Rozdział 1. (Boże) Ciało
Rozdział 1
(Boże) Ciało
7 czerwca 2012, czwartek
Ulica Sienkiewicza była martwa. Zawsze umierała tuż przed zmierzchem. Po
kilku godzinach, bardzo wczesnym rankiem, budziła się do udawanego życia
niczym zombie. Niedaleko był dworzec kolejowy, z którego autochtoni
przemieszczali się dzień w dzień do Warszawy, by zarobić na bułkę z masłem. Ewentualnie z szynką. Teraz, w środku nocy, wciąż jeszcze było
pusto i cicho. Zresztą później też tu tak będzie, w końcu zbliżał się
świąteczny dzień, szczęsny czas chwalenia Pana i okadzania grillowymi
kadzidłami bożka konsumpcji.
Wyszedłem przed dom i zapaliłem. Po raz kolejny przyszło mi do głowy, że
w takiej chwili mógłbym zrobić wszystko. Krzyczeć. Rozebrać się i stanąć
nagi na środku Sienkiewicza. Położyć się na ulicy, by poczuć stary,
pamiętający wojenne czasy bruk. W gruncie rzeczy byłem sam, w każdym
tego słowa znaczeniu, więc mogłem robić wszystko. "Pozostaliśmy sami,
bez taty, bez mamy", zanuciłem. Właściwie czemu pamiętam tylko
najbardziej bzdurne piosenki? I zaraz: "Na kłopoty i na troski pijcie
browar ciechanowski". Jasne. Teraz jest ciechan, a nie zamkowe - i jasny, i miodowy, i jakiego kto tylko sobie zażyczy. Wróciłem do domu,
zapakowałem się znowu do łóżka. Śniła mi się wietnamska dżungla.
Chyba... Sajgon... Dobra, to już było.
Przebudzenie sponiewierało mnie. W ostatnich miesiącach z coraz większym
trudem zwlekałem się z łóżka. Tłumaczyłem to sobie brakiem witamin czy
magnezu, tak było bezpieczniej. Miałem niczym niezmąconą pewność, że
tego dnia nie stanie się nic. Chyba że Doda zjedzie do miasta, ściągając
za sobą tabuny paparazzich. Albo kibice ćwiczący przed Euro podlany
alkoholem doping zrobią dym. Albo zjawi się ze swą biznesową świtą
doktor Kostrzewa, od jakiegoś czasu kreowana na zbawczynię Ciechanowa i okolic. Jednak szansa, że stanie się to akurat w dzień Bożego Ciała,
była nikła. Zresztą, co mnie to właściwie obchodzi?
Przez chwilę myślałem, by darować sobie poranne rytuały. Jednak wszedłem
pod prysznic i stałem chwilę pod strugami gorącej wody. Postanowiłem się
też ogolić, co robiłem rzadko i niechętnie. Z lustra spoglądał na mnie z lekka wymięty czterdziestoletni facet, którego pociągłą twarz znaczyły
głębokie bruzdy wokół ust i dwie poziome krechy na czole. To ja, taki
stary i złachany? Moje własne zdawały mi się tylko oczy, intensywnie
zielone. Przeczesałem dłonią gęsto poprzetykane siwizną włosy, za
długie, falujące we wszystkie strony. Przydałby się fryzjer. A co mi
tam, przecież nie jestem żadnym metroseksualnym typem, żeby podziwiać
samego siebie. Nie ma to jak drobny wkurw z rana. Dokończyłem, co
zacząłem.
Nastawiłem wodę na kawę, zrobiłem sobie śniadanie - klasyka rocka, czyli
jajecznica na boczku. Skończyłem jeść, zapaliłem. Spojrzałem na zegarek.
Zbliżała się ósma, nie zrobiło to na mnie większego wrażenia.
Wiedziałem, że koledzy przyzwyczaili się do moich spóźnień, poza tym
dziś było święto. Po raz kolejny dałem się wrobić w nadprogramowy dyżur,
bo przecież nie miałem żony, dzieci, nikt mnie nie ograniczał, do nikogo
nie było mi spieszno i takie tam wkurzające argumenty kumpli. Ale z jakiej niby racji miałem być karany za to, że jestem sam? Choć, prawdę
mówiąc, nie do końca byłem sam, miałem babkę Felicję, niezniszczalną.
Przeżyła jedną wojnę prawdziwą i jedną jaruzelską, przeżyła nawet swoją
jedyną córkę, prawdopodobnie mnie też przeżyje. "Stary, dobry,
przedwojenny materiał", zwykła mawiać, odpalając jednego papierosa od
drugiego i dyskretnie popluwając fusami z kawy nieodmiennie parzonej po
turecku.
Wyszedłem przed blok i spojrzałem na czarne mitsubishi eclipse, jedyny
luksus, na który jakiś czas temu sobie pozwoliłem. Postanowiłem jednak
się przejść. Poranek był rześki, niespecjalnie ciepły, ale w miarę
przyjemny. Sienkiewicza nadal była niemal pusta, do dworca autobusowego
minąłem ledwie kilka osób. Ani mnie to dziwiło, ani smuciło. Przeciąłem
skrzyżowanie i poszedłem w stronę mostu nad Łydynią - kiedyś nazywał się
1 Maja, teraz 3 Maja. Z lewej strony naciskało na mnie wzgórze, w które
wieki temu wbito strzelistą bryłę kościoła farnego. Z prawej zaś
rozłożyła się murawa miejskiego stadionu, na której dokonywałem niegdyś
czynów heroicznych. Dalej, za drzewami, majaczył kościół parafialny,
przed którym krzątali się ludzie przygotowujący ołtarz przed procesją.
Wzruszyłem ramionami.
Idąc przez plac Kościuszki, natknąłem się na Czesia Kolesia, wiekowego
menela, który - odkąd pamiętam - pałętał się po mieście, choć na dobrą
sprawę dawno już powinien pójść do piachu. Ot, biologiczna anomalia. Jak
zwykle chciał wysępić fajkę.
- Nie palę - rzuciłem, choć przecież nie raz, nie dwa częstowałem go
papierosami.
- No, władza nie pali, świat się, kurwa, kończy.
Czesia Kolesia, który zazwyczaj nie pamiętał, co działo się kilka godzin
wcześniej, lekko zniosło w lewo. Wyminąłem go i powlokłem się na
komendę. Miałem nadzieję, że dziś spokojnie przesiedzę cały dyżur za
biurkiem, grając w nieskomplikowane gry, by później wrócić do domu i,
popijając piwo, czytać książki ze stosu, który wciąż rósł przy łóżku. Na
samej górze leżała nowa powieść Mariusza Czubaja.
Zagadałem do dyżurnego przy furtce, spytałem, jak tam żona i dzieciaki,
choć właściwie nie wiedziałem, czemu to robię, bo przypadki jego familii
nie interesowały mnie ani trochę. Zatrzymałem się na pogaduszki chyba
tylko po to, aby opóźnić moment wejścia do fabryki. Nie spiesząc się,
doszedłem do pokoju, który dzieliłem z dwoma kolegami. Odpaliłem komp,
po czym ruszyłem do klitki socjalnej zrobić sobie kawę. Z kubkiem w ręku
zatrzymałem się w drzwiach. Za moim biurkiem siedział Szybki Romek.
Skrzywiłem się lekko na jego widok. Nie lubiłem go. Z wzajemnością.
- Co jest grane? - spytałem, wyburczawszy wcześniej powitanie.
- Ooo, podkomisarz Konrad Rowicki raczył się zjawić.
Wiedziałem, że Romek nie może znieść, że jest niższy stopniem.
- Złaź z mojego fotela i mów, o co chodzi - postawiłem kubek z kawą na
zawalonym papierami biurku. - Bo chyba nie wpadłeś, żeby sobie ze mną
pokonwersować z rana? - wiedziałem, że nic tak nie irytuje Szybkiego
Romka jak wyszukane słownictwo. Miał kompleksy chłoptasia, który z ledwością zmęczył maturę w liceum dla dorosłych, wielkie jak Chrystus w Świebodzinie.
- Młoda laska strzeliła samobója - rzucił. Powoli podniósł się z siedziska. - Głównodowodzący powie ci więcej.
Zatkało mnie. Po chwili poczułem, że tętno gwałtownie mi skacze. Spokój,
tylko spokojnie.
- Trochę szacunku dla zmarłej! - wybuchnąłem. Opanowałem się jako tako i już neutralnym tonem zapytałem: - To on jest dzisiaj w fabryce?
- Euro się zbliża, czuwamy.
To sobie czuwajcie, pomyślałem, ale zachowałem tę błyskotliwą ripostę
dla siebie.
Szef, którego nazywaliśmy Głównodowodzącym, formalnie był drugi po
komendancie. Po bogu, jak zwykł mawiać Szybki Romek. Ale jaki to bóg,
ledwie bożek powiatowej jednostki. Głównodowodzący, czyli młodszy
inspektor Krystian Gajowniczek. Wlokąc się do gabinetu przełożonego,
zastanawiałem się, czemu nie zmienił nazwiska. Mógłby wziąć po żonie -
Stalmawskiej. Mimo wszystko lepiej by to brzmiało, poważniej, bardziej
bojowo.
Bez pukania wszedłem do sekretariatu. Kinga zawzięcie piłowała paznokcie
jednorazowym pilnikiem.
- Czołem. Wiesz, o co chodzi? - zapytałem.
Sekretarka spojrzała na mnie z lekka nieprzytomnym wzrokiem. Ciekawe, co
robiła wczoraj wieczorem. Coraz mniej orientowałem się w zwyczajach
dwudziestokilkuletnich kobiet i, prawdę powiedziawszy, miałem z roku na
rok mniejszą ochotę, by je poznawać. I zwyczaje, i dwudziestokilkuletnie
kobiety.
- Hej. Ja tam nic nie wiem, poza tym, że jest mocno wkurwiony -
wyszeptała.
Z trudem tolerowałem bluzgi w ustach kobiet. Szczególnie tych co
bardziej dekoracyjnych. Tym razem jednak powstrzymałem się od
komentarza, nie chciałem wyjść na starego dziada moralistę.
Gajowniczek stał przy oknie. Nie zareagował na moje powitanie. Doskonale
znałem jego zagrywki i humory, więc klapnąłem na krzesło i spokojnie
czekałem na rozwój wypadków. Wreszcie Głównodowodzący oderwał się od
kontemplowania wątpliwej urody zaokiennych widoczków, usiadł za biurkiem
i splótł dłonie.
- Dobrze, że wreszcie jesteś - zaczął.
Taki spokojny, nieomal przyjacielski początek rozmowy nie wróżył niczego
dobrego. Byłem przyzwyczajony do wrzasków Krystiana - niewielkiego
wzrostem, grubawego faceta, który w ten nieskomplikowany sposób próbował
stać się większy. Na wszelki wypadek zacząłem przeglądać w pamięci
katalog swoich licznych przewin.
- Mamy problem - wycedził.
Czy on nie potrafi normalnie rozmawiać, powiedzieć w krótkich,
żołnierskich słowach, o co chodzi, wydać prostych i jasnych rozkazów?
Przecież raz do roku ponoć nawet zwierzęta mówią ludzkim głosem.
Wykonałem ręką gest, który mógł znaczyć cokolwiek. Czekałem. W czekaniu
byłem przecież dobry. Lata praktyki.
Głównodowodzący skupił się na przeglądaniu papierów rozrzuconych na
biurku. To jedno nas łączyło, specyficzne podejście do dbałości o porządek. Wreszcie westchnął, wbił we mnie wzrok i zaczął mówić:
- Mamy problem, bo mamy trupa. Te sprawy - frazy "te sprawy" używał jako
przecinka. Cóż, lepsze to niż najpopularniejsze między Odrą a Bugiem
słówko powszechnie uznawane za obelżywe.
- Trupa? - udałem zdziwienie. - A myślałem, że Smuda do nas jedzie. I Piszczek, i Lewy. A prezydent pewnie dostał spazmów...
- "Spazmy"... Skąd ty bierzesz takie słowa? - zirytował się Gajowniczek.
- Z książek - nie zamierzałem mu odpuszczać. - To takie coś, co w razie
potrzeby świetnie przydaje się do podkładania pod nogi kolebiących się
stołów.
- Pieprzony intelektualista się znalazł - wysyczał. - Nie przeginaj,
żeby ktoś cię nie przegiął.
Uśmiechnąłem się szeroko. Od dawna przestałem reagować na zaczepki i komentarze dotyczące mojego sposobu życia i bycia, pogodziłem się z tym,
że w robocie raczej za mną nie przepadają, zaakceptowałem wątpliwy dar
zrażania do siebie ludzi. I nie zamierzałem w jakikolwiek sposób się
zmieniać. Bo właściwie po co? Na karierze od dawna już mi nie zależało.
Zresztą, jakąż to karierę można zrobić w prowincjonalnej jednostce
policji?
- Więc nie, tym razem nie chodzi o piłkę nożną - ciągnął szef.
Przypomniałem sobie bohatera kryminałów, policjanta, który nieustannie
poprawiał błędy językowe kolegów, i już chciałem rzucić, że nie zaczyna
się zdania od "więc", ale w ostatniej chwili ugryzłem się w język. Z rzadka, ale jednak włączał mi się instynkt samozachowawczy.
- Mamy trupa - powtórzył, jakby nie był pewien, czy ta fatalna jak
niechybna klęska naszej reprezentacji na Euro wiadomość dotarła do mnie
z dostateczną mocą.
Poderwał się z fotela i znowu stanął przy oknie. Chyba naprawdę nie
jest dobrze, przemknęło mi przez myśl. I dobrze nie było. Odwrócił się
do mnie i zaczął mówić:
- Kojarzysz wiceprezydenta Stanisława Dudka, on ma córkę, której na
imię... - podszedł do biurka i znowu zaczął nerwowo grzebać w papierach.
- Gdzieś tu miałem zapisane.
- Mniejsza o imię. O co chodzi? - nie zdzierżyłem.
Zignorował moje pytanie. Mrucząc pod nosem, metodycznie przerzucał
papiery. Taki typ, zawzięty.
- Mam! - wrzasnął. - Jowita! Trzeba być naprawdę powalonym, żeby
unieszczęśliwić dziecko takim imieniem. Jowita Dudek. Nieźle.
Westchnąłem, dogrzebując się do najgłębszych pokładów cierpliwości.
Policzyłem w myślach od dziesięciu do jednego i spytałem znowu:
- I co z tą Jowitą Dudek?
- Dziś rano ojciec znalazł ją w łazience. Sztywną w wannie. Podcięte
żyły. Te sprawy.
- Więc jak te sprawy, to nie ma sprawy - zrymowałem kulawo.
W sytuacjach stresowych zawsze reagowałem tak samo - bzdurnymi tekstami,
żenującymi rymowankami, które mój profesor z UJ-otowskiej polonistyki,
Marian Stala, na pewno skwitowałby wiele mówiącym skrzywieniem pulchnych
ust. A to właśnie była dla mnie sytuacja stresowa. Spokojnie znosiłem
niemal wszystko: zmasakrowane ciała pijaczków, którzy w alkoholowym
widzie rzucali się na siebie z czym popadnie, rozdęte, śmierdzące
truchła topielców, rozkładające się ciała samotnych staruszków, o których wszyscy zapomnieli... Ale zwłoki samobójców nieodmiennie
wprawiały mnie w nieopanowany dygot, rozwalały psychicznie. Nie bez
powodu.
- Wygląda to na oczywistą historię, ale na wszelki wypadek jedź do nich
i pogadaj z rodzicami - powiedział.
- Dlaczego ja? Czemu nie Szybki Romek? - nie chciałem poddawać się bez
walki, chociaż zdawałem sobie sprawę, że szanse na wygraną mam nikłe.
Gajowniczek nie zwykł zmieniać raz podjętej decyzji.
Szef prychnął i zaczął gwałtownie machać ręką, jakby opędzał się od
natrętnego mola chcącego wgryźć się w materiał odprasowanego na sztywno
munduru.
- Nie nazywaj go tak! Aspirant Roman Małochleb! Tak masz o nim mówić!
Ile razy mam ci powtarzać, że nie chcę kwasów w drużynie, a ty ciągle
wszystkich wkurwiasz - uspokoił się nieco, przestał wymachiwać witkami.
- Romek średnio się nadaje, tu trzeba delikatnie, bo to i sprawa... no,
sam rozumiesz, i ojciec polityk.
Tu go bolało. Jak w każdej pipidówie, wszyscy trzęśli portkami przed
byle lokalnym urzędasem, żeby tylko nie stracić ciepłych posadek.
- Dobra, będzie delikatnie jak w salonie tajskiego masażu - powiedziałem
i wyszedłem, nim zdążył otworzyć usta.
Nie musiał mi tego robić, ale z właściwym sobie wyczuciem właśnie to
zrobił. W gruncie rzeczy nie powinienem się spodziewać niczego innego.
To ja tu robiłem za bystrzaka, on był tylko administratorem, sprawnym,
co przyznaję z niejaką niechęcią. Przez myśl przeleciało mi, że być może
Głównodowodzący wymyślił jakiś chytry plan, którego miałem być częścią.
Jednak myśl, jak to myśl, przeleciała i uleciała.
Zszedłem na dół i wziąłem nieoznakowany wóz. Wprawdzie wszyscy w Ciechanowie i okolicach wiedzieli, że to policyjna bryka, ale teraz i tak nie miało to znaczenia. W pierwszej chwili chciałem przejechać koło
Krubina bez zatrzymywania się, ale nie dałem rady. Zaparkowałem koło
niewielkiej plaży i patrzyłem na glinianki, ciechanowskie Lazurowe
Wybrzeże... Maria je lubiła...
Kiedyś.
Ruszyłem z piskiem opon i o mało nie władowałem się w bok busa. Kierowca
pokazał mi faka. Spiesz się, spiesz, bo na cmentarz nie zdążysz,
rzuciłem za nim zgryźliwie. Za laskiem krubińskim skręciłem w prawo, w nie najlepszą drogę. Kolebałem się wolno na wybojach i rozglądałem
dokoła, nigdy w tym miejscu nie byłem, widywałem je tylko z daleka, z okien samochodu albo pociągu. Kiedyś były tu pola, a teraz powoli
wyrastało kolejne chaotycznie rozplanowane podmiejskie osiedle domków.
Kto miał trochę kasy, inwestował w działkę i wynosił się za miasto.
Ludzie szukali spokoju albo zwyczajnie ciągnęło ich do grzebania się w ziemi, sadzenia kwiatków i krzewów, plewienia, doglądania rocznych
przyrostów, wypatrywania jakże szczodrych darów natury, beznadziejnej
walki ze szkodnikami i kretami. W końcu w całym tym, pożal się Boże,
mieście prawie wszyscy pochodzili ze wsi.
Do domu Dudków nie było trudno trafić, stał przed nim radiowóz, van
techników i samochód żuków gnojarzy. Szybcy byli. Zanim wysiadłem,
przyjrzałem się rezydencji. Chałupa kiepsko udawała szlachecki dworek,
który otaczały solidne ogrodzenie z kamieni i drewnianych dech oraz
wypielęgnowany ogród. Niby prostota, trochę na pokaz, ale bez przesady.
Widywałem w okolicy zdecydowanie większe kurioza architektoniczne.
Posterunkowy Tadeusz Nowak stał przy otwartej na oścież furtce i rzygał
wprost na niedawno skoszony, świetnie utrzymany trawnik. Miał taki
feler, że mimo kilku lat służby nie potrafił zaimpregnować się na
koszmary, z którymi przychodziło mu się stykać. Wysyłali go raz po raz
do psychologa, ale nieodmiennie okazywało się, że psychika
posterunkowego Nowaka jest stabilna jak wartość złota w niespokojnych
czasach kryzysu. Tyle tylko, że nad odruchem trzewi nijak nie umiał
zapanować. Wszyscy się już do tego przyzwyczaili, docinki spowszedniały,
pozostała tylko niezbyt wyszukana ksywka - Żyguli.
- Aż tak źle? - poklepałem go po plecach i wyciągnąłem w jego stronę
paczkę chusteczek. - Poczęstowałbym cię jakąś wódeczką, ale wyjątkowo
nie wziąłem piersiówki.
- Konrad, daj spokój...
- Czyli źle?
- Ona jest goła.
Ciekawostka, gołej dziewczyny nie widział. Musiałem się natychmiast
opanować, przestać wymyślać bzdurne teksty, okiełznać stres i po prostu
skupić się na robocie. Rutynowe czynności śledcze, nuda procedur, tylko
to mi mogło teraz pomóc.
Zostawiłem Nowaka z jego gastryczną karmą i ścieżką wykładaną
precyzyjnie dopasowanymi kamieniami poszedłem w stronę domu. Na ganku
stał szef techników, palił papierosa, strzepując popiół do pudełka po
zapałkach. Co to jednak pracownicze nawyki robią z człowiekiem - zawsze
dba, żeby nie zapaskudzić miejsca zbrodni, choć pewnie całkiem
bezwiednie.
- Czołem. Nie ma to jak popracować przy święcie, co?
Leszek Koziej uśmiechnął się od ucha do ucha.
- Eee, mnie to nawet pasuje, bo po procesji mieliśmy jechać na obiad do
teściowej i znowu musiałbym słuchać jej pierdoletów o tym, jak to źle
wychowujemy dzieci i jak fatalnie moja praca wpływa na zdrowie
psychiczne rodziny.
Proszę bardzo, jak miło spotkać choć jednego człowieka zadowolonego z życia i pozytywnie nastawionego do pracy w nielimitowanym wymiarze
godzin, pomyślałem.
- Znaleźliście coś ciekawego?
- Nie było specjalnie czego szukać. Ewidentny samobój, co potwierdził
zimny chirurg. Podcięte żyły... Znaleźliśmy skalpel, którym się
pochlastała. Wygląda na to, że zrobiła wszystko, żeby nikt jej
przypadkiem nie odratował.
- Biernacki był? - upewniłem się, czy do sprawy skierowano mojego
ulubionego łapiducha.
- Tak, ale już się zwinął.
- Mówił coś ciekawego?
- On nigdy za wiele nie mówi - Koziej się zaśmiał. Zaczął pieczołowicie
gasić papierosa, syknął, gdy poczuł żar przez tekturę.
- Fakt, nie pamiętam, by kiedykolwiek powiedział za jednym razem więcej
niż trzy zdania.
- Jakbyś go dziś słyszał. Nasz doctore rzekł, cytuję:
"Najprawdopodobniej samobójstwo. Orientacyjny czas zgonu: między godziną
trzecią a dziewiątą rano. Więcej po sekcji".
Karol Biernacki do specjalnie rozmownych nie należał, ale w pracy był
perfekcyjny. Właściwie to nawet lepiej, że nie gadał zbyt wiele,
przynajmniej nie drażnił mnie absurdalnym poczuciem humoru, które
uwielbiało wielu znanych mi lekarzy.
- Wychodzi na to, że jestem na miejscu ostatni - stwierdziłem. Nie był
to specjalny powód do narzekań.
- O, nie - Koziej odpalił następnego papierosa. Podobnie jak ja miał
gdzieś modę na niepalenie. Zresztą akurat w tej mieścinie wszyscy
generalnie mieli wszystko albo prawie wszystko gdzieś, co, trzeba
przyznać, czasami czyniło życie całkiem znośnym. - Jeszcze nie raczyła
nas nawiedzić szanowna prokuratura.
Czemu mnie to nie zdziwiło? Szanowna prokuratura zapewne miała przy
święcie dużo ciekawsze zajęcia niż oglądanie solidnie martwych
nastolatek. Zastanawiałem się, co robić - czy zacząć rozpytywać
rodziców, czy czekać na krawaciarza. Wyjątkowo postawiłem na działanie.
- Mogę już tam wejść? - nie musiałem wyjaśniać technikowi gdzie.
- Marek jeszcze strzela foty, ale pewnie, idź.
Pchnąłem masywne drewniane drzwi z wmontowanym dziwacznym panelem z matowego szkła, który nijak się miał do dworkowej konwencji. Mogli
sobie zapodać żeliwną kołatkę z łbem lwa, przemknęło mi przez głowę,
ale zaraz przywołałem się do porządku, powtarzając mantrę: rutynowe
czynności śledcze, rutynowe czynności śledcze...
- Gdzie to jest? - spytałem Kozieja.
- Korytarz w lewo, pierwsze drzwi.
Wszedłem. Obszerny hall zamykały kręcone schody prowadzące na poddasze.
Wąskie korytarzyki odchodziły na prawo i lewo. Zanim jako tako
zorientowałem się w przestrzeni, zobaczyłem przed sobą wiceprezydenta
Dudka. Znałem jego fizis drobnego cwaniaczka ze zdjęć w "Tygodniku Ziemi
Ciechanowskiej". Wysoki, dość szczupły i lekko przygarbiony. Nie byłem
pewien, czy już wcześniej nie nosił się zbyt prosto, czy też dzisiejszy
poranek przygiął go do ziemi.
- Pan... - ni to spytał, ni zagaił.
- Podkomisarz Konrad Rowicki, Komenda Powiatowa Policji w Ciechanowie.
Chciałem tylko machnąć mu przed oczami legitymacją, jak to zwykłem
robić, ale przechwycił ją w locie. Cóż za refleks! Przez chwilę
wpatrywał się uważnie w dokument, potem podał mi go, trzymając w dwóch
palcach niczym usyfioną smarkami chusteczkę jednorazową wielokrotnego
użytku.
- Taaak...
Zacząłem się zastanawiać, czy Dudek jest w stanie wydusić z siebie
cokolwiek poza monosylabami. Pewnie był w szoku. Najwyższy czas ku temu,
żebym przejął inicjatywę.
- Chciałbym z panem porozmawiać. I z pana żoną. Tylko najpierw rzucę
okiem na...
Zawiesiłem się, no, zawiesiłem. Szukałem słowa, które całkiem się
zagubiło.
- Oczywiście, ale z moją żoną to pan podkomisarz dzisiaj raczej nie
porozmawia - powiedział wiceprezydent i odwrócił się na pięcie.
A jednak zapamiętał moją wątpliwego znaczenia szarżę. Chyba nie był w szoku. Kawał twardego sukinsyna? Kto wie, ludzie bardzo różnie reagują
na sytuacje stresowe. Skręciłem w korytarz po lewej. W uchylonych
drzwiach błyskało. Łazienka była wielka niczym pokój w moim mieszkaniu.
Jedyny. Jasnozielona glazura od podłogi po sufit. Lustra, dużo luster.
Umywalka i bidet. Podwieszany sufit z mikroskopijnymi oczkami lampek.
Duża kabina prysznicowa, pewnie z biczami wodnymi, masażami i innymi
bajerami...
- Cze - technik wreszcie mnie zauważył.
Nie odpowiedziałem. Skupiłem się, skoncentrowałem, by zmusić samego
siebie do spojrzenia tam... Porażająca biel wanny i czerwień wody.
Czarne, długie włosy pływające niczym wodorosty, nienaturalnie białe
kolana... Czemu, Ofelio, nie poszłaś do klasztoru...
- Ale syf - Marek jakby czytał w moich myślach.
Nie mogłem wydusić z siebie słowa. Odwróciłem się na pięcie, wróciłem do
hallu, oparłem czoło o ścianę. Była lekko chropowata, chłodna. Oddychać,
oddychać, liczyć każdy wdech i wydech, tak jak mówił lata temu
terapeuta. Oddychałem, liczyłem... Puściło.
W pierwszej chwili chciałem wyjść na zewnątrz i zapalić, ale wiedziałem,
że to kiepski unik. No dobrze, wiedziałem, że jeśli wyjdę, to już nie
wrócę do tego pseudodworku. Przez drugi korytarzyk dotarłem do salonu.
Był tam Dudek, była jego ślubna, był skórzany wypoczynek za wiele
średnich krajowych i plazma wielka jak Bitwa pod Grunwaldem.
- Dzień dobry.
Nie ma to jak kretyński tekst na początek. Ale przynajmniej trzymałem
się konwencji typu: gość w dom... W sensie - w dworek.
- Se pan daruje - powiedział Dudek.
"Se"? Wyszło szydło z worka, a słoma z butów. Szydło - bo już byłem
stuprocentowo pewien, że pan wiceprezydent wcale nie jest nadmiernie
wstrząśnięty śmiercią jedynaczki albo wstrząśnięty jest w stopniu
znikomym, a słoma... "Kondzio, syp słomę pod krzaki porzeczek",
dźwięczał mi w uszach chrapliwy głos Felicji musztrującej mnie przy
pracach w ogródku. Słomą postanowiłem zająć się później. O ile,
oczywiście, będę zmuszony zająć się prześwietlaniem historii życia pana
Dudka.
- Muszę zadać państwu kilka pytań - starałem się brzmieć zimno, a zarazem kojąco jak Kurt Wallander ze szwedzkiego serialu.
Spojrzałem na żonę Dudka, siedziała wbita w kąt rozległej kanapy,
obejmowała ramionami kolana i kiwała się miarowo. Skądś to znałem, ale
nie chciałem dopuścić do siebie myśli, w jakich okolicznościach nabyłem
tę wiedzę. Stałem na środku salonu i czekałem, kiedy wróci do mnie to,
co nieuniknione. Ale nim powróciło, Dudek wziął mnie pod ramię i pociągnął za sobą. Właściwie podpadało to pod naruszenie nietykalności
fizycznej funkcjonariusza na służbie, ale metaforycznie machnąłem na to
ręką.
- Chodźmy do mojego gabinetu - nie musiał tego mówić, ale tacy ludzie
jak on lubili konkrety, tautologie pod wszelkimi postaciami.
W naszym mieszkaniu w Krakowie nie było gabinetu, a tym bardziej w chałupince Felicji. Może to i nawet lepiej. Coś, co Dudek nazwał
gabinetem, było niewielkim pokojem, w którym stało masywne biurko z imponującym skórzanym siedziskiem do kompletu, dwa fotele obok
niewielkiego stolika kawowego i regał ciasno wypchany książkami.
Ciekawe, czy faktycznie czyta, czy to tylko na pokaz, przeleciało mi
przez głowę. Miałem ochotę przeciągnąć palcem po grzbietach, aby
przekonać się, czy nie jest to przypadkiem atrapa, ale powstrzymałem się
w ostatniej chwili. Nad biurkiem wisiało wielkie poroże jelenia.
Myśliwy? W całej swojej mizernej karierze strzelałem raz, nie trafiłem,
ale ten, który mierzył do mnie, też chybił. Więc, niestety, wciąż żyję i muszę wymyślić jakieś sensowne pytanie. Jakiekolwiek. Kiedy usiedliśmy w fotelach, bez zastanowienia wypaliłem:
- Co pan robił dziś wczesnym rankiem? - zanim wybrzmiał mój głos,
wiedziałem już, że jestem ciężkim kretynem. Dudek nie podobał mi się,
pewnie dlatego nie mogłem się zdobyć na zalecaną przez Głównodowodzącego
delikatność, a może w ten właśnie prymitywny sposób odreagowywałem
stres. Nie ma co, pełen profesjonalizm.
Wiceprezydent spojrzał na mnie spode łba, przez jego twarz przebiegło
kilka nerwowych grymasów, ale szybko się opanował.
- To bardzo nietaktowne pytanie - powiedział cicho.
W pierwszej chwili chciałem go przeprosić, ale uznałem, że nie ma sensu
od razu przechodzić do defensywy, tym bardziej że byłem pewien, że
specjalnie mocno go nie uraziłem.
- W takiej sytuacji jak ta nie ma taktownych pytań.
- Dobra, pytaj pan, miejmy już to z głowy - wiceprezydent zaczął
pieczołowicie podwijać rękawy koszuli, jakby szykował się do pojedynku
na pięści.
- To gdzie pan wtedy był?
- W łóżku, a gdzie miałem być? Dzisiaj święto, nie musiałem się zrywać
skoro świt. Żona potwierdzi, jakby to pana podkomisarza interesowało. To
znaczy teraz raczej nie potwierdzi, ale pewnie potem. Kiedyś potem.
Czyżby pan wiceprezydent zaczynał się plątać?
- Co było później? - zapytałem i zaraz w myślach skląłem się grubym
słowem. Już bardziej niekonkretnego pytania chyba nie byłem w stanie
zadać.
- Wstałem około siódmej, żona jeszcze spała. Ona lubi gnić w łóżku do
późna - wyczuwałem w jego głosie niechęć do połowicy. - Wypiłem kawę,
przegryzłem tost. A potem mnie coś tak jakby tknęło. Jowita wczoraj była
na imprezie, chciałem sprawdzić, czy wróciła do domu.
- A zdarzało się, że nie wracała? - drążyłem.
- Panie, to dorosła kobieta jest... była - płynnie zmienił czas
teraźniejszy na przeszły. Jak na mój gust, zbyt płynnie. - Po maturze.
Na siłę w domu jej nie trzymałem.
Dorosła jak dorosła.
- Sprawdził pan i...?
- W sypialni jej nie było, ale łóżko było rozgrzebane, a ciuchy
śmierdzące petami wisiały na krześle. Pomyślałem, że jest w łazience.
Stanąłem przy drzwiach i zapytałem, czy chce śniadanie. Nie
odpowiedziała, pchnąłem drzwi i...
Wbił wzrok w regał, jego prawa noga nerwowo podrygiwała. Nie zamierzałem
dręczyć go ponad miarę, nie chciałem, żeby opisywał to, co zobaczył. I co ja też widziałem. Choć lata temu mój terapeuta zapewniał, że słowa
mają wielki dar leczenia, tonowania emocji. Gówno prawda.
Odwrócił twarz w moją stronę i spytał głuchym głosem:
- Dlaczego ona to zrobiła?
- Będziemy to wyjaśniali. Czy córka miała ostatnio jakieś problemy?
- Nie sądzę - odparł szybko. - Dostawała, co tylko chciała, dobrze się
uczyła, na prawo miała pójść.
- A może z kimś się kłóciła? Zna pan jej kolegów, przyjaciół? Chłopaka?
- Nie bardzo - uciekł wzrokiem. - To raczej żona się w tych jej
znajomościach rozeznawała. Ja nie mam za dużo czasu, wie pan, służba
publiczna...
Aha, publiczna... Raczej ciężka, wytężona praca ku chwale i pożytkowi
rodu Dudków.
- Porozmawiam z pana żoną... we właściwym czasie.
- Nie dzisiaj? - zdziwił się Dudek. - Myślałem, że sprawa zostanie
szybko zamknięta.
- Śledztwo to nie skręcanie długopisów, trudno powiedzieć, ile potrwa -
rzuciłem.
Wiceprezydent zamruczał coś niewyraźnie pod nosem. Już chciałem zapytać,
w czym problem, kiedy w drzwiach stanął Żyguli, który najwyraźniej jako
tako doszedł do siebie. Choć wyraźnie ciągnęła od niego kwaśna woń.
- Prokurator przyjechał.
Powiedziałem wiceprezydentowi, że jeszcze wrócimy do rozmowy, i wyszedłem na spotkanie prawnika, który wyjątkowo nie występował w korporacyjnym mundurku. Prokurator Tadeusz Nowicki wyglądał tak, jakby
ściągnięto go wprost z pola golfowego. Miał na sobie krótkie lniane
spodnie i beżową koszulkę polo z krokodylem na piersi. Ze względu na
powagę urzędu mógłby przynajmniej zamienić gatki na długie. Rzucił
niewyraźne "dobry", nie raczył mi podać ręki. Nie zdziwiło mnie to
wcale. Od razu przeszedł do konkretów, spiesząc się tak, jakby w samochodzie czekało na niego zaryczane dziecko. Nie czekało, Nowicki był
notorycznym, bezdzietnym kawalerem. Obejrzał łazienkę, pochylił się nad
ciałem Jowity, porozmawiał chwilę z Dudkiem na osobności, a potem, już w drzwiach, rzucił, że koniecznie chce być informowany o wszelkich
czynnościach podejmowanych w śledztwie. I już go nie było. Został po nim
tylko wolno opadający tuman kurzu, który wznosiła mknąca ku szosie
beemka. Zastanowiło mnie, dlaczego prokurator, który zwykle nie wnikał w robotę policjantów, byle kwity jako tako się zgadzały, aż tak bardzo
zainteresował się tym dochodzeniem. Nie wróżyło to niczego dobrego.
Postanowiłem, że będę się tym martwił później.
Technicy powoli kończyli swoją robotę. Żuki gnojarze niecierpliwie
dreptali przed drzwiami. Nagle obok mnie zmaterializował się Dudek.
Niczym duch zgnębionego ojca. Z tandetnej inscenizacji sztuki Szekspira
w prowincjonalnym teatrze.
- Gdzie zabieracie... - głos mu się załamał. Nie był więc aż tak zimnym
sukinsynem. - Gdzie zabieracie Jowitę? - dokończył nie bez trudu.
Nie cierpiałem przekazywać tego rodzaju informacji, ale cóż było robić,
musiałem.
- Do zakładu medycyny sądowej. Zrobią tam sekcję zwłok.
- Będziecie kroić moją córkę? - brwi Dudka podjechały nieomal na czubek
pokrytej rzadkimi włosami głowy.
- Takie są procedury w tego rodzaju przypadkach.
- Nie pozwolę - wysyczał, zbliżając się do mnie z zaciśniętymi
pięściami.
- Przykro mi - rozłożyłem ręce.
Wiceprezydent zastygł w bezruchu.
- Zaraz dzwonię do komendanta.
Westchnąłem. Wiedziałem, że to zaklęcie prędzej czy później padnie.
Wprawdzie miałem jeszcze w planach przeszukanie pokoju dziewczyny, ale
uznałem, że w tym momencie będzie zdecydowanie lepiej, jeśli zniknę panu
wiceprezydentowi z oczu. Na odchodne poprosiłem tylko Kozieja, aby jego
ludzie dokładnie obejrzeli, obfotografowali i zaplombowali pokój
dziewczyny. Tak na wszelki wypadek.
Nie spieszyło mi się do komendy, jechałem poniżej przepisowej
pięćdziesiątki. Najchętniej w ogóle nie wracałbym tego dnia do fabryki,
tylko zaszył się w mojej zagraconej dziupli. Rozdzwoniła się komórka.
Felicja. Zjechałem na pobocze i odebrałem. Pytała, pokasłując jak dwusuw
leciwej syrenki, czy do niej nie wpadnę. Przez chwilę zastanawiałem się,
co zrobić. Z jednej strony, pogawędka z Felicją pewnie pomogłaby mi
odegnać złe myśli, z drugiej - jak najszybciej chciałem zostać sam.
Wybrałem drugą opcję, wymówiłem się robotą, właściwie nawet zbytnio nie
nałgałem. Nie naciskała, nie jęczała, że ją zaniedbuję, nigdy tego nie
robiła i za to, między innymi, ją uwielbiałem. Nie miałem wyrzutów
sumienia, wiedziałem, że na pewno nie będzie tkwiła sama w domu, gapiąc
się przez okno na ludzi przechodzących ulicą Płońską. Ciągle ktoś ją
odwiedzał - albo przyjaciółeczki, żeby poplotkować przy kawusi i ciasteczku, albo absztyfikanci w wieku poprodukcyjnym z klubu seniora
nazywanego przez babkę z właściwym jej poczuciem humoru Geriatrycznym
Klubem Rozrywki. Umówiliśmy się, że podjadę do niej nazajutrz.
Zaparkowałem przed fabryką, ale zamiast pójść w stronę budynku, ruszyłem
ku Warszawskiej. Z oddali dobiegało zawodzenie kościelnych pieśni,
szuranie stóp powoli przesuwanych po asfalcie. Nie wiem, co mnie tam
pognało. Stałem na chodniku, oparty plecami o mur kamienicy patrzyłem na
przeciągającą procesję. Dziewczynki w białych sukienkach i takiego
samego koloru stroikach, czy jak tam to się nazywa, na głowach sypały z koszyczków płatki kwiatów, wirujące powoli w podmuchach słabego wiatru.
Były tak poważne - i niewinne. Pewnie Jowita Dudek też swego czasu
paradowała po ulicy w podobnej sukienczynie, wyglądała jak aniołek, była
oczkiem w głowie rodzicieli i miała szczęście prawie na stałe wymalowane
na buźce. "Na głowie kwietny ma wianek" - te sprawy, jak rzekłby
Głównodowodzący. Aż wreszcie kilka lat później dopadły ją demony. Niby
historia, jakich wiele, nic specjalnego, nic dziwnego, ale... Dlaczego
to zrobiłaś? - wyszeptałem, powtarzając pytanie Dudka. Przechodząca obok
kobieta z dzieckiem na ręku przyjrzała mi się uważnie, ale pewnie
pomyślała, że się modlę. Dlaczego to zrobiłaś? Pytanie powracało jak
echo z przeszłości, którą, jak mi się zdawało, kiedyś skutecznie
odkreśliłem bardzo grubą kreską.
W kieszeni spodni zawibrowała komórka, odebrałem, nie spoglądając na
wyświetlacz.
- Gdzie ty się podziewasz? - Gajowniczek darował sobie wstępy.
- Zaraz będę - nie zamierzałem się tłumaczyć.
- Od razu wal do mnie.
"Wal do mnie", uwielbiałem wyszukane zwroty frazeologiczne
Głównodowodzącego.
Szef wędrował równo odmierzonymi krokami od ściany do ściany, jakby jego
gabinet był więzienną celą. Nie odbiegało to wielce od prawdy.
- Zadzwonił do mnie komendant, któremu przy obiedzie bardzo popsuł humor
wiceprezydent Dudek.
- I przez to rosół już mu nie smakował? Szkoda jedzenia, bo na przykład
w takiej Afryce... - udawałem głupiego, co czasami wychodziło mi całkiem
znośnie.
- Zamknij się, debilu!
Też mi nowina! Byłem nazywany debilem raz w miesiącu. Może nawet
częściej. Poza tym miałem pewność, że średnio zbolały po stracie
jedynaczki ojciec chwyci za telefon, nim zdążę zatrzasnąć drzwi jego
domu. Spokojnie, nie odzywając się słowem, wysłuchałem dramatycznego
monologu szefa, który opierniczał mnie za rzeczony debilizm objawiający
się brakiem delikatności w rozmowie z Dudkiem. I wyklinał swoich
podwładnych, a mnie w szczególności, od matołów i nieudaczników, którzy
nie są w stanie załatwić jak trzeba nawet najprostszej sprawy. Kiedy,
zasapany, przerwał, rzuciłem krótkie:
- Tak.
Wbiło go w ziemię.
- Co znowu za "tak"?
- W zupełności zgadzam się z szefem.
- Ty mnie, Konrad, nie wkurwiaj, bo wywalę cię z roboty z takimi
kwitami, że w tym mieście nie znajdziesz zajęcia nawet jako śmieciarz.
- Jest jeszcze w okolicy kilka innych sympatycznych miasteczek.
Przasnysz?
- Się zdziwisz.
Wizja pójścia na zasiłek nie przeraziła mnie ani trochę, ale dla
świętego spokoju zmilczałem i zrobiłem minę w rodzaju "taki mały, taki
biedny". Miałem nadzieję, że ma już dość połajanek. Nie byłem tego dnia
w nastroju do wysłuchiwania bzdurnych tekstów.
- W takim razie, jakie są rozkazy wiceprezydenta... chciałem powiedzieć,
komendanta?
Gajowniczek znowu podjął wędrówkę po gabinecie, ale zaraz opadł na fotel
i wbił we mnie wzrok.
- Przypomnij mi, dlaczego ja cię tu jeszcze trzymam.
Byłem pewien, że jest to pytanie retoryczne, ale nie mogłem sobie
odmówić odpowiedzi:
- Ze względu na mój urok osobisty i niezwykłą jak na psa erudycję.
- Zamknij się! - ryknął. Chwycił leżący na biurku długopis i zaczął nim
pstrykać. Trochę mnie to irytowało. - Jutro rozpytasz Dudkową... I jeszcze może ze dwie osoby, ja wiem... Jej wychowawczynię z ogólniaka
lub kogoś tam, żeby było parę kwitów na wszelki wypadek. Poczekasz na
dokumenty od zimnego i jak najszybciej zamkniesz sprawę. Bo nie ma
sprawy. Te sprawy.
Trochę z rzeczownikiem "sprawa" się zaplątał, ale nigdy nie był wybitnym
mówcą. Nie zamierzałem jednak prostować zawiłości jego stylu. Zmyłem się
od razu. W pokoju nie zastałem nikogo, pewnie koledzy pozorowali
działania w terenie. Poczułem głód, ale szansa, że w Boże Ciało uda mi
się znaleźć jakąkolwiek otwartą knajpę, była nikła, nie pozostawało mi
więc nic innego jak ścisły post. To nawet lepiej, w końcu regularną
aktywność fizyczną zarzuciłem już dawno, a czasy, kiedy mogłem objadać
się bezkarnie, odeszły w niepamięć lata temu. Zaparzyłem kolejną kawę,
odpaliłem komputer i w nowym dokumencie wpisałem nagłówek: "Kejs Jowity
Dudek"... A potem zapadłem w iście buddyjski bezruch, dosłownie i w przenośni. Tkwiłem wbity w fotel, gapiąc się tępym wzrokiem w ekran
monitora, bez choćby jednej myśli w głowie. Nie wiem, ile to trwało,
chyba dosyć długo, bo gdy ocknąłem się z letargu, kawa była już zimna.
"Kejs Jowity Dudek", przeczytałem. Na pozór szykowała się krótka piłka,
ale tylko na pozór. Przypomniałem sobie słowa Kozieja: "Ewidentny
samobój". Wypadało jednak podrążyć, rozpytać kilka osób, a to bynajmniej
nie będzie proste jak konstrukcja cepa. Właśnie zaczął się długi
weekend, jeden z wielu podobnych w tym roku, skwapliwie wykorzystywanych
przez rodaków, mających gdzieś szalejący dokoła kryzys, na wojaże po
kraju i okolicach, więc szansa, że szybko dotrę do interesujących mnie
ludzi, była niewielka.
Zastanawiałem się, kogo powinienem odpytać. Psiapsiółki, znajomków,
kolegów z klasy? Świętej pamięci Jowita była w klasie maturalnej, a matura już się skończyła, dzieciarnia mogła się gdzieś rozjechać. Po
pierwsze, musiałem od matki wyciągnąć informacje o znajomościach córki,
a nie miałem pewności, czy z wiceprezydentową da się w najbliższym
czasie porozmawiać, wyglądała na całkiem rozbitą. Po drugie, powinienem
rozejrzeć się w jakże dobrze znanym mi I Liceum Ogólnokształcącym im.
Zygmunta Krasińskiego, co w czas cholernego długiego weekendu może być
trudne do zrealizowania. Same wątpliwe punkty programu. Co masz zrobić
dziś, spokojnie możesz zrobić jutro - przeleciała mi przez głowę jedna z moich ulubionych maksym. Gorkiego.
Do końca szychty z umiarkowanym zapałem produkowałem kolejne dokumenty w zupełnie innej sprawie. Papierologia stosowana, na tym właśnie głównie
opierała się policyjna robota, zresztą nie tylko policyjna.
Przygotowywałem teczkę dla prokuratora. Innego niż ten, którego dzisiaj
miałem wątpliwą przyjemność oglądać. Przypadek był banalny, typowy dla
Ciechanowa, w ogóle dla tego zapyziałego kraju ze śmiesznie europejskimi
ambicjami, choć też tragiczny - z zapłakanymi, zawodzącymi matkami,
żonami i kochankami w tle. Niespełna dwa tygodnie wcześniej w podciechanowskiej wiosce odbywała się cotygodniowa zabawa w remizie.
Atmosferę podkręcał nieśmiertelny discopolowy band Weekend Boys, do
spółki z przemycanym przez Ukraińców spirytusem. Nic więc dziwnego, że w pewnym momencie dwóch niespecjalnie przytomnych dżentelmenów chwyciło
się za koszule, każdy z nich miał przyjaciół, kolegów i znajomków, którzy
postanowili włączyć się do wymiany zdań i ciosów. Zaczęła się bezładna
bójka, podczas której każdy chwytał za to, co akurat miał pod ręką. Na
nieszczęście strażacy ochotnicy spod znaku Waldemara Pawlaka byli
właśnie w trakcie remontu swoich włości i przy remizie stały palety z kostką brukową. Jeden z kogucików złapał kostkę i trafił precyzyjnie w czerep drugiego. Zgon na miejscu, tyle dobrego, że gość się nie męczył.
Na początku, jak zwykle w tego rodzaju przypadkach, sprawa posuwała się
powoli, działała lokalna solidarność. Nikt niczego nie widział, nikt
niczego nie słyszał, a nawet gdyby, to niezbyt wyraźnie, bo przecież pan
władza wie, jak to na zabawie, trochę się wypiło. Istna epidemia
pomroczności jasnej. Do czasu... Na wioskową, mniej lub bardziej
posuniętą w latach kawalerkę - żyjącą zazwyczaj nie wiadomo z czego, to
znaczy głównie z rolniczych rent i emerytur rodziców - zawsze dawało się
coś znaleźć w naszych bazach, tym razem też znaleźliśmy. Niewesoła
perspektywa odwieszenia wyroków w cudowny sposób przywróciła niektórym
uczestnikom bójki pamięć. Wiadomo było, jak zginął dwudziestojednoletni
chłopak, który na jesieni miał się żenić, wiedzieliśmy, kto rzucił
kostką brukową, tylko motywu nie dało się ustalić, bo nikt nie był w stanie stwierdzić, o co właściwie poszło. Typowa zbrodnia po polsku,
przypadkowa, bezsensowna przemoc z ponurym finałem.
Zorientowałem się, że jest już dobrze po czwartej. Nie zamierzałem
siedzieć w robocie dłużej, niż ustawa przewiduje, wymknąłem się chyłkiem
z komendy, aby przypadkiem nie trafić na Gajowniczka. Miałem go już na
dzisiaj serdecznie dosyć, podobnie jak ledwie zaczętej sprawy.
Pomaszerowałem do domu, próbując stłumić wszystkie cisnące mi się do
głowy myśli. Z nie najgorszym skutkiem.
Szwendałem się po mieszkaniu, starając się opóźnić nieuniknione.
Odgrzałem resztkę bigosu z ostatniej dostawy Felicji. Smakował wybornie!
Gdyby spróbowała go Magda Gessler w swoim bzdurnym telewizyjnym
programie kulinarnym, na pewno miałaby malowniczy orgazm na wizji.
Babka, w sensie nie Gessler, tylko kobieta, której krew płynęła w moich
żyłach, nigdy nie przepadała za gotowaniem, ale z dziwnym zapamiętaniem
warzyła bigos. Wyjaśniała mi, że przygotowywanie akurat tej potrawy ją
uspokaja. Zapaliłem papierosa, włączyłem telewizor i popstrykałem
pilotem. Nie zaciekawiło mnie nic, oprócz programu o waranach z Komodo.
Uznałem, że to może przesada, chyba mimo wszystko jestem za młody, by
spędzać wieczór na oglądaniu kanałów przyrodniczych. Wyciągnąłem z szafki czerwone mołdawskie wino, tanie, ale niezłe, a do tego
odpowiednio krwiste w kolorze, wręcz doskonałe jako dodatek do atrakcji
nadchodzącego wieczoru. Wątpliwych atrakcji, oczywiście. W końcu
zrobiłem to, o czym myślałem od momentu, gdy tylko zobaczyłem martwą
Jowitę Dudek. Zza rzędu kryminałów Iana Rankina wydobyłem sporego
formatu zeszyt w sfatygowanych czarnych okładkach. Po cholerę kupiłem
wtedy zeszyt w tym właśnie kolorze?! Przecież nigdy go nie lubiłem,
nawet w głębokiej żałobie nie nosiłem się na czarno. Cóż, robiłem w tamte ponure dni różne dziwaczne, trudne do racjonalnego wyjaśnienia
rzeczy.