Zero zahamowań - Michał Rusinek

Kup ebooka

29.99 zł
26.99 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać
 
 
WSTĘP

Powiedzmy to sobie od razu, żeby nie było niedomówień: Polska jest ojczyzną Sienkiewicza, czyli krajem, w którym szczególną estymą darzy się trylogie. Dlatego po "Pypciach na języku" i "Niedorajdzie" wydawca zaczął na mój widok pochrząkiwać znacząco i zmusił mnie do napisania tej książki. Wreszcie może mówić, że powstała trylogia.

Pisanie "Pypciów" było dla mnie najbardziej ryzykowne, bo są one poświęcone zagadnieniom czysto językowym, a ja dyplomowanym językoznawcą nie jestem. W "Niedorajdzie" wziąłem pod lupę doradczy, a więc retoryczny aspekt języka, znacznie bliższy moim zainteresowaniom naukowym. W tej książce natomiast przypomniałem sobie, że jestem z wykształcenia literaturoznawcą.

Literatura, którą wziąłem tu na tapet, jest jednak specyficzna. Nie znajdziemy jej w książkach czy tomach wierszy, za to trudno się od niej opędzić. Atakuje nas w samochodach, autobusach, na wyciągach narciarskich, w wesołych miasteczkach, na festynach i różnego rodzaju świętach ulicznych, w czasie imprez sportowych, na plażach, w barach, smażalniach, lodziarniach, dobiega z telewizorów i radioodbiorników od sąsiadów lub ze słuchawek współpasażerów tramwajów, którzy za głośno czegoś słuchają. Jest to bowiem szeroko pojęta poezja śpiewana. Teksty literackie, które powstały po to, by ktoś napisał do nich muzykę i ktoś je zaśpiewał. Ku naszemu utrapieniu.

Mam tę przypadłość, że wszystko słyszę. Nawet gwizdki dla psów czy odstraszacze komarów. Mimo nieprzyjemnie wysokich tonów, jakie emitują, mają one jednak tę przewagę nad wspomnianą poezją śpiewaną, że nie emitują słów. Na przykład takich: "Byłaś mi jak prześliczna nimfa,/ co się przegląda nad tafli wodą", które usłyszeć można - i to całkiem wyraźnie - w piosence Ogrodu serce zespołu Daab.

Wiem, że nie jestem modelowym odbiorcą disco polo, rapu czy heavy metalu. Jestem tych gatunków ofiarą, by tak rzec, przypadkową. Celem tej książki nie jest w żadnym stopniu szydzenie z miłośników tych gatunków ani z samych utworów. Staram się w niej pokazać, co się dzieje, jeśli teksty tych utworów trafią w niepowołane, czyli moje, uszy. Uszy kogoś, kto stara się zrozumieć, o co w nich (tekstach, nie uszach) chodzi. Wybór tekstów, które poddaję tu analizie, jest mocno subiektywny, choć starałem się zasłyszany i zapamiętany materiał niezdarnie podzielić na muzyczne gatunki.

I jeszcze jedno: polityka kulturalna państwa, w którym przyszło nam żyć, powoduje, że popularne gatunki muzyczne są obecnie dowartościowywane, a z artystów je uprawiających robi się klasyków. Ich utwory słychać więc częściej i jakby nieco głośniej. Jeśli więc na przykład teksty piosenek disco polo za kilka lat znajdą się w podręcznikach szkolnych obok utworów wielkich romantyków, zawarte w tej książce szkice interpretacyjne mogą się po prostu przydać maturzystom.

Oby tak się jednak nie stało.

 

M.?R.

Kraków, kwiecień-maj 2020

1
Przyspiesza oddech mój
czyli co nam mówią piosenki disco polo
 
 
JAK DO TEGO DOSZŁO?

Przez twe oczy zielone

słowa: Marzanna Zrajkowska

wykonanie: Zenek Martyniuk i zespół Akcent (2014)

 

"Odkąd zobaczyłem ciebie - śpiewa artysta - nie mogę jeść, nie mogę spać", dając do zrozumienia, że pierwsze spotkanie spowodowało w nim zaburzenia łaknienia oraz snu. Nie udaje się jednak do lekarzy specjalistów, lecz zadaje sobie pytanie: "Jak do tego doszło, nie wiem", oraz sam stawia śmiałą diagnozę: "Miłość o sobie dała znać". Można podejrzewać, że podobne zaburzenia towarzyszyły już podmiotowi lirycznemu przy poprzednich fascynacjach erotycznych. W kolejnej zwrotce daje wyraz bezradności wobec swojego stanu psychofizycznego za pomocą dwóch pytań retorycznych: "Co poradzić mogę na to,/ że miłość przyszła właśnie dziś?/ Że w sercu mym jest lato,/ a w moich myślach jesteś ty?". Pierwsze pytanie dotyczy czasu akcji, na który podmiot liryczny nie miał wpływu, drugie natomiast - prawdopodobnie samej bohaterki, która - chcąc nie chcąc - opętała wyżej wymieniony podmiot. Tu następuje wpadający w ucho refren, w którym pojawia się nowa (niezbyt precyzyjnie określona) jednostka chorobowa oraz (bardzo precyzyjnie określone) części ciała, które ją wywołały: "Przez twe oczy, te oczy zielone oszalałem". Kolejny wers dookreśla je kolorystycznie i wprowadza element astralny, często pojawiający się w piosenkach: "Gwiazdy chyba twym oczom oddały cały blask". Jeśli chcielibyśmy rozumieć ten wers niemetaforycznie, moglibyśmy dojść do przekonania, że podmiot albo przestał widzieć rozgwieżdżone niebo, co wiązać się może z zaburzeniami widzenia, a więc kolejną jednostką chorobową, albo po prostu niebo było tego dnia zachmurzone. Ciekawe wydaje się powtórzenie czasownika "oddać": gwiazdy oddają blask oczom, podmiot oddaje serce właścicielce (właścicielowi - bo zwróćmy uwagę, że nigdzie nie mówi się tu o płci) tychże oczu, jest więc podwójnie obdarowana (obdarowany). Zatrzymajmy się jednak na kolorze oczu sprawczyni (lub sprawcy) licznych chorób i zaburzeń podmiotu lirycznego. Mogą one być po prostu zielone, w sensie koloru tęczówki, lub też mogą sugerować - zwłaszcza zestawione z niemal gwiaździstym blaskiem - że odbiorca rymowanego wyznania nie należy do rasy ludzkiej. Każdy właściciel psa, który próbował mu zrobić zdjęcie z lampą błyskową wie, że - w przeciwieństwie do oczu człowieka - oczy psa mają na takich zdjęciach zielony odblask. Sprawia to tzw. makata odblaskowa, która wchodzi w skład budowy psiego oka. Jej funkcją jest ponowne wyłapanie promieni świetlnych, a następnie przekierowanie ich na siatkówkę. Dla porównania, oko człowieka pozbawione jest owej błony, dlatego na zdjęciach z fleszem odbijają się czerwonym kolorem. Taka interpretacja pozwala nam więc zobaczyć w tym utworze piękny obraz miłości pana do jego psa. To jego w kolejnej zwrotce podmiot ukryje w ramionach, to dla niego bije jego serce, przez co zresztą nabawia się arytmii ("moje serce gubi rytm") i nie wstydzi się - co ważne - tej miłości. Podsumujmy zatem: piosenka Przez twe oczy zielone opisuje piękną miłość człowieka do psa. Piękną, acz toksyczną, zważywszy na liczbę chorób, które ona wywołuje w podmiocie lirycznym. Ostatni wers refrenu - "Tak zakochać, zakochać się można tylko raz" - brzmi w tym kontekście dość złowróżbnie; istotnie, mało który organizm potrafi znieść tyle schorzeń naraz.

 
 
DNI JAK BAJKA

Szalona

słowa: Marcin Miller, Janusz Konopla

wykonanie: Boys (2003)

 

Podmiot liryczny w tym utworze robi awanturę kobiecie, która przestała go kochać i informuje go o tym zdaniem ogólnym: "Miłość odchodzi". Zdanie to stanowi dla podmiotu taki wstrząs, że zaczyna się posługiwać złożonymi pojęciami filozoficznymi, jak prawda i sens. Stwierdza mianowicie, że "zawsze prawda miała jakiś sens", z czym istotnie trudno się nie zgodzić, choć z pewnością można by znaleźć filozofów, którzy by tu polemizowali. Kolejna fraza jest rozpaczliwym przywołaniem szczęśliwej przeszłości: "Te dni jak bajka, piękne jak tysiąc róż". Oczywiście można by zadać pytanie, czemu piękno dni porównywane jest do liczby kwiatów; albo jest to hiperbola, albo delikatne wypomnienie kosztów, na jakie narażała w przeszłości podmiot liryczny bohaterka. Tysiąc róż to spory wydatek, zwłaszcza że szybko więdną i trzeba kupować nowe. Ostatni wers wprowadza spory dysonans poznawczy, bo ni stąd, ni zowąd czytamy: "Ty się śmiałaś zawsze, no i cześć". Z czego śmiała się zawsze bohaterka? Z róż? Z wyświechtanych metafor? Z okazywania miłości za pomocą regularnego kupowania nadmiernych ilości kwiecia? Aż chce się zadać kolejne pytanie: jak on z nią wytrzymał tak długo? Fraza "no i cześć" z pozoru nijak się ma do poprzednich, tym samym wzmagając wspomniany dysonans. Może być zarówno kryptocytatem (tymi słowami bohaterka mogła się z podmiotem lirycznym pożegnać), jak i wyrazem zrezygnowania podmiotu, który ma już tego wszystkiego dość. Ale tu następuje refren, który jest de facto skargą na stan psychiki bohaterki utworu: "Jesteś szalona, mówię ci" - krzyczy podmiot. Skargą tym bardziej przejmującą, że rozpacz wpływa na gramatykę samej skargi. Zamiast prawidłowej formy "jesteś szalona, zawsze taka byłaś", podmiot mówi: "zawsze nią byłaś". Pyta dalej: "Skończysz wreszcie śnić?", ale to w zasadzie nie jest pytanie, ale żądanie powrotu do rzeczywistości i zdrowych zmysłów. Na koniec, już na dnie rozpaczy, podmiot stwierdza, że bohaterka "nie jest aniołem". Teoretycznie kieruje tę uwagę pod adresem kobiety, do której się zwraca, świadomie lub raczej nieświadomie nawiązując do piosenki Marka Grechuty, w której pojawia się fraza: "Nie dokazuj, miła, nie dokazuj,/ przecież nie jest z ciebie znowu taki cud". Wydaje się jednak, że kieruje ją głównie do samego siebie: oto łuski spadły mu z oczu, już wie, że ona nie jest aniołem, lecz po prostu ma problemy psychiczne, a to, co do tej pory brał za anielskość, było tylko wyrazem szaleństwa. Być może miał on do czynienia z mistyczką, "bożym szaleńcem" płci żeńskiej, ale tego nie dostrzegł, bo nie znał wzorców świętości dawnej Rosji (służymy obszerną literaturą na ten temat). Druga i na szczęście ostatnia strofa mówi najpierw o tym, jak wyglądało samo rozstanie: "Na pożegnanie dajesz mi uśmiech swój" (z kompletnie niepotrzebnym z gramatycznego i logicznego punktu widzenia zaimkiem dzierżawczym), a potem opisuje druzgoczące tego rozstania efekty: "Gdy odchodzisz, wszystko burzy się". Dalej podmiot przyznaje, że kochał bohaterkę i kochał jej szaleństwa (w liczbie mnogiej, z czego wnioskujemy, że mogła cierpieć na więcej niż jedno zaburzenie psychiczne lub nawroty ataków tego samego). Lament kończy się ponownym wypomnieniem, że bohaterka nie jest istotą o odmiennym statusie ontologicznym: "Nie jesteś aniołem, mówię ci", i przypomnieniem, że jest szalona. W sumie w całym utworze tytułowa, stygmatyzująca fraza pojawia się szesnaście razy. I to każe nam zadać sobie pytanie, kto w tym związku był bardziej szalony.

 
 
MUSZĘ SPRAWDZIĆ JEJ URODĘ

Dziewczyna z Instagrama

słowa: Adam Konkol, Paweł Dudek

wykonanie: Czadoman (2019)

 

Pierwsze, co rzuca się w oczy, a właściwie w uszy, w tym utworze, to jego regularna budowa trocheiczna, nadająca mu rytm nieco snopowiązałkoidalny. Treść nie ma już jednak nic wspólnego z jakimikolwiek maszynami rolniczymi. Jest to ballada o rozczarowaniu rzeczywistością. Oto mężczyzna ogląda wielokrotnie zdjęcia kobiety na Instagramie i zachwyca się nimi: "Patrzę znów na twoje zdjęcia./ Muszę przyznać, jesteś piękna". Ale - w przeciwieństwie do innych mężczyzn, którzy tylko o niej marzą - postanawia się "odważyć" i spotkać z nią "w realu", by - jak dodaje tajemniczo, acz do rymu - "poznać ją w każdym calu". Ona sama ochoczo proponuje mu spotkanie (pisząc do niego: "hej, kochany"), a on na to przystaje, nie bez zastrzeżeń jednakowoż: "Zanim zacznę z nią przygodę/ muszę sprawdzić jej urodę". Wynika z tego, że ma on świadomość, jak działają programy graficzne stosowane do obróbki zdjęć przed wstawieniem ich na serwisy społecznościowe. Umawia się z nią do kina, ale nie potrafi jej rozpoznać: żadna z kobiet nie przypomina bowiem "bogini ze zdjęcia". Ballada ta nie daje nam prostej odpowiedzi, czy mu się ostatecznie udało, czy obejrzał film razem z nią, czy sam, czy może wrócił rozczarowany do domu. Pieśń przeplatana jest dość męczącym swą monotonią refrenem: "Nie ma w tobie ani grama/ tej dziewczyny z Instagrama./ Twa uroda to oszustwo./ Hej, kochanie, zerknij w lustro". Motyw lustra kieruje jednak uwagę bacznego interpretatora w stronę bajki braci Grimm o Królewnie Śnieżce. Codziennie rano zła królowa, starzejąca się i nieodwołalnie tracąca urodę, staje przed lustrem i pyta, kto jest najpiękniejszy na świecie. Bajkowe lustro jest szczere, dlatego w kłopoty zdrowotne wpada tytułowa bohaterka bajki, młoda i piękna. Jedyna akceptowalna odpowiedź na pytanie królowej - ba, na pytanie każdej (i każdego) z nas - brzmi oczywiście: "ty!". Instagram wspomagany Photoshopem jest współczesnym lustrem, które tak właśnie odpowiada. Gdyby podmiot liryczny analizowanego utworu znał bajkę braci Grimm i znał tę niepisaną regułę Instagrama, to nie popełniłby błędu i nie umawiał się z ową kobietą w realu. A tak - wyszedł na gbura. By nie rzec: Gburka.

 
 
NADCHODZI REWOLUCJA

Tak, to my

słowa: chyba siostry Godlewskie

wykonanie: siostry Godlewskie (2018)

 

Oto utwór, w którym mamy do czynienia z rzadkim w tego typu twórczości podmiotem zbiorowym, na co wskazuje już sam tytuł. Ale bywa tu różnie. Już w pierwszej strofie widzimy bowiem, że niektóre wersy wypowiada ów podmiot zbiorowy, inne zaś - podmiot pojedynczy. Ów pojedynczy wprawdzie jest żeński, ale pierwsze, co mówi, to: "Chciałbyś być taki jak ja./ I ja, i ja, i ja, i ja". Wypowiada się więc w imieniu podmiotu zbiorowego, ale kwestię tę kieruje do mężczyzny. Nie wiemy, jaki dokładnie chciałby być ów mężczyzna i jakie cechy podmiotu zbiorowego (żeńskiego) chciałby mieć. Jeśli chodzi tu o cechy płciowe, to adresatem tej strofy jest człowiek, który pragnie zmienić płeć. Wskazuje na to także czwarty wers tej samej strofy, który brzmi: "Nadchodzi rewolucja". Istotnie, taka zmiana stanowi rodzaj rewolucji, zarówno hormonalnej, jak i wizualnej. To nie są proste decyzje, które łatwo cofnąć. Kolejny wers powoduje, że zaczynamy mieć podejrzenia, czy aby sam podmiot zbiorowy nie jest po prostu transseksualny: "Nadchodzi nasz czas, najwyższy czas" - czas transseksualistów. W kolejnej strofie jeden z podmiotów nadal zwraca się do mężczyzny: "Co tak się gapisz?/ Chciałbyś całą mnie mieć?". Tu stajemy przed dylematem interpretacyjnym: czy te pytania kierowane są do innego, heteroseksualnego mężczyzny, który chciałby posiąść podmiot liryczny w sensie cielesnym, czy też mamy do czynienia z pomieszaniem dwóch odwiecznych porządków zwykle przyjmującym formę dylematu: być versus mieć. Kolejne wersy skłaniają nas ku drugiej interpretacji: "Nie będę twoja nigdy,/ oj, nie, nie, nie./ Nie jesteś dla mnie, skarbie./ Dobrze to wiesz". Skoro on nie jest dla niej, więc z ich związku - jej, transseksualnej kobiety, i jego, marzącego o zmianie płci mężczyzny - rzeczywiście raczej nic nie będzie. No, może przyjaźń. Ona podkreśla dalej, że jest świadoma swojej wartości, której on by nie docenił: "Znam swoją wartość,/ jestem boska, the best". Zwróćmy tutaj uwagę na przymiotnik "boski" pojawiający się często w kulturze drag queens (by wymienić choćby pseudonim sceniczny "Divine" Harrisa Glenna Milsteada, słynnej amerykańskiej drag queen), ale też w kulturze staroindyjskich hidźrów, gdzie mężczyzna, który odrzuci własną płeć i stanie się na wpół kobietą, zyskuje quasi-boskie przymioty. W drugiej i ostatniej strofie mamy jednak do czynienia z ciekawym odrzuceniem boskości na rzecz diabelskości: "Diablice z piekła rodem" - mówi o sobie podmiot zbiorowy. Ale dwa wersy wcześniej mówią coś ważniejszego: "Dziś wszyscy o nas mówią./ Lepiej broń się". Co to znaczy? Otóż mniej więcej tyle, że osoby transpłciowe są obecnie obiektem zainteresowania opinii publicznej, która bywa do nich nastawiona na tyle wrogo, że człowiek, który zdecyduje się na operację zmiany płci, musi się liczyć z tym, że przyjdzie mu się bronić przed licznymi atakami. Dalej pojawia się fraza samochwalcza: "Patrzysz i widzisz urok, mądrość i wdzięk". Nie chodzi jednak o chwalenie się niewątpliwymi przymiotami podmiotu lirycznego, lecz o pocieszenie mężczyzny, którego w poprzednich wersach wystraszyły groźbą ataków: krótko mówiąc, jeśli będziesz taki jak my, będziesz wierzył w swoje przymioty, nic ci nie grozi, nawet gdybyś w rzeczywistości był pozbawionym wdzięku idiotą czy idiotką. Całość zamyka fraza godna arcydzieł: "Skradłyśmy twoje serce,/ to twój the end!". Owszem, człowiek tkwi w niemym zachwycie, wpatrzony w to, czego dokonała chirurgia plastyczna, ale niech wie, że oto nie ma już dla niego ratunku: mężczyzna w nim musi umrzeć, by mogła się narodzić kolejna siostra Godlewska.

 
 
ZAPARZĘ SE HERBATĘ

Ona by tak chciała

słowa: Hubert Kacperski

wykonanie: Ronnie Ferrari (2019)

 

Sytuacja wyjściowa zarysowana jest z niebywałą precyzją. Podmiot mówi: "Jestem na dworze sam,/ deszcz pada mi na głowę", co oznacza, że, po pierwsze, rzecz nie dzieje się w Małopolsce, bo byłby wówczas na polu, a po drugie, że padający deszcz traktuje jego ciało szalenie wybiórczo. Wspomnianemu deszczowi nie udaje się także zgasić trzymanego przez podmiot liryczny "gibona w łapie". Tu wyjaśnijmy, że "gibon" to inaczej joint, blant (zob. niżej), czyli skręt zawierający marihuanę. Następnie podmiot próbuje iść w las, ale spotyka damę, przy której traci mowę - z czego wynika, że próbował wówczas coś powiedzieć, ale co? Tego się nie dowiadujemy. Wtedy następuje gwałtowny zwrot akcji: "I wracam, i wracam, i wracam se na chatę./ Zaparzę se herbatę, nie, kurwa, żadne latte" - mówi podmiot. Pod wpływem niespodziewanego spotkania zrezygnował zatem z dalszej przechadzki i wrócił do domu. Zastanawiający jest wybór napoju, który postanowił dla siebie przygotować, oraz gwałtowne, wzmocnione wulgaryzmem odrzucenie napoju innego. Zastanówmy się nad semantyką tego gestu: oto podmiot liryczny sięga po napój wprawdzie chiński, ale od wieków wpisany w polską kulturę kulinarną i - jak w debiutanckiej Zimie miejskiej Adama Mickiewicza (wyd. 1818) - "pije z chińskich ziół ciągnione treści". Caff? latte (espresso z dużą ilością podgrzanego mleka) jest natomiast napojem kojarzącym się pierwotnie ze współczesną kulturą miejską, głównie hipsterską, z którą - delikatnie mówiąc - podmiot się nie utożsamia. Nie można też jednak wykluczyć, że jego gwałtowny gest spowodowany jest nietolerancją laktozy. Wróćmy jednak do tekstu, w którym następuje kolejny kluczowy moment: ktoś puka do drzwi i "widzę panią, co skradła serce mi". Ale zanim podmiot wejdzie z nią w interakcję, odwraca się niejako do nas, czytelników, i mówi o niej w trzeciej osobie, a ściślej: o tym, czego by ona chciała. A jeszcze ściślej: tak chciała. Refren składa się z dwóch dystychów. W pierwszym, pisanym językiem współczesnym, podmiot liryczny mówi: "Ona by tak chciała być tu ze mną,/ kręcić blanty, po czym liczyć bankroll", czyli niejako odgaduje zamiary, z jakimi ona do niego przyszła: chęć wykonania dwóch czynności manualnych, jedna po drugiej. Tu przypis: blant to inaczej gibon (zob. wyżej), natomiast bankroll to zwitek banknotów. Drugi dystych utrzymany jest już w stylu kwiecistym, romantycznym, zarazem też nieco dansingowym: "Ona by tak chciała tańczyć ze mną/ późną nocą, kiedy gwiazdy wzejdą". Do wymienionych wyżej dwóch czynności manualnych dochodzi zatem trzecia, niemanualna. Tutaj następuje kolejna strofa, którą otwiera następujący opis sytuacji: "Siada na kanapie i patrzy prosto w oczy,/ ja patrzę na jej dupę,/ bo po coś przyszła w nocy". Zwróćmy uwagę, jak trudny jest to układ choreograficzny, i doceńmy go: ona patrzy mu w oczy, a on - nie odwracając, jak rozumiemy, wzroku, bo komuś, kto odwraca wzrok, nie da się patrzeć w oczy - patrzy na jej pośladki, których zapewne nie widzi, bo ich właścicielka siedzi. Naszym zdaniem jest to niewykonalne. Cóż, dalsza część utworu poświęcona jest już przyjmowaniu kolejnych środków odurzających, jak amfetamina ("posypana mocna feta") czy alkohol, niespotykanie mocny, bo 99-procentowy, w dodatku gazowany. Aczkolwiek fraza "99 procent - tyle, ile mam problemów" jest sprytnym nawiązaniem do utworu JAY-Z 99 Problems, więc może jednak nie o moc alkoholu tu chodzi. Wydaje się, że reszta utworu powstała już pod wpływem tych używek, gdyż pojawia się tam wyspa Kreta, jakiś statek, nektar, Ural, pokład i udar - wszystko naraz. Sensowny wydaje się dopiero ostatni wers, który brzmi: "Nikt nie trzyma steru". I to jest bardzo dobre podsumowanie tego utworu.

 

[...]