Zero - Joanna Łopusińska

Kup ebooka

41.99 zł
34.85 zł (29,39 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Postaci

Ava Majewska - dwudziestodwuletnia doktorantka Uniwersytetu Oksfordzkiego. Wybitnie uzdolniona matematyczka o szwajcarsko-polskich korzeniach.

Alex Keda - fizyk, pracownik genewskiego CERN-u1. Przed trzydziestką.

Timothy (Timmy) Brown - detektyw policji w Oksfordzie; żonaty, ma małe dziecko.

Jacob Harding - ksiądz jezuita, pracownik naukowy jednego z oksfordzkich kolegiów. Promotor doktoratu Avy.

Eleanor Moore - Brytyjka po siedemdziesiątce. Zarządza prywatnym funduszem inwestycyjnym w Londynie.

Daniel Wright - prawa ręka Eleanor Moore.

Gideon Welles - (zmarły przed wydarzeniami w powieści) Brytyjczyk z arystokratycznej rodziny, finansista. Zarządzał prywatnym funduszem inwestycyjnym z ramienia Eleanor Moore.

Anke Deuter i Joel O'Brian - współlokatorzy Avy w jej house-share w Jerychu w Oksfordzie.

Yvonne Wang i Gregor de Boer - współpracownicy Alexa w CERN-ie.

Francesca Accardi - (zmarła przed wydarzeniami w powieści) CERN-owska naukowczyni włoskiego pochodzenia. Doprowadziła do odkrycia bozonu Higgsa, Boskiej Cząstki.

Noah Majewski - (zmarły przed wydarzeniami w powieści) brat Avy Majewskiej, genialny fizyk, twórca Reguły Przypadku. Kontestował kierunek, w jakim podąża współczesna nauka.

John Leman - Amerykanin po trzydziestce. Naukowiec, który porzucił karierę dla pracy w sektorze finansowym. Mieszka w Nowym Jorku.

Rebeka Leman - (zmarła przed wydarzeniami w powieści) siostra Johna Lemana. Amerykanka żydowskiego pochodzenia. Naukowczyni zajmująca się fizyką kwantową.

Lonnie Bobzien - amerykański naukowiec niemieckiego pochodzenia, znany jako "ostatni uczeń Alberta Einsteina".

Zaki Dżochdar - saudyjski fizyk, supergwiazda teorii strun. Ma trochę ponad czterdzieści lat.

Dżamal Hadid - Saudyjczyk. Mieszka w Londynie z żoną i dwiema córeczkami.

Cooper - Australijczyk, finansista. Mąż wnuczki Eleanor Moore.

Abraham (Brahm) Coin - ksiądz jezuita, dyrektor Obserwatorium Watykańskiego, naukowiec, który połowę życia spędził w służbie swojemu zakonowi.

Danielle Hauser - inspektorka policji kantonalnej w Genewie.

Gianfranco Segredo - generał zakonu jezuitów, nazywany czarnym papieżem. Włoch koło siedemdziesiątki.

Albert Einstein - postać historyczna. Ikoniczny laureat Nagrody Nobla, pochodzenia żydowskiego (w różnych okresach życia był obywatelem różnych państw). Uznawany za największego naukowca XX wieku. Twórca m.in. teorii względności.

Kurt Gödel - postać historyczna. Logik, matematyk, fizyk teoretyk; uznawany za jeden z najwybitniejszych umysłów wszechczasów. Austriak.

Ojciec Levin - ksiądz jezuita przewijający się w retrospekcjach Lonniego Bobziena.

1

Teraz1 września 2012 roku, sobotaJericho, dzielnica Oksfordu, Wielka Brytania

Słońce zachodziło między dachami ustawionych w szeregu domów. Zmrużył oczy, ostatnie promienie wycelowane były, jakby na złość, wprost w jego twarz. Jeszcze parę minut i wróci ostrość widzenia - pomyślał, robiąc krok w tył i kryjąc się głębiej między zaroślami. Przyroda wokół, choć właśnie zaczynał się wrzesień, ciągle była żywa i zielona, dawała schronienie każdemu, kto szukał go tak jak on.

Ścieżką przed nim przebiegła kobieta w sportowym stroju, ze słuchawkami na uszach. Nie zwróciła na niego uwagi. I dobrze. Nie rzucał się w oczy, nie w tym kraju, a na pewno nie w tym chlubiącym się wszelakiego rodzaju różnorodnością mieście. Miał wrażenie, że tyle samo uwagi przyciągałby w dżinsach i koszuli, co przebrany w strój klauna albo wbity w uniwersytecką togę. Każdy tu pilnował swojego i tylko swojego nosa.

Słońce wreszcie całkiem skryło się za domami z czerwonej cegły. Zamrugał, znowu widział wyraźnie. Wąski kanał i ciemna tafla wody tuż przed nim, niskie nabrzeże z pomostem po drugiej stronie. Nieruchomości w tej okolicy na pewno nie należą do tanich - stwierdził w duchu, przyglądając się zadbanym trawnikom, starym drzewom i cumującym to tu, to tam łódkom.

Przyjęcie po drugiej stronie rzeki trwało w najlepsze. Pomost i schowany w głębi taras były oświetlone przez rzędy żółtych światełek, a muzyka dochodząca do jego uszu tak głośna, jakby znajdował się tuż obok bawiących się w najlepsze młodych ludzi. Śmiali się, pokrzykiwali, całowali, tańczyli, pili i palili. Jak gdyby życie, po wsze czasy, miało być ich, jakby śmierć była tylko filozoficznym abstraktem, z którym ich młodość zawsze będzie wygrywać. Kiedyś myślał dokładnie tak samo.

Ona też tam była. Co jakiś czas, między plamami zieleni, migała jej czerwona sukienka albo jasna głowa z rozpuszczonymi włosami.

Potarł o siebie mokre od potu dłonie.

Szybko zrobiło się ciemno. Na ścieżce zapaliło się kilka latarni. Myślał o tym, co miał zrobić.

Musiał czekać.

Nie wiedział, jak długo tak stał. Kiedy wreszcie się ocknął, muzyka była cichsza, a pomost opustoszał. Rozejrzał się na boki. Nikogo. Zszedł do kanału. Woda była nieprzyjemnie zimna, ale nie głęboka i nie musiał zanurzać się cały, bez problemu stąpał po dnie. Podciągnął się z niejakim trudem i po chwili był już na pomoście. Schował się za żywopłotem i szerokim pniem jednego z drzew.

Przyjęcie przeniosło się do domu - nic dziwnego, w końcu zrobiło się zimno, a on dygotał cały w przemoczonym ubraniu. Dziewczyna w czerwonej sukience pojawiła się na tarasie, zbierała szklanki. Po chwili zniknęła w drzwiach domu, po czym znowu wyszła. Kierowała się wprost na pomost. Na niego. W jej ręce błysnął ogień zapalniczki. Potknęła się i zatoczyła, ale szybko złapała pion.

Zaraz tu będzie - pomyślał - napinając się cały.

Minęła miejsce, gdzie się krył. Nie zauważyła go.

Stała na brzegu przystani, tyłem do niego. Słyszał, jak zaciąga się dymem. Na tle pogrążonego w mroku kanału jej jasna głowa i białe kropki na materiale sukienki wyglądały jak księżyc i rozsypane wokół niego gwiazdy. Zrobił krok w jej stronę. Nie słyszała go, kiwając się w rytm cichej melodii.

Zaatakował, kiedy wrzucała niedopałek do kanału. Zdążyła krzyknąć, zanim kopnięciem podciął jej nogi, tak że upadła na brzuch, głucho uderzając twarzą o deski pomostu. Podparła się na łokciu, próbując wstać i przykładając drugą dłoń do rozbitego nosa. Jęknęła, gdy dostrzegła krew na palcach. Zaczęła unosić twarz, jakby chciała na niego spojrzeć. Nie myśląc wiele, chwycił ją za włosy, a głowę wepchnął do wody. Szarpała się, ale on był silniejszy. Próbowała odpychać go niezdarnie, drapała. W końcu przestała walczyć, ale on nadal trzymał jej głowę w kanale. Puścił ją po kilku minutach, powoli wyplatając ręce z mokrych strąków włosów.

Nie poruszyła się.

Jej ciało, bezwładne jak szmaciana lalka, leżało na mokrych drewnianych deskach. Podniósł się z kolan i zsunął do kanału, pociągając ją za sobą. W wodzie na jego rękach była taka lekka! Umieścił ją pod pomostem i zaklinował tak, żeby nie wypłynęła. Nie chciał, żeby odkryto ją za szybko.

Cicho przeprawił się na drugi brzeg, a potem powoli skierował się ponownie w stronę hotelu.

Nie czuł nic.

4

Ta sama noc, kilka godzin później2 września 2012 roku, niedzielaCowley, dzielnica Oksfordu

- Timmy! - Ktoś szarpał go za ramię. - Obudź się!

Niechętnie otworzył oczy. W sypialni było ciemno, przez okno wpadało tylko trochę światła z ustawionych wzdłuż ulicy latarni. W bladej poświacie rozpoznał twarz swojej żony Róisín.

- Co?... - zaczął niepewnie.

- Telefon dzwoni - syknęła i dopiero wtedy usłyszał ciche buczenie swojej policyjnej komórki. Zawsze miał ciężki sen, w przeciwieństwie do niej. - No szybko, bo mały się obudzi - fuknęła, opadając z powrotem na poduszki.

Timmy usiadł na łóżku i odebrał połączenie, nie patrząc na numer.

- Halo - rzucił i odchrząknął, jego głos brzmiał wyjątkowo słabo.

To musiała być komenda, nikt nie dzwoniłby - spojrzał na budzik przy łóżku - o piątej trzydzieści rano. A przecież wiedzieli, że wczoraj skończył po godzinach! Jakby nie mogli spróbować najpierw z drugim dyżurnym policjantem...

Wyszedł do przedpokoju i cicho zamknął za sobą drzwi. W lustrze w holu mignęły jego ciemna skóra, białka oczu i ścięte przy samej skórze włosy.

Miał nadzieję, że Róisín szybko zaśnie. Jeśli nie zaśnie, to się nie wyśpi, a jak się nie wyśpi, to będzie marudzić. To marudzenie, tak do niej wcześniej niepodobne, wypełniło miesiące, które nastąpiły po przyjściu na świat ich syna. Dawniej spała po minimum osiem godzin na dobę. Nie znosiła, gdy coś zaburzało jej rutynę. Jego matka powiedziała kiedyś, że może nie powinna mieć dziecka, skoro jest taka wrażliwa na niewygody. W odpowiedzi Róisín na pół roku przestała się do niej odzywać. Timmy próbował mediować między dwiema skrajnie różnymi stronami konfliktu, bez większych efektów. W końcu to jego uparta jak wszyscy Szkoci, prawie sześćdziesięcioletnia matka przeprosiła gorącokrwistą, irlandzką synową. Od tamtego czasu ich stosunki powoli wracały do normy, ku jego nieopisanej uldze. Kochał je obydwie.

Zszedł na dół, do salonu.

- Halo - powtórzył do słuchawki, przysiadając na sofie. W końcu sprawdził numer, z którego dzwoniono. Tak jak myślał, komenda. Westchnął, nie znosił, kiedy wzywali go w nocy albo jak teraz nad ranem. A z innego powodu by przecież nie dzwonili!

- Thames Valley Police, Oxford Road, Lina Gross - zabrzmiało w słuchawce. - DI2 Timothy Brown? - zapytała.

- Przy telefonie - odpowiedział Timmy szybko. Dziewczyna zaczęła pracę niedawno, przypomniał sobie, znał jej głos, ale nazwiska nie pamiętał.

- Mam zgłoszenie utonięcia sprzed kwadransa. Dwudziestokilkuletnia kobieta - wyjaśniła.

- Kto jeszcze ma dyżur?

Słyszał, jak kobieta szpera w jakichś papierach.

- Nie wiem - jęknęła. - Mam tu tylko ciebie, Brown.

- Na dyżurze zawsze jest dwójka detektywów, musisz znać ich nazwiska, telefony, adresy. Co, gdybym nie odebrał? - rzucił zirytowany. - Kogo byś posłała? - Nie odpowiedziała. Był ostrzejszy, niżby chciał. Tłumaczył sobie, że bez tego dziewczyna się nie nauczy. - Wiadomo coś więcej o tym utonięciu? - wrócił do poprzedniego tematu. Gross zaprzeczyła. - Wysłałaś już ekipę na miejsce?

- Tak. Dwóch konstablów do zabezpieczenia terenu i techników. - Wydawało się, że czyta z kartki. - Wystarczy? - zapytała z nutą strachu w głosie.

- Tak - odparł. - Jak będzie trzeba więcej ludzi, dam znać. Wyślij mi adres.

- Dobrze, dziękuję - odpowiedziała i rozłączyła się.

Timmy westchnął ciężko i wstał z miękkiej sofy. Umył się, ubrał, napisał kartkę dla Róisín i już go nie było.

5

Trzy dni wcześniej30 sierpnia, czwartekcentrum Oksfordu

Sukienka była naprawdę tania. Ava Majewska kupiła ją dzień wcześniej w irlandzkiej sieciówce Primark. Primani, mówili wszyscy, zlepiając nazwę sklepu z brandem słynnego włoskiego domu mody. Krój podkreślał wszystko, co miał podkreślać, a czerwony materiał w białe kropki dobrze wyglądał na opalonej skórze. Lato, które właśnie się kończyło, było drugim najcieplejszym w tym tysiącleciu, a słońce świeciło przez większą część dni. Z powodu upałów mieszkańcy Oksfordu, w tym ona, masowo zaczęli spędzać czas nad Tamizą i łączącymi się z nią mniejszymi rzekami. Woda była czysta i rześka, a Ava odkryła, że uwielbia pływać.

Czerwień materiału sukienki co rusz odbijała się w witrynach, które mijała, pedałując w kierunku Campion Hall, jednego ze zrzeszonych w ramach Uniwersytetu Oksfordzkiego private halls3, gdzie miała spotkać się ze swoim promotorem, jezuitą Jacobem Hardingiem.

Z Hardingiem znali się od przeszło roku, kiedy po ukończeniu studiów pierwszego stopnia zaczęła pisać doktorat. Jeśli ktoś zapytałby ją, agnostyczkę, dlaczego zdecydowała się otworzyć przewód doktorski z matematyki w katolickim, a ściślej rzecz biorąc: jezuickim kolegium, trudno byłoby jej odpowiedzieć. Coś urzekło ją zarówno w samym księdzu, jak i w Campion Hall, ukrytym za wysokimi murami azylu w centrum miasta.

Zatrzymała rower przy Brewer Street i przypięła go do znaku drogowego na rogu skrzyżowania. Ruszyła wzdłuż kamiennych ścian ciągnących się przez całą długość ulicy.

Kiedy przyjechała do Oksfordu, zdziwiły ją wszechobecne bramy, ściany i mury. Dopiero później odkryła, że okute żelazem drewniane wrota w kamiennych elewacjach kryją wielosetletnią historię, do której dostęp mają nieliczni. W tym i ona, o czym przekonała się, odbierając kartę uniwersytecką, która nie tylko dawała dostęp do jej wydziału, ale i otwierała wszystkie wcześniej niedostępne dla niej podwoje. Z zapałem zaczęła zwiedzać kolejne kolegia, ich jakby żywcem przeniesione z filmów fantasy dziedzińce z krużgankami, obite drewnem, eleganckie jadalnie, monumentalne kaplice i romantyczne w klimacie biblioteki. O cudownych, pielęgnowanych od setek lat ogrodach nie wspominając! Jeden z koledży miał nawet park pełen jeleni. I to w centrum miasta! - zachwycała się, przyglądając się dzikim w założeniu zwierzętom, spokojnie pasącym się pośród historycznych zabudowań.

W Campion Hall dzięki kamiennym murom, częściowo pamiętającym szesnasty wiek, było chłodniej niż na zewnątrz. Jacob jak zwykle czekał w swoim ulubionym żółtym saloniku z wyjściem do ogrodu. Kiedy weszła, zamknął książkę, którą jeszcze przed chwilą czytał, i wstał. Ćwiczenia duchowe, mignęło jej na okładce. Jezuita pełną gębą - pomyślała.

Ścisnął jej dłonie na przywitanie i się uśmiechnął. Miał czterdzieści parę lat, kwadratową szczękę i burzę ciemnych, przetykanych srebrnymi nitkami loków. Nie był wysoki, choć taki się wydawał, pewnie dzięki silnemu charakterowi, któremu wszyscy chętnie się poddawali. No, prawie wszyscy - przemknęło jej przez myśl.

- Chcesz coś do picia? - zapytał Harding, ale pokręciła głową. - Przejdziemy do ogrodu?

Miał dziwny, jakby lekko irlandzki akcent znad jeziora Ontario. Kiedyś wyjaśnił jej, że to pozostałość po irlandzkich osadnikach z osiemnastego wieku. Ich angielscy koledzy często żartowali z akcentu Kanadyjczyka. Nie tylko z niego, Brytyjczycy mieli obsesję na punkcie wymowy, uwielbiali śmiać się z regionalizmów i o nich dyskutować.

Skinęła głową w odpowiedzi na pytanie o ogród.

Jacob otworzył jej drzwi, wpuszczając ją na otoczony murami i wysokimi budynkami dziedziniec z bujnym, pełnym kwiatów ogrodem i altaną pośrodku. Usiedli naprzeciwko siebie. Ptaki śpiewały wprost niemożliwie radośnie.

- O czym chciałaś rozmawiać? - Ava zastanawiała się, czy z ust promotora padnie dziś cokolwiek innego niż pytania. Zwłaszcza w związku z tym, co miała mu do powiedzenia. - Do Michelmas4 jeszcze trochę ponad miesiąc. - Uśmiechnął się. - Chodzi o doktorat? - Pokręciła głową. - Nadgoniłaś coś?

- Nie - zaprzeczyła szybko.

- Wiem, że nie było ci łatwo po tym wszystkim... - zaczął, ale przerwała mu ruchem dłoni.

Nie chciała rozmawiać o tym, co wydarzyło się w Szwajcarii trochę ponad pół roku wcześniej. Wystarczyło jej, że sama ciągle o tym myślała. A gdyby choć na chwilę zdarzyło się jej o wszystkim zapomnieć, szybko przypomniałaby jej o tym brzydka, wciąż czerwona blizna po kuli, tuż nad lewą piersią. Blizna, którą codziennie zamalowywała kryjącym korektorem, ale którą i tak ciągle było widać. Może z czasem przestanie ją dostrzegać, myśleć o niej i o wydarzeniach, których pamięć niosła?

Gdyby mogła wybierać, nigdy by do tego nie wracała. Psycholog, z którym rozmawiała po tym, co media okrzyknęły "masakrą w Zollikon", wielokrotnie tłumaczył jej, że działała w ramach obrony koniecznej, że nie powinna się samobiczować, oskarżać... "Zabiłaś dwoje ludzi, ale to nie na tobie spoczywa odpowiedzialność za ten czyn", mówił. Kiedyś nawet zapisała to na kartce i powiesiła nad biurkiem w pokoju. Zupełnie nie pomagało, więc wyrzuciła świstek i wróciła do życia w cieniu winy.

Ava zastanawiała się, co właściwie wie Harding. Czy zna tamte wydarzenia ze źródeł innych niż tylko gazety? Co o niej myśli? Nie śmiała o to pytać. Za bardzo bała się odpowiedzi.

Kiedy w połowie stycznia wróciła do Anglii, Anke i Joel, z którymi mieszkała, przyjęli ją nadzwyczaj ciepło. Wcześniej nie była z nimi blisko, ale to się zmieniło. Zaczęli jeść razem śniadania, czasem kolacje, wychodzić to tu, to tam, zapraszali też do domu swoich znajomych i zmuszali Avę do uczestniczenia w tych spotkaniach. W najbliższy weekend planowali wielką imprezę na zakończenie lata w ogrodzie ich domu nad brzegiem Kanału Oksfordzkiego. To miały być ostatnie naprawdę ciepłe dni przed nadejściem jesieni. Ale kto to wie, prognozy mogły się mylić, jak to w Anglii.

- Nie chodzi o doktorat - wróciła do rozmowy z Hardingiem. - Choć wiem, że nie jesteś zachwycony postępami... - Wzruszyła ramionami. - Zajmowałam się ostatnio czymś innym. - Jezuita przyglądał się jej z zainteresowaniem.

- Czym?

Zastanawiała się, jak ugryźć temat. Chciała mu go przedstawić tak, by nie pomyślał, że oszalała. Ludziom trudno ocenić, gdzie przebiega granica między geniuszem a szaleństwem, a od pewnego poziomu, geniuszu albo szaleństwa, staje się to wręcz niemożliwe. Zostawia się to historii.

- Czytałeś artykuł, który wyszedł po śmierci mojego brata Noaha? - zapytała, a Harding skinął głową.

Chodziło o tekst, który napisała z Alexem Kedą, a który prezentował odkrycie przez jej brata Reguły Przypadku5, nowego prawa przyrody mówiącego o tym, że ten ogromny wszechświat wokół nas wcale nie jest niepoznawalnym chaosem, tylko przeciwnie, kosmosem, ładem i harmonią. Że nawet tam, gdzie wszystko zdaje się pogrążone w ciemności i bezładzie, można znaleźć jasne reguły. Reguła Noaha była na dobrą sprawę odpowiedzią na słynne słowa Alberta Einsteina o tym, że "Bóg nie gra w kości". Wielki fizyk wyrażał tymi słowami niezadowolenie z losowości, przypadkowości leżącej u podstaw wielu teorii i praktyk współczesnej nauki. Wierzył w porządek oraz w to, że przyroda realizuje ideę matematycznej prostoty. Noah dawał ludziom regułę eliminującą z natury losowość i przypadkowość, tak znienawidzone przez Einsteina. I robił to tak pięknie! - myślała.

Ava spodziewała się, że reguła narobi zamieszania w naukowym świecie, że zmieni kierunek, w jakim wszyscy pójdą, ale nic takiego się nie stało. Czy to sensacyjna otoczka sprawiła, że tekst został praktycznie przemilczany? - zastanawiała się wielokrotnie. Nikt nie chciał o nim dyskutować czy tym bardziej włączać w oficjalny nurt badań, ani w CERN-ie, ani na Uniwersytecie Oksfordzkim. Nigdzie.

Avę i Alexa otoczył niedostrzegalny na pierwszy rzut oka nimb skandalu, który szybko przeszedł w ostracyzm. Ava chciała z tym walczyć, chciała zmusić naukowców do zainteresowania się regułą brata, do włączenia jej w dorobek ludzkości, rozwijania jej i implementowania w kolejnych dyscyplinach, ale nieoczekiwanie dla niej sprzeciwił się temu Alex. Chciał wrócić do normalnego życia, pracy, zapomnieć o wszystkim. Jednak ona nie potrafiła. Nie mogła pozwolić, by śmierć Noaha poszła na marne. Czuła, że jest mu to winna.

- Czytałem wasz artykuł. - Odpowiedź Hardinga dotarła do niej dopiero po chwili.

- I? - Ocknęła się.

- To ciekawa hipoteza.

- W pełni weryfikowalna - odparowała.

- Zatem pewnie niedługo zostanie w pełni uznana.

Skrzyżowała ręce na piersiach, jakby chciała osłonić się przed konsekwencjami jego słów. "Pewnie niedługo", znaczy "pewnie nigdy".

- Rewolucji w nauce nie robi się cząstkowymi odkryciami, Ava - zauważył ze spokojem w głosie.

- Właśnie o tym chciałam z tobą rozmawiać - powiedziała, odzyskując wigor.

Wiedziała, co miał na myśli, mówiąc o rewolucjach w nauce, bo myślała to samo. Reguła Przypadku nie pasowała do współczesnej nauki, pokazywała wszechświat i mechanizmy nim rządzące z zupełnie innego miejsca niż to, z którego oglądał je współczesny naukowy świat. I właśnie dlatego nie mogła zostać do tego świata włączona. To jakby chcieć połączyć puzzle z klockami Lego. Nie da się.

Ava miała oczywiście prawo się z tym nie zgadzać, przekonywać po dobroci albo groźbą, mogła nawet wypowiedzieć systemowi wojnę, której nie miałaby szans wygrać. Czego jednak nie mogła, to cokolwiek zmienić. Tak było od zawsze i nie była to wyłącznie jej opinia. Nie dalej jak w ubiegłym miesiącu skończyła czytać Słonia w pokoju6, znajdując w tej książce potwierdzenie swoich doświadczeń i wszystkich obaw. Niewygodne odkrycia pozostawały przemilczane w ramach działania zupełnie bazowych, często nieuświadomionych mechanizmów obronnych społeczeństw, a co za tym idzie akademików. Reguły Przypadku nie dało się zakwestionować, podważyć czy zhejtować, dało się ją za to wymazać z mapy naukowego świata gumką milczenia. I to właśnie świat robił. Zdarzało się oczywiście, że odkrycia nienależące do aktualnego paradygmatu włączano do obowiązującego nurtu, ale do tego ich twórcy musieli przestać zagrażać status quo. Musieli być martwi. Najlepiej wszyscy. I choć nie żył już Noah, to ona, na nieszczęście Reguły Przypadku, wciąż żyła. I żył Alex. Przynajmniej kiedy ostatnio to sprawdzała.

- Pracuję nad czymś - wypaliła w końcu. Jacob Harding gestem ręki zachęcił ją, żeby kontynuowała. Wyjęła z plecaka kilka luźnych kartek i położyła je przed nim na ławce. - Czuję, że to może być początek czegoś, czego końca zupełnie jeszcze nie widzę - wyjaśniła przepraszająco. - Ale mam nadzieję, że niedługo zobaczę. Z twoją pomocą.

- Na co patrzę? - zapytał, wkładając okulary.

Sięgnął po drobno zadrukowany plik, w którym wzory mieszały się z litym tekstem. Ava dobrze znała już wzrok, którym przebiegał kilka pierwszych linijek.

- Czy to jest?... - Zawiesił głos i spojrzał na nią z niedowierzaniem. - Chyba nie chcesz powiedzieć, że zrobiłaś to, co myślę, że zrobiłaś. - Zmarszczył brwi i zacisnął dłonie na białych kartkach, które zaraz się pomięły.

Ava skinęła głową.

Czekała na jego pytania, ale żadne nie padły. Nie tego się spodziewała. Nie po nim.