Zezia i Giler - Agnieszka Chylińska

Kup ebooka

31.50 zł
25.83 zł (26,71 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pierwsze spotkanie

Ze­zia tak na­praw­dę nie ma na imię Ze­zia, tyl­ko Zu­zia.

Ze­zią na­zwał ją młod­szy brat Cza­rek, gdy Ze­zia, czy­li Zu­zia, wró­ci­ła z Ma­mą od opty­ka. Po raz pierw­szy mia­ła wte­dy na no­sie oku­la­ry, któ­re mu­sia­ła no­sić, bo bez nich nie wi­dzia­ła zbyt do­brze. Wszyst­ko by­ło tro­chę za­mglo­ne.

Że­by by­ło jesz­cze za­baw­niej, Ro­dzi­ce Ze­zi i Czar­ka, któ­re­go Zu­zia z ko­lei na­zy­wa­ła Gi­le­rem (dla­cze­go go tak na­zwa­ła, o tym trosz­kę póź­niej, do­słow­nie za mo­men­cik), no więc Ro­dzi­ce Ze­zi i Czar­ka mie­li na na­zwi­sko Ze­zik. Ze­zia na­zy­wa­ła się Zu­zan­na Ze­zik, ale z jej no­wym przy­dom­kiem brzmia­ło to rze­czy­wi­ście bar­dzo śmiesz­nie: Ze­zia Ze­zik.

Ze­zia nie mia­ła ża­lu do bra­ta, że na­zwał ją Ze­zią, bo nikt w do­mu nie miał o nic ża­lu do Gi­le­ra. Gi­ler miał pięć lat, a Ze­zia osiem. Gi­ler był in­ny niż wszyst­kie zna­ne Ze­zi dzie­ci. Mó­wił tyl­ko tro­chę i to bar­dzo nie­wy­raź­nie. Dla­te­go za­miast gnie­wać się na swo­je­go bra­ta, Zu­zia ucie­szy­ła się, że Cza­rek, czy­li Gi­ler, za­wo­łał na jej wi­dok: "O, Ze­zia!!!".

A dla­cze­go Cza­rek zo­stał Gi­le­rem? Ze­zia na­zwa­ła go tak, bo Cza­rek nie umiał wy­smar­kać no­sa do chu­s­tecz­ki i bar­dzo czę­sto zda­rza­ło mu się cho­dzić "z gi­la­mi pod no­sem", jak to za­wsze na­zy­wał Ta­ta Ze­zi i Gi­le­ra.

W ogó­le to Gi­ler był dziw­ny. Ca­ły czas miał ka­tar, co chwi­la się prze­zię­biał. Był za­wsze bar­dzo de­li­kat­ny i mu­siał być na die­cie. Du­żo róż­ni­ło Ze­zię i Gi­le­ra. Ze­zia mia­ła ciem­ne pro­ste wło­sy, któ­re Ma­ma Ze­zi zwią­zy­wa­ła w ku­cyk lub w dwie kit­ki. Gi­ler miał ja­sne krę­co­ne wło­sy, ale od ja­kie­goś cza­su Ta­ta Ze­zi i Gi­le­ra strzygł go ma­szyn­ką do wło­sów na bar­dzo krót­kie­go je­ży­ka. Gi­ler był bar­dzo za­do­wo­lo­ny, bo lu­bił gła­dzić się po świe­żo ostrzy­żo­nych wło­sach. Mógł się tak gła­dzić bar­dzo dłu­go.

Ze­zia by­ła "do­brze od­ży­wio­na". Tak mó­wi­ła o niej Bab­cia Ja­sno­wło­sa, Ma­ma Ta­ty, któ­ra by­ła za­wsze bar­dzo szczę­śli­wa, że Ze­zia zja­da wszyst­ko, co się jej przy­go­tu­je. Gi­ler z ko­lei był bar­dzo wy­so­ki jak na swój wiek, ale chu­dy jak słom­ka, więc Bab­cia Ja­sno­wło­sa cią­gle na­rze­ka­ła i wy­py­ty­wa­ła Ma­mę Ze­zi i Gi­le­ra, czy przy­pad­kiem nie gło­dzi swo­je­go syn­ka. Bab­cia Ja­sno­wło­sa by­ła prze­ciw­nicz­ką die­ty, na któ­rą mu­siał przejść Gi­ler, bo uwa­ża­ła, że to ja­kaś bzdu­ra, któ­ra po­zba­wia jej wnucz­ka, i tu pa­da mą­dre sło­wo, peł­no­war­to­ścio­wych skład­ni­ków. Ze­zia jed­nak uwa­ża­ła, że to do­brze, że Gi­ler jest na die­cie, bo przed­tem dzia­ły się z nim bar­dzo przy­kre rze­czy. Po­tra­fił się dra­pać przez ca­ły dzień, a na­wet nie spać w no­cy, a wów­czas nikt nie spał. Bo miesz­ka­nie Pań­stwa Ze­zi­ków nie by­ło za du­że.

Ca­ła ro­dzi­na plus kot­ka, któ­ra na­zy­wa­ła się Idź­stąd, miesz­ka­ła w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Gró­jec­kiej w War­sza­wie. Ze­zia bar­dzo lu­bi­ła to miesz­ka­nie i swój ma­lut­ki po­ko­ik, ale wie­dzia­ła, że Ma­ma nie jest za­do­wo­lo­na z tak nie­wiel­kie­go, i tu pa­da mą­dre sło­wo, me­tra­żu.

Ze­zia miesz­ka­ła w bar­dzo ma­lut­kim po­ko­iku, w któ­rym mo­gło się zmie­ścić tyl­ko pię­tro­we łóż­ko i biur­ko oraz krze­seł­ko. Gi­ler miał do dys­po­zy­cji zde­cy­do­wa­nie więk­szy po­kój. Miesz­ka­ły w nim rów­nież wszyst­kie za­baw­ki Ze­zi. Tak na­praw­dę w tym więk­szym po­ko­ju Ze­zia i Gi­ler zwy­kle ba­wi­li się ra­zem, choć tro­chę osob­no, ale wie­czo­rem Ze­zia szła spać do swo­je­go po­ko­iku, a Gi­ler zo­sta­wał w więk­szym. Miał pięk­ne łóż­ko w kształ­cie sa­mo­cho­du. Gi­ler uwiel­biał wszyst­kie po­jaz­dy, a szcze­gól­nie trak­to­ry. Bar­dzo lu­bił, gdy Ze­zia bra­ła je­go ulu­bio­ną książ­kę "Trak­to­ry świa­ta" i czy­ta­ła mu na głos na­zwy i mo­de­le trak­to­rów. Z cza­sem po­tra­fi­ła sa­ma bez pod­glą­da­nia na­zwać każ­dy po­jazd. To dżon dir do upraw rzę­do­wych, a to ma­sej fer­gu­son z pod­nie­sio­nym prze­świ­tem.

Ze­zia uwiel­bia­ła cof­nąć się tro­chę w dro­dze ze szko­ły i mi­nąć od­dział ban­ku, w któ­rym pra­co­wa­ła Ma­ma Ze­zi. Jej sta­no­wi­sko pra­cy by­ło tuż przy oknie, więc bar­dzo czę­sto Ze­zi uda­wa­ło się po­ma­chać Ma­mie, któ­ra od­ma­chi­wa­ła dys­kret­nie, gdy wła­śnie ob­słu­gi­wa­ła klien­ta lub gdy w po­bli­żu krę­ci­ła się Pa­ni Kie­row­nik. Rzad­ko, ale zda­rza­ło się, że Ma­ma ki­wa­ła Ze­zi, że mo­że wejść do środ­ka. Wte­dy pa­da­ły so­bie w ra­mio­na, jak­by nie wi­dzia­ły się ze dwa la­ta. Ze­zia wi­ta­ła się po­tem z ko­le­żan­ką Ma­my, któ­ra mia­ła biur­ko bar­dziej w głę­bi. Na­zy­wa­ła się We­ro­ni­ka Chu­chroń i by­ła Ma­mą Jul­ki, czy­li naj­lep­szej przy­ja­ciół­ki Ze­zi. Jul­ka i Ze­zia cho­dzi­ły do tej sa­mej kla­sy i sie­dzia­ły ra­zem w ław­ce.

Ta­ta Ze­zi był rzeź­bia­rzem i pra­co­wał w do­mu. Ma­ma nie by­ła tym za­chwy­co­na, bo Ta­ta ro­bił za­wsze du­żo ba­ła­ga­nu, któ­ry aku­rat bar­dzo lu­bi­ła Ze­zia. Uwiel­bia­ła pa­trzeć, jak Ta­ta pra­cu­je. Ta­ta za­wsze po­zwa­lał Ze­zi sia­dać obok i też coś rzeź­bić. Ze­zia chcia­ła zo­stać rzeź­biar­ką jak Ta­ta, ale uwa­ża­ła, że mu­si się jesz­cze du­żo na­uczyć.

Gi­ler tak jak Ma­ma nie­na­wi­dził ba­ła­ga­nu. Kie­dy był młod­szy, po­tra­fił po­zbie­rać wszyst­ko z miej­sca pra­cy Ta­ty i wy­rzu­cić do śmie­ci. Ta­ta bar­dzo się wte­dy de­ner­wo­wał.

Pro­blem w tym, że Ta­ta tak na­praw­dę nie miał wy­zna­czo­ne­go miej­sca do pra­cy. Cza­sem roz­kła­dał na­rzę­dzia w ła­zien­ce, cza­sem w kuch­ni, a cza­sem w sa­lo­ni­ku. Żad­ne z tych miejsc nie po­do­ba­ło się Ma­mie. Bar­dzo czę­sto kłó­ci­li się o to, gdzie Ta­ta ma rzeź­bić. W koń­cu Ta­ta zna­lazł ja­kiś opusz­czo­ny ga­raż i prze­niósł tam część rze­czy. Więk­szość jed­nak trzy­mał w do­mu i u Bab­ci Ja­sno­wło­sej, o co też by­ły kłót­nie, bo Ma­ma mia­ła żal do Bab­ci Ja­sno­wło­sej, że za­miast wy­szy­ko­wać po­ko­je dla wnu­cząt, by je kie­dyś do sie­bie w koń­cu za­pro­sić (Ze­zia i Gi­ler ni­g­dy nie by­li u Bab­ci Ja­sno­wło­sej w do­mu), "ro­bi skład­ni­cę dla tych ha­sio­rów".

Ja­ko że dru­ga Bab­cia mia­ła tak sa­mo na imię jak Bab­cia pierw­sza, Ze­zia do jed­nej mó­wi­ła Ja­sno­wło­sa, a do dru­giej Ciem­no­wło­sa. Ma­ma Ma­my Ze­zi by­ła Bab­cią Ciem­no­wło­są. Oprócz te­go Ze­zia mia­ła jesz­cze Dziad­ka, Ta­tę Ma­my. Dziad­ka na­zy­wa­no po pro­stu Dziad­kiem, bo Ze­zia nie mia­ła dru­gie­go. Dzia­dek Ze­zi był bar­dzo za­pra­co­wa­ny. Co­dzien­nie po śnia­da­niu i ćwi­cze­niach, któ­re od­by­wał za­wsze o tej sa­mej go­dzi­nie przez do­kład­nie dwa­dzie­ścia je­den mi­nut, wy­cho­dził z do­mu i wra­cał wie­czo­rem. Ze­zia jed­nak nie wie­dzia­ła, czym zaj­mo­wał się Dzia­dek ani gdzie pra­co­wał. Kie­dyś spy­ta­ła o to Bab­cię Ciem­no­wło­są, ale Bab­cia też nie wie­dzia­ła i wi­dać by­ło, że ten te­mat bar­dzo ją de­ner­wu­je, więc Ze­zia po­sta­no­wi­ła wię­cej nie py­tać. Ze­zia bar­dzo lu­bi­ła przy­jeż­dżać do Bab­ci Ciem­no­wło­sej i Dziad­ka na wa­ka­cje.

Ze­zia mia­ła jesz­cze Cio­cię Za­gra­ni­cę. Ni­g­dy jej nie wi­dzia­ła na oczy, ale do­sta­wa­ła od niej prze­pięk­ne pre­zen­ty w pacz­kach, któ­re przy­cho­dzi­ły na ad­res Ro­dzi­ców tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Cio­cia Za­gra­ni­ca, któ­rej imie­nia Ze­zia nie po­tra­fi­ła za­pa­mię­tać, bo Ma­ma każ­do­ra­zo­wo wi­ta­ła pacz­kę od Cio­ci sło­wa­mi: "O, Za­gra­ni­ca pacz­kę przy­sła­ła", no więc Cio­cia by­ła sio­strą Ma­my. Po­dob­no daw­no, daw­no te­mu wy­je­cha­ła za gra­ni­cę, kie­dy jesz­cze by­ła mło­dą dziew­czy­ną. Wia­do­mo też, że zro­bi­ła to z mi­ło­ści. Ze­zia kie­dyś usły­sza­ła, że Cio­cia Za­gra­ni­ca nie ma dzie­ci i jest sa­ma. Chcia­ła bar­dzo spy­tać Ma­mę, cze­mu Cio­cia sie­dzi tam sa­ma i cze­mu nie mo­że wró­cić do Bab­ci i Dziad­ka, ale czu­ła, że Ma­ma nie lu­bi roz­ma­wiać na te­mat Cio­ci.

I to by by­ło ty­le, je­śli cho­dzi o naj­bliż­szą ro­dzi­nę Ze­zi i Gi­le­ra.

Kotka Idźstąd

Jak to już wcze­śniej zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, Ze­zia ra­zem ze swo­im młod­szym bra­tem Gi­le­rem, Ma­mą i Ta­tą oraz kot­ką Idź­stąd miesz­ka­ła w ka­mie­ni­cy przy uli­cy Gró­jec­kiej w War­sza­wie. Kot­ka li­czy­ła so­bie dzie­sięć lat i po­ja­wi­ła się w ro­dzi­nie Ze­zi­ków, za­nim jesz­cze Ro­dzi­ce Ze­zi i Gi­le­ra zo­sta­li ich Ro­dzi­ca­mi.

Kot­ka przy­błą­ka­ła się któ­re­goś zim­ne­go je­sien­ne­go wie­czo­ru i wy­bra­ła so­bie aku­rat wy­cie­racz­kę pod drzwia­mi Pań­stwa Ze­zi­ków, by po­wić sześć pięk­nych ko­ciąt. Ko­cią ro­dzin­kę od­kry­ła Ma­ma Ze­zi ra­no, gdy wy­cho­dzi­ła do pra­cy. Ta­ta Ze­zi za­wsze po­wta­rzał, że ko­ty do­brze wie­dzą, kto się ni­mi naj­le­piej za­opie­ku­je.

Ze­zia uwiel­bia­ła słu­chać opo­wie­ści o tym, jak kot­ka zna­la­zła się w do­mu Pań­stwa Ze­zi­ków. Wie­lo­krot­nie pro­si­ła o opo­wia­da­nie hi­sto­rii kot­ki, aż w koń­cu zna­ła ją na pa­mięć i czu­ła się tak, jak­by to ona zna­la­zła swo­ją uko­cha­ną kot­kę Idź­stąd.

Opo­wieść koń­czy się za­wsze smut­no: kie­dy oka­za­ło się, że głów­ną przy­czy­ną okrop­nych dusz­no­ści Gi­le­ra, wy­syp­ki i je­go wiecz­ne­go ka­ta­ru jest wła­śnie kot­ka, któ­ra do nie­daw­na na­zy­wa­ła się Łat­ka, Ro­dzi­ce za­czę­li co­raz czę­ściej wo­łać do niej: "Idź stąd!". Przez mo­ment roz­wa­ża­li na­wet od­da­nie kot­ki w do­bre rę­ce, ale to był tyl­ko mo­ment, bo Ze­zia bar­dzo ko­cha­ła Łat­kę. Kie­dy usły­sza­ła roz­mo­wę Ro­dzi­ców, któ­rzy za­sta­na­wia­li się, ko­mu mo­gli­by ją od­dać, za­czę­ła bar­dzo ża­ło­śnie pła­kać i po­czu­ła się bar­dzo, bar­dzo nie­szczę­śli­wa. Ro­dzi­ce Ze­zi zgo­dzi­li się za­trzy­mać zwie­rza­ka pod wa­run­kiem, że Ze­zia bę­dzie pil­no­wa­ła, że­by Łat­ka nie spa­ła w łóż­ku Gi­le­ra ani nie prze­by­wa­ła w je­go po­ko­ju.

Na szczę­ście kot­ka Łat­ka by­ła bar­dzo mą­dra i za­cho­wy­wa­ła się tak, jak­by do­brze ro­zu­mia­ła, o co Ro­dzi­ce pro­si­li Ze­zię. Ni­g­dy nie krę­ci­ła się w po­bli­żu Gi­le­ra i spa­ła tyl­ko w po­ko­iku Ze­zi. Od mo­men­tu, kie­dy czę­ściej wo­ła­no do niej: "Idź stąd!" niż "Łat­ko!", kot­ka po pro­stu sta­ła się nie­wi­dzial­na.

Wi­dy­wa­ła ją tyl­ko Ze­zia, po­nie­waż da­wa­ła jej świe­żą wo­ło­win­kę, o któ­rą pro­si­ła Ta­tę, któ­ry co dru­gi dzień cho­dził do skle­pu mięs­ne­go. Ze­zia zmie­nia­ła jej co­dzien­nie wo­dę w mi­secz­ce, a raz w mie­sią­cu, bę­dąc z Ro­dzi­ca­mi w skle­pie zoo­lo­gicz­nym, przy­po­mi­na­ła im, że­by ku­pi­li spe­cjal­ną tra­wę dla ko­tów. Ze­zia od ra­zu po przyj­ściu do do­mu otwie­ra­ła pla­sti­ko­we pu­deł­ko z ziar­na­mi tra­wy i za­le­wa­ła je fi­li­żan­ką wo­dy, a po­tem przy­kry­wa­ła wiecz­kiem i od­sta­wia­ła po­jem­nik na szaf­kę w kuch­ni. Po kil­ku dniach na­le­ża­ło tyl­ko uchy­lić nie­co wiecz­ko, by tra­wa ro­sła pro­sto, a w na­stęp­nych dniach od­sło­nić cał­ko­wi­cie po­jem­nik, bo tra­wa ro­bi­ła się już na­praw­dę ta­ka, jak na­le­ży: dłu­ga i zie­lo­na. Ze­zia bar­dzo ko­cha­ła kot­kę Idź­stąd, a kot­ka Idź­stąd bar­dzo ko­cha­ła Ze­zię.

Ze­zia pa­mię­ta na przy­kład, jak kie­dyś bar­dzo roz­bo­lał ją brzuch, bo ra­zem z Gi­le­rem zje­dli ca­łe opa­ko­wa­nie pi­sta­cji. Ma­ma Ze­zi da­ła jej wte­dy ja­kieś le­kar­stwa, ale wie­le to nie po­mo­gło. Wte­dy kot­ka Łat­ka, czę­ściej zwa­na Idź­stąd, wsko­czy­ła do łóż­ka Ze­zi i po­ło­ży­ła się na jej brzu­chu. Ze­zia czu­ła jej cie­płe fu­ter­ko i tro­chę się uspo­ko­iła, a po­tem po pro­stu za­snę­ła. Kie­dy się obu­dzi­ła, kot­ka Łat­ka na­dal spa­ła na jej brzu­chu, któ­ry już w ogó­le nie bo­lał. Ta­ta Ze­zi po­wie­dział po­tem, że ko­ty wy­cią­ga­ją z lu­dzi wszyst­ko, co szko­dli­we. Ze­zia za­sta­na­wia­ła się wte­dy, jak uło­żyć ko­ta na Gi­le­rze, że­by w koń­cu prze­stał się wy­głu­piać i za­czął ład­nie mó­wić.

Kamienica

Ro­dzi­ce Ze­zi miesz­ka­li na pierw­szym pię­trze w sta­rej ka­mie­ni­cy, któ­ra mia­ła też in­nych lo­ka­to­rów. Nie­ste­ty, nie by­ło wśród nich żad­nej in­nej dziew­czyn­ki w wie­ku ośmiu lat.

Na sa­mej gó­rze miesz­kał Strasz­ny Pan. Strasz­ny Pan był si­wy i miał bro­dę. Wy­glą­dał tro­chę jak Świę­ty Mi­ko­łaj, ale nie­ste­ty nie był tak sym­pa­tycz­ny. Ma­ma bar­dzo nie lu­bi­ła Strasz­ne­go Pa­na, bo za­wsze był wo­bec niej nie­uprzej­my, ni­g­dy pierw­szy nie mó­wił: "Dzień do­bry" i gło­śno ko­men­to­wał na przy­kład to, co znaj­do­wa­ło się w siat­kach z za­ku­pa­mi Ma­my, gdy sta­wia­ła je przy win­dzie, by otwo­rzyć drzwi wej­ścio­we. Wte­dy Strasz­ny Pan zwy­kle był w po­bli­żu al­bo aku­rat scho­dził po scho­dach. Ni­g­dy nie ko­rzy­stał z win­dy, a je­go głów­nym za­ję­ciem by­ło - w za­leż­no­ści od po­ry ro­ku - od­śnie­ża­nie lub od­ku­rza­nie sta­re­go au­ta, któ­re sta­ło pod do­mem. Ze­zia, gdy aku­rat mia­ła wol­ną chwi­lę, lu­bi­ła pa­trzeć przez okno, jak Strasz­ny Pan do­kład­nie i po­wo­lut­ku czy­ści każ­dy za­ka­ma­rek, każ­de wgłę­bie­nie i wy­pu­kłość au­ta.

W trak­cie szo­ro­wa­nia sa­mo­cho­du Strasz­ny Pan ca­ły czas mó­wił do sie­bie na głos. Ta­ta Ze­zi po­wie­dział, że kie­dyś przy­pad­kiem prze­cho­dził obok Strasz­ne­go Pa­na, gdy ten pu­co­wał swo­je au­to, i usły­szał, że Strasz­ny Pan ni­by mó­wi do sie­bie, ale tak na­praw­dę - do swo­jej żo­ny. Bo Strasz­ny Pan miał żo­nę, Strasz­ną Pa­nią, któ­ra by­ła tak sa­mo nie­mi­ła jak on. By­ła nie­mi­ła przede wszyst­kim dla swo­je­go mę­ża. Strasz­ny Pan nie miał śmia­ło­ści prze­ciw­sta­wić się żo­nie, ale przy my­ciu au­ta mó­wił jej po­dob­no bar­dzo przy­kre rze­czy, tyl­ko że Strasz­na Pa­ni nie mo­gła te­go sły­szeć. Raz wy­chy­li­ła się z okna, gdy wy­jąt­ko­wo dłu­go Strasz­ny Pan zaj­mo­wał się sa­mo­cho­dem, i za­wo­ła­ła: "Lu­cjan! Lu­cja­aaan! Ty za­raz do rdzy te­go gra­ta ob­czy­ścisz! Do do­mu!". Wte­dy Strasz­ny Pan z wes­tchnie­niem po­wo­li scho­wał wszyst­kie przy­bo­ry do czysz­cze­nia au­ta w au­cie i wró­cił nie­śpiesz­nie do do­mu, na trze­cie pię­tro.

Na­prze­ciw­ko Ze­zi i Gi­le­ra miesz­ka­ła Pa­ni Ar­tyst­ka wraz z cór­ką du­żo star­szą od Ze­zi. Ma­ma bar­dzo na­rze­ka­ła, że gdy Gi­ler miał za­pa­le­nie płuc i pła­kał w no­cy, to wszy­scy są­sie­dzi się skar­ży­li, ale gdy cór­ka Pa­ni Ar­tyst­ki śpie­wa­ła z ko­le­żan­ka­mi na bal­ko­nie od pół­no­cy do ra­na, to ja­koś nikt jej nie sły­szał. Oprócz Ma­my.

Na par­te­rze miesz­ka­li Pań­stwo Den­ko i ich dwa psy: Prze­stań i Prze­stań Do Cho­le­ry. Pań­stwo Den­ko w każ­dy łi­kend, czy­li od piąt­ku do nie­dzie­li, kłó­ci­li się i tu­pa­li. Za­czy­na­li o szó­stej ra­no i koń­czy­li o dwu­dzie­stej dru­giej zgod­nie z prze­pi­sa­mi o ci­szy noc­nej. Przez ca­ły ten czas krzy­cze­li na sie­bie, a wte­dy ich psy za­czy­na­ły szcze­kać. Pan Den­ko wo­łał więc do jed­ne­go psa: "Prze­stań", a Pa­ni Den­ko do dru­gie­go: "Prze­stań, do cho­le­ry!". Po­mi­mo ta­kich awan­tur za­wsze na dru­gi dzień Pań­stwo Den­ko szli zgod­nie pod rę­kę do skle­pu spo­żyw­cze­go wraz z dwo­ma psa­mi. Ro­dzi­ce za­wsze po­wta­rza­li, że to do­brze, że Pań­stwo Den­ko nie ma­ją dzie­ci, ale Ze­zia uwa­ża­ła, że mo­że gdy­by je mie­li, nie mie­li­by cza­su ty­le się kłó­cić, bo mu­sie­li­by się za­jąć swo­imi dzieć­mi, tak jak Ro­dzi­ce Ze­zi zaj­mo­wa­li się nią i Gi­le­rem.

Na­prze­ciw­ko Pań­stwa Den­ko miesz­ka­nie wy­naj­mo­wa­li stu­den­ci. By­li w mia­rę spo­koj­ni. Cza­sem zda­rza­ło się im tro­chę ha­ła­so­wać, ale ge­ne­ral­nie Ma­ma i Ta­ta nie na­rze­ka­li na nich.

Ma­ma Ze­zi za­wsze bar­dzo ubo­le­wa­ła, że nie tra­fi­li z Ta­tą na lep­sze są­siedz­two.

Wła­ści­wie moż­na by by­ło tyl­ko Ze­zi współ­czuć, ale na szczę­ście miesz­ka­ła jesz­cze nad ni­mi Pa­ni Ania zwa­na przez Ze­zię Czar­ną Pa­nią. Czar­na Pa­ni nie mia­ła wła­snych dzie­ci. By­ła pięk­na i za­wsze cho­dzi­ła pięk­nie ubra­na. Ma­ma Ze­zi mó­wi­ła, że mu­sia­ła być jesz­cze pięk­niej­sza, gdy by­ła mło­da. Pa­ni Ania ko­cha­ła Ze­zię i Gi­le­ra, jak­by by­li jej dzieć­mi, ale nie za­po­mi­na­ła o tym, że Ze­zia i Gi­ler ma­ją już swo­ich Ro­dzi­ców. Ni­g­dy się nie na­rzu­ca­ła ze swo­ją po­mo­cą i po­ja­wia­ła się tyl­ko wte­dy, kie­dy Ro­dzi­ce Ze­zi ją o to pro­si­li. Ze­zia bar­dzo lu­bi­ła Pa­nią Anię. Gi­ler też nic prze­ciw­ko niej nie miał.

Na ko­niec po­zo­sta­je tyl­ko wspo­mnieć o Pa­ni Mo­del­ce, któ­ra miesz­ka­ła na­prze­ciw­ko Pa­ni Ani, i o Pa­nu Tramp­ku, któ­ry miesz­kał na­prze­ciw­ko Strasz­nych Pań­stwa. Pan Tram­pek był bar­dzo przy­stoj­nym i wy­spor­to­wa­nym pa­nem, któ­ry co­dzien­nie po pra­cy wsia­dał na ro­wer i jeź­dził pa­rę ład­nych go­dzin. Ma­ma za­wsze sta­wia­ła Pa­na Tramp­ka ja­ko przy­kład, a wte­dy Ta­ta Ze­zi i Gi­le­ra tyl­ko mil­czał. Pan Tram­pek pra­co­wał na si­łow­ni ja­ko tre­ner. Ze­zia pa­mię­ta, jak kie­dyś Ta­ta był bar­dzo zły na Ma­mę, bo za dłu­go je­go zda­niem roz­ma­wia­ła z Pa­nem Ma­riu­szem na ko­ry­ta­rzu. Bo Pan Tram­pek miał na imię Ma­riusz. Gi­ler za­wsze się bar­dzo oży­wiał na wi­dok Pa­na Ma­riu­sza, bo Pan Ma­riusz si­ło­wał się z Gi­le­rem tak na ni­by i Gi­ler wte­dy aż pisz­czał z ra­do­ści. Ta­ta też bar­dzo lu­bił Pa­na Ma­riu­sza, ale to wła­śnie on na­zwał go Pa­nem Tramp­kiem. Bo nikt Pa­na Ma­riu­sza nie wi­dział w in­nym obu­wiu. Ma­ma bro­ni­ła Pa­na Ma­riu­sza, od­po­wia­da­jąc Ta­cie, że z ko­lei je­go nikt ni­g­dy nie wi­dział w spor­to­wych bu­tach, a jak kie­dyś ku­pił ką­pie­lów­ki i go­gle do pły­wa­nia z za­mia­rem cho­dze­nia na ba­sen, to skoń­czy­ło się na tym, że Ma­ma uży­wa­ła tych go­gli do obie­ra­nia ce­bu­li. To zna­czy za­kła­da­ła go­gle, że­by nie pie­kły jej oczy, gdy trze­ba by­ło po­sie­kać ce­bu­lę na obiad.

Zo­sta­ła jesz­cze tyl­ko do opi­sa­nia Pa­ni Mo­del­ka, któ­ra by­ła bar­dzo chu­da i rzad­ko kie­dy się uśmie­cha­ła. Ze­zia by­ła wię­cej niż pew­na, że Pan Tram­pek, czy­li Pan Ma­riusz, jest w niej za­ko­cha­ny, ale Pa­ni Mo­del­ka by­ła za­wsze tak za­ję­ta roz­mo­wą przez ko­mór­kę, że nie mia­ła cza­su ro­zej­rzeć się wo­kół sie­bie, a co do­pie­ro za­uwa­żyć któ­re­go­kol­wiek z są­sia­dów. Cho­ciaż Ma­ma uwa­ża­ła, że za­wsze ja­kimś dziw­nym tra­fem Pa­ni Mo­del­ka wpa­da­ła na Ta­tę Ze­zi i Gi­le­ra. Ma­ma Ze­zi na­zy­wa­ła Pa­nią Mo­del­kę Ty­ką. Ze­zia czu­ła, że Ma­ma nie prze­pa­da­ła za Pa­nią Mo­del­ką, bo Ta­ta był wo­bec niej bar­dzo szar­manc­ki. Kła­niał się ni­sko, a na­wet kie­dyś po­ca­ło­wał ją w rę­kę, skła­da­jąc ży­cze­nia tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem. Pa­ni Ty­ka też mia­ła ko­ta, ale kot Pa­ni Ty­ki był ja­kiś dziw­ny. Kie­dyś pę­kła ru­ra w ła­zien­ce u Pań­stwa Ze­zi­ków i trze­ba by­ło wy­łą­czyć wo­dę w, i tu pa­da dziw­ne sło­wo, ca­łym pio­nie. Ze­zia mia­ła pójść do wszyst­kich są­sia­dów i prze­pro­sić ich, że przez pa­rę go­dzin nie bę­dzie wo­dy. Gdy za­pu­ka­ła do drzwi Pa­ni Ty­ki, po chwi­li uj­rza­ła ją we wła­snej oso­bie w to­wa­rzy­stwie ko­ta. Kot miał na imię Tur­kus. Ze­zia nie mu­sia­ła py­tać dla­cze­go. Je­go pięk­ne, choć zim­ne nie­bie­skie oczy uważ­nie ob­ser­wo­wa­ły każ­dy ruch Ze­zi. Pa­ni Mo­del­ka wes­tchnę­ła głę­bo­ko, wes­tchnął rów­nież Tur­kus i drzwi za­mknę­ły się Ze­zi przed no­sem. Ta­ta Ze­zi uwa­żał, że Pa­ni Mo­del­ka po­win­na zro­bić ka­rie­rę za gra­ni­cą, ale ku ra­do­ści Ma­my Ze­zi Pa­ni Mo­del­ka za­gra­ła w re­kla­mie her­bat­ki na za­twar­dze­nie. Ze­zia też się ucie­szy­ła, w koń­cu bądź co bądź Pa­ni Mo­del­ka by­ła jej są­siad­ką. Miesz­kać tak bli­sko zna­nej oso­by z te­le­wi­zji - to jed­nak by­ło coś. Jul­ka jed­nak mia­ła jesz­cze le­piej, bo miesz­ka­ła w tym sa­mym do­mu co zna­ny se­ria­lo­wy ak­tor, w któ­rym ko­cha­ły się wszyst­kie dziew­czyn­ki z kla­sy Ze­zi. No, mo­że po­za Ze­zią. W ser­cu Ze­zi by­ło miej­sce tyl­ko dla Wojt­ka Ko­ca, je­śli cho­dzi o te spra­wy.

Obowiązki Zezi

Ze­zia z cza­sem na­uczy­ła się, że mieć obo­wiąz­ki jest bar­dzo przy­jem­nie. Spraw­dzi­ła to kie­dyś, gdy tra­dy­cyj­nie Cio­cia Za­gra­ni­ca przy­sła­ła pacz­kę tuż przed Bo­żym Na­ro­dze­niem i Ma­ma po­pro­si­ła Ze­zię, by naj­pierw wy­tar­ła wszyst­kie sztuć­ce i po­ukła­da­ła je w ku­chen­nej szu­flad­ce. Na po­cząt­ku Ze­zia by­ła bar­dzo roz­cza­ro­wa­na, że za­miast roz­wi­jać z ko­lo­ro­we­go pa­pie­ru cu­dow­ny z pew­no­ścią pre­zent, ma przed so­bą ster­tę ły­żek, ły­że­czek, wi­del­ców, no­ży i dwie cho­chle do zu­py. Ale w mia­rę wy­cie­ra­nia ko­lej­nych ły­że­czek i wkła­da­nia ich do od­po­wied­nich prze­gró­dek Ze­zia wy­my­śli­ła wspa­nia­łą za­ba­wę.

Otóż wy­obra­zi­ła so­bie, że du­że łyż­ki to pięk­ne księż­nicz­ki, wi­del­ce to wspa­nia­li ry­ce­rze, no­że to źli roz­bój­ni­cy, a ma­łe ły­żecz­ki to cór­ki du­żych ły­żek - księż­ni­czek. Za­czę­ła więc z za­mknię­ty­mi ocza­mi wrzu­cać sztuć­ce do prze­gró­dek w szu­fla­dzie. Je­śli wi­de­lec tra­fił do prze­gród­ki z no­ża­mi, to ozna­cza­ło, że ry­cerz wpadł w za­sadz­kę złych roz­bój­ni­ków, je­śli wi­de­lec wy­lą­do­wał w prze­gród­ce z łyż­ka­mi, to Ze­zia wy­my­śli­ła, że ry­cerz wła­śnie zna­lazł się w kom­na­cie księż­nicz­ki. Od ra­zu za­ko­chi­wał się do koń­ca ży­cia i obie­cy­wał jej wier­ność i mi­łość. Gdy du­ża łyż­ka wpa­da­ła do prze­gród­ki z ma­ły­mi ły­żecz­ka­mi (choć to zda­rza­ło się rzad­ko, bo prze­gród­ka dla ły­że­czek by­ła ma­ła i Ze­zia mu­sia­ła tro­chę pod­glą­dać, by wrzu­cić do niej in­ny sztu­ciec niż ma­łą ły­żecz­kę), no więc to ozna­cza­ło, że ma­ma łyż­ka przy­szła ode­brać swo­ją cór­kę ły­żecz­kę ze szko­ły. Tak się to Ze­zi spodo­ba­ło, że kie­dy wy­tar­ła wszyst­kie sztuć­ce, chcia­ła roz­po­cząć ca­łą za­ba­wę od no­wa.

Na szczę­ście przy­po­mnia­ła so­bie o pacz­ce od Cio­ci Za­gra­ni­cy i z wiel­ką ra­do­ścią za­bra­ła się do roz­pa­ko­wa­nia swo­je­go za­wi­niąt­ka z ko­lo­ro­wym na­pi­sem ZU­ZAN­NA. Ze­zia by­ła bar­dzo szczę­śli­wa, bo do­sta­ła pięk­ny ró­żo­wy no­tat­nik na kłód­kę ze zło­tym klu­czy­kiem i już do koń­ca wie­czo­ru mo­gła za­pi­sy­wać w nim swo­je se­kret­ne my­śli, wie­dząc, że nie ma już żad­nych do­mo­wych prac do wy­ko­na­nia.

Oprócz wy­cie­ra­nia sztuć­ców i ukła­da­nia na­czyń do sza­fek Ze­zia umia­ła...

(fragment)...

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej