1
Drzwi zgrzytnęły przeraźliwie, kiedy kazano Justynie przez nie przejść. Zrobiła to niemal z ulgą. Odgrodziła się od harmideru, płaczu, nawoływań, głośnych poleceń, pełnych paniki pytań: "A gdzież to Antoni?", "Niech Bóg prowadzi...", "Jak ty sobie, biedaku, będziesz tam żył?"; czy też dobrych rad: "Pamiętaj o czapce, bez niej najłatwiej się zaziębić.", "Uważaj, żeby cię nie okradli, bo podobno kradną...". A wszystkich przebiła jakaś wariatka, która darła się jak opętana "Julek! Julek!" i przepychała się przez tłum rozczochrana i bez kapelusza! Jak to wszystko nie pasowało do eleganckich wnętrz Dworca Petersburskiego w Warszawie! Jak bardzo do tego dworca nie pasowali rosyjscy żandarmi, którzy szpalerem obstawili żegnających i żegnanych, a tu, na peronie, wszystkich nachalnie obmacywali wzrokiem. Stała jak inni, spokojnie czekając, kiedy pozwolą im wsiąść do wagonów właśnie wjeżdżającego na tory pociągu. Złapała brata za rękaw, jakby w obawie, że się zgubią na samym progu wielkiej wędrówki.
Nagle ten męczący harmider dworcowej poczekalni, ten, od którego właśnie oddzieliły ją zgrzytliwe drzwi, zabrzmiał innymi tonami. Tam, za tymi drzwiami, było wszystko to, czemu Justyna poświęciła swoje siły, dla czego zaryzykowała wolność, a nawet życie. Tam były wszystkie jej myśli, pragnienia. Tam ciągle jeszcze trwało powstanie. A tu? Wiatr targał jej salopką, przenikliwy chłód wciskał się pod obszerny, znoszony płaszcz. Martwota ciszy przerażała. Przechodząc przez drzwi prowadzące na peron, weszła w świat, w którym nic już od niej nie zależało, w którym była więźniem, banitą gnanym rozkazem w ogromne, śnieżne przestrzenie, by tam zaginąć, rozwiać się, zniknąć w tumanie mroźnej mgły i niepamięci. Trudno jej było wyobrazić sobie jakieś życie w tej dalekiej, groźnej Syberii.
Ocknęła się z tych przygnębiających myśli i rozejrzała wokół. Na swoje nieszczęście zobaczyła dwoje ludzi. On, wysoki, postawny, z ciemnymi włosami z lekka przetykanymi siwizną, obejmował szarą, niewielką kobietkę tulącą do siebie jakiś tłumoczek. Obejmował ją gestem, który rozkroił Justynie serce, jeszcze bardziej rozdygotał i rozkleił. Tyle w tym było troski, tyle chęci, by odgrodzić tę drogocenną kobiecinkę od strasznej rzeczywistości, tyle było miłości. Justyna nigdy takiego gestu nie zaznała, choć miała już dwadzieścia pięć lat. Idiotyczny kapelusik ("skromny i dziewczęcy") przewiązany czarną wstążką oznajmiał wszem i wobec jej staropanieństwo. Nie, żeby nigdy nie widziała błysku zainteresowania w męskich oczach. O, widziała go bardzo często! Ale ten błysk gasł natychmiast lub zamieniał się w lubieżny uśmieszek pod lodowatym tchnieniem słów, które wcześniej czy później paść musiały z czyichś życzliwych ust: "To tylko guwernantka".
Mężczyzna nachylił się nad swoją kobietką i powiedział coś do niej, a ona podniosła na niego oczy i uśmiechnęła się. Uśmiechnięta była prawie ładna. Jej mąż miał szlachetne rysy, oczy będące samą dobrocią, wysoką, szczupłą sylwetkę i opiekuńcze, szerokie ramiona. Tłumoczek okazał się być niemowlęciem.
Szaleni ludzie - pomyślała - na Syberię z dzieckiem. Wariaci!
Próżno jednak było szukać oznak szaleństwa na ich twarzach. Justyna dostrzegła raczej determinację. W pewnej chwili zorientowała się, że zbyt natarczywie przygląda się obcej parze. Gwałtownie odwróciła wzrok i zobaczyła, że ze znaną jej doskonale maślaną miną, wpatruje się w nią jeden z żandarmów. Kiedy ich oczy się spotkały, spod konopnej czupryny rozszedł się szeroki uśmiech odsłaniający poważne braki w uzębieniu.
- Szlag by to trafił - syknęła wściekła.
- Coś mówiłaś? - spytał jej brat z mało przytomną miną.
- Że przejdę się trochę. Czuję, że muszę się trochę poruszać. Czeka nas taka długa podróż.
Ukryć łzy! Koniecznie ukryć łzy! Ruszyła w stronę toalety podejrzanie szybkim krokiem. Ale tam też był tłok. Pochyliła się nad umywalnią i zmoczyła twarz. To przyniosło ulgę, ale wewnętrzne rozdygotanie nie ustało.
"Kurwa twoja mać" - powiedziała sobie bardzo głęboko w duchu i pod wpływem tych absolutnie zakazanych słów poczuła tak wielką ulgę i rozluźnienie, że musiała oprzeć się o ścianę.
- Czy pani dobrze się czuje? - zapytała obserwowana przed chwilą kobiecinka, która widocznie przyszła tu tuż za nią. - Musimy być dzielne.
- Wszystko w porządku - odpowiedziała zbyt ostrym tonem Justyna i dodała łagodniej: - Dziękuję.
- Cecylia Ojrzanowska. - Kobieta wyciągnęła do niej rękę. - Poznajmy się, nie będziemy już same i zagubione w tym wielkim świecie.
- Będzie raźniej - dodała, widząc jej wahanie i posłała uśmiech. Nie była taka szara i nijaka, jak wydawało się Justynie na pierwszy rzut oka.
- Justyna Dubiecka.
Wyszły już razem. Justyna z niepokojem szukała wzrokiem brata. Był! Na twarzy malował mu się wyraz cierpienia.
- Przepraszam - rzuciła tylko nowej znajomej i podeszła do niego.
- Musisz gdzieś usiąść, kochany. - Podprowadziła go do niskiego parapetu wielkiego okna. Przysiadł na nim z ulgą. Widać było, że dręczyła go gorączka. Siedział też nienaturalnie wyprostowany z twarzą wykrzywioną bólem.
- Julek! - zawołała Ojrzanowska, która już zdążyła ocenić sytuację. - Jesteś potrzebny.
Podszedł do nich ten sam młody człowiek o kanciastej twarzy, na którego przed chwilą rzucała się w poczekalni rozczochrana wariatka.
- Co pana boli? - spytał.
- Mam poranione plecy i chyba z tego powodu gorączkę.
- Pan pozwoli, że obejrzę, jestem lekarzem. Może trzeba zdezynfekować, zmienić opatrunek?
- Nie sądzę. Przed wyjazdem opatrzył mnie kolega, dobry lekarz. Za jakiś czas jednak będę wdzięczny za pomoc.
- Służę panu. A teraz może przynajmniej podam środek przeciwbólowy?
Kanciasty pogrzebał w wielkiej lekarskiej torbie i wyjął jakieś krople.
- Trochę opium nie zaszkodzi. - Odmierzył dawkę i dodał:
- Powinienem się przedstawić. Julian Janicki.
- Marian Dubiecki[1].
Dworcowy dzwon obwieścił, że pociąg zaraz ruszy. Nakazano wsiadać. Bagażowi kończyli upychać liczne walizy i kufry w wagonie towarowym. Ojrzanowscy, Dubieccy i Janicki rozlokowali się na sąsiednich ławkach w niepodzielonym na przedziały wagonie trzeciej klasy. Ohydny zapaszek więziennej celi, który na peronie już zdawał się być niewyczuwalny, znowu dał o sobie znać. Justyna marzyła, by móc się umyć i zmienić odzież. Na razie to było niemożliwe.
Twarde drewniane siedzenia zapowiadały nużącą, niewygodną podróż. Otoczenie przesiąknięte było kolejowym zapachem kurzu i dziegciu. Justyna rozlokowała podręczny bagaż tak, by zostawić sporo miejsca dla walizek Ojrzanowskich i Janickiego. Wyjrzała przez okno. Peron pustoszał. Zostali na nim tylko żandarmi, których misja konwojowania zesłańców właśnie się kończyła. Przejmą ją inni.
Podróżni przywarli wzrokiem do tego, co działo się na dworcu. Świadomość, że żegnają się ze wszystkim, co jest im drogie, świadomość klęski, uzmysłowienie sobie, że nie od nich zależy cel podróży i wreszcie myśl, że wrócić nie będą mogli tak szybko, jakby chcieli, piekła ich w oczy, mroziła wszelkie słowa, zmiotła nakazy uprzejmości.
Jedno szarpnięcie i widok za oknem zaczął się przesuwać. Zasłonił go na chwilę obłok dymu, który wyglądał tak, jakby ich świat na pożegnanie zamachał im chusteczką. Przynajmniej tak się ten widok skojarzył Justynie. Miasto już zniknęło, a jego miejsce zajęły pola. Płaska równina Mazowsza urozmaicona niewielkimi zagajnikami, gęsto rozlokowanymi wioskami i miasteczkami przesuwała się przed ich oczami, a oni ciągle trwali w milczeniu, z żalem patrząc na znany i bliski krajobraz, który otrząsał się z zimowego marazmu, rozdziewając domy, lasy, pola z przybrudzonej już białej szuby, i szykował do wiosny.
Słońce świeciło bystro, ale jego promienie z trudem przedzierały się przez zakurzoną szybę. Żegnany świat był niemy, bo wszystko zagłuszał monotonny stukot kół. Ten stukot uspokajał jednak Justynę. Jej rozszalałe serce i myśli powoli się do niego dostosowywały. Jechali ku nieznanemu, ale żyli. Marian żył, a tak niewiele brakowało...
Pierwsza oderwała oczy od uciekającego krajobrazu pani Cecylia. Dziecko, Andrzejek, wiercił się niespokojnie na jej kolanach.
- Przepraszam państwa najmocniej - odezwała się strasznie skrępowana.
Dopiero kiedy zaczęła rozwiązywać koronkowy becik, Justyna zorientowała się dlaczego. Dziecku trzeba było zmienić pieluszkę. Rzecz zwykła i domowa, tu, w wagonie kolejowym, wydawała się bardzo nie na miejscu. Każdemu z nich z innego względu. Marian zorientował się, że dziecko będzie wymagającym towarzyszem, Justyna lekkim pociągnięciem nosa skonstatowała, że gama zapachów panujących w przedziale uległa urozmaiceniu i to nie bardzo jej odpowiadało, a Janicki pomyślał, że podróż może okazać się jeszcze bardziej uciążliwa dla Ojrzanowskich, niż sądził do tej pory. Ojrzanowscy zaś byli bardzo zakłopotani, bo mniej lub bardziej z tych wszystkich reakcji współpasażerów zdawali sobie sprawę.
Miało to wszystko jednak swoją dobrą stronę. Milczenie zostało złamane, a każde słowo, które potem padło, ratowało ich przed rozpaczą.
- Chcąc, nie chcąc, muszą nas państwo chyba przyjąć do rodziny. - Marian uśmiechnął się przepraszająco do pani Cecylii. - Takie intymne sytuacje będą się zdarzały. Z mojej strony też.
Edmund Ojrzanowski popatrzył na niego z taką wdzięcznością, że Justyna przez moment idiotycznie pozazdrościła bratu tego spojrzenia.
- Bardziej chcąc, proszę wierzyć. - Pan Edmund wyraźnie ucieszył się z możliwości konwersacji.
Uwaga wszystkich skoncentrowała się na Marianie. Zresztą już wcześniej zerkali na niego, bo siedział nienaturalnie wyprostowany, bojąc się dotknąć poranionymi plecami do oparcia siedzenia.
- Państwo z Kresów? - zapytał Janicki, wychwytując w słowach Dubieckiego ledwie słyszalny miękki zaśpiew.
- Spod Zasławia. Ale to dawne dzieje, bo to jeszcze rodzice utracili tam majątek. Ostatnio mieszkaliśmy w Kijowie - odpowiedziała Justyna.
- Kijów kojarzy mi się z człowiekiem, którego zawsze będę pamiętał.
- Któż to? Świat czasem okazuje się taki mały. - Dubiecki spojrzał na Juliana z zainteresowaniem.
- Narcyz Jankowski[2].
- Naprawdę znał pan Narcysia Jankowskiego?! - Marian najpierw rozpromienił się nagle, a potem spochmurniał. - Straszne wieści o nim do nas dotarły.
- Tak - zasępił się Julian.
- To chyba jakaś bardzo interesująca osoba. - Pani Cecylia płonęła z ciekawości. - Może nas ktoś objaśni?
- Spotkałem go w Związku Trojnickim - zaczął opowiadać Marian. - Mir tam miał niesamowity wśród młodzieży, bo opromieniony był żołnierską sławą. Jako porucznik brał udział w wojnie krymskiej. On i jego towarzysze założyli organizację jednoczącą Wołyń, Polesie i Ukrainę - właśnie ten związek. Z zamiarem wywołania powstania, oczywiście. Wyjechał do Warszawy, kiedy jeszcze studiowałem, ale legendy o nim opowiadano, bo o siebie ten człowiek nie dbał wcale. Cały poświęcał się sprawie. Nawet majątek sprzedał.
- Właśnie zaczynałem studia, kiedy natknąłem się na niego - przejął opowieść Janicki. - Nie należałem do tych jego kółek, bo studiowałem za pieniądze mojego dobroczyńcy i nie mogłem narażać się na relegowanie z uczelni. Ale podziw miałem dla tego człowieka, który wszystkie własne fundusze poświęcał dla dobra młodzieży i narodu. Ilu tam za jego pieniądze książki kupowało! Ilu dożywiał! Organizował grupy i szkolił w jeździe konnej, strzelaniu, walce...
- A nie słyszeliśmy o nim w czasie powstania - wtrąciła pani Cecylia.
- Jeszcze przed powstaniem został aresztowany. Miał jakieś kontakty z Mierosławskim[3], jeździł do Paryża - opowiadał dalej Julian. - W więzieniu poddano go tak brutalnemu śledztwu, że stracił rozum.
- Jak usłyszałem, że tym razem na katorgę jadę do Irkucka, to się nawet ucieszyłem. Może da Bóg go spotkać, zająć się nim, bo podobno został wywieziony właśnie w te okolice. - Dubiecki uścisnął dłoń Juliana.
- Jak to "tym razem"? - zdziwił się Ojrzanowski.
- Już mi się zdarzyło. Za udział w demonstracji w Horodle mnie aresztowali i wywieźli do Tambowa.
- To w Azji? - zapytała pani Cecylia.
- Nie, to jeszcze Europa. Po roku wróciłem.
- No tak. Europa. Wrócić łatwiej - powiedziała zszarzałym głosem. Widać było, że ta Azja wydaje jej się dalą, z której nie ma już powrotu.
A jednak zdecydowała się zanurzyć w jej bezkresnych drogach - pomyślała Justyna, patrząc na nią ciekawie. - Cóż może miłość...
Ojrzanowski okrył ją troskliwie szalem.
- Dziękuję, Edi, kochany - powiedziała.
Justynie to zdrobnienie wydało się pretensjonalne. Już zaczynała nawet lubić tę całą Ojrzanowską, ale teraz jej przeszło.
- Bardzo dobrze znaliśmy za to innego państwa krajana - podjął przerwany wątek pan Edmund. - Zygmunt Padlewski[4].
- Ach, tak - powiedziała Justyna trochę smutno, bo w tych czasach niemal za każdym nazwiskiem czaiła się tragedia. - Przyjaźnił się ze Stefanem Bobrowskim[5], pamiętasz? - zwróciła się do brata.
- I z Zygmuntem Sierakowskim[6]. Obaj byli w korpusie kadetów. Obaj zginęli. Zresztą Stefan też.
- Straciliśmy w tym powstaniu najwartościowszych ludzi - z goryczą powiedział Janicki.
- Też się zastanawiam, jak nas osądzi historia. A zdawało się[7], że to dobry moment. Rosja osłabiona, nowy car liberalny[8], tyle tajnych organizacji wśród studentów powstawało i należeli do nich i Polacy, i Rosjanie. - Dubiecki kręcił głową. - Nie mogę tego zrozumieć.
- Z naszej perspektywy wyglądało to inaczej. - Julian pozostawał raczej krytyczny wobec powstania. - Rosja była potężna, a my słabi. Na współdziałanie Rosjan nigdy nie liczyłem.
- To jakim cudem jest pan tutaj? - nieco szorstkim tonem zapytała Justyna.
- Prosta sprawa. Jestem lekarzem i stawiłem się tam, gdzie mnie najbardziej potrzebowano.
Ta odpowiedź jej się spodobała. Uśmiechnęła się do niego.
- To może teraz zajmie się pan plecami mojego brata?
- Och, tak. Zaczyna już szarzeć. Trzeba, koniecznie.
Kobiety dyskretnie przeniosły się w okolice okna i z wielkim zajęciem obserwowały mijane lasy. Gdzieniegdzie błyskała tafla jeziora. Zbliżali się do Wilna. Tam mogli liczyć na krótki postój.
- Jezu, drogi, straszne! - Usłyszały przejęty głos Janickiego. - Ale goi się panu, jak na psie.
Teraz już Marian nie miał odwrotu. Musiał im opowiedzieć wszystko o sobie.
[1] Marian Karol Dubiecki był uczestnikiem powstania styczniowego, zesłańcem syberyjskim i historykiem badającym dzieje Polaków na Syberii.
[2] Narcyz Jankowski - polski spiskowiec, organizator kółek konspiracyjnych, zesłaniec.
[3] Ludwik Mierosławski - generał, działacz niepodległościowy, między innymi pierwszy dyktator powstania styczniowego.
[4] Zygmunt Padlewski - generał, dowódca powstańców styczniowych na Mazowszu.
[5] Stefan Bobrowski - powstaniec styczniowy, członek Komitetu Centralnego Narodowego i Tymczasowego Rządu Narodowego - powstańczych władz. Zginął w pojedynku.
[6] Zygmunt Sierakowski - generał, dowódca powstania styczniowego na Żmudzi. Został powieszony w Wilnie.
[7] Rosja wyszła osłabiona z wojny krymskiej (1853-1856), którą stoczyła z Turcją wspomaganą przez wielką Brytanię i Francję. Wojna obnażyła techniczną słabość armii, brak umiejętności organizacji działań wojennych jej dowództwa, korupcję i kradzieże w administracji wojskowej i cywilnej.