2
Wtorek, 2 września 2025
129 dni przed
Rano, kiedy czesałam włosy, Wojtek napisał mi esemesa, że musi wyjść z domu wcześniej i żebym nie czekała na niego pod blokiem, tylko od razu poszła za garaże. Odpisałam, że nie ma problemu i wróciłam do rozczesywania włosów. Czasem niesamowicie mnie irytowały i miałam ochotę je obciąć. Za każdym razem dochodziłam jednak do wniosku, że długie włosy choć trochę ukrywają moją brzydotę. Nigdy nie odważyłabym się na ich ścięcie.
Uznałam, że skoro Wojtek już wyszedł, to i ja spróbuję zebrać się wcześniej. Większość codziennych czynności starałam się robić szybko. Myłam więc zęby, ubierając się, przez co dwa razy się przewróciłam. Przez to ostatecznie wyszłam kilka minut później niż normalnie. Kiedy znalazłam się pod blokiem, sprawdziłam godzinę. Byłam spóźniona. Napisałam Wojtkowi, że już idę. Szybko odpowiedział, że już czeka.
Gdy szłam w kierunku garaży, wypatrywałam mojego przyjaciela. Wojtek siedział na jednym z kamieni i palił papierosa. Podeszłam do niego, a on, zauważywszy mnie, wstał, by przytulić mnie na powitanie. Po wspólnym uścisku usiedliśmy.
- Zapaliłeś beze mnie? - zapytałam.
Rzadko mu się zdarzało, by palił sam.
- Musiałem się troszkę odstresować.
- Czemu? Co się stało?
- A co się mogło stać? Ojciec się nachlał.
Westchnęłam. Ojciec Wojtka był jednym z jego największych problemów. Wojtek bardzo chciał, żeby jego tata wrócił do normalności, żeby był dobrym człowiekiem i ojcem. Jednak ten od dłuższego czasu wolał wódkę od swojej rodziny, znajomych, kogokolwiek i czegokolwiek. Bardzo często chodził pijany. Sama nieraz go widziałam, jak wracał ze sklepu z torbą pełną różnych alkoholi. Zdarzało się, że bujał się przy tym na prawo i lewo. Musiał nieść drugą partię.
- Próbowałem go ogarnąć, ale jest tak pijany, że niczego nie pojmuje - kontynuował Wojtek. - Chyba chciał mi powiedzieć, żebym dał mu spokój. Tyle zrozumiałem z tego bełkotu. A ja naprawdę próbuję mu pomóc! Chciałem go tylko położyć na kanapie!
- Nie udało się?
- Oczywiście, że nie! To chyba jego rekord, jeśli chodzi o picie. Chleje od kilku lat, ale dzisiaj przeszedł samego siebie. - Wojtek milczał przez chwilę, po czym dodał: - Leży na podłodze. Uznałem, że skoro nie chce pomocy, to jej nie dostanie. Niech sobie radzi sam.
- Wojtek...
- Chciałbym mieć normalnego ojca! Myślisz, że na tych wakacjach było fajnie? Pojechaliśmy gdzieś pierwszy raz od kilku lat, bo matka zmusiła go, żeby odłożył trochę kasy, a tymczasem on większości z tych wakacji nie pamięta!
- Tam też pił?
- Gdybyś tylko wiedziała ile! Nie pozwiedzaliśmy z mamą zbyt wiele, mimo że chcieliśmy. Zamiast tego musieliśmy pilnować ojca, żeby nie odwalił czegoś głupiego. Raz wylazł na korytarz i prawie zaczął szczać, bo pomylił drzwi wejściowe z drzwiami od łazienki. Musieliśmy go wciągnąć z powrotem do pokoju.
- Pojechał nad morze, żeby chlać, tak?
- Tak. I nie mam pojęcia, skąd brał alkohol, bo w hotelu nie było gdzie go kupić, a najbliższy sklep znajdował się pół godziny drogi stamtąd.
- W hotelu nie było alkoholu?
- To chyba nawet nie był hotel. Nasia, spędziliśmy tam półtora miesiąca, więc to nie mogło być nic drogiego. W każdym razie on teraz będzie leżał na podłodze do czasu, aż wytrzeźwieje, a ja muszę iść do tej tępej szkoły. Chociaż to i tak lepsze niż mój dom.
- Nie może być aż tak źle - zaoponowałam.
- Wiesz, im więcej wypije, tym staje się bardziej agresywny. Chyba że właduje w siebie tyle, co dzisiaj. Wtedy nie jest w stanie się samodzielnie podnieść. Ale jak już się wścieknie, zaczynam się go trochę obawiać. Widziałaś go kiedyś zdenerwowanego?
- Chyba nie.
- Potrafił rzucić stołem. W moją stronę. Tak po prostu.
- Jezu...
- No właśnie.
Zgasił papierosa o kamień i rzucił go w trawę. Ja zrobiłam to samo, jednocześnie zastanawiając się, kiedy w ogóle odpaliłam fajkę.
- Chyba musimy iść - powiedział Wojtek, po czym wstał.
- Dasz radę. Może w szkole nie będzie aż tak źle.
- Sama w to nie wierzysz - powiedział i uśmiechnął się do mnie. - Ale tak, masz rację. Może będzie fajnie.
W celu poprawienia sobie humoru i zostawienia przykrych wydarzeń za sobą zajęliśmy się rozmową o jakiejś lasce z TikToka. Niedługo potem byliśmy już w szkole.
* * *
Początek dnia minął całkiem normalnie. Pierwsze trzy lekcje oceniłabym jako neutralne. Nigdy nie byłam szczęśliwa w szkole, ale podczas tych kilku godzin przynajmniej nie byłam skrajnie smutna. Jednak cały czas czułam na sobie wzrok Mai i kilku innych osób. Nie byłam lubiana w klasie. Obok mnie siedział na szczęście Wojtek, więc nie przejmowałam się innymi. Koszmar miał się zacząć dopiero po trzeciej lekcji, bo na czwartej mieliśmy mieć WF. Obawiałam się tego i planowałam nawet ucieczkę ze szkoły, ale Wojtek przekonywał mnie, że dam sobie radę. Uwierzyłam mu, choć wciąż nie chciałam iść na tę głupią lekcję. Nigdy nie rozumiałam, po co mam ćwiczyć w szkole. Przecież szkoła jest miejscem, w którym powinniśmy się uczyć (inna sprawa, że tak naprawdę jest to cyrk, w którym wbija się młodym do głowy, że są do dupy), więc po co nam bieganie wokół boiska albo odbijanie jakiejś durnej piłki? Kiedy po raz dziesiąty na tej przerwie zwyzywałam szkołę i lekcje wychowania fizycznego, zadzwonił dzwonek. Musiałam się udać do szatni.
- Wojtek, ja stąd idę - powiedziałam.
- Owszem, idziesz stąd, zmierzasz w stronę szatni. O tam, przy sali gimnastycznej - powiedział mój przyjaciel, wskazując palcem.
- Nie, miałam na myśli...
- Wiem, co miałaś na myśli, i nie, nie uciekasz. Nie rób sobie problemów na samym początku roku.
- Ale...
- I tak będziesz musiała zdobyć pięćdziesiąt jeden procent frekwencji. Zrób to jak najszybciej, a potem wagaruj.
Miał rację. Nie chciałam tam iść, ale jakkolwiek bym tego nie unikała i tak musiałabym w końcu stawić temu czoła. Lepiej było to zrobić od razu, żeby potem mieć trochę więcej luzu. Westchnęłam i udałam się w stronę szatni.
Przez to, że Wojtek musiał mnie przekonywać, dotarłam spóźniona. Nie mogło się więc obejść bez opieprzu ze strony nauczycielki. Świetnie, już na początku musiałam coś zepsuć. Nie mogłam się doczekać dalszego przebiegu lekcji.
Zaraz po tym, jak weszłam do pomieszczenia, Maja wbiła we mnie wzrok. Spojrzałam na tę okropną kreaturę. Nie cierpiałam jej.
- Co tam, Anaskaza? Czemu się spóźniłaś?
Nie odpowiedziałam. Po części dlatego, że uznałam za dobry pomysł, żeby po prostu ją olewać, a po części dlatego, że nie potrafiłam. Zawsze bałam się odszczekiwać, obawiając się, że to się obróci przeciwko mnie.
- Obściskiwałaś się z jakimś chłopakiem? W końcu sobie jakiegoś znalazłaś?
Wiedziałam, do czego to zmierza, ale starałam się nie zwracać na nią uwagi. Zamiast tego otworzyłam plecak i zorientowałam się, że zapomniałam zabrać ze sobą strój do ćwiczeń. Może to i lepiej, bo nie musiałam pokazywać nikomu swojego ciała, którego nie lubiłam.
