Żerowisko - Igor Adamczyk

Kup ebooka

49.90 zł
38.42 zł (35,79 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Naj­pierw usły­sza­łem nie­zno­śny szum, a po chwili na­bra­łem nie­od­par­tego wra­że­nia, że ktoś wwier­cił mi się w mózg.

Bo­lało jak cho­lera i mógł­bym przy­siąc, że pierw­szy raz w ży­ciu czu­łem taki ból. Pul­su­jący i stały za­ra­zem, roz­pły­wa­jący się po ca­łym ciele, które te­raz spra­wiało wra­że­nie ze­sztyw­nia­łej sko­rupy. Le­ża­łem na wznak w dość wy­god­nym łóżku, ale z po­czątku nie by­łem w sta­nie otwo­rzyć oczu. Każda próba koń­czyła się nie­po­wo­dze­niem - po­wieki były cięż­kie jak ołów. Mo­głem jed­nak na­słu­chi­wać, gdyż szum z lekka prze­ro­dził się w gwar, zmie­szany z od­gło­sami ma­szyn krą­żą­cych wo­kół mnie.

Gdzie by­łem? Co tu ro­bi­łem?

Nie po­tra­fi­łem od­po­wie­dzieć na py­ta­nia prze­py­cha­jące się mię­dzy sobą ni­czym tłum. Mo­głem je­dy­nie le­żeć, zdolny do od­dy­cha­nia przez rurki splą­tane tuż przy mo­ich noz­drzach. Czu­łem je na po­licz­kach oraz w oko­li­cach klatki pier­sio­wej. Pa­nika ogar­nęła moje ciało i wtedy tuż przy uchu usły­sza­łem głos.

- Wi­tamy, pa­nie Em­ler.

Au­tora tych słów do­strze­głem przez lekko roz­chy­lone po­wieki. Wy­soki męż­czy­zna, do­brze zbu­do­wany, w bia­łym ki­tlu. Trzy­mał w dłoni urzą­dze­nie na pierw­szy rzut oka przy­po­mi­na­jące ta­blet, a jed­no­cze­śnie ta­ble­tem nie bę­dące, gdyż zło­żył je na kilka ka­wał­ków ni­czym kartkę i scho­wał do kie­szeni. Na­chy­lił się nade mną i wsu­nął chłodną część ste­to­skopu pod ko­szulkę.

Drgną­łem. Le­karz mruk­nął coś do sie­bie i ski­nął głową.

- Zwol­nione tętno. Nie­długo po­winno wró­cić do normy. Wszyst­kie od­czyty w po­rządku. Nie­sa­mo­wite!

Od­su­nął się i za­wo­łał młodą, atrak­cyjną pie­lę­gniarkę. Wy­dał jej ja­kieś po­le­ce­nie, ale za­głu­szył je bu­czący po mo­jej pra­wej stro­nie sprzęt. Ko­bieta kiw­nęła głową i po­de­szła do dłu­giego blatu znaj­du­ją­cego się przy ścia­nie. W po­wie­trzu za­brzmiał od­głos stu­ka­nia w kla­wia­turę. Wtem na bla­cie uka­zała się po­krywa, spod któ­rej wy­je­chał jakby po­sta­wiony na pod­wyż­sze­niu eks­pres do kawy, zu­peł­nie róż­niący się od tego, jaki mia­łem w domu. Ten był cały świe­cący, dwu­krot­nie więk­szy i ma­syw­niej­szy. Na ekra­nie wi­dzia­łem mnó­stwo na­pi­sów. Pie­lę­gniarka zna­la­zła po­szu­ki­wany tryb, na­stęp­nie wci­snęła gu­zik, a ze środka wy­sko­czył jed­no­ra­zowy ku­be­czek.

Wró­ciła do mnie i się uśmiech­nęła. Po­my­śla­łem, że jej den­ty­sta wy­ko­nał ge­nialną ro­botę. Przy­ło­żyła kra­wędź kubka do mo­ich warg i prze­chy­liła.

- To Qu­etch, nasz naj­now­szy spe­cy­fik. Pro­szę się nie oba­wiać - po­in­for­mo­wał dok­tor. - W mo­ment sta­wia na nogi.

Wzią­łem naj­mniej­szy łyk, jaki by­łem w sta­nie, wy­czu­wa­jąc de­li­katną go­rycz. Prze­łkną­łem. W moim gar­dle pa­no­wała su­sza. Na­pój - na­wet w tak zni­ko­mej ilo­ści - le­dwo do­stał się do prze­łyku. W kilka chwil ciało po­kryła gę­sia skórka, koń­czyny za­lał na­gły przy­pływ ener­gii. Wzią­łem ko­lejny łyk tego obrzy­dli­stwa, aż wy­pi­łem ca­łość. Bóg wie, z ja­kiej ra­cji, ale te­raz mo­głem sze­rzej otwo­rzyć oczy, co spra­wiało mi już dużo mniej bólu.

Dło­nie do­cho­dziły do wcze­śniej­szej spraw­no­ści. My­śli w ma­giczny spo­sób roz­wiały się na chwilę, a po­tem uło­żyły w od­po­wied­niej ko­lej­no­ści - każda w osob­nej szafce. Ni­gdy wcze­śniej nie do­świad­czy­łem cze­goś po­dob­nego i mia­łem wra­że­nie, że mój mózg wa­riuje.

Te­raz do­brze wi­dzia­łem po­miesz­cze­nie, w któ­rym się znaj­do­wa­łem. Nie­wiel­kie, ste­rylne, z trzema łóż­kami, z któ­rych jedno zaj­mo­wa­łem ja, a po­zo­stałe śpiący pa­cjenci. Bra­ko­wało okien, od świata dzie­liły mnie ma­sywne, lekko roz­chy­lone drzwi. Cie­płe świa­tło pa­da­jące z za­wie­szo­nych lamp roz­świe­tlało salę. Wy­raź­nie wi­dzia­łem męż­czy­znę w ki­tlu, który, jak prze­czy­ta­łem z pla­kietki przy­cze­pio­nej do piersi, zwał się dok­to­rem Mar­sem.

Ro­zej­rza­łem się mimo sztyw­nej jak drut szyi i do­strze­głem ogromny re­spi­ra­tor. Był bar­dziej udo­sko­na­lony niż te, które wi­dzia­łem kie­dy­kol­wiek. Wszystko wy­da­wało się inne, nie­re­alne.

Czy śni­łem?

Je­śli tak, kiedy się obu­dzę?

Spraw­ność nie­mal zu­peł­nie wró­ciła i by­łem w sta­nie po­ru­szać koń­czy­nami. Gdy­bym chciał, za­pewne mógł­bym na­wet wstać, ale nie ufa­łem no­gom.

- Pa­nie dok­to­rze... gdzie... gdzie je­stem? - wy­chry­pia­łem.

Od­chrząk­ną­łem i wi­dząc zmie­sza­nie na twa­rzy Marsa, za­pra­gną­łem po­wtó­rzyć py­ta­nie. On jed­nak wy­cią­gnął z kie­szeni roz­kła­dany ta­blet, nie bę­dący ta­ble­tem, a na­stęp­nie wy­stu­kał coś na ekra­nie.

- Jest pan w pry­wat­nym szpi­talu w Kra­ko­wie, pa­nie Em­ler. Miał pan po­ważny w skut­kach wy­pa­dek sa­mo­cho­dowy. Do dzi­siaj był pan w śpiączce.

Po­pa­trzył na mnie, wy­raź­nie cie­kawy re­ak­cji. Otwo­rzy­łem sze­rzej oczy, kom­plet­nie za­po­mi­na­jąc o to­wa­rzy­szą­cym mi wcze­śniej bólu. Być może był to wy­nik spe­cy­fiku, który do­sta­łem od pie­lę­gniarki.

- W... śpiączce? Jak długo?

- Dwa­na­ście lat, pa­nie Em­ler. Mamy rok dwa ty­siące trzy­dzie­sty piąty.

Krew od­pły­nęła mi z twa­rzy. Przez mo­ment nie wi­dzia­łem nic in­nego poza mrocz­kami. Ze­sztyw­nia­łem od stóp do głów, za­bra­kło mi od­de­chu. Usły­sza­łem, jak tętno na re­spi­ra­to­rze przy­spie­szyło. Ro­sło co­raz szyb­ciej, aż z cza­sem za­czą­łem mar­twić się o sie­bie. Mimo to... to, co po­wie­dział dok­tor... Wszystko było ta­kie nie­rze­czy­wi­ste, głu­pie, bez­sen­sowne...

Czu­łem, że cały drżę. Z tru­dem wy­krztu­si­łem ko­lejne słowa.

- Dwa ty­siące trzy­dzie­sty piąty? Nie... to nie­moż­liwe. Kom­pletna bzdura! Pro­szę nie ro­bić so­bie ze mnie żar­tów! Chcę stąd wyjść, do cho­lery!

Się­gną­łem po we­tknięte w moje noz­drza rurki, ale by­łem zbyt słaby, aby chwy­cić je po­rząd­nie. Dok­tor Mars za­wo­łał pie­lę­gniarkę, która wstrzyk­nęła mi leki uspa­ka­ja­jące. Oczy­wi­ście, że się bun­to­wa­łem. Nie chcia­łem ich, lecz wie­dzia­łem, że może to być je­dyny ra­tu­nek przed za­wa­łem.

Upły­nęło kilka mi­nut, aż wy­kresy na re­spi­ra­to­rze się uspo­ko­iły. Było mi dużo lżej. Dok­tor Mars stał w bez­ru­chu, wpa­trzony w roz­kła­dane urzą­dze­nie. Za­pewne cze­kał, aż prze­tra­wię in­for­ma­cję o śpiączce i będę mógł po­roz­ma­wiać z nim na chłodno. Ja jed­nak nie mo­głem uwie­rzyć w to, co usły­sza­łem, ale z dru­giej strony nie mo­głem temu za­prze­czyć - prze­cież pa­mię­ta­łem tylko ni­kłą część prze­szło­ści.

- Może wy­stą­pić u pana amne­zja, pa­nie Em­ler - za­czął le­karz, jakby czy­tał mi w my­ślach. - Nie prze­wi­duję, aby trwała długo. Od­po­wied­nio się tym za­ję­li­śmy.

- Prze­pra­szam, ale nie ro­zu­miem...

- Opra­co­wa­li­śmy le­kar­stwo na za­niki pa­mięci, ale nim od­zy­ska pan wspo­mnie­nia, mi­nie kilka go­dzin. W ciągu tych dwu­na­stu lat tech­no­lo­gia zro­biła ogromne po­stępy, pa­nie Em­ler. - Uśmiech­nął się sze­roko, jego oczy roz­bły­sły. W mię­dzy­cza­sie po­de­szła do mnie pie­lę­gniarka i zmie­rzyła ci­śnie­nie. - Mimo to spę­dzi pan w szpi­talu jesz­cze ja­kiś czas, do­póki nie prze­pro­wa­dzimy naj­waż­niej­szych ba­dań. - Znowu zło­żył urzą­dze­nie i wsu­nął je do kie­szeni. - Wi­tamy w no­wym świe­cie, pa­nie Em­ler.

Na­stęp­nie od­szedł, a ja le­ża­łem jak kłoda, nie­zdolny do ja­kie­go­kol­wiek ru­chu. In­for­ma­cje o śpiączce cał­kiem mnie spa­ra­li­żo­wały. W skro­niach czu­łem nad­cho­dzący ból, który z każdą ko­lejną mi­nutą bez­czyn­no­ści przy­bie­rał na sile. Pa­trzy­łem na pie­lę­gniarkę krzą­ta­jącą się przy bla­cie i za po­mocą kom­bi­na­cji przy­ci­sków cho­wa­jącą ogromny eks­pres z po­wro­tem. Kiedy skoń­czyła, uśmiech­nęła się do mnie, wy­mie­niła kro­plówkę i upew­niła się, że wszystko jest ze mną w po­rządku.

Po­nowny nie­po­kój za­wi­tał po kil­ku­dzie­się­ciu mi­nu­tach le­że­nia. Pró­bo­wa­łem za­snąć, lecz strach przed ko­lej­nym za­pad­nię­ciem w śpiączkę i spę­dze­niem ko­lej­nych lat przy­ku­tym do łóżka sku­tecz­nie wy­bi­jał mi ten po­mysł z głowy.

Za­sta­na­wia­łem się, jak wy­gląda moja twarz...

Roz­dział 2

Długo le­ża­łem wpa­trzony w su­fit, ską­pany w bu­cze­niu ota­cza­ją­cego mnie sprzętu. De­li­katne świa­tło ko­iło oczy, które od tak dawna nie za­znały żad­nego wi­doku. Od chwili prze­bu­dze­nia mi­nęło kilka go­dzin, co wie­dzia­łem dzięki za­wie­szo­nemu na ścia­nie ze­ga­rowi. Była pierw­sza w nocy i za­sta­na­wia­łem się, jak wy­gląda świat w roku dwa ty­siące trzy­dzie­stym pią­tym. Czy uległ dra­stycz­nej zmia­nie? Kto prze­jął wła­dzę? Czy lu­dzie osie­dlili się na Mar­sie?

Przy­po­mnia­łem so­bie o dok­to­rze, który za­pew­niał, że w nie­dłu­gim cza­sie po­wi­nie­nem od­zy­skać wspo­mnie­nia. I fak­tycz­nie tak było, lecz pro­ces ten trwał dłu­żej, niż po­cząt­kowo za­kła­da­łem, i był nie­zwy­kle mo­zolny. Cha­otyczne ob­razy kłę­biły się w moim umy­śle, prze­waż­nie te z dzie­ciń­stwa. Za­bawa w cho­wa­nego na osie­dlu, kra­dzież ja­błek od są­siadki, spa­cery wzdłuż ogrom­nych pól z ku­ku­ry­dzą u boku mamy...

Wszystko to po­ja­wiało się i zni­kało w ułamku se­kundy, ale na stałe po­zo­sta­wało we wspo­mnie­niach. Wiek doj­rze­wa­nia, wcze­snej do­ro­sło­ści, dzień za­kupu pierw­szego auta, za­pach ryby roz­cho­dzący się po miesz­ka­niu w każdą Wi­gi­lię. Roz­ma­zane ob­razy, które na­gle na­bie­rały ostro­ści. Wkrótce przy­po­mnia­łem so­bie o pracy w po­li­cji oraz wielu tak waż­nych, pro­wa­dzo­nych przeze mnie spra­wach. Wi­dzia­łem twa­rze zło­czyń­ców wsa­dzo­nych do wię­zie­nia w ra­mach kary za pa­skudne czyny. Za­mkną­łem oczy i się­gną­łem głę­biej, za­nu­rza­jąc się we wspo­mnie­niach na tyle mocno, że nie sły­sza­łem na­wet pi­ka­nia re­spi­ra­tora. Do­strze­głem wiele imion, sły­sza­łem mę­skie i dam­skie głosy, które do­pa­so­wa­łem do od­po­wied­nich twa­rzy, jak­bym ukła­dał puz­zle.

Re­gina. Moja żona.

Na­gle szu­fladka w umy­śle otwo­rzyła się z ta­kim im­pe­tem, że po­czu­łem za­wroty głowy. Go­rące, słod­kie lato, pik­nik na świe­żym po­wie­trzu. Ona - dłu­gie nogi, ja­sne, swo­bod­nie opa­da­jące na ra­miona włosy. Twarz nie­ska­zi­telna, cera tak czy­sta, jak­bym pa­trzył na sam bry­lant. Do­ga­dy­wa­li­śmy się nie­zwy­kle do­brze. Po ja­kimś cza­sie za­miesz­ka­li­śmy w domu otrzy­ma­nym w spadku po jej ro­dzi­cach, a na­stęp­nie wzię­li­śmy ślub. Cu­downa uro­czy­stość.

W tym mo­men­cie za­lała mnie roz­pacz i wgnio­tła głę­boko w łóżko. Po­czu­łem nie­zro­zu­miały smu­tek, łzy sta­nęły mi w oczach i za­częły mi­mo­wol­nie spły­wać po roz­grza­nych po­licz­kach. Coś, czego źró­dła nie zna­łem, roz­dzie­rało serce od środka.

Póź­niej so­bie przy­po­mnia­łem.

Ten dzień. Mroźny, szary i pu­sty.

A przede wszyst­kim trau­ma­tyczny.

Sie­dzie­li­śmy przy ko­minku, wtu­leni w sie­bie, na­pa­wa­jący się cie­płem na­szych ciał. Re­gina pła­kała, ja do­pi­ja­łem któ­reś z rzędu piwo. Na sto­liku ka­wo­wym ta­bletki uspo­ka­ja­jące, te­le­wi­zor zga­szony, po­miesz­cze­nie roz­świe­tlone za­le­d­wie pło­mie­niem. Za­sło­nięte ro­lety, na ze­wnątrz kro­ple desz­czu bęb­niące o pa­ra­pet... Od czasu do czasu sły­sze­li­śmy prze­jeż­dża­jące sa­mo­chody. Było późno, chyba na­wet nad ra­nem.

Od­izo­lo­wani, sa­motni i tacy mali - nie mo­gli­śmy zmru­żyć oka.

Żal ogar­nął mnie jesz­cze moc­niej, kiedy w gło­wie roz­brzmiały jej słowa.

- Stra­ci­li­śmy go. On... on już...

Za­sad­ni­czo przy­kra sy­tu­acja, któ­rej nie by­li­śmy w sta­nie za­po­biec. Wie­dzia­łem, o kim mó­wiła, ale mózg jakby pod wpły­wem ogrom­nych emo­cji pró­bo­wał wy­przeć to wspo­mnie­nie.

Wy­przeć wi­dok śmierci.

Bo wtedy - gdy sie­dzie­li­śmy na ka­na­pie, oto­czeni cie­płym, a za­ra­zem jakby lo­do­wa­tym, bi­ją­cym od na­szego na­stroju po­wie­trzem - mi­jał ty­dzień od po­grzebu na­szego trzy­let­niego synka, Ja­sia. To była tylko krótka chwila. Mo­ment nie­uwagi. I na­wet te­raz, gdy na nowo wi­dzia­łem to bar­dzo wy­raź­nie, pra­gną­łem rzu­cić się pod nad­jeż­dża­jący po­ciąg. Uciąć ból w jed­nej se­kun­dzie. Pa­mię­tam to głu­che ude­rze­nie i zło­wrogą ci­szę. Jaś spadł ze scho­dów i nie­for­tun­nie skrę­cił kark. Nie było pła­czu, nie było krzyku. Po pro­stu umarł, jakby ktoś w jed­nej chwili zga­sił wy­peł­nia­jące go świa­tło.

Od tam­tej chwili już ni­gdy nie spa­li­śmy spo­koj­nym snem.

Ode­rwa­łem się od wspo­mnień, na mo­ment wy­ci­sza­jąc my­śli. Pła­ka­łem nie­ustan­nie, serce ło­mo­tało mi w klatce. Prze­tar­łem wierz­chem dłoni mo­kre po­liczki i po­cią­gną­łem no­sem. Czu­łem, że je­stem mocno roz­darty, mimo że od tego tra­gicz­nego czasu mi­nęło wiele lat.

Chwy­ci­łem za kra­wędź koł­dry i ści­sną­łem ją naj­moc­niej, jak tylko mo­głem. Wi­dok roz­ma­zy­wał mi się przed oczami, aż w końcu je za­mkną­łem. Na czar­nym tle na­dal wi­dzia­łem nie­ska­zi­telną chło­pięcą buźkę i małe ciałko. Ten ob­raz mo­jego syna w pi­ża­mie z lwem, którą tak uwiel­biał, że nie­jed­no­krot­nie po­zwa­la­li­śmy mu spę­dzać w niej całe dnie...

I czę­sto mó­wił:

- Patrz, ta­tuś, je­stem lew!

Przy­bie­rał pozę dum­nego bo­ha­tera, opie­ra­jąc pię­ści na bio­drach, by za chwilę prę­żyć mię­śnie w ko­micz­nym stylu.

Wi­dok ten był tak wy­raźny, że nie­mal opa­no­wał całą moją świa­do­mość. Za­czą­łem dy­go­tać i trwało to ja­kieś kilka mi­nut. Póź­niej atak prze­szedł, ale za nim nad­szedł ko­lejny, nieco słab­szy. Unor­mo­wa­łem od­dech, świa­dom, że je­śli na­gle do­stanę za­wału, może się to dla mnie skoń­czyć tra­gicz­nie.

Ale z dru­giej strony, co do stra­ce­nia ma czło­wiek, któ­remu los ode­brał wszystko?

Roz­dział 3

Tej nie­by­wale dłu­giej nocy śni­łem - zda­wać by się mo­gło - sny ciem­niej­sze od mroku. Wie­lo­krot­nie się bu­dzi­łem, bę­dąc na po­gra­ni­czu pa­ra­liżu, i błą­dzi­łem wzro­kiem po ścia­nach z na­dzieją od­na­le­zie­nia cze­goś, co utwier­dzi mnie w prze­ko­na­niu, że żyję. Pod­czas tych szyb­kich i nie­po­ko­ją­cych po­bu­dek wi­dzia­łem pie­lę­gniarkę, która wy­mie­niała mi kro­plówkę. W bia­łym ki­tlu przy­po­mi­nała za­błą­ka­nego du­cha. Chcia­łem coś do niej po­wie­dzieć, za­py­tać, czy od­najdę się w no­wym świe­cie, ale ję­zyk grzązł mi w gar­dle przy każ­dej pró­bie.

Nie mia­łem pew­no­ści co do au­ten­tycz­no­ści zda­rzeń wy­two­rzo­nych przez mój zdru­zgo­tany umysł. Wi­dzia­łem sie­bie sie­dzą­cego przy sto­liku w ba­rze. Sa­mot­nego, po­grą­żo­nego w roz­pa­czy. Kel­ner przy­no­sił mi szkocką od razu, kiedy tylko go o to po­pro­si­łem, a ja w rów­nie szyb­kim tem­pie opróż­nia­łem szklankę. Upi­łem się na umór tego póź­nego, lu­to­wego wie­czora, dwa ty­siące dwu­dzie­stego trze­ciego roku.

Do baru przy­je­cha­łem sa­mo­cho­dem, który jako pierw­szy przy­szedł mi na myśl i roz­po­czął otwie­ra­nie ko­lej­nych szu­flad w umy­śle. Peu­geot 308, rocz­nik dwa ty­siące ósmy. Po­przedni wła­ści­ciel na­kleił na tylny zde­rzak na­lepkę z mi­nia­tu­rową owieczką, co w za­sa­dzie mi nie prze­szka­dzało. Uwiel­bia­łem to auto.

Po wielu go­dzi­nach kel­ner mnie wy­pro­sił, twier­dząc, że za­my­kają lo­kal, i tak oto zna­la­złem się na mroź­nym po­wie­trzu, odziany w tani płaszcz. Tego dnia po­goda nie roz­piesz­czała - in­ten­syw­nie sy­pało, przez co wiele dróg za­mknięto, poza ob­wod­nicą, łą­czącą ze sobą dwa więk­sze mia­sta w oko­licy miej­sca mo­jego za­miesz­ka­nia. Bez­myśl­nie wsia­dłem za kółko i wy­je­cha­łem na drogę.

Z tam­tego zda­rze­nia nie pa­mię­tam wiele, jakby mózg usi­ło­wał wy­przeć to wspo­mnie­nie z pa­mięci. Wiem tylko tyle, że obe­rwa­łem dość mocno, czego skut­kiem była dwu­na­sto­let­nia śpiączka (na­dal nie do­cie­rał do mnie ogrom czasu spę­dzony w szpi­tal­nym łóżku), ale na­wet bez zda­nia le­ka­rza je­stem w sta­nie stwier­dzić, że mia­łem ogromne szczę­ście.

Na­gle - gdy by­łem w fa­zie pół­snu - do sali wszedł dok­tor Mars. Na­sze spoj­rze­nia skrzy­żo­wały się bły­ska­wicz­nie. Zo­ba­czy­łem na jego twa­rzy ko­lo­salne zmę­cze­nie.

- Pa­nie Em­ler, nie może pan spać? - za­in­te­re­so­wał się. Po­pa­trzy­łem na ze­gar, wska­zówka mo­zol­nie su­nęła w kie­runku czwar­tej nad ra­nem. - Je­śli po­trze­buje pan ta­ble­tek...

- Obej­dzie się - mruk­ną­łem. - Ostat­nio długo spa­łem. Nie mogę prze­stać my­śleć o żo­nie. Re­gina Em­ler. Czy ona...

Nie po­trze­bo­wa­łem koń­czyć. Po mi­nie le­ka­rza do­sko­nale zna­łem od­po­wiedź.

- Przy­kro mi. Była bar­dzo ko­cha­jąca. Co­dzien­nie do pana przy­cho­dziła.

Wy­da­wało mi się, że w miej­scu roz­kru­szo­nego serca nic już nie może pęk­nąć, ale by­łem w błę­dzie. Za­lał mnie smu­tek, praw­do­po­dob­nie rów­nie ogromny jak na wspo­mnie­nie o śmierci Ja­sia. Znów za­krę­ciło mi się w gło­wie i tym ra­zem po­czu­łem mdło­ści, lecz wy­mio­ciny osta­tecz­nie nie zna­la­zły uj­ścia.

- Jak? Jak do tego... Jezu...

- U pań­skiej żony wy­kryto no­wo­twór piersi. Groźny i zde­cy­do­wa­nie za późno. Za­kła­dam, że kosz­tem sie­bie spra­wiła, że mogę z pa­nem te­raz roz­ma­wiać. Nie przy­jęła le­cze­nia.

- Mo­gli­ście coś zro­bić!

- Pa­nie Em­ler, le­cze­nie to do­bro­wolny wy­bór pa­cjenta. Na­prawdę mi przy­kro.

W tej chwili znie­na­wi­dzi­łem ca­łego sie­bie za wszystko, czego do­ko­na­łem. Za to, że po­je­cha­łem do tego pie­przo­nego baru, wsia­dłem w sa­mo­chód i za­pa­dłem w stan śpiączki. Tak bar­dzo pra­gną­łem cof­nąć czas, na­pra­wić błędy i uło­żyć tę ukła­dankę od nowa, ale nie by­łem w sta­nie - świat grał na wła­snych za­sa­dach.

Le­ża­łem cał­kiem sam; dok­tor Mars znik­nął gdzieś za drzwiami. Roz­bu­dzony oglą­da­łem wska­zówkę zmie­rza­jącą do go­dziny świtu. Wcze­śniej­sze przy­pusz­cze­nia o tym, że śnię, znik­nęły. Rze­czy­wi­stość spa­dła na mnie z cię­ża­rem, któ­rego nie po­tra­fi­łem udźwi­gnąć.

Kiedy znów uj­rza­łem twarz le­ka­rza, spy­ta­łem:

- Ile czasu spę­dzę w szpi­talu?

- Wy­star­cza­jąco, aby pan do­szedł do sie­bie.

- A re­ha­bi­li­ta­cja?

Uśmiech­nął się nie­znacz­nie. Wy­glą­dał jak do­ro­sły, któ­remu dziecko za­daje ba­nalne py­ta­nie.

- Pod­czas pań­skiego snu dzia­ła­li­śmy nad tym. Re­gu­larne przyj­mo­wa­nie Qu­etch'a przez na­stępny ty­dzień po­winno po­sta­wić pana na nogi. Dawno temu ode­szli­śmy od re­ha­bi­li­ta­cji, nie uwzględ­nia­jąc przy­pad­ków nie­zwy­kle cięż­kich, lecz na ogół wsze­la­kie no­wo­cze­sne spe­cy­fiki po­ma­gają w po­wro­cie do zdro­wia.

Znów znik­nął mi z oczu, ale wró­cił po go­dzi­nie. Po­je­cha­łem na to­mo­graf. Gdy le­ża­łem w dłu­giej tu­bie, mia­łem wra­że­nie, jakby ma­szyna wy­sy­sała mi my­śli. Ba­da­nie trwało kilka mi­nut, a zdu­mie­wa­jący był dla mnie fakt, że dok­tor Mars na­tych­miast otrzy­mał zdję­cie mó­zgu na skła­da­nym ta­ble­cie.

- W za­sa­dzie ba­da­nie nie wy­kryło nie­pra­wi­dło­wo­ści i pa­to­lo­gii w po­szcze­gól­nych struk­tu­rach na­rządu. To bar­dzo nas cie­szy i za­pala zie­lone świa­tło do dal­szych dzia­łań re­ge­ne­ru­ją­cych pana po wie­lo­let­niej śpiączce.

Po­wie­dział mi jesz­cze coś, czego nie do końca zro­zu­mia­łem. Po jego spo­so­bie mó­wie­nia uzna­łem na­to­miast, że chyba jest ze mną w po­rządku. Nie py­ta­łem już wię­cej o nic, po­grą­żony w od­mę­tach wła­snych my­śli, nie­zdolny do kon­taktu z dru­gim czło­wie­kiem. My­śla­łem o Re­gi­nie, o Ja­siu, przy­ja­cio­łach i ro­dzi­nie. Za­sta­na­wia­łem się, ilu z nich wciąż żyło, ilu o mnie pa­mię­tało.

Wró­ci­łem na salę i wtedy w mo­ich koń­czy­nach po­ja­wił się roz­ry­wa­jący ból. Nie zna­łem jego źró­dła, nad­szedł nie­spo­dzie­wa­nie. Po­dali mi ta­bletki, które po­łkną­łem. Pie­lę­gniarka za­dała ja­kieś py­ta­nie, lecz już nie za­re­ago­wa­łem. Do­strze­głem na ze­ga­rze szó­stą nad ra­nem i za­mkną­łem oczy. Mia­łem na­dzieję, że cho­ciaż tym ra­zem sen wy­bawi mnie od cier­pie­nia.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki