Spis treści
Strona tytułowa
Strona redakcyjna
Dedykacja
Epigraf
Słowniczek nazw miejscowości
Drzewa genealogiczne wymienionych postaci
1. Podwójna rzeczywistość
2. Franciszek
Przypisy
Spis ilustracji
Kolofon
Lista stron
1
2
3
4
5
6
7
8
9
10
11
12
13
14
15
16
17
18
19
20
21
22
23
24
25
26
27
28
29
30
31
32
33
34
35
36
37
38
310
311
312
330
331
Punkty orientacyjne
Okładka
Strona tytułowa
Spis treści
Dedykacja
Epigraf
Przypisy końcowe
Spis ilustracji
Kolofon
Przypisy
2. Franciszek
1 A. Koprukowniak, Parczew w okresie zaborów 1795-1918 [w:] Dzieje Parczewa 1401-2001, red. E. Horoch, A. Koprukowniak, R. Szczygieł, Parczew-Lublin 2001, s. 127.
2 Tamże, s. 129-130.
3 Tamże, s. 138.
4 Tamże, s. 197.
5 Tamże, s. 195.
6 E. Horoch, Parczew w latach 1918-1989 [w:] Dzieje Parczewa 1401-2001, dz. cyt., s. 208.
7 Tamże, s. 219-223.
8 Archiwum Instytutu Pileckiego, Zapisy Terroru, Anna Musiatewicz, Wypracowanie, zapisyterroru.pl, bit.ly/3Q3x6BS, dostęp: 15.08.2025.
9 Hitlerowskie więzienie na Zamku w Lublinie 1939-1944, red. Z. Mańkowski, Lublin 1988, s. 11.
10 J. E. Plewa, Tak było [w:] Wspomnienia więźniów Zamku Lubelskiego 1939-1944, wybór J. Chmielak i in., Warszawa 1984, s. 184.
11 Księga pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Lublina i innych miejscowości Lubelszczyzny 1940-1944, t. 1, red. nauk. F. Piper, I. Strzelecka, Oświęcim 2009, s. 314-315.
12 J. E. Plewa, Tak było..., dz. cyt., s. 186-188.
13 Tamże.
14 Księga pamięci..., dz. cyt., s. 315.
15 A. Dobrowolska, Byłem fotografem w Auschwitz. Prawdziwa historia Wilhelma Brassego, Kraków 2022, s. 50.
16 Za: historia Jana Kupca [w:] J. Kupiec, Pozostawała nadzieja. Historia sześciu braci więzionych w Auschwitz, Oświęcim 2024, s. 127-128.
17 Archiwum Instytutu Pileckiego, Zapisy Terroru, Jan Dziopek, Zeznanie z postępowania sądowego/karnego bez przysięgi z 16.09.1946, zapisyterroru.pl, bit.ly/4vlMee9, dostęp: 23.09.2025, s. 13-14.
18 S. Głowa, Mrok i mgła nad Auschwitz. Wspomnienia więźnia nr 20017, Poznań 2020, s. 37.
19 Archiwum Instytutu Pileckiego, Zapisy Terroru, Adam Zacharski, Zeznanie z postępowania sądowego/karnego z 21.03.1947, zapisyterroru.pl, bit.ly/48s35Ss, dostęp: 22.09.2025, s. 2.
20 A. Dobrowolska, Byłem fotografem..., dz. cyt., s. 97-98.
21 Tamże, s. 98.
22 J. Struk, Holokaust w fotografiach. Interpretacje dowodów, przeł. M. Antosiewicz, Warszawa 2007, s. 161.
23 A. Dobrowolska, Byłem fotografem..., dz. cyt., s. 319-320.
24 Tamże, s. 21, 24.
2. Franciszek
Pradziadek Franciszek wyzwolenia nie doczekał. Miał na to naprawdę niewielkie szanse, bo do obozu trafił 30 lipca 1941 roku. Mało kto przeżywał w Auschwitz kilka lat. Nawet myśli o pozostawionej w domu żonie Karolinie i trójce małych dzieci nie były w stanie utrzymać go przy życiu tak długo. Do swojego rodzinnego Parczewa już nie wrócił.
Ten Parczew "rodzinny" był tak naprawdę od niedawna. Rodzice Franciszka sprowadzili się tam niedługo przed przyjściem syna na świat. Ojciec Hippolit Musiatowicz urodził się w Radzyniu Podlaskim, matka Julia pochodziła z pobliskiego Sowina, gdzie mieszkali przez pierwsze lata małżeństwa. Parczew był ośrodkiem, do którego ciągnęli ludzie z okolicy, ale był też oknem na świat, zwłaszcza odkąd w 1898 roku zyskał połączenie kolejowe z Lublinem i Łukowem, a tym samym z Kolejami: Nadwiślańską i Terespolską1.
Według spisu powszechnego ludności w Cesarstwie Rosyjskim, przeprowadzonego w 1897 roku, Parczew liczył nieco ponad sześć i pół tysiąca mieszkańców. Połowę stanowili Żydzi, kolejne trzy tysiące Polacy. Żyła w nim dwustupięćdziesięcioosobowa grupa Rusinów posługujących się, jak deklarowali, językami: wielkoruskim, małoruskim i białoruskim, oraz dwóch obywateli używających języka niemieckiego. Pokrywa się to mniej więcej ze spisowymi deklaracjami religijnymi: dominują 3342 osoby wyznania mojżeszowego, dalej mamy 3007 katolików, 249 prawosławnych oraz dwóch protestantów2.
W chwili narodzin Franciszka miasto, leżące u zbiegu dwóch rzek: Piwonii i Konotopy, wciąż pozostawało częścią Rosji, imperium, które chwiało się w posadach. Zaledwie rok wcześniej klęską zakończyła się wojna rosyjsko-japońska, teraz szalała rewolucja. I w jednych, i w drugich wydarzeniach Parczew uczestniczył: w 1904 roku przekazał pięćset rubli składki na rozbudowę floty i inne cele wojenne, a także pięćdziesiąt rubli na zakup ciepłej odzieży dla wojsk rosyjskich3. W 1905 roku w mieście zastrajkowali robotnicy rolni, a rzymskokatoliccy rodzice dzieci uczęszczających do szkoły elementarnej zaprotestowali przeciwko nauczaniu w języku rosyjskim4. Tego Franciszek pamiętać nie mógł, ale z pewnością zapamiętał rok 1915, kiedy pod koniec sierpnia w trakcie I wojny światowej Parczew znalazł się pod niemiecką okupacją. Powiat radzyński podlegał zarządowi komend powiatowych Ober-Ostu, a zatem bezpośrednio armii niemieckiej5, więc dziewięcioletni Franciszek mógł z wciąż dziecięcą ciekawością przyglądać się niemieckim żołnierzom. Z ciekawością, której nie były w stanie poskromić żadne rodzicielskie perswazje. Wtedy jeszcze nie wiedział, że niemiecki mundur będzie dla niego zwiastunem śmierci.
Tymczasem do miasta zawitała Polska, a wraz z nią nowe porządki i pewne ożywienie. Postawiono nowy budynek szkolny, rozpoczęto prace modernizacyjne, ale wciąż pozostawało wiele do nadrobienia. Brakowało sieci kanalizacyjnej, większość ulic była niewybrukowana, tylko na nielicznych leżały kocie łby, a na tej prowadzącej do dworca poukładano połówki drewnianych bali wypukłą stroną do góry (wynalazek ten zwano maglownicą). W rynku przeważały żydowskie biznesy, a raczej małe sklepiki i zakłady rzemieślnicze. Tuż przed kolejną rocznicą odzyskania niepodległości, 8 listopada 1931 roku, odsłonięto w Parczewie pomnik Józefa Piłsudskiego (notabene przy ulicy 11 Listopada)6.
Franciszek często przemierzał ulice ze swoimi przyjaciółmi, braćmi Błachniami. Karolina z początku nie tylko nie była nim zainteresowana, ale wręcz mu niechętna. Nie przepadała za tym wyrywnym chłopakiem, który nieustannie spędzał czas w towarzystwie jej braci. Niejednokrotnie żartowała, że żadna go nie zechce, zwłaszcza po pewnej potańcówce, na której dorobił się solidnej blizny. Nieporozumienie między dwiema grupami młodych mężczyzn szybko eskalowało, w ruch poszły pięści, polała się krew, a kiedy i to nie wystarczyło, ktoś sięgnął po stojącą w kącie ławkę. Franciszek nie zdążył się uchylić. Pamiątka po tamtej nocy została mu już na zawsze, nie tylko na twarzy, ale i w dowodzie osobistym, gdzie urzędnik skrupulatnie odnotował w sekcji znaki szczególne: "Na prawym policzku szrama" (nie był z niej szczególnie dumny, ale stało się). Widać ją także na zdjęciu, które wykonano mu w Auschwitz w 1941 roku. Blizna biegnie od kości policzkowej, finezyjnym zawijasem schodząc najpierw w kierunku ust, a potem aż na szyję. I zupełnie nie wygląda na ślad po bójce, być może z powodu nietypowego kształtu, przypominającego raczej pociągnięcie pędzla.
Karolina zapewne wiele razy czule przesuwała po niej palcami, bo Franciszek w końcu przestał wzbudzać w niej niechęć. Z irytującego kolegi starszych braci stał się kimś ważnym, aż wreszcie niezbędnym. Jak do tego doszło, pozostaje tajemnicą znaną tylko im. Fakt jest taki, że 8 lutego 1931 roku stanęli razem przed ołtarzem Kościoła Świętego Jana Chrzciciela, by przysięgać sobie miłość i wierność. On miał wówczas dwadzieścia cztery lata, ona zaledwie siedemnaście.
Kościół, na którego budowę zużyto ponad dwa miliony cegieł i który górował nad całym Parczewem, był od dwudziestu trzech lat powodem dumy tutejszych mieszkańców[1]. Nawet znacznie później, już w latach powojennych, wciąż niewyobrażalnie dominował nad krajobrazem. Wydawało się, jakby wyrastał pośrodku niczego, kompletnie odbiegając od lokalnej skali; jego strzeliste wieże wznosiły się wysoko ponad wszystkie inne zabudowania.
Najstarsze zdjęcie Karoliny, jakie znam, pochodzi z jej kenkarty wydanej 9 czerwca 1942 roku. Była już wówczas wdową z trójką dzieci, choć to określenie w najmniejszym stopniu nie pasuje do młodej dziewczyny na fotografii. Faktycznie, jest na niej młoda - wciąż jeszcze nie przekroczyła trzydziestki. Ma ciemne, sięgające ramion włosy, o których nie można powiedzieć ani że są proste, ani kręcone. Układają się nieco chaotycznie. Delikatne, bardzo symetryczne rysy twarzy i ładnie wykrojone usta pomalowane szminką (widać to nawet na czarno-białym zdjęciu). Jedyną niedoskonałością jest odrobinę zbyt szeroki nos. Podpis na kenkarcie w nieco szkolnym stylu: okrągłe drobne litery, początkowe K wyraźnie górujące nad pozostałymi. Dokument ważny jest do 9 czerwca 1947 roku. Nikt nie przewidywał, że Rzesza Wielkoniemiecka upadnie wcześniej.
Kenkarta Karoliny Musiatowicz
archiwum prywatne
Pierwsze dziecko Franciszka i Karoliny przychodzi na świat w 1933 roku - to córka Anna. Dwa lata później rodzi się mój dziadek Zenon i wreszcie trzecia, najmłodsza, Czesława, już w czasie okupacji. Na początku września 1939 roku Parczew szczęśliwie omijają bezpośrednie działania wojenne, ale do miasta ucieka okoliczna ludność, ze strachu przed nadciągającym najeźdźcą. 10 września stacjonujące w Parczewie polskie oddziały zostają zaatakowane przez niemieckie lotnictwo. Pod koniec września na Lubelszczyznę wkraczają Sowieci - w dniach 29-30 września 1939 roku pod Parczewem ściera się z nimi część Samodzielnej Grupy Operacyjnej Polesie. Armię Czerwoną udaje się odeprzeć. 7 października miasto opanowują Niemcy i nastaje czas terroru. Z początkiem 1940 roku w mieście powstają polskie konspiracyjne organizacje wojskowe: najpierw Komenda Obrońców Polski i Polski Niepodległej, a następnie Związek Walki Zbrojnej7.
Żona i trójka dzieci nie powstrzymały Franciszka przed zaangażowaniem się w działalność podziemia. A może to niewłaściwe sformułowanie? Może zaangażował się właśnie ze względu na dzieci, bo chciał dla nich lepszej przyszłości? Nie znam jego motywacji. Nie przetrwały żadne dokumenty, które wskazywałyby na przynależność mojego pradziadka do konspiracji. Prawdopodobnie należał do ZWZ-etu, czyli późniejszej Armii Krajowej, bo w rodzinie zawsze mówiło się, że był akowcem. Właśnie to stało się przyczyną jego zatrzymania i uwięzienia.
O przebiegu wydarzeń napisała po wojnie najstarsza córka Franciszka, nastoletnia Anna. Zachowało się jej szkolne wypracowanie z siódmej klasy (z 1946 lub 1947 roku). Zadanym tematem były Moje przeżycia wojenne.
Pewnego ranka, a było to w 1941 r., w czerwcu, zastukali do nas żandarmi niemieccy. Uniosłam się z posłania i ujrzałam barbarzyńskie twarze niemieckie. Przeprowadzono rewizję, Niemcy kazali tatusiowi wstać i ubierać się. Ja również wstałam, drżąca jak liść, ze łzami w oczach, podeszłam do tatusia, pocałowałam w policzek i szepnęłam: "Do widzenia". To był najserdeczniejszy, ostatni pocałunek i ostatnie pożegnalne słowa.
Wyprowadzono tatusia na podwórko, tatuś popatrzał na mnie i powiedział: "Córko, kochaj Polskę!". Obrzydły żandarm uderzył go tak mocno, że upadł bezwładnie na ziemię. Ja wtedy uczułam wielki ból w sercu, chciałam tatusia podnieść, nie pozwolono mi. Wzniosłam oczy do Boga i pomyślałam: "Boże, Ty im wynagrodzisz".
Potem został tatuś wywieziony do Oświęcimia, tam odłączony od nas, błąkał się po więziennych salach, nie wiedząc, co począć. Ja tęskniłam bardzo za ukochanym tatusiem, modliłam się do Boga, aby Bóg dał tatusiowi zdrowie, by mógł wytrzymać te straszne męki i wrócić do swego rodzinnego domku.
Jednak modlitwa moja nie została wysłuchana, los chciał inaczej. Tatuś nie wrócił, nie doczekał się, biedny, wyzwolenia ojczyzny, zginął gdzieś daleko od nas wszystkich. Zamordował go krwawy, bezlitosny Niemiec, czego dowodem była depesza śmierci.
Teraz Polska już jest wolna, cieszę się z tego bardzo, lecz mam żal do Boga, dlaczego tatusia nie ma z nami, by mógł cieszyć się wolną, niepodległą Polską8.
Bez wątpienia ani Franciszek, ani Karolina nie zgodziliby się ze sformułowaniem o wolnej i niepodległej Polsce, ale w latach czterdziestych szkoła miała za zadanie kształtować w uczniach określone poglądy. Nie o takiej Polsce: zależnej, pełnej represji, prześladowań, cenzury, myślał Franciszek, kiedy wstępował do ZWZ-etu. Nie takiej chciała Karolina, która przez jakiś czas była łączniczką AK. Ale dla komunistycznych władz zarówno ona, jak i jej nieżyjący mąż byli - jako członkowie podziemia - zdrajcami, wrogami ojczyzny. O pewnych sprawach można było mówić tylko w domu, wśród zaufanych bliskich. Dlatego nie jest wykluczone, że także nastolatka dzieliła poglądy rodziców, ale miała na tyle rozsądku, by nie wygłaszać ich w szkole.
Pradziadek nie od razu trafił do Auschwitz. Najpierw przewieziono go do aresztu na Zamku w Lublinie. Warownia w tym miejscu miała długą tradycję - pierwsze zabudowania obronne powstały w XII wieku. Po rozbudowie pełniła funkcję rezydencji polskich królów, jeszcze później spłonęła, aż wreszcie w odbudowanej powstało w 1831 roku więzienie. Początkowo carskie, obejmujące jurysdykcją Królestwo Kongresowe, nadzwyczaj użyteczne podczas narodowych zrywów; przebywali w nim chociażby uczestnicy powstania styczniowego. Po odzyskaniu niepodległości, w międzywojniu, trafiali tam członkowie nielegalnej Komunistycznej Partii Polski, a za okupacji, od 1939 do 1944 roku, aresztowani przez Policję Bezpieczeństwa III Rzeszy. W ciągu pięciu lat przewinęło się przez nie około czterdziestu tysięcy osób, głównie więźniów politycznych. Blisko połowę wywieziono do obozów koncentracyjnych9, między innymi Franciszka.
Jak wspominał Jan Eugeniusz Plewa, jeden z osadzonych na lubelskim Zamku w 1941 roku, transporty do Oświęcimia czy innych obozów odchodziły zwykle co dwa tygodnie, a miejsce wywiezionych szybko zajmowali nowi aresztowani z całego województwa10.
Był 29 lipca 1941 roku, kiedy Franciszek wraz z sześciuset pięćdziesięcioma siedmioma innymi więźniami dowiedzieli się, że nazajutrz opuszczą Zamek w Lublinie11. Pojęcie o przebiegu procedury daje relacja Jana Plewy: najpierw sprawdzanie danych, potem upychanie ludzi w ciężarówce i jazda na bocznicę stacji kolejowej. Ostatnie kilkaset metrów do czekającego tam specjalnego wagonu więźniarki biegiem, w asyście pokrzykujących uzbrojonych strażników. Przed wtłoczeniem do niego więźniów ponowne liczenie i weryfikacja personaliów. W wagonie znajdowały się nieliczne drewniane ławki; większość osób siedziała na podłodze. Mundurowi zajmowali osobny przedział, oddzielony szybą, przez którą obserwowali eskortowanych.
Z każdą godziną podróż stawała się trudniejsza. "Brak powietrza dawał się coraz bardziej we znaki, a dotkliwa duchota była nie do zniesienia. Na suficie zaczęły ukazywać się kropelki pary wodnej, która coraz liczniej i rzęsiściej spadała na obnażone ciała"12. Więźniom surowo zabraniano wyglądać przez okno. Jan Plewa wspominał, że dopiero podczas dłuższego postoju udało mu się zorientować, że jest w Krakowie. "Nie było teraz wątpliwości, że transportowano nas do Oświęcimia. Osłabieni brakiem powietrza i zaduchem pragnęliśmy jak najszybciej znaleźć się u kresu podróży. Pomimo świadomości, że jedziemy do obozu śmierci, jakaś determinacja ogarnęła wszystkich, dziwna obojętność zapanowała w umysłach całego więźniarskiego wagonu"13.
Plewę przewożono w październiku, Franciszka w samym środku lata. Podróż tym bardziej musiała dać mu się we znaki.
Więźniowie na pewno odetchnęli na oświęcimskim dworcu, mimo że natychmiast nakazano im maszerować w kierunku Kasernenstrasse, ulicy, przy której znajdował się obóz. Nieważne, że nogi odmawiały posłuszeństwa.
Była noc, umieszczono ich zatem w piwnicy jednego z właśnie budowanych obozowych bloków. Tam doczekali poranka, leżąc lub stojąc na gołej ziemi14. O śnie w takich warunkach nie było mowy. A rankiem przed Effektenkammer, czyli magazynem mienia więźniarskiego, ruszyła machina rejestracyjna.
Nowo przybyłych więźniów skrupulatnie zapisywano. Listę zatytułowaną Zugänge am 30. Juli 1941. Eingeliefert vom Kommandeur der Sicherheitspolizei und des SD für den Distrikt Lublin [Przyjazdy 30 lipca 1941 r. Dostarczone przez dowódcę Policji Bezpieczeństwa i SD dla dystryktu lubelskiego] otwiera nazwisko Davida Szmajsera, masarza z Opola Lubelskiego, któremu nadano numer 19 199. Bliżej jej końca odnajdujemy Franciszka, Franza Musiatewicza[2], urodzonego 15 listopada 1906 roku w Parczewie, określonego jako Landwirt, gospodarz rolny, i Schutzhäftling[3] Pole, więzień polityczny, Polak. I numer, który odtąd stanie się najważniejszy: 19 743. W tamtym czasie numerów jeszcze nie tatuowano, ale każdy więzień musiał natychmiast nauczyć się swojego na pamięć. A wyrwany ze snu w środku nocy poprawnie wyrecytować go po niemiecku15.
Po rejestracji więźniowie rozbierali się i oddawali ubrania oraz przedmioty osobiste do depozytu. Wtedy, w 1941 roku, wciąż jeszcze przechowywano je w magazynie odzieżowym, w osobnych workach, zdarzały się bowiem sporadyczne przypadki, że ktoś z obozu wychodził (choć najczęściej trafiał z powrotem do więzienia)16. Następnie prowadzono ich do kąpieli, pod zimny prysznic albo do wielkiej kadzi z brudną wodą, po której następowało golenie i strzyżenie włosów. Pośpieszne i niezbyt wprawne, bo wykonywane przez więźniów nieobeznanych z fachem17. Wreszcie wydawanie więziennych ubrań, przypadkowo, bez zwracania uwagi na wzrost czy sylwetkę. Bywało, że komuś spodnie sięgały niewiele poniżej kolan, podczas gdy inny dostawał zbyt obszerną koszulę. Stanisław Głowa, który do obozu trafił kilkanaście dni po Franciszku, wspomina: "Co za straszne łachy! Pasiaki kilka razy łatane, a przy tym potwornie brudne. Wyglądaliśmy jak pajace. Na nogach drewniaki - trudno było się poruszać"18. Zwłaszcza że trepy były zwykle o kilka rozmiarów za duże i na dodatek nie wydawano skarpet. Wciąż poganianym więźniom niełatwo się biegało, stopy szybko się ocierały. Otarcia z kolei prowadziły do niegojących się ran, te do zakażenia, a w konsekwencji nawet do śmierci19. Właściwie wszystkie czynności w obozie, począwszy od przyjazdu i rejestracji, odbywały się w nieustannej atmosferze terroru: esesmani krzyczeli, popychali, pośpieszali więźniów, nie szczędząc im razów i kopniaków.
Zwykle natychmiast po myciu, goleniu i odzianiu, póki jeszcze wyglądali w miarę czysto i schludnie, więźniowie byli kierowani do pracowni fotograficznej, w grupach po kilkadziesiąt osób. Wszystko działo się według ściśle określonego porządku, a procedury były dopracowane tak, by formalności zajmowały jak najmniej czasu. Nowo przybyli po kolei siadali na specjalnie przystosowanym krześle z podpórką na głowę i statywem, na którym umieszczano ich numery oraz informacje o narodowości i kwalifikacji20. Każdy był fotografowany trzykrotnie: w czapce na głowie, z twarzą lekko zwróconą w prawo, bez czapki i z twarzą na wprost, a także z profilu. Aby wykonać to ostatnie zdjęcie, fotograf za pomocą przekładni obracał krzesło z więźniem o dziewięćdziesiąt stopni21.
Franciszek Musiatowicz, zdjęcie obozowe, 1941 r.
Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau
Nie wszystkie zachowane fotografie więźniów są ostre. Czasem twarze bywają rozmyte, innym razem widać ślady zniszczeń kliszy. Ale akurat zdjęcia Franciszka są bardzo dobrej jakości. Wyglądają, jakby ktoś wykonał je raptem wczoraj, a nie ponad osiemdziesiąt lat temu. Po godzinach spędzonych na wpatrywaniu się i wyszukiwaniu najdrobniejszych detali mam wrażenie, że znam je niemal na pamięć. Franciszek spogląda hardo, bez lęku. Pobyt w więzieniu na lubelskim Zamku najwyraźniej go nie złamał, choć odbił się na jego wyglądzie. Twarz jest znacznie szczuplejsza niż na fotografiach sprzed uwięzienia. Szczuplejsza, ale nie wychudzona (to zapewne nastąpiło w ciągu następnych tygodni i miesięcy). Bliska jest mi ta twarz, znajoma, choć nigdy pradziadka nie widziałam. Ale jego rysy doskonale odbiły się na twarzy syna. Czasami zlewają mi się w jedno: Franciszek i Zenon. To samo surowe spojrzenie, w którym tylko najbliżsi są w stanie dostrzec wewnętrzne ciepło. To samo poznaczone głębokimi bruzdami czoło. I wreszcie usta, tak charakterystyczne, mocno zarysowane, duże.
Mimo że na obozowym trójzdjęciu spojrzenie Franciszka dominuje, nie mniej ważne są inne detale. Czerwony trójkąt naszyty na pasiaku (tego akurat czarno-biała fotografia nie oddaje), oznaczający więźnia politycznego, a pod nim skrawek materiału z obozowym numerem. Koszula leżąca zaskakująco dobrze, guziki kompletne, kołnierzyk cały. Do całości nie pasuje jedynie czapka, też pasiasta, wyraźnie jaśniejsza i mniej znoszona od pozostałych części garderoby. Ale to dlatego, że czapki były elementem obozowego ubioru dopiero od niedawna.
To, że mogłam te fotografie zobaczyć, zawdzięczam dwóm mężczyznom: Wilhelmowi Brassemu i Bronisławowi Jureczkowi, więźniom pracującym w obozowej pracowni fotograficznej. To dzięki nim ocalało ponad trzydzieści osiem tysięcy fotografii identyfikacyjnych, jedynych odnalezionych w momencie wyzwolenia Auschwitz22. Jak się to stało, wyjaśniał później Brasse, który obóz przeżył: "Pewnego dnia - 19 albo 20 stycznia 1945 roku wieczorem - wpadł Walter[4] [...] i powiedział, by palić wszystkie zdjęcia. Niemcy nie spodziewali się, że wyzwolenie nastąpi tak szybko. [...] Walter kazał nam wyciągać z szaf negatywy i odbitki i wrzucać je do pieca. Zależało mu przede wszystkim na zniszczeniu zdjęć policyjnych więźniów. Zaczęliśmy wrzucać, ale ogień od razu zgasł, bo filmy były zrobione z niepalnego materiału. [...] Szef stał nad nami z jakieś pół godziny, a potem odebrał telefon i wyszedł. W pokoju były także kartoteki zmarłych i rozstrzelanych, które potrafiliśmy rozszyfrować. Uważałem się za świadomego więźnia politycznego, więc zależało mi, by te rzeczy ocalić. Tak samo mój kolega Jureczek. Najpierw umyślnie ciasno załadowaliśmy klisze tak, by jeszcze trudniej się paliły. Gdy tylko Walter zamknął drzwi, natychmiast przestaliśmy palić i nawet zalaliśmy wodą to, co było w piecu. [...] [W]yciągnęliśmy z pieca nieco nadpalone materiały i staraliśmy się je jakoś zabezpieczyć, by nikt ich nie zniszczył, nie rozkradł. Wiedzieliśmy, że jeśli Walter wróci, to nas zastrzeli. Niemcy w takich przypadkach się nie zastanawiali. Skombinowaliśmy dwie czy trzy porządne deski i zabiliśmy nimi drzwi. Nikt już nie mógł wejść do tego pomieszczenia"23.
Bronisław Jureczek był Ślązakiem. Według danych pochodzących z wyszukiwarki Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau urodził się 20 lipca 1920 roku w Brzozowicach-Kamieniu. Ponieważ był to 1920 rok, urodził się jako Bronislaus Juretzek albo w Brzezowitz, albo w Kamin, wówczas odrębnych gminach. Do Auschwitz trafił 10 marca 1942 roku transportem z Katowic. Ewakuowany w 1945 roku do KL Mauthausen doczekał tam wyzwolenia.
Również Wilhelm Brasse ma w swojej biografii nieoczywisty, choć wyraźny śląski ślad. Urodził się 3 grudnia 1917 roku w małopolskim Żywcu, który wówczas leżał w granicach monarchii austro-węgierskiej. Jego dziadek był Alzatczykiem, pracował u żywieckich Habsburgów jako ogrodnik. W 1933 roku Wilhelm Brasse przyjechał na Górny Śląsk, do Katowic, gdzie w dużym zakładzie fotograficznym prowadzonym przez jego ciotkę uczył się rzemiosła. Dwa lata później zdał egzamin czeladniczy i został zawodowym fotografem. Zatrudnił się w Foto-Korekt, "najlepszym zakładzie w Katowicach", jak wspominał, atelier specjalizującym się w zdjęciach portretowych24.
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.
[1] Choć starania o budowę nowego murowanego kościoła, który zastąpiłby niewystarczający już kościół drewniany, podejmowano długo, a pierwszy kosztorys budowy sporządzono w 1901 roku, dopiero ukaz tolerancyjny cara Mikołaja II z 17/30 kwietnia 1905 roku o swobodzie wyznania pozwolił na realizację projektu. Jeszcze w grudniu 1905 roku zatwierdzono komitet budowy, a w 1913 roku mieszkańcy modlili się już w nowej świątyni. Za: Dzieje Parczewa 1401-2001, red. E. Horoch, A. Koprukowniak, R. Szczygieł, Parczew-Lublin 2001, s. 160-163.
[2] Właśnie taką pisownię nazwiska pradziadek stosował konsekwentnie i tak też się podpisywał, choć w jego dowodzie osobistym stoi "Musiatowicz". Nazwisko prababci Karoliny w dokumentach brzmiało "Musiatowicz", a jej najstarszej córki w akcie urodzenia "Musiatewicz". Do dziś część rodziny posługuje się jednym wariantem nazwiska, a część drugim. Mój dziadek używał formy "Musiatowicz", choć w rodzinnych dokumentach zdarzały się też inne wersje: Musiatewicz, Musialewicz, Musiałowicz, a nawet Musiałewicz.
[3] Niem. Schutzhäftling (dosłownie: uwięziony ochronnie), termin używany po 1939 roku wobec osób, które prezentowały "wrogą postawę wobec państwa i narodu niemieckiego".
[4] Bernhard Walter (1911-1979) - SS-Hauptscharführer, w latach 1941-1945 kierujący służbą identyfikacyjną Wydziału Politycznego w obozie koncentracyjnym Auschwitz, a więc także zespołem fotograficznym. Po zakończeniu wojny przebywał jako jeniec wojenny w Anglii, następnie trafił do Polski, gdzie w 1948 roku Sąd Okręgowy w Krakowie skazał go na trzy lata więzienia. Wilhelm Brasse zeznawał na korzyść Waltera, potwierdzając, że ten zachowywał się wobec więźniów przyzwoicie. Po zwolnieniu z więzienia w lipcu 1950 roku Walter powrócił do rodzinnego Fürth, gdzie pracował jako kinooperator.
Drzewa genealogiczne wymienionych postaci
Prandziochowie
Simon Prandzioch (1842-1893)
+ Marie Kaminski (1846-1915)
?? Simon (1868-?)
?? Josepha (1873-1876)
?? Johann/Jan (1875-1949)
? + Monika Zielinski (Selinsky) (1876-1968)
? ?? Elisabeth Viktoria/Elżbieta Wiktoria (1899-1982)
? ?? Pauline Josefine/Paulina Józefina (1901-?)
? ?? Roman Johann/Roman Jan (1903-1942)
? ?? Alois Robert/Alojzy Robert (1905-1939)
? ?? Anton Hieronymus/Antoni Hieronim (1907-2002)
? ? + Antonie Helene/Antonina Helena Lewan (1918-1987)
? ?? Johann August/Jan Augustyn (1909-1997)
? ?? Marie Gertrud/Maria Gertruda (1911-1991)
?? Tomas Stefan (1877-1883)
?? Marie Cipriana (1879-?)
?? Franzis ka Thecla (1881-?)
?? Franz Raphael (1883-1889)
?? Pauline Margaretha (1885-1956)
?? August Hiacinth (1887-1945)
Lewanowie (I)
Florian Lewan (1832-1899)
?? Bartholomäus/Bartłomiej (1858-?)
? + Marie Ursula Wollny (1860-1891)
? ?? Johann/Jan (1885-1956)
? + Catharina/Katarzyna Lewan (1888-1950)
? ?? Antonie Helene/Antonina Helena (1918-1987)
? + Anton Hieronymus/Antoni Hieronim Prandzioch (1907-2002)
? + Florentine/Florentyna Glanz/Glanc (1898-1952), druga żona
?? Bernhard (1860-?)
? + Marie/Maria Mylek (1857-1959)
? ?? Joseph/Józef (1892-?)
? ?? Anton/Antoni (1898-?)
? ?? Paul/Paweł (1906-1979)
?? Leopold (1873-?) Lewanowie (II)
Albert Lewan (?-?)
?? Wilhelm Caspar (1858-1894)
+ Margarethe/Małgorzata Hayny (1860-1944)
?? Florentine/Florentyna (1883-1952)
?? Anna (1885-?)
?? Catharina/Katarzyna (1888-1950)
? + Johann/Jan Lewan (1855-1956)
?? Rosalie/Rozalia (1891-?) Waleczkowie
Joseph Waleczek (1840-?)
+ Sophia/Zofia Staron (1847-1930)
?? Michael/Michał (1867-1951)
?? Johann/Jan (1879-1969)
?? Joseph (1882-1915)
?? Karl/Karol (1888-1972)
? + Klara Ludovika Schwiergott/Świergot (1905-1989)
? ?? Anna (1926-2020)
? ?? Józef (1929-1991)
? ?? Agnieszka (1941-2002)
?? Anton/Antoni (1891-?)
Schwiergottowie (Świergotowie)
Franziska Schwiergott (1871-1912)
?? Martha (1901-?)
?? Klara Ludovika (1905-1989)
? + Karl/Karol Waleczek (1888-1972)
?? Hedwig (1906-?)
? + Friedrich Gerhard Lukas (1904-?)
??? Wilhelm (1911-1980) Musiatowiczowie
Hippolit Musiatowicz (1870-?)
+ Julia Gogłuska (1881-?)
?? Franciszek Musiatowicz/Musiatewicz (1906-1942)
? + Karolina Błachnio (1913-1989)
? ?? Anna (1933-2015)
? ?? Zenon (1937-1995)
? ? + Stanisława Pacławska
? ?? Czesława (1940-2010)
? + Bogdan Ligoń (1935-1997)
?? Wacław Musiatowicz/Musiatewicz (?-?)
+ Helena Ostap (?-?) Pacławscy
Michał Pacławski (?-?)
+ Anna Furczyk (1839-?)
?? Franciszek (1877-1954)
+ Rozalia Szulewa (1876-1957)
?? Jan (1908-1988)
? + Urszula Dutkowska (1912-1998)
? ?? Stefania (1936-2015)
? ?? Stanisława
? + Zenon Musiatowicz (1937-1995)
?? Aniela (?-?)
? + Michał Dutkowski (?-?)
? ?? Władysław (1945-2010)
?? Stanisław (1914-1946)
Furczykowie
Teodor Furczyk (1775-1840)
+ Maria Gmitryk (1777-?)
?? Szymon (1803-?)
+ Zofia Popiel (?-?)
?? Anna (1839-?)
+ Michał Pacławski (?-?) Popielowie
Jan Popiel (?-?)
+ Anna (?-1841)
?? Zofia (?-?)
+ Szymon Furczyk (1803-?) Dutkowscy
Dymitr Dutkowski (1840-?)
+ Rozalia Głowacz (?-?)
?? Tekla (1886-1971)
?? Urszula (1912-1998)
? + Jan Pacławski (1908-1988)
?? Józef (?-?)
?? Stanisław (?-?)
1. Podwójna rzeczywistość
Nie potrafię powiedzieć, od kiedy zaczęło do mnie docierać, że tu, na Górnym Śląsku, ludzie dzielą się na autochtonów i przyjezdnych. Że każdy Ślązak bez trudu rozpozna i wskaże obcego. Podpowiedzią może być niemal wszystko: język, akcent, nazwisko, imię, a nawet wygląd. Wystarczało, że ktoś w sklepie mięsnym poprosił o kaszankę, a pojawiały się pod nosem ironiczne uśmiechy. Obcy. A może ktoś odezwał się z miękkim, śpiewnym akcentem? Obcy. Nazwisko zakończone na -icz? Obcy. Ktoś dał córce na imię Halina? Obcy.
Uczyłam się tego przez obserwację, zasłyszenie. Nigdy wprost.
Z czasem uświadomiłam sobie, że te podziały przebiegają także przez środek mojej rodziny. Że historie opowiadane przez jedną babcię są bardzo odległe od tych snutych przez drugą. W jednych występowały drewniane wiejskie chaty, lampy naftowe i droga na bosaka do kościoła. W drugich byli dorośli mówiący po niemiecku, by nie rozumiały ich dzieci, czy tramwaje jeżdżące przez granice państw. Inne w tych opowieściach były również słowa. Tu dzieci, buty, cukierki, piłka, tam bajtle, strzewiki, b?mb?ny, bal.
Te same rozróżnienia wyczuwało się także w szkole, choć nigdy nie były ostre, jednoznaczne. Ale każdy z czasem je zauważał. Na przykład to, że w mojej katowickiej dzielnicy, w Załężu, dzieci o śląsko brzmiących nazwiskach najczęściej mieszkały w kamienicach. Wtedy, w latach dziewięćdziesiątych, oznaczało to obdrapane klatki schodowe, toalety na korytarzach i w wielu przypadkach brak w mieszkaniach łazienek z prawdziwego zdarzenia. Na przeciwnym biegunie były lokale mieszkalne w blokach, ciasne i niskie, ale za to z łazienką, toaletą i - zazwyczaj - balkonem. Zajmowali je głównie przyjezdni. Ci, których nazwiska częściej kończyły się na -ski, -icz czy -ak (jasne, nie co do zasady, ale mimo wszystko można było poczynić takie założenie i rzadko okazywało się błędne). Różnice nie znikały po zakończeniu roku szkolnego. "Tutejsi" zostawali na Śląsku albo wyjeżdżali na dwutygodniowe kolonie, podczas gdy spora część mojej klasy udawała się w różne strony Polski (dominowała dawna Kongresówka z przyległościami) na całe wakacje, aby spędzić je u swoich dziadków.
Dla mnie dziadkowie nie byli odlegli, odświętni czy wyczekiwani. Zawsze miałam ich obok, pod ręką. Jednych prawie dosłownie, bo mieszkali w tym samym budynku, drzwi w drzwi z nami, do drugich szło się piechotą może pięć minut dziecięcym krokiem. Do dziadków wpadało się na chwilę lub dłużej, mijało się ich na ulicy, gdy wracało się ze szkoły. Dziadkowie dyżurowali przy mnie, gdy chorowałam, co we wczesnym dzieciństwie zdarzało mi się nadzwyczaj często. A wakacje? Wakacje z babcią oznaczały, że babcia przychodzi rano i zabiera cię na swój ogródek działkowy.
Dopiero później, gdy byłam w stanie to sobie zniuansować, dotarło do mnie, że moi dziadkowie ze strony mamy nie są Ślązakami. Po prostu miałam to szczęście, że migracja części mojej rodziny na Górny Śląsk nastąpiła wcześniej niż w przypadku większości moich kolegów i koleżanek ze szkoły - jeszcze w pokoleniu dziadków, a nie rodziców. Dziadkowie byli więc na Śląsku silniej zakorzenieni, choć jednocześnie absolutnie nie czuli się Ślązakami. No i tak się złożyło, że także oni mieszkali w załęskiej kamienicy, a nie w żadnym z nowych bloków, co mimo wszystko sprawiało, że - przynajmniej w oczach dziecka, którym byłam - wydawali się bardziej stąd.
Warto wspomnieć o jeszcze jednej kwestii, która wtedy, w szkole lat dziewięćdziesiątych, różniła dzieciaki. Dzieliłyśmy się na te, które (zwłaszcza przed świętami) dostawały kartki i paczki z Niemiec, i na te, które siłą rzeczy nie miały żadnej rodziny ani znajomych za zachodnią granicą. W tych wczesnych latach, jeszcze właściwie zanim poszłam do szkoły, Niemcy były dla mnie synonimem ładnych ubrań, świetnych zabawek, słodyczy i wszystkich tych trudno dostępnych rzeczy, które przychodziły pocztą, które przywożono z wizyt u bliskich na Zachodzie albo które okrężną drogą, poprzez pakety[1]z Rajchu, trafiały do domu. Z Rajchu, z Efu[2] - no właśnie, to były te pierwsze poznane określenia na Niemcy. To z tej mitycznej krainy pochodziły wymarzone resoraki, kredki w surowej drewnianej oprawie, którymi można się było pochwalić przed koleżankami, czy T-shirty z Myszką Miki. Niemcy? Niemcy to była inna opowieść, późniejsza. Ta spod znaku czterech pancernych i lekcji historii. Dopiero wtedy rodziły się niewygodne pytania: skoro Niemcy były wrogiem, to czemu część ludzi, których znamy, tam wyjechała?
Śląskość w latach dziewięćdziesiątych, w dodatku z perspektywy dziecka, pozostawała trudno uchwytna. To nie był jeszcze czas otwartych deklaracji, manifestowania własnej odrębnej tożsamości. Wielu wciąż żyło traumą PRL-u: nie chcieli się wychylać, nie chcieli przekazywać dzieciom swojej śląskości, w tym języka. O różnicach - o tej innej historii - mówiło się co najwyżej w domu, przy okazji rodzinnych spotkań, w zamkniętym gronie.
W szkole był tylko jeden moment w ciągu całego roku szkolnego, kiedy tutejsza tożsamość jakoś tam dochodziła do głosu. Okolice Barbórki. Górnictwo było wówczas takim bezpiecznym synonimem śląskości, choć przecież fałszywym i niepełnym. Ale przynajmniej nikt nikomu nie zarzucał separatyzmów, wszak Barbórkę obchodzono nawet w PRL-u.
Tak się jednak złożyło, że mimo iż mieszkałam w samym sercu górniczo-hutniczej dzielnicy, w mojej rodzinie nie było nikogo, kto wciąż pracowałby na kopalni czy w hucie. Pierwszym i ostatnim zarazem hajerym[3] był mój prapradziadek Johann Prandzioch. Wśród moich śląskich przodków znalazłoby się więcej hutników, choć również w bardzo odległych czasach - ostatnia była praprababka Catharina Lewan. Później w hucie zatrudnił się już tylko dziadek Zenon, który przyjechał tu za pracą z Parczewa, ale i on odszedł z zawodu, zanim się urodziłam. Nie mogłam się więc z taką formą śląskości identyfikować. Paradoksalnie, w czasach mojej podstawówki więcej górników i hutników zdarzało się wśród przyjezdnych rodziców moich kolegów i koleżanek niż wśród autochtonów. Narracja barbórkowa zaczynała żyć równolegle z tą śląską.
Lekcje w szkole, zamiast sprawy rozjaśniać, częściej je zaciemniały. Z biegiem lat spostrzegłam, że bardzo często fakty podawane na historii nijak się mają do opowieści, które słyszę w domu czy wśród znajomych moich rodziców i dziadków. A to rodziło pytania: dlaczego świętujemy w szkole Dzień Niepodległości, upamiętniając zdarzenia z roku 1918, skoro plebiscyt na Górnym Śląsku odbył się dopiero w 1921 roku? Jeżeli Niemcy w trakcie II wojny światowej byli wrogami, to dlaczego w niektórych rodzinnych albumach znajdują się zdjęcia żołnierzy w mundurach Wehrmachtu? I skąd na Załężu tyle niemieckich napisów, książek, przedmiotów?
Z czasem wyczuliłam się na wszystkie te drobne z pozoru przeinaczenia, przemilczenia, "przejęzyczenia", które zacierały prawdziwy obraz. Nauczyciele, mówiąc o trójstyku dawnych granic w Mysłowicach, mówili o Trójkącie Trzech Zaborców, a nie o Trójkącie Trzech Cesarzy. Górny Śląsk nigdy pod zaborami nie był. Nawiasem mówiąc, to przeinaczenie funkcjonowało przez lata najczęściej: jeżeli Prusy, to zawsze zabór pruski, nawet w odniesieniu do Górnego Śląska. A przecież wystarczy spojrzeć na jakąkolwiek mapę rozbiorów, by pojąć, że Śląsk był pruski jeszcze przed nimi.
Nielepiej było z bliższą przeszłością. Pewnie wszystko zależało od nauczycieli, ale na moich lekcjach historii nikt nam nie mówił, że nasi przodkowie niekoniecznie nosili mundury polskiej armii. Nikt nie opowiadał, że pod Monte Cassino czy w bitwie o Bolonię Ślązacy licznie walczyli po obu stronach. Nikt nie wspominał o obozach dla Górnoślązaków, o wywózkach do pracy, o całej Tragedii Górnośląskiej. Żadnemu nauczycielowi historii chyba nawet nie przyszło do głowy, że opowiadając o wojnie prusko-austriackiej w 1866 czy wojnie francusko-pruskiej w 1870 roku, może wspomnieć, że jesteśmy potomkami jej uczestników. W historii nauczanej w szkole Ślązacy zdawali się dziwnie ginąć. Nie było ich po stronie polskiej, ale nie było ich też w żadnym innym miejscu. Jak gdyby w ogóle nie istnieli. Odnajdywali się na jedną krótką chwilę, gdy wybuchały śląskie powstania i ważyły się losy przynależności państwowej Górnego Śląska, ale już przy wynikach plebiscytu ponownie trzeba było naginać realia, by wyjaśnić, dlaczego Polska wygrała, mimo że przegrała.
Jednak choć dostrzegałam coraz więcej niejednoznaczności, choć coraz wyraźniej zdawałam sobie sprawę, że na Górnym Śląsku mamy do czynienia z jakąś podwójną rzeczywistością, to jednocześnie śląskość w ogóle nie była dla mnie przedmiotem identyfikacji. Kiedy myślę o sobie w czasach podstawówki czy gimnazjum, wiem, że nie czułam się wówczas Ślązaczką. Nie czułam się też nie-Ślązaczką. Po prostu nie była to kwestia, która by mnie zajmowała.
Nie mówiłam po śląsku, odkąd w szkole podstawowej nauczycielka zawstydziła mnie z powodu wypowiedzianych przeze mnie śląskich słów. Tamto wydarzenie na długo wygumkowało śląski z mojej głowy. Jasne, używałam niektórych zwrotów, tych najpopularniejszych, co do których nawet nie do końca ma się świadomość, że są śląskie. Ale śląszczyznę wtłoczyłam do kredensu i patrzyłam na nią przez szybę. Śląski to był język, którym posługiwały się największe chachary na placu. Język starych chop?w i bab?w, słyszany w kolejce po mięso u mas?rza albo na smynt?rzu. Język śmiesznych wic?w[4], oglądanej przez babcię Soboty w Bytkowie czy audycji Ecika i Masztalskiego w Radiu Katowice. Najdziwniejsze jednak, że wyparłam wtedy ze świadomości, że był także wyłącznym językiem komunikacji mojej babci Agnieszki i jej siostry Ani.
Zresztą gdy dorastałam, w Katowicach śląski coraz bardziej się gubił. A właściwie rozwadniał w polszczyźnie. Do wychowywanego w PRL-u pokolenia moich rodziców starano się w śląskich domach mówić po polsku (na tyle, na ile umiano), by nie robić nikomu pod górkę w szkołach, a potem w pracy. Rodzice przestawali się nim posługiwać, nie przekazywali go dalej. Ale śląski sobie poradził i po latach wykonał międzypokoleniowy przeskok - od babć i dziadków do wnuków.
Dopiero kiedy poszłam na studia, a było to w 2009 roku, śląska tożsamość stopniowo stawała się dla mnie materią do namysłu. Wówczas zarówno śląskość, jak i język śląski były na fali wznoszącej, a Uniwersytet Śląski, na którym studiowałam, miejscem, gdzie buzowały. No dobrze, "buzowały" to może zbyt duże słowo. Pyrkały sobie w retortach kilku śląskich alchemików zaszytych w uczelnianych gabinetach. To wtedy pojawiło się na rynku wiele znaczących publikacji po śląsku i o Śląsku, otworzyły się pierwsze sklepy ze śląskimi produktami. Na coroczne Marsze Autonomii przychodziły tłumy, a w spisie powszechnym z 2011 roku ponad osiemset tysięcy osób zadeklarowało narodowość śląską. Wydawało się, że może jeszcze nie teraz, ale za chwilę, za kilka lat, śląskość uzyska należne jej miejsce. Że trochę pracy, konsekwencji i coś się zmieni. Że damy radę, że po prostu trzeba ten Śląsk inaczej - na nowo - opowiedzieć, i w końcu nas w Polsce zrozumieją. Że śląski zostanie uznany za język regionalny, a Ślązacy za mniejszość etniczną.
"Nas", bo w pewnym momencie ja też poszłam za tym głosem.
Wybór śląskości nie był może prosty, ale był jakiś. Był wyrazisty. Im więcej o Śląsku czytałam, tym łatwiej było mi go do siebie odnosić. Moja polska historia miała mnóstwo białych plam. Również opowieść wschodnia, bieszczadzka, która stanowiła część rodzinnej przeszłości. Ale ona, choć podobnie pełna niejednoznaczności i pograniczności, w ogóle mnie w tamtym momencie nie pociągała. Wybrałam więc sobie śląskość, która właśnie przeżywała renesans, i odrzuciłam wszystko inne.
Ale nic z tego, czego z nadzieją wypatrywano przed kilkunastu laty, się nie wydarzyło. Przyszło rozczarowanie związane z ciągłym natrafianiem na mur podejrzeń, niezrozumienia, niechęci. Spora część tamtej energii rozpierzchła się, uleciała.
Aż wreszcie nastąpiło moje własne rozczarowanie śląskością. Wybrana przeze mnie tożsamość stawała się coraz bardziej niewystarczająca. Pękała, kruszyła się pod wpływem tego, co pęczniało wewnątrz. Nie byłam w stanie pomieścić w niej wszystkich nieśląskich wątków, śladów, nitek, które odkrywałam coraz chętniej w rodzinnej historii. Już nie chciałam ich odrzucać, zamiast tego próbowałam wpleść w moją śląską osnowę. Momentami czułam się więc nierozumiana podwójnie: i jako Ślązaczka poza Śląskiem, i jako (przynajmniej częściowo) nie-Ślązaczka tutaj, na Śląsku. Dotarło do mnie, że muszę znaleźć jakieś rozwiązanie. Że w mojej wersji śląskości musi być miejsce na wszystko, co znałam z domowych przekazów, o czym czytałam i co sama odkryłam w archiwach: na rodzinnych śląskich powstańców, na żołnierzy walczących w niemieckich mundurach, na pradziadka z AK, który zginął w Auschwitz, na greckokatolickich przodków z Bieszczad i na prababcię używającą ukraińskich słów.
Bo to oni wszyscy się na tę moją śląskość złożyli, nawet jeśli sami ze Śląskiem nie mieli nic wspólnego.
[1] Śl. paczki, przesyłki. We wczesnych latach dziewięćdziesiątych, podobnie jak wcześniej w PRL-u, wiele niemieckich organizacji charytatywnych czy parafii wysyłało do Polski wsparcie w postaci różnego rodzaju paczek pomocowych z odzieżą, środkami higienicznymi, zabawkami itp.
[2] Skrót od skrótu, czyli od "Enerefu" (NRF-u), Niemieckiej Republiki Federalnej, oficjalnej polskiej nazwy Niemiec Zachodnich, funkcjonującej do 7 grudnia 1970 r., kiedy podpisanie dwustronnego układu między krajami zmieniło ją na Republikę Federalną Niemiec. Samo określenie "Ef" przetrwało na Górnym Śląsku znacznie dłużej i było używane (podobnie jak jeszcze starsze "Rajch") także w odniesieniu do zjednoczonych już Niemiec.
[3] Śl. górnik, zwłaszcza górnik dołowy, rębacz.
[4] Śl. chachary - łobuzy, chopy i baby - mężczyźni i kobiety, mas?rz - rzeźnik, smynt?rz - cmentarz, wic - żart.
Słowniczek nazw miejscowości
Allenstein - Olsztyn
Annaberg - Góra Świętej Anny
Beuthen - Bytom
Biskupitz - Biskupice, dzisiaj dzielnica Zabrza
Bismarckhütte - powstała w 1903 roku z połączenia Ober-Heiduk i Nieder-Heiduk; w okresie międzywojennym Hajduki Wielkie, dzisiaj Chorzów Batory, dzielnica Chorzowa
Bitschin - Bycina (w latach 1936-1945 Fichtenrode)
Bogutschütz - Bogucice, dzisiaj dzielnica Katowic
Breslau - Wrocław
Brzezowitz - Brzozowice, dzisiejsza dzielnica Piekar Śląskich
Chropaczow - Chropaczów, dzisiaj dzielnica Świętochłowic (w latach 1909-1922 oraz 1939-1945 Schlesiengrube)
Deschowitz - Zdzieszowice (w latach 1936-1945 Odertal)
DeutschWeichsel - Wisła Mała
Eckersdorf - Florczaki
Elbing - Elbląg
Falkenberg - Niemodlin
Friedland in Böhmen - Frýdlant
Fröhlichhof - Frelichów
Gleiwitz - Gliwice
GrossChelm - Chełm Śląski
GrossStrehlitz - Strzelce Opolskie
Hohenlinde - utworzone w 1904 roku przez połączenie gmin Ober Lagiewnik i Mittel Lagiewnik, Łagiewniki, dzisiaj dzielnica Bytomia
Horn - Żabi Róg
Hohenlohehütte (lub Ignatzdorf) - Wełnowiec, dzisiaj dzielnica Katowic
Kattowitz - Katowice
Kochanowitz - Kochanowice
Kochlowitz - Kochłowice, dzisiaj dzielnica Rudy Śląskiej
Königshütte - Królewska Huta, dawna nazwa Chorzowa
Krappitz - Krapkowice
Kreisau - Krzyżowa
Langendorf - Wielowieś
Laurahütte - Huta Laury, dzisiaj część Siemianowic Śląskich
Lonkau - Łąka
Malapane - Ozimek
Mohrungen - Morąg
Myslowitz - Mysłowice
Neisse - Nysa
Ober-Heiduk (lub Ober-Heyduk) - Hajduki Górne; w 1903 roku wraz z Nieder-Heiduk stały się Bismarckhütte
Oberglogau - Głogówek
OberLagiewnik - w 1904 roku wraz z Mittel Lagiewnik przemianowane na Hohenlinde, dzisiaj Łagiewniki, dzielnica Bytomia
Oppeln - Opole
Peiskretscham - Pyskowice
Plawniowitz - Pławniowice (w latach 1936-1945 Flössingen)
Pless - Pszczyna
Preiswitz - Przyszowice
Ratibor - Racibórz
Rosdzin - Roździeń, dzisiaj część Katowic
Ruda - Ruda, dzisiaj dzielnica Rudy Śląskiej
Schoppinitz - Szopienice, dzisiaj dzielnica Katowic
Schwarzwasser - Strumień
Slawentzitz - Sławięcice, dzisiaj dzielnica Kędzierzyna-Koźla (w latach 1936-1945 Ehrenforst)
Tarnowitz - Tarnowskie Góry
Ujest - Ujazd (w latach 1936-1945 Bischofstal)
Wischnitz - Wiśnicze (w latach 1936-1945 Kirschen)
Woiska - Wojska
Wolfsschanze - Wilczy Szaniec
Zabelkau - Zabełków (w latach 1936-1945 Schurgersdorf)
Zalenze - Załęże, dzisiaj dzielnica Katowic
Zbitkau - Zbytków
Złoczów - Zołocziw
Zülkowitz - Sułków (w latach 1936-1945 Zinnatal)