- Tylko który by cię chciał? Jak tak patrzę na tę twoją buźkę, to wydaje mi się, że żaden. Mam rację?
Stałam do niej tyłem. Nie wiedziałam, co ze sobą zrobić, więc po prostu się nie ruszałam, patrzyłam na mój plecak i słuchałam jej słów.
- Ale tobie to chyba nie przeszkadza... - dodała. Przymknęłam oczy. Czekałam na te słowa. Byłam pewna, że padną. - Mam rację, lesbo?
Słyszałam chichot kilku osób. Poza tym trochę szeptów. Wiedziałam, że wszyscy na mnie patrzą. Sekundę później poczułam dłoń na ramieniu. Maja odwróciła mnie w swoją stronę. Teraz stała przede mną, wciąż trzymając mnie za ramię i patrząc mi prosto w oczy.
- Umiesz mówić? - spytała.
Milczałam i wbijałam w nią wzrok.
- No, powiedz coś! Otwórz gębę!
Spuściłam wzrok, a Maja natychmiast chwyciła mnie za policzki i podciągnęła moją głowę do góry.
- Patrz na mnie, suko! - wrzasnęła. - Masz się odezwać, w tej chwili! Piśnij, zaszczekaj, jak na sukę przystało, zrób cokolwiek.
Łzy zaczęły napływać mi do oczu. Teraz już w ogóle nie potrafiłam się odezwać. Nawet gdybym chciała.
- Dobrze, sama otworzę ci ten tępy ryj.
Chwyciła mnie za bluzkę i szarpnęła mną tak mocno, że upadłam na ziemię. Potem podeszła do mnie i kopnęła mnie z całej siły w brzuch. Zawyłam z bólu, a Maja zaczęła się ze mnie śmiać.
- Proszę, jak ładnie wyjesz! Dobrze, suko! Tak ma być!
Teraz słyszałam już śmiech wszystkich dziewczyn. Czułam się okropnie. Wciąż leżałam i trzymałam się za bolący brzuch.
Nagle drzwi od szatni się otworzyły, a do środka weszła wuefistka.
- Co tu się dzieje? - zapytała.
- Koleżanka się przewróciła - odezwała się Maja.
Nauczycielka spojrzała na mnie i kompletnie pomijając fakt, że leżę na ziemi, zapytała:
- Gdzie masz strój?
- Zapomniałam - oznajmiłam, wstając z podłogi.
- Pierwsza lekcja w roku, a ja już mam ci wpisać brak stroju?
- Może mogłaby pani nie wpisywać?
Pokręciła głową.
- Trzeba było się przygotować. Wszyscy na salę!
Kiedy dziewczyny zaczęły opuszczać szatnie, wuefistka rzuciła na mnie jeszcze okiem i dodała:
- Ogarnij się trochę, dziewczyno.
Potem wyszła.
Chciało mi się płakać. Wiedziałam, że lekcja wychowania fizycznego będzie nieprzyjemna, ale nie wiedziałam, że aż tak. Naprawdę jedyne, na co miałam ochotę, to rzucić się na ziemię i płakać, ale nie mogłam tego zrobić. To jeszcze pogorszyłoby moją sytuację. Poszłam więc do sali, udając, że nic się nie stało.
Moja wuefistka nie mogła okazać ani trochę wyrozumiałości i kiedy powiedziałam jej, że boli mnie brzuch, uznała, że to wymówka, że próbuję ją zmanipulować, żeby nie wpisała mi braku stroju. Za karę kazała mi przebiec kilka kółek wokół sali gimnastycznej, ponieważ i tak musiałam normalnie ćwiczyć. Kiedy biegłam, Maja podłożyła mi nogę. Upadłam na podłogę i usłyszałam chichot w tle. Odwróciłam wzrok i zobaczyłam Julkę. Też się śmiała. To zabolało mnie najbardziej.
Wstałam i biegłam dalej, żeby nie dostać jedynki. Biegnąc, wycierałam oczy, aby łzy nie spływały mi po policzkach. Gdyby Maja zobaczyła, że płaczę, na pewno wykorzystałaby to przeciwko mnie.
Kiedy zadzwonił dzwonek, natychmiast pobiegłam do szatni, chwyciłam za plecak i odbiegłam jak najdalej. W końcu dotarłam do toalety i zamknęłam się w kabinie, gdzie mogłam już bez problemu zalać się łzami. Siedziałam tak, płacząc, przez całą przerwę.
Dwie minuty po dzwonku dostałam esemesa od Wojtka:
Gdzie jesteś?
Przez chwilę nie odpowiadałam. Zastanawiałam się, czy po prostu nie wyjść ze szkoły.
Nasia?
W toalecie.
Ok. Jak coś, mamy w 5.
Uśmiechnęłam się, choć sama nie wiedziałam dlaczego. Jednak zmieniło się to już sekundę później, po ponownym przeczytaniu wiadomości. Nie wiedziałam, jaką mamy teraz lekcję, ale sala piąta nie zwiastowała niczego dobrego. Chwyciłam za telefon, by sprawdzić plan lekcji. Moje obawy się potwierdziły - mieliśmy matematykę. Najgorsze, co mogło mi się przytrafić, to matematyka po WF-ie. Byłam strasznie słaba z matmy, a pan Tadeusz Kozłowski był gnojem, który mnie nie cierpiał. Tępił mnie, jak tylko mógł. Dlatego teraz, kiedy byłam spóźniona już pięć minut, zastanawiałam się, czy w ogóle iść na te zajęcia. Jeżeli wejdę do niego na lekcję spóźniona, na pewno będzie o tym gadał przez parę dobrych minut. Uznałam jednak, że nie ma sensu uciekać, bo zostały tylko dwie godziny. Jeżeli dałam radę na WF-ie, dam radę także teraz. Wzięłam głęboki oddech, wstałam i udałam się do sali. Jednak gdy dotarłam do drzwi z numerem pięć, znów zrezygnowałam i odsunęłam się na kilka kroków. Mój telefon zabrzęczał.
Sprawdza obecność.
Dobra, czyli jeszcze nie zaczął tematu. Mogłam wejść. Chwyciłam za klamkę, otworzyłam drzwi i po cichu weszłam do środka. Kozłowski i tak niemal natychmiastowo zwrócił na mnie wzrok.
- Podejdź no tu, młoda damo - powiedział, gdy już maszerowałam w stronę ławki.
Kazał mi stać przy biurku i czekać, aż wyczyta moje nazwisko, sprawdzając listę obecności. Część dziewczyn patrzyła się na mnie z uśmiechem. Wciąż bawiło je to, co wydarzyło się na sali gimnastycznej.
Kiedy Kozłowski dotarł do mojego nazwiska, od razu wpisał mi spóźnienie i zapytał o jego powód. Gdy powiedziałam, że byłam w toalecie, zaczął mi tłumaczyć, że powinnam załatwiać takie rzeczy na przerwie i już minutę przed dzwonkiem stać przy sali. Potem dodał jeszcze, że po mnie i tak nie spodziewał się niczego innego, a następnie kazał mi usiąść. Zaczęłam iść w stronę Wojtka, jednak Kozłowski zatrzymał mnie i wskazał palcem na ławkę przy samym biurku, tuż przed nim. Westchnęłam wewnętrznie, bo gdybym zrobiła to na głos, dostałabym kolejny opieprz, a później załamana usiadłam.
Kwestie organizacyjne Kozłowski omówił tak szybko, że można by się pokusić o stwierdzenie, że je pominął. Od razu przeszedł do pierwszego tematu. Coś tam jeszcze powiedział, że musimy się uczyć, bo jesteśmy bardzo do tyłu (przy czym spojrzał na mnie), i że jak tak dalej pójdzie, to nie zdamy matury. W końcu uznał, że zaczniemy od przypomnienia sobie, co robiliśmy w czerwcu, bo bez tego nie zrozumiemy nowego tematu. Nasmarował jakieś liczby na tablicy i usiadł do komputera.
- Zaraz mi ktoś pomoże z tym zadaniem - powiedział, otwierając listę uczniów.
Starałam się oddychać głęboko, ale cicho, żeby nie widział, że się stresuję.
- Kogo by tu... Może Ostrowska Anastazja?
Wiedziałam, że tak będzie. To było do przewidzenia.
Wstałam i podeszłam do tablicy. Rzuciłam spojrzenie Wojtkowi, a on kiwnął głową na znak, że we mnie wierzy. Spojrzałam na zadanie. Ja pierdolę, nic z tego nie wiedziałam.
Kozłowski zauważywszy, że gapię się tępo w tablicę, zapytał:
- Potrafisz to rozwiązać?
Pokręciłam głową.
- Tak też myślałem. Siadaj. Jedynka.
Oczy natychmiast wypełniły mi się łzami. Równie szybko przetarłam je rękawem. Wróciłam na swoje miejsce i starałam się nie rozpłakać.
Nie zdziwił mnie fakt, że Kozłowski nie zapytał nikogo więcej. Podszedł do tablicy i wytłumaczył klasie, jak powinno wyglądać rozwiązanie. Chciał mi dowalić. Nic nowego.
* * *
Ostatnią godzinę lekcyjną spędziłam, leżąc na ławce. Przez cały czas płakałam, choć z zewnątrz wyglądało, jakbym po prostu ucięła sobie drzemkę. Dobrze, że nauczycielka nie zwróciła na mnie uwagi, bo gdyby kazała mi się podnieść, wszyscy zobaczyliby moją zapłakaną twarz. Wojtek starał się mnie jakoś pocieszyć, ale nie był w stanie. Nie wiedział nawet, co się stało. Myślał, że chodzi mi tylko o lekcję matematyki, która oczywiście też była tragiczna, ale nie wiedział o WF-ie. To dlatego, że nie chciałam o tym rozmawiać w szkole. Chciałam najpierw opuścić to okropne miejsce i opowiedzieć wszystko Wojtkowi, kiedy już będziemy sami i będę mogła rozryczeć się jak dziecko.
Po dzwonku wyszłam z sali w pośpiechu, a po opuszczeniu budynku zaczęłam biec. Wojtek ruszył za mną, ale nie mógł mnie dogonić. Biegłam naprawdę szybko. Dopiero w chwili, gdy uznałam, że jestem już wystarczająco daleko od tego wstrętnego miejsca, zatrzymałam się. Wtedy Wojtek dołączył do mnie, złapał mnie za ramiona i zapytał:
- Co jest?
- Nic... - odpowiedziałam, spuszczając wzrok.
- Anastazja, nie pieprz mi, że nic się nie stało. Wyglądasz tragicznie.
W tym momencie puściły mi wszystkie hamulce. Rozpłakałam się i przytuliłam do niego. Staliśmy przez kilka minut, a ja tylko łkałam. Wojtek był cudownym przyjacielem. Po prostu stał i czekał, aż się wypłaczę. Pozwolił mi z siebie wszystko wyrzucić. Nie powiedział mi, żebym przestała ryczeć. Nie powiedział mi, że przesadzam. Po prostu mnie przytulał. Po kilku minutach przeszłam z płaczu w ciężki oddech. Zaczęłam się trząść.
- Nasia, spokojnie - powiedział Wojtek i przytulił mnie jeszcze mocniej.
Dopiero chwilę później uspokoiłam się na tyle, by móc coś powiedzieć. Podniosłam głowę i spojrzałam w bok. Wojtek odgarnął mi włosy z twarzy i zapytał:
- Co się stało?
Naprawdę chciałam na niego spojrzeć, ale nie potrafiłam złapać kontaktu wzrokowego, będąc w takim stanie. Wzrok wciąż uciekał mi na bok. Zachlipałam nosem i powiedziałam:
- Chodzi o Maję.
- Tyle się domyślam. Powiedz mi, co konkretnie się stało?
Opowiedziałam mu wszystko, co wydarzyło się na lekcji wychowania fizycznego. Był zszokowany. Maja już wiele razy posuwała się za daleko, ale pierwszy raz dowaliła mi tak mocno. Byłam przyzwyczajona do wyzwisk i popychania, jednak nigdy wcześniej mnie nie uderzyła.
- Wydaje mi się, że ktoś jutro całkiem przypadkowo zleci ze schodów - rzucił Wojtek zdenerwowanym tonem.
- Nie! Nie możesz jej zrobić krzywdy. Nie rób sobie problemów.
- Zasłużyła sobie.
- Nie!
- Przecież nie muszę jej bić! Mogę jej po prostu powiedzieć, co myślę.
- I wydaje ci się, że to coś da? Jak się do niej odezwiesz, to będzie mnie prześladować jeszcze bardziej!
- Nasia...
- Nie! Po prostu nie!
Wojtek westchnął i spytał:
- To co chcesz z tym zrobić?
- Nie wiem.
- Nie mam zamiaru siedzieć bezczynnie.
- I tak niedługo skończymy szkołę...
- Za dwa lata! Anastazja, nie możesz czekać dwóch lat! Nie możesz sobie pozwolić na coś takiego!
- Ona mnie nienawidzi, rozumiesz? Cokolwiek zrobię, będzie tylko gorzej!
- Dlatego chcę ci pomóc. Nie ma możliwości, że będę siedział bezczynnie.
Spuściłam wzrok. Nie wiedziałam, co mam odpowiedzieć. Nie chciałam, żeby Wojtek się w to pakował. To nie mogło się dobrze skończyć. Szczerze mówiąc, nie widziałam wyjścia z tej sytuacji. Raz jeszcze przytuliłam się do przyjaciela.
- Nienawidzę jej - szepnęłam.
- Wiem. Ja też.
* * *
Wróciłam do domu. Zamknęłam za sobą drzwi, ściągnęłam buty i poszłam do pokoju, żeby rzucić plecakiem o podłogę. Jeszcze zanim tornister zakończył swój lot, byłam w drodze do łazienki. Podeszłam do lustra i spojrzałam na siebie. Miałam rozwaloną fryzurę i zapłakane oczy. Było po mnie widać, że ryczałam jak głupia. Przemyłam twarz wodą i po wytarciu się w mój ulubiony ręcznik, wyszłam z łazienki. Odetchnęłam z ulgą - byłam w domu. Tutaj nic mi nie groziło. Mogłam czuć się bezpiecznie.
Weszłam do kuchni, by przygotować sobie coś do zjedzenia. Byłam straszliwie głodna po całym dniu w szkole. Gdy weszłam do pomieszczenia, zobaczyłam moją mamę jedzącą kanapkę i przeglądającą coś w komórce.
- Cześć - przywitałam się i otworzyłam lodówkę.
- Cześć - odpowiedziała, gdy zajmowałam się wyborem jak najlepszych dodatków do swojej kanapki.
Wyciągnęłam talerz i zabrałam się do roboty. Chwyciłam za chleb i zaczęłam wyciągać kromki, kiedy mama przerwała mi słowami:
- Zaraz będzie obiad.
- To zjem kanapki, a potem obiad - odpowiedziałam.
Mama wzruszyła ramionami i wzięła kolejnego gryza, wciąż nie odrywając wzroku od telefonu. Trochę mnie to przybiło, bo czułam się, jakby w ogóle nie zwracała na mnie uwagi. Tak w istocie było. Dopiero po chwili, gdy kończyłam już mój perfekcyjny posiłek, spojrzała na mnie.
- Płakałaś? - spytała.
Jasna cholera. Czy zawsze musi być to po mnie tak bardzo widać?
- Nie - odpowiedziałam niemal automatycznie.
- Przecież widzę.
- Może tylko troszkę.
- A czemu? Coś się stało?
Westchnęłam i opowiedziałam jej, co wydarzyło się na matematyce. Powiedziałam jej, jak potraktował mnie Kozłowski. Nie wspomniałam jednak o WF-ie, bo to mogłoby się źle skończyć. Jeszcze postanowiłaby zainterweniować, a to skazałoby mnie na gorsze prześladowania.
- I bardzo dobrze zrobił - oznajmiła moja matka, gdy skończyłam opowiadać o lekcji.
- Słucham?
- Mówisz, że mieliście to w czerwcu, tak?
- No tak.
- A uczyłaś się wtedy?
- No...
- Nie uczyłaś się. Widziałam, co robiłaś. Spóźniałaś się, opuszczałaś lekcje i spędzałaś całe popołudnia poza domem. Powiedz mi, kiedy ty się niby uczyłaś?
- Mamo, to nie o to chodzi...
Wzięła gryza kanapki i przeżuwając ją, powiedziała:
- Jak nie o to, jak o to. Jakbyś się uczyła, to byś rozwiązała zadanie. Nie umiałaś, dostałaś jedynkę. Bardzo dobrze.
Znowu chciało mi się płakać i mama chyba to zauważyła, bo spojrzawszy na mnie, dodała jeszcze:
- Weź się za siebie, dziewczyno, bo źle z tobą ostatnio.
Co ty nie powiesz? Ciekawe dlaczego?
- Weź się do nauki, a nie odstawiasz sceny, bo ci nauczyciel jedynkę wpisał. Do roboty.
Zabrałam talerz z jedzeniem i wyszłam. Poszłam do siebie do pokoju, zamknęłam za sobą drzwi i znów zaczęłam płakać. Nawet w domu nikt mnie nie rozumiał. Nawet tutaj nie mogłam czuć się bezpiecznie. Choć przynajmniej nikt mnie nie bił... Za to byłam prześladowana psychicznie. To nie był pierwszy raz, kiedy matka mi tak powiedziała. Robiła to cały czas. Nie wiem, dlaczego w ogóle z nią rozmawiałam.
* * *
Był już późny wieczór, dochodziła dwudziesta pierwsza. Z jednej strony się cieszyłam, bo wieczory były jednymi z niewielu momentów, kiedy miałam spokój. Mogłam zamknąć się w swoim pokoju, w mojej bezpiecznej strefie, gdzie nikt nie miał do mnie dostępu. Mogłam przez całą noc siedzieć, słuchać muzyki, oglądać filmy, robić, co tylko mi się podoba, i nikt nie mógł się do tego przyczepić.
Z drugiej strony, kiedy dochodził wieczór, wiedziałam, że zbliża się również ranek i niedługo będę musiała rozpocząć kolejny dzień, który najprawdopodobniej będzie równie okropny, co poprzedni. Z tym że nie zawsze mnie to obchodziło. Czasem bywałam w tak głębokim dołku, że nie obchodził mnie kolejny dzień. Dosłownie zapominałam o tym, że istnieje coś takiego jak jutro. Liczyło się dla mnie tu i teraz. Przez to miałam problemy z budzeniem się rano do szkoły. Bardzo ciężko było mi się zebrać z łóżka. Lubiłam wykorzystywać jak najwięcej czasu, który mam dla siebie, przez co często spędzałam pół nocy na jawie, a później byłam ledwo przytomna. Choć to też bywało korzystne. Kiedy od czasu do czasu zdarzało mi się zasnąć na jakiejś mniej ważnej lekcji, omijało mnie trochę czasu spędzonego w tym ohydnym miejscu zwanym szkołą.
Właśnie dziś byłam w tym stanie, w którym nie myślałam o tym, co będzie jutro. Siedziałam na łóżku z telefonem w ręce, oglądając losowy serial Netfliksa (wykupiliśmy sobie go razem z Wojtkiem) i zajadając się stosem kanapek, które wcześniej sobie przyrządziłam. Miałam wszystko gdzieś. Chciałam się zrelaksować.
Nagle zabrzęczał mój telefon. Przez pierwszą sekundę poczułam napływającą we mnie frustrację. Ktoś mi przeszkadzał, a to było niedopuszczalne. Jednak w drugiej sekundzie, gdy zobaczyłam, że to wiadomość od Wojtka, trochę się uspokoiłam. Przeczytałam esemesa. Wojtek był zrażony do Facebooka i nie chciał z niego korzystać, więc nie miał też Messengera. Zawsze pisał do mnie esemesy.
Wyjdziesz na chwilę?
Jesteś na dworze?
Tak.
Co ty tam robisz?
Siedzę od jakichś dwudziestu minut. To wyjdziesz na trochę? Potrzebuję cię.
Jasne.
Dzięki. Jak coś, jestem za garażami.
Ok.
Szybko zebrałam się z łóżka. Byłam już przygotowana do spania, więc musiałam się ubrać. Zarzuciłam na siebie dresy i podeszłam do drzwi wyjściowych. Już wkładałam buty, kiedy usłyszałam głos mojej matki:
- A dokąd ty się wybierasz?
- Muszę na chwilę wyjść.
- O tej godzinie? Zwariowałaś?
- Przecież jest dopiero dwudziesta pierwsza!
- Dopiero?
- Tak, jest wcześnie.
- Za pół godziny widzę cię z powrotem.
- Wrócę, jak załatwię, co mam do załatwienia - oznajmiłam i wyszłam z domu, zamykając za sobą drzwi.
Gdy pięć minut później weszłam za garaże, zobaczyłam Wojtka siedzącego na kamieniu ze spuszczoną głową. Podeszłam do niego i usiadłam obok. Ten wciąż nie podniósł wzroku.
- Hej - przywitałam się.
- Cześć - odpowiedział, nie poruszając się.
- Co się stało?
Położyłam mu dłoń na ramieniu. Dopiero wtedy uniósł wzrok i spojrzał na mnie, a ja wytrzeszczyłam oczy z przerażenia. Wojtek miał podbite oko i rozciętą wargę.
- Kto ci to zrobił?
- A jak myślisz? - odpowiedział. - Ojciec.
Zakryłam usta dłonią. Słyszałam od Wojtka wiele o jego ojcu, kilka razy słyszałam, że go uderzył, ale nigdy nie doprowadził syna do takiego stanu.
- Pamiętasz, jak rano mówiłem, że się nachlał?
- Pamiętam - przytaknęłam.
- Jak wróciłem, dalej był tak samo pijany. Obstawiam, że wypił jeszcze więcej. Wszystko było dobrze, do momentu aż trochę mu przeszło. Tylko trochę, bo wciąż był napruty, ale potrafił już ustać na nogach. Wkurwił się na mnie. Sam nie wiem dlaczego. Matka próbowała go zatrzymać, ale ten po prostu mnie chwycił i zadał kilka ciosów w twarz. Pięścią.
- O kurwa...
- Jeszcze nigdy go tak nie poniosło. Potem, jak mu przeszło, próbował mnie przeprosić, ale ja nie chciałem go słuchać. Wtedy jeszcze raz przywalił mi pięścią w twarz i rozwalił mi wargę.
- Jezu...
- Wyszedłem z domu, a teraz boję się tam wrócić. Co jeśli przez to, że wyszedłem, będzie jeszcze bardziej wpieniony?
- Myślę, że już nic ci nie zrobi - stwierdziłam.
- Skąd możesz to wiedzieć? Może i mu przejdzie do czasu, aż wrócę, ale może też być tak, że moja twarz go z powrotem rozwścieczy. Ten człowiek jest nieprzewidywalny!
Westchnął, po czym złączył dłonie i oparł o nie czoło.
- Mógłbym dzisiaj spać u ciebie? - zapytał.
- Pewnie. To nie problem.
- Super.
- Tylko że wydaje mi się to nie najlepszym pomysłem.
- A to dlaczego?
- Bo jeśli boisz się, że twój ojciec będzie rozwścieczony przez to, że wyszedłeś, to pomyśl, co będzie, jeśli nie wrócisz na noc do domu.
- Obstawiam, że do rana się uspokoi.
- No nie wiem...
Siedzieliśmy chwilę w ciszy. Żadne z nas nie wiedziało, jak wyjść z tej sytuacji. Po chwili Wojtek wyciągnął paczkę papierosów.
- Chcesz? - spytał.
Pokiwałam głową. Wyciągnęliśmy więc dwa papierosy z paczki i zapaliliśmy je.
- Może i rzeczywiście powinienem wrócić - rzekł Wojtek, gdy trochę się uspokoił.
- Tak będzie rozsądnie.
- Jeśli wrócę, a on będzie kontynuował swój rytuał agresji, wyjdę i już nigdy więcej tam nie wrócę.
- A co z twoją mamą?
- Ona też jest dobra! Zamiast wyrzucić tego idiotę z domu, to cały czas się z nim użera!
- Nie możesz...
- Przecież bym nie uciekł! Dokąd miałbym pójść?
- Do mnie.
- Tak, ale nie mogę cały czas mieszkać u ciebie. Nie chciałbym się narzucać. Poza tym mam siedemnaście lat, nie mogę się wyprowadzić - westchnął. - O czym my w ogóle rozmawiamy? Rozmarzyłem się trochę.
- Już niedługo będziesz mógł się po prostu wyprowadzić. Oboje będziemy mogli.
- Tak, jeszcze dwa lata.
- Tylko dwa lata.
Wróciliśmy do domów w miarę spokojni. Oczywiście pozornie, bo Wojtek obawiał się reakcji ojca, a ja bałam się o niego. Później napisał mi, że kiedy wrócił, jego ojciec już spał i do rana najpewniej nie będzie pamiętał całego zajścia. Poczułam ogromną ulgę. Zawsze przejmowałam się problemami Wojtka. Czułam, że są one także moje. Myślę, że on miał podobnie z moimi. Byliśmy tak bliskimi przyjaciółmi, że czuliśmy się jak rodzeństwo. Nasze problemy były wspólne, zawsze. Było to trochę obciążające, zarówno dla mnie, jak i dla Wojtka. Nie dość, że musieliśmy się użerać z własnymi problemami, to jeszcze bez przerwy obawialiśmy się o siebie nawzajem. Ale chyba na tym polega prawdziwa przyjaźń. Troszczyliśmy się o siebie.