Przedmowa
Daphne Merkin
Niełatwo być dowcipnym. Jak wie każdy, kto
na koktajlowym przyjęciu słuchał czyichś kiepskich żartów i w reakcji na
nie musiał śmiać się bezbarwnie, ale uprzejmie, pragnienie bycia
zabawnym jest powszechne, lecz rzadko daje się spełnić. Okazanie się
komicznym na papierze, gdzie nie można polegać na tym, że wyczucie
chwili, gesty i mimika twarzy zaakcentują lub uwypuklą żart, może być
jeszcze trudniejsze. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, sztukę bycia
zabawnym, pisania komicznych tekstów, które "The New Yorker" zwykł
nazywać "dyrdymałkami", uprawiali tacy wirtuozi zwinnych palców, jak
Robert Benchley, Dorothy Parker, George S. Kaufman i S.J. Perelman.
Wydaje się, że dzisiaj bycie dowcipnym, zwłaszcza w druku, jest w dużym
stopniu przedsięwzięciem bardziej wyczerpującym i trudnym - być może
wywołującym uśmiechy, ale rzadko chichoty czy jawne wybuchy śmiechu.
I oto jest Woody Allen. Wiele jego bon motów, czy to z opowiadań, czy z filmów, zakorzeniło się w naszej kulturze: "Gdyby się okazało, że Bóg
istnieje... najgorsze, co można o nim powiedzieć, to że zasadniczo jest
fuszerem" [Miłość i śmierć]. Inne, mniej bezceremonialne, ale równie
godne zapamiętania, są oparte na zaskakującym połączeniu intelektualnych
aluzji z niewybrednym humorem: "Pracowałem w Wiedniu z Freudem.
Rozstaliśmy się z powodu koncepcji zazdrości o penisa. Freud uważał, że
powinna się ograniczać wyłącznie do kobiet" [Zelig]. Jedną z moich
ulubionych kwestii jest parodia w stylu pompatycznego pamiętnikarza,
który uważa, że wszyscy są zainteresowani jego rewelacjami, w związku z czym w irytujący sposób próbuje zacierać tropy. Pochodzi Z brulionu
Allena, pierwszego utworu w Bez piór1, jego drugiego zbioru
opublikowanego w 1975 roku (pierwszy to Wyrównać rachunki2 z 1971 roku). "Czy powinienem ożenić się z W.? Na pewno nie, jeśli nie
poda mi pozostałych liter swojego imienia". Trzeci zbiór, Skutki
uboczne3, został wydany w 1980 roku, a czwarty, Czysta
anarchia4, w roku 2007.
Jest także żart z eleganckiego spostrzeżenia Emily Dickinson, które
stało się epigrafem Bez piór: "Nadzieja jest pierzastym stworzeniem",
co Allen skrupulatnie i komicznie koryguje: "O, jakże myli się Emily
Dickinson! Nadzieja nie jest "rzeczą upierzoną". Rzecz upierzona okazała
się moim siostrzeńcem. Musiałem zabrać go do specjalisty w Zurychu". Nie
przeoczcie początku Badania zjawisk parapsychicznych: "Świat
niewidzialny istnieje, bez dwóch zdań. Kwestia tylko, jak daleko to jest
od śródmieścia i do której otwarte?". Być może najkapitalniejszy w książce jest tekst Ladacznica z Mensy o osiemnastoletniej studentce
college'u Vassar, która dorabia sobie jako call girl. Madame, dla której
pracuje, ma dyplom z literaturoznawstwa porównawczego, a specjalność
osiemnastolatki polega na wciąganiu klientów w intelektualne dyskusje.
Potrafi nawijać o Moby Dicku ("Symbolizm jest drogi") i o braku
"podstruktury pesymizmu" w Raju utraconym. Fragment jest kongenialny -
boki zrywać ze śmiechu.
