Rozdział 1
Najpierw usłyszałem nieznośny szum, a po chwili nabrałem nieodpartego wrażenia, że ktoś wwiercił mi się w mózg.
Bolało jak cholera i mógłbym przysiąc, że pierwszy raz w życiu czułem taki ból. Pulsujący i stały zarazem, rozpływający się po całym ciele, które teraz sprawiało wrażenie zesztywniałej skorupy. Leżałem na wznak w dość wygodnym łóżku, ale z początku nie byłem w stanie otworzyć oczu. Każda próba kończyła się niepowodzeniem - powieki były ciężkie jak ołów. Mogłem jednak nasłuchiwać, gdyż szum z lekka przerodził się w gwar, zmieszany z odgłosami maszyn krążących wokół mnie.
Gdzie byłem? Co tu robiłem?
Nie potrafiłem odpowiedzieć na pytania przepychające się między sobą niczym tłum. Mogłem jedynie leżeć, zdolny do oddychania przez rurki splątane tuż przy moich nozdrzach. Czułem je na policzkach oraz w okolicach klatki piersiowej. Panika ogarnęła moje ciało i wtedy tuż przy uchu usłyszałem głos.
- Witamy, panie Emler.
Autora tych słów dostrzegłem przez lekko rozchylone powieki. Wysoki mężczyzna, dobrze zbudowany, w białym kitlu. Trzymał w dłoni urządzenie na pierwszy rzut oka przypominające tablet, a jednocześnie tabletem nie będące, gdyż złożył je na kilka kawałków niczym kartkę i schował do kieszeni. Nachylił się nade mną i wsunął chłodną część stetoskopu pod koszulkę.
Drgnąłem. Lekarz mruknął coś do siebie i skinął głową.
- Zwolnione tętno. Niedługo powinno wrócić do normy. Wszystkie odczyty w porządku. Niesamowite!
Odsunął się i zawołał młodą, atrakcyjną pielęgniarkę. Wydał jej jakieś polecenie, ale zagłuszył je buczący po mojej prawej stronie sprzęt. Kobieta kiwnęła głową i podeszła do długiego blatu znajdującego się przy ścianie. W powietrzu zabrzmiał odgłos stukania w klawiaturę. Wtem na blacie ukazała się pokrywa, spod której wyjechał jakby postawiony na podwyższeniu ekspres do kawy, zupełnie różniący się od tego, jaki miałem w domu. Ten był cały świecący, dwukrotnie większy i masywniejszy. Na ekranie widziałem mnóstwo napisów. Pielęgniarka znalazła poszukiwany tryb, następnie wcisnęła guzik, a ze środka wyskoczył jednorazowy kubeczek.
Wróciła do mnie i się uśmiechnęła. Pomyślałem, że jej dentysta wykonał genialną robotę. Przyłożyła krawędź kubka do moich warg i przechyliła.
- To Quetch, nasz najnowszy specyfik. Proszę się nie obawiać - poinformował doktor. - W moment stawia na nogi.
Wziąłem najmniejszy łyk, jaki byłem w stanie, wyczuwając delikatną gorycz. Przełknąłem. W moim gardle panowała susza. Napój - nawet w tak znikomej ilości - ledwo dostał się do przełyku. W kilka chwil ciało pokryła gęsia skórka, kończyny zalał nagły przypływ energii. Wziąłem kolejny łyk tego obrzydlistwa, aż wypiłem całość. Bóg wie, z jakiej racji, ale teraz mogłem szerzej otworzyć oczy, co sprawiało mi już dużo mniej bólu.
Dłonie dochodziły do wcześniejszej sprawności. Myśli w magiczny sposób rozwiały się na chwilę, a potem ułożyły w odpowiedniej kolejności - każda w osobnej szafce. Nigdy wcześniej nie doświadczyłem czegoś podobnego i miałem wrażenie, że mój mózg wariuje.
Teraz dobrze widziałem pomieszczenie, w którym się znajdowałem. Niewielkie, sterylne, z trzema łóżkami, z których jedno zajmowałem ja, a pozostałe śpiący pacjenci. Brakowało okien, od świata dzieliły mnie masywne, lekko rozchylone drzwi. Ciepłe światło padające z zawieszonych lamp rozświetlało salę. Wyraźnie widziałem mężczyznę w kitlu, który, jak przeczytałem z plakietki przyczepionej do piersi, zwał się doktorem Marsem.
Rozejrzałem się mimo sztywnej jak drut szyi i dostrzegłem ogromny respirator. Był bardziej udoskonalony niż te, które widziałem kiedykolwiek. Wszystko wydawało się inne, nierealne.
Czy śniłem?
Jeśli tak, kiedy się obudzę?
Sprawność niemal zupełnie wróciła i byłem w stanie poruszać kończynami. Gdybym chciał, zapewne mógłbym nawet wstać, ale nie ufałem nogom.
- Panie doktorze... gdzie... gdzie jestem? - wychrypiałem.
Odchrząknąłem i widząc zmieszanie na twarzy Marsa, zapragnąłem powtórzyć pytanie. On jednak wyciągnął z kieszeni rozkładany tablet, nie będący tabletem, a następnie wystukał coś na ekranie.
- Jest pan w prywatnym szpitalu w Krakowie, panie Emler. Miał pan poważny w skutkach wypadek samochodowy. Do dzisiaj był pan w śpiączce.
Popatrzył na mnie, wyraźnie ciekawy reakcji. Otworzyłem szerzej oczy, kompletnie zapominając o towarzyszącym mi wcześniej bólu. Być może był to wynik specyfiku, który dostałem od pielęgniarki.
- W... śpiączce? Jak długo?
- Dwanaście lat, panie Emler. Mamy rok dwa tysiące trzydziesty piąty.
Krew odpłynęła mi z twarzy. Przez moment nie widziałem nic innego poza mroczkami. Zesztywniałem od stóp do głów, zabrakło mi oddechu. Usłyszałem, jak tętno na respiratorze przyspieszyło. Rosło coraz szybciej, aż z czasem zacząłem martwić się o siebie. Mimo to... to, co powiedział doktor... Wszystko było takie nierzeczywiste, głupie, bezsensowne...
Czułem, że cały drżę. Z trudem wykrztusiłem kolejne słowa.
- Dwa tysiące trzydziesty piąty? Nie... to niemożliwe. Kompletna bzdura! Proszę nie robić sobie ze mnie żartów! Chcę stąd wyjść, do cholery!
Sięgnąłem po wetknięte w moje nozdrza rurki, ale byłem zbyt słaby, aby chwycić je porządnie. Doktor Mars zawołał pielęgniarkę, która wstrzyknęła mi leki uspakajające. Oczywiście, że się buntowałem. Nie chciałem ich, lecz wiedziałem, że może to być jedyny ratunek przed zawałem.
Upłynęło kilka minut, aż wykresy na respiratorze się uspokoiły. Było mi dużo lżej. Doktor Mars stał w bezruchu, wpatrzony w rozkładane urządzenie. Zapewne czekał, aż przetrawię informację o śpiączce i będę mógł porozmawiać z nim na chłodno. Ja jednak nie mogłem uwierzyć w to, co usłyszałem, ale z drugiej strony nie mogłem temu zaprzeczyć - przecież pamiętałem tylko nikłą część przeszłości.
- Może wystąpić u pana amnezja, panie Emler - zaczął lekarz, jakby czytał mi w myślach. - Nie przewiduję, aby trwała długo. Odpowiednio się tym zajęliśmy.
- Przepraszam, ale nie rozumiem...
- Opracowaliśmy lekarstwo na zaniki pamięci, ale nim odzyska pan wspomnienia, minie kilka godzin. W ciągu tych dwunastu lat technologia zrobiła ogromne postępy, panie Emler. - Uśmiechnął się szeroko, jego oczy rozbłysły. W międzyczasie podeszła do mnie pielęgniarka i zmierzyła ciśnienie. - Mimo to spędzi pan w szpitalu jeszcze jakiś czas, dopóki nie przeprowadzimy najważniejszych badań. - Znowu złożył urządzenie i wsunął je do kieszeni. - Witamy w nowym świecie, panie Emler.
Następnie odszedł, a ja leżałem jak kłoda, niezdolny do jakiegokolwiek ruchu. Informacje o śpiączce całkiem mnie sparaliżowały. W skroniach czułem nadchodzący ból, który z każdą kolejną minutą bezczynności przybierał na sile. Patrzyłem na pielęgniarkę krzątającą się przy blacie i za pomocą kombinacji przycisków chowającą ogromny ekspres z powrotem. Kiedy skończyła, uśmiechnęła się do mnie, wymieniła kroplówkę i upewniła się, że wszystko jest ze mną w porządku.
Ponowny niepokój zawitał po kilkudziesięciu minutach leżenia. Próbowałem zasnąć, lecz strach przed kolejnym zapadnięciem w śpiączkę i spędzeniem kolejnych lat przykutym do łóżka skutecznie wybijał mi ten pomysł z głowy.
Zastanawiałem się, jak wygląda moja twarz...