Zęza - Ewa Przydryga
39.90 zł
31.12 zł
(23,94 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
Runęła głową w dół. I spadała dalej. Z czubka kosmosu. Skały. Dachu. Uwierzyłaby we wszystko, co podsuwał sen. Nie liczyło się, skąd spada, tylko kiedy wyląduje. I się obudzi. Byle szybko i bezboleśnie.
Ale dziś ciało bolało ją najbardziej. A sen, jakby zatrzymany w pętli czasu, wcale się nie kończył.
Latami oswajała koszmary i wrażenie spadania. Przed pójściem spać bała się, że tym razem nie wróci do jawy ze snu. Że coś ją tam zatrzyma. Głupia. W końcu zawsze się budziła. To nic, że z przyklejoną do ciała wilgotną koszulką nocną. Nadchodził szybki pstryk. I już. Dzień witał ją ulgą i światłem.
Ale teraz była noc. Najczarniejsza. A ona leżała zaszyta nie w swoim łóżku, tylko w brzuchu samego diabła. Wszystko wywracało się tam do góry nogami. Zmieniła się też ciemność, która ją spowijała. Z letniej stała się lodowata. Była mokra i ruszała się na jej skórze. Na plecach. Ramionach. I niżej.
Nigdy wcześniej odczucie chłodu nie było tak realne jak teraz. Lodowata ciemność wpadała w nią coraz głębiej. Wędrowała przez nos i usta, aż wdarła się do środka.
Wypełniła ją tak bardzo, że dziewczyna nie miała już sił oddychać. Wtedy coś sobie uświadomiła.
Płynna ciemność to wcale nie była ciemność ani korytarz półświadomości, ani nawet cholerne wejście w fazę REM.
To było morze.
Prawdziwe. Najprawdziwsze.
Przesuwające się w nim wysokie fale.
I ona.
Tkwiła w środku jednej z nich.
Od dawna nie spała.
Odzyskała przytomność.
Tonęła.
Skrawki ostatniego wspomnienia przed upadkiem zlepiły się w całość. Dziewczyna wypłynęła na powierzchnię i zaczerpnęła haust powietrza. Na czubku głowy rozlewał się ból. Świeży ślad po zadanym jej przed chwilą ciosie, wciąż paląca ją w tym miejscu rana. Szybko przypomniała jej, z kim walczy i o co. I że jej najgorszym wrogiem wcale nie jest szalejący żywioł, ale człowiek.
Zabójca.
Pamiętała nie tyle całe obrazy, ile migawki ostatnich minut spędzonych na jachcie - zwłaszcza gwałtowność i siłę, z jaką została wypchnięta. Zadarła głowę. Zza linii wody wyłaniało się światło latarki. Postać wciąż tam była i czujnie ją obserwowała. Chwilę wcześniej, na jachcie, uderzyła ją w głowę. Związała. Wyrzuciła.
Teraz czekała na jej śmierć.
Poza światłem latarki dziewczyna wysoko widziała inne jasne punkty. Księżyc i gwiazdy. Im bardziej się od nich oddalała, tym mniej wyraźne się stawały. W końcu prawie całkiem zniknęły, w miarę jak ona coraz głębiej znikała pod powierzchnią wody.
Zrozumiała, dlaczego tak jest, kiedy spróbowała poruszyć nogami. W dół ciągnęło ją coś, co oplatało jej kostki.
Balast ciężki jak ołów.
Strach jeszcze bardziej wszystko utrudniał. Pozwalał głębi ją pochłaniać. Wtedy pękła. Wraz z wodą wlała się w nią czarna rozpacz. Z ust wylał się krzyk.
Idiotka.
Przytomnie przywołała się do porządku.
Wiedziała, że pod wodą strach szybko się panoszy. Łatwiej kradnie powietrze. Łatwiej zabija. Znała ten mechanizm. Spadek natlenienia krwi odbiera orientację i mózg umiera. The end. Krótka śmierć. Straszna śmierć.
Nie chciała takiej.
Instynktownie i wbrew temu, co mówił jej strach, sięgnęła do prawej kostki, by wybadać to, co było do niej przymocowane. Paznokciem poluzowała ciasny supeł. W tworzący się powoli niewielki otwór zręcznie wsunęła palec.
Jeszcze trochę. Trochę.
Dodawała sobie odwagi. Uparcie manipulowała przy suple, dopóki otwór nie wydał się jej dostatecznie duży, by dało się odciągnąć linę na boki. Ale znów wszystko poszło nie tak. Pod wodą palce były nieporadne. Pod wodą dłonie drżały bardziej i myliły się szybciej.
Za drugim razem, w akcie desperacji, szarpnęła na oślep. Palec w górę, w dół, na boki. Byle znaleźć slalomem jakąś ścieżkę, jakąkolwiek, którą można by poprowadzić linę.
Żyję. Wypłynę. Wrócę.
Zmieniła poprzednią mantrę na inną - na trzy słowa, które bardziej zagrzewały ją do walki, gdy kolejny raz mocowała się z liną.
Podziałały.
Żyję. Wypłynę. Wrócę.
Kiedy wyraźniej powtórzyła w myślach pętlę słów, zacisk na prawej kostce puścił. Obciążnik spadł. Została jeszcze druga noga. Wciąż przytwierdzona, ciągnęła ją w dół, prosto do czarnego kłębowiska wody.
Kłębowisko wciąż pulsowało. Przyciągało ją trochę jak magnes, a trochę jak spirala hipnozy, które na tę jedną chwilę połączyły siły.
Osłabiały ją i do siebie przyciągały.
Wir coraz szybciej ją obracał. Ciągnął coraz dalej. Dalej od powierzchni. Dalej od świateł. Dalej od życia.
Zbyt daleko.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Policzki paliły go tak bardzo, jakby ktoś rozpalał na nich ogień. Chłopiec potarł je pięściami. Do rąk przykleiły mu się łzy i ziemia. Biegł dalej tak szybko, jak szybko chciał przestać nienawidzić swojej mamy.
Nie chciał być tylko jej. Nie chciał, by tak czujnie na niego patrzyła ani by zabierała go ze sobą zawsze, kiedy tak dobrze się bawił. Wydawało mu się, że mama miała źle skalibrowany barometr, który mówił jej coś odwrotnego, niż powinien - wcale nie to, że jej synek z innymi ludźmi był szczęśliwy, tylko to, że zaraz miało mu się coś stać. W oczach mamy często pojawiały się czerwone wykrzykniki. I słowo "uwaga!".
A czasem Tytus czuł się po prostu tak, jakby mama sadzała go na huśtawce zawsze po złej stronie. I przez to nie mógł się wzbijać w górę ani cieszyć z tego, że tak jak inne dzieci może być na placu zabaw.
Ale nie chciał jej nie kochać.
Jak miał znaleźć coś pomiędzy?
Nie wiedział, jak to wszystko ze sobą pogodzić, dlatego biegł coraz szybciej, byle tylko uciec daleko od swoich myśli.
Po chwili ścieżka w lesie zupełnie zniknęła. Pod nogami chłopiec miał same wyboiste pagórki i szyszki. Na niektórych jego stopa niebezpiecznie się wykręcała.
Z każdą chwilą złość na mamę słabła, a w jej miejscu pojawiało się coś innego, czego chłopiec też bardzo nie lubił.
Strach.
Bał się, że zgubił drogę. I że jeszcze trochę, parę kroków i zakrętów, a zupełnie nie będzie wiedział, gdzie jest.
Na chwilę się zatrzymał. Wyrównał oddech. Czuł, że w środku ma jakiegoś stworka, który razem z nim ciężko dyszy. I razem z nim biegnie. Na ramionach z werwą poprawił swoją niewidzialną pelerynę superbohatera. W czymś mu to pomogło, a coś innego zepsuło. Pomogło mu uwierzyć, że sam da radę znaleźć drogę powrotną na biwak. Zepsuło wszystko to, co go otaczało. Bo dzięki pelerynie widział wyraźniej, że las nagle stał się groźniejszy. Drzewa rosły przed nim bardziej, nad głową wyżej i śmielej krążyły cienie. Z korony sosny poderwał się czarny ptak i zatoczył nad jego głową krąg.
Tytus skręcił w lewo. Biegł coraz szybciej. Poczuł, że pod koszulką robi się cały mokry. W pewnej chwili, gdy wydawało mu się, że widzi jakiś dom, i znów przyspieszył, pod stopą poczuł coś mokrego i nierównego.
Łup!
W lesie poniósł się głuchy dźwięk.
A potem zrobiło się czarno.
Dzień powoli do niego wracał przez szparki w powiekach. Kiedy chłopiec się w pełni ocknął, nad głową miał korony drzew. Wpuszczały do środka światło, zawsze trochę więcej, kiedy silniej zawiał wiatr.
Głowa, choć była osłonięta czapką, z tyłu wciąż dziwnie pulsowała. Tytus podniósł się z ziemi. W miejscu, w którym upadł, zobaczył dwa duże szare kamienie. O jeden z nich musiał się potknąć, a o drugi uderzyć. Pomasował obolałe miejsce. Trochę pomogło.
W tej samej chwili wyrósł przed nim mężczyzna. Tytus widział go już wcześniej. Tak jak poprzednio myśliwy miał ze sobą broń i tę śmieszną muszkę na szyi.
- Co tam mały, zgubiłeś się? - odezwał się do niego przyjaźnie.
Chłopiec niepewnie kiwnął głową. Nie każdemu dorosłemu można ufać. Tym bardziej takiemu, który nosi ze sobą broń. Tego zgodnie uczyli go tata i mama.
- Nocujesz na kempingu z rodziną, czy tak? - zapytał, wciąż się do niego zbliżając.
- Zgadza się - potwierdził Tytus. Odważnie wypiął pierś, żeby tamten człowiek widział, że on się go nie boi.
- No to chodź, odprowadzę cię - zaproponował myśliwy.
- Wie pan, gdzie to jest? - Chłopiec spojrzał na niego podejrzliwie.
- Znam ten las jak własną kieszeń. Zaliczyłeś glebę?
Myśliwy podszedł bliżej i wyciągnął do Tytusa rękę. Ale chłopiec nie podał mu swojej dłoni. Pozwolił jednak na to, by mężczyzna pomógł mu się otrzepać z kłujących igiełek, które przyczepiły się do czapki i bluzy. Dopiero wtedy przestał się go bać. Po drodze na kemping nawet trochę ze sobą rozmawiali.
Ale tak naprawdę przez całą drogę Tytus myślał tylko o mamie.
Ucieszył się, że to ją zobaczył pierwszą. Stała na drodze, a kiedy go dostrzegła, żwawo ruszyła w jego stronę. Wyciągnęła do niego ramiona tak szeroko, jak samolot rozpościera w locie skrzydła. Biegła do niego tak szybko, jakby zaraz to ona miała się przewrócić. Tytus chciał, żeby mocno go przytuliła i nie zadawała żadnych pytań. Zwłaszcza tych, na które udzielając odpowiedzi, musiałby skłamać.
Głowa nadal trochę go bolała w miejscu, w które się uderzył. Ale wiedział, że nie może mamie o niczym powiedzieć. To kłamstwo, jedno jedyne, musiał schować w kieszonce stroju superbohatera. Dziadek mówił, że jest tam miejsce na jeden sekret. Jedna taka mała kieszeń na dużą tajemnicę.
- Nic się nie stało, kochanie? - spytała mama, wciąż go do siebie tuląc. Badała go kawałek po kawałku: nogi, brzuch, a w końcu plecy. Ręce wciąż jeszcze nie trafiały na obolałe miejsce.
Zaprzeczył z uśmiechem na twarzy.
- Na pewno? - ponowiła pytanie.
- Nie - skłamał. Na twarzy znów coś go zapiekło. Chyba wstyd.
Zrobił to, bo wiedział, że jeśli powie prawdę, mama go zabierze i już pewnie nie odda. A wtedy jego małe serce nie wytrzyma. I w końcu pęknie. Nie jest przecież niezniszczalne.
Nawet superbohater może przecież czasem być bardzo smutny i bezsilny, kiedy dorośli nie potrafią go zrozumieć. I bawią się nim jak lalką, szarpią jego uczuciami to tu, to tam.
Właśnie w takich chwilach peleryna superbohatera nie działa. Po prostu zsuwa się z ramion. I zostawia je gołe. Odsłonięte. Zupełnie bezbronne.