Zgodne małżeństwo - Aleksandra Tyl

Kup ebooka

32.90 zł
25.19 zł (22,04 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Jacek Bed­nar­czyk miał wszyst­ko, cze­go do szczęścia po­zor­nie trze­ba: zdro­wie, pra­cę, miesz­ka­nie, żonę, dziec­ko i psa. I te­ścio­wą, któ­ra po tym, gdy od­kry­ła w so­bie ży­łkę do ha­zar­du, zmu­szo­na była po­pro­sić cór­kę o dach nad gło­wą. Na wy­ści­gach kon­nych oraz w ka­sy­nach stra­ci­ła bo­wiem nie­mal wszyst­ko. Trzy­po­ko­jo­we miesz­ka­nie Bed­nar­czy­ków nie było wpraw­dzie zbyt duże, ale po­nie­waż ich cór­ka już daw­no się wy­pro­wa­dzi­ła, je­den po­kój mo­żna było od­dać ma­mie.

Je­dy­ne, co Jac­ko­wi w ży­ciu ci­ąży­ło, to wiek. Zbli­ża­jąc się do pi­ęćdzie­si­ąt­ki, od­czuł, że ży­cie tra­ci sens, a on sam, za­miast kon­cen­tro­wać się na rze­czach wa­żnych i jesz­cze bar­dziej wa­żnych, tra­ci czas, bie­ga­jąc na spa­ce­ry z te­rie­rem, ro­bi­ąc za­ku­py spo­żyw­cze na po­le­ce­nie żony i pro­wa­dza­jąc te­ścio­wą na wi­zy­ty u psy­chia­trów, któ­rzy za ka­żdym ra­zem przy­pi­sy­wa­li jej nie tyl­ko re­cep­ty, lecz ta­kże skie­ro­wa­nia do szpi­ta­la na ha­zar­do­wy od­wyk. Ma­mu­sia obie­cy­wa­ła, że ow­szem, po­je­dzie, ale te­raz musi za­ro­bić na ten kąt u cór­ki, dla­te­go naj­pierw znaj­dzie pra­cę, by do­ro­bić do skrom­nej eme­ry­tu­ry, a po­tem we­źmie w tej pra­cy zwol­nie­nie i uda się na od­wyk.

Ja­cek wie­dział, czuł to pod skó­rą, że praw­dzi­we ży­cie to­czy się gdzieś obok. Gdzieś, gdzie za­wsze świe­ci sło­ńce, leją się drin­ki, a pi­ęk­na szczu­pła ko­bie­ta z za­mglo­nym wzro­kiem pyta, czy mogą iść wresz­cie do łó­żka. Tak, ta ko­bie­ta co­raz częściej po­ja­wia­ła się w jego gło­wie. Na po­cząt­ku nie mógł się zde­cy­do­wać, czy ma mieć dłu­gie rude wło­sy, czy może kró­ciut­kie i pla­ty­no­wy blond. W ko­ńcu zde­cy­do­wał się na de­li­kat­ną sza­tyn­kę o wło­sach kręco­nych, do ra­mion, szczu­płą, ale o buj­nych pier­siach, trzy­dzie­sto­lat­kę, któ­ra przy­gry­za­jąc war­gi, py­ta­ła­by go, do­kąd dziś wyj­dą na ko­la­cję... Na­zwał ją Li­dią, po­nie­waż dzie­si­ęć lat wcze­śniej po­znał pew­ną Li­dię na wy­je­ździe słu­żbo­wym i choć nie miał oka­zji za­mie­nić z nią sło­wa, był prze­ko­na­ny, że jest nie­zwy­kle uro­czą ko­bie­tą o wspa­nia­łym nie tyl­ko cie­le, lecz ta­kże cha­rak­te­rze.

I oto Li­dia za­miesz­ka­ła ra­zem z Jac­kiem, jego żoną, psem i te­ścio­wą.

Żona Jac­ka, Jo­an­na - ko­bie­ta zwy­czaj­nej po­stu­ry i nie­wy­so­ka, ale z cha­rak­te­rem - nie wy­ma­ga­ła od męża wie­le. Miał przy­cho­dzić z pra­cy na czas, po dro­dze ro­bić za­ku­py, rano i wie­czo­rem wy­cho­dzić z psem i pil­no­wać pła­ce­nia ra­chun­ków. Sama była oso­bą nie­zwy­kle za­jętą. Nie pra­co­wa­ła wpraw­dzie za­wo­do­wo, ale an­ga­żo­wa­ła się spo­łecz­nie we wszel­kie osie­dlo­we spra­wy, a po­nad­to była spe­cja­list­ką w wy­szu­ki­wa­niu oka­zji w ga­zet­kach re­kla­mo­wych i w in­ter­ne­cie. Do­sko­na­le wie­dzia­ła, w któ­rym skle­pie któ­re­go dnia jest pro­mo­cja na kawę, gdzie naj­ta­niej mo­żna ku­pić ser mor­ski i do któ­re­go skle­pu po­je­chać, żeby nie wy­da­jąc for­tu­ny, na­być czte­ro­oso­bo­wy na­miot.

Z ołów­kiem w ręku co­dzien­nie rano za­czy­na­ła prze­gląd osie­dlo­wej pra­sy, po­po­łud­nia­mi do­pa­da­ła ulo­tek przy­nie­sio­nych przez li­sto­no­sza, a wie­czo­ra­mi ro­bi­ła wni­kli­wy prze­gląd stron in­ter­ne­to­wych. Ad­re­na­li­na pod­ska­ki­wa­ła, kie­dy uda­ło jej się zna­le­źć schab jesz­cze ta­niej niż ty­dzień wcze­śniej. Czu­ła się mi­strzy­nią w wy­szu­ki­wa­niu ofert i wie­dzia­ła, że jej umie­jęt­no­ść znaj­du­je po­klask u sąsia­dek bli­ższych i dal­szych. Nie­jed­na przy­cho­dzi­ła, żeby się do­wie­dzieć, gdzie jest ja­kaś oka­zja, pro­mo­cja, co ak­tu­al­nie mo­żna do­stać po ni­ższej ce­nie. Jo­asia na osie­dlu była bar­dziej sza­no­wa­na niż go­spo­da­rze do­mów. Może dla­te­go, że za­wsze była chęt­na do po­mo­cy i wy­ko­ny­wa­ła pra­cę, za któ­rą nikt nie mu­siał pła­cić.

**

Był po­czątek wrze­śnia, je­den z tych po­chmur­nych desz­czo­wych dni, któ­re zwia­stu­ją nad­cho­dzącą je­sień. Ja­cek, jak co dzień, wy­sko­czył rano z psem, ku­pił świe­że bu­łki, a na­stęp­nie - sta­ra­jąc się nie obu­dzić żony i te­ścio­wej - za­pa­rzył kawę, zja­dł szyb­kie śnia­da­nie i wy­sze­dł do pra­cy.

W sa­mo­cho­dzie do­pa­dło go prze­czu­cie, że ten po­nie­dzia­łek przy­nie­sie ka­ta­stro­fę. We­wnętrz­ne po­de­ner­wo­wa­nie wzma­ga­ło się z ka­żdym ki­lo­me­trem prze­je­cha­nym w śli­ma­czym tem­pie. Już wie­dział, że się spó­źni.

- Dla­cze­go, kie­dy pada, za­wsze są kor­ki? - wark­nął.

Zer­k­nął na kie­row­cę ja­dące­go le­wym pa­sem. Ten też nie try­skał hu­mo­rem. Za­ci­ęta twarz, zmęczo­ne oczy.

Sza­ra War­sza­wa, ko­rek, deszcz, a do tego wszyst­kie­go je­sień.

- Ku­źwa - jęk­nął Ja­cek. Ser­ce za­pło­nęło mu ża­lem.

Na­gle ogar­nęło go wiel­kie wspó­łczu­cie. Dla sie­bie i dla wszyst­kich nie­szczęśni­ków wo­kół. Do­cho­dzi­ła ósma, o tej po­rze gdzieś ca­łkiem bli­sko, cho­ćby w Hisz­pa­nii, ja­śnia­ło sło­ńce, praw­dzi­we sło­ńce prze­dzie­ra­jące się przez praw­dzi­wą zie­leń. Gdzieś de­li­kat­nie szu­mia­ły fale oce­anu, gdzieś wy­da­wa­ły tre­le ko­lo­ro­we pta­ki.

Gdzieś bu­dzi­ła się wła­śnie Li­dia, cze­ka­jąc na po­ran­ne po­ca­łun­ki i piesz­czo­ty.

Ale Li­dia sie­dzia­ła prze­cież tuż obok. Za­my­ślo­na, mil­cząca. Po­sągo­wo pi­ęk­na. Ja­cek zer­k­nął na sie­dze­nie pa­sa­że­ra. Na­praw­dę tam była. Wie­dział, oczy­wi­ście, że nie jest praw­dzi­wa, że to tyl­ko wy­twór jego wy­obra­źni - tul­pa, jesz­cze zbyt świe­ża, by roz­wi­nąć wła­sną świa­do­mo­ść. Jej obec­no­ść była jed­nak tak ko­jąca, tak cu­dow­nie przy­jem­na, że na­wet kie­dy mil­cza­ła, od­czu­wał ema­nu­jącą od niej mi­ło­ść i od­da­nie.

- Za­bio­rę cię tam, pta­szy­no - mruk­nął, po­ru­szo­ny praw­dą pły­nącą z tej obiet­ni­cy. - Znaj­dę na to spo­sób.

Mi­mo­wol­nie się uśmiech­nął. Wcze­śniej­sze po­de­ner­wo­wa­nie ustąpi­ło.

Kie­dy do­je­chał do fir­my, był już zu­pe­łnie spo­koj­ny. Za­par­ko­wał na jed­nym z dwóch wol­nych miejsc, wy­łączył sil­nik i znów spoj­rzał na mil­czącą Li­dię.

- Wiesz, że mu­szę iść do pra­cy - po­wie­dział ci­cho, za­uwa­żyw­szy nie­za­do­wo­le­nie na jej twa­rzy. - Nie smuć się, ko­cha­nie. Przy­si­ęgam, że wo­la­łbym ka­żdą chwi­lę spędzać z tobą, ale mam też obo­wi­ąz­ki. Idź na kawę, po­bu­szuj po skle­pach, spo­tka­my się po po­łud­niu.

Li­dia wy­wró­ci­ła swo­imi obłęd­nie nie­bie­ski­mi ocza­mi i, nie­chęt­nie, bo nie­chęt­nie, ale wy­szła z auta i skie­ro­wa­ła się do po­bli­skiej ka­wiar­ni. Ja­cek przez chwi­lę pa­trzył za nią, po­dzi­wia­jąc wspa­nia­łą syl­wet­kę, spręży­sty krok, lek­ko ko­ły­szące się bio­dra i opa­da­jące na ra­mio­na fale ciem­nych wło­sów. Tego dnia wi­dział ją w czer­wo­nej suk­ni po­ły­sku­jącej bro­ka­tem, zmie­nił jed­nak kon­cep­cję z po­wo­du po­go­dy, więc te­raz szła ubra­na w dłu­gą brązo­wą spód­ni­cę, ja­sny ob­ci­sły golf oraz wy­so­kie za­mszo­we buty. W ręku trzy­ma­ła ele­ganc­ką pa­ra­sol­kę. Pre­zen­to­wa­ła się zja­wi­sko­wo. Ża­ło­wał, że nikt poza nim nie może jej uj­rzeć, ale po­cie­sza­ła go myśl, że taka ko­bie­ta wzbu­dza­ła­by zbyt wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie, co mo­gło­by oka­zać się kło­po­tli­we. W tej po­sta­ci była tyl­ko jego.

Po­gwiz­du­jąc we­so­ło, chro­ni­ąc gło­wę przed desz­czem skó­rza­ną ak­tów­ką, wsze­dł do biu­ra.

- No, pa­nie Jac­ku. Spó­źnion­ko - za­uwa­ży­ła re­cep­cjo­nist­ka, marsz­cząc brew. - Pan mi tu pod­pi­sze. - Zwy­cza­jo­wo po­ło­ży­ła na bla­cie li­stę pra­cow­ni­czą.

- Pani Ka­rin­ko ko­cha­na. - Ja­cek przy­brał za­tro­ska­ną minę. - Wi­dzia­ła pani, ja­kie kor­ki. Deszcz. Czter­dzie­ści mi­nut to jesz­cze nie spó­źnie­nie. Wpisz­my ósmą, nikt się nie do­wie - za­pro­po­no­wał, pusz­cza­jąc oko. - Kie­row­ni­ka prze­cież nie ma. Jego miej­sce par­kin­go­we jest pu­ste.

- Tak­sów­ką przy­je­chał. Wi­docz­nie, w prze­ci­wie­ństwie do pana, nie chciał się spó­źnić na ze­bra­nie.

Ze­bra­nie! Ku­źwa mać! - jęk­nął w du­chu Ja­cek. Pierw­sze ze­bra­nie po wa­ka­cjach, po wszyst­kich prze­rwach urlo­po­wych, po mar­twym se­zo­nie, po le­ni­wym le­cie. Wa­żne ze­bra­nie.

- Wszy­scy są? - spy­tał, choć licz­ba pod­pi­sów na li­ście nie po­zo­sta­wia­ła złu­dzeń.

- Wszy­scy. Prócz pana. Le­piej niech mi pan li­stę pod­pi­sze i bie­gnie, bo ze­gar tyka.

Ja­cek w mil­cze­niu chwy­cił dłu­go­pis, zło­żył pod­pis i po­bie­gł do win­dy. Na szó­ste pi­ętro do­ta­rł za kwa­drans dzie­wi­ąta, do sali kon­fe­ren­cyj­nej kil­ka se­kund pó­źniej. Drzwi były lek­ko uchy­lo­ne. W środ­ku pa­no­wa­ła ci­sza, co było nie­zwy­czaj­ne, po­nie­waż za­wsze pod­czas tego typu spo­tkań to­czo­no oży­wio­ne dys­ku­sje i trud­no było o spo­kój.

Ja­cek się prze­ci­snął, sta­ra­jąc się nie otwie­rać zbyt sze­ro­ko drzwi i uni­ka­jąc wzro­ku zgro­ma­dzo­nych. Pla­no­wał usi­ąść gdzieś w kącie, z tyłu, po­zo­stać nie­zau­wa­żo­nym.

- Ja­cek Bed­nar­czyk! - Tu­bal­ny głos kie­row­ni­ka spo­wo­do­wał, że Ja­cek sta­nął w pół kro­ku. Przez salę prze­sze­dł ci­chy po­mruk. - Ja­cek Bed­nar­czyk! - po­wtó­rzył kie­row­nik, a w jego gło­sie dało się sły­szeć wzru­sze­nie. - Ka­mień z ser­ca! Już my­śla­łem, że może wy­pa­dek, za­wał, szpi­tal, co­kol­wiek. A to tyl­ko spó­źnie­nie... - Uśmiech roz­świe­tlił po­wa­żną twarz kie­row­ni­ka.

- Tyl­ko spó­źnie­nie - po­twier­dził grom­ko Ja­cek i od­wza­jem­nił uśmiech. Roz­lu­źnił się nie­co i wy­pro­sto­wał. Pew­niej­szym już kro­kiem prze­sze­dł do wol­ne­go krze­sła.

- I to wła­śnie, pro­szę pa­ństwa, na­zy­wa się na­tu­ral­na se­lek­cja! - krzyk­nął za­do­wo­lo­ny kie­row­nik.

Zgro­ma­dze­ni nie­mra­wo po­ki­wa­li gło­wa­mi, wpa­tru­jąc się w Jac­ka wspó­łczu­jącym wzro­kiem.

- Jaka se­lek­cja? - spy­tał szep­tem Ja­cek, na­chy­la­jąc się ku sie­dzące­mu obok ko­le­dze.

- Na­tu­ral­na - od­pa­rł kum­pel. - Bar­dzo mi przy­kro, sta­ry - do­dał nie­mal oj­cow­skim to­nem.

- Ale że co?

- Będą zwal­niać, ale nie mają po­wo­dów. Kie­row­nik wy­ja­śniał, że szu­ka­ją ja­kie­goś spra­wie­dli­we­go klu­cza. Na pierw­szy ogień pój­dą ci, któ­rzy w ja­kiś spo­sób na­wa­lą. Cho­ćby po­przez spó­źnie­nie... Na­zwał to na­tu­ral­ną se­lek­cją.

- Uwa­żam, że to spra­wie­dli­we - do­dał sie­dzący tuż obok krępy sza­tyn, któ­re­go imie­nia Ja­cek ni­g­dy nie mógł za­pa­mi­ętać.

- Jaka se­lek­cja?! - Ja­cek nie­mal krzyk­nął, wsta­jąc. - Jaka se­lek­cja? - spy­tał, pa­trząc na kie­row­ni­ka. - Pra­cu­ję w tej fir­mie od dwu­dzie­stu pi­ęciu lat!

- Spo­koj­nie, Bed­nar­czyk, bez ner­wów. - Kie­row­nik ski­nął gło­wą. - Za­pra­szam do mnie, po­roz­ma­wia­my. A pa­ństwu już dzi­ęku­ję.

Po sali prze­sze­dł szmer. Lu­dzie nie­mal bez­gło­śnie pod­no­si­li się z krze­seł, wy­cho­dzi­li, nie za­mie­nia­jąc ani sło­wa. At­mos­fe­ra była przy­gnębia­jąca, lecz do Jac­ka in­for­ma­cja o zwol­nie­niu do­cie­ra­ła w spo­wol­nio­nym tem­pie. Roz­gląda­jąc się po zna­jo­mych twa­rzach, szu­kał bły­sku, za­ry­su uśmie­chu, wska­zu­jące­go, że to jed­nak żart. Ale nikt się nie uśmie­chał. I nikt na nie­go nie pa­trzył.

Otępia­ły, zszo­ko­wa­ny, po­sze­dł za kie­row­ni­kiem.

- Pra­cu­ję dla was od nie­mal dwu­dzie­stu pi­ęciu lat, ni­g­dy do­tąd się nie spó­źni­łem, nie na­wa­li­łem, by­łem na ka­żde za­wo­ła­nie. Ba! Ni­g­dy nie pro­si­łem na­wet o pod­wy­żkę! - wy­krztu­sił, gdy zna­le­źli się w ma­łym ga­bi­ne­cie.

- To praw­da - przy­znał kie­row­nik. - Mo­żna więc po­wie­dzieć, że dzi­siej­sza sy­tu­acja to znak. Fra­je­rzy od­pa­da­ją pierw­si.

Ja­cek prze­łk­nął śli­nę.

- Fra­je­rzy... - po­wtó­rzył nie­mal bez­gło­śnie.

- Cóż... Fak­ty są ta­kie, że nie­wie­le nas do­tąd kosz­to­wa­łeś. Punkt dla cie­bie. Ale dzi­ęki temu nie mu­si­my wy­pła­cać wy­so­kiej od­pra­wy. Punkt dla nas. Kosz­ty, Ja­cek, tnie­my kosz­ty. Lato było okrop­ne, sam wiesz. Kon­ku­ren­cja dzia­ła prężnie, za­trud­nia­ją mło­dych, zde­ter­mi­no­wa­nych. U nas od daw­na sprze­daż ku­le­je. Mu­szę zwol­nić trzy­dzie­ści pro­cent za­ło­gi. Uwierz, nie jest to ła­twe. A ty, pa­trząc ta­kim wzro­kiem, wca­le nie po­ma­gasz.

- Lato za­wsze było kiep­skie, prze­cież sprze­da­je­my grzej­ni­ki. Od­bi­je­my je­sie­nią, zimą. Nie mogę stra­cić te­raz pra­cy, do­bi­jam pi­ęćdzie­si­ąt­ki, kto mnie przyj­mie? Mam na utrzy­ma­niu ro­dzi­nę.

- Ka­żdy ma.

- Ty nie masz - za­uwa­żył cierp­ko Ja­cek.

- Bo ja nie by­łem fra­je­rem. Za­dba­łem o sie­bie, o swój byt i kom­fort - po­wie­dział z dumą kie­row­nik. - Wal­czy­łem o pod­wy­żki, o awans. I je­stem kie­row­ni­kiem. Sam sie­bie nie zwol­nię.

- Pre­zes może cię zwol­nić.

- Może i może. Ale nie chce. Wszy­scy je­ste­śmy lu­dźmi, Ja­cek. Wal­czy­my o prze­trwa­nie. Kli­mat się zmie­nia, zimy już lżej­sze, grzej­ni­ki po­wo­li się ko­ńczą. Z roku na rok będzie­my zmniej­szać za­trud­nie­nie, te­raz czy pó­źniej - stra­cisz tę ro­bo­tę.

- Czy­li tak po pro­stu mam już so­bie iść?

- Masz trzy­mie­si­ęcz­ny okres wy­po­wie­dze­nia. Po­pra­cu­jesz jesz­cze dwa mie­si­ące, po­tem pój­dziesz na urlop. Wkrót­ce inni do cie­bie do­łączą, będzie ra­źniej.

- Tyle ener­gii w tę fir­mę wło­ży­łem, tyle z sie­bie da­łem... I tak po pro­stu mnie zwal­niasz? Bo dziś się spó­źni­łem?

- Nie dra­ma­ty­zuj, jest jak jest.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki