Wakacje! Jak ja uwielbiałam ten czas! Jak ja uwielbiałam te piękne i długie dni! Co prawda już jeden miesiąc wolnego za mną, ale to miesiąc pełen aktywności, radości i rodzinnego czasu.
Po odebraniu świadectw jeszcze tego samego dnia pojechałam z rodzicami do zoo. I może nie była to jakaś ekstrawyprawa, ale dla mnie liczyło się to, że ten czas spędzimy razem. Moi rodzice byli tacy dumni ze mnie. Skąd to wiem? Mówili mi to, i to nie jeden raz! Poniekąd ich nie rozumiałam. Nie uczyłam się jakoś wybitnie dobrze, nie miałam samych piątek i szóstek na świadectwie, moja średnia wynosiła ledwo nieco ponad cztery, a jednak oni, zupełnie nie wiedzieć czemu, byli zachwyceni.
Tak! Zapytałam rodziców, skąd ta radość, skoro rodzice koleżanek, które mają świadectwo z czerwonym paskiem, nie są aż tak tym zachwyceni. Nie chwalą swoich dzieci na każdym kroku, nie wyrażają swoich uczuć, to znaczy wyrażają, ale mówiąc, aby pracowały, aby uczyły się jeszcze więcej, bo bez dobrego świadectwa nic nie osiągną.
I co odpowiedzieli moi rodzice? Że tak naprawdę dla nich nie jest ważne świadectwo, nie są ważne oceny. Najważniejsze jest to, co człowiek ma w głowie. I zaczęli wymieniać osoby z ich otoczenia. To miało dać mi przykład, że ci, którzy skończyli szkołę zawodową, wiedzą o wiele więcej niż ci po studiach. I oczywiście rodzice dodali, że ja uczę się dla siebie, a nie dla nich. I to ja najwyżej będę za jakiś czas żałowała, że nie przykładałam się do nauki, a nie oni.
Mieli rację! To moje życie i mój wybór. Moja przyszłość była w moich rękach. Czy ja żałowałam, że nie mam czerwonego paska na świadectwie? Nie! Zupełnie nie i w żaden sposób nie czułam się gorsza.
Dla mnie pasek to tylko dodatek, który dość często był wynikiem nie nauki, lecz wysokich ocen zdobytych za dodatkowe zadania. Praktycznie każdy z nauczycieli dawał zadanie dla chętnych, nieco trudniejsze niż te podczas lekcji. Za wykonanie dostawało się szóstkę. Oczywiście warunkiem było wykonanie poprawnie. I tym sposobem można było nałapać sobie ocen i później otrzymać świadectwo z czerwonym paskiem za wysoką średnią.
Byłam temu przeciwna, i to bardzo, i zupełnie nie rozumiałam, dlaczego nauczyciele tak postępują, skoro wiadome było, że te trudne zadania wykonują tak naprawdę rodzice albo starsi koledzy. Czy ja brałam w czymś takim udział? Nie! Ja zwyczajnie chciałam, aby moje oceny były adekwatne do mojej wiedzy.
Ogólnie to cieszyłam się z podejścia rodziców do nauki i tematów okołoszkolnych. Miałam to szczęście, że mnie rozumieli. Nie każdy ze znajomych mógł pochwalić się tak wyrozumiałym tatą czy mamą.
Niosąc w dłoni teczkę ze świadectwem, w jakiś dziwny sposób cieszyłam się z tego, że przetrwałam, że dałam radę. Ten dzień był dla mnie dniem zakończenia czegoś, a zarazem rozpoczęcia. Zakończenia całego roku nauki, a rozpoczęciem wakacji. Tych jakże upragnionych.
Dwa miesiące wolnego! Dwa miesiące bez szkoły, bez zeszytów i podręczników. Dwa miesiące spania, do której się chce, i przebywania do późna poza domem! Uwielbiałam ten czas! Wtedy głowa odpoczywała, wtedy ja odpoczywałam, nabierając siły na wrzesień i kolejny rok nauki.
Doskonale pamiętam dzień zakończenia szkoły. Świeciło wtedy piękne słońce, na niebie nie było żadnej, nawet najmniejszej chmurki. Wychodząc za mury budynku z czerwonej cegły, czułam niepohamowaną radość. Uśmiechałam się, rozsadzała mnie jakaś energia. Aż chciałoby się wykrzyczeć, że w końcu nastały upragnione wakacje!
Rodzice widzieli moje zachowanie, więc tak na szybko zaproponowali wyjście do zoo. Z racji tego, że znajdowało się ono dość blisko, wsiedliśmy w samochód i pojechaliśmy. Na miejscu okazało się, że nie tylko my chcieliśmy w ten sposób uczcić ten dzień. Spotkałam bowiem kilku moich znajomych ze szkoły ze swoimi rodzinami.
Uwielbiałam chodzić do zoo i robiliśmy to z rodzicami przynajmniej dwa razy w roku. Te wizyty sprawiały nam wiele radości. Podziwialiśmy lwy chodzące jak królowie, małpy skaczące po drzewach, małe kózki i alpaki, które można było pogłaskać. Każde z nas robiło zdjęcia, śmiejąc się przy tym. Tak, ten czas był naprawdę cudowny.
Czasami żałowałam, że nie ma tu mojego rodzeństwa, Agnieszki i Huberta, ale doskonale rozumiałam, że oni są ode mnie starsi i mają już swoje życie. Z drugiej strony teraz mogłam mieć rodziców wyłącznie dla siebie. Oni nie musieli dzielić swojej uwagi na trójkę dzieci, mogli ją skupić tylko na mnie.
Co jakiś czas siadaliśmy na ławce i rozmawialiśmy. Mama pytała o plany na przyszłość, tata o plany na wakacje. Ja opowiadałam różne anegdotki związane ze szkołą. To było takie pozornie zwykłe rodzinne wyjście, ale ono miało to coś. Sprawiało, że serce skakało ze szczęścia, a uśmiech nie chciał schodzić z twarzy.
Po wizycie w miejscu pełnym zwierząt tata zaproponował, byśmy poszli coś zjeść. Jednogłośnie stwierdziliśmy, że nasza ulubiona restauracja będzie tym idealnym wyborem. Uwielbiałam włoskie jedzenie, a tam mieli prawdopodobnie najlepsze makarony i pizze.
Co prawda może nie były one typowo włoskie, bo niektóre potrawy przerobili na takie bardziej nasze, ale i tak mi bardzo smakowały.
Droga do Pasta Miasta, bo tak nazywała się ta restauracja, nie trwała długo. Po jakichś pięciu minutach byliśmy na miejscu. Tata zaparkował auto dość blisko wejścia i już tam do naszych nozdrzy wdarł się piękny zapach. Każde z nas poczuło coś innego. Mama śmiała się, że chyba jesteśmy tak głodni, że każdy z nas czuje to, na co ma ochotę. Być może, ja czułam pizzę. O tak! Miałam wielką ochotę na pizzę z małymi kawałkami kurczaka.
Weszliśmy do środka, młody kelner zaprowadził nas do stolika i podał karty. Obiecał, że za chwilę się zjawi, aby przyjąć zamówienie. Tak też się stało. Nie wiem po jakim czasie, ale wrócił do nas. Tata zamówił makaron z krewetkami, mama makaron z pesto, a ja pizzę. Nie mogłam się doczekać, aż otrzymam swoje jedzenie. Im dłużej tu siedziałam, tym bardziej robiłam się głodna. A to wszystko sprawka tych pięknych zapachów, które nas otaczały. Nie minęło dwadzieścia minut, a każde z nas otrzymało zamówione dania. Jedliśmy w milczeniu. To się u nas to nie zdarzało. Ale dzisiaj był wyjątkowy dzień. Każde z nas w jakimś stopniu się stresowało, chociaż nie wiem czym, bo w końcu to zakończenie roku, a nie jakiś ważny egzamin.
Po skończonym posiłku kelner zaproponował coś do picia. Rodzice poprosili o kawę i po kawałku ciasta czekoladowego, ja wzięłam zieloną herbatę i szarlotkę z lodami. Czekając na zamówione desery, rozmawialiśmy dosłownie o wszystkim. Rodzice trochę mówili o sklepach i o tym, co trzeba w najbliższym czasie wyremontować, oraz o tym, że trzeba zatrudnić kogoś do pomocy na czas wakacji. Ja oczywiście zaproponowałam im swoją pomoc, ale odmówili, tłumacząc się tym, że wakacje to czas dla mnie, a nie na to, aby chodzić do sklepów i stać za ladą po osiem czy dziesięć godzin. Mówili, że w życiu się jeszcze napracuję, a teraz mam korzystać z tego, że mam dwa miesiące wolnego, bo za kilka lat to się zmieni, i to bardzo.
Będąc już w domu, z wieczora dosłownie padłam jak mucha. Chwilę po położeniu się do łóżka zasnęłam.
Kolejne dni i tygodnie leciały dość szybko, bo ciągle miałam coś zaplanowane. Rodzice mimo swojej pracy, a konkretniej mimo tego, że prowadzili kilka sklepów spożywczo-przemysłowych, starali się poświęcać mi tak dużo czasu, jak się dało. Wiedzieli, że ich obecność w moim życiu jest bardzo ważna i że to, jak podchodzą do mnie jako do człowieka w młodości, ma przełożenie na to, kim się stanę jako dorosła, pełnoletnia osoba. Dlatego zależało im na tym, aby nasze relacje w tym najtrudniejszym dla mnie czasie, jakim jest wiek nastoletni, były bardzo dobre. I naprawdę mogłam na nich liczyć w każdej sytuacji.
Nawet nie wiem, kiedy minął ten miesiąc wolnego. Nim się obejrzałam, był sierpień. Ale z drugiej strony nie ma się co dziwić, że dni leciały jeden za drugim w zastraszającym tempie, skoro ciągle się coś działo.
Kilka dni po zakończeniu roku rodzice sprawili mi niespodziankę i pojechaliśmy na weekend do agroturystyki. Już sama droga, a w szczególności dojazd, mnie zachwyciła, i to bardzo. Jechaliśmy przez las, jakąś polną drogą. Dzięki temu, że w aucie były otwarte okna, mogliśmy już wdychać piękny zapach igliwia. Na miejscu przed moimi oczami pojawił się piękny, mały domek z wrzosowymi okiennicami. Przed nim znajdowało się poletko z mnóstwem różnokolorowych kwiatów. Po jednej ze stron były zagrody dla zwierząt. Część z nich luzem chodziła po podwórku. Czy ja byłam w raju? Być może! Właśnie tak sobie wyobrażałam wakacje u babci. To być może o czymś takim opowiadały moje koleżanki.
Właścicielami tej agroturystyki było starsze małżeństwo. Nie pamiętam nazwiska, ale wiem, że na imię mieli Krysia i Tadeusz.
Chwilę po tym, jak pokazali nam nasze pokoje, zaprosili do stołu, na którym stały domowej roboty ciasto i napoje oraz soki do wyboru.
Nie chcieliśmy marnować czasu, więc wybraliśmy się na przejażdżkę rowerową. Pan Tadeusz powiedział moim rodzicom, gdzie można pojechać, aby zwiedzić to, co znajduje się w okolicy. Dzień okazał się naprawdę fajny. Wieczorem starsze małżeństwo rozpaliło ognisko, więc wieczór również upłynął dość szybko w naprawdę przyjemnej atmosferze. W szczególności że mieliśmy okazję poznać inne osoby, przebywające w tym miejscu.
Kolejne dwa dni spędziliśmy w agroturystyce. Pomagaliśmy robić obrządek, zbierać owoce w sadzie, nawet miałam okazję doić krowę. I nie, nie narobiliśmy się. Wręcz przeciwnie! Każda praca, którą sami z siebie chcieliśmy wykonać, przynosiła nam wiele radości, ale też dzięki temu zdobywaliśmy nowe doświadczenie.
Wracając do domu po tych trzech dniach w tym pięknym miejscu, byliśmy naładowani energią i bardzo szczęśliwi! Miałam nadzieję, że za rok przyjedziemy kolejny raz, z tym że być może na dłużej niż teraz.
Kolejne trzy tygodnie spędziłam nie tylko na spotykaniu się z moja przyjaciółką Karoliną, ale również na robieniu tego, czego w sumie nie robiłam, a jak robiłam, to bardzo rzadko. Wizyta w agroturystyce sprawiła, że zapragnęłam mieć swój ogródek. Tak piękny jak miała pani Krysia, z mnóstwem kwiatów.
Miałam to szczęście, że mieszkaliśmy w domu i mogłam kawałek ziemi przeznaczyć na to, co nagle stało się moim pragnieniem. Dlatego pewnego dnia pojechałam z mamą do sklepu ogrodniczego, by kupić to wszystko, co mi się przyda w uprawianiu przydomowego ogródka.
Rodzicom zaś tak spodobała się jazda na rowerze, że postanowili codziennie wieczorem wybierać się na przejażdżkę tylko we dwoje. To była dla nich, można powiedzieć, taka randka, ale też odpoczynek po pracy.
Co ja robiłam w tym czasie? Odpoczywałam, korzystałam z dni wolnych, z pięknych wieczorów, leżąc na hamaku i czytając książki. Uwielbiałam te chwile - chwile beztroski, zrozumienia przez rodziców i bezgranicznej miłości, której zapewne niejeden nastolatek pragnął.
Teraz musiałam zaplanować sierpień. Chciałam, aby i on był zapamiętany przeze mnie na długo, bardzo długo.
To był piękny miesiąc wakacji, prawda?
Też bym chciała, aby tak było. To moje marzenie. Marzenie o normalnym życiu. Marzenie o rodzicach, którzy są ze mną i mnie wspierają. Marzenie o... Już sama nie wiem o czym.
Zawsze zazdrościłam koleżankom, które mówiły, że wstając rano, mają śniadanie na stole, a w powietrzu unosił się zapach kawy bądź kakao. Rodzice od rana byli uśmiechnięci, zgodni ze sobą, tacy, którzy nie kłócą się o byle co. Marzyłam o szczęśliwej rodzinie, kochającej się, takiej, która ma wartości przekazywane z pokolenia na pokolenie. Takiej, której mogą mi zazdrościć inni.
Rzeczywistość była zupełnie inna.
To ja zazdrościłam.
To ja podziwiałam inne rodziny.
To ja czułam się gorsza.
To ja w wieku szesnastu lat pracowałam tak samo, jak dorosła osoba.
To ja wstawałam rano i w wakacje szłam na osiem albo dwanaście godzin do pracy, do jednego z naszych sklepów.
To ja w roku szkolnym najpierw szłam do szkoły, a później do pracy w sklepie.
To ja prace domowe odrabiałam w przerwach, jak nie było klientów, wtedy też się uczyłam.
To ja byłam nastolatką bez prawa głosu w naszym domu.
To ja, Sandra Król, córka Heleny i Piotra, siostra Agnieszki i Huberta.
To ja, uśmiechnięta, ale wewnątrz smutna, nic niewarta dziewczyna!
Dziewczyna mająca nadzieję, że i do niej kiedyś uśmiechnie się los i będzie mogła korzystać z uroków młodości. Ale czy to nastąpi? Czy już zawsze będę musiała być młodą dojrzałą osobą, bez możliwości zabawy i tej prawdziwej radości, którą każdy nastolatek powinien przejawiać?
Niby trzeba mieć nadzieję. Trzeba wierzyć, więc to robię. Bo w sumie nic innego mi nie zostało.