Zero grawitacji - Woody Allen

Kup ebooka

39.90 zł
31.12 zł (20,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Przedmowa

Daphne Merkin

Nieła­two być dow­cip­nym. Jak wie każdy, kto na kok­taj­lo­wym przy­ję­ciu słu­chał czy­ichś kiep­skich żar­tów i w reak­cji na nie musiał śmiać się bez­barw­nie, ale uprzej­mie, pra­gnie­nie bycia zabaw­nym jest powszechne, lecz rzadko daje się speł­nić. Oka­za­nie się komicz­nym na papie­rze, gdzie nie można pole­gać na tym, że wyczu­cie chwili, gesty i mimika twa­rzy zaak­cen­tują lub uwy­pu­klą żart, może być jesz­cze trud­niej­sze. Kie­dyś, w zamierz­chłych cza­sach, sztukę bycia zabaw­nym, pisa­nia komicz­nych tek­stów, które "The New Yor­ker" zwykł nazy­wać "dyr­dy­mał­kami", upra­wiali tacy wir­tu­ozi zwin­nych pal­ców, jak Robert Ben­chley, Doro­thy Par­ker, Geo­rge S. Kauf­man i S.J. Perel­man. Wydaje się, że dzi­siaj bycie dow­cip­nym, zwłasz­cza w druku, jest w dużym stop­niu przed­się­wzię­ciem bar­dziej wyczer­pu­ją­cym i trud­nym - być może wywo­łu­ją­cym uśmie­chy, ale rzadko chi­choty czy jawne wybu­chy śmie­chu.

I oto jest Woody Allen. Wiele jego bon motów, czy to z opo­wia­dań, czy z fil­mów, zako­rze­niło się w naszej kul­tu­rze: "Gdyby się oka­zało, że Bóg ist­nieje... naj­gor­sze, co można o nim powie­dzieć, to że zasad­ni­czo jest fusze­rem" [Miłość i śmierć]. Inne, mniej bez­ce­re­mo­nialne, ale rów­nie godne zapa­mię­ta­nia, są oparte na zaska­ku­ją­cym połą­cze­niu inte­lek­tu­al­nych alu­zji z nie­wy­bred­nym humo­rem: "Pra­co­wa­łem w Wied­niu z Freu­dem. Roz­sta­li­śmy się z powodu kon­cep­cji zazdro­ści o penisa. Freud uwa­żał, że powinna się ogra­ni­czać wyłącz­nie do kobiet" [Zelig]. Jedną z moich ulu­bio­nych kwe­stii jest paro­dia w stylu pom­pa­tycz­nego pamięt­ni­ka­rza, który uważa, że wszy­scy są zain­te­re­so­wani jego rewe­la­cjami, w związku z czym w iry­tu­jący spo­sób pró­buje zacie­rać tropy. Pocho­dzi Z bru­lionu Allena, pierw­szego utworu w Bez piór1, jego dru­giego zbioru opu­bli­ko­wa­nego w 1975 roku (pierw­szy to Wyrów­nać rachunki2 z 1971 roku). "Czy powi­nie­nem oże­nić się z W.? Na pewno nie, jeśli nie poda mi pozo­sta­łych liter swo­jego imie­nia". Trzeci zbiór, Skutki uboczne3, został wydany w 1980 roku, a czwarty, Czy­sta anar­chia4, w roku 2007.

Jest także żart z ele­ganc­kiego spo­strze­że­nia Emily Dic­kin­son, które stało się epi­gra­fem Bez piór: "Nadzieja jest pie­rza­stym stwo­rze­niem", co Allen skru­pu­lat­nie i komicz­nie kory­guje: "O, jakże myli się Emily Dic­kin­son! Nadzieja nie jest "rze­czą upie­rzoną". Rzecz upie­rzona oka­zała się moim sio­strzeń­cem. Musia­łem zabrać go do spe­cja­li­sty w Zury­chu". Nie prze­ocz­cie początku Bada­nia zja­wisk parap­sy­chicz­nych: "Świat nie­wi­dzialny ist­nieje, bez dwóch zdań. Kwe­stia tylko, jak daleko to jest od śród­mie­ścia i do któ­rej otwarte?". Być może naj­ka­pi­tal­niej­szy w książce jest tekst Ladacz­nica z Mensy o osiem­na­sto­let­niej stu­dentce col­lege'u Vas­sar, która dora­bia sobie jako call girl. Madame, dla któ­rej pra­cuje, ma dyplom z lite­ra­tu­ro­znaw­stwa porów­naw­czego, a spe­cjal­ność osiem­na­sto­latki polega na wcią­ga­niu klien­tów w inte­lek­tu­alne dys­ku­sje. Potrafi nawi­jać o Moby Dicku ("Sym­bo­lizm jest drogi") i o braku "pod­struk­tury pesy­mi­zmu" w Raju utra­co­nym. Frag­ment jest kon­ge­nialny - boki zry­wać ze śmie­chu.

Ale można by tak bez końca. Cho­ciaż trudno w to uwie­rzyć, Bez piór zostało opu­bli­ko­wane nie­mal pół wieku temu i przez cztery mie­siące utrzy­my­wało się na liście best­sel­le­rów "New York Timesa". Ugrun­to­wało repu­ta­cję Allena jako wyma­ga­ją­cego inte­lek­tu­al­nie wesołka, stało się roz­wi­nię­ciem nie­szczę­śli­wej, potul­nej postaci z fil­mów, ale z nie­mal nie­zau­wa­żal­nym zwro­tem od skrom­nej ofer­mo­wa­to­ści do boha­tera o odro­binę (ale tylko odro­binę) więk­szej ple­ni­po­ten­cji do komen­to­wa­nia absur­dal­no­ści ota­cza­ją­cego go świata. Zacho­wały się tam cha­rak­te­ry­styczny powiew melan­cho­lii - którą sam Allen nazywa anhe­do­nią (nie­zdol­no­ścią do odczu­wa­nia przy­jem­no­ści) - a także miej­ski punkt widze­nia i pesy­mi­styczne poglądy na temat absurdu życia, zabar­wia­jące wszystko, na czym spo­cznie jego oko - od miło­ści, przez seks, śmierć, po pomniki kul­tury. W Roko­wa­niu i ponow­nie w Bada­niu zja­wisk parap­sy­chicz­nych cytuje pozor­nie prze­ni­kliwe stwier­dze­nie szes­na­sto­wiecz­nego księ­cia Ari­sto­ni­disa. "Widzę wielką osobę", oświad­cza ów mędrzec, "która pew­nego dnia wynaj­dzie dla ludz­ko­ści rodzaj odzieży nakła­dany na spodnie dla ochrony przed zim­nem. Zosta­nie to nazwane "gar­tuch" albo "far­fuch". (Ari­sto­ni­dis miał na myśli far­tuch, oczy­wi­ście)".

Jeśli o komi­kach można powie­dzieć, tak jak o trzy­na­sto­let­nim azja­tyc­kim pia­ni­ście, że są geniu­szami, to Allen z pew­no­ścią się do nich zali­cza. Zaczął sprze­da­wać ske­cze w wieku pięt­na­stu lat i został wyrzu­cony z Uni­wer­sy­tetu Nowo­jor­skiego, ponie­waż rzadko bywał na zaję­ciach i się nie uczył. Kilka lat póź­niej pisał sce­na­riu­sze pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych Sida Caesara, two­rząc gagi z szyb­ko­ścią kara­binu maszy­no­wego. Pra­co­wał z Melem Bro­ok­sem, Lar­rym Gel­bar­tem, Car­lem Reine­rem i Neilem Simo­nem i, jak głosi legenda, potra­fił sie­dzieć przy maszy­nie do pisa­nia pięt­na­ście godzin bez prze­rwy, wystu­ku­jąc żarty i bon moty. (Żad­nej blo­kady pisar­skiej). W latach sześć­dzie­sią­tych zaczął wystę­po­wać jako stand-uper w Gre­en­wich Vil­lage, w "Bit­ter End" i "Cafe Au Go Go". Pisał także i reży­se­ro­wał slap­stic­kowe kome­die, takie jak Bierz forsę i w nogi (1969), Śpioch (1973) oraz Miłość i śmierć (1975). Do dzi­siaj pamię­tam, jak będąc oporną nasto­latką spod znaku "spró­buj mnie roz­śmie­szyć", oglą­da­łam Bierz forsę i w nogi i wybuch­nę­łam nie­po­ha­mo­wa­nym chi­cho­tem, kiedy Allen jako nie­udolny prze­stępca pod­czas napadu na bank poka­zuje kartkę z napi­sem: "Mam groń".

A teraz, panie i pano­wie oraz nie­bi­narni człon­ko­wie czy­ta­ją­cego spo­łe­czeń­stwa, wasza cier­pli­wość została nagro­dzona. Po ponad pięt­na­stu latach od wyda­nia ostat­niego zbioru smut­no­oki auteur powró­cił z nowym tomem pod tytu­łem Zero gra­wi­ta­cji. Część tek­stów uka­zała się w "New Yor­ke­rze", a inne zostały napi­sane spe­cjal­nie dla tej książki. Do tych ostat­nich należy wzru­sza­jąca opo­wieść zaty­tu­ło­wana Dora­sta­jąc na Man­hat­ta­nie, która jest typowo Alle­now­ską mie­szanką roman­tycz­nej zadumy i wywo­łu­ją­cej unie­sie­nie brwi atmos­fery nie­do­wie­rza­nia, a zara­zem kolejną sprzecz­no­ścią w "świe­cie spe­cjal­nie zapro­jek­to­wa­nym dla niego tak, żeby ni­gdy go nie zro­zu­miał".

Alter ego Allena jest dwu­dzie­sto­dwu­letni Jerry Sachs, który dora­stał we Flat­bush w "bloku miesz­kal­nym z czer­wo­nej cegły noszą­cym imię patrioty. Ethana Allena. Uznał, że lep­szym patro­nem dla tego miej­sca, zwa­żyw­szy na jego brudną fasadę, bure lobby i pija­nego dozorcę, byłby Bene­dict Arnold"5. Sachs pra­cuje w kan­ce­la­rii pocz­to­wej agen­cji teatral­nej, na prze­kór życze­niu matki, "kobiety nie­odmien­nie pozba­wio­nej uroku", żeby został apte­ka­rzem. Naj­bar­dziej sza­no­wa­nym człon­kiem rodziny jest jego kuzyn, który ma dyk­cję jak Abba Eban6. Sachs mieszka "przy Thomp­son Street w cia­snej kawa­lerce bez windy" i "mnó­stwem psy­cho­so­ma­tycz­nych dole­gli­wo­ści" iry­tuje żonę Gla­dys (ide­alne imię dla pierw­szej żony), która pra­cuje w agen­cji pośred­nic­twa nie­ru­cho­mo­ści, a wie­czo­rami uczęsz­cza do City Col­lege, żeby zostać nauczy­cielką. Sachs jest roz­ko­chany w Man­hat­ta­nie w jego naj­więk­szym roz­kwi­cie, w okre­sie "El Morocco" i "Gino's", kiedy "piękni ludzie" pro­wa­dzili "bły­sko­tliwe roz­mowy", sącząc kok­tajle "w sce­no­gra­fii Cedrica Gib­bonsa".

Pew­nego wio­sen­nego dnia sie­dzi na swo­jej ulu­bio­nej ławce po zachod­niej stro­nie stawu z żaglów­kami, a cudowna dziew­czyna imie­niem Lulu, o fioł­ko­wych oczach, które "pro­mie­niały miej­ską inte­li­gen­cją", przy­siada na jej dru­gim końcu. Kiedy Sachs wyznaje, że pisze sztukę o "Żydówce zmu­szo­nej do doko­na­nia egzy­sten­cjal­nego wyboru", Lulu wtrąca, że napi­sała roz­prawę na temat nie­miec­kiej filo­zo­fii. Poję­cie wol­no­ści w poezji Ril­kego. Jest pod­eks­cy­to­wana, że Sachs ujmuje takie tematy humo­ry­stycz­nie, a on odpo­wied­nio reaguje: "Jej apro­bata spra­wiła, że czu­bek jego głowy odłą­czył się, wzbił w powie­trze jak lata­jący talerz i przed powro­tem odbył wycieczkę po Ukła­dzie Sło­necz­nym". I odtąd, przy­naj­mniej na jakiś czas, tych dwoje połą­czył kismet - aż do momentu, gdy rela­cja się psuje po pro­po­zy­cji orgii; Lulu jest pod­nie­cona moż­li­wo­ścią uczest­ni­cze­nia w niej, a Sachs opo­nuje: "Raczej trudno nazwać mnie zaha­mo­wa­nym, bo nie palę się do seksu z całym Mor­moń­skim Chó­rem Taber­na­ku­lum", oświad­cza. Ale w końcu, ponie­waż to dzieło Woody'ego Allena, nie można się spo­dzie­wać, że szczę­ście będzie trwało, prawda?

Osiem­na­ście innych, krót­szych opo­wia­dań obej­muje spek­trum tema­tów: od aspi­ru­ją­cych spłu­ka­nych akto­rów, któ­rzy mają agen­tów, takich jak Toby Munt ze Sto­wa­rzy­sze­nia Paso­ży­tów, przez genezę potrawy kur­czak gene­rała Tso, po pied-a-terre, czyli "ogromną rezy­den­cję w Bel­gra­vii", gdzie rezy­dują książę i księżna Wind­soru, przy czym on męczy się nad stwo­rze­niem zno­śnego wind­sor­skiego węzła i wyna­le­zie­niem naj­lep­szego spo­sobu wią­za­nia muchy, pod­czas gdy księżna, "pró­bu­jąc się czymś zająć, ćwi­czy taniec watusi na pod­sta­wie dia­gramu na pod­ło­dze". Opo­wia­da­nie Park Ave­nue, naj­wyż­sze pię­tro, muszę sprze­dać lub sko­czyć por­tre­tuje chci­wość i machlojki pośred­ni­ków nie­ru­cho­mo­ści, a inne przed­sta­wia konia, który ama­tor­sko para się malar­stwem olej­nym i staje się wzię­tym arty­stą. Ogony Man­hat­tanu przy­no­szą nam postać Abe'a Mosco­witza, który "padł tru­pem na atak serca i rein­kar­no­wał się jako homar", po czym histo­ria ześli­zguje się w bujdę na reso­rach na temat arcy­oszu­sta Ber­niego Madoffa, który sam o włos unika prze­miany w homara. Opo­wia­da­nie Szczę­ście można kupić - tak jakby zamie­nia "Mono­poly" w grę o wyso­kie stawki w real­nym życiu, toczoną przez byłych wspól­ni­ków Leh­man Bro­thers. Kolejne opo­wia­da­nie przed­sta­wia bandę znu­dzo­nych kur­cza­ków, a jesz­cze inne oma­wia zalety roz­ma­itych podu­szek, o któ­rych toczy się roz­mowa w Lon­don Explo­rer's Club. Mamy tu inte­li­gentny, prze­bie­gły sztych zadany kul­tu­rze prze­bu­dzo­nych, no i oczy­wi­ście ostre cięgi zbiera Hol­ly­wood ze swoim blich­trem i pseu­do­hie­rar­chiami.

Oto roz­strzy­ga­jący argu­ment: Allen nie stra­cił ani krzty swo­jej zdol­no­ści do zaba­wia­nia i zachwy­ca­nia, czy to za sprawą napu­szo­nego stylu, do któ­rego należy pokrętne uży­wa­nie baro­ko­wych, dłu­ga­śnych, fiku­śnych lub mało zna­nych słów - świe­ci­dełko, kal­li­py­gos, zmierz­chowy - lub wynaj­dy­wa­nie dla swo­ich boha­te­rów prze­sad­nych, ale dziw­nie traf­nych nazwisk, takich jak Hal Roach­pa­ste (Insek­ty­cyd), Ambro­sia Whe­el­base (Mię­dzy­osiowa), Hugh For­ce­meat (Farsz), Panuf­nik, Morey Angle­worm (Dżdżow­nica), Gros­snose (Nochal)... - lista cią­gnie się bez końca. Jest tu także zwy­cza­jowa szczypta libe­ral­nych uczo­nych odnie­sień, od Skria­bina przez Rein­holda Nie­buhra i La Roche­fo­ucaulda po Strind­berga i Tur­gie­niewa. I, żeby nie być zbyt wysu­bli­mo­wa­nym, do Miley Cyrus. Na tak mier­nej aka­de­miczce jak ja naj­więk­sze wra­że­nie robią alu­zje do Johna Lip­tona (an exal­ta­tion of larks) i W.B. Yeatsa (gong-tor­men­ted sea). Jeśli nad­sta­wi­cie uszu, usły­szy­cie cha­rak­te­ry­styczny dla Allena spo­sób mówie­nia - spół­gło­ski przed­nio­ję­zy­kowo-zębowe, neu­tralny, cho­ciaż lekko ponury ton, nagłe prze­skoki od cał­kiem pro­za­icz­nych obser­wa­cji do mocno odje­cha­nych komen­ta­rzy.

W tych coraz mrocz­niej­szych cza­sach, kiedy wydaje się, że kur­du­plo­waty rosyj­ski ban­dzior o oczach jak szparki zawziął się, żeby znisz­czyć świat, jedną z nie­wielu dostęp­nych moż­li­wo­ści wytchnie­nia od przy­gnę­bie­nia i roz­pa­czy, jakie są nam dane, jest lek­kie, łasko­tliwe muśnię­cie humoru i mocne strzały spro­śno­ści, przy­po­mi­na­jące nam, że poza okro­pień­stwami ist­nieją inne aspekty życia. Jeśli kie­dy­kol­wiek nale­żało posy­łać po klau­nów, to wła­śnie teraz7. Nad­cho­dzi Woody Allen.

Bez piór, przeł. Jacek Łaszcz, Phan­tom Press Inter­na­tio­nal, Gdańsk 1992 (wszyst­kie przy­pisy w książce pocho­dzą od tłu­ma­cza i redak­cji). [wróć]

Wyrów­nać rachunki, przeł. Piotr W. Cho­lewa, Zysk i S-ka, Poznań 2000. [wróć]

Skutki uboczne, przeł. Bog­dan Baran, Inter Esse, Kra­ków 1991. [wróć]

Czy­sta anar­chia, przeł. Woj­sław Bry­dak, REBIS, Poznań 2008. [wróć]

Bene­dict Arnold (1741-1801) - kupiec z Con­nec­ti­cut, który w stop­niu gene­rała wal­czył w Armii Kon­ty­nen­tal­nej w woj­nie o nie­pod­le­głość. Pod­dał Bry­tyj­czy­kom fort West Point; jego nazwi­sko stało się syno­ni­mem zdrady. [wróć]

Abba Eban (1915-2002) - izra­el­ski dyplo­mata i poli­tyk, wice­pre­mier w latach 1966-1974. [wróć]

Alu­zja do pio­senki Send in the Clowns z musi­calu A Lit­tle Night Music, śpie­wali ją także Frank Sina­tra i Bar­bra Stre­isand. [wróć]

Nie możesz wrócić do domu - oto dlaczego

Każdy, kto kie­dy­kol­wiek wrzu­cił zapa­loną zapałkę do ładowni okrętu amu­ni­cyj­nego, potwier­dzi, że naj­drob­niej­szy gest może wycza­ro­wać ogrom decy­beli. W rze­czy­wi­sto­ści mal­strom o sej­smicz­nych pro­por­cjach wdarł się w moje życie zale­d­wie kilka tygo­dni temu, poprze­dzony przez dro­biazg w postaci tre­ści­wego liściku wsu­nię­tego pod drzwi naszej miej­skiej rezy­den­cji. Śmier­cio­no­śny bile­cik gło­sił, że pro­du­cenci hol­ly­wo­odz­kiego filmu krę­co­nego na Man­hat­ta­nie uznali, iż prze­strzeń przed naszym domem jest ide­alna dla ich celu­lo­ido­wych mecyi, które aku­rat pichcą, i gdyby nadało się im też wnę­trze, to chcie­liby je wyko­rzy­stać jako loka­cję. Ponie­waż byłem wów­czas bar­dzo zajęty na Wall Street pew­nymi fuzjami, które wpły­nęły na moją istotną pozy­cję w piry­tach, przy­zna­łem notce prio­ry­tet zare­zer­wo­wany dla menu chiń­skich knajp z żar­ciem na wynos i wyrzu­ci­łem do kosza. Całe zaj­ście było zbyt banalne, żeby zasłu­żyć na choćby hono­rową wzmiankę neu­ro­nów, które rywa­li­zo­wały o moje wspo­mnie­nia, aż do momentu, kiedy kilka dni póź­niej żona i ja zeskro­by­wa­li­śmy węgiel z kola­cji skre­mo­wa­nej przez naszą kucharkę do stop­nia nie­roz­po­zna­wal­no­ści.

- Zapo­mnia­łam wspo­mnieć - powie­działa uro­dzona w Dubli­nie piro­ma­niaczka, zgar­nia­jąc sadzę z obrusa. - Kiedy udał się pan dzi­siaj na rol­fo­wa­nie1 do tego szar­la­tana, do któ­rego pan cho­dzi, byli tutaj fil­mowcy.

- Kto? - zapy­ta­łem chłodno.

- Powie­dzieli, że przy­słali panu zawia­do­mie­nie. Przy­szli obej­rzeć dom. Wszyst­kim bar­dzo się podo­bał, z wyjąt­kiem tego zdję­cia, na któ­rym stoi pan obok Alberta Ein­ste­ina. Od razu poznali, że to foto­mon­taż.

- Wpu­ści­łaś obcych bez mojego pozwo­le­nia? - zga­ni­łem ją. - A co, gdyby byli zło­dzie­jami lub seryj­nymi mor­der­cami?

- Żar­tuje pan? W tych paste­lo­wych kasz­mi­rach? - odpa­liła. - Poza tym roz­po­zna­łam reży­sera pro­gramu Char­lie Rose. To był Hal Roach­pa­ste, ostat­nie cudowne dziecko Tin­sel­town2.

- Brzmi eks­cy­tu­jąco, prawda? - wtrą­ciła się moja lep­sza połówka. - Wyobraź sobie naszą cha­łupę unie­śmier­tel­nioną w osca­ro­wym mega­hi­cie. Powie­dzieli, kto w nim gra?

- Nie kto inny, jak Brad Paunch i Ambro­sia Whe­el­base - pisnęła cuisini?re, będąc wyraź­nie pod wra­że­niem gwiazd kina.

- Przy­kro mi, moje tru­felki - oświad­czy­łem z olim­pij­ską sta­now­czo­ścią - ale nie wpusz­czę tutaj takiej hała­stry. Zgłu­pia­ły­ście? Tylko tego nam bra­ko­wało, żeby banda man­dryli biwa­ko­wała na naszych bez­cen­nych per­sach. To nasza świą­ty­nia, sank­tu­arium olśnie­wa­jące klej­no­tami zdo­by­tymi w naj­więk­szych domach aukcyj­nych Europy: nasze chiń­skie wazy, moje pierw­sze wyda­nia, por­ce­lana z Delft, Ludwik XVI, gro­ma­dzone przez całe życie kolek­cje dupe­reli i bibe­lo­tów. Nie wspo­mi­na­jąc o tym, że potrze­buję bez­względ­nego spo­koju w celu dokoń­cze­nia mono­gra­fii na temat kraba pustel­nika.

- Ale Brad Paunch - wes­tchnęła kądziel. - Był taki boski jako Liszt w Jesien­nej prze­pu­kli­nie.

Gdy unio­słem dłoń, żeby uci­szyć dal­sze bła­ga­nia, zadzwo­nił tele­fon, po czym do ucha szczęk­nął mi głos dobrze dopa­so­wany do zachwa­la­nia noży ze stali nie­rdzew­nej, które obie­rają i sie­kają w kostkę.

- Ach, dobrze, że cię zasta­łem. Mówi Mur­ray Inch­cape. Jestem kie­row­ni­kiem pro­duk­cji Wio­słuj, mutan­cie, wio­słuj. Musi się wami opie­ko­wać anioł stróż, ludzie, bo roz­bi­li­ście bank. Hal Roach­pa­ste posta­no­wił wyko­rzy­stać wasz dom...

- Wiem - prze­rwa­łem mu. - Do nakrę­ce­nia sceny. Skąd pan ma mój pry­watny numer?

- Wylu­zuj, piel­grzy­mie - cią­gnął nosowy głos. - Po pro­stu przej­rza­łem jakieś papiery w two­jej szu­fla­dzie, kiedy robi­li­śmy zwiad w domu. I tak przy oka­zji, to nie jakaś tam scena, tylko ta scena. Klu­czowy moment, wokół któ­rego kręci się cały bała­gan.

- Przy­kro mi, panie Inchworm...

- Inch­cape, ale nie ma sprawy. Wszy­scy prze­krę­cają moje nazwi­sko. Dobro­dusz­nie to ole­wam.

- Wiem, co ekipy fil­mowe robią z wnę­trzami, które najeż­dżają - stwier­dzi­łem sta­now­czo.

- Więk­szość to bar­ba­rzyńcy, przy­znaję - zgo­dził się Inch­cape - ale my cho­dzimy na palusz­kach jak tra­pi­ści. Gdy­by­śmy ci nie powie­dzieli, że krę­cimy w twoim domu film, ni­gdy byś się nie domy­ślił. I nie suge­ruję, żebyś nas okra­dał, ale kapuję, że to mnie pozbawi całej kupy drachm.

- To bez zna­cze­nia - upie­ra­łem się. - Żadne pie­nią­dze nie kupią wam wstępu do tego chło­pię­cego przy­bytku. Dzię­kuję, że o nas pomy­śle­li­ście, i arri­ve­derci.

- Cze­kaj no chwilę, sta­ruszku - powie­dział Inch­cape, osła­nia­jąc dło­nią mikro­fon, ale chyba i tak rozu­mia­łem, co mówią stłu­mione kle­ko­czące głosy; brzmiało to jak spi­sek w celu porwa­nia Bobby'ego Franksa3.

Mia­łem wycią­gnąć kabel z gniazdka, kiedy Inch­cape wró­cił na linię.

- Słu­chaj, wła­śnie pod­rzu­ci­łem pewne suge­stie Halowi Roach­pa­ste'owi, który przy­pad­kiem jest tuż obok mnie, a on się zasta­na­wia, czy nie chciał­byś wystą­pić w fil­mie. Nie mogę ci obie­cać głów­nej roli, ale coś zabaw­nego i mię­si­stego, co wkle­iłoby twoją gębę w ekran jako spu­ści­znę dla lato­ro­śli. Może także żonka, po drob­nej der­ma­bra­zji, jeśli to jej zdję­cie widzia­łem na waszym pia­ni­nie.

- Zagrać w fil­mie? - zachły­sną­łem się, dozna­jąc wstrząsu zwy­kle apli­ko­wa­nego dena­tom przez sani­ta­riu­szy. - Żona jest strasz­li­wie nie­śmiała, ale ja, prawdę mówiąc, gra­łem tro­chę w col­lege'u i w regio­nal­nym teatrze. Jeź­dzi­łem jako Par­son Man­ders w Ibse­nie na lodzie i na­dal mówi się o mojej She Sto­ops to Conquer. Zde­cy­do­wa­łem się zagrać Tony'ego Lump­kina z sze­re­giem tików twa­rzy, które publicz­ność w Yumie dopro­wa­dzały do deli­rycz­nej weso­ło­ści. Oczy­wi­ście rozu­miem, że jest róż­nica mię­dzy sceną a fil­mem i czło­wiek musi mode­ro­wać wyra­zi­stość, żeby obiek­tywy zbli­że­niowe fak­tycz­nie zro­biły swoje.

- Jasne, jasne - mruk­nął pro­du­cent. - Roach­pa­ste ma do cie­bie wiel­kie zaufa­nie.

- Prze­cież ni­gdy mnie nie spo­tkał - zapro­te­sto­wa­łem, czu­jąc nasi­la­jącą się woń tref­no­ści.

- To dla­tego jest Joh­nem Cas­sa­ve­te­sem swo­jego poko­le­nia - zapew­nił mnie Inch­cape. - Roach­pa­ste polega na nagim instynk­cie. Spodo­bało mu się to, co zoba­czył w two­jej gar­de­ro­bie. Każdy z wro­dzo­nym dry­giem do ubrań jest stwo­rzony do roli She­pherda Gri­mal­kina.

- Kogo? Gri­mal­kina? - Prze­bie­gła mnie iskra. - Kim jest Gri­mal­kin? Możesz mi przed­sta­wić zarys fabuły? Wystar­czy sam szkie­let.

- W tej spra­wie musisz poroz­ma­wiać z reży­se­rem. Powiem tylko, że oś tej histo­rii to skrzy­żo­wa­nie Szczęk i Per­sony. Cze­kaj chwilę. Hal się przy­łą­czy.

Nie­wy­raź­nie usły­sza­łem coś, co świad­czyło o pew­nej nie­chęci ze strony Roach­pa­ste'a do oma­wia­nia tej kwe­stii, i zda­wało mi się, że wyła­pa­łem, iż Inch­cape użył wyra­że­nia "jagnię na rzeź". Potem roz­legł się rześki głos.

- Hal Roach­pa­ste - obwie­ścił. - Mur­ray ci chyba wyja­śnił, że chcemy, żebyś wystą­pił w naj­waż­niej­szej sce­nie filmu.

- Możesz mi coś powie­dzieć o Gri­mal­ki­nie? O jego prze­szło­ści, ambi­cjach, żebym po pro­stu mógł zacząć budo­wać zarys postaci? Samo nazwi­sko suge­ruje głę­bię duszy.

- Która jest ogromna - przy­znał Roach­pa­ste. - Gri­mal­kin jest spo­strze­gaw­czy. Filo­zof, lecz z poczu­ciem humoru, ni­gdy nie zapo­mina języka w gębie, ale zręczny w robie­niu pię­ściami. Nie trzeba doda­wać, że jest wabi­kiem na kobiety, swego rodzaju Beau Brum­mel­lem, któ­remu etyka medyczna i umie­jęt­ność pilo­to­wa­nia samo­lotu zyskały sza­cu­nek ze strony arcy­kry­mi­na­li­sty, pro­fe­sora Dil­da­riana. A także...

W tym momen­cie tele­fon został naj­wy­raź­niej wyrwany z ręki Roach­pa­ste'a, a na linię wró­cił pod­eks­cy­to­wany Mur­ray Inch­cape.

- Co powiesz? Możemy wpi­sać twoją chatę jako miesz­ka­nie pro­ta­go­ni­sty?

- Pro­ta­go­ni­sty? - zapia­łem z zachwytu, nie mogąc uwie­rzyć w osza­ła­mia­jący zwrot akcji. - Kiedy dostanę strony z moimi kwe­stiami, żebym mógł zacząć uczyć się ich na pamięć?

Po dru­giej stro­nie zapa­dło mil­cze­nie, dosyć gro­bowe, a potem:

- Roach­pa­ste nie pra­cuje ze sce­na­riu­szem - wyja­śnił Inch­cape. - Jego zna­kiem fir­mo­wym jest spon­ta­nicz­ność. Chło­pak czer­pie inspi­ra­cję z chwili, a la Fel­lini.

- Impro­wi­za­cja nie jest mi cał­kiem obca - pisną­łem. - Kiedy gra­łem Polo­niu­sza w let­niej gru­pie teatral­nej... skunksy porwały mój nos z kitu. Po co mia­łyby...

- Rozu­miem - prze­rwał mi Inch­cape, a w tle usły­sza­łem kogoś trze­ciego: - Mur­ray, dostar­czyli two­jego kur­czaka tan­do­ori, ile dać napiwku face­towi?

- Do zoba­cze­nia we wto­rek, fra­je­rze. Przy­nie­śli indyj­skie nale­śniki? - To było ostat­nie zda­nie pro­du­centa przed szczęk­nię­ciem i cią­głym sygna­łem w słu­chawce.

Będąc w isto­cie nie­speł­nio­nym akto­rem, na cały tydzień pogrą­ży­łem się w fil­mach z Mar­lo­nem Brando i książ­kach Sta­ni­sław­skiego. Nie mogłem powstrzy­mać się od żało­snego duma­nia o tym, jak inne byłoby moje życie, gdy­bym lata temu poszedł za gło­sem serca i do Actors Stu­dio, zamiast wyjeż­dżać w pośpie­chu, żeby zapi­sać się do szkoły bal­sa­mo­wa­nia zwłok.

Jako osob­nik nie­ma­jący poję­cia, jak wcze­śnie zaczy­nają pracę ekipy fil­mowe, przed świ­tem w umó­wiony dzień zosta­łem wyrwany z objęć sze­ściu table­tek nasen­nych przez tego rodzaju wale­nie do fron­to­wych drzwi, które czło­wiek koja­rzy ze zna­le­zie­niem kry­jówki Anny Frank. Spa­ni­ko­wany, że to trzę­sie­nie ziemi lub atak sari­nem, wysko­czy­łem z łóżka, pośli­zgną­łem się i na tyłku zje­cha­łem po scho­dach, żeby się prze­ko­nać, że ulicę zare­kwi­ro­wały przy­czepy i pachołki dro­gowe.

- Ruchy, dziadku, zegar tyka - zosta­łem poin­for­mo­wany przez mania­kal­nego asy­stenta reży­sera i nagle satra­pia pra­cow­ni­ków obsługi planu, elek­try­ków, cie­śli i robot­ni­ków nie­wy­kwa­li­fi­ko­wa­nych wzięła sztur­mem dom, obna­ża­jąc pano­plię swo­ich narzę­dzi znisz­cze­nia.

Póź­niej sprzęt fil­mowy z sze­ściu cię­ża­ró­wek został szybko wła­do­wany do wnę­trza przez gbu­ro­wate woły związ­kowe, dba­jące z zawo­dową pie­czo­ło­wi­to­ścią o podra­pa­nie, roz­bi­cie lub uszko­dze­nie wszel­kich domo­wych przed­mio­tów o war­to­ści powy­żej trzech dola­rów. Na pole­ce­nie kame­rzy­sty, bro­da­tego wschod­niego Euro­pej­czyka o nazwi­sku Fien­dish Men­zies, w maho­niowe panele ścian wbito gwoź­dzie, po czym zawie­szono wiel­kie reflek­tory tylko po to, żeby nagle wszyst­kie zerwać i zamiast tam przy­krę­cić je do ory­gi­nal­nych pod­su­fi­to­wych gzym­sów. Stop­niowo wydo­by­wa­jąc się ze stu­poru, zgło­si­łem pro­test do Mur­raya Inch­cape'a, który wszedł, sza­ma­jąc droż­dżówkę z ser­kiem kre­mo­wym, pod­czas gdy z jego kubka ze Star­bucksa jamaj­skie cap­puc­cino kapało dokład­nie na środ­kowy meda­lion naszego dywanu z Aubus­son.

- Powie­dzia­łeś, że nic nie ule­gnie znisz­cze­niu - wykra­ka­łem, gdy ciosy młotka odłu­pały tynk, a lampa od Tif­fany'ego zamie­niła się w kolo­rowe odłamki.

- Przy­wi­taj się z Halem Roach­pa­ste'em, twoim reży­se­rem - powie­dział Inch­cape, igno­ru­jąc moją skargę, pod­czas gdy kilku kro­ma­nioń­czy­ków, nio­są­cych sto­jaki reflek­to­rów, wyrwało w jedwab­nej tape­cie z prze­łomu wie­ków dziurę dokład­nie tej wiel­ko­ści, jaka zato­piła Tita­nica.

Przed­kła­da­jąc sztukę nad omdle­nie, zła­pa­łem Roach­pa­ste'a za koł­nierz i przed­sta­wi­łem mu swoje pomy­sły aktor­skie.

- Pozwo­li­łem sobie wymy­ślić nie­wielką przed­ak­cję - powie­dzia­łem per­li­ście. - W isto­cie wcze­śniej­sze życie, żeby uszcze­gó­ło­wić Gri­mal­kina. Zaczy­nam od jego dzie­ciń­stwa jako syna domo­krąż­nego sprze­dawcy droż­dżo­wych bułe­czek. Potem...

- Taa, taa, uwa­żaj na szyny wóz­kowe - rzu­cił Roach­pa­ste, gdy pra­cow­nik obsługi planu z szyną w ręku obró­cił w perzynę wazę. - No, masz pecha - wes­tchnął prze­pra­sza­jąco. - Powiedz mi, ten dro­biazg wła­śnie kom­plet­nie znisz­czony to dyna­stia Tang czy Song?

Do dzie­sią­tej rano, dzięki sza­łom natchnio­nej kre­atyw­no­ści Roach­pa­ste'a i jego naj­wy­raź­niej obłą­ka­nego sce­no­grafa, miej­ska rezy­den­cja w Upper East Side została prze­kształ­cona w mau­re­tań­ski bur­del. Nasze meble usta­wiono cha­otycz­nie na zewnątrz przy kra­węż­niku, pomimo dosyć inten­syw­nego desz­czu, który zaczął padać. W salo­nie sta­tystki, prze­brane za hurysy, leżały uwo­dzi­ciel­sko wycią­gnięte na podusz­kach. Ambro­sia Whe­el­base, o ile mogłem się zorien­to­wać, grała porwaną dzie­dziczkę for­tuny zmu­szoną do zaspo­ka­ja­nia kapry­sów zde­pra­wo­wa­nego suł­tana, który oka­zuje się jej die­te­ty­kiem w prze­bra­niu i któ­rego poślu­bia na pokła­dzie waha­dłowca kosmicz­nego. Dla­czego nasza nie­ru­cho­mość była tak istotna dla tego kieł­ku­ją­cego kosz­maru, sta­no­wiło inspi­ra­cję zro­zu­miałą tylko dla takiego geniu­sza, jak Roach­pa­ste. Dla mojej żony powszechna heka­tomba sta­no­wiła nie­wielką cenę za pozna­nie Brada Paun­cha, który szep­nął jej na ucho coś, na co ona odpo­wie­działa:

- Nie, są natu­ralne.

O trze­ciej po połu­dniu jesz­cze nie nade­szła pora na moją scenę i pomi­ja­jąc wywo­łany przez ekipę od efek­tów spe­cjal­nych nie­wielki pożar w biblio­tece, który pochło­nął mojego sygno­wa­nego Gril­l­pa­rzera i pastel Redona, wszy­scy wyda­wali się zachwy­ceni ilo­ścią nakrę­co­nego mate­riału. Kiedy pod­słu­cha­łem, że towa­rzy­stwo zwija się o szó­stej, żeby unik­nąć kosz­tów nad­go­dzin, zaczą­łem się dener­wo­wać o mój występ. Wyja­wi­łem swe zanie­po­ko­je­nie asy­sten­towi reży­sera, ale zapew­nił mnie, że rola jest zbyt klu­czowa, żeby zostać pomi­niętą, i jasne, że na chwilę przed szó­stą wezwano mnie z piw­nicy, dokąd zosta­łem wygnany przez Ambro­się Whe­el­base, która upie­rała się w ataku szału, że roz­pra­sza ją mój tupe­cik.

- Teraz, kiedy jeste­śmy gotowi krę­cić - zwró­ci­łem się do sekre­tarki planu - jest kilka szcze­gó­łów, które muszę poznać, żeby wła­ści­wie odma­lo­wać Gri­mal­kina. W ten spo­sób wszel­kie impro­wi­za­cje, jakie wymy­ślę, będą trafne.

Mia­łem zamiar wdać się w szcze­góły, gdy jakieś gbu­ro­wate pachołki zła­pały mnie za koł­nierz i por­tki na sie­dze­niu, obró­ciły rów­no­le­gle do pod­łogi i, pisz­czą­cego, poło­żyły na niej twa­rzą w dół, po czym kobieta poma­zała mi prawą skroń szkar­łat­nym pły­nem. Następ­nie, tuż poza zasię­giem moich pal­ców, poło­żono mało­ka­li­browy tan­detny rewol­wer, jakby broń wyśli­zgnęła mi się z dłoni. Powie­dziano, że na "Akcja!" mam trwać nie­ru­chomo i nie oddy­chać, co oka­zało się trud­niej­sze, niż sądzi­łem, zwa­żyw­szy na nagły atak gwał­tow­nej czkawki. Naj­pierw uzna­łem, że krę­cimy achro­no­lo­gicz­nie, zaczy­na­jąc od zna­le­zie­nia mojego ciała, a potem intryga roz­wi­nie się w retro­spek­cji, ale kiedy padło "Cię­cie!" i zga­sły świa­tła, drzwi z roz­ma­chem się otwo­rzyły, po czym ekipa popę­dziła, żeby wynieść sprzęt.

- Ty i słu­żąca może­cie przy­wró­cić porzą­dek w poko­jach - powie­dział Inch­cape, nakła­da­jąc w pośpie­chu twe­edowy kape­lusz. - Zro­bi­łeś na mnie wra­że­nie per­fek­cjo­ni­sty, który lubi, żeby wszystko było na miej­scu.

- A-ale moja postać... Gri­mal­kin... oś fabuły - wymam­ro­ta­łem.

- I tak jest - wtrą­cił się Roach­pa­ste, poka­zu­jąc pra­cow­ni­kom obsługi planu, żeby nie mar­no­wali cen­nego czasu na wno­sze­nie do środka naszych mebli. - Wszy­scy są zszo­ko­wani, kiedy naty­kają się na jego zwłoki. Dla­czego cha­ry­zma­tyczny wszech­stronny eru­dyta, taki jak She­pherd Gri­mal­kin, miałby ode­brać sobie życie? No, dla­czego? Przez resztę filmu będą pró­bo­wali to odkryć.

Gdy kre­atywny roz­gry­wa­jący i reży­ser zde­ma­te­ria­li­zo­wali się, pozo­sta­wia­jąc mnie pogrą­żo­nego po uszy w szcząt­kach potrza­ska­nych kolek­cjo­ner­skich przed­mio­tów, zasta­no­wi­łem się, dla­czego roz­sądny czło­wiek miałby się zabić bez przy­czyny, i muszę przy­znać, że jeden powód przy­szedł mi do głowy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rol­fing - holi­styczna metoda manu­al­nej pracy z cia­łem, od nazwi­ska dr Idy P. Rolf. [wróć]

Potoczna nazwa Hol­ly­wood. [wróć]

Czter­na­sto­letni Robert Ema­nuel Franks (1909-1924), syn chi­ca­gow­skiego milio­nera, został porwany i zamor­do­wany przez stu­den­tów Uni­wer­sy­tetu Chi­ca­gow­skiego, któ­rzy chcieli popeł­nić zbrod­nię dosko­nałą. [wróć]