Zeszyt - Tomasz Bartosiewicz
0.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
(...)
Stanąłem na schodach domu, gdzie resztki dachu dawały jeszcze jakąś ochronę przed mżawką, i zacząłem czytać tekst na wewnętrznej stronie okładki. Brzmiał on tak :
Przeczytaj uważnie, bo sprawa jest prosta
Kilku zadaniom będziesz musiał sprostać
Naraz jedną odpowiedź otrzymujesz
I nie idź nic dalej, bo wszystko zepsujesz
Gdy trzymasz się zasad, nagroda Cię nie minie
Gdy złamiesz choć jedną, to szybko zginiesz
Trochę niżej jeszcze dopisek :
A nóż Ci się nie przyda, Belferku
Skąd ten ktoś wiedział, że wziąłem nóż? Obserwowali mnie od początku? Może śledzili mnie? Nie zobaczyliby chyba tego przez okno, nie skoro mieszkam na czwartym piętrze! W porządku, zagram z wami, ale nóż zostawię, zostawię na wypadek, gdybym was znalazł. Znajdę was. Znajdę i dam ostrą nauczkę. Czułem gniew i strach, chciałem rzucić tym pieprzonym zeszytem i wrzeszczeć, ale... nie... trzeba zachować spokój, trzeba trzeźwo myśleć i nie dać po sobie nic poznać. Trzeba grać według zasad, dopóki nie napatoczy się ten, który je wymyślił, a potem zagramy w inną grę. Taką, która nie będzie się im podobać. Tylko mi. Skierowałem wzrok na pierwszą kartkę zeszytu, było tam napisane :
Rozejrzyj się wkoło
Jeśli drzwi staną otworem
Wyrwij kartkę
Prawie rozbawiła mnie pomysłowość tego, kto to wszystko ukartował. Tajemnicza posesja, tajemniczy zeszyt i niezbyt jasne wskazówki. Drzwi były zamknięte na głucho, więc zapewne dowcipniś ukrył gdzieś klucz. Czas rozpocząć tą niewybredną grę w podchody. Włożyłem zeszyt do torby i zacząłem się starannie rozglądać po ogrodzie. Uschnięta winorośl wokół drzewa, czarna, mokra kora, pożółkłe i gnijące liście, fetor, który w pobliżu domu był nieco wyraźniejszy. Rozejrzyj się wkoło - pomyślałem i zszedłem z ganku. Podszedłem do rogu domu. Między zewnętrzną ścianą, a ogrodzeniem z żelaznych, pordzewiałych prętów było dość miejsca, by można było przejść na tył domu. Widocznie z tyłu też był ogród, albo coś podobnego, gdyż w połowie tej wąskiej dróżki dostrzegłem resztki niewielkiej, powyginanej bramki wyrwanej z mieszczących się w murze budynku zawiasów. Ozdobne pręty wyraźnie nosiły ślady pojedynczego, mocnego uderzenia. Co to było? Motor? Dzieciak na sterydach? Nieważne. Zacząłem iść naprzód brodząc po kolana w wilgotnej trawie i błocie. W kręgu światła latarki zobaczyłem ogród na tyłach domu. Myślałem, że ten z przodu był zapuszczony, ale tu była istna dżungla. Kilka łysych płaczących wierzb smętnie zwieszało swoje gałęzie niczym ramiona zrezygnowanego człowieka. Wysoka trawa i rosnące gdzieniegdzie krzewy starały się ukryć kamienne ławki rozstawione w kręgu wokół rzeźby, która stała do mnie tyłem. Widziałem tylko jej plecy. To chyba miał być anioł. Ząb czasu nie oszczędził i jego, jedno ze skrzydeł było oberwane, tak, że z pleców sterczał tylko kikut wyglądający jak skarłowaciała kończyna. Podszedłem do niego. Z przodu też nie było lepiej. Lewa strona twarzy anioła - chyba był z gipsu - odpadła, lub ukruszyła się wyglądając jak rozległa blizna. Czy ja widziałem pod tym gipsem kość? Przez chwilę wydawało mi się, że w miejscu, gdzie twarz rzeźby się ukruszyła, widziałem kość szczęki, ale to niemożliwe, prawda? Znaczy rzeźby nie mają kości. Nagle zauważyłem, że na wyciągniętej dłoni anioła spoczywa stary, stalowy klucz. Trochę matowy, ale poza tym wyglądający jak nowy. Ot sprawa rozwiązana, wielkie mi co. Czułem się prawie jak bohater jakiejś głupiej powieści, lub gry przygodowej. Lekko zdegustowany brakiem finezji u moich gospodarzy (żadnej tajemniczej skrzynki, czy też trupa z pudełeczkiem w tyłku) sięgnąłem po ... JEZU! Klucz upadł z brzękiem u stóp posągu. Nie to, że zsunął się, czy choćby upuściła go gipsowa ręka, ale ... ale gdy dotykałem dłoni rzeźby, ta była ciepła. Ciepła i wręczy żywa. Pozbieraj się. To pewnie trik, takie rzeczy można robić prawda? Sam kiedyś uczniom przyniosłeś płaczącą figurkę na lekcje. Żadnych cudów, tylko odpowiednio dobrane rurki. Tak jak tutaj. To wszystko jest do zrobienia. Gdy zacząłem łapać oddech wysunąłem rozedrganą dłoń i opuszkami palców przesunąłem po dłoni anioła. Chłodna. Chłodna i szorstka, tak jak dłonie milionów innych gipsowych aniołów na świecie. Musiało mi się zdawać. Albo dowcipnisie wyłączyli to coś, cokolwiek grzało jego dłoń. To tylko zniszczona, stara rzeźba. Zrobiłem jeszcze kilka głębokich wdechów, poczym pochyliłem się i wziąłem klucz spod stóp anioła. Wyprostowałem się, chyba oczekując, że rzeźba się poruszy, uśmiechnie, walnie mnie w kark tą gipsową ręką, zacznie tańczyć... cokolwiek. Jednak tak się nie stało. To tylko zwykły stary anioł na tyłach zwykłego, starego domu, w którego stronę nie chce patrzeć. Odwróciłem się i zacząłem iść w stronę wyważonej bramki udając sam przed sobą, że wcale nie mam ochoty odwrócić się by sprawdzić, czy rzeźbiony anioł nie podąża za mną. Anioł bez skrzydła. Anioł, który stracił twarz, bo nie słuchał pana tego domu. Pana domu? O czym ja myślę? Muszę wziąć się w garść i opanować bo zaczynam snuć bajki jak jakiś nawiedzony różdżkarz. Pamiętaj chłopie, za takie myśli trafia się w kaftan, do pomieszczenia o miłych, miękkich ścianach i dostając kolorowe pigułki do każdego posiłku. Wyszedłem na przód domu. Deszcz już przestał padać i wiał tylko ten cholerny, zimny wiatr. Jak stąd wrócę to pewnie będę musiał swoje odchorować.
JEŚLI wrócisz.
(...)