Ale można by tak bez końca. Chociaż trudno w to uwierzyć, Bez piór
zostało opublikowane niemal pół wieku temu i przez cztery miesiące
utrzymywało się na liście bestsellerów "New York Timesa". Ugruntowało
reputację Allena jako wymagającego intelektualnie wesołka, stało się
rozwinięciem nieszczęśliwej, potulnej postaci z filmów, ale z niemal
niezauważalnym zwrotem od skromnej ofermowatości do bohatera o odrobinę
(ale tylko odrobinę) większej plenipotencji do komentowania
absurdalności otaczającego go świata. Zachowały się tam
charakterystyczny powiew melancholii - którą sam Allen nazywa anhedonią
(niezdolnością do odczuwania przyjemności) - a także miejski punkt
widzenia i pesymistyczne poglądy na temat absurdu życia, zabarwiające
wszystko, na czym spocznie jego oko - od miłości, przez seks, śmierć, po
pomniki kultury. W Rokowaniu i ponownie w Badaniu zjawisk
parapsychicznych cytuje pozornie przenikliwe stwierdzenie
szesnastowiecznego księcia Aristonidisa. "Widzę wielką osobę", oświadcza
ów mędrzec, "która pewnego dnia wynajdzie dla ludzkości rodzaj odzieży
nakładany na spodnie dla ochrony przed zimnem. Zostanie to nazwane
"gartuch" albo "farfuch". (Aristonidis miał na myśli fartuch,
oczywiście)".
Jeśli o komikach można powiedzieć, tak jak o trzynastoletnim azjatyckim
pianiście, że są geniuszami, to Allen z pewnością się do nich zalicza.
Zaczął sprzedawać skecze w wieku piętnastu lat i został wyrzucony z Uniwersytetu Nowojorskiego, ponieważ rzadko bywał na zajęciach i się nie
uczył. Kilka lat później pisał scenariusze programów telewizyjnych Sida
Caesara, tworząc gagi z szybkością karabinu maszynowego. Pracował z Melem Brooksem, Larrym Gelbartem, Carlem Reinerem i Neilem Simonem i,
jak głosi legenda, potrafił siedzieć przy maszynie do pisania piętnaście
godzin bez przerwy, wystukując żarty i bon moty. (Żadnej blokady
pisarskiej). W latach sześćdziesiątych zaczął występować jako stand-uper
w Greenwich Village, w "Bitter End" i "Cafe Au Go Go". Pisał także i reżyserował slapstickowe komedie, takie jak Bierz forsę i w nogi
(1969), Śpioch (1973) oraz Miłość i śmierć (1975). Do dzisiaj
pamiętam, jak będąc oporną nastolatką spod znaku "spróbuj mnie
rozśmieszyć", oglądałam Bierz forsę i w nogi i wybuchnęłam
niepohamowanym chichotem, kiedy Allen jako nieudolny przestępca podczas
napadu na bank pokazuje kartkę z napisem: "Mam groń".
A teraz, panie i panowie oraz niebinarni członkowie czytającego
społeczeństwa, wasza cierpliwość została nagrodzona. Po ponad piętnastu
latach od wydania ostatniego zbioru smutnooki auteur powrócił z nowym
tomem pod tytułem Zero grawitacji. Część tekstów ukazała się w "New
Yorkerze", a inne zostały napisane specjalnie dla tej książki. Do tych
ostatnich należy wzruszająca opowieść zatytułowana Dorastając na
Manhattanie, która jest typowo Allenowską mieszanką romantycznej zadumy
i wywołującej uniesienie brwi atmosfery niedowierzania, a zarazem
kolejną sprzecznością w "świecie specjalnie zaprojektowanym dla niego
tak, żeby nigdy go nie zrozumiał".
Alter ego Allena jest dwudziestodwuletni Jerry Sachs, który dorastał we
Flatbush w "bloku mieszkalnym z czerwonej cegły noszącym imię patrioty.
Ethana Allena. Uznał, że lepszym patronem dla tego miejsca, zważywszy na
jego brudną fasadę, bure lobby i pijanego dozorcę, byłby Benedict
Arnold"5. Sachs pracuje w kancelarii pocztowej agencji
teatralnej, na przekór życzeniu matki, "kobiety nieodmiennie pozbawionej
uroku", żeby został aptekarzem. Najbardziej szanowanym członkiem rodziny
jest jego kuzyn, który ma dykcję jak Abba Eban6. Sachs mieszka
"przy Thompson Street w ciasnej kawalerce bez windy" i "mnóstwem
psychosomatycznych dolegliwości" irytuje żonę Gladys (idealne imię dla
pierwszej żony), która pracuje w agencji pośrednictwa nieruchomości, a wieczorami uczęszcza do City College, żeby zostać nauczycielką. Sachs
jest rozkochany w Manhattanie w jego największym rozkwicie, w okresie
"El Morocco" i "Gino's", kiedy "piękni ludzie" prowadzili "błyskotliwe
rozmowy", sącząc koktajle "w scenografii Cedrica Gibbonsa".
Pewnego wiosennego dnia siedzi na swojej ulubionej ławce po zachodniej
stronie stawu z żaglówkami, a cudowna dziewczyna imieniem Lulu, o fiołkowych oczach, które "promieniały miejską inteligencją", przysiada
na jej drugim końcu. Kiedy Sachs wyznaje, że pisze sztukę o "Żydówce
zmuszonej do dokonania egzystencjalnego wyboru", Lulu wtrąca, że
napisała rozprawę na temat niemieckiej filozofii. Pojęcie wolności w poezji Rilkego. Jest podekscytowana, że Sachs ujmuje takie tematy
humorystycznie, a on odpowiednio reaguje: "Jej aprobata sprawiła, że
czubek jego głowy odłączył się, wzbił w powietrze jak latający talerz i przed powrotem odbył wycieczkę po Układzie Słonecznym". I odtąd,
przynajmniej na jakiś czas, tych dwoje połączył kismet - aż do
momentu, gdy relacja się psuje po propozycji orgii; Lulu jest podniecona
możliwością uczestniczenia w niej, a Sachs oponuje: "Raczej trudno
nazwać mnie zahamowanym, bo nie palę się do seksu z całym Mormońskim
Chórem Tabernakulum", oświadcza. Ale w końcu, ponieważ to dzieło
Woody'ego Allena, nie można się spodziewać, że szczęście będzie trwało,
prawda?
Osiemnaście innych, krótszych opowiadań obejmuje spektrum tematów: od
aspirujących spłukanych aktorów, którzy mają agentów, takich jak Toby
Munt ze Stowarzyszenia Pasożytów, przez genezę potrawy kurczak generała
Tso, po pied-a-terre, czyli "ogromną rezydencję w Belgravii", gdzie
rezydują książę i księżna Windsoru, przy czym on męczy się nad
stworzeniem znośnego windsorskiego węzła i wynalezieniem najlepszego
sposobu wiązania muchy, podczas gdy księżna, "próbując się czymś zająć,
ćwiczy taniec watusi na podstawie diagramu na podłodze". Opowiadanie
Park Avenue, najwyższe piętro, muszę sprzedać lub skoczyć portretuje
chciwość i machlojki pośredników nieruchomości, a inne przedstawia
konia, który amatorsko para się malarstwem olejnym i staje się wziętym
artystą. Ogony Manhattanu przynoszą nam postać Abe'a Moscowitza, który
"padł trupem na atak serca i reinkarnował się jako homar", po czym
historia ześlizguje się w bujdę na resorach na temat arcyoszusta
Berniego Madoffa, który sam o włos unika przemiany w homara. Opowiadanie
Szczęście można kupić - tak jakby zamienia "Monopoly" w grę o wysokie
stawki w realnym życiu, toczoną przez byłych wspólników Lehman Brothers.
Kolejne opowiadanie przedstawia bandę znudzonych kurczaków, a jeszcze
inne omawia zalety rozmaitych poduszek, o których toczy się rozmowa w London Explorer's Club. Mamy tu inteligentny, przebiegły sztych zadany
kulturze przebudzonych, no i oczywiście ostre cięgi zbiera Hollywood ze
swoim blichtrem i pseudohierarchiami.
Oto rozstrzygający argument: Allen nie stracił ani krzty swojej
zdolności do zabawiania i zachwycania, czy to za sprawą napuszonego
stylu, do którego należy pokrętne używanie barokowych, długaśnych,
fikuśnych lub mało znanych słów - świecidełko, kallipygos, zmierzchowy -
lub wynajdywanie dla swoich bohaterów przesadnych, ale dziwnie trafnych
nazwisk, takich jak Hal Roachpaste (Insektycyd), Ambrosia Wheelbase
(Międzyosiowa), Hugh Forcemeat (Farsz), Panufnik, Morey Angleworm
(Dżdżownica), Grossnose (Nochal)... - lista ciągnie się bez końca. Jest tu
także zwyczajowa szczypta liberalnych uczonych odniesień, od Skriabina
przez Reinholda Niebuhra i La Rochefoucaulda po Strindberga i Turgieniewa. I, żeby nie być zbyt wysublimowanym, do Miley Cyrus. Na tak
miernej akademiczce jak ja największe wrażenie robią aluzje do Johna
Liptona (an exaltation of larks) i W.B. Yeatsa (gong-tormented sea).
Jeśli nadstawicie uszu, usłyszycie charakterystyczny dla Allena sposób
mówienia - spółgłoski przedniojęzykowo-zębowe, neutralny, chociaż lekko
ponury ton, nagłe przeskoki od całkiem prozaicznych obserwacji do mocno
odjechanych komentarzy.
W tych coraz mroczniejszych czasach, kiedy wydaje się, że kurduplowaty
rosyjski bandzior o oczach jak szparki zawziął się, żeby zniszczyć
świat, jedną z niewielu dostępnych możliwości wytchnienia od
przygnębienia i rozpaczy, jakie są nam dane, jest lekkie, łaskotliwe
muśnięcie humoru i mocne strzały sprośności, przypominające nam, że poza
okropieństwami istnieją inne aspekty życia. Jeśli kiedykolwiek należało
posyłać po klaunów, to właśnie teraz7. Nadchodzi Woody Allen.
Bez piór, przeł. Jacek Łaszcz, Phantom Press International, Gdańsk 1992 (wszystkie przypisy w książce pochodzą od tłumacza i redakcji). [wróć]
Wyrównać rachunki, przeł. Piotr W. Cholewa, Zysk i S-ka, Poznań 2000. [wróć]
Skutki uboczne, przeł. Bogdan Baran, Inter Esse, Kraków 1991. [wróć]
Czysta anarchia, przeł. Wojsław Brydak, REBIS, Poznań 2008. [wróć]
Benedict Arnold (1741-1801) - kupiec z Connecticut, który w stopniu generała walczył w Armii Kontynentalnej w wojnie o niepodległość. Poddał Brytyjczykom fort West Point; jego nazwisko stało się synonimem zdrady. [wróć]
Abba Eban (1915-2002) - izraelski dyplomata i polityk, wicepremier w latach 1966-1974. [wróć]
Aluzja do piosenki Send in the Clowns z musicalu A Little Night Music, śpiewali ją także Frank Sinatra i Barbra Streisand. [wróć]
Nie możesz wrócić do domu - oto dlaczego
Każdy, kto kiedykolwiek wrzucił zapaloną
zapałkę do ładowni okrętu amunicyjnego, potwierdzi, że najdrobniejszy
gest może wyczarować ogrom decybeli. W rzeczywistości malstrom o sejsmicznych proporcjach wdarł się w moje życie zaledwie kilka tygodni
temu, poprzedzony przez drobiazg w postaci treściwego liściku wsuniętego
pod drzwi naszej miejskiej rezydencji. Śmiercionośny bilecik głosił, że
producenci hollywoodzkiego filmu kręconego na Manhattanie uznali, iż
przestrzeń przed naszym domem jest idealna dla ich celuloidowych mecyi,
które akurat pichcą, i gdyby nadało się im też wnętrze, to chcieliby je
wykorzystać jako lokację. Ponieważ byłem wówczas bardzo zajęty na Wall
Street pewnymi fuzjami, które wpłynęły na moją istotną pozycję w pirytach, przyznałem notce priorytet zarezerwowany dla menu chińskich
knajp z żarciem na wynos i wyrzuciłem do kosza. Całe zajście było zbyt
banalne, żeby zasłużyć na choćby honorową wzmiankę neuronów, które
rywalizowały o moje wspomnienia, aż do momentu, kiedy kilka dni później
żona i ja zeskrobywaliśmy węgiel z kolacji skremowanej przez naszą
kucharkę do stopnia nierozpoznawalności.
- Zapomniałam wspomnieć - powiedziała urodzona w Dublinie piromaniaczka,
zgarniając sadzę z obrusa. - Kiedy udał się pan dzisiaj na
rolfowanie1 do tego szarlatana, do którego pan chodzi, byli
tutaj filmowcy.
- Kto? - zapytałem chłodno.
- Powiedzieli, że przysłali panu zawiadomienie. Przyszli obejrzeć dom.
Wszystkim bardzo się podobał, z wyjątkiem tego zdjęcia, na którym stoi
pan obok Alberta Einsteina. Od razu poznali, że to fotomontaż.
- Wpuściłaś obcych bez mojego pozwolenia? - zganiłem ją. - A co, gdyby
byli złodziejami lub seryjnymi mordercami?
- Żartuje pan? W tych pastelowych kaszmirach? - odpaliła. - Poza tym
rozpoznałam reżysera programu Charlie Rose. To był Hal Roachpaste,
ostatnie cudowne dziecko Tinseltown2.
- Brzmi ekscytująco, prawda? - wtrąciła się moja lepsza połówka. -
Wyobraź sobie naszą chałupę unieśmiertelnioną w oscarowym megahicie.
Powiedzieli, kto w nim gra?
- Nie kto inny, jak Brad Paunch i Ambrosia Wheelbase - pisnęła
cuisini?re, będąc wyraźnie pod wrażeniem gwiazd kina.
- Przykro mi, moje trufelki - oświadczyłem z olimpijską stanowczością -
ale nie wpuszczę tutaj takiej hałastry. Zgłupiałyście? Tylko tego nam
brakowało, żeby banda mandryli biwakowała na naszych bezcennych persach.
To nasza świątynia, sanktuarium olśniewające klejnotami zdobytymi w największych domach aukcyjnych Europy: nasze chińskie wazy, moje
pierwsze wydania, porcelana z Delft, Ludwik XVI, gromadzone przez całe
życie kolekcje dupereli i bibelotów. Nie wspominając o tym, że
potrzebuję bezwzględnego spokoju w celu dokończenia monografii na temat
kraba pustelnika.
- Ale Brad Paunch - westchnęła kądziel. - Był taki boski jako Liszt w Jesiennej przepuklinie.
Gdy uniosłem dłoń, żeby uciszyć dalsze błagania, zadzwonił telefon, po
czym do ucha szczęknął mi głos dobrze dopasowany do zachwalania noży ze
stali nierdzewnej, które obierają i siekają w kostkę.
- Ach, dobrze, że cię zastałem. Mówi Murray Inchcape. Jestem
kierownikiem produkcji Wiosłuj, mutancie, wiosłuj. Musi się wami
opiekować anioł stróż, ludzie, bo rozbiliście bank. Hal Roachpaste
postanowił wykorzystać wasz dom...
- Wiem - przerwałem mu. - Do nakręcenia sceny. Skąd pan ma mój prywatny
numer?
- Wyluzuj, pielgrzymie - ciągnął nosowy głos. - Po prostu przejrzałem
jakieś papiery w twojej szufladzie, kiedy robiliśmy zwiad w domu. I tak
przy okazji, to nie jakaś tam scena, tylko ta scena. Kluczowy moment,
wokół którego kręci się cały bałagan.
- Przykro mi, panie Inchworm...
- Inchcape, ale nie ma sprawy. Wszyscy przekręcają moje nazwisko.
Dobrodusznie to olewam.
- Wiem, co ekipy filmowe robią z wnętrzami, które najeżdżają -
stwierdziłem stanowczo.
- Większość to barbarzyńcy, przyznaję - zgodził się Inchcape - ale my
chodzimy na paluszkach jak trapiści. Gdybyśmy ci nie powiedzieli, że
kręcimy w twoim domu film, nigdy byś się nie domyślił. I nie sugeruję,
żebyś nas okradał, ale kapuję, że to mnie pozbawi całej kupy drachm.
- To bez znaczenia - upierałem się. - Żadne pieniądze nie kupią wam
wstępu do tego chłopięcego przybytku. Dziękuję, że o nas pomyśleliście,
i arrivederci.
- Czekaj no chwilę, staruszku - powiedział Inchcape, osłaniając dłonią
mikrofon, ale chyba i tak rozumiałem, co mówią stłumione klekoczące
głosy; brzmiało to jak spisek w celu porwania Bobby'ego
Franksa3.
Miałem wyciągnąć kabel z gniazdka, kiedy Inchcape wrócił na linię.
- Słuchaj, właśnie podrzuciłem pewne sugestie Halowi Roachpaste'owi,
który przypadkiem jest tuż obok mnie, a on się zastanawia, czy nie
chciałbyś wystąpić w filmie. Nie mogę ci obiecać głównej roli, ale coś
zabawnego i mięsistego, co wkleiłoby twoją gębę w ekran jako spuściznę
dla latorośli. Może także żonka, po drobnej dermabrazji, jeśli to jej
zdjęcie widziałem na waszym pianinie.
- Zagrać w filmie? - zachłysnąłem się, doznając wstrząsu zwykle
aplikowanego denatom przez sanitariuszy. - Żona jest straszliwie
nieśmiała, ale ja, prawdę mówiąc, grałem trochę w college'u i w regionalnym teatrze. Jeździłem jako Parson Manders w Ibsenie na lodzie
i nadal mówi się o mojej She Stoops to Conquer. Zdecydowałem się
zagrać Tony'ego Lumpkina z szeregiem tików twarzy, które publiczność w Yumie doprowadzały do delirycznej wesołości. Oczywiście rozumiem, że
jest różnica między sceną a filmem i człowiek musi moderować
wyrazistość, żeby obiektywy zbliżeniowe faktycznie zrobiły swoje.
- Jasne, jasne - mruknął producent. - Roachpaste ma do ciebie wielkie
zaufanie.
- Przecież nigdy mnie nie spotkał - zaprotestowałem, czując nasilającą
się woń trefności.
- To dlatego jest Johnem Cassavetesem swojego pokolenia - zapewnił mnie
Inchcape. - Roachpaste polega na nagim instynkcie. Spodobało mu się to,
co zobaczył w twojej garderobie. Każdy z wrodzonym drygiem do ubrań jest
stworzony do roli Shepherda Grimalkina.
- Kogo? Grimalkina? - Przebiegła mnie iskra. - Kim jest Grimalkin?
Możesz mi przedstawić zarys fabuły? Wystarczy sam szkielet.
- W tej sprawie musisz porozmawiać z reżyserem. Powiem tylko, że oś tej
historii to skrzyżowanie Szczęk i Persony. Czekaj chwilę. Hal się
przyłączy.
Niewyraźnie usłyszałem coś, co świadczyło o pewnej niechęci ze strony
Roachpaste'a do omawiania tej kwestii, i zdawało mi się, że wyłapałem,
iż Inchcape użył wyrażenia "jagnię na rzeź". Potem rozległ się rześki
głos.
- Hal Roachpaste - obwieścił. - Murray ci chyba wyjaśnił, że chcemy,
żebyś wystąpił w najważniejszej scenie filmu.
- Możesz mi coś powiedzieć o Grimalkinie? O jego przeszłości, ambicjach,
żebym po prostu mógł zacząć budować zarys postaci? Samo nazwisko
sugeruje głębię duszy.
- Która jest ogromna - przyznał Roachpaste. - Grimalkin jest
spostrzegawczy. Filozof, lecz z poczuciem humoru, nigdy nie zapomina
języka w gębie, ale zręczny w robieniu pięściami. Nie trzeba dodawać, że
jest wabikiem na kobiety, swego rodzaju Beau Brummellem, któremu etyka
medyczna i umiejętność pilotowania samolotu zyskały szacunek ze strony
arcykryminalisty, profesora Dildariana. A także...
W tym momencie telefon został najwyraźniej wyrwany z ręki Roachpaste'a,
a na linię wrócił podekscytowany Murray Inchcape.
- Co powiesz? Możemy wpisać twoją chatę jako mieszkanie protagonisty?
- Protagonisty? - zapiałem z zachwytu, nie mogąc uwierzyć w oszałamiający zwrot akcji. - Kiedy dostanę strony z moimi kwestiami,
żebym mógł zacząć uczyć się ich na pamięć?
Po drugiej stronie zapadło milczenie, dosyć grobowe, a potem:
- Roachpaste nie pracuje ze scenariuszem - wyjaśnił Inchcape. - Jego
znakiem firmowym jest spontaniczność. Chłopak czerpie inspirację z chwili, a la Fellini.
- Improwizacja nie jest mi całkiem obca - pisnąłem. - Kiedy grałem
Poloniusza w letniej grupie teatralnej... skunksy porwały mój nos z kitu.
Po co miałyby...
- Rozumiem - przerwał mi Inchcape, a w tle usłyszałem kogoś trzeciego: -
Murray, dostarczyli twojego kurczaka tandoori, ile dać napiwku facetowi?
- Do zobaczenia we wtorek, frajerze. Przynieśli indyjskie naleśniki? -
To było ostatnie zdanie producenta przed szczęknięciem i ciągłym
sygnałem w słuchawce.
Będąc w istocie niespełnionym aktorem, na cały tydzień pogrążyłem się w filmach z Marlonem Brando i książkach Stanisławskiego. Nie mogłem
powstrzymać się od żałosnego dumania o tym, jak inne byłoby moje życie,
gdybym lata temu poszedł za głosem serca i do Actors Studio, zamiast
wyjeżdżać w pośpiechu, żeby zapisać się do szkoły balsamowania zwłok.
Jako osobnik niemający pojęcia, jak wcześnie zaczynają pracę ekipy
filmowe, przed świtem w umówiony dzień zostałem wyrwany z objęć sześciu
tabletek nasennych przez tego rodzaju walenie do frontowych drzwi, które
człowiek kojarzy ze znalezieniem kryjówki Anny Frank. Spanikowany, że to
trzęsienie ziemi lub atak sarinem, wyskoczyłem z łóżka, poślizgnąłem się
i na tyłku zjechałem po schodach, żeby się przekonać, że ulicę
zarekwirowały przyczepy i pachołki drogowe.
- Ruchy, dziadku, zegar tyka - zostałem poinformowany przez maniakalnego
asystenta reżysera i nagle satrapia pracowników obsługi planu,
elektryków, cieśli i robotników niewykwalifikowanych wzięła szturmem
dom, obnażając panoplię swoich narzędzi zniszczenia.
Później sprzęt filmowy z sześciu ciężarówek został szybko władowany do
wnętrza przez gburowate woły związkowe, dbające z zawodową
pieczołowitością o podrapanie, rozbicie lub uszkodzenie wszelkich
domowych przedmiotów o wartości powyżej trzech dolarów. Na polecenie
kamerzysty, brodatego wschodniego Europejczyka o nazwisku Fiendish
Menzies, w mahoniowe panele ścian wbito gwoździe, po czym zawieszono
wielkie reflektory tylko po to, żeby nagle wszystkie zerwać i zamiast
tam przykręcić je do oryginalnych podsufitowych gzymsów. Stopniowo
wydobywając się ze stuporu, zgłosiłem protest do Murraya Inchcape'a,
który wszedł, szamając drożdżówkę z serkiem kremowym, podczas gdy z jego
kubka ze Starbucksa jamajskie cappuccino kapało dokładnie na środkowy
medalion naszego dywanu z Aubusson.
- Powiedziałeś, że nic nie ulegnie zniszczeniu - wykrakałem, gdy ciosy
młotka odłupały tynk, a lampa od Tiffany'ego zamieniła się w kolorowe
odłamki.
- Przywitaj się z Halem Roachpaste'em, twoim reżyserem - powiedział
Inchcape, ignorując moją skargę, podczas gdy kilku kromaniończyków,
niosących stojaki reflektorów, wyrwało w jedwabnej tapecie z przełomu
wieków dziurę dokładnie tej wielkości, jaka zatopiła Titanica.
Przedkładając sztukę nad omdlenie, złapałem Roachpaste'a za kołnierz i przedstawiłem mu swoje pomysły aktorskie.
- Pozwoliłem sobie wymyślić niewielką przedakcję - powiedziałem
perliście. - W istocie wcześniejsze życie, żeby uszczegółowić
Grimalkina. Zaczynam od jego dzieciństwa jako syna domokrążnego
sprzedawcy drożdżowych bułeczek. Potem...
- Taa, taa, uważaj na szyny wózkowe - rzucił Roachpaste, gdy pracownik
obsługi planu z szyną w ręku obrócił w perzynę wazę. - No, masz pecha -
westchnął przepraszająco. - Powiedz mi, ten drobiazg właśnie kompletnie
zniszczony to dynastia Tang czy Song?
Do dziesiątej rano, dzięki szałom natchnionej kreatywności Roachpaste'a i jego najwyraźniej obłąkanego scenografa, miejska rezydencja w Upper
East Side została przekształcona w mauretański burdel. Nasze meble
ustawiono chaotycznie na zewnątrz przy krawężniku, pomimo dosyć
intensywnego deszczu, który zaczął padać. W salonie statystki, przebrane
za hurysy, leżały uwodzicielsko wyciągnięte na poduszkach. Ambrosia
Wheelbase, o ile mogłem się zorientować, grała porwaną dziedziczkę
fortuny zmuszoną do zaspokajania kaprysów zdeprawowanego sułtana, który
okazuje się jej dietetykiem w przebraniu i którego poślubia na pokładzie
wahadłowca kosmicznego. Dlaczego nasza nieruchomość była tak istotna dla
tego kiełkującego koszmaru, stanowiło inspirację zrozumiałą tylko dla
takiego geniusza, jak Roachpaste. Dla mojej żony powszechna hekatomba
stanowiła niewielką cenę za poznanie Brada Pauncha, który szepnął jej na
ucho coś, na co ona odpowiedziała:
- Nie, są naturalne.
O trzeciej po południu jeszcze nie nadeszła pora na moją scenę i pomijając wywołany przez ekipę od efektów specjalnych niewielki pożar w bibliotece, który pochłonął mojego sygnowanego Grillparzera i pastel
Redona, wszyscy wydawali się zachwyceni ilością nakręconego materiału.
Kiedy podsłuchałem, że towarzystwo zwija się o szóstej, żeby uniknąć
kosztów nadgodzin, zacząłem się denerwować o mój występ. Wyjawiłem swe
zaniepokojenie asystentowi reżysera, ale zapewnił mnie, że rola jest
zbyt kluczowa, żeby zostać pominiętą, i jasne, że na chwilę przed szóstą
wezwano mnie z piwnicy, dokąd zostałem wygnany przez Ambrosię Wheelbase,
która upierała się w ataku szału, że rozprasza ją mój tupecik.
- Teraz, kiedy jesteśmy gotowi kręcić - zwróciłem się do sekretarki
planu - jest kilka szczegółów, które muszę poznać, żeby właściwie
odmalować Grimalkina. W ten sposób wszelkie improwizacje, jakie wymyślę,
będą trafne.
Miałem zamiar wdać się w szczegóły, gdy jakieś gburowate pachołki
złapały mnie za kołnierz i portki na siedzeniu, obróciły równolegle do
podłogi i, piszczącego, położyły na niej twarzą w dół, po czym kobieta
pomazała mi prawą skroń szkarłatnym płynem. Następnie, tuż poza
zasięgiem moich palców, położono małokalibrowy tandetny rewolwer, jakby
broń wyślizgnęła mi się z dłoni. Powiedziano, że na "Akcja!" mam trwać
nieruchomo i nie oddychać, co okazało się trudniejsze, niż sądziłem,
zważywszy na nagły atak gwałtownej czkawki. Najpierw uznałem, że kręcimy
achronologicznie, zaczynając od znalezienia mojego ciała, a potem
intryga rozwinie się w retrospekcji, ale kiedy padło "Cięcie!" i zgasły
światła, drzwi z rozmachem się otworzyły, po czym ekipa popędziła, żeby
wynieść sprzęt.
- Ty i służąca możecie przywrócić porządek w pokojach - powiedział
Inchcape, nakładając w pośpiechu tweedowy kapelusz. - Zrobiłeś na mnie
wrażenie perfekcjonisty, który lubi, żeby wszystko było na miejscu.
- A-ale moja postać... Grimalkin... oś fabuły - wymamrotałem.
- I tak jest - wtrącił się Roachpaste, pokazując pracownikom obsługi
planu, żeby nie marnowali cennego czasu na wnoszenie do środka naszych
mebli. - Wszyscy są zszokowani, kiedy natykają się na jego zwłoki.
Dlaczego charyzmatyczny wszechstronny erudyta, taki jak Shepherd
Grimalkin, miałby odebrać sobie życie? No, dlaczego? Przez resztę filmu
będą próbowali to odkryć.
Gdy kreatywny rozgrywający i reżyser zdematerializowali się,
pozostawiając mnie pogrążonego po uszy w szczątkach potrzaskanych
kolekcjonerskich przedmiotów, zastanowiłem się, dlaczego rozsądny
człowiek miałby się zabić bez przyczyny, i muszę przyznać, że jeden
powód przyszedł mi do głowy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rolfing - holistyczna metoda manualnej pracy z ciałem, od nazwiska dr Idy P. Rolf. [wróć]
Potoczna nazwa Hollywood. [wróć]
Czternastoletni Robert Emanuel Franks (1909-1924), syn chicagowskiego milionera, został porwany i zamordowany przez studentów Uniwersytetu Chicagowskiego, którzy chcieli popełnić zbrodnię doskonałą. [wróć]