Zero - Tomasz Żak

Kup ebooka

44.90 zł
37.26 zł (31,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Ostatnie pchnięcie poczuł najmocniej. Chyba dostał w płuco, tak przynajmniej mu się wydawało, bo kiedy chciał coś powiedzieć, z jego gardła wydobywało się tylko charczenie. Tak charczała jego prababcia przed śmiercią, a ten dźwięk śnił mu się po nocach latami. Chciał wyciągnąć rękę przed siebie, dotknąć twarzy, którą przecież znał. Nie mógł tylko zrozumieć dlaczego. Dlaczego to tak miało się skończyć? Bo to, że się kończyło, było pewne. Tyle razy już opisywał śmierć, zanurzał się w niej, poniekąd obcował z nią. Ba, dwie nawet widział na własne oczy. Nic przyjemnego. Osunął się na kontener na szkło, w którym pewnie i tak znalazłyby się plastikowe butelki albo worki z psimi gównami. Tracił wzrok, musiał tracić, bo nie widział już śmieci wokół siebie, nie czuł też zapachu śmieci, alkoholu i szczyn. Zmysły, każdy po kolei, zostawały wyłączone. Przed oczami naprawdę przeleciało mu całe życie, bo od kilku miesięcy całym jego życiem była Dorotka. Boże, Dorotka - zdążył jeszcze pomyśleć, zanim złapał ostatni haust powietrza. Zanim się wykrwawił. Zanim serce przestało pracować.

***

- Te, młody! - krzyknął w stronę trupa pan Mietek.

Pana Mietka znała duża część południowego Śródmieścia. Pijaczek, ale raczej niegroźny. Nikt tak do końca nie wiedział, czy Mietek gdzieś mieszka, ale na zimy zawsze znikał. Kiedy tylko znowu robiło się ciepło, można było zobaczyć, jak próbuje wyłudzić szluga od tłumów stojących w kolejce do Charlotte przy Zbawixie albo kroczącego w stronę Pola Mokotowskiego do własnej rezydencji skonstruowanej w gęstych zaroślach. Mietek każdą konwersację zaczynał od "Te!".

- Te, kierownik!

- Te, panie!

- Te, księżniczko!

Ci wszyscy kierownicy, księżniczki, królewny i prezesi często kompletnie ignorowali Mietka, był przyzwyczajony do bycia niewidzialnym i niesłyszalnym. Dlatego, kiedy młody walający się w śmieciach nie odpowiedział, Mietek się nie zdziwił. Zdziwienie przyszło chwilę później, kiedy zorientował się, że pod młodym rozlewa się duża, gęsta kałuża krwi. Poczuł jej smród, tak dobrze mu znany, bo ileż to razy dostał wpierdol od lokalnych rycerzy ortalionu, ileż to razy leżał w podobnej kałuży, jednak nigdy tak rozległej.

- Te, ale ci poszła farba młody, jak z pizdy mojej starej - zaryczał, po chwili śmiejąc się z własnego jakże udanego żartu. - Młody, słyszysz?

Ale młody już nie słyszał, a to do Mietka dotarło dość szybko. Nie mógł się jednak powstrzymać i zanim zniknął w ciemności nocy, wsadził łapska do jego kieszeni. Zorientował się wtedy, że nieboszczyk - świeć panie nad jego duszą - ma klapki w barwy jedynej, słusznej, niemieckiej sieci sklepów wielkopowierzchniowych. Biedaczysko wynosił pewnie śmieci, kiedy ktoś go zaatakował. Rozejrzał się jeszcze trzy razy. Nic, pustka. Jedynie z jednego z otwartych szeroko okien słychać było stęki jakiegoś nowego idola polskiej młodzieży. Ileż tych idoli Mietek już słyszał z okien i aut. Ich już nie ma, a Mietek? Mietek jest, był i pewnie długo będzie! Nie da się przecież tak frajersko zaszlachtować w śmietnikowej wiatce. Kiedy ściągał klapki z trupa, usłyszał, że pod jednym z kontenerów coś zawibrowało. Telefon, chyba z tych drogich. Wyciągnął najnowszego iPhone'a, na ekranie przewijały się memy, które już od lat wrzucali na swoje instagramowe stories Make Life Harder. Telefon nie był zablokowany. Mietek nie myślał zbyt długo. Odpalił aplikację Wallet i zeskanował twarz denata, którą aplikacja bez problemu rozpoznała. Kiedy pojawił się komunikat "Zbliż do czytnika", pognał w stronę najbliższej Żabki. Może i był penerem i pijakiem, ale nie było to równoznaczne z technologiczną impotencją.

***

Dziewczynka głośno beknęła i zaśmiała się pod nosem. Zawsze śmiała się z bekania. Kiedyś, jeszcze całkiem niedawno, kiedy robił to tata, to mama na niego krzyczała, ale po chwili oboje wybuchali śmiechem. Teraz między nimi był tylko krzyk, bez żadnego śmiechu. Nie mogła tego pojąć. Czy to przez nią? Czy to przez to, że poszła wtedy z wujkiem? Czy to przez to, że... Nie pamiętała tamtego wieczoru. Była to dla niej jedna czarna plama. Tyle że ta plama bardzo bolała. Uciskała w głowę, tak jak mała drzazga, która weszła jej kiedyś w dłoń. Czasami w nocy, kiedy tuliła się do swojego ukochanego Pikachu, budziła się z krzykiem, a łóżko było całe zasiusiane. Tata nigdy nie miał jej tego za złe, wymyślał jakieś niestworzone historyjki o złych i dobrych żabach. Złe żaby, kiedy Dorotka napiła się zbyt dużo pepsi przed snem, po zamknięciu przez nią oczu zaczynały skakać jej po brzuszku, naciskając na pęcherz. Tata zawsze mówił jakoś inaczej, ale nie mogła zapamiętać tego słowa. W dni, kiedy się nie posiusiała, odwiedzały ją dobre żaby i kumkały tak pięknie, że zasypiała dosłownie w moment. Coś jej jednak w tym wszystkim nie grało. Bo przecież bywając w nowym domu mamy, bardzo starym i brzydkim, który na dodatek śmierdział jej zmokłym psem, nigdy nie dostawała pepsi. Nigdy nie dostawała do picia nic innego niż woda albo herbata z połową łyżeczki cukru. Nienawidziła tej herbaty, ale nie chciała robić mamie przykrości. I tak ciągle była smutna. Taka jak Buka, którą kiedyś pokazał jej tatuś. Tata mówił, że kiedy był w jej wieku, to strasznie się tej Buki bał.

- Ja pierdolę, Dora, serio? Znowu? - Mama mówiła odrobinę za głośno jak na gust dziecka, a grymas na twarzy nie poprawiał sytuacji. - Znowu wszystko do prania! Masz drugą piżamę?

Nie miała, więc kręciła wolno głową, blond loki opadały na niebieskie oczy, a usta powoli przybierały kształt podkówki. "Kotek ze Shreka", śmiała się mama w takich sytuacjach. Śmiała. Kiedyś.

- Wytrzyj się. - Podała jej rolkę papierowego ręcznika. - Wytrzyj się i kładź na kanapie. Dam ci koc.

- A ty? - wyszeptała Dorotka, nie podnosząc wzroku ani na milimetr.

- Ja biorę śpiwór i idę na podłogę.

- Zmieścisz się obok mnie, mamusiu. Chodź.

- Wiem, że się zmieszczę. Chciałabym się jednak wyspać. Bez wypadków.

Dorotka tamtej nocy cały czas pociągała nosem i chlipała, ale ze strony matki nie było żadnej reakcji. Dlatego bardzo cieszyła się, że po jutrzejszym przedszkolu wróci do taty. Poza tym to piątek, a w piątki tata zawsze robi pizzę, a ona mogła wybierać na Netflixie bajkę do obejrzenia. Dlatego teraz beknęła sobie jeszcze raz, nie mogąc się doczekać śniadania. Na śniadanie zawsze dojadali resztki, tata piekł dwie blachy włoskiego specjału. Czekała, aż wróci, poszedł wynieść worek ze śmieciami, z którego już się przesypywało. Kiedy go podnosił, urwał rączkę i głośno przeklął. W teatralnym geście zasłonił usta jedną dłonią i zrobił wielkie oczy.

- Nie słyszałaś tego!

- Słyszałam!

- Niemożliwe!

- Słyszałam, powiedziałeś: nóż kur...

- Lalalalalala - zaczął krzyczeć Kuba, zagłuszając córkę i doprowadzając ją do ataku śmiechu. - Zaraz wracam, robaczku. Tylko nie zacznij tęsknić.

- Nie będę!

- A będziesz się bała?

- Nie będę!

- Mhm. Nawet gdyby mnie nie było godzinę?

- Nawet sto godzin! Milion!

- Dobrze, bohaterko. Będę za sto... sekund.

Kiedy tylko zatrzasnęły się za nim drzwi, Dorotka pobiegła do kuchni i dolała sobie pepsi. Pół szklaneczki, tata się przecież nie zorientuje. Zresztą tata o takie coś by się nie zdenerwował. Tata by nie krzyczał. Tata był ekstra.

***

- Kiler! Kiler, gdzieś polazł bydlaku jeden?!

Stefania Wysocka skończyła już siedemdziesiąt siedem lat. Staruszka miała charakter sybaryty, a dzięki terrorowi psychicznemu, który uprawiała nad resztą rodziny, żyła sobie w całkowitej ciszy i spokoju. Przynajmniej tak było jeszcze miesiąc temu. Jeszcze wcześniej z jej życia zniknął Zefiryn. Jej ukochany Zefirek. Kiedyś był takim pięknym mężczyzną, jej Zefirkiem Cherubinkiem. Później stało się to, co dzieje się z każdym człowiekiem. Stał się czas. Coraz bardziej bezwzględny, coraz bardziej żarłoczny. Zefiryn umarł we śnie, lekarze mówili, że prawie nie cierpiał. Trudno zresztą cierpieć, kiedy ma się krew w morfinie. Na pogrzebie trochę popłakała, na stypie miała kamienną twarz, ale już na drugi dzień dzwoniła do wnuka, żeby w tej chwili przyszedł i wyniósł wszystkie rzeczy swojego ukochanego dziadka. Kiedy Kamil wszedł do kawalerki Stefanii, zobaczył kilkanaście worków na śmieci, drugie tyle kartonów.

- Spać nie mogłam - tłumaczyła, gdy pytał o czas operacyjny.

Stefania nie potrafiła tęsknić, bo Stefania była prawdziwą chrześcijanką. Jak można rozpaczać po śmierci kogoś, kto - według nauczań Kościoła - jest teraz w lepszym miejscu? W miejscu idealnym! Chyba że Zefiryn trafił do piekła, ale wtedy to również nie jej zmartwienie - każdy odpowiada za własne grzechy. Poza tym Zefiryn już od kilku lat stawał się coraz bardziej bezużyteczny. Wychodził po sprawunki i zamiast załatwić wszystko w trymiga, włóczył się po mieście bez celu, szukając młodzieńczych lat. Tak zawsze jej odpowiadał. Dźwigać już nie mógł, kręgosłup nie nadawał się do fizycznej pracy po młodości spędzonej w fabryce, więc nawet nie mógł znosić zapraw do piwnicy, wyręczał go wnuk. Dlatego też Stefania jakoś nie odczuwała jego braku, tak jak nie odczuwa się braku dziurawego garnka czy patelni bez rączki. Nawet jeśli były tymi ulubionymi. Żyło jej się nawet trochę łatwiej. Nie musiała tyle gotować ani prać. Nie musiała też krzyczeć, żeby ściszył telewizor. Ten spokój został jej bezczelnie wyrwany, ale nie mogła wściekać się na swojego jedynego wnuczka, prawda?

Równo miesiąc po śmierci Zefiryna Kamil zapukał do jej drzwi, a w rękach trzymał niewielki karton, trochę jak pudełko po butach. Tyle że to pudełko wydawało dźwięki.

- Szczura złapałeś w piwnicy, wnusiu? - zapytała, choć już czuła pismo nosem.

- Babciu, ty jak coś powiesz! Prezent dla ciebie mam.

Położył karton na podłodze, a z niego wyciągnął małą, puchatą kulkę. Puchata kulka, jak po chwili się okazało, miała oczy i pyszczek, którego nie zawahała się użyć.

- Ładne psisko - rzekła po chwili Stefania, wstając, omijając psisko jak najszerzej się dało i kierując się do kuchni.

- Cieszę się, że ci się podoba. To ja go zostawiam i jestem za dwadzieścia minut z jego rzeczami.

- Zaraz, zaraz Kamilku. Jakimi jego rzeczami?

- No miski, legowisko, karma. Kupiłem ci, babciu, pieska! Pomyślałem - mówił dalej, powoli zdając sobie sprawę, że chyba niespodzianka nie do końca się udała - że przyda ci się jakieś towarzystwo. Poznaj zatem Zefirka!

Szybko zmieniła psu imię, przecież nie będzie mówić do sierściucha jak do świętej pamięci męża. Długo nad tym myślała, żadne jej się nie podobało. Aż któregoś wieczora na TVN-ie leciała kultowa już komedia z Pazurą.

- Kiler, łajzo, gdzieś pobiegł?! Kiler! - Starała się nie krzyczeć, było już po zmroku, a ona nie należała przecież do kobiet wulgarnych. Damy nie krzyczą. Psy dam już nie muszą przejmować się konwenansami. Usłyszała jego charakterystyczny zachrypnięty szczek. Chyba się przeziębił, bidulek. - Co szczekasz na te śmieci? Co, Kiler?

Ale Kiler nie szczekał na śmieci, przynajmniej nie sensu stricto. Bo takich ludzi jak ten leżący ćpun tak właśnie traktowała. Jak ludzkie śmieci. Życie jest boskim darem, a tacy jak oni odrzucają ten dar. Tacy są dla niej warci mniej niż zero, tak jak w tej hipisowskiej piosence. Podeszła bliżej, Kilera nie dało się odwołać. Bała się po niego schylić, ale nie dało się inaczej. To było silniejsze od niej. Była damą, ale była też starą, osiedlową plotkarą. Może będzie ciekawy temat na niedzielną dyskusję, kiedy razem z Genią ruszą do kościoła. I faktycznie, będzie. Bo to nie był żaden ćpun i na pewno nie było to żadne zero.

ROZDZIAŁ 1

Otworzyła oczy i już była wściekła. Od kilku tygodni tak właśnie się budziła, przez nagłe i natychmiastowe otwarcie oczu. Nie było żadnych spowolnionych ruchów powiek, żadnego patrzenia na świat z perspektywy kopcącego kilogramy zielska rastafarianina, nie. Otwierały oczy jednym ruchem, a wkurwienie nie kazało na siebie za długo czekać. Powodów tego stanu rzeczy było wiele. Pierwszym, może i najbardziej prozaicznym powodem, był sufit, a żeby być precyzyjniejszym - plama na suficie. Obleśna, rozległa plama po zalaniu przez sąsiadów z góry. Kiedy zaczęła wynajmować to mieszkanie, choć było to i tak za mocne słowo jak na tę klitkę, udało jej się ugrać trzy stówki mniej na kaucji - właśnie dzięki plamie. Właściciel, jakiś bananowy dzieciak, który dostał mieszkanie po zmarłym dziadku, obiecał, że odezwie się i w dogodnym terminie razem umówią malarza. I tyle było słychać bananowego gówniarza. Iwona obiecała sobie, że tym razem nie przeleje mu czynszu, zobaczymy, co się stanie. W gruncie rzeczy to ta plama jej samej by nie przeszkadzała, ale było jej bardzo wstyd, kiedy odwiedzała ją mała. Pamiętała minę Kuby, kiedy odprowadził ją tu pierwszy raz. Nie było w niej szydery, nie było obrzydzenia. Było coś o wiele gorszego, coś czego nienawidziła. Litość. Litość była najgorsza.

Po tym, jak kilka miesięcy temu się rozstali, starała się żyć z oszczędności. Z krwawych pieniędzy, których jeszcze trochę jej zostało. Starała się, dlatego żyła prawie jak ascetka. Nie potrzebowała tej pierdolonej litości, a Kuba przecież zostawił jej dostępy do konta.

- Żyj. Nie zostawię matki mojego dziecka z niczym - powiedział wtedy na odchodne.

Żyj, dobre sobie. Był moment, że naprawdę myślała, że da radę, że się ogarnie. Na odwyku dostała porządny wpierdol od życia, właśnie po to, żeby z nim się nie żegnać. To jest piękny paradoks, prawda? Chcesz wyjść z nałogu, chcesz zrobić prezent swojemu ciału, a ono ci mówi: "Tak? To teraz ja ci pokażę!". I pokazuje, czasem za bardzo. Dość miała tego pierdolenia terapeutów, dość rzewnych historyjek innych uzależnionych. A był to naprawdę komiczny miks, kurwa, Avengersi z uniwersum Narcos! Był gość, który żyje w związku interablistycznym z dziewczyną chorującą na DMD, za cholerę nie mogła sobie teraz przypomnieć, od czego utworzono ten skrót. Śliski koleś, na jednej grupówce w końcu powiedział, dlaczego nie kochał tej niepełnosprawnej, o przepraszam! Osoby z niepełnosprawnością. Nie kochał jej, ale kochał mefedron. Historia stara jak świat. Dziewczyna miała bogatych starych, czyli sama też będzie bogata. A jeśli on zostanie jej mężem, istnieje szansa, że on też liźnie tych złotówek ulokowanych na szwajcarskich kontach. Tak mu się wydawało, że są szwajcarskie. Wszystko byłoby super, tyle że dziewczyna miała swoje dziewczyńskie potrzeby, które on musiał spełniać. Spełniał, ale jakim kosztem?

- A intercyza? - spytał go kiedyś Arek, były kompociarz, regularnie znajdujący sobie nowe substancje, w których mógł ulokować uczucie.

- Inter... co? - zapytał Śliski.

- No, intercyza. Przecież mogą ci ją kazać podpisać?

- Ty, no ale ja, ziomek, nie wiem, co jest pięć.

- Intercyza to jest taka jakby rozdzielność majątkowa. Jej hajs zawsze zostanie jej hajsem.

- Jak kurwa jej?! Przecież ja mężem będę. Co moje, to jej, a co jej, to moje, nie?

- Weź to sobie wklep w internety.

No i chyba wklepał, a na drugi dzień już go tu nie było. Chyba wybrał mefedron.

Oprócz Śliskiego i Arka była jeszcze Barbara. Barbara pochodziła z jakiejś małej, śląskiej mieściny, gdzie wiodła typowe, małe, śląskie życie. Zawód żona i zawód potrójna mama. Mieszkała jeszcze z własną, aż pani Pelagii się nie zmarło. Normalnie, ze starości. Wtedy Barbara nauczyła się jednej, bardzo ważnej rzeczy. Czasem odchodzą dwa życia. Czasem jedno jest nierozerwalnie złączone z drugim. Czasem Kostucha dostaje napiwek.

Barbara trzymała się może tydzień po pogrzebie. Dużo wtedy się działo, ciągle ją ktoś odwiedzał, rodzina przyjeżdżała na kilka dni, żeby jej pomóc w codzienności. Ostatecznie każdy i tak wraca do własnej, a ciężar pozostaje. Tego Barbara sama nie potrafiła udźwignąć. Potajemnie poszła do psychiatry w Katowicach. Przepisał jej xanax. Przepisał jej nowe życie. Po jednej tabletce dziennie. Poczuła spokój. Poczuła, jak ta mała tableteczka bierze z jej karku cały ciężar, bierze i mówi: tyś je richtig gryfno frela. Jo ci pomoga!

I pomagała. Pomagała tak dobrze i tak bardzo, że Barbara po raz pierwszy w życiu zrobiła coś wbrew autorytetowi. A w jej życiu autorytetów była cała masa: ojciec, matka, mąż, każdy lekarz, każdy urzędnik, każdy policjant. Zaczęła brać więcej, niż przepisał psychiatra. Zaczęła brać więcej, niż pozwalała ulotka. Skończyło się tak, że któregoś dnia, ledwo po śniadaniu, zaczęła być senna. Godzinka, może dwie drzemki, taki był plan. Obudziła się w szpitalnej sali tydzień później. Mąż był wściekły. Wywiózł ją na odwyk pod Warszawę, a wszystkim powiedział, że jest w Ciechocinku. Ta kobieta miała więcej problemów ze sobą niż włosów na głowie.

No i był też Grześ. Grześ na terapii udawał niewiniątko, wymyślał historie, które mogłoby robić za nową powieść Żulczyka. Miał trzydzieści trzy lata i zawał na koncie. Polubili się z Iwoną. Kiedyś powiedział jej, że to wszystko ściema, na odwyku umieszczają go rodzice, a on zaraz po wyjściu znów wali w palnik do momentu, aż się nie zorientują.

Iwona po wyjściu czysta była dwa miesiące. Najgorsze miesiące jej życia. Wszystko było nie tak. Wszystko szare, nudne i bez sensu. Nawet czas spędzany z Dorotką. Zamiast zagryźć zęby, kontynuować terapię, wziąć prawdziwe leki, zamiast długiej i wyboistej drogi wybrała tę na skróty. Wybrała łatwiejsze wyjście i teraz totalnie siebie za to nienawidziła. Każdego ranka, kiedy patrzyła w upierdolone niczym stół Durczoka lustro, chciała je rozbić. Chciała rozbić siebie i móc złożyć się na nowo, bez tych niepasujących elementów. W inne dni chciała umrzeć. Wziąć kawałek szkła i podciąć sobie żyły. Nie zostawiać żadnych listów, nikomu nic nie mówić. Odejść. Tyle że nie mogła. Nie chciała zostawiać niedokończonych spraw.

W końcu zwlekła się z łóżka i już zaatakował ją kolejny powód wiecznej wściekłości. Telefon. Psuł jej się telefon i znowu nie naładował się przez noc. Wyjęła kabel, przedmuchała aparat, znowu wsadziła. Powtórzyła operację tyle razy, aż ekran pokazał jej upragnioną ikonkę baterii. Nie dało się go jeszcze włączyć, rzuciła więc niekonstytucyjnym słowem pod nosem, ubrała się i poszła po coś do jedzenia. Nie było już pyszności z Charlotte, nie było lunchów na mieście co drugi dzień. Były najtańsze bułki z Żabki, produkt seropodoobny i pomidor.

Zbiegła po schodach kamienicy na warszawskim Targówku, znowu śmierdziało tanim alkoholem i fajkami. Do Żabki miała trzy minuty, to się przynajmniej nigdzie nie zmieniało. Mogłeś wyjść z luksusowego apartamentu na Złotej albo z zarzyganej klitki na Pradze, nieważne, skąd wyszedłeś, to miałeś blisko do Żabki. W sklepie wzięła dwie bułki, muszyniankę i jogurt naturalny. Więcej czasu niż na wybieraniu spędziła w kolejce. Gówniarze przed szkołą przyszli po hot dogi, blokując tym samym kasę, a kiedy biednej kobiecinie udało się uporać z ich zamówieniem, musiała użerać się z jakąś penerą. Śmierdząca starym potem kobieta usilnie próbowała wmówić ekspedientce, że pieniądze zeszły z jej konta, a na kasie pokazywało odmowę.

- Ile tu pani pracuje? - zapytała bezczelnie patusiara, widząc, że starsza pani czuje się coraz bardziej niekomfortowo.

- Trzy tygodnie - odpowiedziała pokornie - ale wcześniej we...

- A na pewno pani umie to obsługiwać? - zapytała, chowając do torebki paczkę fajek, którą chciała kupić. - Niech się pani pospieszy! Kolejka się robi!

- Przecież pani pokazuję, że jest odmowa.

- To może niech pani kolejną osobę skasuje, to się system odwiesi.

- Łeb ci się zaraz odwiesi - burknęła pod nosem Iwona, ale zdała sobie z tego sprawę dopiero, kiedy patusiara i kasjerka wbiły w nią wzrok.

- Coś powiedziała, franco?

- Wybacz, nie chciałam na głos. Kartą zapłacę - powiedziała Iwona, kładąc zakupy na ladzie.

- Se nie pozwalaj, kurwa, bo mój facet...

- PRZEPRASZAM! - podniosła głos kobieta z synkiem stojąca za Iwoną. - Może pani uważać na słowa? Tu dzieci są. - Mówiąc to, zakryła uszy chłopcu.

- To niech się uczą życia! - krzyczała już patusiara.

- Reszty nie trzeba - rzuciła Iwona tak szybko jak dziesięciozłotowy banknot na ladę i czym prędzej wyszła ze sklepu.

Nie miała ochoty na burdy. Chciała tylko coś zjeść i pójść pobiegać. Chyba tylko bieganie trzymało ją jeszcze przy życiu, inaczej w ogóle nie wychodziłaby z mieszkania. Miała już swoją ulubioną, pięciokilometrową trasę w Parku Bródnowskim, którą w miarę potrzeb i możliwości zwielokrotniała. Tęskniła za crossfitem, ale nie chciała teraz szastać pieniędzmi. Szczególnie po tym, kiedy przyszła wycena od prawnika.

- Iwona Steg? - usłyszała za plecami, kiedy już wchodziła do kamienicy przy ulicy Złotopolskiej.

Wystarczyła sekunda, żeby wiedziała, kim są. To jest coś w samej postawie, w sposobie bycia. Pies zawsze wyczuje smród innego psa. Nawet były.

***

Przez całą drogę nikt się nie odzywał. Ani Iwona, ani dwóch policjantów. Jeden wyglądał dość zabawnie, jak skrzyżowanie Dawida Podsiadło z czasów Comfort and Happiness z Dawidem Podsiadło z czasów Małomiasteczkowego. Miał długie, gęste, kręcone włosy, a pod nosem równie gęstego wąsa. Drugi, ten który prowadził auto, był ogolony na łyso, musiał zrobić to dziś rano, bo słońce odbijało się od jego skóry. Kojarzył jej się trochę z Venusaurem, ostatecznym stadium ewolucji Bulbasaura. Miał bardzo szeroko rozstawione oczy, które ciągle były lekko przymrużone. Jakby nie dowidział albo chwilę wcześniej zajarał dobrego skuna. O dziwo trasa do Pałacu Mostowskich, który znajdował się po drugiej - podobno tej lepszej - stronie Wisły, nie zajęła więcej niż piętnaście minut, Iwona nie miała więc zbyt dużo czasu, żeby pomyśleć. Zresztą ostatnio myślenie nie było jej mocną stroną. W głowie cały czas miała jakby mgłę, taką, która blokowała myśli przed dotarciem do odpowiednich partii mózgu. Miała w głowie Silent Hill, razem z potworami w pakiecie. Kuba strasznie jarał się tą grą, pamięta więc, że było tam sporo zakończeń. W jednym z nich okazywało się, że za wszystkim stał pies. Jakież to byłoby piękne zwieńczenie jej bólu i cierpienia, być tylko zabawką w łapach sympatycznego czworonoga. Być nieodpowiedzialną za swoje czyny. Raj. Kiedy znaleźli się na moście Gdańskim, przypomniało jej się, że można na nim zobaczyć neon z napisem "Miło Cię widzieć". Kurwa, może kiedyś.

Zaparkowali pod siedzibą stołecznej komendy na Nowolipiu. Tyle razy widziała ten gmach w filmach, tyle razy był opisywany w książkach, nie sądziła, że kiedyś będzie tutaj przywieziona. Przynajmniej jeszcze nie teraz.

- Proszę za mną - powiedział Podsiadło, a kiedy zaczęła za nim wolno człapać, ten drugi szedł za nią, tak jakby bali się, że w którymś momencie odwróci się i zacznie uciekać.

Szła tam, gdzie kazano, usiadła tam, gdzie jej kazano, zamówiła wodę, kiedy ją zapytano. Robiła wszystko mechanicznie, jak robot. Może to faktycznie ten pies?

- Pani Jabłońska - teraz zaczął ten podobny do Venusaura - szanujemy pani czas. Niech nam pani powie zatem, co pani robiła wczoraj wieczorem.

- To zależy - rzucił być może pies ustami Iwony.

- Od czego? - odburknął Venusaur, który najwidoczniej przejął rolę złego policjanta.

- Wieczór to szerokie pojęcie. Konkrety, panie aspirancie.

- Podkomisarzu.

- Pan też? - zapytała, zerkając na Podsiadło.

- Stopień wyżej.

- No brawo, chłopaki. To może konkrety, co? Podobno szanujecie mój czas. Ktoś umarł?

- Tak. Pani mąż.

Iwona rzadko kiedy była w stanie zaniemówić. To była jedna z tych sytuacji. Patrzyła się prosto w zamulone oczy Venusaura, nawet kiedy brała łyk wody. Przełknęła go głośno i dopiero wtedy była wstanie wydusić jedno słowo.

- Kiedy?

- Co robiła pani wczoraj między dwudziestą drugą a dwudziestą czwartą?

- Nic - rzuciła znacznie szybciej, niż chciała. - Siedziałam w domu. O ósmej podrzuciłam Dorotkę Kubie i... Jezus Maria, co z Dorotką?!

- Dlaczego nie odbierała pani telefonu?

- Bo mi się rozładował! Co z moją córką?!

- Jest u dziadków. Przyjechali tutaj i wzięli ją do hotelu. Czy ktoś może potwierdzić, że była pani w domu?

- Tak, dostawca żarcia! Sobie dzwońcie do Glovo. W jakim hotelu?

- Tego nie możemy pani powiedzieć. Nie ma pani numeru do teściów?

- Czy ty mnie słuchasz, jebany pokemonie?! ROZŁADOWAŁ MI SIĘ TELEFON! Został w domu.

- Pani Iwono - wtrącił się Podsiadło. Tak jak przewidziała, będzie tym dobrym. Jebany małomiasteczkowiec. - Proszę się uspokoić, po co te wyzwiska? Pani córka jest bezpieczna, nic się jej nie stało, zaraz będzie pani mogła się z nią zobaczyć. Choć rodzice pani świętej pamięci męża byli wściekli.

- Dlaczego nie przyjechaliście wcześniej?

- Nie mieliśmy takiej potrzeby.

- Jak nie mieliście, jak moja córka na pewno była przerażona!

- Ale była już zaopiekowana, kiedy skończyliśmy czynności na miejscu. Nie sprawdzała pani dziś wiadomości?

- Ja jebię. Rozładował mi się telefon, czego nie rozumiecie? Mogę stąd iść?

- Z jakiej restauracji zamawiała pani jedzenie? I o której godzinie?

- Z Vegan Ramen Shop. Nie pamiętam godziny. Jak sprawdzę, to dam wam znać.

- Wie pani, co mnie dziwi? - znowu do rozmowy włączył się cały czerwony na twarzy Venusaur. - Ani razu nie zapytała pani o męża.

- Macie dzieci? Jakbyście mieli, tobyście zrozumieli. Co się stało Kubie?

- Pani mąż - zerknął ostentacyjnie w dokumenty Podsiadło - o, przepraszam, zapomniałem, że jesteście państwo w trakcie rozwodu, mogę mówić mąż?

- Do rzeczy - syknęła.

- Jakub Jabłoński został wczoraj zamordowany. Ktoś - Podsiadło zrobił długą pauzę i zerknął na swojego kolegę - zaatakował go nożem. Prawdopodobnie takim zwykłym, kuchennym.

- Jestem o coś podejrzana?

- Nie.

- Jeszcze - dodał, nie kryjąc satysfakcji zły gliniarz. - Na razie niech pani pomyśli, czy niedoszły były mąż miał jakichś wrogów? Kogoś, kto chciałby, żeby zniknął z tego świata?

- Nie wiem. Pomyślę. Ostatnio za wiele nie rozmawialiśmy.

- Proszę - Podsiadło zapisał coś na kartce i położył ją przed nią - to mój numer telefonu. Proszę zadzwonić, jeśli znajdzie się coś, co chciałaby pani nam powiedzieć.

Iwona wstała i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo jest roztrzęsiona. Mięśnie jej ud żyły własnym życiem.

- I proszę nie opuszczać Warszawy. Tak na wszelki wypadek - powiedział Venusaur, kiedy miała już dłoń na klamce.

Wychodząc, pierdolnęła drzwiami z całej siły.

Mężczyźni spojrzeli po sobie i zanim którykolwiek zdążył coś powiedzieć, drzwi się otworzyły.

- Sorka - powiedziała Iwona - klamka mi się wyślizgnęła. Odwieziecie mnie do domu?

***

Matka Kuby była roztrzęsiona, Iwona nie wiedziała tylko, czym bardziej. Tym, że zginął jej jedyny, ukochany syn, czy tym, że jej jedyna, ukochana wnuczka przeżyła właśnie traumę. Dobrze, że nie wiedziała, że to już druga. Dorotka jeszcze o niczym nie miała pojęcia. Teraz poszła z dziadkiem na pobliski plac zabaw, widziały się dosłownie pięć sekund.

- Jak mogłaś jej to zrobić? Jak mogłaś, Iwona? Wiesz, jak ona się musiała bać? Co ona musiała przeżywać? Ona... - matka Kuby zaczęła szlochać - ona nie dzwoniła do Kuby przez ponad godzinę. Chciała pokazać mu, że jest dzielna i odważna, myślała, że to jakiś test. Później, kiedy już przestała być, dzwoniła do ciebie, a ty nie odbierałaś!

- Co z telefonem Kuby?

- Nie wiedzą. Był sygnał, a później albo ktoś wyłączył, albo się rozładował. Jezu, jak dobrze, że wy mnie nie posłuchaliście i kupiliście dziecku telefon... Później zadzwoniła do mnie i powiedziała, że tatuś wyszedł ze śmieciami, a ona dzielnie czekała, ale napiła się pepsi i tatuś teraz nie wraca. Wiesz, że ona myślała, że to jest za karę? Że Kuba widział, jak się napiła tej pepsi? Biedne dziecko. A Kuba? Boże, Iwona...

Rzuciła się jej na szyję i mocno objęła. Łzy płynęły po jej szyi, moczyły T-shirt. Oczy Iwony nadal były suche, szeroko otwarte. Nie mrugała. Myślała.

- Idę do córki. Okazanie wezmę na siebie, ktoś będzie musiał potwierdzić, że ciało należy do Kuby.

- Czy oni ciebie podejrzewają? - odpowiedziała nagle matka Kuby, zmieniając się ze schroniskowego, przestraszonego szczeniaczka we wściekłą, nasterydowaną bestię. - Czy to ty mu to zrobiłaś?! Zabiłaś go?!

- Czy ty siebie słyszysz? To, że się rozwodzimy, nie znaczy, że zrobiłabym mu krzywdę!

- Nie dostaniesz jej, słyszysz?! Nigdy jej nie dostaniesz! Nie umiesz być matką!

- Przynajmniej nadal nią jestem. Na razie.

W tym była dobra. W ranieniu ludzi słowami. Wiedziała, jak i gdzie trafić, żeby zabolała dusza. Bo dusza zawsze boli najbardziej. Wyszła, słysząc za sobą zwierzęcy ryk. Trudno, trzeba było nie zaczynać.

Dorotka siedziała na huśtawce, którą ojciec Kuby popychał od niechcenia.

- Cześć - powiedział, kiedy podeszła bliżej. - Moje kondolencje.

- Moje też. Cześć, kochanie! Przytulisz mamusię?

Dorotka zeszła z huśtawki i zrobiła, o co poprosiła ją Iwona. Przyklęknęła, żeby móc spojrzeć córce w oczy.

- Hej, mała! Co jest?

Dorotka podniosła oczy, które wcześniej wbite były w ziemię. Wtedy Iwonie pękło serce, nie wiedziała, który już raz. Miała wrażenie, że jej jest już witrażem, poklejonym, dość niewprawnie, z resztek, które udało się uratować z każdego poprzedniego pęknięcia. A było ich coraz mniej.

- Pójdziemy do domku, co? A pan niech lepiej idzie do pokoju. Żona pana potrzebuje.

- Pójdę. Ale, Iwona? - Zbliżył się do niej i szepnął tak cicho, żeby nie usłyszała tego Dorotka. - Ona trafi do nas. Ty się nie nadaje...

- No, skarbie! Pożegnaj się z dziadkiem! I idziemy na lody? Chciałabyś?

Nie odwróciła się, choć czuła na plecach wściekły wzrok teścia. Jeszcze tego jej brakowało. W kieszeni kurtki zapiszczał jej naładowany już telefon. Numer nieznany. Czyżby psiaki się bawiły? Podsiadło chce jej powiedzieć, że nie ma podejrzanych, tak jak podobno nie ma fal?

- Halo - rzuciła oschle.

- Koń się obalo! A raczej już się obalił! No brawo! To tak się teraz załatwia rozwody?

Nienawidziła tego głosu. Nienawidziła jego właściciela. Ale w ogóle nie była zdziwiona, że zadzwonił. W końcu mieli niedokończone sprawy.