.

- Zabierz mnie do włazu, żeby­śmy mogli pierwsi wejść na pokład - powie­dział.

Mimo wszystko był zdany na jej łaskę.

- Nie - odparła. - Poślę przo­dem trzech ludzi. - Sprze­ciw Anari nie ozna­czał, że mu się prze­ciw­sta­wia. - Zaniosę cię na pokład dopiero wtedy, kiedy spraw­dzą, czy nie ma tam żad­nych zagro­żeń. Mam cię chro­nić. Pój­dziemy, gdy zostanę powia­do­miona, że jest tam bez­piecz­nie, nie wcze­śniej.

Man­ford zaci­snął zęby. Wie­dział, że mistrzyni mie­cza ma dobre inten­cje, ale jej nado­pie­kuń­czość bywała iry­tu­jąca.

- Nie chcę, żeby kto­kol­wiek podej­mo­wał za mnie ryzyko.

Anari wykrę­ciła głowę i z ujmu­ją­cym uśmie­chem spoj­rzała na niego przez ramię.

- To oczy­wi­ste, że podej­mu­jemy ryzyko zamiast cie­bie - powie­działa. - Wszy­scy odda­li­by­śmy za cie­bie życie.

Pod­czas gdy jego zespół prze­szu­ki­wał kory­ta­rze nie­ru­cho­mego statku robo­tów, wybie­ra­jąc miej­sca do umiesz­cze­nia ładun­ków wybu­cho­wych, Man­ford cze­kał na pokła­dzie swo­jej jed­nostki i wier­cił się w uprzęży.

- Co zna­leźli? - zapy­tał z nie­cier­pli­wo­ścią.

Anari nawet nie drgnęła.

- Zamel­dują, kiedy będą mieli coś do zamel­do­wa­nia - odparła.

W końcu zespół się ode­zwał.

- Na statku jest tuzin meków bojo­wych, wszyst­kie wyłą­czone. Panuje tutaj lodo­waty ziąb, ale uru­cho­mi­li­śmy sys­temy pod­trzy­my­wa­nia życia, żebyś mógł się tam poczuć wygod­nie.

- Nie inte­re­sują mnie wygody.

- Ale musisz oddy­chać. Powie­dzą nam, kiedy wszystko będzie gotowe.

Cho­ciaż robo­tom nie były potrzebne sys­temy pod­trzy­my­wa­nia życia, wiele ich stat­ków zostało w nie wypo­sa­żo­nych, żeby nada­wały się do prze­wozu poj­ma­nych ludzi. W ostat­nich latach dżi­hadu Omnius włą­czył do floty wojen­nej wszyst­kie zdatne do użytku jed­nostki i zbu­do­wał ogromne, zauto­ma­ty­zo­wane stocz­nie, które wypusz­czały setki nowych stat­ków bojo­wych.

A mimo to wygrali ludzie, poświę­ciw­szy wszystko dla jedy­nego zwy­cię­stwa, które się liczyło...

Pół godziny póź­niej atmos­fera w statku maszyn osią­gnęła takie para­me­try, że Man­ford mógł tam prze­żyć nawet bez ska­fan­dra.

- Sta­tek gotowy na pana przy­ję­cie. Zna­leź­li­śmy kilka dobrych miejsc do zało­że­nia ładun­ków wybu­cho­wych. I szkie­lety w ładowni, co naj­mniej pięć­dzie­się­ciu jeń­ców.

Man­ford aż pod­sko­czył na sie­dze­niu.

- Jeń­ców?

- Wszy­scy od dawna mar­twi.

- Idziemy.

Zado­wo­lona Anari zeszła do luku, a Man­ford, sie­dząc na jej grzbie­cie, czuł się jak król pod­bi­ja­jący nowe tery­to­ria. W dużym statku maszyn było na­dal zimno, powie­trze ostre jak brzy­twa. Man­ford zadrżał i chwy­cił się ramion Anari, by zacho­wać rów­no­wagę.

Obrzu­ciła go zanie­po­ko­jo­nym spoj­rze­niem.

- Może powin­ni­śmy zacze­kać jesz­cze pięt­na­ście minut, aż powie­trze się ogrzeje? - zapy­tała.

- To nie zimno, Anari - odparł. - To zło uno­szące się w powie­trzu. Jak mogę zapo­mnieć o morzu ludz­kiej krwi, którą prze­lały te potwory?

Zna­la­zł­szy się na pokła­dzie skąpo oświe­tlo­nego, suro­wego statku, Anari zanio­sła go do komory, w któ­rej butle­rowcy wywa­żyli drzwi i ujrzeli szkie­lety dzie­siąt­ków ludzi, któ­rych zosta­wiono tam, by zmarli z głodu albo się podu­sili, praw­do­po­dob­nie dla­tego, że ich los nie obcho­dził myślą­cych maszyn.

Mistrzyni mie­cza miała zmar­twioną i zbo­lałą minę. Mimo iż była zapra­wiona w bojach, ni­gdy nie prze­sta­wało jej zdu­mie­wać pospo­lite okru­cień­stwo myślą­cych maszyn.

Man­ford podzi­wiał ją i kochał za tę nie­win­ność.

- Musiały wieźć jeń­ców - powie­działa.

- Albo kró­liki doświad­czalne dla okrut­nego robota Era­zma - rzekł Man­ford. - Kiedy nad­szedł roz­kaz zaata­ko­wa­nia tego układu, roboty prze­stały zwra­cać uwagę na ludzi w ładowni.

Odmó­wił cichą modli­twę i wymam­ro­tał bło­go­sła­wień­stwo, mając nadzieję, że dzięki temu dusze zmar­łych szyb­ciej znajdą się w nie­bie.

Kiedy Anari wycho­dziła z nim z ładowni, minęli kan­cia­stego meka bojo­wego, który stał w kory­ta­rzu jak posąg. Z jego rąk wysta­wały ostrza i lufy, tępa głowa i włókna optyczne były szy­der­czym naśla­dow­nic­twem ludz­kiej twa­rzy. Patrząc ze wstrę­tem na maszynę, Man­ford stłu­mił następny dreszcz. Nie można pozwo­lić, by to się kie­dy­kol­wiek powtó­rzyło.

Anari wycią­gnęła swój długi miecz pul­sa­cyjny.

- I tak wysa­dzimy te statki... ale czy pozwo­lisz mi pofol­go­wać sobie? - zapy­tała.

Uśmiech­nął się.

- Bez waha­nia.

Mistrzyni mie­cza rzu­ciła się na nie­ru­cho­mego robota niczym zwol­niona sprę­żyna. Pierw­szy cios znisz­czył włókna optyczne meka, następne odrą­bały mu koń­czyny, a ostat­nie roz­trza­skały tułów. Z wyłą­czo­nej przed kil­ku­dzie­się­ciu laty maszyny nie try­snął nawet snop iskier ani płyn sma­ru­jący, kiedy ją roz­człon­ko­wy­wała.

Ciężko dysząc, spoj­rzała na stertę złomu.

- W szkole mistrzów mie­cza na Gina­zie zabi­łam setki tych rze­czy - oznaj­miła. - Szkoła wciąż ma stałe zle­ce­nie na funk­cjo­nu­jące meki bojowe, żeby ucznio­wie mogli się uczyć ich nisz­cze­nia.

Sama myśl o tym zwa­żyła Man­for­dowi humor.

- Moim zda­niem Ginaz ma zbyt dużo dzia­ła­ją­cych meków... i to mnie nie­po­koi. Nie powinno się trzy­mać myślą­cych maszyn jak zwie­rząt domo­wych. Żadna zaawan­so­wana tech­no­lo­gicz­nie maszyna nie służy niczemu poży­tecz­nemu.

Anari poczuła się zra­niona tym, że Man­ford skry­ty­ko­wał to, co mile wspo­mi­nała.

- Tak uczymy się z nimi wal­czyć - powie­działa cicho.

- Ludzie powinni ćwi­czyć, wal­cząc z ludźmi.

- To nie to samo.

Anari wyła­do­wała fru­stra­cję na roz­trza­ska­nym już meku bojo­wym. Wal­nęła go po raz ostatni, po czym poszła wiel­kimi kro­kami na mostek. Po dro­dze napo­tkali jesz­cze kilka meków; znisz­czyła wszyst­kie z wście­kło­ścią, którą i Man­ford czuł w sercu.

W ste­rowni statku robo­tów spo­tkali się z pozo­sta­łymi człon­kami zespołu. Butle­rowcy prze­wró­cili dwa mar­twe roboty sto­jące przy pul­pi­cie.

- Wszyst­kie sil­niki dzia­łają - zamel­do­wał tycz­ko­waty męż­czy­zna. - Mogli­by­śmy zało­żyć na dokładkę mate­riały wybu­chowe przy zbior­ni­kach paliwa, możemy też dopro­wa­dzić stąd do prze­cią­że­nia reak­to­rów.

Man­ford ski­nął głową.

- Ładunki muszą być tak silne, by znisz­czyć wszyst­kie statki w pobliżu - powie­dział. - Są wciąż sprawne, ale nie chcę wyko­rzy­stać nawet złomu z nich. Jest... ska­żony.

Wie­dział, że inni nie mają takich skru­pu­łów. Grupy prze­kup­nych ludzi, nad któ­rymi nie mógł zapa­no­wać, prze­cze­sy­wały kosmiczne szlaki, szu­ka­jąc flot nie­tknię­tych stat­ków, takich jak ta, by je pozy­skać. Śmie­cia­rze bez zasad! Sły­nęła z tego zwłasz­cza flota kosmiczna Ven­Hold; ponad połowę jej jed­no­stek sta­no­wiły odno­wione statki myślą­cych maszyn. Man­ford parę razy sta­rał się to wyper­swa­do­wać dyrek­to­rowi Jose­fowi Ven­por­towi, ale chciwy biz­nes­men nie przyj­mo­wał jego argu­men­tów i nie widział powodu, by zarzu­cić te prak­tyki. Pew­nym pocie­sze­niem była dla Man­forda świa­do­mość, że przy­naj­mniej tych dwa­dzie­ścia pięć wro­gich stat­ków wojen­nych nie zosta­nie już ni­gdy wyko­rzy­sta­nych.

Butle­rowcy rozu­mieli, że tech­no­lo­gia jest uwo­dzi­ciel­ska, ale sta­nowi ukryte zagro­że­nie. Od oba­le­nia Omniusa ludz­kość roz­le­ni­wiła się i stała miękka. Ludzie pró­bo­wali czy­nić wyjątki, szu­ka­jąc wygody i udo­god­nień, prze­su­wa­jąc dla wła­snego mnie­ma­nego pożytku gra­nice tego, co dozwo­lone. Krę­cili i wymy­ślali wymówki: tamta maszyna może być zła, ale ta, tro­chę zmie­niona, tech­no­lo­gia jest do przy­ję­cia.

Man­ford odma­wiał zgody na wyty­cza­nie sztucz­nych gra­nic. Była to droga po śli­skim zbo­czu. Jedna mała rzecz mogła dopro­wa­dzić do dru­giej, ta do trze­ciej i wkrótce te ulep­sze­nia zawio­dłyby ich na skraj prze­pa­ści. Nie można dopu­ścić, by maszyny ponow­nie znie­wo­liły ludz­kość!

Prze­krę­cił głowę i zwró­cił się do trzech butle­row­ców na mostku:

- Odejdź­cie. Mistrzyni mie­cza i ja mamy tu jesz­cze coś do zro­bie­nia. Wyślij­cie Ellu­sowi wia­do­mość, że powin­ni­śmy wró­cić za pięt­na­ście minut.

Anari wie­działa, co Man­ford zamy­śla zro­bić; prawdę mówiąc, zawczasu przy­go­to­wała się na to. Gdy tylko jego ludzie opu­ścili sta­tek, mistrzyni mie­cza wyjęła z sakwy przy uprzęży mały, pozła­cany obra­zek, jeden z wielu wyko­na­nych na zamó­wie­nie Man­forda. Wziął go od niej z czcią i spoj­rzał na dobro­tliwą twarz Rayny Butler. Już od sie­dem­na­stu lat podą­żał śla­dami tej wizjo­nerki.

Poca­ło­wał ikonę, a potem zwró­cił ją Anari, ta zaś umie­ściła ją na pul­pi­cie ste­row­ni­czym.

- Niech Rayna pobło­go­sławi nasze dzi­siej­sze dzieło i sprawi, by nasza ważna misja zakoń­czyła się powo­dze­niem - wyszep­tał. - Umysł czło­wieka jest święty.

- Umysł czło­wieka jest święty - powtó­rzyła za nim Anari, po czym szyb­kim truch­tem, wydy­cha­jąc w lodo­wa­tym powie­trzu parę, puściła się na ich sta­tek.

Gdy się na nim zna­leźli, załoga zamknęła właz i odcu­mo­wała od jed­nostki maszyn. Odle­cieli od zami­no­wa­nego zgru­po­wa­nia bojo­wego.

Po godzi­nie wszyst­kie jed­nostki sztur­mowe butle­row­ców spo­tkały się ponad ciem­nymi stat­kami robo­tów.

- Za minutę urzą­dze­nia zega­rowe uru­cho­mią zapal­niki - zamel­do­wał przez kom­li­nię mistrz mie­cza Ellus.

Wpa­trzony w ekran Man­ford ski­nął głową, ale nic nie powie­dział. Słowa nie były potrzebne.

Jeden ze stat­ków robo­tów roz­bły­snął pło­mie­niem i został roze­rwany na kawałki. Pozo­stałe wybu­chały jeden za dru­gim albo z powodu prze­cią­że­nia sil­ni­ków, albo w wyniku deto­na­cji zapal­ni­ków cza­so­wych przy­mo­co­wa­nych do zbior­ni­ków paliwa. Fale ude­rze­niowe połą­czyły się, two­rząc z ich resz­tek wiru­jącą mie­sza­ninę zamie­nio­nego w parę metalu i szybko roz­sze­rza­ją­cych się gazów. Przez kilka chwil jaśniała na czar­nym tle prze­strzeni kosmicz­nej jak nowe słońce, przy­po­mi­na­jąc mu pro­mienny uśmiech Rayny... a potem zaczęła stop­niowo gasnąć i nik­nąć.

- Nasze dzieło tutaj dobie­gło końca - rzekł do swo­ich uczniów Man­ford, prze­ry­wa­jąc ciszę.

Jeste­śmy baro­me­trami stanu ludz­ko­ści.

- matka wie­lebna Raqu­ella Berto-Ani­rul, uwagi dla trze­ciego rocz­nika absol­wen­tek

Matka wie­lebna Raqu­ella Berto-Ani­rul z koniecz­no­ści patrzyła na histo­rię dale­ko­wzrocz­nie. Dzięki bogac­twu wyjąt­ko­wych wspo­mnień przod­kiń w swym umy­śle - sper­so­ni­fi­ko­wa­nej histo­rii - miała wgląd w prze­szłość jak nikt inny... jesz­cze.

Mogąc czer­pać w myślach z wie­dzy tak wielu poko­leń, Raqu­ella potra­fiła ujrzeć przy­szłość rodzaju ludz­kiego. Pozo­stałe sio­stry z jej szkoły pole­gały na swej jedy­nej matce wie­leb­nej jako prze­wod­niczce. Musiała nauczyć innych patrze­nia z tej per­spek­tywy, prze­ka­zać im wie­dzę i obiek­ty­wizm swego zgro­ma­dze­nia, zaszcze­pić fizyczne i psy­chiczne umie­jęt­no­ści, które odróż­niały jego człon­ki­nie od prze­cięt­nych kobiet.

Sto­jąc z innymi sio­strami na skal­nym bal­ko­nie Szkoły Ros­sac­kiej, ofi­cjal­nego ośrodka edu­ka­cyj­nego zgro­ma­dze­nia, Raqu­ella czuła na twa­rzy kro­ple desz­czu. Odziana w czarną szatę z wyso­kim koł­nie­rzem patrzyła poważ­nym wzro­kiem na pur­pu­rową dżun­glę pod urwi­skiem. Cho­ciaż w cza­sie ponu­rej cere­mo­nii było parno, pogoda o tej porze roku rzadko była nie­przy­jemna, ponie­waż zbo­cza regu­lar­nie owie­wał wiatr. W powie­trzu uno­sił się lekko gorzki zapach siarki z odle­głych wul­ka­nów zmie­szany z mia­zma­tami sub­stan­cji che­micz­nych śro­do­wi­ska.

Uczest­ni­czyły tego dnia w pogrze­bie kolej­nej sio­stry zmar­łej tra­gicz­nie po zaży­ciu tru­ci­zny... kolej­nym nie­po­wo­dze­niu stwo­rze­nia dru­giej matki wie­leb­nej.

Ponad osiem­dzie­siąt lat wcze­śniej umie­ra­jąca i zgorzk­niała cza­ro­dziejka Ticia Cenva podała Raqu­elli zabój­czą dawkę naj­po­tęż­niej­szej z dostęp­nych tru­cizn. Raqu­ella zna­la­zła się o krok od śmierci, ale w głębi umy­słu, w komór­kach, pokie­ro­wała bio­che­mią swego ciała, zmie­nia­jąc struk­turę mole­ku­larną tru­cizny. Cudem prze­żyła, ale ta męka spo­wo­do­wała w jej orga­ni­zmie fun­da­men­talne zmiany, dając począ­tek wywo­ła­nej przez kry­zys prze­mia­nie aż po naj­dal­sze gra­nice jej śmier­tel­nej istoty. Wyszła z tego cało, lecz inna, z biblio­teką daw­nych istot w umy­śle, zdol­no­ścią postrze­ga­nia sie­bie na pozio­mie genów i grun­tow­nym zro­zu­mie­niem naj­drob­niej­szego włókna w swoim ciele.

Kry­zys. Prze­trwa­nie. Roz­wój.

Jed­nak od tam­tego wyda­rze­nia nikomu innemu - mimo licz­nych prób - nie udało się osią­gnąć tego samego. Raqu­ella nie wie­działa, ile jesz­cze zgo­nów będzie mogła uspra­wie­dli­wić dąże­niem do owego nie­osią­gal­nego celu. Znała tylko jeden spo­sób prze­pchnię­cia sio­stry do tej pożą­da­nej sfery: dopro­wa­dze­nie jej na skraj śmierci, gdzie być może znaj­dzie w sobie siłę do roz­woju...

Wie­rząc w nią, jej naj­lep­sze uczen­nice kon­ty­nu­owały z opty­mi­zmem i deter­mi­na­cją próby. I umie­rały.

Raqu­ella patrzyła ze smut­kiem, jak sio­stra w czar­nej sukni i trzy odziane na zie­lono ako­litki zaj­mują miej­sca na bal­da­chi­mie drzew i opusz­czają zwłoki w wil­gotną głę­bię sre­brzy­sto­pur­pu­ro­wej dżun­gli. Zostaną tam dla dra­pież­ni­ków jako ogniwo wiecz­nego koła życia i śmierci, po czym staną się na powrót skład­ni­kami gleby.

Ta dzielna młoda kobieta miała na imię Tiana, ale teraz, owi­nięta w białą tka­ninę, była cia­łem ano­ni­mo­wej osoby. Kiedy gęste poszy­cie pochło­nęło plat­formę ze zwło­kami, wśród żyją­cych w dżun­gli stwo­rzeń nastą­piło poru­sze­nie.

Raqu­ella miała już ponad 130 lat. Była świad­kiem końca dżi­hadu Sereny Butler, bitwy pod Cor­ri­nem dwie dekady póź­niej oraz lat cha­osu, które nastą­piły potem. Mimo pode­szłego wieku zacho­wała dziar­skość i bystrość umy­słu, niwe­lu­jąc naj­gor­sze skutki sta­rze­nia się dzięki umiar­ko­wa­nemu zaży­wa­niu spro­wa­dza­nego z Arra­kis melanżu i mani­pu­lo­wa­niu bio­che­mią swego orga­ni­zmu.

Jej stale roz­ra­sta­jąca się szkoła skła­dała się z kan­dy­da­tek z zewnątrz, rekru­to­wa­nych spo­śród naj­lep­szych dziew­cząt Impe­rium, w tym ostat­nich potom­kiń cza­ro­dzie­jek, które przed dżi­ha­dem i pod­czas niego pano­wały nad tą pla­netą; pozo­stało ich zale­d­wie osiem­dzie­siąt jeden. Ogó­łem szko­liło się tutaj tysiąc sto sióstr, z czego dwie trze­cie sta­no­wiły uczen­nice. Nie­które były dziećmi z sie­ro­ciń­ców, cór­kami misjo­na­rek Raqu­elli, które zaszły w ciążę z odpo­wied­nimi ojcami. Wer­bow­nicy przy­sy­łali tu dobrze roku­jące kan­dy­datki i szko­le­nie trwało...

Od lat głosy w jej gło­wie nale­gały, żeby pod­dała pró­bie wię­cej kobiet i uczy­niła z nich podobne do niej matki wie­lebne. Raqu­ella i poma­ga­jące jej opie­kunki poświę­ciły życie poka­zy­wa­niu tym mło­dym kobie­tom, jak mają pano­wać nad swymi myślami, cia­łami i przy­szło­ścią. Teraz, kiedy nie było już myślą­cych maszyn, tro­ska o los ludz­ko­ści wyma­gała, by ludzie stali się dosko­nalsi niż kie­dy­kol­wiek. Pokaże im drogę. Wie­działa, że uzdol­niona kobieta może się prze­obra­zić w odpo­wied­nich warun­kach w ponad­prze­ciętną osobę.

Kry­zys. Prze­trwa­nie. Roz­wój.

Wiele absol­wen­tek szkoły dowio­dło już swej war­to­ści na innych świa­tach, słu­żąc jako dorad­czy­nie wład­com pla­net, a nawet na dwo­rze Impe­ra­tora. Nie­które wstą­piły do szkoły men­ta­tów na Lam­pa­da­sie albo zostały uta­len­to­wa­nymi lekar­kami Aka­de­mii Suka. Czuła ich cichy wpływ roz­sze­rza­jący się na Impe­rium. Sześć z tych kobiet było teraz w pełni wykształ­co­nymi men­tat­kami. Jedna, Doro­tea, była zaufaną dorad­czy­nią Impe­ra­tora Salva­dora Cor­rino na Salu­sie Secun­du­sie.

Ale Raqu­ella roz­pacz­li­wie pra­gnęła, by wię­cej jej uczen­nic uzy­skało takie samo zro­zu­mie­nie, takie samo postrze­ga­nie zgro­ma­dze­nia i jego przy­szło­ści oraz takie same moce psy­chiczne i fizyczne jak ona.

Kan­dy­datki nie potra­fiły jed­nak jakoś doko­nać tego skoku. I oto zmarła kolejna obie­cu­jąca młoda kobieta...

Pod­czas gdy jej pod­władne dziw­nie rze­czowo pozby­wały się szcząt­ków zmar­łej sio­stry, Raqu­ella mar­twiła się o przy­szłość. Pomimo dłu­giego życia nie miała złu­dzeń, że jest nie­śmier­telna, a gdyby ode­szła, zanim któ­raś z kobiet zdo­ła­łaby prze­żyć prze­obra­że­nie w matkę wie­lebną, jej umie­jęt­no­ści mogłyby prze­paść na zawsze.

Los zgro­ma­dze­nia żeń­skiego i jego sze­roko zakro­jo­nych prac był dużo waż­niej­szy od jej losu. Daleka przy­szłość ludz­ko­ści zale­żała od sta­ran­nego roz­woju, od dosko­na­le­nia się. Zgro­ma­dze­nie nie mogło sobie pozwo­lić na cze­ka­nie. Musiała przy­go­to­wać swoje następ­czy­nie.

Gdy pogrzeb zakoń­czył się opusz­cze­niem ciała zmar­łej do dżun­gli, reszta kobiet ruszyła do skal­nej szkoły, gdzie miały kon­ty­nu­ować naukę. Raqu­ella wybrała nową kan­dy­datkę, młodą kobietę ze skom­pro­mi­to­wa­nego rodu bez przy­szło­ści, ale zasłu­gu­jącą na tę szansę.

Sio­strę Valię Har­kon­nen.

Raqu­ella przy­glą­dała się, jak Valia odłą­cza się od pozo­sta­łych sióstr i zmie­rza ku niej ścieżką bie­gnącą zbo­czem urwi­ska. Sio­stra Valia była kobietą smu­kłą jak trzcina, o owal­nej twa­rzy i orze­cho­wych oczach. Matka wie­lebna obser­wo­wała jej płynne ruchy, pew­nie unie­sioną głowę, syl­wetkę - małe, lecz zna­czące szcze­góły, które wiele mówiły o oso­bie. Raqu­ella nie wąt­piła w słusz­ność swego wyboru; nie­wiele sióstr było rów­nie odda­nych.

Sio­stra Valia wstą­piła do zgro­ma­dze­nia żeń­skiego w wieku szes­na­stu lat, wyru­szyw­szy z zabi­tej deskami pla­nety Lan­ki­veil w poszu­ki­wa­niu lep­szego życia. Jej pra­dzia­dek, Abu­lurd Har­kon­nen, został po bitwie pod Cor­ri­nem ska­zany na wygna­nie za tchó­rzo­stwo. W ciągu pię­ciu lat spę­dzo­nych na Ros­saku Valia wyróż­niała się w nauce i dowio­dła, że jest jedną z naj­wier­niej­szych Raqu­elli i naj­bar­dziej uta­len­to­wa­nych sióstr; bli­sko współ­pra­co­wała z sio­strą Karee Marques, jedną z ostat­nich cza­ro­dzie­jek, bada­jąc nowe nar­ko­tyki i tru­ci­zny, które miały być wyko­rzy­stane pod­czas próby.

Kiedy sta­wiła się przed sta­ruszką, nie spra­wiała wra­że­nia zbyt przy­gnę­bio­nej pogrze­bem.

- Wezwa­łaś mnie, matko wie­lebna? - zapy­tała.

- Pójdź ze mną, pro­szę.

Valia była wyraź­nie zacie­ka­wiona, ale powstrzy­my­wała się od pytań, ufa­jąc matce wie­leb­nej. Prze­szły obok jaskiń admi­ni­stra­cji i labi­ryn­tów miesz­kal­nych. W okre­sie swo­jej świet­no­ści w minio­nych stu­le­ciach to skalne mia­sto było schro­nie­niem dla tysięcy męż­czyzn i kobiet, cza­ro­dzie­jek, han­dla­rzy leków i bada­czy dżun­gli. Ale tyle osób zmarło pod­czas epi­de­mii, że teraz skalne mia­sto było nie­mal puste, zamiesz­kane tylko przez człon­ki­nie zgro­ma­dze­nia żeń­skiego.

Daw­niej jeden z cią­gów jaskiń słu­żył w cało­ści jako szpi­tal dla Nie­wy­da­rzo­nych, dzieci, które wsku­tek dzia­ła­nia tok­syn obec­nych w śro­do­wi­sku natu­ral­nym Ros­saka uro­dziły się z wadami. Dzięki sta­ran­nemu stu­dio­wa­niu przez cza­ro­dziejki kata­lo­gów gene­tycz­nych takie dzieci rodziły się rzadko, a tymi, które prze­żyły, zaj­mo­wano się w jed­nym z miast na pół­nocy, za wul­ka­nami. Raqu­ella nie pozwa­lała, by w jej szkol­nej spo­łecz­no­ści żyli męż­czyźni, ale od czasu do czasu przy­cho­dzili tu, by dostar­czyć żyw­ność, napra­wić coś lub wyko­nać inne usługi.

Raqu­ella prze­pro­wa­dziła Valię obok zaba­ry­ka­do­wa­nych wejść, które nie­gdyś wio­dły do dużych frag­men­tów przy­po­mi­na­ją­cego ul jaski­nio­wego mia­sta, teraz opusz­czo­nych i odcię­tych od reszty. Były to zło­wiesz­cze miej­sca, pozba­wione wszel­kiego życia. Ciała usu­nięto z nich już przed wie­loma laty i zło­żono na wieczny spo­czy­nek w dżun­gli. Wska­zała zdra­dliwą ścieżkę bie­gnącą stromo ścianą urwi­ska na szczyt pła­sko­wyżu.

- Tam idziemy - powie­działa.

Młoda kobieta zawa­hała się na uła­mek sekundy, po czym ruszyła za matką wie­lebną za zaporę i tablice zabra­nia­jące wstępu nie­po­wo­ła­nym. Była pod­eks­cy­to­wana, ale rów­nież zde­ner­wo­wana.

- Tam są kata­logi gene­tyczne.

- Ow­szem.

W cza­sach, kiedy sza­lały strasz­liwe epi­de­mie zesłane przez Omniusa, kiedy umie­rała lud­ność całych pla­net, ros­sac­kie cza­ro­dziejki - zawsze gro­ma­dzące dane gene­tyczne, by móc na ich pod­sta­wie okre­ślić, które pary wyda­dzą naj­lep­sze potom­stwo - roz­po­częły reali­za­cję dużo ambit­niej­szego planu stwo­rze­nia biblio­teki ludz­kich linii rodo­wych, obszer­nego kata­logu gene­tycznego. Teraz opieka nad tym bogac­twem infor­ma­cji przy­pa­dła w udziale Raqu­elli i wybra­nym przez nią sio­strom.

Ścieżka wiła się ostrymi ser­pen­ty­nami w górę urwi­ska. Po jed­nej stro­nie miały skalną ścianę, po dru­giej prze­paść z gęstą dżun­glą na dnie. Mżawka ustała, lecz skała pod sto­pami była wciąż śli­ska.

Dotarły do punktu obser­wa­cyj­nego. Ogar­nęły je pasma mgły. Raqu­ella spoj­rzała na dżun­glę i tlące się wul­kany w oddali; nie­wiele się zmie­niło w tym kra­jo­bra­zie, odkąd przed kil­koma dzie­siąt­kami lat przy­była tu jako pie­lę­gniarka towa­rzy­sząca dok­to­rowi Mohan­da­sowi Sukowi, by leczyć ofiary zarazy Omniusa.

- Tylko nie­liczne z nas przy­cho­dzą tutaj - powie­działa - ale my pój­dziemy jesz­cze dalej.

Raqu­ella nie była skora do poga­wę­dek i trzy­mała emo­cje pod kon­trolą, ale czuła pod­nie­ce­nie i przy­pływ opty­mi­zmu, że wkrótce jesz­cze jed­nej oso­bie wyjawi naj­więk­szą tajem­nicę zgro­ma­dze­nia żeń­skiego. Nowej sojusz­niczce. Tylko w ten spo­sób zgro­ma­dze­nie mogło prze­trwać.

Zatrzy­mały się przed otwo­rem jaskini usy­tu­owa­nym mię­dzy potęż­nymi gła­zami bli­sko szczytu pła­sko­wyżu, wysoko ponad żyzną, tęt­niącą życiem dżun­glą. Przy wej­ściu stały na straży dwie cza­ro­dziejki. Ski­nęły gło­wami matce wie­leb­nej i pozwo­liły im przejść.

- Ta kom­pi­la­cja danych gene­tycz­nych jest chyba naj­więk­szym dzie­łem zgro­ma­dze­nia - powie­działa Raqu­ella. - Dys­po­nu­jąc tak ogromną bazą danych na temat ludz­kiej gene­tyki, możemy kre­ślić mapę i eks­tra­po­lo­wać przy­szłość naszego rodzaju... a może nawet kie­ro­wać nią.

Valia ski­nęła poważ­nie głową.

- Sły­sza­łam, jak sio­stry mówiły, że jest to jedno z naj­więk­szych archi­wów danych, jakie kie­dy­kol­wiek zgro­ma­dzono, ale ni­gdy nie byłam w sta­nie zro­zu­mieć, jak można ogar­nąć taką masę infor­ma­cji. W jaki spo­sób poj­mu­jemy to wszystko i two­rzymy na ich bazie pro­gnozy?

Raqu­ella posta­no­wiła na razie pozo­stać tajem­ni­cza.

- Jeste­śmy zgro­ma­dze­niem żeń­skim - odparła.

Weszły do dwóch olbrzy­mich, wyso­kich jaskiń zapeł­nio­nych drew­nia­nymi sto­łami i biur­kami, wokół któ­rych krzą­tały się kobiety, porząd­ku­jąc ryzy trwa­łego papieru, spo­rzą­dza­jąc i skła­da­jąc ogromne mapy DNA, a potem wkła­da­jąc do akt doku­menty z tek­stami pomniej­szo­nymi do nie­mal mikro­sko­pij­nych roz­mia­rów.

- Cztery z naszych sióstr ukoń­czyły szko­le­nie men­tac­kie pod kie­run­kiem Gil­ber­tusa Albansa - powie­działa Raqu­ella. - Ale mimo zwięk­szo­nych zdol­no­ści umy­sło­wych ten pro­gram prze­kra­cza ich moż­li­wo­ści.

Valia z tru­dem sta­rała się zapa­no­wać nad naboż­nym podzi­wem, który ją ogar­nął.

- Taki ogrom danych... - Jej błysz­czące oczy chło­nęły z fascy­na­cją nowe infor­ma­cje. Czuła się zaszczy­cona i dumna, że dopusz­czono ją do wąskiego kręgu zaufa­nych matki wie­leb­nej. - Wiem, że na Lam­pa­da­sie szkoli się wię­cej kobiet z naszego zgro­ma­dze­nia, ale ten pro­gram wyma­gałby całej armii sióstr men­ta­tek. Dane DNA nie­prze­bra­nych milio­nów ludzi z tysięcy pla­net.

Kiedy weszły w głąb taj­nych tuneli, z jed­nego z pomiesz­czeń archi­wum wyło­niła się star­sza sio­stra w bia­łej sukni cza­ro­dziejki. Powi­tała gości.

- Czy to ta nowa kan­dy­datka, którą posta­no­wi­łaś do mnie przy­pro­wa­dzić, matko wie­lebna? - spy­tała.

Raqu­ella ski­nęła głową.

- Sio­stra Valia wyróż­niała się w nauce i dowio­dła swego odda­nia, poma­ga­jąc Karee Marques w bada­niach far­ma­ceu­tycz­nych. - Popchnęła młodą kobietę naprzód. - Valio, sio­stra Sabra Hublein była jedną z twór­czyń roz­sze­rzo­nej bazy danych gene­tycz­nych pod­czas epi­de­mii, na długo przed moim przy­by­ciem na Ros­saka.

- Dane gene­tyczne muszą być zacho­wane - powie­działa sta­ruszka. - I strze­żone.

- Ale... ja nie jestem men­tatką - wydu­kała Valia.

Sabra popro­wa­dziła je do pustego tunelu, oglą­da­jąc się przez ramię, by się upew­nić, że nikt ich nie widzi.

- Są inne spo­soby, by nam pomóc, sio­stro Valio - rze­kła.

Zatrzy­mały się obok zakrętu tunelu i Raqu­ella sta­nęła naprze­ciw gołej kamien­nej ściany. Zer­k­nęła na młod­szą kobietę.

- Boisz się nie­zna­nego? - zapy­tała.

Valia zdo­była się na słaby uśmiech.

- Ludzie zawsze boją się nie­zna­nego, jeśli mówią o tym prawdę. Ale ja potra­fię sta­wić czoło stra­chowi.

- To dobrze. A teraz wejdź ze mną na teren, który jest w znacz­nej czę­ści nie­zba­dany.

Valia wyglą­dała na zanie­po­ko­joną.

- Chcesz, żebym została następną ochot­niczką do wypró­bo­wa­nia nowego środka umoż­li­wia­ją­cego prze­obra­że­nie? - zapy­tała. - Matko wie­lebna, nie sądzę, bym była gotowa do...

- Nie - prze­rwała jej Raqu­ella. - Cho­dzi o coś zupeł­nie innego, choć nie mniej waż­nego. Jestem stara, dziecko. Spra­wia to, że jestem też bar­dziej cyniczna, ale nauczy­łam się ufać memu instynk­towi. Uważ­nie cię obser­wo­wa­łam, widzia­łam, jak pra­cu­jesz z Karee Marques... Chcę wpro­wa­dzić cię w ten plan.

Valia nie spra­wiała wra­że­nia prze­stra­szo­nej i zatrzy­mała pyta­nia dla sie­bie. "Dobrze" - pomy­ślała Raqu­ella.

- Weź głę­boki oddech i uspo­kój się, dziew­czyno. Za chwilę poznasz naj­pil­niej strze­żony sekret zgro­ma­dze­nia żeń­skiego. Bar­dzo mało osób widziało to, co ty zoba­czysz.

Ująw­szy młodą kobietę za rękę, Raqu­ella pocią­gnęła ją w stronę ściany. Sabra ruszyła obok Valii i prze­szły przez skałę - holo­gram - po czym zna­la­zły się w innej komo­rze.

Stały w małym przed­sionku. Mru­żąc oczy w jaskra­wym świe­tle, Valia sta­rała się ukryć zasko­cze­nie; wyko­rzy­sty­wała umie­jęt­no­ści nabyte pod­czas tre­ningu do zacho­wa­nia spo­koju.

- Tędy. - Matka wie­lebna popro­wa­dziła je do dużej, jasno oświe­tlo­nej groty i oczy Valii roz­sze­rzyły się, kiedy objęła spoj­rze­niem roz­cią­ga­jący się przed nią widok.

Jaski­nia pełna była buczą­cych i kli­ka­ją­cych maszyn, kon­ste­la­cji elek­tro­nicz­nych lam­pek - rzę­dów zaka­za­nych kom­pu­te­rów cią­gną­cych się wzdłuż wygię­tych skal­nych ścian i wzno­szą­cych się na wielu pozio­mach aż pod skle­pie­nie. Do wszyst­kich pro­wa­dziły kręte schody i drew­niane kładki. Krzą­tała się przy nich nie­wielka grupa odzia­nych w biel cza­ro­dzie­jek. W powie­trzu pul­so­wały dźwięki maszyn.

- Czy to... czy to...? - wyją­kała Valia. Zda­wało się, że nie jest w sta­nie sfor­mu­ło­wać pyta­nia, po czym wykrzyk­nęła: - Myślące maszyny!

- Jak sama powie­dzia­łaś - wyja­śniła Raqu­ella - żaden czło­wiek, nawet wyszko­lony men­tat, nie może prze­cho­wać w pamięci wszyst­kich danych, które ros­sac­kie kobiety gro­ma­dziły przez wiele poko­leń. Cza­ro­dziejki korzy­stały w tajem­nicy z tych maszyn całe wieki, a teraz szko­limy nie­które z naj­bar­dziej zaufa­nych sióstr w ich utrzy­ma­niu i obsłu­dze.

- Ale... dla­czego?

- Jedy­nym spo­so­bem zacho­wa­nia tak ogrom­nych ilo­ści danych i spo­rzą­dza­nia koniecz­nych gene­tycz­nych pro­gnoz przez kolejne poko­le­nia naszych następ­czyń jest korzy­sta­nie z pomocy kom­pu­te­rów, co jest ści­śle zabro­nione. Widzisz teraz, dla­czego musimy utrzy­my­wać to w tajem­nicy.

Raqu­ella bacz­nie przy­glą­dała się Valii. Zauwa­żyła jej minę, kiedy młoda kobieta omia­tała grotę wzro­kiem. Valia wyda­wała się przy­tło­czona, ale zain­try­go­wana, nie prze­ra­żona.

- Musisz się dużo nauczyć - powie­działa Sabra. - Od lat badamy dane gene­tyczne, ale oba­wiamy się, że praw­dziwe cza­ro­dziejki wymrą. Pozo­stało nas już nie­wiele, mamy więc mało czasu. Stu­dio­wa­nie danych może być jedy­nym spo­so­bem zro­zu­mie­nia tego, co się dzieje.

- I zna­le­zie­nia alter­na­tywy - dodała Raqu­ella. - Takiej jak stwo­rze­nie nowych matek wie­leb­nych.

Sta­rała się, by do jej głosu nie wkra­dła się roz­pacz ani nadzieja.

Jedna z cza­ro­dzie­jek pra­cu­ją­cych przy kom­pu­te­rach poroz­ma­wiała chwilę z sio­strą Sabrą o jakiejś kwe­stii euge­nicz­nej, po czym wró­ciła do swo­ich zajęć, obrzu­ciw­szy Valię zacie­ka­wio­nym spoj­rze­niem.

- Sio­stra Esther-Cano jest naszą naj­młod­szą cza­ro­dziejką czy­stej krwi - wyja­śniła Raqu­ella. - Ma zale­d­wie trzy­dzie­ści lat. Następna jest jed­nak dzie­sięć lat star­sza. Obec­nie zdol­no­ści tele­pa­tyczne bar­dzo rzadko wystę­pują u córek cza­ro­dzie­jek.

- Zapi­ski gene­tyczne naszej szkoły zawie­rają infor­ma­cje o ludziach na tysią­cach pla­net. Nasza baza danych jest ogromna, a celem - jak już wiesz - jest popra­wie­nie kon­dy­cji rodzaju ludz­kiego przez dosko­na­le­nie jed­no­stek i dobór rodzi­ców. Za pomocą kom­pu­te­rów możemy mode­lo­wać inte­rak­cje DNA i pro­gno­zo­wać praw­do­po­do­bień­stwo uzy­ska­nia pożą­da­nych potom­ków nie­mal nie­skoń­czo­nej liczby par.

Krót­kie, pra­wie odru­chowe prze­ra­że­nie Valii ustą­piło miej­sca wiel­kiemu zain­te­re­so­wa­niu. Rozej­rzała się po pod­ziem­nej sali i powie­działa rze­czo­wym tonem:

- Jeśli butle­rowcy kie­dy­kol­wiek dowie­dzą się o tym, zetrą szkołę z powierzchni ziemi i wybiją sio­stry.

- Tak - potwier­dziła Raqu­ella. - Widzisz więc teraz, jak wiel­kim obda­rzy­ły­śmy cię zaufa­niem.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki