Zew Wilka - Anthony Ryan

-
Proszę czekać

Rela­cja Lura­lyn

Pierw­sze pyta­nie

Dzi­siaj wielu nazywa mojego brata potwo­rem. Mówią o jego uczyn­kach, zarówno potwor­nych, jak i cudow­nych, że to dzia­ła­nia nad­na­tu­ral­nej bestii, która przy­brała postać czło­wieka, żeby siać na świe­cie wielki zamęt. Inni, w bar­dziej ponu­rych i nie­szczę­snych zakąt­kach Ziemi, na­dal nazy­wają go bogiem, choć to słowo zawsze wypo­wia­dają trwoż­li­wym szep­tem.

Dziwne, lecz ani ci, któ­rzy uwa­żają go za potwora, ani ci, któ­rzy uznają go za bóstwo, ni­gdy nie wyma­wiają jego praw­dzi­wego imie­nia, choć znają je rów­nie dobrze jak ja. Kehl­brand, mój brat, któ­rego mimo wszyst­kich bitew, pod­bo­jów i masakr na­dal udaje mi się kochać. Sły­szę jed­nak twoje pyta­nie, sza­nowny czy­tel­niku: jak to moż­liwe? Jak można darzyć miło­ścią czło­wieka, który ską­pał pół świata we krwi?

Teraz, w spo­koj­niej­szych cza­sach, z dala od sza­leństw i okro­pieństw wojny, mogę zasta­na­wiać się nad takimi rze­czami. W miarę jak mijają lata i coraz wię­cej siwi­zny poja­wia się w nie­gdyś kasz­ta­no­wej grzy­wie i coraz wię­cej dole­gli­wo­ści nęka moje stawy, a ja coraz bar­dziej gar­bię się nad stro­ni­cami, które zapi­suję, nad tą kwe­stią dumam najwię­cej.

Wiem, sza­nowny czy­tel­niku, że nie otwo­rzy­łeś tego tomu, żeby zno­sić skargi sta­rej kobiety. Nie, ty chcesz poznać mojego brata i dowie­dzieć się, jak to się stało, że cał­kiem zmie­nił świat. Ale jego histo­rii nie da się opo­wie­dzieć, nie opo­wia­da­jąc rów­nież mojej, ponie­waż byli­śmy mocno ze sobą zwią­zani, on i ja. Łączyły nas krew i cel. Przez wiele lat było tak, jak­by­śmy dzie­lili jedną duszę, gdyż nasze plany i odda­nie świę­tej misji sta­no­wiły lustrzane odbi­cia. Prze­ko­na­łam się jed­nak, że lustro jest naj­gor­szym z kłam­ców i żadne nie pozo­staje nie­na­zna­czone przez czas.

Potrze­bo­wa­łam lat kon­tem­pla­cji, by okre­ślić chwilę, w któ­rej połą­czyła mnie praw­dziwa więź z Kehl­bran­dem. Może wtedy, gdy w wieku sied­miu lat spa­dłam z mojego pierw­szego konia i przez dłuż­szą chwilę chli­pa­łam nad kola­nem zdar­tym do krwi. Pod­biegł do mnie Kehl­brand, pra­wie dwu­na­sto­letni. Inne dzieci z naszego skeldu śmiały się i rzu­cały odcho­dami w beksę. Brat pomógł mi wstać. Już miał dłu­gie koń­czyny oraz smu­kłość uro­dzo­nego wojow­nika, i był ode de mnie wyż­szy o co naj­mniej trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów, tak jak przez resztę naszego życia.

- Druhr-tiva­rik, źre­baczku, nie płacz - powie­dział z tro­ską w gło­sie, uży­wa­jąc okre­śle­nia kapła­nów na tych, któ­rzy mają w sobie Boską Krew. Kciu­kiem wytarł mi łzy z oczu.

Potem uśmiech­nął się prze­pra­sza­jąco, przy­wo­łał swój zwy­kły wyraz pogardy i ude­rzył mnie w twarz otwartą dło­nią. Cios był dosta­tecz­nie silny, żeby powa­lić mnie na zie­mię. Na języku poczu­łam smak krwi.

Przez dłuż­szą chwilę mru­ga­łam oszo­ło­miona, ale stwier­dzi­łam ze zdzi­wie­niem, że łzy prze­stały mi pły­nąć. Patrząc zamglo­nym wzro­kiem, zoba­czy­łam, że Kehl­brand zbliża się do grupki dzieci. Skie­ro­wał się pro­sto do naj­wyż­szego, o rok star­szego krzep­kiego chło­paka imie­niem Obvar, któ­rego zawsze można było zoba­czyć na czele moich drę­czy­cieli.

- Druhr-tiva­rik - powtó­rzył mój brat, wymie­rza­jąc cios pię­ścią pro­sto w twarz Obvara - nie może być osą­dzany przez zwy­kłego śmier­tel­nika.

Bójka, jaka się mię­dzy nimi wywią­zała, była długa i krwawa. Stała się nawet legendą wśród dzie­cia­ków ze skeldu. Mocno przy­ćmiła wyrzą­dzoną dziecku Druhr-tiva­rik znie­wagę, która wkrótce została zapo­mniana. Jak sobie póź­niej uświa­do­mi­łam, taki wła­śnie był cel mojego brata, bo kapłani mieli zwy­czaj surowo karać podobne rze­czy. Po walce Obvar leżał na ziemi i jęczał, krwa­wiąc z licz­nych ran, pod­czas gdy Kehl­brand, tak samo zakrwa­wiony, stał na wła­snych nogach. Jak to czę­sto bywa z chłop­cami, w następ­nych dniach on i Obvar zostali naj­bliż­szymi przy­ja­ciółmi i braćmi od sio­dła aż do pew­nego szcze­gól­nego, fatal­nego dnia dwa­dzie­ścia lat póź­niej. Zdaje się jed­nak, sza­nowny czy­tel­niku, że wybie­gam naprzód.

A jed­nak nie, choć była to ważna lek­cja, tam­tego dnia nie połą­czyła nas praw­dziwa więź. Ani, o dziwo, rów­nież w pora­nek po moim pierw­szym Praw­dzi­wym Śnie. Musisz zro­zu­mieć, sza­nowny czy­tel­niku, że moc Boskiej Krwi jest kapry­śna. Choć ci z nas, któ­rych prze­zna­cze­niem jest dołą­cze­nie do grona Druhr-tiva­rik, rodzą się z matek o potęż­nych darach, to te dary nie zawsze są prze­ka­zy­wane dalej. W wielu wypad­kach pozo­stają uśpione przez całe dzie­ciń­stwo i ujaw­niają się dopiero w okre­sie doj­rze­wa­nia. Tak się stało ze mną. Praw­dziwy Sen ujaw­nił się na początku dwu­na­stego lata mojego życia, w tygo­dniu pierw­szej krwi.

Musisz mi wyba­czyć skromne umie­jęt­no­ści pisar­skie, sza­nowny czy­tel­niku, gdyż trudno mi oddać sło­wami grozę tam­tego pierw­szego snu. Uży­wam tego okre­śle­nia, ponie­waż słowo "wizja" jest tro­chę głu­pie, by nie rzec nie­od­po­wied­nie. Praw­dziwy Sen to stan poza rze­czy­wi­sto­ścią, choć wydaje się cał­ko­wi­cie realny temu, kto go doświad­cza. Nie­obecne są dez­orien­ta­cja i przy­tę­pione wra­że­nia ze zwy­kłego snu. Dotyk powie­trza na skó­rze, zapa­chy nie­sione przez wiatr, żar pło­mie­nia czy ból ska­le­cze­nia. Wszystko to jest w pełni odczu­wane.

Tam­tej nocy, kiedy leża­łam na matach w namio­cie, który dzie­li­łam z innymi uprzy­wi­le­jo­wa­nymi dziećmi ze skeldu, zapa­dłam w sen tak głę­boki i abso­lutny, jakiego jesz­cze ni­gdy nie zazna­łam. Zupeł­nie jakby na moje oczy narzu­cono czarną zasłonę, odci­na­jącą całe świa­tło i dozna­nia, a kiedy ją zdjęto, tra­fi­łam do kosz­maru.

Pamię­tam przede wszyst­kim krzyki. Cier­pie­nie giną­cego czło­wieka jest trudne do znie­sie­nia, zwłasz­cza jeśli ni­gdy wcze­śniej się go nie sły­szało. Widy­wa­łam już, jak umie­rają ludzie. Here­ty­ków, nie­wol­ni­ków i tych, któ­rzy naru­szyli odwieczne prawa, zwy­kle wią­zano i zmu­szano do uklęk­nię­cia pod ostrzem kata. Ale ich śmierć była szybka: bły­ska­wiczny cios sza­bli i głowy toczyły się po ziemi. Ciała wpa­dały w drgawki, cza­sami rów­nież twa­rze. Upiorny widok dla dziecka, ale na szczę­ście wszystko trwało krótko. To, co ujrza­łam w tym pierw­szym Praw­dzi­wym Śnie, nie było egze­ku­cją. Zoba­czy­łam bitwę.

Ska­za­niec leżał obok mar­twego konia i oczami peł­nymi prze­ra­że­nia i nie­do­wie­rza­nia wpa­try­wał się w plą­ta­ninę wła­snych wnętrz­no­ści. W krzyku otwie­rał i zamy­kał usta, ręce miał czer­wone od krwi, kiedy pró­bo­wał wepchnąć gala­re­to­wate trze­wia z powro­tem do brzu­cha. Ota­czał mnie chaos: dud­nie­nie kopyt, szczęk stali i dzi­kie rże­nie spło­szo­nych koni, a wszystko spo­wi­jał gęsty tuman kurzu.

Bitwa była w owych cza­sach zwy­czaj­nym wyda­rze­niem na Żela­znym Ste­pie. W tam­tym okre­sie Stahl­hast prze­cho­dził bole­sną prze­mianę z roz­pro­szo­nych i wiecz­nie wal­czą­cych ze sobą skel­dów w coś, co można nazwać praw­dzi­wym naro­dem. Zda­wało się, że co drugi mie­siąc wojow­nicy przy­tra­czają łuki do sio­deł i ostrzą kamie­niami sza­ble i lance, po czym dosia­dają koni i wyru­szają jed­nym wiel­kim zastę­pem. Wra­cali po wielu dniach albo tygo­dniach, zawsze zwy­cię­scy, z gło­wami wro­gów dyn­da­ją­cymi przy jukach. Gdy nad­cho­dził wie­czór, pili i opo­wia­dali o swo­ich wiel­kich czy­nach, ale stwier­dzi­łam, że te opo­wie­ści nie pasują do kosz­maru, który teraz mnie nawie­dził.

Mój wzrok bie­gał od jed­nej potwor­no­ści do dru­giej: peł­zną­cego męż­czy­zny, który bro­czył krwią z kiku­tów nóg, konia mio­ta­ją­cego się w kałuży wnętrz­no­ści, które wypły­wały z jego roz­pła­ta­nego brzu­cha. A pośród tego wszyst­kiego stał Kehl­brand, mój brat.

Jak miał w zwy­czaju w cza­sie bitew, teraz też nie nosił hełmu. Długi war­kocz powie­wał za nim, pod­czas gdy on wal­czył osa­czony przez prze­ciw­ni­ków ze wszyst­kich stron. Musiały być ich dzie­siątki, z wytło­czo­nym na zbro­jach kar­dy­na­łem szla­chet­nym, sym­bo­lem skeldu Rikar, naszego naj­bar­dziej znie­na­wi­dzo­nego wroga. Ata­ko­wali go raz za razem, a on raz za razem ciął ich sza­blą. Poru­szał się jak w tańcu: robił uniki przed pchnię­ciami lancą, uchy­lał się przed każ­dym sie­ką­cym ostrzem, zosta­wia­jąc za sobą ślad w postaci tru­pów. Wyda­wał się nie­zwy­cię­żony, nie­po­wstrzy­many, a moje serce puchło z dumy mimo ota­cza­ją­cych mnie okro­pieństw. Ale jak się póź­niej prze­ko­na­łam wiele razy, nie ma cze­goś takiego jak nie­zwy­cię­żony wojow­nik.

I kiedy Kehl­brand poło­żył ostat­niego ze swo­ich prze­ciw­ni­ków, bar­czy­stego męż­czy­znę o bru­tal­nej twa­rzy i z opa­ską na oku, z kurzu wyło­nił się rikar­ski łucz­nik. Cwa­ło­wał na wyso­kim bia­łym ogie­rze i pochy­lony nisko w sio­dle celo­wał z łuku z twa­rzą zasty­głą w wyra­zie sku­pie­nia. Krzyk­nę­łam ostrze­gaw­czo do brata, ale choć wytę­ży­łam głos, on mnie nie usły­szał. W Praw­dzi­wym Śnie można być świad­kiem, lecz ni­gdy uczest­ni­kiem.

Strzała tra­fiła mojego brata w kark, prze­szy­wa­jąc go na wylot, tak że sta­lowy grot wysta­wał z jego gar­dła na kilka cali. Gdyby Kehl­brand nosił hełm, mógłby prze­żyć. Zoba­czy­łam, że się chwieje, patrząc na kar­ma­zy­nowy grot z dziwną obo­jęt­no­ścią i lekko zasko­czoną miną. Potem upadł. Runął na zie­mię, a życie ucie­kło z jego ciała.

Obu­dzi­łam się z krzy­kiem ku roz­draż­nie­niu innych dzieci. Dwa dni póź­niej nade­szła wieść, że Rikar wcią­gnął w zasadzkę jedną z grup naszych myśli­wych i że będzie konieczna bitwa, żeby odpła­cić za znie­wagę. Odszu­ka­łam Kehl­branda pośród gro­ma­dzą­cych się wojow­ni­ków. Ist­niał zwy­czaj, że krewni dawali upo­minki tym, któ­rzy wyru­szali na wojnę, więc nie ścią­gnę­łam na sie­bie niczy­jej uwagi, kiedy zbli­ży­łam się do brata. On jed­nak zmie­rzył mnie wzro­kiem z roz­ba­wie­niem i zasko­cze­niem, bo wie­dział, że zwy­kle uni­kam takich rze­czy.

- Dzię­kuję, źre­baczku - powie­dział, kiedy wci­snę­łam mu w dłoń małą drew­nianą rzeźbę. Sama zro­bi­łam tego konia, a skrom­ność nie powstrzy­muje mnie przed stwier­dze­niem, że zawsze byłam w tym świetna. - Bar­dzo ładny...

Kehl­brand umilkł, kiedy przy­su­nę­łam się bli­żej, sta­nę­łam na pal­cach i obję­łam go, szep­cząc mu cicho do ucha:

- Odwróć się, kiedy zabi­jesz czło­wieka z opa­ską na oku. Uwa­żaj na łucz­nika na bia­łym koniu. - Puści­łam go i ode­szłam, ale jesz­cze na chwilę się zatrzy­ma­łam. - I naprawdę powi­nie­neś w przy­szło­ści nosić hełm.

Odda­li­łam się z dud­nią­cym ser­cem. Nikomu wię­cej nie powie­dzia­łam o Praw­dzi­wym Śnie ani nie zamie­rza­łam tego robić. Inni mogli się cie­szyć z ujaw­nie­nia w nich bożych darów i pobiec do kapła­nów z rado­sną nowiną. Ja wie­dzia­łam swoje.

Wojow­nicy wró­cili sie­dem dni póź­niej, kiedy sie­dzia­łam sama w namio­cie i załza­wio­nymi oczami patrzy­łam przez odchy­loną klapę. Pamię­tam, że wcale nie byłam zasko­czona, kiedy Kehl­brand wszedł do środka, pochy­la­jąc się, i usiadł obok mnie. Czu­łam jedy­nie posępną pew­ność. Mój brat był praw­dzi­wym wojow­ni­kiem Hastu i znał swoje obo­wiązki. Tych, u któ­rych ujaw­niły się dary, nale­żało zapro­wa­dzić do Wiel­kiego Toru i prze­ka­zać kapła­nom.

Kehl­brand przez dłuż­szy czas patrzył na mnie w mil­cze­niu. Jego mina wyra­żała raczej namysł niż podziw i respekt. W końcu ode­zwał się bez­barw­nym gło­sem:

- Zatrzy­ma­łem bia­łego ogiera. To mój pre­zent dla cie­bie.

Poki­wa­łam głową, prze­ły­ka­jąc ślinę. Gar­dło mia­łam suche jak pia­sek.

- Pojadę na nim, kiedy zabie­rzesz mnie do kapła­nów. - Mój głos zabrzmiał cienko i chra­pli­wie.

- Dla­czego miał­bym to zro­bić, źre­baczku? - Brat ujął w dło­nie moją twarz.

- Oni się dowie­dzą. Zawsze wie­dzą...

- Cii. - Kciu­kami starł łzy wzbie­ra­jące w moich oczach i się­gnął do swo­jego ple­caka. - Mam dla cie­bie jesz­cze jeden pre­zent.

Ząb był długi i biały, osa­dzony w srebr­nej kla­merce i zawie­szony na łań­cuszku. Zoba­czy­łam, że jest na nim jakiś czarny napis. Umia­łam czy­tać litery języka Kupiec­kich Kró­lestw, ale tych nie zna­łam.

- Wyrwa­łem go ze szczęki bia­łego tygrysa - powie­dział Kehl­brand. - Wiele pór roku temu odszu­ka­łem na pół­noc­nych pust­ko­wiach starą kobietę, o któ­rej mówiono, że zna się na Boskiej Krwi. Przy­się­gała, że ten ząb ukryje cię przed kapła­nami, i wytar­go­wała ode mnie trzy konie i samo­ro­dek złota, zanim mi go oddała. Podob­nie jak ty mar­twi­łem się, że kapłani po mnie przyjdą, jeśli w mojej krwi przy­śpie­szy moc. Ponie­waż wydaje się, że to ni­gdy nie nastąpi - prze­ło­żył łań­cu­szek przez moją głowę i umie­ścił chłodny metal na mojej szyi - daję go teraz tobie.

Ale nawet ten gest, choć nas zbli­żył i uczy­nił bra­tem i sio­strą bar­dziej niż pocho­dze­nie z tego samego łona, nie przy­pie­czę­to­wał osta­tecz­nie więzi, jaka nas połą­czyła. Rzecz, która naprawdę splo­tła ze sobą nasze dusze, wyda­rzyła się w dniu, kiedy nas wezwano, żeby­śmy zoba­czyli, jak mestra-dirh­mar, wielki kapłan, zabija naszego star­szego brata.

- Bądź­cie świad­kami sądu Nie­wi­dzial­nych! - zain­to­no­wał sta­rzec, ści­ska­jąc w kości­stych dło­niach nóż unie­siony nad głową. - I dobrze poznaj­cie ich lek­cje! Miło­sier­dzie to sła­bość! Współ­czu­cie to tchó­rzo­stwo! Mądrość to fałsz! Jeśli krew jest słaba, niech zosta­nie prze­lana!

Teh­lvar, nasz brat, leżał nagi na ołta­rzu przed kapła­nem, jego ciało z sie­cią blizn na wyrzeź­bio­nych mię­śniach było bla­dym, dłu­gim na sześć stóp świa­dec­twem wielu bitew. Pamię­tam, że tylko lekko drgnął, kiedy zawisł nad nim nóż. Kapłan zacze­kał, aż cie­nie rzu­cane przez poszar­pany maje­stat Wiel­kiego Toru znikną, wyzna­cza­jąc dokładną chwilę, kiedy słońce zrówna się z tym miej­scem pośrodku Żela­znego Stepu. Gdy od lekko zakrzy­wio­nego ostrza odbiły się pro­mie­nie połu­dnio­wego słońca, sta­rzec opu­ścił nóż. Jedno szyb­kie, wprawne pchnię­cie tra­fiło pro­sto w serce Teh­lvara. Patrzy­łam, jak mój brat się wygina, jak wpada w kon­wul­sje pod­czas kilku ostat­nich ude­rzeń prze­bi­tego serca, a potem nie­ru­cho­mieje.

- Druhr-tiva­rik! - rzekł mestra-dirh­mar i lekko stęk­nął z wysiłku, wycią­ga­jąc nóż z ciała Teh­lvara i uno­sząc go wysoko.

Krew ście­kła mu po ramie­niu na obna­żony tors. Jako jedna z Boskiej Krwi sta­łam wśród uprzy­wi­le­jo­wa­nych mię­dzy dwoma masyw­nymi kamie­niami, które two­rzyły wschod­nią bramę. W rezul­ta­cie znaj­do­wa­łam się dosta­tecz­nie bli­sko ołta­rza, by być świad­kiem ponu­rych, ale fascy­nu­ją­cych szcze­gó­łów mor­der­stwa brata. Pamię­tam, jak krew kapała na zwiot­czałe mię­śnie piersi kapłana i ostre żebra. Dziwna była myśl, że tak potężny wojow­nik jak Teh­lvar mógł zostać zabity przez sła­bego starca, który ni­gdy nie poznał bitwy.

To jest mestra-dirh­mar, upo­mnia­łam sie­bie, powta­rza­jąc jego słowa i spusz­cza­jąc wzrok wraz z tysią­cami świad­ków naj­bar­dziej uświę­co­nego z rytu­ałów. On mówi w imie­niu Nie­wi­dzial­nych. Nawet wtedy te słowa brzmiały pusto, moja czo­ło­bit­ność była jedy­nie mecha­niczną reak­cją dobrze wytre­so­wa­nego psa. Inna, praw­dziw­sza myśl kryła się pod moim hoł­dem, kiedy ja i zgro­ma­dzeni lumi­na­rze ze stu skel­dów padli­śmy na kolana i skło­ni­li­śmy głowy do ziemi. To tylko słaby sta­rzec. Teh­lvar był lep­szy.

Powi­nie­neś zro­zu­mieć, sza­nowny czy­tel­niku, że nie kocha­łam Teh­lvara. Młod­sza od niego o trzy­na­ście lat zna­łam go jedy­nie z repu­ta­cji, ale co to była za repu­ta­cja. Mówiło się, że zabił ponad pięć­dzie­się­ciu ludzi w poje­dyn­kach przed tym, jak został skel­ti­rem. To pod przy­wódz­twem Teh­lvara skeld Cova zdo­był wysoką pozy­cję. Dzięki jego odwa­dze i umie­jęt­no­ściom w bitwie Trzech Rzek here­tyccy zdrajcy Boskiej Krwi zostali zabici albo poj­mani. Choć mię­dzy nimi prze­trwało sporo nie­zgody, wiele skel­dów Hostu zostało sojusz­ni­kami zamiast wiecz­nie zwal­cza­ją­cymi się rywa­lami. Ale te zasługi nie wystar­czyły, żeby ura­to­wać The­lvara przed nożem wiel­kiego kapłana.

Wezwany do Wiel­kiego Toru został popro­szony o odpo­wiedź na ostat­nie z trzech pytań, co miało mu zapew­nić osta­teczne namasz­cze­nie na mestra-skel­tira, wiel­kiego pana Hastu. Wcze­śniej kapłani wzy­wali go dwa razy, żeby zadać mu pyta­nie, i dwa razy Teh­lvar udzie­lił zado­wa­la­ją­cej odpo­wie­dzi. Nie wszy­scy skel­ti­ro­wie dostę­po­wali tego zaszczytu, a jedy­nie ci, któ­rzy zdo­byli naj­więk­szą sławę. Cza­sami mijały lata i nikomu nie zada­wano pyta­nia, a tylko czte­rech skel­ti­rów w całej dłu­giej histo­rii Hastu odpo­wie­działo pra­wi­dłowo na dwa i żaden na trze­cie. Od dawna cze­ka­li­śmy na poja­wie­nie się mestra-skel­tira, przy­wódcy, który zapew­niłby nam pano­wa­nie nie tylko nad Żela­znym Ste­pem, ale nad dużo bogat­szymi zie­miami Kupiec­kich Kró­lestw na połu­dniu.

Jed­nakże jak­kol­wiek brzmiała odpo­wiedź The­lvara, udzie­lona jedy­nie zgro­ma­dze­niu kapła­nów, z dala od przy­by­łego tłumu, nie wystar­czyła, żeby zapew­nić mu wła­dzę. Był druhr-tiva­ri­kiem, Boska Krew pły­nęła w jego żyłach, podob­nie jak w moich, ale oka­zał się słaby, a jeśli krew jest słaba, musi zostać prze­lana.

- Kehl­bran­dzie Rey­eriku! - zawo­łał mestra-dirh­mar, opusz­cza­jąc nóż i wska­zu­jąc nim na mło­dego męż­czy­znę klę­czą­cego obok mnie. - Wstań i daj się poznać!

Patrząc, jak mój brat wstaje, wal­czy­łam z impul­sem, żeby jakoś go powstrzy­mać. Choć młoda i prze­siąk­nięta kapłań­skimi kłam­stwami, wie­dzia­łam, że jego wybór jest prze­kleń­stwem, a nie bło­go­sła­wień­stwem. Zatrzy­ma­nie go w tej chwili ozna­cza­łoby śmierć, ale nie tak szybką jak ta zadana The­lva­rowi. Zakłó­ce­nie świę­tych rytu­ałów przy­nio­słoby mi naj­gor­sze męki. Zatem może to strach poha­mo­wał wtedy moją rękę, bo ni­gdy nie uda­wa­łam, że jestem naj­od­waż­niej­szą z dusz. Jed­nak nie sądzę. Myślę, że jak wielu innych tam obec­nych chcia­łam, żeby to był Kehl­brand. Pra­gnę­łam być świad­kiem chwili, kiedy praw­dziwy mestra-skel­tir zaj­mie należne mu miej­sce. Tak więc nie pró­bo­wa­łam go zatrzy­mać, nie wtedy. To stało się póź­niej.

- Zgod­nie z pra­wem krwi jesteś teraz skel­ti­rem skeldu Cova - rzekł kapłan. - Jak naka­zują odwieczne prawa, jutrzej­szy ranek będzie prze­zna­czony na wyzwa­nia. Każdy wojow­nik odpo­wied­niej rangi, który cię pokona, zosta­nie skel­ti­rem w twoje miej­sce.

Kehl­brand skło­nił głowę na znak zgody, a następ­nie pod­niósł ją i spoj­rzał wycze­ku­jąco w oczy kapłana. Zoba­czy­łam, że twarz starca czer­wie­nieje z gniewu i nie­chęci. Mógł po pro­stu mil­czeć. Ofi­cjal­nie wyzna­czyw­szy mojego brata do roli skel­tira, nie miał obo­wiązku wzy­wać go na prze­słu­cha­nie, gdyby nie to, że Kehl­brand już zdo­był dużo więk­szą sławę niż więk­szość innych, któ­rzy kie­dyś dostą­pili tego zaszczytu, o czym każdy czło­nek Hastu dobrze wie­dział.

Usta kapłana roz­chy­liły się, odsła­nia­jąc pożół­kłe zęby w kiep­sko skry­wa­nym pół­szy­der­czym gry­ma­sie, po czym jego twarz znowu przy­brała wyraz pew­no­ści.

- Jeśli prze­ży­jesz, wróć godzinę przed góro­wa­niem słońca, żeby odpo­wie­dzieć na pierw­sze pyta­nie Nie­wi­dzial­nych.

Mestra-dirh­mar opu­ścił rękę i przyj­rzał się ciału Teh­lvara. Zoba­czy­łam, że wyraz jego twa­rzy nagle się zmie­nia i kon­tra­stuje z zasty­głą maską sprzed chwili. Teraz dostoj­nik wyda­wał się dużo star­szy, w jego oczach na krótką chwilę poja­wiły się smu­tek i żal, zanim odwró­cił się i ruszył mię­dzy rzę­dami pomniej­szych kapła­nów.

Mój lud nie lubi prze­dłu­ża­ją­cych się rytu­ałów, tak że wkrótce przed­sta­wi­ciele stu skel­dów roze­szli się do swo­ich obo­zo­wisk. Kehl­brand jed­nak został, więc ja rów­nież tak zro­bi­łam. Pod­szedł do ołta­rza, zamknął oczy i poło­żył dłoń na czole naszego brata, wypo­wia­da­jąc szep­tem ciche poże­gna­nie. Spę­dził u boku The­lvara więk­szość ostat­nich kilku lat i zdo­był dość roz­głosu, żeby mieć prawo do poje­dynku o płaszcz skel­tira, ale ni­gdy nie rzu­cił mu wyzwa­nia.

Za mną roz­le­gło się gło­śne bek­nię­cie. Zer­k­nę­łam przez ramię i zoba­czy­łam Obvara opie­ra­ją­cego się o mono­lit, z bukła­kiem wina w ręce. Mie­rzył mnie pyta­ją­cym spoj­rze­niem.

- On się żegna - powie­dzia­łam cicho.

- Pobożny dupek nie żyje - wymam­ro­tał Obvar, pod­cho­dząc do mnie. - Nie może nic usły­szeć, więc jaki w tym sens? - Pyta­nie było naj­wy­raź­niej reto­ryczne, bo uprze­dził moją odpo­wiedź, poda­jąc mi bukłak. - Napi­jesz się?

Obvar zawsze pro­po­no­wał mi coś do picia i oprócz tego jesz­cze wię­cej. Minęło wiele lat, odkąd jego dzie­cięce tyra­ni­zo­wa­nie ustą­piło miej­sca innemu rodza­jowi zain­te­re­so­wa­nia. Czę­sto przy­cho­dziła mi do głowy myśl, że wola­łam go jako łobuza niż jako zalot­nika. Jed­nakże pierw­szy impuls, żeby odmó­wić, uwiązł mi na języku, kiedy zauwa­ży­łam brak cie­le­snej żądzy w jego wzroku. Ina­czej niż z Kehl­bran­dem, róż­nica wzro­stu mię­dzy nami powięk­szyła się przez lata, tak że musia­łam zadzie­rać głowę, żeby wyba­dać wyraz jego twa­rzy. Po raz pierw­szy Obvar wyda­wał się raczej zmar­twiony niż pożą­dliwy.

- Daj mi to - powie­dzia­łam, bio­rąc od niego bukłak.

Pierw­szy łyk tak mnie zasko­czył, że wytrzesz­czy­łam oczy. Zamiast gęstego, kwia­to­wego wina z jagód pija­nego przez Hast poczu­łam na pod­nie­bie­niu coś dużo lżej­szego. Smak był bogaty i zło­żony, z miłą nutą zie­mi­sto­ści, zrów­no­wa­żoną przez gład­kość, dzięki któ­rej bar­dzo łatwo się ten napój prze­ły­kało.

- Nie jest tanie - powie­dział Obvar i zmarsz­czył grube brwi, kiedy wypi­łam następny solidny łyk.

- Co to jest? - zapy­ta­łam, odda­jąc mu bukłak.

- Nie jestem pewien nazwy. Robią je z jakichś owo­ców rosną­cych w kra­inie po dru­giej stro­nie morza. Przy­naj­mniej tak mówił kupiec, któ­remu je ukra­dłem. Pozwo­li­łem mu żyć pod warun­kiem, że wróci następ­nego lata z więk­szą ilo­ścią. Powie­dzia­łem, że nawet mu za nie zapłacę. Czy to nie było miłe z mojej strony?

- Innym z jego kara­wany też pozwo­li­łeś żyć?

- Mło­dym. - Obvar wzru­szył ramio­nami i napił się wina. - Nie­wol­nicy są cenni.

- Ależ z cie­bie odra­ża­jące zwie­rzę, Obva­rze. - W moim gło­sie zabrzmiała szczera pogarda, dosta­tecz­nie gło­śna, żeby bukłak zatrzy­mał się w dro­dze do jego ust roz­cią­gnię­tych w uśmie­chu.

- Osiem­na­ście wio­sen - powie­dział i przy­su­nął się bli­żej, a do jego wzroku wró­ciła zna­joma żądza. - I na­dal nie­za­mężna. Zawsze mi się podoba, jak chłosz­czesz mnie języ­kiem, dziew­czyno. Od razu się zasta­na­wiam, co jesz­cze on potrafi.

Wbi­łam wzrok w jego oczy, naj­wyż­szą pogardą odpo­wia­da­jąc na lubież­ność, jaką w nich doj­rza­łam. Nie bałam się ani nie czu­łam potrzeby się­gnię­cia po długi nóż, który nosi­łam przy pasie. Byłam druhr-tiva­rik i pod­czas gdy dzie­cięce prze­śla­do­wa­nie karano laniem, każda znie­waga albo krzywda wyrzą­dzona teraz, kiedy byłam w wieku zdat­nym do rodze­nia dzieci, ozna­cza­łaby dla niego długą ago­nię i hańbę. Ale kiedy nasze spoj­rze­nia się zwarły i sekundy zmie­niły się w minuty, zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy to jest ten dzień, w któ­rym jego żądza w końcu weź­mie górę nad ostroż­no­ścią.

- Kiedy twój brat zosta­nie mestra-skel­ti­rem - powie­dział Obvar zachryp­nię­tym gło­sem, obna­ża­jąc zęby - pod­bi­jemy wszyst­kich. Spu­sto­szymy zie­mie Kupiec­kich Kró­lestw aż po Złote Morze, a ja będę u jego boku w każ­dej bitwie. Kiedy skoń­czy się ta wspa­niała rzeź i spad­nie ostat­nia kro­pla krwi, on zapyta, jakiej pra­gnę nagrody za swoją służbę. Jak myślisz, o co go popro­szę?

- Lura­lyn.

Na dźwięk głosu mojego brata nasze spoj­rze­nia pomknęły ku ołta­rzowi. Kehl­brand nie patrzył na nas, tylko na­dal wpa­try­wał się w ciało Teh­lvara.

- Mam radę. - Wresz­cie spoj­rzał na Obvara. - Idź, bra­cie, zaspo­kój swój ape­tyt z nie­wol­nicą i zostaw moją sio­strę w spo­koju. Tylko nie upij się za bar­dzo. Możemy jutro potrze­bo­wać two­jego ostrza.

Obvar zesztyw­niał, a ja zoba­czy­łam, że po jego szczu­płej, bro­da­tej twa­rzy prze­myka lek­kie drgnie­nie urazy. Ten wyraz jed­nak szybko znik­nął, a on wydał ciche wes­tchnie­nie zgody. Ci dwaj byli braćmi od sio­dła, ale teraz Kehl­brand został skel­ti­rem.

- Pro­szę - burk­nął Obvar, wci­ska­jąc mi w ręce bukłak. - Na znak sza­cunku dla sio­stry skel­tira.

Patrzy­łam, jak masze­ruje w stronę obo­zo­wi­ska naszego skeldu, i współ­czu­łam pecho­wej nie­wol­nicy, która przy­cią­gnie jego uwagę. Nie­wol­nicy nie są czę­ścią Hastu. W duchu wyre­cy­to­wa­łam jedno z odwiecz­nych praw i pode­szłam do Kehl­branda sto­ją­cego przy ołta­rzu. Wszystko, co nie z Hastu, jest łupem.

- Napij się. - Poda­łam mu bukłak. - Naprawdę nie jest złe.

Brat mnie zigno­ro­wał, nie odry­wa­jąc wzroku od gład­kiej, pustej twa­rzy naszego brata. Teh­lvar miał usta roz­cią­gnięte w paro­dii uśmie­chu i obna­żone zęby. Nie mogłam długo patrzeć na ten śmier­telny gry­mas. Pocią­gnę­łam duży haust wina Obvara.

- Wiesz, dla­czego kapłani go zabili, Lura­lyn? - spy­tał Kehl­brand.

Jak zwy­kle mówił cichym gło­sem. Mój brat rzadko krzy­czał. Nawet w cza­sie poje­dyn­ków nie­liczne słowa, które wyrzu­cał z sie­bie pośród szczęku broni, były wypo­wia­dane spo­koj­nym, nie­mal zatro­ska­nym szep­tem. Mimo to nie przy­po­mi­nam sobie, żeby ktoś go nie dosły­szał albo nie zro­zu­miał choćby jed­nego słowa z jego wypo­wie­dzi.

- Źle odpo­wie­dział na pyta­nie - odpar­łam, wycie­ra­jąc usta ręka­wem czar­nej baweł­nia­nej szaty.

- Nie sły­szę smutku w twoim gło­sie, źre­baczku - stwier­dził Kehl­brand, w końcu odwra­ca­jąc się do mnie. - Nie kocha­łaś naszego brata? Czy twoje serce nie pęka, że odszedł z tego świata?

Komuś słu­cha­ją­cemu z boku jego pyta­nia wyda­łyby się poważne i szczere, zabar­wione nutą urazy z powodu mojej pozor­nej obo­jęt­no­ści. Ja jed­nak zna­łam swo­jego brata dosta­tecz­nie dobrze, by roz­po­znać w nich lekką drwinę.

- Wyszli­śmy z tego samego łona - powie­dzia­łam. - Ale nie jeste­śmy z tego samego ojca. Teh­lvar był mi obcy przez więk­szość życia. Ale... - Zro­bi­łam pauzę i przyj­rza­łam się ciału spo­czy­wa­ją­cemu na ołta­rzu. Znowu ude­rzyła mnie sama liczba bitew­nych ran, nie­któ­rych od dawna wygo­jo­nych, innych nie star­szych niż parę tygo­dni. Wie­dzia­łam, że na ciele Kehl­branda jest nie­mal tyle samo blizn. - Mimo to przy­kro mi, że umarł. Był dobrym skel­ti­rem, nawet jeśli tro­chę za bar­dzo lubił recy­to­wać nauki kapła­nów.

- Nauki kapła­nów - powtó­rzył Kehl­brand, wolno kiwa­jąc głową. - Zawsze kochał te lek­cje. "Zapu­ści­łem się poza Żela­zny Step, bra­cie", powie­dział mi kie­dyś. "Ludzie, któ­rzy tam miesz­kają, pro­wa­dzą życie pełne nie­pew­no­ści i cha­osu. Czczą sła­bość i roz­ko­szują się chci­wo­ścią. Z kłamstw czy­nią cnotę, z uczci­wo­ści grzech. Kiedy pojawi się mestra-skel­tir, zmyje wszystko krwią. Wła­śnie to zoba­czyli kapłani".

Kehl­brand umilkł, poło­żył dłoń na mar­twych oczach Teh­lvara i zamknął mu powieki.

- Ale ty się mylisz, źre­baczku. Oni nie zabili go z powodu odpo­wie­dzi, którą im dał. Zabili go, bo nie dał żad­nej. Nie był mestra-skel­ti­rem i o tym wie­dział.

- Ustą­pił ci miej­sca - stwier­dzi­łam.

- Tak. Powie­dział mi to ostat­niej nocy. Długo roz­ma­wia­li­śmy i on zdra­dził mi wiele rze­czy, łącz­nie z pyta­niem, które jutro mi zada­dzą, i tym, które zada­dzą mi za rok, a ja powi­nie­nem odpo­wie­dzieć na nie pra­wi­dłowo.

Patrzy­łam na niego onie­miała. Bukłak omal nie wypadł mi z ręki, zanim się opa­no­wa­łam. Uzna­łam, że konieczny jest kolejny łyk, jeśli mam odzy­skać mowę.

- Zdra­dził ci? To here­zja!

Zęby Kehl­branda, bar­dzo białe i bar­dzo równe, zalśniły, kiedy wybuch­nął rzad­kim u niego śmie­chem.

- W swoim cza­sie, sio­stro, powiem ci, czego się dowie­dzia­łem zeszłej nocy, a ty zro­zu­miesz absur­dal­ność słów, które wła­śnie wygło­si­łaś.

Jego roz­ba­wie­nie nie trwało długo. Kehl­brand zabrał rękę z oczu The­lvara i chwy­cił mnie za ramię.

- Jutro zapy­tają mnie o moje imię.

- Już je znają. Kehl­brand Rey­erik, skel­tir skeldu Cova.

- Nie, zapy­tają o inne imię. Imię godne mestra-skel­tira. Imię, które żoł­nie­rze Kupiec­kich Kró­lestw będą wyma­wiać ze stra­chem, kiedy usły­szą tętent kopyt Stahl­ha­stu na ste­pie. Imię, które zapro­wa­dzi nas aż do Zło­tego Morza i dalej.

Prze­su­nął dłoń z mojego ramie­nia na twarz, objął poli­czek. Kiedy się do mnie uśmiech­nął, zoba­czy­łam w jego oczach żal i poczu­cie winy, bo znał donio­słość tego, o co zamie­rzał popro­sić.

- Wła­śnie tego od cie­bie potrze­buję: imie­nia. Lura­lyn, droga sio­stro, czas, żebyś znowu śniła.

Choć pró­bo­wa­łam się opie­rać, choć od przy­by­cia do tego miej­sca uni­ka­łam patrze­nia w tamtą stronę, mój wzrok w nie­unik­niony spo­sób pomknął do Gro­bowca. Budowla stała w środku pół­okręgu z żelaza i skał two­rzą­cego Wielki Tor. Nie­ozdo­biony, szary kloc o sze­ro­ko­ści dzie­się­ciu kro­ków i wyso­ko­ści dwu­na­stu stóp, z otwo­rem we wschod­niej ścia­nie. Wej­ście było czar­nym pro­sto­ką­tem na tle sza­ro­ści, bo ze środka nie wydo­sta­wało się żadne świa­tło. Kapłani ni­gdy go nie strze­gli.

- Nie bój się - powie­dział Kehl­brand, kiedy bez mru­ga­nia wpa­try­wa­łam się w czarne drzwi Gro­bowca. - Kapłani nic nie wie­dzą. Zadba­li­śmy o to.

- Dowie­dzą się. - Stwier­dzi­łam, że nie jestem w sta­nie zapa­no­wać nad drże­niem w gło­sie. Moja ręka z wła­snej woli wsu­nęła się pod szatę i zamknęła na zębie tygrysa, ści­snęła go mocno. - Nawet z tym, tak bli­sko... tego. Dowie­dzą się.

- Prze­ce­niasz ich moż­li­wo­ści. Oni mają zale­d­wie uła­mek tej mocy, jaką udają. Ich praw­dziwa wła­dza bie­rze się z ilu­zji, które stwa­rzają, żeby zapa­no­wać nad duszami naszego ludu, a wszyst­kie ilu­zje z cza­sem blakną. To kolejna lek­cja, jaką zeszłej nocy podzie­lił się ze mną Teh­lvar.

- Dowie­dzą się! - powtó­rzy­łam z upo­rem, nie­na­wi­dząc się za łzy w oczach.

Odbie­ra­łam jego żąda­nie jako zdradę, ego­istyczną prośbę nisz­czącą zaufa­nie mię­dzy nami. Bo z całego naszego skeldu, spo­śród mojego rodzeń­stwa i kuzy­nów Boskiej Krwi, tylko on znał prawdę. Gdyby kapłani kie­dyś ją odkryli, weszła­bym przez te czarne drzwi, a to, co by z nich wyszło, nie byłoby mną.

- Zmu­szą mnie...

Zawie­si­łam głos, a brat przy­cią­gnął mnie do sie­bie i oto­czył ramio­nami niczym kona­rami potęż­nego drzewa. Miały przyjść inne słowa, inne przy­sięgi i obiet­nice, ale ja już wtedy zro­zu­mia­łam, że nasza więź została przy­pie­czę­to­wana tym uści­skiem. To była ta chwila, kiedy sta­łam się naprawdę jego. W obję­ciach brata wszyst­kie lęki pierz­chły, a ja wie­dzia­łam, że on ni­gdy nie pozwoli, żeby stała mi się jakaś krzywda, na ciele czy duszy.

- Zabiję każ­dego kapłana, jeśli choćby to zapro­po­nują - wyszep­tał mi do ucha. - Poma­luję ten tor ich krwią, nasa­dzę głowy na pale wbite krę­giem wokół Gro­bowca, żeby zoba­czył je cały Hast. - Odsu­nął się i starł kciu­kami moje łzy, tak jak przez wszyst­kie minione lata, tyle że tym razem nie było policzka, który wymie­rzał po chwi­lach dobroci. - Wie­rzysz mi, źre­baczku?

- Tak, bra­cie - powie­dzia­łam, przy­ci­ska­jąc głowę do jego piersi i słu­cha­jąc rów­no­mier­nego bicia jego serca. - Wie­rzę ci.

***

Wezwa­nie Praw­dzi­wego Snu nie jest skom­pli­ko­wa­nym pro­ce­sem. To nie mistyczna ani rytu­alna rzecz. Wbrew wie­rze­niom nie­oświe­co­nych kul­tur nie wymaga żad­nych inkan­ta­cji, cuch­ną­cych mik­stur ani krwi nie­szczę­snych zwie­rząt. Prawdę mówiąc, jak odkry­łam w latach po pierw­szej mani­fe­sta­cji mojego daru, wymaga jedy­nie bez­piecz­nego i wygod­nego miej­sca, cichego i spo­koj­nego. Dla­tego opu­ści­łam tam­tej nocy obo­zo­wi­sko Cavy. Zabawa zaczęła się wcze­śnie, nor­malna przy­zwo­itość została odrzu­cona na rzecz picia, odu­rza­nia się i nie­skrę­po­wa­nej kopu­la­cji.

Eskor­to­wana przez Kehl­branda i jego dwóch naj­bar­dziej zaufa­nych towa­rzy­szy od sio­dła, zosta­wi­łam za sobą gwar świę­to­wa­nia i poje­cha­łam poza sku­pi­sko namio­tów na bez­kres Żela­znego Stepu. Pię­cio­mi­lowa jazda pod gwiaz­dami przy­wio­dła nas do małego wznie­sie­nia w poza tym cał­ko­wi­cie pła­skiej oko­licy. Dwaj wojow­nicy roz­bili na nim namiot, przy­wią­zali wodze koni do nad­garst­ków dłu­gimi linami i wyco­fali się na sto­sowną odle­głość. Jeden zwró­cił się twa­rzą na wschód, drugi na zachód. Obaj trzy­mali w pogo­to­wiu łuki z nasa­dzo­nymi strza­łami. Nie wie­dzia­łam, czy Kehl­brand powie­dział im, co się wyda­rzy tej nocy, ale byłam pewna, że nawet jeśli tak, żaden ni­gdy o tym nie będzie mówił. Tych, któ­rzy zapew­nili sobie jego przy­jaźń, cecho­wała cał­ko­wita lojal­ność.

- Gdy­byś się nudził. - Poda­łam Kehl­bran­dowi bukłak Obvara.

- Mmm - mruk­nął brat po spró­bo­wa­niu trunku, z uzna­niem uno­sząc brwi. - Znam ten tru­nek. Robiony z owocu zwa­nego wino­gro­nem przez bar­ba­rzyń­ców zza Dużego Morza, któ­rzy żyją w kró­le­stwie nęka­nym przez nie­koń­czące się wojny i irra­cjo­nalne prze­sądy. - Poło­żył bukłak przy małym ogni­sku, które wcze­śniej roz­pa­lił. - Będą zado­wo­leni z pokoju, jaki z cza­sem im przy­nie­siemy.

- Zamie­rzasz jechać tak daleko?

- Zamie­rzam obje­chać cały świat. Bo czyż kapłani nie prze­po­wie­dzieli, że wła­śnie tak zrobi mestra-skel­tir?

Prze­wró­ci­łam oczami i wpeł­złam do namiotu.

Zdję­łam szatę z bawo­lej skóry i wycią­gnę­łam się na futrach, które roz­ło­żyli dla mnie towa­rzy­sze brata. Jak zwy­kle na ste­pie wiał silny wiatr i poły namiotu łopo­tały. Ten zna­jomy refren mi nie prze­szka­dzał, kiedy dąży­łam do uspo­ko­je­nia umy­słu, żeby spro­wa­dzić czarną zasłonę i Praw­dziwy Sen.

Po pierw­szym doświad­cze­niu przez długi czas odrzu­ca­łam swój dar ze stra­chu, czego mogę się dowie­dzieć, gdy zasłona się pod­nie­sie. Jed­nakże cie­ka­wość, cecha być może naj­trud­niej­sza do okieł­zna­nia, w końcu zwy­cię­żyła. Moje próby z początku były nie­udane: Praw­dziwy Sen przy­no­sił jedy­nie mgnie­nia miejsc i ludzi o tak obcych stro­jach i mowie, że wia­do­mość, którą mi prze­ka­zy­wano, sta­wała się nie­zro­zu­miała. Dopiero po wielu eks­pe­ry­men­tach odkry­łam, że Praw­dziwy Sen wymaga celu, pyta­nia napro­wa­dza­ją­cego na prawdę.

"Imię mojego brata", wyszep­ta­łam w duchu, kiedy opadł na mnie czarny woal. "Jakie ono jest?".

Zasłona posłusz­nie się roz­stą­piła, a ja zna­la­złam się na szczy­cie niskiego wznie­sie­nia. Wysoka trawa szu­miała na wie­czor­nym wie­trze. Niebo przy­brało ciemne barwy zmierz­chu, zoba­czy­łam liczne ogni­ska pło­nące pode mną w płyt­kim obni­że­niu terenu. Widząc istne mia­steczko namio­tów sku­pio­nych wokół ognisk, przy któ­rych sie­dzieli albo stali męż­czyźni, uświa­do­mi­łam sobie, że to armia. Broń i zbroje pię­trzyły się w sto­sach, zupeł­nie inne od czar­nych żela­znych napier­śni­ków i kol­czug Hastu. Te były zro­bione z nakła­da­ją­cych się na sie­bie sta­lo­wych płyt, a włócz­nie o zakrzy­wio­nych ostrzach nale­żały do żoł­nie­rzy w służ­bie Kupiec­kich Kró­lestw. Była to naj­więk­sza wataha, jaką w życiu widzia­łam, licząca tysiące ludzi.

- Kim jesteś?

Drgnę­łam na dźwięk obcego głosu. Kil­ka­na­ście kro­ków ode mnie stała kobieta o wyglą­dzie bar­dzo zaska­ku­ją­cym w swo­jej cał­ko­wi­tej obco­ści. Jesz­cze ni­gdy nie widzia­łam takiego stroju: się­ga­ją­cej do kostek pro­stej szaty z czar­nych piór, z małym bia­łym zna­kiem w kształ­cie pło­mie­nia na piersi. Rów­nież jej rysy i cera były cał­ko­wi­cie inne niż u ludów Kupiec­kich Kró­lestw, a raczej takie jak u człon­ków Stahl­ha­stu o nie­bie­skich oczach i jasnej skó­rze. Ale naj­bar­dziej zasko­czyło mnie, wręcz prze­ra­ziło to, że kobieta patrzyła pro­sto na mnie. Widziała mnie.

- Kim jesteś? - powtó­rzyła, roz­glą­da­jąc się po oto­cze­niu sze­roko otwar­tymi, prze­stra­szo­nymi oczami. - Gdzie ja jestem?

Mogłam tylko gapić się na nią oszo­ło­miona. Jesz­cze nikt w cza­sie poprzed­nich Praw­dzi­wych Snów nie zauwa­żył mojej obec­no­ści. Jak to w ogóle moż­liwe? Prze­cież mnie tam naprawdę nie było.

- Wezwa­łaś mnie tutaj? - spy­tała kobieta, zbli­ża­jąc się do mnie, nagle bar­dziej roz­gnie­wana niż zdez­o­rien­to­wana.

Nie poru­szy­łam się, na­dal drę­czona nie­pew­no­ścią i zdzi­wiona, że nie­zna­joma w czar­nej sza­cie nie nosi butów. Stopy miała czarne od brudu, a ja z jakie­goś powodu uzna­łam ten widok za dziw­nie fascy­nu­jący.

- To nie jest wizja od Ojca - stwier­dziła kobieta, rzu­ca­jąc się na mnie. - Jest ina­czej. Czuję to!

Fascy­na­cja jej sto­pami w połą­cze­niu z prze­moż­nym uczu­ciem cał­ko­wi­tego zasko­cze­nia opóź­niła moją reak­cję, kiedy nie­zna­joma chwy­ciła mnie za ramiona moc­nym uści­skiem. Kiedy jej twarz zna­la­zła się kilka cali od mojej, zauwa­ży­łam prze­krwione oczy. Było to uro­dziwe obli­cze, a jego gład­kość świad­czyła, że kobieta ma około trzy­dzie­stu lat. Twarz wień­czyła nie­sforna masa ciem­nych, nie­ucze­sa­nych wło­sów. Oddech miał zna­jomy cierpki zapach, co w połą­cze­niu z zaczer­wie­nio­nymi oczami pro­wa­dziło do jed­nego wnio­sku. Pijaczka. Mój sen nawie­dziła pijaczka o brud­nych sto­pach.

- Nie pró­buj mnie oszu­kać, wiedźmo! - wysy­czała. - Co knuje Ciem­ność?

Otrzeź­wił mnie jej lekki, ale kwa­śny oddech. Skrzy­wi­łam się z odrazą, gwał­tow­nie szarp­nę­łam głową i ude­rzy­łam czo­łem o jej nos. Sku­tek był natych­mia­stowy. Ręce zsu­nęły się z moich ramion, kobieta z jękiem opa­dła na kolana.

- Pyta­łaś mnie, kim jestem. - Wycią­gnę­łam zza pasa długi nóż i przy­sta­wi­łam go do jej szyi. - Chcia­ła­bym naj­pierw poznać twoje imię.

Widząc ostrze przy­tknięte do jej ciała, uświa­do­mi­łam sobie, że skoro możemy dotknąć się nawza­jem, możemy rów­nież zro­bić sobie krzywdę.

- Nic ci nie powiem, służko Ciem­no­ści - oświad­czyła kobieta z twa­rzą ścią­gniętą z bólu i wyzy­wa­ją­cym spoj­rze­niem. - Ni­gdy nie zdra­dzę miło­ści Ojca...

Syk­nęła z bólu, kiedy prze­je­cha­łam ostrzem przez jej poli­czek, zosta­wia­jąc małe, ale głę­bo­kie roz­cię­cie.

- Jak się tu zna­la­złaś? - spy­ta­łam. - Jak to moż­liwe, że mnie widzisz? Jak zna­la­złaś drogę do mojego snu?

Ból i wro­gość na chwilę znik­nęły z jej oczu, a kobieta popa­trzyła na mnie ze zdu­mie­niem.

- Masz na myśli... że ty też jesteś jasno­wi­dzącą? Ale... to nie możesz znać miło­ści Ojca. On nie obda­rzyłby tym wiel­kim darem kogoś takiego jak ty...

- Jaki ojciec? - Prze­su­nę­łam czu­bek noża tak, że zna­lazł się cal od jej oka. - Co ty bre­dzisz?

Dźwięk wielu rogów zagłu­szył moje słowa. Od armii sta­cjo­nu­ją­cej w dole dobie­gło grzmiące echo. Ode­rwa­łam wzrok od pijaczki i zoba­czy­łam, że reagu­jąc na wezwa­nie, żoł­nie­rze bie­gną do sto­sów włóczni, kusz­nicy się­gają po koł­czany, kawa­le­rzy­ści niosą sio­dła w stronę spę­ta­nych koni.

- Co się dzieje? - zapy­tała kobieta.

Uświa­do­mi­łam sobie, że na­dal trzy­mam nóż przy jej oku. Odsu­nę­łam się i nagle poczu­łam się głu­pio.

- Naj­wy­raź­niej bitwa - odpo­wie­dzia­łam, cho­wa­jąc broń.

- Gdzie? - Kobieta wstała, krzy­wiąc się i masu­jąc nos. Zoba­czy­łam, że siniak znika, podob­nie jak cię­cie na policzku. Wyglą­dało na to, że zadane rany są w tym miej­scu jedy­nie tym­cza­sowe. - Kto wal­czy?

- Nie jestem pewna. - Odwró­ci­łam się i zoba­czy­łam, że woj­sko for­muje sze­regi. - Sądzę, że znaj­du­jemy się gdzieś na połu­dnio­wym ste­pie, nie­da­leko gra­nicy z zie­miami Kupiec­kich Kró­lestw.

- Kupiec­kich Kró­lestw?

Odwró­ci­łam się do niej, marsz­cząc brwi, zdzi­wiona jej szczerą igno­ran­cją. Jak mogła nie sły­szeć o Kupiec­kich Kró­le­stwach? W ich posia­da­niu była więk­szość bogactw całego świata.

- Chyba pora, żeby­śmy przed­sta­wiły się sobie jak należy - stwier­dzi­łam.

Kobieta wypro­sto­wała się i z dumą wysu­nęła brodę do przodu.

- Jestem lady Ivi­nia Moren­tes z Zachod­nich Mar­chii - powie­działa. - Służka Kościoła Ojca Świata i z Jego bło­go­sła­wień­stwa Święta Wieszczka. - Zro­biła pauzę dla więk­szego efektu dra­ma­tycz­nego, jak przy­pusz­cza­łam. - Znana jako Bło­go­sła­wiona Dzie­wica wszyst­kim, któ­rzy cie­szą się miło­ścią Ojca.

Oszo­ło­miona pokrę­ci­łam głową, ale unio­słam otwartą dłoń na znak poko­jo­wego powi­ta­nia.

- Lura­lyn Rey­erik z Boskiej Krwi, córka skeldu Cova Stahl­ha­stu.

Po wyra­zie twa­rzy było widać, że kobieta nie ma poję­cia, kim jestem, podob­nie jak ja nie wie­dzia­łam, kim ona jest.

- Jesteś... - zaczęła z powąt­pie­wa­jącą miną - ...wieszczką swo­jego ludu?

- Wieszczką?

- Widzisz... rze­czy. Wyda­rze­nia, które nadejdą albo już nade­szły.

- Cza­sami. Ja nazy­wam to Praw­dzi­wym Snem.

- Snem. - Prych­nęła z pogardą i skie­ro­wała uwagę na szy­ku­jącą się w dole armię. - Nie, dziew­czyno, to nie są sny. To dary widze­nia od samego Ojca. Choć nie rozu­miem, dla­czego posta­no­wił się nimi podzie­lić aku­rat z tobą.

Jej ton spra­wił, że moja ręka odru­chowo powę­dro­wała do noża, ale poha­mo­wa­łam impuls.

- Gdzie twoje buty? - zapy­ta­łam, rzu­ca­jąc spoj­rze­nie na jej czarne stopy.

- Świa­towe wygody są prze­szkodą dla miło­ści Ojca - oświad­czyła tonem poboż­nej pew­no­ści. - Rezy­gnuję z nich, żeby pro­wa­dzić pro­ste i nie­uprzy­wi­le­jo­wane życie, tak jak zre­zy­gno­wa­łam z bogac­twa i bez­czyn­no­ści, do któ­rych się uro­dzi­łam. W ten spo­sób łatwiej będą do mnie przy­cho­dzić wizje Ojca.

Spoj­rza­łam w jej prze­krwione oczy i przy­po­mnia­łam sobie kwa­śny oddech.

- Więc zre­zy­gno­wa­łaś z butów, ale nie z picia.

Gry­mas gniewu prze­mknął po jej twa­rzy, a odpo­wiedź została wyce­dzona obron­nym tonem.

- Kościelne rytu­ały czę­sto wyma­gają wina, a Księga zawiera dużo wzmia­nek o jego dobro­czyn­nych wła­ści­wo­ściach.

- Aha... - w moim gło­sie poja­wił się cierpki ton - więc jesteś kapłanką.

Ivi­nia Moran­tes wypro­sto­wała się lekko i skrzy­żo­wała ramiona na piersi. Kiedy mi odpo­wie­działa, jej głos zdra­dzał urazę.

- Z roz­kazu Świę­tego Czy­tel­nika kobie­tom jest zabro­nione kapłań­stwo. Ale ja służę kościo­łowi lepiej niż nie­je­den męż­czy­zna. Pod­czas gdy ty... - zmru­żyła oczy i posłała mi spoj­rze­nie z ukosa - ...jesteś tylko here­tyczką i dzi­ku­ską. Może to dla­tego On cię tutaj spro­wa­dził, żebym mogła cię nauczyć Jego miło­ści...

- Mam nóż - przy­po­mnia­łam jej i wska­za­łam głową na dolinę. - Poob­ser­wujmy bitwę, dobrze? Podej­rze­wam, że wła­śnie po to tutaj jeste­śmy.

Armia ufor­mo­wała szyki - dłu­gie sze­regi pie­choty prze­dzie­lone oddzia­łami kusz­ni­ków, kawa­le­ria galo­pu­jąca na flanki. Świa­tło dzienne już pra­wie cał­kiem zga­sło, scenę oświe­tlały ogni­ska obo­zowe i liczne pochod­nie trzy­mane przez kon­nych ofi­ce­rów. Mimo że nio­sło się ku nam słabe echo wykrzy­ki­wa­nych roz­ka­zów, woj­sko było dziw­nie ciche, wszystko spo­wi­jał całun peł­nego napię­cia ocze­ki­wa­nia. Nie wyczu­wa­łam goto­wo­ści do walki, tylko strach.

Woj­sko było zwró­cone ku pół­nocy, gdzie widzia­łam tylko tra­wia­stą rów­ninę cią­gnącą się daleko w ciem­ność. Jed­nakże wkrótce poczu­łam zna­jome drże­nie ziemi, a potem usły­sza­łam grzmiący pomruk nad­cią­ga­ją­cej burzy.

- Pyta­łaś o mój lud - powie­dzia­łam do kobiety. - Wkrótce go poznasz.

Grzmot się wzmógł, zapo­wia­da­jąc armię dużo licz­niej­szą niż inne, które kie­dy­kol­wiek zgro­ma­dziły się na Żela­znym Ste­pie. Doszłam do wnio­sku, że woj­sko cze­ka­jące w dole sta­nie prze­ciwko połą­czo­nym siłom wszyst­kich skel­dów zaprzy­się­żo­nych Hastowi. Muszę wyznać, choć zawsty­dza mnie to po tych wszyst­kich latach, że ta per­spek­tywa napeł­niła mnie wielką nie­cier­pli­wo­ścią.

Dla­tego ogar­nęła mnie kon­ster­na­cja, kiedy usły­sza­łam, że dud­nie­nie nagle przy­ci­cha i na mrocz­nej rów­ni­nie nie poja­wia się żadna armia Stahl­ha­stu. Na­dal wyczu­wa­łam jej obec­ność, do moich uszu docie­rały zmie­szane odde­chy tysięcy koni i wojow­ni­ków. Ale z jakie­goś powodu ich szarża się zatrzy­mała. Potem, po krót­kiej prze­rwie, w migo­tli­wym bla­sku pochodni uka­zał się sze­reg zło­żony z około dwu­stu jeźdź­ców. Konie szły stępa, zbli­ża­jąc się do w pełni teraz ufor­mo­wa­nych szy­ków armii prze­ciw­nika w nie­śpiesz­nym, nawet spa­ce­ro­wym tem­pie. Zauwa­ży­łam, że wielu jeźdź­ców nosi stroje wojow­ni­ków Stahl­ha­stu, nato­miast inni byli bez zbroi i nie mieli żad­nej broni. Nie­któ­rzy, może jedna trze­cia, w ogóle nie wyglą­dali na człon­ków Sta­lo­wej Hordy, bo mieli na sobie wato­wane kurtki ludów pogra­ni­cza.

Poje­dyn­czy sze­reg jeźdź­ców zatrzy­mał się kilka kro­ków od rzędu kusz­ni­ków, patrząc na zgro­ma­dzone przed nimi tysiące ze sku­pie­niem i deter­mi­na­cją. Wtedy dotarł do mnie pomruk mocy, który zwy­kle zapo­wia­dał, że obda­rzeni nią człon­ko­wie Boskiej Krwi wkrótce wyko­rzy­stają swoje dary. Naj­wy­raź­niej kobieta rów­nież ją wyczuła.

- Ciem­ność - wyszep­tała z twa­rzą ścią­gniętą stra­chem.

Gło­śny chór okrzy­ków przy­cią­gnął mój wzrok z powro­tem do doliny. W samą porę, żebym zoba­czyła, jak kula ognia wznosi się nad pierw­szym sze­re­giem woj­ska Kupiec­kich Kró­lestw. Ludzie ogar­nięci pło­mie­niami zaczęli tarzać się po tra­wie. Pięć­dzie­siąt kro­ków na wschód oddział pie­choty liczący dwu­dzie­stu ludzi został nagle odrzu­cony do tyłu jak zdzie­lony pię­ścią przez nie­wi­dzial­nego giganta. Zakute w zbroje ciała poto­czyły się jak lalki. Roz­brzmiało wię­cej krzy­ków, kiedy cały pierw­szy sze­reg się zała­mał i roz­pro­szył. W jed­nym miej­scu żoł­nie­rze po pro­stu padli na zie­mię i znie­ru­cho­mieli, w innym obró­cili się prze­ciwko sobie i cała kom­pa­nia zaczęła się mor­do­wać nawza­jem w szale znisz­cze­nia. Pośród tego zamętu buch­nęły następne pło­mie­nie, a nie­wi­dzialna pięść znowu zaczęła wymie­rzać ciosy.

Zamie­sza­nie wkrótce ogar­nęło kolejne sze­regi, choć ofi­ce­ro­wie sta­rali się utrzy­mać porzą­dek i dys­cy­plinę, w miarę jak oddziały wpa­dały w panikę. I wła­śnie wtedy poja­wił się Stahl­hast. Sze­reg nie­do­bra­nych jeźdź­ców pocwa­ło­wał na boki, a ogromny klin kon­nych wojow­ni­ków wypadł z mroku w peł­nym galo­pie. Na ich czele pędziła na czar­nym ogie­rze wysoka postać z długą sza­blą w wysoko unie­sio­nej dłoni. Męż­czy­zna miał na gło­wie żela­zny hełm zwień­czony dłu­gim pió­ro­pu­szem z koń­skiego wło­sia, a krat­ko­wany wizjer ukry­wał jego rysy, ale od razu go pozna­łam.

Klin Stahl­ha­stu ude­rzył w zdez­or­ga­ni­zo­wany śro­dek woj­ska i wdarł się głę­boko w spa­ni­ko­wane sze­regi niczym roz­ża­rzony żela­zny pręt prze­szy­wa­jący miękką skórę. Kolejni wojow­nicy zaata­ko­wali na wscho­dzie i zacho­dzie rów­niny, a każdy klin zło­żony z koni i stali wbi­jał się rów­nie głę­boko jak pierw­szy. W ciągu zale­d­wie kilku ude­rzeń serca stało się jasne, że wielka armia jest ska­zana na porażkę, a cała dolina stała się sceną rzezi. Mimo zamie­sza­nia i cha­osu jakoś nie mia­łam kło­po­tów ze śle­dze­niem wyso­kiego jeźdźca na czar­nym ogie­rze. Wojow­nik pędził przez pole bitwy krę­tym kur­sem, zosta­wia­jąc za sobą mar­twych i umie­ra­ją­cych, jego sza­bla śmi­gała bez ustanku w wirze znisz­cze­nia. Teraz czę­sto pła­czę na myśl o mojej ówcze­snej rado­ści i pie­śni dumy, która we mnie rosła na widok krwa­wej podróży brata.

- Ojcze! - wykrzyk­nęła sto­jąca obok mnie kobieta i padła na kolana ze łzami pły­ną­cymi po twa­rzy. - Dla­czego prze­klą­łeś mnie tą wizją?

- Och, zamknij się! - wark­nę­łam ziry­to­wana. - Powin­naś uwa­żać się za uprzy­wi­le­jo­waną, że możesz być tego świad­kiem. Bo wszystko jest tak, jak powinno być. Zjawi się mestra-skel­tir i nic go nie powstrzyma. To dawno zostało prze­po­wie­dziane...

Umil­kłam rap­tow­nie, gdy zoba­czy­łam, że wysoka postać ściąga wodze i zatrzy­muje konia. Wojow­nik spoj­rzał na grupę klę­czą­cych żoł­nie­rzy prze­ciw­nika. Wszy­scy odrzu­cili broń i opu­ścili głowy do ziemi na znak pod­da­nia. Mój brat mie­rzył ich nie­ru­cho­mym wzro­kiem przez jedno ude­rze­nie serca, po czym spiął ogiera i ruszył przed sie­bie, tra­tu­jąc głowę naj­bliż­szego czło­wieka, a jego sza­bla roz­po­częła śmier­telny taniec.

Odwró­ci­łam się, nie mogąc patrzeć na to wido­wi­sko. Stahl­hast rzadko brał jeń­ców w cza­sie bitwy, to wie­dzia­łam. Nie­wol­ni­ków dopiero póź­niej wybie­rano spo­śród oca­la­łych. Nie było niczego nie­zwy­kłego w dzia­ła­niach mojego brata. Ale dla­czego się zatrzy­mał? Roz­ko­szo­wał się ich stra­chem?

- Miło­sier­dzie to sła­bość - wyszep­ta­łam, mając nadzieję, że czę­sto wypo­wia­dana man­tra uspo­koi moje dud­niące serce. - Współ­czu­cie to tchó­rzo­stwo.

Poczu­łam, że Praw­dziwy Sen się koń­czy, gdy na skraju mojego widze­nia poja­wiła się czarna zasłona. Kobieta zaczęła zawo­dzić z roz­pa­czy.

- Dla­czego, Ojcze? Dla­czego poka­zu­jesz mi ten triumf oręża w służ­bie Ciem­no­ści? Ten zwia­stun osta­tecz­nego znisz­cze­nia? Jak święci mogą się sprze­ci­wić takiemu złu?

Potem woal opadł i kobieta znik­nęła. Może obu­dziła się w swo­jej ojczy­stej kra­inie? Albo przez całą wiecz­ność zawo­dziła w Praw­dzi­wym Śnie. Wie­dzia­łam jedy­nie, że ni­gdy wcze­śniej jej nie spo­tka­łam, ani we śnie, ani na jawie.

Kehl­brand cze­kał na mnie przed namio­tem, sie­dząc ze skrzy­żo­wa­nymi nogami przy ogni­sku. Jego cień był długi we scho­dzą­cym słońcu. Choć sen wyda­wał się krótki, w rze­czy­wi­sto­ści pochła­niał mój umysł przez wiele godzin. Sta­łam przez chwilę, drżąc zarówno z powodu chłod­nego ran­nego powie­trza, jak i echa żało­snych modłów Bło­go­sła­wio­nej Dzie­wicy zano­szo­nych do jej boga.

- A więc, źre­baczku - ode­zwał się Kehl­brand, wsta­jąc i pod­cho­dząc, żeby zarzu­cić na mnie skórę wilka. - Masz to imię?

- Tak - powie­dzia­łam, czer­piąc pocie­chę z jego uśmie­chu, który zawsze miał moc prze­pę­dza­nia nie­pew­no­ści. - Tak, bra­cie. Mam imię.

***

Następ­nego dnia Kehl­brand sta­wił się przed ołta­rzem nagi i nie­uzbro­jony, tak jak wyma­gał rytuał. Pomniejsi kapłani prze­ka­zali go mestra-dirh­ma­rowi, który cze­kał przed Gro­bow­cem.

Ranek był zaska­ku­jąco spo­kojny. Zwy­kle mia­no­wa­nie nowego skel­tira skła­niało naj­słyn­niej­szych wojow­ni­ków do wyzwa­nia, ale tylko jeden wystą­pił do przodu. Był to siwy męż­czy­zna o imie­niu Irh­nar, wete­ran sześć­dzie­się­ciu bitew, liczący sobie tyleż samo lat, dawny men­tor zarówno Teh­lvara, jak i Kehl­branda.

- Dla­czego, stary wilku? - spy­tał mój brat, kiedy Irh­nar uniósł poziomo sza­blę na znak wyzwa­nia.

- To zły omen dla skel­tira, jeśli zosta­nie nim bez prze­la­nia krwi - odparł stary wojow­nik, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Jestem już zmę­czony wsta­wa­niem z mat, żeby sikać sześć razy w ciągu nocy. Zaczy­najmy, chłop­cze!

Tak więc wal­czyli i Kehl­be­rand zaszczy­cił Irh­nara sto­sow­nie krwawą i długą śmier­cią. Szybki koniec byłby obrazą.

Patrzy­łam, jak Kehl­brand stoi przed mestra-dirh­ma­rem, jak usta kapłana się poru­szają, kiedy zada­wał pyta­nie. Odle­głość była za duża, żebym mogła usły­szeć odpo­wiedź. Widzia­łam wyraz twa­rzy starca dosta­tecz­nie wyraź­nie, by roz­po­znać na niej mie­sza­ninę głę­bo­kiego roz­cza­ro­wa­nia i ponu­rej akcep­ta­cji, kiedy ski­nął głową. Praw­dziwy Sen jak zwy­kle mnie nie zawiódł.

Pomniejsi kapłani przy­nie­śli ciem­no­zie­lony strój skel­tira i poło­żyli go u stóp Kehl­branda. Gdy mój brat się w niego odział, razem z mestra-dirh­ma­rem ruszył do ołta­rza.

- Oto Kehl­brand Rey­erik! - zain­to­no­wał kapłan, uno­sząc rękę mojego brata. - Uznany dzi­siaj przez sługi Nie­wi­dzial­nych za skel­tira skeldu Cova!

Z tłumu Stahl­ha­stu dobiegł rado­sny okrzyk, entu­zja­stycz­nie pod­jęty przez Covę, pod­czas gdy inne skeldy oka­zały więk­szą powścią­gli­wość. Kiedy trwały wiwaty, zoba­czy­łam, że mój brat odwraca głowę i mówi coś do kapłana. Rysy mestra-dirh­mara stward­niały. Sta­rzec pokrę­cił głową w suro­wej odmo­wie. Wtedy Kehl­brand chwy­cił go za nad­gar­stek tak mocno, że kapłan się skrzy­wił. Gdy krzyki uci­chły, brat prze­mó­wił i tym razem usły­sza­łam jego słowa:

- Powiedz im, star­cze.

Mestra-dirh­mar zaci­snął zęby i wykrzy­wił twarz w gry­ma­sie upo­ko­rze­nia i bólu. Nawet wtedy wie­dzia­łam, że to decy­du­jąca chwila, w któ­rej roz­strzy­gało się przy­wódz­two Hastu.

- Oto Kehl­brand Rey­erik! - powtó­rzył wielki kapłan i zawo­łał do tłumu gło­sem zabar­wio­nym wście­kło­ścią poko­na­nego: - Który od tej pory będzie znany jako Ostrze Ciem­no­ści!

Roz­dział pierw­szy

Strzała wbiła się w pień sosny cal od jego głowy. Vaelin Al Sorna popa­trzył na lotkę wibru­jącą mu przed oczami. Czuł pie­cze­nie na nosie i strużkę krwi pły­nącą z dra­śnię­cia, które zosta­wił ostry grot. Wcze­śniej nie usły­szał łucz­nika ani skrzy­pie­nia nacią­ga­nej cię­ciwy.

Patrzą­cemu z boku jego reak­cja mogłaby się wydać szybka i natych­mia­stowa: prze­to­cze­nie się w prawo, powsta­nie na kolana, wycią­gnię­cie łuku i wypusz­cze­nie strzały, a wszystko to jed­nym płyn­nym ruchem. Ale on wie­dział, że zare­ago­wał za wolno, nawet kiedy zoba­czył, że łucz­nik bie­gnący z rogiem unie­sio­nym do ust pada mar­twy ze strzałą wbitą w plecy. Zbyt wolno.

Z boku roz­legł się sze­lest i spo­śród paproci wyło­niła się Ellese z łukiem w ręce.

- Obóz, wujku - powie­działa lekko zdy­szana. - Musimy ruszać szybko...

Vaelin zamknął jej usta dło­nią z dosta­teczną siłą, żeby nie pozwo­lić jej wstać z przy­siadu. Trzy­mał ją w ten spo­sób, gdy śmi­gnęła następna strzała wypusz­czona z koron drzew. Zagłę­biła się w zie­mię kilka stóp od nich. Pocisk zwia­dow­czy, jak nazwałby ją mistrz Hutril. Zawsze uży­teczna przy pło­sze­niu zdo­by­czy. Ale nie dzi­siaj.

Vaelin spoj­rzał w ciemne, pło­nące oczy Ellese, uniósł wzrok w stronę wierz­choł­ków drzew i zabrał rękę. "Już nie zadmie w róg", prze­ka­zał w języku zna­ków, któ­rego tak pra­co­wi­cie ją uczył w poprzed­nich mie­sią­cach. "To by zdra­dziło jego pozy­cję. Pobie­gnę na prawo". Odwró­cił się, szy­ku­jąc się do sprintu, ale jesz­cze się zatrzy­mał i dodał: "Nie chyb".

Zerwał się i z dud­nie­niem popę­dził po leśnym pod­szy­ciu, lawi­ru­jąc mię­dzy drze­wami. Tym razem usły­szał brzę­cze­nie cię­ciwy i usko­czył za sze­roki pień sta­rego cisu. Kątem oka dostrzegł, że pocisk odłu­puje korę. Sekundę póź­niej roz­legł się następny świst, głęb­szy, o nie­mal melo­dyj­nej pre­cy­zji, która świad­czyła o sile broni i umie­jęt­no­ściach łucz­nika. Chwila ciszy, a potem łoskot ciała spa­da­ją­cego na zie­mię z dużej wyso­ko­ści.

Vaelin na­dal kucał za cisem i z zamknię­tymi oczami chło­nął pieśń lasu. Wkrótce zaczął powra­cać świer­got pta­ków, uci­szony wcze­śniej przez intru­zów, a wiatr już nie niósł woni spo­co­nych, prze­stra­szo­nych ludzi.

Vaelin wyszedł ze swo­jej kry­jówki i zoba­czył, że Ellese prze­szu­kuje ciało napast­nika, któ­rego jej strzała strą­ciła z wierz­choł­ków drzew. Jej ruchy były szyb­kie i wprawne, ręce nie drżały, choć wła­śnie ode­brała czło­wie­kowi życie. Wie­dział, że zabi­jała wcze­śniej w Cum­brael, w cza­sie krót­kiego i szybko zdła­wio­nego powsta­nia wiecz­nie spra­wia­ją­cych kło­poty Synów Praw­dzi­wego Ostrza. Wcale jej to nie drę­czy, napi­sała Reva w liście, który wysłała na pół­noc razem ze swoją adop­to­waną córką. Co mnie z kolei bar­dzo drę­czy.

Vaelin nie dostrzegł w tej dziew­czy­nie podo­bień­stwa do Revy, i nic dziw­nego, zwa­żyw­szy na to, że w ich żyłach nie pły­nęła ta sama krew. Włosy miała czarne, oczy ciemne i była o cal niż­sza od jego sio­stry, choć tro­chę moc­niej zbu­do­wana. Jed­nakże naj­wy­raź­niej gdzieś po dro­dze prze­jęła od przy­bra­nej matki rodzinną cechę, czyli pozorną nie­wraż­li­wość na skutki odbie­ra­nia innym życia. I dzie­liła ją z męż­czy­zną, któ­rego nazy­wała wujem.

- Nie­bie­ski kamień - powie­działa, odrzu­ca­jąc na bok sakiewkę zabi­tego i uno­sząc w górę garść lśnią­cych lazu­ro­wych krysz­ta­łów. - Owi­nięte w bawełnę, żeby nie brzę­czały. - Prze­krzy­wiła głowę, przy­glą­da­jąc się ciału. - Przy­naj­mniej znał się na robo­cie. - Spoj­rzała na Vaelina i dodała z sze­ro­kim uśmie­chem: - Ale nie dość dobrze.

Vaelin ukuc­nął, żeby pod­nieść broń zabi­tego, prze­zna­czoną do polo­wań, typową dla wszyst­kich lenn kró­le­stwa, z wyjąt­kiem Cum­brael. Gdyby ten czło­wiek miał długi łuk i umie­jęt­ność jego uży­wa­nia, on praw­do­po­dob­nie już by nie żył.

- Sprawdź jego głowę - powie­dział do Ellese, a ona posłusz­nie zerwała zabi­temu weł­nianą czapkę, odsła­nia­jąc wygo­loną czaszkę. Vaelin odwró­cił ją butem, a kiedy zoba­czył pry­mi­tywny tatuaż two­rzący ciem­no­kar­ma­zy­nową plamę pośród siwej szcze­ciny, stwier­dził: - Krwawe Wró­ble.

Wyrzu­tek, któ­rego zabił wcze­śniej, leżał dwa­dzie­ścia kro­ków dalej, twa­rzą do dołu, ze strzałą ster­czącą z ple­ców nie­mal pio­nowo. Stę­ka­jąc z wysiłku, Vaelin wyrwał z kościa­nej pułapki krę­go­słupa grot z zadzio­rami i odwró­cił trupa.

- Jumin Vek - orzekł po krót­kich oglę­dzi­nach pla­mi­stej, dzio­ba­tej twa­rzy.

- Znasz go? - spy­tała Ellese.

- Powi­nie­nem. Aresz­to­wa­łem go cztery lata temu z nakazu kró­lo­wej. Zosta­wił za sobą szlak mor­derstw, gwał­tów i kra­dzieży na wszyst­kich dro­gach Ren­fael, zanim przy­był do Dorze­czy. Wsa­dzi­łem go na sta­tek, żeby zało­żyli mu stry­czek w Lodo­wym Por­cie.

- Wygląda na to, że udało mu się uciec.

Albo kogoś prze­ku­pił, pomy­ślał Vaelin. Była to aż nazbyt powszechna prak­tyka w tych cza­sach. Gdy krad­nąc i szmu­glu­jąc łup do Pół­noc­nych Dorze­czy, zara­biało się dużo pie­nię­dzy, każdy prze­stępca miał środki, żeby wyku­pić się z kło­po­tów. Czę­sto­tli­wość, z jaką Vaelin jako Lord Wieży i namasz­czony przez wład­czy­nię zarządca tej kra­iny musiał łapać szu­mo­winy, spra­wiała, że był mniej skru­pu­latny w prze­strze­ga­niu kró­lew­skiego edyktu zaka­zu­ją­cego natych­mia­sto­wych egze­ku­cji.

- Kolejny Krwawy Wró­bel? - zapy­tała Ellese.

- Nie. - Vaelin zdjął Jumi­nowi Vekowi czapkę, odsła­nia­jąc gęste, tłu­ste włosy. Chwy­cił trupa za pod­bró­dek i obró­cił jego głowę tak, że można było zoba­czyć bar­dziej dopra­co­wany atra­men­towy obra­zek na jego bla­dej szyi. - Prze­klęte Szczury. To głów­nie zhań­bieni byli kró­lew­scy gwar­dzi­ści.

- Więc mamy dzi­siaj prze­ciwko sobie dwie bandy?

- Wąt­pię. Lord Orven starł na proch więk­szość Krwa­wych Wró­bli zeszłej zimy. Zdaje się, że Szczury zna­la­zły u sie­bie miej­sce dla paru oca­la­łych.

Uwol­nił nie­szczę­snego Jumina Veka od sakiewki i stwier­dził, że są w niej dwa samo­rodki złota i kilka nie­bie­skich kamieni.

- Twój nos krwawi, wujku - stwier­dziła Ellese, kiedy wstał.

Vaelin wyjął szmatkę zza pasa, nasą­czył ją ole­jem drzew­nym z małej bute­leczki i przy­tknął do nosa. Stłu­mił syk bólu, kiedy ogni­sta mik­stura wnik­nęła do rany. Nie mógł się pozbyć wra­że­nia, że w mło­do­ści tak bar­dzo go nie pie­kło.

- Idź po pozo­sta­łych - rzu­cił, pole­wa­jąc twarz wodą z manierki, żeby zmyć resztki krwi. - Spo­tkajmy się na skraju wąwozu. I, Ellese... - Kiedy się odwró­ciła, przy­po­mniał: - Kamie­nie.

Wycią­gnął rękę, patrząc jej w oczy, aż dziew­czyna prych­nęła ze zło­ścią i oddała mu krysz­tały.

- Każesz mi polo­wać na męty za darmo - mruk­nęła.

- Twoja matka przy­słała cię do mnie na naukę. Jeśli chcesz płat­nej pracy, jest dużo roboty na Gwar­dii Pół­noc­nej albo w kopal­niach. Do czasu sprze­daży krysz­tały i złoto zgod­nie z pra­wem należą do kró­lo­wej. Wiesz o tym. - Vaelin scho­wał zdo­bycz do kie­szeni i odpra­wił ją ski­nie­niem głowy. - Ruszaj.

***

Oka­zało się, że obóz wyję­tych spod prawa jest w rze­czy­wi­sto­ści miej­scem ogro­dzo­nym pół­okrą­głą pali­sadą cią­gnącą się od wschod­niej ściany wąwozu zna­nego jako Parów Ultina. Miej­sce nazwano tak na cześć naj­słyn­niej­szego gór­nika Dorze­czy, któ­rego Vaelin wspo­mi­nał miło z cza­sów wojny wyzwo­leń­czej.

Zawsze wesoły Ultin wró­cił do Dorze­czy z roz­ka­zem wład­czyni, żeby wydo­być z kopalni całe dostępne bogac­two i napeł­nić kró­lew­skie kufry w celu pokry­cia rosną­cych kosz­tów wojny. Nagro­dzony za swoje wysiłki sowitą pen­sją Miecz Kró­le­stwa uprzej­mie odrzu­cił ofertę Vaelina, żeby zostać Lor­dem Nad­zorcą kopalń. Zamiast tego wyco­fał się do nie­wiel­kiego gospo­dar­stwa rol­nego w pobliżu Pół­noc­nej Wieży i tam w ciągu trzech lat zapił się na śmierć. "To przez wojnę", milor­dzie, powie­działa Vaeli­nowi wdowa w dniu, kiedy spa­lono ciało jej męża. "Wszyst­kie te zamor­do­wane dusze, zamor­do­wane dzieci. Ludzie, któ­rych stra­cił w All­tor... wszystko razem. Nie mógł pozbyć się tego z głowy".

Vaelin poświę­cił krótką myśl pamięci Ultina, po czym sku­pił uwagę na pali­sa­dzie. Naj­wy­raź­niej zbu­do­wano ją nie­dawno, drewno na ścia­nie obron­nej było na­dal zie­lone i nie­se­zo­no­wane, choć wyglą­dało dość solid­nie. Miesz­kańcy skon­stru­owali punkt obser­wa­cyjny na ścia­nie wąwozu, zapew­nia­jący bez wąt­pie­nia dosko­nały widok na oko­licę. Vaelin wie­dział, że tereny na wscho­dzie to pół­mi­lo­wej dłu­go­ści pasmo nagich skał, któ­rego żadne ata­ku­jące woj­sko nie poko­na­łoby nie­zau­wa­żone.

Na dnie wąwozu rów­nież bra­ko­wało osłony, ale było ono wąskie, co pozwa­lało na szybki atak. Jed­nakże Vaeli­nowi to wszystko się nie podo­bało i uznał nową tak­tykę wzno­sze­nia for­ty­fi­ka­cji za zwia­stu­jącą kło­poty. Zwy­kle wyrzut­ko­wie i prze­myt­nicy zakła­dali tym­cza­sowe obozy głę­boko w lesie albo na trudno dostęp­nych gra­niach, z któ­rych mogli napa­dać na szlaki kara­wan. Teraz wyglą­dało na to, że ta kon­kretna banda zde­cy­do­wała się na stałą sie­dzibę. Stają się śmielsi? Czy tylko bar­dziej zde­spe­ro­wani?

Ledwo wyła­pał odgłos zbli­ża­nia się Cum­bra­el­czyka, ciche szur­nię­cie bukłaka o trawę, i męż­czy­zna już poja­wił się u jego boku, leżąc pła­sko na ziemi tak jak on.

- Milor­dzie.

- Wysoka Włócz­nio. - Vaelin obej­rzał się i zoba­czył, jak grupa Ludzi Niedź­wie­dzi powoli wyła­nia się z lasu, z włócz­niami i łukami trzy­ma­nymi nisko, żeby nie zakłó­cać linii hory­zontu.

- Widzisz, panie, że jest tak, jak mówi­li­śmy - ode­zwał się Wysoka Włócz­nia, wska­zu­jąc głową na twier­dzę wyrzut­ków.

W ciągu ostat­nich lat Vaelina czę­sto nacho­dziła reflek­sja, że twarz Cum­bra­el­czyka zacho­wała jedy­nie resztki cech czło­wieka, który kie­dyś tak bar­dzo sta­rał się go zabić. Jego rysy pozo­stały twarde, a obli­cze wyglą­dało jak znisz­czona maska sta­rego myśli­wego, ale silny błysk fana­ty­zmu już dawno znik­nął z jego spoj­rze­nia. Nie licząc dłu­giego łuku, Wysoka Włócz­nia nosił strój Ludzi Niedź­wie­dzi i płyn­nie mówił ich języ­kiem, któ­rego Vaelin do tej pory nie zdo­łał opa­no­wać. Choć na­dal nie potra­fił myśleć o nim ina­czej niż jako o Cum­bra­el­czyku, pod wzglę­dami, które się liczyły, Wysoka Włócz­nia był teraz myśli­wym z klanu Niedź­wie­dzi, co potwier­dzał nadany mu przez nich przy­do­mek. Vaelin wie­dział, że raczej ni­gdy nie pozna imie­nia, które ten męż­czy­zna dostał po naro­dzi­nach, ale odpo­wia­dała mu ta nie­wie­dza.

- Mówi­łeś, że zna­leź­li­ście to mie­siąc temu?

- Dokład­nie dwa­dzie­ścia pięć dni temu. Dwa tygo­dnie wcze­śniej jesz­cze tego nie było. Nasi ludzie przy­cho­dzą tutaj dość regu­lar­nie, dużo bobrów wpada w pułapki w tej rzece.

- Więc was widzieli?

Wysoka Włócz­nia odpo­wie­dział miną wyra­ża­jącą jed­no­cze­śnie roz­ba­wie­nie i lekką urazę.

- Pro­szę wyba­czyć. - Vaelin skie­ro­wał wzrok z powro­tem na pali­sadę. - Jak czę­sto doko­nują napa­ści?

- To wła­śnie jest dziwne, milor­dzie. Wcale tego nie robią, o ile potra­fimy stwier­dzić. Zosta­wiają bar­dzo nie­wiele śla­dów w oko­licy, z wyjąt­kiem takich, któ­rych można ocze­ki­wać po oka­zjo­nal­nych gru­pach myśli­wych. Przez więk­szość czasu sie­dzą tutaj. Prawdę mówiąc, kor­ciło nas, żeby zosta­wić ich w spo­koju, ale starsi uznali, że powin­ni­śmy dotrzy­mać naszej umowy z Lor­dem Wieży.

Vaelin skło­nił głowę w podzię­ko­wa­niu. Odkąd pozwo­lono im osie­dlać się w Dorze­czach po wymu­szo­nej migra­cji z lodo­wa­tych pust­kowi na pół­nocy, Niedź­wie­dzie nie­zmien­nie udo­wad­niali, że są lojal­nymi, jeśli nawet żyją­cymi w izo­la­cji, pod­da­nymi kró­le­stwa.

- Nie zapo­mnij im powie­dzieć, że doce­niamy ich roz­wagę.

- Dobrze, milor­dzie. A dwie trze­cie łupów rów­nież mocno pod­kre­śli­łoby powa­ża­nie, jakim pan darzy Niedź­wie­dzie.

Vaelin stłu­mił wes­tchnie­nie. Po unik­nię­ciu egze­ku­cji i zna­le­zie­niu miej­sca wśród Niedź­wie­dzi Wysoka Włócz­nia wyrzekł się fana­ty­zmu reli­gij­nego, który przy­wiódł go w te strony. Cum­bra­el­czyk nie zabił Lorda Wieży i teraz rezerwy zapału w pełni wyko­rzy­sty­wał w roli głów­nego nego­cja­tora adop­to­wa­nego ple­mie­nia, zawsze gotowy sta­nąć w jego obro­nie przed chci­wo­ścią uro­dzo­nych w kró­le­stwie.

- Połowa - rzu­cił Vaelin. - łącz­nie z zyskami ze sprze­daży złota i nie­bie­skich kamieni, które odzy­skamy.

Myśliwy już zamie­rzał się spie­rać w tej kwe­stii, ale umilkł, kiedy za nim roz­le­gło się gło­śne cmok­nię­cie. Vaelin odwró­cił się i zoba­czył drobną młodą kobietę przy­kuc­niętą obok małego czar­nego niedź­wiadka. Kobieta nosiła imię Żela­zne Oczy i łatwo było zro­zu­mieć, skąd się ono wzięło, widząc jej mar­sowe spoj­rze­nie skie­ro­wane na Wysoką Włócz­nię. Jako jedyna sza­manka, która została Niedź­wie­dziem, była osobą naj­bar­dziej zbli­żoną do przy­wód­czyni klanu. A także żoną Wyso­kiej Włóczni i matką trójki ich dzieci.

Kobieta cmok­nęła ponow­nie i ode­zwała się do męża w chro­pa­wym, ale popraw­nym języku kró­le­stwa:

- Nie bądź nie­grzeczny. - Prze­nio­sła wzrok na Vaelina. - Połowa jest do przy­ję­cia, Lor­dzie Wieży. Ale musi być też cena krwi za każ­dego myśli­wego wezwa­nego do Zie­lo­nego Ognia.

- Oczy­wi­ście. - Vaelin skło­nił głowę i wró­cił spoj­rze­niem do pali­sady.

Nali­czył dwu­na­stu war­tow­ni­ków na murze, każdy z łukiem albo kuszą. W razie ataku z pew­no­ścią dołą­czy­łoby do nich wię­cej ludzi, co ozna­czało, że szarża dnem wąwozu w nie­unik­niony spo­sób kosz­to­wa­łaby nie­jedno życie. Oprócz około czter­dzie­stu Niedź­wie­dzi miał jesz­cze sześć­dzie­się­ciu ludzi z Gwar­dii Pół­noc­nej, z pew­no­ścią dosyć, żeby prze­są­dzić sprawę nie­za­leż­nie od liczby strzał wypusz­czo­nych przez wyję­tych spod prawa.

- Naj­le­piej zacze­kać do zmroku, milor­dzie - powie­dział Wysoka Włócz­nia, naj­wy­raź­niej idąc za jego tokiem rozu­mo­wa­nia. - O pół­nocy możemy z łatwo­ścią zbli­żyć się na pięć­dzie­siąt kro­ków od muru i wypu­ścić tro­chę poci­sków, żeby zama­sko­wać szarżę na bramę. Kilka ude­rzeń solid­nym tara­nem powinno wystar­czyć.

- Będą się spo­dzie­wali, że ich zwia­dowcy wrócą po zapad­nię­ciu nocy - zauwa­żył Vaelin, krę­cąc głową. - Cze­ka­nie do pół­nocy to za długo. - Pomy­ślał przez chwilę, a następ­nie wska­zał ski­nie­niem głowy na małego niedź­wiadka przy­tu­lo­nego do Żela­znych Oczu. - On ma jakieś imię?

- Małe Zęby - odpo­wie­działa sza­manka, prze­su­wa­jąc dło­nią po gęstym futrze zwie­rzę­cia. Niedź­wia­dek wydał z sie­bie zado­wo­lone prych­nię­cie i trą­cił nosem bok swo­jej pani.

- Zwie­rzę Mądrego Niedź­wie­dzia nazy­wało się Żela­zna Łapa - przy­po­mniał sobie Vaelin. - On niósł go przez całą drogę po lodzie do ziemi Czar­nych Serc. Sto­czy­li­śmy tam wielką bitwę. Wie­dzie­li­ście o tym?

Żela­zne Oczy łyp­nęła na niego spode łba i ostroż­nie ski­nęła głową. Stary sza­man nie wró­cił z lodowca i ani Niedź­wie­dzie, ani nikt inny ni­gdy nie poznał jego losu. Vaelin wie­dział, że ple­mię na­dal miało nadzieję na powrót Mądrego Niedź­wie­dzia i jego nie­obec­ność była dla nich zde­cy­do­wa­nie bole­sną sprawą.

- Wiem - powie­działa sza­manka.

- Żela­zna Łapa był dzielny - rzekł Vaelin. - Jak dzielny jest Małe Zęby?

***

Ruszyli w chwili, kiedy słońce opa­dło za wschod­nie szczyty. Vaelin w towa­rzy­stwie Wyso­kiej Włóczni, Żela­znych Oczu, Ellese i dwu­na­stu gwar­dzi­stów cicho zszedł do parowu. Tam prze­pra­wili się przez wąską, ale wartką rzekę pły­nącą środ­kiem wąwozu, i czoł­ga­jąc się, poko­nali ostat­nie kil­ka­set kro­ków do płyt­kiego obni­że­nia w zasięgu strzału z łuku od ostro­kołu. Gdy się zatrzy­mali, Vaelin ski­nął głową sza­mance. Żela­zne Oczy prze­su­nęła dło­nią po pysku Małych Zębów i utkwiła wzrok w jego oczach. Po krót­kiej chwili oboje zamru­gali jed­no­cze­śnie, a następ­nie zwie­rzę pobie­gło w mrok, kie­ru­jąc się do połu­dnio­wego odcinka pali­sady.

- Co teraz, wujku? - zapy­tała szep­tem Ellese.

Vaelin rzu­cił jej ostre spoj­rze­nie i poka­zał ziry­to­wany:

"Uży­waj rąk!".

Dziew­czyna opu­ściła głowę i poru­szyła dłońmi w nie­mej skru­sze.

"Prze­pra­szam".

"Teraz cze­kamy". Vaelin ski­nie­niem głowy wska­zał na jej łuk. "Bądź gotowa".

Patrzył, jak Ellese nasa­dza strzałę na cię­ciwę, smu­kłymi, ale sil­nymi rękami ści­ska­jąc rzeź­bione mister­nie drzewce. Broń naprawdę była piękna - z wiązu gór­skiego, ozdo­biona róż­nymi wojen­nymi moty­wami wyko­na­nymi wprawną ręką. "Łuk Arren", nazwała go Reva. "Cał­kiem moż­liwe, że ostatni taki na świe­cie. Zgu­bi­łam jego sio­strę w Oce­anie Bora­eliń­skim. Na­dal jest wyzna­czona nagroda stu zło­tych monet dla tego, kto przy­nie­sie mi inny. Na razie nikt się nie zja­wił".

Mówiło się, że ta broń ma boskie bło­go­sła­wień­stwo, a co bar­dziej żar­liwi wyznawcy Ojca Świata i jego Bło­go­sła­wio­nej Pani przy­pi­sy­wali nad­przy­ro­dzoną moc i cel­ność temu, co ze swo­jej istoty było jedy­nie kawał­kiem ufor­mo­wa­nego drewna. Jed­nakże wyczyny, jakich na jego oczach doko­ny­wały tym łukiem Reva i jej córka, czę­sto dawały Vaeli­nowi do myśle­nia.

Prze­niósł wzrok na Żela­zne Oczy i zoba­czył jej pusty wzrok, gdy bez ruchu leżała obok męża. Wie­dział, że jej umysł prze­bywa teraz gdzie indziej. Ten widok przy­wo­łał wspo­mnie­nie innej kobiety, sie­dzą­cej na wzgó­rzu daleko stąd w cza­sie i prze­strzeni. Jej oczy też były puste, kiedy dusza uwal­niała się od ciała...

Vaelin odwró­cił spoj­rze­nie, zgiął i roz­pro­sto­wał palce, żeby odpę­dzić ich nagłe drże­nie, po czym nasa­dził strzałę na cię­ciwę.

- On się wspina... - wyszep­tała chwilę póź­niej Żela­zne Oczy. Jej wzrok na­dal był nie­obecny, a głos brzmiał w ciem­no­ści jak syk. - Dociera na szczyt... To męż­czy­zna... - Przez jej twarz prze­biegł spazm, wargi się roz­cią­gnęły, obna­ża­jąc zęby w echu wark­nię­cia. Potem wró­ciła maska spo­koju. - Teraz go nie ma... Powie­trze pach­nie alko­ho­lem i pię­cior­ni­kiem. Ludzie śpią i chra­pią, inni cho­dzą po murach... Wszyst­kie oczy skie­ro­wane są na zewnątrz, nie do środka. - Zmarszczki prze­orały jej czoło. Sza­manka prze­krzy­wiła głowę, jakby sta­rała się coś usły­szeć. - Głosy... dwaj męż­czyźni się kłócą... Mówią o zwia­dow­cach... o ludziach, któ­rzy powinni już tu być, ale jesz­cze ich nie ma.

- Brama - pod­po­wie­dział Vaelin, choć wąt­pił, czy sza­manka może go usły­szeć w tym sta­nie.

Żela­zne Oczy uci­chła. Zda­wało się, że jej mil­cze­nie trwa wiele minut, pod­czas gdy mogły to być zale­d­wie sekundy. Kiedy Ellese wydała z sie­bie jęk znie­cier­pli­wie­nia, Vaelin uci­szył ją, trą­ca­jąc łok­ciem.

- Już tam jest... - wyszep­tała w końcu sza­manka. - Bramę chroni gruba lina... On ma małe zęby, ale są ostre, a jego szczęki silne...

Vaelin poru­szył dłońmi przed oczami Ellese. "Pierw­szy i drugi od lewej", powie­dział, wska­zu­jąc war­tow­ni­ków na murze. Zbli­żył się do Wyso­kiej Włóczni, przy­su­nął usta do jego ucha i wyszep­tał:

- Dwaj po pra­wej. Strze­laj, kiedy ja wystrzelę.

Kiedy Ellese i Wysoka Włócz­nia pod­nie­śli się z pozy­cji leżą­cej i ukuc­nęli, Vaelin przy­go­to­wał łuk, pal­cami obej­mu­jąc strzałę po obu stro­nach drzewca. Sku­pił się na dwóch męż­czy­znach sto­ją­cych bez­po­śred­nio nad bramą. Ci dwaj na­dal się sprze­czali i nie widzieli zwie­rzę­cia, które pra­co­wi­cie gry­zło linę. Odle­głość wyno­siła nie­całe sto kro­ków. Może nie był naj­lep­szym łucz­ni­kiem z Domu Szó­stego Zakonu, ale i nie naj­gor­szym.

Usły­szał ciche wes­tchnie­nie Żela­znych Oczu, a po nim skrzyp­nię­cie otwie­ra­ją­cej się bramy. Sta­nął w niej Małe Zęby, z zado­wo­le­niem prze­żu­wa­jący kawa­łek liny. Widząc, że męż­czyźni nagle zapo­mnieli o kłótni, Vaelin strze­lił do naj­wyż­szego. Ellese i Wysoka Włócz­nia wypu­ścili strzały uła­mek sekundy póź­niej. Poci­ski pomknęły w noc­nym powie­trzu i strą­ciły war­tow­ni­ków z muru. Niż­szy z dwóch wyrzut­ków zare­ago­wał szybko i przy­kuc­nął, ale druga strzała Vaelina tra­fiła go w ramię. On też spadł z muru, wylą­do­wał ciężko po dru­giej stro­nie otwar­tej bramy i wrza­snął zasko­czony na widok niedź­wie­dzia, który powi­tał go pyta­ją­cym pomru­kiem. Krzyk ucichł, kiedy Vaelin obni­żył łuk i wypu­ścił trze­cią strzałę pro­sto w pierś ran­nego. Jed­no­cze­śnie cicho wymam­ro­tał prze­kleń­stwo. Miał nadzieję, że dostaną się do środka bez wsz­czy­na­nia alarmu, ale bitwy rzadko dosto­so­wy­wały się do pla­nów.

- Gwar­dia, ruszać! - zawo­łał Vaelin, się­ga­jąc przez ramię po miecz.

Pobiegł do bramy z gwar­dzi­stami nastę­pu­ją­cymi mu na pięty. Sły­szał, jak myśliw­ski róg Wyso­kiej Włóczni wzywa pozo­sta­łych ludzi cze­ka­ją­cych w lesie.

Z mroku wybie­gło chwiej­nym kro­kiem kilku wyrzut­ków, mniej lub bar­dziej ubra­nych i pró­bu­ją­cych zata­ra­so­wać wej­ście. Szybko prze­szko­dził im w tym Małe Zęby, który zaczął się krę­cić wkoło, młó­cąc łapami i wpro­wa­dza­jąc zamie­sza­nie wśród obroń­ców. Jeden czło­wiek zato­czył się do tyłu, trzy­ma­jąc się za krwa­wiące ramię, i sta­nął bez­po­śred­nio na dro­dze Vaelina, który tym­cza­sem już dotarł do bramy. Męż­czy­zna popeł­nił błąd, wycią­ga­jąc nóż zza pasa, i dla­tego zgi­nął. Vaelin wbił mu czu­bek swo­jego ostrza Zakonu mię­dzy żebra, tra­fia­jąc pro­sto w serce. Nie­szczę­śnik padł na kolana, bro­cząc krwią z ust.

Pozo­stali obrońcy zostali szybko powa­leni przez gwar­dzi­stów, choć pełne prze­kleństw wyzwa­nia, które wykrzy­ki­wali w cza­sie krót­kiej, ale zażar­tej walki, spra­wiły, że cał­kiem prze­padł ele­ment zasko­cze­nia. Roz­glą­da­jąc się, Vaelin zoba­czył, że wewnątrz pali­sady jest tylko kilka chat i żad­nej budowli dosta­tecz­nie dużej, żeby mogła pomie­ścić tę liczbę ludzi, któ­rzy musieli tu miesz­kać. Jed­nakże jego spoj­rze­nie wkrótce padło na otwór w ścia­nie wąwozu. Był to typowy szyb kopal­niany, powszech-ny w Dorze­czach, pod­party drew­nia­nymi stem­plami i dosta­tecz­nie sze­roki, by jed­no­cze­śnie mogło do niego wejść pię­ciu albo wię­cej ludzi.

Nie przy­byli tutaj, żeby napa­dać na boga­czy, uznał Vaelin. Przy­byli, żeby dla nich kopać.

Usły­szał dobie­ga­jący z szybu coraz gło­śniej­szy tumult, któ­remu towa­rzy­szył blask pochodni jaśnie­jący z każdą chwilą. Praca w kopalni wyma­gała wielu rąk, na pewno dużo wię­cej, niż Vaelin spo­dzie­wał się zoba­czyć w tym miej­scu.

- Ufor­mo­wać sze­reg! - wark­nął do gwar­dzi­stów, po czym odwró­cił się do Ellese i Wyso­kiej Włóczni i wska­zał ski­nie­niem głowy naj­bliż­szą dra­binę. - Wejdź­cie na mur. Strze­laj­cie od razu, kiedy się pokażą. Może uda się nam zatrzy­mać ich w wej­ściu.

Nasa­dził kolejną strzałę na łuk i zajął pozy­cję na środku sze­regu Gwar­dii Pół­noc­nej Zer­k­nąw­szy do tyłu, stwier­dził, że pozo­stali gwar­dzi­ści i Niedź­wie­dzie zbli­żają się szybko dnem wąwozu. Sądząc po odgło­sach docho­dzą­cych z szybu, Vaelin wąt­pił, żeby jego ludzie zdą­żyli tu dotrzeć, nim bitwa roz­go­rzeje na dobre.

- Daj­cie z sie­bie wszystko, chłopcy - powie­dział do gwar­dzi­stów. - Nie chce­cie, żebym potem mówił waszym rodzi­nom, że poko­nały was szu­mo­winy, prawda?

Odpo­wie­dział mu chór groź­nych potak­nięć, a nawet kilka chi­cho­tów. Ludzie z łukami nasa­dzili strzały na cię­ciwy, inni moc­niej ści­snęli mie­cze. Byli to głów­nie wete­rani wojny wyzwo­leń­czej. Tocząc walki przez całą drogę z kró­le­stwa do bram Volaru, byli świad­kami nie­zli­czo­nych okro­pieństw i nie zamie­rzali ule­gać stra­chowi w obli­czu wyję­tych spod prawa, jed­nak wielu z nich mogło zgi­nąć tej nocy.

Vaelin do połowy napiął łuk, wpa­tru­jąc się w tunel, coraz jaśniej­szy od bla­sku pochodni. Zmarsz­czył brwi, sły­sząc odgłosy, które dobie­gały z szybu. Z początku sądził, że to okrzyki zde­spe­ro­wa­nych męż­czyzn szy­ku­ją­cych się do walki, ale teraz sobie uświa­do­mił, że ten nie­składny chór bar­dziej przy­po­mina bitewny zgiełk. Trwał on już od jakie­goś czasu i żaden nowy wróg nie wyszedł z szybu, w któ­rym roz­brzmie­wały wrza­ski wście­kło­ści, a potem prze­ra­że­nia.

Nagle kako­fo­nia uci­chła, a po krót­kiej chwili nie­sa­mo­wi­tej ciszy we wlo­cie szybu poja­wiły się dwie posta­cie. Na tle bla­sku pochodni widać było tylko ich syl­wetki: jedną wypro­sto­waną, drugą klę­czącą. Vaelin zauwa­żył, że sto­jący czło­wiek trzyma tego dru­giego za kark. Gdy klę­czący zaczął wal­czyć, ten drugi unie­ru­cho­mił go bru­tal­nym szarp­nię­ciem, a Vaelin usły­szał brzęk łań­cu­cha. Usły­szaw­szy skrzy­pie­nie napi­na­nego łuku, wystą­pił do przodu i uniósł rękę, spo­glą­da­jąc w górę na mur.

- Cze­kaj!

Zoba­czył, że Ellese opusz­cza broń i zdez­o­rien­to­wana marsz­czy brwi.

- Zostań­cie tutaj - powie­dział do gwar­dzi­stów i rzu­cił jed­nemu z nich swój łuk.

Ruszył w stronę szybu z mie­czem trzy­ma­nym nisko u boku, z wolną ręką unie­sioną i otwartą. Zatrzy­mał się w miej­scu, z któ­rego wyraź­nie widział dwie posta­cie. Roz­po­znał jedną z nich, dru­giej nie.

- Ter­min Resk - powie­dział do klę­czą­cego.

Był to krępy męż­czy­zna w śred­nim wieku, dawny sier­żant Gwar­dii Kró­le­stwa, obec­nie przy­wódca Prze­klę­tych Szczu­rów o groź­nej repu­ta­cji. Resk wykrztu­sił coś w odpo­wie­dzi, ale jego słowa, bła­galne albo wyzy­wa­jące, szybko zostały zdła­wione przez łań­cuch zaci­śnięty na szyi. Wyrzu­tek na próżno dra­pał gru­bymi pal­cami żela­zne ogniwa, a jego twarz coraz bar­dziej przy­po­mi­nała drżącą, czer­woną, bez­kształtną masę.

Vaelin prze­su­nął wzro­kiem wzdłuż łań­cu­cha do kaj­dan na nad­garstku męż­czy­zny trzy­ma­ją­cego Reska. Przyj­rzaw­szy mu się dokład­niej, stwier­dził, że tam­ten jest od niego wyż­szy o cal albo wię­cej. Jego naga pierś była sze­roka i impo­nu­jąco umię­śniona, choć pozna­czona licz­nymi bli­znami, nie­któ­rymi cał­kiem świe­żymi, w któ­rych Vaelin od razu roz­po­znał ślady bicza. Na ciem­nej skó­rze lśnił pot. Męż­czy­zna odpo­wie­dział na spoj­rze­nie Vaelina chłod­nym, tak­su­ją­cym wzro­kiem spod brwi poprze­ci­na­nych bla­dymi, pre­cy­zyj­nie roz­miesz­czo­nymi nacię­ciami.

- Jesteś daleko od cesar­stwa - zauwa­żył Vaelin po alpi­rań­sku.

Męż­czy­zna zmru­żył oczy. Sądząc po kolo­rze skóry, pocho­dził z połu­dnio­wych pro­win­cji, gdzie język cesa­rza nie zawsze był znany, ale Vaelin zoba­czył, że tam­ten go rozu­mie.

- To nie jest moje cesar­stwo - odparł męż­czy­zna po alpi­rań­sku z wyraź­nym akcen­tem, ale zro­zu­miale. Szarp­nął łań­cu­chem, a Resk stęk­nął z bólu i wytrzesz­czył oczy. - Jesteś jego wro­giem?

- To... ban­dyta - odparł Vaelin, uży­wa­jąc słowa naj­pow­szech­niej uży­wa­nego na okre­śle­nie wyję­tych spod prawa w Cesar­stwie Alpi­rań­skim. - Ja egze­kwuję prawo na tych zie­miach.

- Więc słu­żysz jej. - Lekki błysk w oczach wyso­kiego czło­wieka Vaelin roz­po­znał jako nadzieję. - Słu­żysz Kró­lo­wej Ognia.

- Ona nie lubi tego imie­nia. - Vaelin ukło­nił się ofi­cjal­nie. - Vaelin Al Sorna, Lord Wieży Pół­noc­nych Dorze­czy z łaski kró­lo­wej Lyrny Al Nie­ren. A ty?

Zoba­czył, że do nadziei dołą­cza inne uczu­cie, kiedy brwi męż­czy­zny zmarsz­czyły się z wyra­zie roz­po­zna­nia, któ­rego Vaelin nie widział od lat.

- Alum Vi More­ska. - Mię­śnie przed­ra­mie­nia napięły się, kiedy męż­czy­zna moc­niej ści­snął łań­cuch. Resk wydał ostatni char­kot i znie­ru­cho­miał. Z jego wytrzesz­czo­nych oczu znik­nęło całe świa­tło. - Pro­szę o bez­pieczne schro­nie­nie. - Alum Vi More­ska zręcz­nym ruchem nad­garst­ków uwol­nił ciało Reska od łań­cucha. - Dla mnie i dla moich ludzi.

Vaelin wska­zał ski­nie­niem głowy na szyb.

- Jest was tam wię­cej?

- Wielu. - Męż­czy­zna jesz­cze raz spoj­rzał Vaeli­nowi w oczy i wydał cięż­kie, zawsty­dzone wes­tchnie­nie, opa­da­jąc na jedno kolano. - W imie­niu klanu More­ska przy­rze­kam lojal­ność Wiel­kiej Kró­lo­wej, w nadziei, że ona obda­rzy nas darem swo­jego słyn­nego miło­sier­dzia i współ­czu­cia.

Roz­dział drugi

Poj­mali żyw­cem zale­d­wie sze­ściu wyję­tych spod prawa; reszta, ponad setka, zgi­nęła w osa­dzie albo w kopalni. Kapi­tan Noh­len, dowódca kon­tyn­gentu Gwar­dii Pół­noc­nej, zamel­do­wał o czte­ry­stu dwu­dzie­stu trzech ludziach zaku­tych w kopalni w łań­cu­chy i o jesz­cze trzy­dzie­stu dwóch tru­pach oprócz mar­twych wyrzut­ków.

- Kiep­ska sprawa, milor­dzie - stwier­dził w typowy dla sie­bie szorstki spo­sób. - Nie umarli lekko. Ci, któ­rzy nie zgi­nęli w walce, zaha­ro­wali się na śmierć, powie­dział­bym.

Wszy­scy nie­wol­nicy pocho­dzili z tego samego klanu More­ska co Alum, a Vaelin nie zna­lazł wśród nich ani jed­nego z ple­cami bez blizn. Nie było rów­nież żad­nych dzieci ani star­ców.

- Porwali ich piraci - wyja­śnił Alum i opo­wie­dział, jak ich statki zostały zaata­ko­wane przez kor­sar­ską flo­tyllę na Oce­anie Ara­the­ań­skim. - Nie wiemy, dokąd ich zabrali. Jeśli bogo­wie byli łaskawi, zesłali im szybką śmierć. Jeśli nie... - Po twa­rzy męż­czy­zny prze­mknął cień, jego noz­drza się roz­dęły, kiedy sta­rał się nad sobą zapa­no­wać.

- Kiedy to się stało? - zapy­tał Vaelin.

Sie­dzieli przy pale­ni­sku, na któ­rym wyrzut­ko­wie goto­wali posiłki. Żar na­dal był cie­pły i prze­mie­szany z kośćmi. Alum zabrał włócz­nię jed­nemu z zabi­tych i użył jej do nakre­śle­nia w popiele serii skom­pli­ko­wa­nych sym­boli. - Sześć mie­sięcy, może wię­cej. Czło­wiek traci poczu­cie czasu, kiedy pra­cuje, nie widząc słońca.

- Piraci? Wiesz, który port nazy­wali swoim domem?

- Mówili języ­kiem nam nie­zna­nym, ale mieli twa­rze i oczy tych, któ­rzy zamiesz­kują zie­mie Kupiec­kich Kró­lestw. Wielu nosiło świeże bli­zny, a ich statki naj­wy­raź­niej brały nie­dawno udział w bitwie. Wyglą­dali na ludzi zde­spe­ro­wa­nych, tak zde­spe­ro­wa­nych, że nie zawa­hali się zabi­jać tych, któ­rzy rzu­cili im bun­tow­ni­cze spoj­rze­nie. Po tygo­dniach na morzu przy­wieźli tych z nas, któ­rzy prze­żyli, do tej wil­got­nej i zim­nej kra­iny i sprze­dali tym psom, żeby­śmy wyko­py­wali z góry metal, któ­rego tak pożą­dają.

- Dla­czego twój lud żeglo­wał po Ara­the­ań­skim?

Włócz­nia znie­ru­cho­miała w popiele, a po twa­rzy Aluma prze­mknął jesz­cze głęb­szy smu­tek. Męż­czy­zna dźgnął ostrzem w nary­so­wane sym­bole.

- To jest znak Maluy, Pana Pia­sku i Nieba. To - włócz­nia prze­su­nęła się na mniej­sze znaki wid­nie­jące po bokach - są jego dzieci: Jula i Kula, Pani Desz­czu i Pan Wia­trów.

- Wasi bogo­wie - powie­dział Vaelin.

- Nie uży­wamy tego słowa. W naszym języku oni są "Stró­żami". Od czasu, kiedy pierw­sza stopa sta­nęła na pia­sku, pozo­sta­jemy wierni Maluy i jego dzie­ciom. Cesa­rze zawsze to sza­no­wali. Póki przy­się­ga­li­śmy im lojal­ność na początku każ­dego nowego sezonu i na wezwa­nie posy­ła­li­śmy naszych wojow­ni­ków, żeby dołą­czyli do ich woj­ska, zosta­wiano nas w spo­koju. Cesa­rzowa - Alum zaci­snął szczęki, a jego wargi zadrżały od hamo­wa­nego gniewu - uważa ina­czej.

- Cesa­rzowa Eme­ren chciała, żeby­ście odda­wali cześć alpi­rań­skim bogom?

Alum ski­nął głową.

- Pró­bo­wała wyrwać nas z kocha­ją­cych ramion Stró­żów. Słała posłań­ców mówią­cych o jed­no­ści, o tym, że wszy­scy pod­dani cesar­stwa muszą iść razem, bo Kró­lowa Ognia, zagar­nąw­szy wszyst­kie zie­mie Vola­rian, teraz spo­gląda zazdro­snymi oczami na nasze. Ponadto cesa­rzowa wysłała ludzi, żeby zasie­dlili zie­mie, które zawsze nale­żały do nas, zie­mie, któ­rych cesa­rze od dawna strze­gli przed obcymi. Wyżło­bili bruzdy w świę­tej ziemi, żeby zbie­rać plony, polo­wali na wszyst­kie zwie­rzęta, na jakie tra­fiali, nie zosta­wiali nic na następny rok, korzy­stali ze studni jak z wła­snych. Kiedy ich wypę­dzi­li­śmy, przy­słała żoł­nie­rzy. Jeste­śmy bitni, ale ich było wielu. Długo wal­czy­li­śmy, lecz krew naszego klanu wycie­kała z każdą bitwą.

Alum zro­bił pauzę i rozej­rzał się. Jego wzrok spo­czął na kapi­ta­nie Noh­le­nie.

- Tam­ten czło­wiek ma skórę taką jak moja. Sta­rzy opo­wia­dali histo­rie o innym ple­mie­niu, które kie­dyś wal­czyło prze­ciwko cesa­rzowi i ucie­kło za morze, żeby zna­leźć schro­nie­nie w pół­noc­nych kra­inach. Pró­bo­wa­li­śmy pójść za jego przy­kła­dem.

- Wygnańcy przy­byli tutaj cztery poko­le­nia temu, to prawda - potwier­dził Vaelin. - Zostali przy­jęci życz­li­wie, tak jak wy. - Wska­zał na sym­bole. - I wasi Stróże rów­nież. Jeśli cho­dzi o wasze dzieci, Gil­dia Kup­ców z Pół­noc­nej Wieży pro­wa­dzi rejestr wszyst­kich donie­sień o pira­tach. Może tam znaj­dzie się jakiś ślad co do ich ojczy­stego portu. Możesz mi towa­rzy­szyć w dro­dze powrot­nej.

- Dobrze. A moi ludzie?

- Teraz są wol­nymi pod­da­nymi Zjed­no­czo­nego Kró­le­stwa i mogą robić, co chcą w gra­ni­cach prawa. Jed­nakże... - Vaelin uniósł ręce i wska­zał na oto­cze­nie - kapi­tan Noh­len mówi, że tutaj są bogate złoża. Jeśli chce­cie, w mojej mocy jest udzie­lić wam licen­cji, żeby­ście mogli tu zostać. Wszyst­kie kopal­nie złota w Dorze­czach należą do kró­lo­wej, ale może­cie zacho­wać jedną czwartą ceny uzy­ska­nej za każdy sprze­dany uro­bek.

- Jeste­śmy myśli­wymi, nie gór­ni­kami.

Vaelin spoj­rzał na garstkę More­sków. W prze­ci­wień­stwie do Aluma więk­szość była chuda, o zapad­nię­tych policz­kach, a wielu miało na ciele lśniące rany po ostat­nich chło­stach.

- Twoi ludzie potrze­bują domu. Przy­naj­mniej na razie. Jeśli cho­dzi o polo­wa­nie, oko­liczny las należy do was aż po sze­roką rzekę na pół­nocy. Dal­sze zie­mie należą do Niedź­wie­dzi. To szczo­dry lud, ale zazdro­śnie strzeże swo­ich tere­nów łowiec­kich.

Alum odwró­cił wzrok, a jego zmarsz­czone czoło świad­czyło o zasko­cze­niu i namy­śle.

- Nie jestem wodzem klanu More­ska. On zgi­nął w walce z pira­tami. Ale byli­śmy towa­rzy­szami broni, jeśli nawet nie braćmi z jed­nej krwi. Razem odpo­wie­dzie­li­śmy na wezwa­nia cesa­rza Alu­rana, kiedy wasz lud przy­był ukraść porty na wybrzeżu eri­ne­ań­skim. Masze­ro­wa­li­śmy razem z armią i razem byli­śmy świad­kami nocy, kiedy czło­wiek, któ­rego nazy­wano Zabójcą Nadziei, przy­szedł z pustyni, żeby siać spu­sto­sze­nie i pożogę. - Alum spoj­rzał Vaeli­nowi w oczy. - Imię, które ci nadali, panie, nie pasuje.

Z ust Vaelina wyrwał się krótki śmiech, zaska­ku­jący gory­czą, jaka w nim zabrzmiała. Wszystko wyda­wało się takie odle­głe, ale przy­do­mek Zabójca Nadziei prze­trwał jak obszar­pany, cuch­nący płaszcz, któ­rego nie potra­fił wyrzu­cić.

- Wtedy paso­wało. Ale od tam­tego czasu zasłu­ży­łem na parę innych.

- Uwa­żam, że wszyst­kie rachunki krwi zostały wyrów­nane twoim dzi­siej­szym dzia­ła­niem, panie - oświad­czył Alum z powagą, która wska­zy­wała na ofi­cjalną umowę. - Mimo to uwa­żam, że szala jest prze­chy­lona na twoją stronę. Muszę jed­nak pro­sić o jesz­cze jedną rzecz.

***

- Nie możesz go powie­sić, wujku. Jest o wiele za ładny. - Ellese obda­rzyła poj­ma­nego wyrzutka uśmie­chem i prze­su­nęła pal­cem po jego szczęce aż do środka pod­bródka. - Nie mogę go zatrzy­mać? To zna­czy jako maskotkę.

Wyrzu­tek spoj­rzał w górę na Vaelina, bła­ga­jące oczy lśniły w bla­dej, deli­kat­nej twa­rzy, która kon­tra­sto­wała z bru­tal­nym wyglą­dem jego współ­to­wa­rzy­szy.

- To ten? - zapy­tał Aluma.

More­ska ski­nął głową.

- To on.

Vaelin pod­szedł bli­żej i zoba­czył, że jeniec tężeje w trwoż­li­wym ocze­ki­wa­niu.

- Nazwi­sko? - rzu­cił Vaelin.

Młody czło­wiek prze­łknął ślinę i zakasz­lał, zanim sfor­mu­ło­wał cichą, ledwo sły­szalną odpo­wiedź. Vaelin usły­szał w jego wymo­wie sze­ro­kie samo­gło­ski połu­dnio­wego Ren­fael.

- Seh­mon Vek, panie.

- Krewny Jumina Veka?

- To mój kuzyn.

- Twój kuzyn nie żyje. Moja sio­strze­nica zabiła go w lesie.

Seh­mon Vek zer­k­nął na Ellese, a ona odpo­wie­działa mu sze­ro­kim uśmie­chem.

- Zatem oszczę­dziła mi roboty, milor­dzie - rzekł mło­dzie­niec i wzru­szył wąskimi ramio­nami.

Vaelin chrząk­nął i wska­zał głową na Aluma.

- Ten czło­wiek mówi, że poma­ga­łeś jego ludziom. Dawa­łeś im dodat­kowe por­cje, przy­no­si­łeś wodę, choć to było zabro­nione. Mówi rów­nież, że roz­ku­łeś ich łań­cu­chy, kiedy usły­sza­łeś nasz atak. Czy to prawda?

Po tych sło­wach wśród innych wyję­tych spod prawa zapa­no­wało poru­sze­nie i roz­le­gły się gniewne pomruki, a jeden z nich pró­bo­wał wstać i spę­ta­nymi rękami zdzie­lić mło­dego wyrzutka.

- Ty zdra­dliwy mały zasrańcu!

Jeden z gwar­dzi­stów wystą­pił do przodu i ude­rzył męż­czy­znę gło­wicą mie­cza w twarz. Ten runął na zie­mię zakrwa­wiony. Inni wkrótce się uspo­ko­ili, kiedy Vaelin prze­su­nął po nich wzro­kiem.

- Ni­gdy nie chcia­łem brać w tym udziału, milor­dzie - oświad­czył Seh­mon Vek. - Moja rodzina jest wyjęta spod prawa, jak daleko wstecz się­gnąć pamię­cią, to prawda. Ale Veko­wie zawsze byli prze­myt­ni­kami, a nie han­dla­rzami nie­wol­ni­ków. Kiedy umarł mój tata, Jumin wró­cił z pół­nocy z obiet­ni­cami więk­szej ilo­ści złota, niż w życiu widzie­li­śmy. - Seh­mon umilkł i rzu­cił na Aluma spoj­rze­nie pełne wstydu. - Nie powie­dział nam, że będziemy codzien­nie po kolana w bru­dzie chło­stać ludzi do krwi. Nie do tego mnie wycho­wano. Ale bra­łem w tym udział i poniosę należną karę. Mówi się, że zmarli patrzą nie­przy­chyl­nym okiem na tych, któ­rzy umie­rają z kłam­stwem na ustach.

Vaelin przyj­rzał się twa­rzy Seh­mona, szu­ka­jąc oznak fał­szu ukry­tego pod maską skru­chy. Nie zna­lazł ich, a jedy­nie poczu­cie winy i świa­do­mość rychłej śmierci.

- Dekret kró­lo­wej mówi, że w jej kró­le­stwie nie ma nie­wol­nic­twa - powie­dział, zwra­ca­jąc się do wszyst­kich wyrzut­ków. - Każdy zaan­ga­żo­wany w tę podłą prak­tykę zostaje pod­dany egze­ku­cji bez pro­cesu. Kapi­ta­nie Noh­len.

Dowódca gwar­dii wystą­pił do przodu i zasa­lu­to­wał.

- Milor­dzie.

Vaelin wska­zał na Seh­mona Veka.

- Pro­szę go uwol­nić. Resztę powie­sić.

- Tak, milor­dzie.

Więzy mło­dego jeńca zostały prze­cięte, nato­miast resztę poj­ma­nych zawle­czono w stronę bramy. Kilku krzy­czało, bła­ga­jąc o łaskę, inni albo na próżno się szar­pali, rzu­ca­jąc prze­kleń­stwa, albo w nie­mym osłu­pie­niu szli na śmierć.

- Alum Vi More­ska popro­sił o twoje życie - powie­dział Vaelin do mło­dego wyrzutka. - Jestem skłonny speł­nić jego prośbę. Oto mój wyrok, Seh­mo­nie Veku. Teraz nale­żysz do niego. Będziesz mu słu­żył tak, jak on uzna za sto­sowne, do dnia, kiedy posta­nowi się uwol­nić. To nie jest nie­wol­nic­two, a jedy­nie kon­trak­towa służba, którą w mojej pro­win­cji można naka­zać. Jed­nak zgod­nie z pra­wem możesz odmó­wić. - Vaelin rzu­cił zna­czące spoj­rze­nie na bramę, gdzie przez nad­proże prze­rzu­cono sznur.

- Ja... - Chło­pak się zawa­hał, prze­łknął ślinę i spró­bo­wał jesz­cze raz. - Zga­dzam się z wielką rado­ścią, panie.

***

- Nie mogłeś po pro­stu oddać go mnie? - zbesz­tała Ellese Vaelina, który stał na środku osady, żeby obser­wo­wać egze­ku­cję. - Ja pierw­sza go zoba­czy­łam. - Przez chwilę wier­ciła się coraz bar­dziej poru­szona, kiedy nakła­dano pętlę na szyję pierw­szego ska­zańca. - Naprawdę musimy na to patrzeć?

- Ty nie - odparł Vaelin. - Ja tak. A gdyby two­jej matce kazano, ona też by patrzyła. Kiedy wydaje się roz­kaz zabi­cia czło­wieka, trzeba na to patrzeć, żeby nie było zbyt łatwo.

Wysoka Włócz­nia poja­wił się u jego boku w typowy dla sie­bie bez­sze­lestny spo­sób. Spoj­rze­nie miał mroczne, kiedy patrzył, jak trzech gwar­dzi­stów cią­gnie linę. Roz­pacz­liwy szloch ska­zańca i prośby o litość uci­chły, kiedy pod­cią­gnięto go w górę, a jego nogi zaczęły podry­gi­wać w sza­lo­nym tańcu.

- Pamię­tam czasy, w któ­rych twoje serce było bar­dziej lito­ściwe, milor­dzie - ode­zwał się łowca. - Nawet na początku wojny.

- Tamta wojna się skoń­czyła - odparł Vaelin. - Wydaje się nato­miast, że ta ni­gdy się nie skoń­czy.

- Czy ja byłem choć tro­chę mniej nędzny od tych ludzi? Mniej zasłu­gu­jący na śmierć?

- Może nie. Ale wtedy... wie­dzia­łem, że jest dla cie­bie szansa. Skoro przy­jęli cię Niedź­wie­dzie, ist­niała droga do pokoju. Teraz nic takiego nie dostrze­gam i mogę jedyne wymie­rzyć spra­wie­dli­wość w imie­niu kró­lo­wej.

Ellese jęk­nęła cicho na widok drga­ją­cego ciała ska­zańca i wiel­kiej plamy na jego spodniach, kiedy w chwili śmierci puściły zwie­ra­cze. To jesz­cze dziecko, pomy­ślał Vaelin, patrząc, jak krew odpływa z jej twa­rzy. Dresz­czyk polo­wa­nia i walki to jedna rzecz, a to tutaj zupeł­nie co innego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki