Od autorki
Kiedy w 2012 roku zaczęłam bliżej zajmować się amerykańską Secret
Service, ową wyjątkową agencją mającą stać na straży prawa, krajem
wstrząsnął najbardziej upokarzający skandal w jej najnowszej historii:
kilkunastu agentów i oficerów zostało oskarżonych o zamienienie
prezydenckiej podróży do kurortu w Ameryce Południowej w jedyny w swoim
rodzaju wieczór kawalerski, podczas którego doszło do pijaństwa i zaproszono prostytutki. W owym czasie wybryk ten wstrząsnął krajem
właśnie dlatego, że pracownicy Secret Service przez długi czas byli
synonimem niestrudzonej i bezinteresownej czujności, grupą patriotów
gotowych własnym ciałem chronić demokrację w Ameryce.
Kiedy jednak bardziej zagłębiłam się w temat, zorientowałam się, iż mamy
do czynienia z jeszcze bardziej niepokojącym skandalem niż owe wybryki w stylu niegrzecznych chłopców -?owa od dawna szanowana agencja nie
spełniała swojego najważniejszego obowiązku: zapewnienia bezpieczeństwa
prezydentowi. Agenci i funkcjonariusze posłużyli mi za przewodników,
ukazując krok po kroku, jak Secret Service staje się papierowym
tygrysem, osłabianym przez aroganckich, ograniczonych dowódców, system
awansów oparty na lojalności, a nie umiejętnościach, lata chudych
budżetów oraz przestarzałą technologię. Z ich pomocą postanowiłam
sięgnąć jeszcze głębiej, aby zrozumieć, jak do tego doszło, i prześledzić poprzednie pięć dekad dumnej Secret Service. Jak udało jej
się dojść do siebie po zamachu na prezydenta Kennedy'ego, odbudować
swoje siły i protokoły bezpieczeństwa do tego stopnia, by stać się
przedmiotem zazdrości całego świata, po czym dopuścić do powolnego
upadku, który zaniepokoił i rozgniewał jej pracowników działających na
pierwszej linii?
Istotna uwaga na temat mojego celu: niektórzy szefowie i byli pracownicy
Secret Service zarzekali się, iż zaatakują moją pracę, oskarżając mnie,
że staram się zawstydzić ich szanowaną instytucję i wyciągnąć na światło
dzienne jej ułomności. Jednak owe trudne sprawy opisuję przede wszystkim
dla pracowników Secret Service służących na pierwszej linii oraz dla jej
przyszłości. Osobiście jestem pod wielkim wrażeniem agentów i funkcjonariuszy, którzy organizują się, walcząc o swoje wspólne istotne
cele, i tego, co osiągają każdego dnia, służąc pod tak dużą presją.
Pracują, często nie mogąc liczyć na żadną wdzięczność, odpowiednie
wsparcie lub proaktywną strategię swoich szefów. Piszę, bo zasługują na
dużo więcej.
Niniejsza książka opiera się na setkach godzin wywiadów przeprowadzonych
z ponad 180 osobami, w tym obecnymi i byłymi agentami Secret Service,
funkcjonariuszami i dyrektorami, członkami gabinetów, doradcami i wyższymi urzędnikami rządowymi administracji ośmiu poprzednich
prezydentów oraz członkami Kongresu i ich personelu, a także innymi
świadkami wydarzeń opisywanych na poniższych stronach. Rozmawiałam z członkami personelu Secret Service, którzy pracowali pod okiem samego
prezydenta, jak i w odległych biurach terenowych, a także -?równie
gotowymi do poświęceń -?członkami ich rodzin. Większość osób, z którymi
współpracowałam podczas swoich badań, zgodziła się na szczerą rozmowę
pod warunkiem zachowania ich anonimowości, albo chcąc w ten sposób
chronić swoją karierę, albo z obawy przed odwetem ze strony agencji i jej byłych pracowników, którzy nieustannie starają się tuszować
popełniane błędy i zachować dobre imię agencji. Wielu podzieliło się
swoimi doświadczeniami, pozostając w cieniu, co pozwoliło mi wykorzystać
ich informacje na tyle, na ile mogłam ochronić ich tożsamość i nie
powoływać się na szczegóły, dzięki którym można by było dojść do ich
nazwisk.
Jestem obiektywną dziennikarką, z zaangażowaniem dzielącą się prawdą z opinią publiczną, a tutaj pragnęłam ją zrealizować w sposób na tyle
bliski prawdy, na ile udało mi się to ustalić na podstawie
rygorystycznych zasad pracy reporterskiej. Sytuacje opisane w tej
książce zostały zrekonstruowane na podstawie relacji z pierwszej ręki i,
jeśli to tylko możliwe, potwierdzone przez kilka źródeł. Sprawdziłam je
również osobiście dzięki możliwości wglądu w wewnętrzne raporty i notatki urzędowe. Chociaż istnieje tendencja do pomijania relacji
anonimowych źródeł, wiele osób, które rozmawiały ze mną poufnie, również
przeprowadziło własne śledztwo i podzieliło się ze mną notatkami,
zapiskami w kalendarzach i korespondencją, aby w ten sposób jeszcze
bardziej wzmocnić ich wiarygodność. Rozmowy mogą nie zawsze być
dokładne, ale przekazując ich treść, opierałam się na wspomnieniach
wielu osób. W kilku wypadkach różne źródła odmiennie przedstawiały
meritum sprawy i -?kiedy było to konieczne -?piszę o tym otwarcie,
przyznając, że różne osoby mogą w różny sposób zapamiętać to samo
zdarzenie.
Niniejsza książka jest efektem moich reportaży zamieszczanych na łamach
"The Washington Post". Niektóre z epizodów, o których tu przeczytasz,
miały swoje początki w artykułach, które napisałam dla owej gazety,
często korzystając przy tym z pomocy moich mądrych kolegów. Jednak
większość scen, dialogów i cytatów w mojej książce jest oryginalna i oparta na obszernych wywiadach, które przeprowadziłam na potrzeby tego
projektu.
Owa historyczna relacja w dużym stopniu skorzystała dzięki bieżącym
doniesieniom prasowym w "The Washington Post" i innych publikacjach.
Oparłam się również na kilku fascynujących książkach przybliżających
określone realia. Część z nich została napisana przez byłych agentów,
którzy uznali, że ich doświadczenia zapiszą się w historii. Doceniam
kluczowe znaczenie informacji zaczerpniętych z owych relacji, do których
bezpośrednie odniesienia zamieszczam w tekście lub przypisach.
Prolog
Wieczorem 30 marca 1981 roku, w mieście Norfolk, w stanie Wirginia,
ośmioletni chłopiec siedział w salonie przyklejony do telewizora. Tego
samego dnia, kilka godzin wcześniej, John Hinckley jr. usiłował
zamordować Ronalda Reagana wychodzącego z hotelu Washington Hilton.
Jednak kiedy CBS News odtwarzało ową scenę w zwolnionym tempie, chłopiec
nie skupiał się na prezydencie. Jego uwagę przykuł człowiek, który nagle
pojawił się w kadrze.
Wytężając wzrok, chłopiec patrzył ze zdumieniem, jak mężczyzna o kwadratowej szczęce, ubrany w jasnoszary garnitur, odwraca się w stronę
strzelca, po czym upada na ziemię, ściskając się za brzuch. Osłaniając
własnym ciałem prezydenta, jak mówił w tle dziennikarz, Tim McCarthy
prawdopodobnie ocalił jego życie. W tym momencie młody Brad Gamble (imię
zmienione) wiedział dokładnie, co chce robić, kiedy dorośnie: będzie
agentem Secret Service.
Obecnie, 30 lat później, Gamble rzeczywiście pełnił ową misję. Był
członkiem Oddziału Interwencyjnego Secret Service, CAT. W całym systemie
ochrony prezydenta CAT odgrywa prawdopodobnie najniebezpieczniejszą
rolę. Większość ludzi, kiedy wyobraża sobie Secret Service, widzi
agentów w garniturach, którzy osłaniają i ewakuują prezydenta w chwilach
zagrożenia. Potężnie uzbrojone siły CAT mają jednak inną misję: ich
zadaniem jest biec w kierunku strzałów lub eksplozji zagrażających
prezydentowi i je zneutralizować. Credo oddziału sprowadza się wyłącznie
do dwóch skutków ich działania, które, jak wierzyli, czekały każdego
napastnika, który stanie im na drodze: "Martwy lub aresztowany".
Gamble był dumny z wybranej drogi kariery. Jego koledzy szanowali go za
bezinteresowny patriotyzm, którym się kierował, oraz za wyjątkową uwagę,
jaką przykładał do szczegółów operacyjnych. Dlaczego zatem, późnym latem
2012 roku, siedząc w restauracji niedaleko Fort Bragg w Karolinie
Północnej, nagle poczuł, że robi mu się niedobrze?
Gamble i jego koledzy przyszli do niewielkiej rodzinnej restauracji w towarzystwie grupy członków Delta Force, którzy nadzorowali coroczne
szkolenie oddziału CAT. Od niemal tygodnia zespół Gamble'a ćwiczył z owymi stalowymi żołnierzami Sił Specjalnych, pozorując próby zamachów i ataki przy braku widoczności, aby nauczyć się, jak chronić siebie i swoich kolegów podczas walki wręcz.
Po obiedzie złożonym z żeberek, steków i skrzydełek Gamble usiadł z butelką piwa i wdał się w pogawędkę z jednym z anonimowych bohaterów
wydarzeń 11 września 2001 roku, starszym sierżantem Delta Force, którego
nazwę, powiedzmy, John. Gamble lubił styl Johna, który nie bawił się w owijanie w bawełnę. Sierżant mógł się pochwalić prawdziwym
doświadczeniem na polu bitwy -?dwa tygodnie po atakach na World Trade
Center wziął udział w natarciu na posiadłość mułły Omara w Kandaharze.
Nie lubił się tym jednak zbytnio chlubić -?czym natychmiast zdobył
zaufanie i szacunek Gamble'a.
Przy drugim piwie Gamble poczuł się na tyle wyluzowany, że zadał Johnowi
pytanie, które przyszło mu nagle do głowy: "Po przeszkoleniu tak wielu
agentów i funkcjonariuszy organów ścigania, co sądzisz o gotowości
Secret Service do działania?". Sierżant zawahał się, więc Gamble zaczął
go naciskać.
-?Na serio, jak byś nas ocenił?
-?No cóż -?odparł John. -?Żal mi was, chłopaki. Secret Service naprawdę
was zawiodło. Nigdy nie będziecie w stanie powstrzymać prawdziwego
ataku.
Nie była to odpowiedź, na jaką liczył Gamble, a kiedy słuchał, jak John
analizuje przestarzały sprzęt Secret Service i jej kiepskie
przygotowanie, poczuł mdłości. W głębi duszy wiedział, jak źle
wyposażone i przestarzałe jest Secret Service, ale fakt, że usłyszał to
z ust kogoś, kogo szanował, spowodował, iż nie mógł temu zaprzeczyć. W tym momencie stanęły mu przed oczami wszystkie sytuacje, w których
widział, jak Secret Service popełniało błędy -?ostatnią był wyjazd do
Bombaju wraz z prezydentem Obamą w 2010 roku. Jednostka ledwo uniknęła
wówczas poważnego międzynarodowego incydentu po tym, jak zastrzelono
niezidentyfikowanego uzbrojonego bandytę, który okazał się
funkcjonariuszem miejscowej policji. Scenariusze takie jak te były
próbami generalnymi przed prawdziwym atakiem na prezydenta, a w ciągu
pięciu lat, jakie spędził w CAT, widział, jak wiele razy Secret Service
zawiodło.
Gamble stanął teraz w obliczu brutalnej prawdy: coraz częściej Secret
Service wypełniało swoją misję "zero błędów", opierając się nie na
własnych umiejętnościach, ludziach, przeszkoleniu lub technologii, ale
na głupim szczęściu. Jak długo owo szczęście będzie im dopisywać? Gamble
nie był osamotniony. Znał innych oddanych swojej misji agentów, którzy
odczuwali narastające rozczarowanie, zwłaszcza ludźmi stojącymi na czele
agencji. Jednak strach przed reperkusjami nakazywał im milczeć.
Przynajmniej dopóki stawka nie stanie się zbyt wysoka.
Secret Service zajmuję się od 2012 roku, poczynając od artykułu
"Hookergate", opisującego skandal, który wybuchł po tym, jak podczas
przygotowań do wizyty prezydenta Obamy w Cartagenie w Kolumbii agenci
zaprosili do pokoi hotelowych prostytutki -?było to wydarzenie, które
dało mi pierwszy obraz dużo głębszych problemów instytucjonalnych, z jakimi zmagała się Secret Service. W kolejnych latach coraz więcej
agentów wyrażało obawy w kwestii zdolności agencji do ochrony
prezydentów, ich rodzin i innych najwyższych urzędników państwowych. Ich
relacje ukazują organizację nadmiernie obciążaną zadaniami, tonącą w kolejnych misjach i najeżoną zagrożeniami bezpieczeństwa, wynikającymi z głębokiej nieufności między szeregowymi agentami a ich szefami.
Agenci ci jednak złamali kodeks milczenia, obowiązujący ich w Secret
Service, na rzecz wyższego dobra, jakim było podniesienie alarmu.
Przyszli do mnie w nadziei, że reporterka śledcza z "The Washington
Post" wysłucha ich obaw, zawstydzi szefów, którzy zawiedli, i pomoże
uratować tonący statek. Aby opowiedzieć ich całą historię,
przeprowadziłam i przejrzałam setki wywiadów z agentami,
funkcjonariuszami, dyrektorami, kongresmenami, prezydentami i ich
personelem. Przeczytałam tysiące dokumentów, w tym z archiwów
prezydenckich, a także wewnętrzne raporty Secret Service, akta śledztw
oraz przeglądów bezpieczeństwa, które nigdy nie zostały podane do
publicznej wiadomości. Odkryłam bogatą, skomplikowaną historię -?o odwadze i sprzedajności, heroizmie i niekompetencji -?od której Ameryka
nie może i nie powinna odwracać głowy.
Niniejsza książka nie jest typową akademicką historią. Moim celem jest
tutaj przedstawienie początków i -?jak najbardziej możliwego do
uniknięcia -?upadku Secret Service w ciągu ostatnich 60 lat, od
Kennedy'ego do Trumpa. Czasami zapominamy, że to właśnie ta dumna, w dużej mierze niewidzialna siła stoi między prezydentem a wszystkimi
potencjalnymi zamachowcami. Ochraniają prezydenta, bronią również
demokracji. I chociaż niegdyś agencja z poświęceniem i kompetencją
stawała już w obliczu nieprawdopodobnych wręcz przeciwności, obecnie
zagraża jej bezprecedensowe niebezpieczeństwo.
Na poniższych stronach staram się ukazać portret agencji naznaczonej
unikatowym zestawem sprzeczności: nieustannie zmieniająca się i utajniona misja w połączeniu z niemożliwymi do spełnienia oczekiwaniami.
Brak elastyczności w systemie zarządzania, co ma zwiększać dyscyplinę,
wzbudza jednak często niechęć i bunt. Organizacja, której standardy
efektywności są dużo wyższe niż w wypadku jakiejkolwiek innej agencji
federalnej, podczas gdy morale i standardy zachowania osobistego są
czasami znacznie niższe. Grupa robocza, której członkowie często
poświęcają normalne życie i zmuszają się do niesamowitego wysiłku, aby
wykonać niemal niemożliwą do realizacji misję, pracujący jak niewolnicy
dla szefów, których część dba przede wszystkim o siebie i nie umie
podejmować śmiałych wyborów, które mogłyby wesprzeć starania swych
podwładnych.
Moim celem jest zajrzenie za kulisy organizacji zmuszonej do
niekończącej się walki o poprawę swojej reputacji, zwiększenie swoich
zasobów i podniesienie morale swych pracowników. Być może prawdziwą
ironią losu jest to, że ukazuję tu agencję, która wydaje się reformować
dopiero wówczas, gdy staje w obliczu tego, czemu przysięgała zapobiegać:
tragedii.
W ciągu ostatnich sześciu dekad Secret Service rozrosła się z 300
agentów i budżetu w wysokości 5 milionów dolarów do 7 tysięcy agentów,
funkcjonariuszy i innego personelu oraz budżetu przekraczającego 2,2
miliarda dolarów. Jej misja także uległa rozszerzeniu. Zamiast stać na
straży jednego przywódcy, agencja ochrania obecnie także jego dalszą
rodzinę, wielu jego zastępców, a nawet przeciwników politycznych. Jej
celem jest nie tylko zatrzymanie pocisku, ale także zablokowanie drona z gazem trującym, cyberataku zagrażającego sieci energetycznej kraju oraz
zapobieganie wszelkiego rodzaju zagrożeniom dla kibiców na stadionie
Super Bowl. Tego typu misja może się okazać poważnym wyzwaniem dla
każdej organizacji. Jednak Secret Service cierpiała nie tylko ze względu
na coraz większe wyzwania. Z powodu słabości jej własnych pracowników
standardy i zdolności agencji do wypełniania podstawowych zadań spadają
od lat, co rodzi kilka kluczowych pytań:
Jak do tego doszło, że Secret Service z elitarnej, ciężko pracującej
grupy patriotów, która przysięgała uczynić wszystko, aby po zabójstwie
JFK ochronić przyszłych prezydentów, stała się bandą kolesi, w której
toczą się wewnętrzne walki, panuje powszechna pobłażliwość i brakuje
chęci życia?
W jaki sposób agencja, ze zwartej grupy, która szczyciła się
ponadpartyjną postawą "ludzie ich wybierają, a my ich chronimy", stała
się organizacją, która jest wykorzystywana przez prezydentów do
tchórzliwych działań politycznych i wie, że musi się na to godzić, aby
nie wypaść z łask?
I wreszcie, w jaki sposób Secret Service z instytucji, która
zainspirowała i zawładnęła wyobraźnią ośmioletniego chłopca z Norfolk w stanie Wirginia, zamieniła się w organizację niebędącą w stanie
zatrudniać ludzi wystarczająco szybko, aby zastąpić tych, którzy
odchodzą, i przez trzy lata z rzędu została uznana za najbardziej
znienawidzone miejsce pracy we wszystkich instytucjach federalnych?
Zero błędów jest kroniką tego upadku w ciągu dziesięcioleci, zmian na
szczytach władzy i ewoluujących zasad gry za sprawą wydarzeń na świecie.
Chociaż agencja poniosła po drodze wiele żenujących porażek, warto
zauważyć, że od czasu Johna F. Kennedy'ego żaden ochraniany przez nią
prezydent nie został zabity. Wielu pełnych zaangażowania mężczyzn i kobiet, którzy stoją przy oddzielających tłum linach i przeszukują go w poszukiwaniu nawet najmniejszych oznak zagrożenia, wielokrotnie
udowodniło swoją wartość i przynajmniej dzięki własnemu poczuciu
obowiązku wykazali, że są wierni swojemu mottu: "Godni zaufania i niezawodni". Niestety, samym uporem ich organizacja nie jest w stanie
powstrzymać zamachowca.
Podczas pisania tej książki zorientowałam się, że upadek Secret Service
postępował już od dziesięcioleci, ale miałam okazję również docenić
wielu agentów, którzy pełnią swoją służbę pomimo nieporządku i przypadkowości, jakie wciągają ich w swój wir. Każdego dnia owi słudzy
państwa, których Eisenhower nazwał "żołnierzami bez mundurów", stoją na
zimnie i deszczu przed Białym Domem oraz, znosząc otępiającą nudę,
strzegą schodów i hotelowych korytarzy w centrach kongresowych.
Ociekając potem wsiąkającym w podkoszulki i skarpetki, godzinami
cierpliwie stoją plecami do siebie na wiecach. Przez wiele godzin i dni
pozostają w swego rodzaju hiperczujności, która powoduje, iż zwyczajna
osoba czuje się wyczerpana już po dziesięciu minutach.
Doceniam także fakt, że Secret Service narodziła się wskutek
fundamentalnego napięcia, które leży u podstaw amerykańskiej demokracji:
symboliczność kontra bezpieczeństwo. Ciężar, który spoczywa na ich
barkach, stał się dla mnie szczególnie namacalny, kiedy niektórzy agenci
opowiedzieli mi o tym, jak zostali wprowadzeni w szeregi ochrony
prezydenta, a zwłaszcza tak wyjątkowego przywódcy, jak prezydent
Clinton. Agent specjalny Larry Cockell rozpoczął swój wykład od
udostępnienia nekrologu agenta, który prowadził limuzynę z prezydentem
Kennedym w dniu jego zabójstwa i nieco zwolnił na dźwięk pierwszego
strzału. Pierwszy wers wzmianki o śmierci tego agenta wskazywał na rolę,
jaką odegrał on w tragedii, która określiła całe jego życie.
-?Jesteście teraz częścią agencji odpowiadającej za życie prezydenta i stabilność naszej demokracji -?powiedział Cockell, jak wspominali
agenci. -?Tak wygląda porażka. Nie mogę odnieść sukcesu, chyba że wam
się także uda. Jeżeli nie zadziałamy wszyscy, wszyscy zawiedziemy.
Oczekuję, że każdy z was przez cały czas pozostanie skoncentrowany i zaangażowany, a jeżeli uważacie, że istnieje jakaś przeszkoda, aby to
osiągnąć, proszę, abyście dzisiaj szczegółowo to przedstawili.
Ameryka pragnie, by ukazywać jej obraz jako kraju wolności i otwartości
"dla ludu". Jeszcze w 1881 roku, 16 lat po zabójstwie prezydenta
Lincolna, pod rządami świeżo wybranego Jamesa Garfielda, kraj odrzucił
ideę prezydenckich sił bezpieczeństwa, ponieważ pachniało to "royalsami"
ukrywającymi się za strażą imperialną. Pomimo nieustannego
niebezpieczeństwa Bill Clinton i JFK nieustannie utrudniali życie
ochraniającym ich agentom, podchodząc na niewielką odległość do swoich
wielbicieli. Ten ostatni zasłynął też z tego, że potrafił
niespodziewanie rzucić wszystko, aby popływać na publicznej plaży w Kalifornii. Z kolei agenci ochraniający Reagana, podczas pierwszego
publicznego wystąpienia prezydenta po zamachu na jego życie, wdali się w burzliwą debatę z Secret Service na temat sposobu używania wykrywaczy
metali, aby były jak najmniej widoczne. Nawet w ramach samej agencji jej
pracownicy omal nie pobili się, dyskutując o takich kwestiach jak ta,
czy długa broń na dachu Białego Domu nie stworzy wrażenia, że przywódca
wolnego świata zamieszkuje w bazie wojskowej.
Wyjątkowo rzadki sukces, polegający na połączeniu owych dwóch
rywalizujących ze sobą poglądów, został odniesiony podczas przemówienia
Baracka Obamy 4 listopada 2008 roku, kiedy ponad 71 milionów telewidzów
obejrzało w czasie rzeczywistym radosne, niemal spontanicznie
wyglądające wydarzenie w Grand Parku w Chicago z okazji wyboru
pierwszego czarnoskórego prezydenta Ameryki. Kamerom umknął fakt, że
obszar powietrzny w tym rejonie został ogłoszony strefą zakazu lotów, a prezydenta elekta ochraniały dwie ogromne tafle kuloodpornego szkła
mającego udaremnić potencjalny atak snajperów. Zarówno w kategorii
praktycznej, jak i symbolicznej scena ta zawierała w sobie wszystko to,
co należy do rutynowych osiągnięć Secret Service.
Zero błędów dotyka owej wzniosłej historii, ale to, co ostatecznie
ukazuje, jest dużo bardziej osobistą relacją. Książka ta jest o obecnych
i byłych agentach, funkcjonariuszach i personelu administracyjnym
tworzących owo tajne bractwo zdecydowane podzielić się ze mną swoimi
historiami. Zawsze będę im wdzięczna, że zaryzykowali swoje kariery -
nie dlatego jednak, że chcieli podzielić się pikantnymi plotkami na
temat prezydentów i ich rodzin, ale dlatego, że wiedzą, iż Secret
Service źle funkcjonuje i wymaga naprawy. Opowiadając swoje historie,
mają nadzieję, że wpłyną na odnowę Secret Service, którą kochają.
Zasługują na publiczną deklarację odbudowy swojej agencji, aby nie
musieć harować w ciągłym strachu przed porażką, nie wspominając już o osobistym ryzyku.
Ameryka, jej prezydenci i obywatele zbyt często w przeszłości traktowali
działalność Secret Service jako coś oczywistego, to często przynosiło
jednak tragiczne skutki.
Rozdział 1. Gwardia przyboczna
Rozdział 1
Gwardia przyboczna
Tego dnia w Buffalo Win Lawson poczuł, że jego pierś nieco się wypięła,
a ramiona uniosły się wzdłuż chudego ciała, czyniąc go nieco wyższym i smuklejszym. Duma. Tak, mógł się do tego przyznać. Win Lawson,
nieśmiały, cichy nerwus, czuł dumę.
Ów trzydziestoczteroletni mężczyzna dorastał w Portland, mieście bez
sygnalizacji drogowej nad brzegiem jeziora Erie, o którym słyszeli
jedynie nieliczni spoza północnej części stanu Nowy Jork. Miasto to,
położone około stu kilometrów od Buffalo, najbardziej znane było z orzeźwiającego powietrza znad jeziora, winnic i sadów, a także rodzin -
równie odpornych jak rośliny, które uprawiały.
Lawson, syn nauczycielki w szkole podstawowej i miejscowego bankiera, po
ukończeniu szkoły średniej wyjechał na studia. Zdobył dyplom, ożenił się
z siostrą przyjaciela z bractwa uniwersyteckiego, a kiedy rozpoczęła się
wojna koreańska, wstąpił do jednostki wywiadu wojskowego.
Kilkanaście lat później, owego jesiennego dnia w 1962 roku, Lawson
powrócił w swoje rodzinne strony w nowej, prestiżowej roli: był agentem
Secret Service, wyznaczonym do ochrony prezydenta Stanów Zjednoczonych.
Na centralnym placu Buffalo zgromadziło się niemal 200 tysięcy ludzi
chcących choć rzucić okiem na najbardziej znanego człowieka na Ziemi,
Johna Fitzgeralda Kennedy'ego. A obok niego stał Win Lawson.
Kennedy odwiedził Buffalo 14 października 1962 roku, w dniu uwielbianej
w mieście Parady Pułaskiego, związanej z polskim dziedzictwem
mieszkańców miasta. Widząc tłumy ludzi na trasie limuzyny, Lawson
pomyślał: Polacy czy nie, cała północna część stanu Nowy Jork
przyjechała dzisiaj na spotkanie ze swoim szykownym prezydentem.
Przed Lawsonem i siedmioma innymi członkami ochrony prezydenta stało
zadanie, które wymagało wyjątkowej koncentracji: strzec Kennedy'ego od
początku do końca podróży. Byli tuż obok niego, kiedy wysiadał z Air
Force One, kiedy machał ze swojej limuzyny przez ostatnie kilkaset
metrów parady, a teraz przemawiał do ogromnego tłumu w centrum miasta -
na Niagara Square.
Ten wewnętrzny krąg agentów bezpośredniej ochrony musiał zachować
wyjątkową czujność, która w dużej mierze opierała się na instynkcie i napiętych mięśniach. Kiedy "Szef" -?jak nieformalnie nazywali prezydenta
-?wszedł na podest, jego podwładni skierowali oczy i uszy na tłum,
wypatrując czegoś nietypowego, dziwnych zachowań lub osób z rękami w kieszeniach. Kiedy Kennedy ściskał dłonie, jak lubił to robić, agenci
otaczali go zewsząd, obserwując owe wyciągające się zewsząd ręce i szukając jakichkolwiek oznak niebezpieczeństwa. Ich obowiązkiem było
zasłonić prezydenta własnym ciałem przed pistoletem, nożem lub
jakimkolwiek innym zagrożeniem.
Stojąc u podstawy drewnianej sceny przed ratuszem, Lawson obracał głową
z lewa na prawo, obserwując plac, niczym peryskop przesuwający się po
niekończącej się masie głów, twarzy i ramion, wyczulony na wszelkie
oznaki niebezpieczeństwa.
Podczas tej wizyty Lawson pełnił dodatkowo funkcję szefa planowania
bezpieczeństwa Secret Service. Przybył trzy dni wcześniej, aby ocenić
środki bezpieczeństwa na każdym kroku, jaki prezydent mógłby zrobić
podczas wizyty -?skomplikowaną choreografię nazywaną "wyprzedzeniem". To
on zdecydował, które ulice mają zostać zamknięte na czas przejazdu
kawalkady, jak blisko mogą stanąć tłumy gapiów i które posterunki ma
obsadzić lokalna policja, oraz wyznaczał ludzi do eskorty na
motocyklach.
Skrupulatne plany Lawsona nie mogły jednak zmienić praw fizyki:
ostatecznie on sam i jego koledzy byli nieistotnymi kropkami w napływającej na plac masie ludzi.
Kiedy Kennedy zwrócił się do tłumów, mówiąc, że zachowali Polskę w swoich sercach, i wezwał ich do modlitwy, aby jej naród mógł pewnego
dnia żyć wolny od komunistycznych rządów, ludzie zaczęli wznosić
okrzyki. "I jak mówi stara pieśń, Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my
żyjemy" -?kontynuował Kennedy. Plac wypełniły gromkie brawa. Kennedy
uśmiechał się, długo czekając, aż będzie mógł wygłosić dalszy ciąg
swojego przemówienia1.
Potrafił zdobywać serca i -?jak mieli nadzieję jego doradcy -?głosy. Aby
pomóc demokratom w zdobyciu miejsc w Kongresie w listopadowych wyborach,
Kongres chciał, aby jak najwięcej wyborców mogło zobaczyć prezydenta.
Agenci Secret Service nie pochwalali tego, jak blisko Kennedy pragnął
zbliżyć się do swoich wielbicieli, ale nie byli w stanie tego zmienić.
Niemniej jednak mieli świadomość, że im dłuższa trasa przejazdu i im
więcej uścisków dłoni przy linach, tym większa szansa na to, że może
wydarzyć się coś złego.
Chociaż trudno było uwierzyć, że prezydent będzie potrzebował ochrony
przed wiwatującym tłumem na Niagara Square, Lawson i jego ludzie musieli
cały czas zakładać, że w tłumie czai się wróg. Kennedy mógł być
przystojny, bogaty i diabelnie czarujący, ale wielu ludzi w kraju nim
pogardzało. A kilku chciało go nawet do zabić.
Ten czterdziestotrzyletni polityk zagrażał status quo. Był pierwszym
katolikiem, który wygrał wybory prezydenckie, co było szokiem dla
starszego pokolenia uważającego, że prawdziwą elitę narodu stanowią
protestanci. Wielu Amerykanów było również głęboko zaniepokojonych
uporem, z jakim Kennedy przekonywał, że czarnoskórzy zasługują na naukę
w tych samych szkołach, korzystanie z tych samych łazienek i jedzenie w tych samych restauracjach co biali.
Kilka tygodni po tym, jak Kennedy wygrał wybory w 1960 roku, Richard
Pavlick, siedemdziesięciotrzyletni emerytowany pracownik poczty, który
miał za sobą długą historię problemów psychicznych i tyrad przeciwko
katolikom, załadował do bagażnika swojego buicka siedem lasek dynamitu.
Następnie wyruszył z rodzinnego New Hampshire do Palm Beach, gdzie
prezydent elekt przebywał przed swoją inauguracją. Pavlick planował
wysadzić Kennedy'ego, taranując jego samochód, gdy ten wyruszał na mszę,
ale porzucił swój plan, kiedy zobaczył, że obok prezydenta siedzą jego
żona i dzieci. Kilka dni później został aresztowany przez policję z Palm
Beach, w czym pomogły wskazówki jego kolegi, który domyślił się, że
Pavlick planował zamach na Kennedy'ego2.
Przez pierwsze sześć tygodni prezydentury Kennedy'ego Biały Dom otrzymał
trzy razy więcej listów z groźbami wobec prezydenta. "Mamy dość brudnych
czarnych katolików", brzmiał jeden z anonimów wysłanych z Los Angeles.
"Następna bomba będzie dla ciebie, Panie Kennedy".
Agenci należący do oddziału ochraniającego prezydenta w Białym Domu w prywatnych rozmowach wyrażali obawę o bezpieczeństwo Kennedy'ego. I to
nie tylko dlatego, że ich praca stanowiła naturalną pożywkę dla paranoi.
Według opinii publicznej prezydent Kennedy był szykownym, wyjątkowym
przywódcą z rodziną niczym z obrazka. Prywatnie agenci Secret Service
widzieli w Kennedym człowieka, któremu groziło niebezpieczeństwo.
Kennedy, w porównaniu do swoich poprzedników, utrzymywał niesłabnące
tempo, co spowodowało, że jego ludzie byli już bardzo zmęczeni. Był
również niezwykle lekkomyślny w kwestii własnego bezpieczeństwa. Jego
zachowanie sprawiało, że niektórzy z jego ochroniarzy byli
zaniepokojeni, a inni wręcz wściekli. Agenci z jego otoczenia prywatnie
lubili nowego prezydenta, ale zawodowo stawiał przed nimi najtrudniejsze
dotąd zadanie.
Kiedy w styczniu 1961 roku Kennedy przeniósł swoją młodą rodzinę do
Białego Domu, Secret Service była tak mała, że bardziej przypominała
skromny oddział policji miejskiej niż agencję federalną. Nawet
najwyższego urzędnika agencji nazywano po prostu szefem. Jej budżet
wynosił 5 milionów dolarów i zatrudniano w niej nieco ponad 300 ludzi,
których większość przebywała w biurach terenowych rozsianych po 50
stanach. Do oddziału stacjonującego w Białym Domu, który ochraniał
prezydenta, przydzielonych było 34 agentów. Zazwyczaj pracowali oni w sześcioosobowych zespołach przebywających u boku prezydenta i zmieniali
się co osiem godzin.
Agenci ci -?sami mężczyźni, z których większość wywodziła się z klasy
robotniczej -?dorastali w cieniu II wojny światowej i mieli głębokie
poczucie obowiązku wobec kraju. Typowym pracownikiem agencji był
wysportowany, skromny absolwent college'u w wieku około 20 lub nieco
ponad 30 lat, który wcześniej służył w wojsku lub pracował w miejscowym
wydziale policji.
Nowi agenci byli zawsze wysyłani najpierw do biura terenowego, podczas
gdy "strażników" wzywano do Białego Domu na okres próbny trwający rok
lub dwa lata. Secret Service zawierała umowę z rządem federalnym, co
pozwalało jej omijać grupę pracowników federalnych i zamiast tego
zatrudniać dowolnego agenta, którego wybrał jej szef3. W ramach
owej umowy Secret Service, jeżeli chciała zatrzymać owych stosunkowo
młodych agentów w swoich szeregach, w ciągu dwóch lat musiała ich
ulokować w otoczeniu prezydenta.
Agenci nie przechodzili specjalistycznego szkolenia w zakresie ochrony
osób, ale uczyli się niuansów swojej pracy od doświadczonych kolegów.
"Tak działała Secret Service. Kiedy zaczynałeś, przydzielali cię komuś
dobremu" -?wspominał Tim McIntyre, były agent osobistej ochrony
Kennedy'ego. "Agencja stosowała politykę polegającą na przydzielaniu ci
zadania i oczekiwała, że sam sobie poradzisz. Kiedy jesteś przydzielany
do różnych miejsc, może to być naprawdę dowolne miejsce. Może to być
miejsce pośród tłumu ludzi. Nie mają czasu na wyjaśnienie ci zbyt wielu
rzeczy. Oczekują, że schwycisz piłkę i pobiegniesz z nią".
Praca agenta, stojącego na warcie na stałym posterunku, była
wyczerpująca i nużąca. Jednak praca u boku uprzejmego, wytwornego
Kennedy'ego była szczególnie cennym wyróżnieniem i w przeciwieństwie do
swoich poprzedników ten prezydent starał się poznać się ze swoimi
agentami i witał się z nimi po imieniu. Jego wspaniałe życie, którego
częścią były regularne spotkania z Frankiem Sinatrą, Marilyn Monroe i królową Elżbietą, powodowało, iż nieco owego gwiezdnego pyłu opadało też
na ludzi z jego ochrony. Agenci lubili stać obok żywej historii.
-?Wylądowałem na ranczu LBJ, gdzie pracowałem na nocną zmianę. Stałem
pod jednym z owych wielkich dębów rosnących przed frontem. Była druga
nad ranem i było zimno -?Lawson skrzywił się, wspominając jedno z zadań.
-?Pomyślałbyś: co ja u licha tu robię? Wiesz, że jesteś absolwentem
college'u, a tutaj jesteś niemal jak na warcie, w środku nocy i tak
daleko. Byłem z dala od domu, a to już Boże Narodzenie, nieważne.
-?Może dwa tygodnie później brałem udział w wydarzeniu, o którym w innej
sytuacji nawet nie mógłbym marzyć. To było na przylądku Canaveral...
pierwszy lot na Księżyc. Byłem tam, kiedy wystartowali -?wspominał. -
Myślisz: o mój Boże, jestem facetem z małego miasteczka z zachodniej
części stanu Nowy Jork i spójrz, czego byłem świadkiem.
Dla Lawsona jednym z takich dni była polska Parada Pułaskiego. Po jej
zakończeniu prezydent Stanów Zjednoczonych wskoczył do otwartej limuzyny
i bez żadnych incydentów opuścił Buffalo.
Następnie, zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami, Lawson spotkał się ze
swoimi rodzicami i bratem na parkingu przy pasie startowym w Niagara
Falls, po czym szybko zaprowadził ich na wybrane miejsce przy linie
oddzielającej gapiów. Wiedział, że przed wejściem na pokład samolotu
prezydent będzie tam ściskał dłonie. Kennedy uwielbiał tę część swoich
publicznych wystąpień: spotkania twarzą w twarz z wyborcami, którzy
czekali godzinami, aby móc się z nim przywitać.
Gdy prezydent zbliżył się do rodziny Lawsona, ten stanął za jego lewym
ramieniem i szybko skinął głową swoim rodzicom. Szef zmiany Lawsona
Floyd Boring zatrzymał się przy swoim odcinku ogrodzenia.
-?Panie prezydencie -?zagaił Boring -?to rodzina agenta Lawsona.
Jak zawsze kurtuazyjny, prezydent szeroko się uśmiechnął. Uścisnął dłoń
bratu i ojcu Lawsona i podziękował im za służbę Wina. Matka Lawsona,
ubrana w jedną ze swoich najlepszych sukienek i toczek ozdobiony
różowymi i lawendowymi kwiatami, także z determinacją wyciągnęła rękę w jego stronę.
-?Przepraszam za to, że z naszego powodu państwa syn był tak zajęty -
powiedział Kennedy, chwytając białą dłoń matki. A następnie pojawił się
znak rozpoznawczy Kennedy'ego -?jego celne żarty. -?Musi wykonywać
całkiem niezłą robotę, bo jeszcze nikt mnie nie zastrzelił -?stwierdził
ze śmiertelną powagą.
Dziwne, ale kiedy Stark wspominał liczne niebezpieczeństwa, które, jak
cień, podążały za prezydentem Stanów Zjednoczonych podczas jego
codziennych wypadów, miał przed oczami dokładny obraz Kennedy'ego z tego
dnia w Buffalo. Na środku, niczym biały palec, wznosił się pomnik
McKinleya i kiedy Kennedy przemawiał, patrzył wprost na niego. Miasto
wybudowało ów marmurowy obelisk jako swego rodzaju przeprosiny dla
Williama McKinleya, dwudziestego piątego prezydenta USA, który został tu
zamordowany w 1901 roku przez bezrobotnego odludka. Śmierć McKinleya
przyczyniła się do utworzenia nowoczesnej Secret Service. To właśnie owa
kula, wystrzelona przez zamachowca na początku wieku, przywiodła Lawsona
i jego kolegów agentów do miejsca, w którym teraz stali.
Leon Czołgosz, syn polskich imigrantów, którzy osiedlili się w Detroit,
przez większość życia cierpiał niesamowitą biedę. Jako nastolatek, po
śmierci swojej matki, którą stracił w wieku dziesięciu lat, pracował w hutach szkła i stali. W wieku 28 lat był bezrobotny od kilku lat, czego
przyczyną był krach gospodarczy w 1893 roku. Cierpiał na chorobę układu
oddechowego, dlatego zamieszkał na farmie swojego ojca, gdzie coraz
bardziej izolował się od ludzi, rozgoryczony tym, co uważał za
niesprawiedliwość amerykańskiego systemu kapitalistycznego. Czytał
ulotki grup socjalistycznych i anarchistycznych, aż wreszcie uwierzył,
że władze wspierają bogatych właścicieli przedsiębiorstw w wykorzystywaniu niższych klas społeczeństwa amerykańskiego i ignorują
ich ubóstwo. Słuchając przemówienia słynnej amerykańskiej anarchistki
Emmy Goldman w Cleveland w maju 1901 roku, dowiedział się, że kilka
miesięcy wcześniej inny anarchista zastrzelił króla Włoch Umberto I. Ta
zbrodnia stała się dla niego inspiracją4. Jak wyjaśnił
zamachowiec, musiał popełnić ów śmiały czyn, aby zwrócić uwagę na trudną
sytuację zwykłego człowieka.
We wrześniu Czołgosz wyruszył do Buffalo, gdzie zastrzelił McKinleya
podczas otwarcia Wystawy Światowej w 1901 roku5.
Członkowie Kongresu byli wówczas zszokowani tym, z jaką łatwością udało
się zabić McKinleya, i zauważyli z wyrzutem, że w ciągu 36 lat jest to
trzeci prezydent, po Lincolnie i Garfieldzie, którego kraj stracił na
skutek zamachu. Niedługo później Kongres nakazał Secret Service,
niewielkiemu federalnemu organowi ścigania, wówczas zajmującemu się
przede wszystkim fałszerzami i osobami podrabiającymi czeki, aby od
teraz przejął obowiązki zagwarantowania bezpieczeństwa prezydentowi.
Kongres jednak przekazał ową misję dość spontanicznie -?w pośpiechu i bez spójnej strategii.
W podobnym pośpiechu, jako reakcja na konkretne wydarzenia, wiosną 1865
roku narodziła się idea Secret Service. Prezydent Lincoln i jego
sekretarz skarbu nadal próbowali dojść do siebie po bezczelnej ucieczce
notorycznego fałszerza Pete'a McCartneya i jego powrocie do lukratywnego
życia w przestępczym światku. Właśnie zakończyła się wojna secesyjna, co
stało się powodem do wielkiej radości, ale kruchą gospodarkę
odradzającego się kraju nadal destabilizowała plaga fałszerstw. Przez
większość wojny poszczególne stany emitowały własne papierowe pieniądze,
zaburzając cały układ walutowy, co utrudniało kupcom i bankierom
śledzenie zmian, a przestępcom ułatwiało dokonywanie fałszerstw. W 1862
roku Departament Skarbu zaczął emitować walutę federalną w banknotach o wartości od 1 do 1000 dolarów USA. Nazwano je zielonymi, do czego
przyczynił się zielony nadruk na odwrocie banknotu. Jednak fałszerze
szybko dostosowali się do zmiany, skopiowali pieczęć waluty federalnej i stworzyli włas-ne prasy drukarskie. W 1865 roku bankierzy federalni
szacowali, że jedna trzecia, a nawet połowa waluty papierowej
wykorzystywanej w kraju jest fałszywa.
Przez wiele lat szczególnie utalentowanym cierniem w boku Departamentu
Skarbu USA był Pete McCartney. Ten wyjątkowo inteligentny i elokwentny
mężczyzna mógł odziedziczyć po swoim ojcu farmę w Illinois, ale zamiast
tego, jako nastolatek, podjął pracę u grawera Williama Johnsona. Dla
wtajemniczonych Johnson był również szefem klanu fałszerzy działających
w Lawrence w stanie Indiana. A u Pete'a McCartneya Johnson dostrzegł
wrodzony talent. Młody człowiek miał smykałkę do szczegółów i kreski, a także był wyjątkowym rysownikiem i drukarzem. Na dodatek był przystojny
i sympatyczny. Począwszy od lat 40. XIX wieku, Johnson wykształcił
McCartneya na prawdziwego mistrza fałszerstw.
Na początku wojny secesyjnej McCartney był już zamożnym człowiekiem z własnym zespołem fałszerzy w Indianapolis i specjalistą w drukowaniu
fałszywych banknotów. Miał też plany, aby wykorzystać inflację czasów
wojny, kiedy liczba przepływających pieniędzy zmniejszyła się zapewne na
tyle, że kupcy byli w stanie rozpoznać jego podróbki. Zalał Indianę
fałszywymi banknotami o nominale 10 i 20 dolarów i zajmował się praniem
brudnych pieniędzy. Szacuje się, że do lata 1864 roku McCartney i jego
ludzie wydrukowali i wypuścili do obiegu 100 tysięcy dolarów w fałszywych banknotach, co stanowi równowartość 1,5 miliona we
współczesnych dolarach.
Dzięki swojemu wzorowi dolara McCartney zasłużył na przydomek "Król
Sprzedawcy Królików", ale także sam stał się celem. Agenci Departamentu
Stanu, kierowani przez szorstkiego śledczego rządowego i byłego oficera
kawalerii Williama P. Wooda, podjęli intensywne śledztwo w sprawie band
Johnsona i McCartneya. Latem 1864 roku Wood przeprowadził podwójny
nalot, podczas którego w urzędzie pocztowym w Indianapolis zdołał pojmać
McCartneya oraz aresztować ludzi z gangu Johnsona w Lawrence. Zawlekli
swoich więźniów do pociągu jadącego do Waszyngtonu, ale McCartney
zdecydował, iż nie ma ochoty na taką podróż. Po zmroku, kiedy jego
strażnicy przez chwilę patrzyli w inną stronę, McCartney -?wciąż w łańcuchach skuwających mu ręce i nogi -?wyskoczył z tylnej platformy
pociągu, który jechał z prędkością ponad 55 kilometrów na godzinę. Wood
zatrzymał pociąg i zorganizował grupę poszukiwawczą, ale agentom nie
udało się znaleźć zbiega.
Ucieczka ta stała się tematem kłopotliwych nagłówków w prasie i kolejnej
fali narzekań w administracji Lincolna na nieustanne zagrożenie, jakim
były fałszywe dolary, które osłabiały amerykański system finansowy.
Niedługo później prezydent Lincoln powołał komisję, która miała się
zająć tym problemem.
Sekretarz Skarbu Hugh McCulloch wpadł na pomysł trwałego rozwiązania
problemu: powołanie "regularnej, stałej siły, której zadaniem byłoby
wyeliminowanie owych fałszerzy z rynku". Zasugerował też utworzenie
specjalnej jednostki w Departamencie Skarbu, która miała ich wytropić,
ścigać i aresztować.
Jednak Lincoln nie dożył momentu, kiedy pomysł McCullocha wcielono w życie. Wieczorem 14 kwietnia 1865 roku Lincoln pojechał wraz z żoną Mary
do Teatru Forda w centrum Waszyngtonu, gdzie miał obejrzeć sztukę Nasz
amerykański kuzyn. Prezydentowi wielokrotnie grożono śmiercią. Jego
współpracownikom, po latach nakłaniania, udało się przekonać go, że
potrzebuje ochrony. Odtąd podczas publicznych wystąpień towarzyszyła mu
grupa czterech policjantów wypożyczonych z miejscowego wydziału, którzy
na zmianę pełnili funkcję jego ochroniarzy. Jednak funkcjonariusz
towarzyszący mu tej nocy był najsłabszy z całej grupy. Dobrze znano jego
zamiłowanie do alkoholu i zwyczaj spania w pracy. Wyszedł on z loży
prezydenta, aby móc obejrzeć przedstawienie, a następnie poszedł na
drugą stronę ulicy, do Star Saloon, na drinka. John Wilkes Booth, aktor
i sympatyk Konfederacji, który wiedział już wcześniej o wizycie
prezydenta w teatrze, stanął za Lincolnem w jego loży na lewo od sceny,
po czym strzelił mu w głowę. Prezydent zmarł następnego dnia po
wschodzie słońca.
Z biegiem lat coraz większą popularnością zaczął się cieszyć mit, że
tego samego dnia, w którym został śmiertelnie postrzelony, Lincoln na
spotkaniu z McCullochem podpisał ustawę o utworzeniu Secret Service.
Jest to historia pełna ironii, ale mało prawdopodobna. Możliwe jednak,
że Lincoln rzeczywiście wyraził swoje poparcie dla tego pomysłu.
Niektórzy historycy uważają, że McCulloch, kiedy tego popołudnia spotkał
się z Lincolnem, przedstawił mu swoją propozycję walki z fałszerzami, a prezydentowi spodobało się to, co proponował jego sekretarz skarbu, i zachęcał go do kontynuowania owego przedsięwzięcia6.
Inni jednak toczą burzliwe spory, czy owa dyskusja w ogóle miała
miejsce.
Bez względu jednak na to, o czym tego popołudnia dyskutowali Lincoln i McCulloch, tej nocy kraj wyraźnie się zmienił. Po zabójstwie prezydenta
w Teatrze Forda agenci przeprowadzili zmasowaną obławę, której celem
było ujęcie sprawcy. Zamach stał się również zachętą do dogłębnego,
trwającego miesiąc śledztwa mającego wskazać potencjalnych
współspiskowców, w którym główną rolę odegrał bardzo interesujący
detektyw. Do pomocy w zbadaniu okoliczności zabójstwa Lincolna został
przydzielony William Wood -?chudy, szorstki śledczy Departamentu Skarbu,
który ścigał McCartneya i pozwolił mu uciec. Wood wyrobił sobie nazwisko
jako oficer kawalerii, wyróżniając się walecznością podczas wojny
meksykańsko-amerykańskiej, a następnie wstąpił do Departamentu Skarbu,
gdzie stał się ekspertem w łapaniu fałszerzy. Cieszył się reputacją
zawadiaki i znany był ze stosowania brutalnych technik, których celem
było, aby sami podejrzani oskarżali się nawzajem. W administracji
Lincolna powierzono mu funkcję nadinspektora w więzieniu Stary Kapitol,
w którym przetrzymywano i przesłuchiwano konfederackich szpiegów i zdrajców. Jednak Departament Skarbu nadal często zlecał Woodowi
specjalne zadania śledcze, kiedy zachodziła taka potrzeba7.
Dwanaście dni po zamachu agenci Departamentu Wojny wreszcie odnaleźli i zabili Johna Wilkesa Bootha w stodole w Port Royal, w stanie Wirginia.
Misja agentów rządowych polegała teraz na znalezieniu odpowiedzi na
pytanie, w którym Wood nadal odgrywał kluczową rolę: należało ustalić,
czy spisek Bootha mógł być częścią większego spisku Konfederacji, być
może kierowanego przez jej prezydenta Jeffersona Davisa. Wood najpierw
aresztował i przesłuchał dr. Samuela Mudda, a następnie podobnie
postąpił z resztą domniemanych współodpowiedzialnych, których osadził w swoim więzieniu. W czerwcu czterech z nich zostało skazanych na śmierć.
5 lipca 1865 roku Wood został zaprzysiężony przez sekretarza McCullocha
na pierwszego szefa Secret Service, która była podporządkowana
Departamentowi Skarbu. Do jego zespołu dołączyło dziesięciu innych
mężczyzn -?nazywanych agentami operacyjnymi -?którzy zgodzili się
pracować codziennie tyle, ile będzie potrzeba, w zamian za
wynagrodzenie, które nie przekraczało 3 dolarów dziennie. Secret Service
została utworzona ad hoc, bez żadnych szczegółowych dokumentów
określających jej obowiązki. W ten sam sposób przyszli prezydenci i Kongres powierzali misji Secret Service kolejne zadania.
Secret Service była wówczas wyjątkową instytucją rządową -?i dlatego też
traktowano ją z pewną dozą podejrzliwości. W tym okresie w rządzie
federalnym istniało niewiele organów ścigania -?częściowo z powodu
nieustannego oporu młodej demokracji wobec wszystkiego, co przypominało
instytucje europejskie lub scentralizowaną biurokrację -?które mogłyby
naruszać prywatność i wolność obywateli. Dwa lata później następca
Lincolna prezydent Andrew Johnson zdecydował, że ów zespół śledczych
może być przydatny w wykorzenieniu również innych problemów nękających
kraj. W 1867 roku Secret Service zostało przydzielone zadanie
"wykrywania osób dokonujących oszustw przeciwko rządowi". Uprawnienie to
umożliwiło później agencji prowadzenie dochodzeń w sprawach przestępstw
dokonywanych przez dużą grupę podejrzanych. Ów szeroko zakrojony mandat
bardzo spodobał się drugiemu szefowi Secret Service Hiramowi C.
Whitleyowi.
Whitley został zaprzysiężony w 1869 roku i niemal natychmiast rozpoczął
reorganizację na wzór profesjonalnej agencji, narzucając jej ład
wzorowany po części na wojskowym, którego doświadczył, służąc jako
oficer w szeregach wojsk Unii. Szef, imponujący posturą, mierzący ponad
190 centymetrów wzrostu, były śledczy ścigający przemytników, wyznaczył
swojego zastępcę oraz cały szereg inspektorów średniego szczebla, którzy
nadzorowali zespoły liczące po 20 agentów. Wydzielił z ich szeregów
kilku byłych przestępców, którzy stali się informatorami, a następnie
agentami operacyjnymi, po czym zaczął rekrutację agentów bez takiej
przeszłości. Whitley wprowadził wiele nowych zasad dla agentów, co miało
ograniczyć konflikty i niewłaściwe postępowanie, żądał od nich
codziennych raportów, które dokumentowały godzina po godzinie
podejmowane przez nich działania i wydatki, a także stworzył system
awansów oparty na dokonanych aresztowaniach i oskarżeniach. Zajął się
także innymi typami dochodzeń, które uważał za priorytetowe: napady na
banki i poczty, szmugiel, hazard, nielegalna kontrabanda i wiele innych.
Poszerzenie zakresu obowiązków agencji postrzegał jako sposób na
podniesienie wartości Secret Service w oczach rządu oraz umocnienie
własnych wpływów w administracji.
Siła ta spowodowała, że kiedy na Południu wybuchła przemoc, której
sprawcami byli ubierający się na biało członkowie Ku Klux Klanu, Kongres
zwrócił się o pomoc do Whitleya. Śledztwo Secret Service w sprawie KKK
rozpoczęło się w 1871 roku, niedługo po tym, jak Kongres wydał rezolucję
potępiającą organizację i lincze, których się dopuszczała8.
Prokurator generalny z administracji prezydenta Granta nakazał
Whitleyowi przydzielić dodatkowych ośmiu agentów do śledztwa przeciwko
KKK9. Przez następne trzy lata śledzili oni przywódców Klanu na
całym Południu, od Karoliny Północnej po Florydę, dzięki czemu udało im
się postawić w stan oskarżenia ponad 500 osób zaangażowanych w działania
Klanu, z których większość zgłosiła się sama.
Jednak owe zaszczytne dokonania i znaczna część reputacji Secret Service
znalazły się pod ostrzałem, kiedy w 1874 roku jej szef Whitley uwikłał
się w skandal. W trakcie śledztwa w sprawie kilku lokalnych urzędników
oskarżonych o wyłudzenie funduszy federalnych w Dystrykcie Columbia z sejfu miejscowego adwokata skradziono kilka ksiąg rachunkowych będących
kluczowymi dowodami w tej sprawie. Będący w zmowie świadkowie oskarżyli
Whitleya o pomoc w zapewnieniu podejrzanym zaufanego włamywacza, który
mógł dla nich opróżnić sejf. Whitley nie przyznał się do owych zarzutów
i uparcie twierdził, że oskarżenia są fałszywe, niemniej jednak ówczesny
sekretarz skarbu nalegał, aby dla dobra agencji podał się do dymisji.
Uczynił tak we wrześniu 1874 roku.
Skandal ten w dużym stopniu osłabił pozycję Secret Service na następną
dekadę10. W 1880 roku agencja musiała poradzić sobie z 40-procentową redukcją budżetu oraz szeroko zakrojonym śledztwem
prowadzonym przez prokuratora generalnego. Kongres przegłosował także
poprawkę, która ograniczała zadania agencji do jej pierwotnej misji -
walki z fałszerzami. W szczytowym okresie Secret Service zatrudniała 47
agentów operacyjnych, ale w 1880 roku ich liczba spadła do 2511.
Owe dramatyczne cięcia finansów i wpływów Secret Service nastąpiły tuż
przed kolejnym ogólnokrajowym kryzysem. Szesnaście lat po zabójstwie
Lincolna ofiarą zamachowca stał się kolejny prezydent.
2 lipca 1881 roku prezydent James Garfield wraz ze swoimi doradcami
śpiesznie podążał na stację kolejową Baltimore and Potomac w centrum
Waszyngtonu, gdzie zamierzał wsiąść do pociągu mającego go zawieźć na
letnie wakacje nad brzegiem morza w New Jersey. W tłumie czekał na niego
Charles Guiteau, człowiek, który uważał, że pomógł Garfieldowi wygrać
wybory, i był zły, że prezydent nigdy nie zaproponował mu stanowiska w swojej administracji. O planach prezydenta dowiedział się z gazety.
Strzelił do niego dwa razy z małej odległości, trafiając go w ramię i plecy. Prezydent bardzo powoli, przez kilka miesięcy dochodził do
zdrowia, ale ostatecznie okazało się, że doszło do stopniowego zatrucia
krwi i we wrześniu, na skutek ostrego ataku serca, zmarł.
Obecnie może się to wydawać zaskakujące, ale po śmierci Garfielda ani
Kongres, ani administracja nie podjęły starań, aby ustanowić nową stałą
siłę, która zajęłaby się ochroną prezydenta. Zabójstwa Lincolna i Garfielda wywołały dyskusje w Kongresie w kwestii zwiększenia
bezpieczeństwa prezydenta, ale Amerykanie i ich politycy nadal cierpieli
na polityczną alergię na wszystko, co pachniało "gwardią królewską".
Zamiast tego doradcy Białego Domu przekonali prezydentów, aby zgodzili
się, by podczas publicznych podróży towarzyszyło im kilku
funkcjonariuszy lokalnej policji.
Kiedy w końcu Secret Service pojawiła się jako ochrona prezydenta, były
to działania nieoficjalne, wykonywane bez zezwolenia. Wiosną 1894 roku
ówczesny dyrektor Secret Service William Hazen zaniepokoił się, kiedy
usłyszał od swoich agentów operacyjnych w Kolorado, że niektórzy spośród
hazardzistów i anarchistów grożą śmiercią prezydentowi Groverowi
Clevelandowi. Natychmiast polecił dwóm ze swoich ludzi, aby zameldowali
się w Białym Domu, gdzie mieli aż do odwołania ochraniać prezydenta.
Zaledwie kilku ludzi w wydziale miało świadomość owego tajnego,
nieformalnego zadania.
Jakiś czas później, tego samego lata, pierwsza dama, przebywając w rodzinnej posiadłości w Buzzards Bay w stanie Massachusetts, usłyszała
pogłoskę o spisku, którego uczestnicy planowali porwać jej rodzinę.
Wiedziała też o nieformalnej ochronie męża przez ludzi Hazena.
Przerażona pogłoskami, skontaktowała się bezpośrednio z Hazenem i poprosiła go o pomoc w ochronie ich domu w Nowej Anglii. Ten wysłał jej
trzech agentów, którzy pozostali na miejscu, aż do końca sezonu. Po
powrocie z podróży prezydent milcząco zaakceptował dodatkową ochronę dla
swojej zaniepokojonej żony. Przez kilka kolejnych lat Clevelandowie,
Hazen i kilku z jego ludzi utrzymywali całą sprawę w tajemnicy.
Wykorzystywali przecież agentów do celów, na które nie wyraził zgody
Kongres lub gabinet, a to, jak dowodzili niektórzy, było wyraźnie
sprzeczne z prawem.
Po ujawnieniu owego nieformalnego porozumienia, do czego doszło po
objęciu fotela prezydenta przez Williama McKinleya, Hazen został
pozbawiony funkcji i oskarżony o niewłaściwe wykorzystanie funduszy
federalnych. Jednak w tym samym roku, po wybuchu wojny
hiszpańsko-amerykańskiej, Secret Service uzyskała zezwolenie na
natychmiastowe przydzielenie czterech swoich agentów do ochrony
McKinleya. Po wojnie ową nadzwyczajną grupę rozwiązano, ale kilku
agentów nadal podróżowało z prezydentem. Kiedy McKinley został
zamordowany podczas powitania gości przybyłych na Wystawę Panamerykańską
w 1901 roku, w rzeczywistości podróżował z nim agent, który miał stać u jego boku, ale zgodził się odejść na bok, kiedy dyrektor wystawy
poprosił prezydenta, aby stanął przy nim podczas publicznego powitania
gości.
Dopiero śmierć McKinleya -?trzeciego zamordowanego prezydenta w ciągu 36
lat -?spowodowała, że Kongres w końcu zgodził się na utworzenie stałych
sił czuwających nad bezpieczeństwem prezydenta. Uchwalone zostało prawo,
które formalnie nakazywało Secret Service pełnienie owej ochronnej
funkcji w pełnym wymiarze. Trzeba było jednak kolejnych pięciu lat,
zanim w 1906 roku Kongres zatwierdził fundusze na opłacanie dwuosobowych
teamów, które towarzyszyły prezydentowi przez całą dobę.
Przez pierwszą połowę XX wieku Secret Service pełniła podwójną misję
polegającą na ochronie pieniędzy i prezydentów, co gwarantowało jej
mnóstwo pracy. Ów niewielki wydział Departamentu Skarbu nadal poświęcał
większość swojego czasu na walkę z fałszerzami, a kongresmeni zakładali,
że rola strażnika Białego Domu będzie stanowić jedynie niewielki ułamek
obowiązków agencji. Jednak liczba roboczogodzin związanych z zapewnieniem bezpieczeństwa prezydentowi nieustannie rosła. Dwie wojny
światowe oraz seria zamachów w Europie skłoniły Secret Service do
zwiększenia liczby agentów zajmujących się ochroną, co miało
zagwarantować, że zamachowcy nie będą mogli zrealizować swoich planów.
Agenci ci narzucili również nowe ograniczenia na możliwości działania
swoich szefów.
Theodore Roosevelt, pierwszy prezydent objęty ochroną Secret Service,
nazwał swoich nowych agentów "bardzo małym, ale bardzo niezbędnym
cierniem w ciele"12. Oczywiście nie przykładał też zbyt dużej wagi
do ich umiejętności. Jak sam napisał w liście do swojego przyjaciela
Henry'ego Cabota Lodge'a, mieli być "niezbyt użyteczni", gdyby jakiś
zabójca na serio chciał go zabić. Jednak następnym razem, kiedy kolejny
urzędujący prezydent stał się celem zamachu, funkcjonariusze Secret
Service, którzy ochraniali Biały Dom, nazywani później policją Białego
Domu, oraz agenci z wydziału ochrony dowiedli swojej wartości.
Jesienią 1950 roku, kiedy Biały Dom był w remoncie, prezydent Harry S.
Truman został tymczasowo przeniesiony do pobliskiego Blair House. 1
listopada po południu dwóch portorykańskich nacjonalistów, dowiedziawszy
się o tym, gdzie przebywa Truman, postanowiło, że spróbują włamać się do
Blair House, aby go zabić. Niedoszli zabójcy, trzydziestosześcioletni
Oscar Collazo i dwudziestopięcioletni Griselio Torresola, mieli nadzieję
zwrócić w ten sposób uwagę na kwestię uniezależnienia się swojej
ojczystej wyspy od Stanów Zjednoczonych. Przybyli na Pennsylvania Avenue
z przeciwnych kierunków, Torresola od zachodu, Collazo od wschodu.
Agent Secret Service Floyd Boring, który później stał się głównym szefem
oddziału ochraniającego prezydenta Kennedy'ego, pełnił służbę przy
wschodnim posterunku ochrony w pobliżu frontowych drzwi Blair House.
Jego kolega, funkcjonariusz Leslie Coffelt z policji Białego Domu,
znajdował się przy zachodnim posterunku bezpieczeństwa i właśnie
odwrócił się, kiedy zobaczył zbliżającego się mężczyznę z bronią w ręku.
-?Prezydent był na górze, ucinał sobie drzemkę przed wyjazdem do
Arlington, gdzie miał złożyć wieniec -?wyjaśniał później Boring. -
Byliśmy na zewnątrz na schodach, kiedy podeszło dwóch mężczyzn. Jeden z nich wyciągnął broń i wycelował we mnie. Usłyszałem szczęk, wtedy
wyciągnąłem swój pistolet i strzeliłem. A potem wszyscy zaczęli
strzelać.
Porzucając wschodni posterunek, Boring i jeszcze jeden z funkcjonariuszy
wyciągnęli pistolety i otworzyli ogień do Collazo. Jedna z kul trafiła
go w pierś, po czym Collazo upadł na frontowe schody. Agent Secret
Service Stewart Stout, który należał do wydziału ochraniającego Trumana,
usłyszał strzały na zewnątrz i wyciągnął z szafki na broń pistolet
maszynowy. Truman obudził się na odgłos strzałów i podszedł do okna.
Strażnik na zewnątrz zobaczył głowę prezydenta i krzyknął do Trumana:
"Proszę wracać. Do tyłu!".
Na zewnątrz Torresola skierował swojego Lugera w Coffelta i postrzelił
go dwukrotnie w klatkę piersiową i raz w brzuch. Coffelt osunął się na
podłogę budki strażniczej. Torresola strzelił do dwóch kolejnych
funkcjonariuszy, przeskoczył żywopłot i skierował się w stronę wejścia
do budynku.
Jednak Coffelt nadal żył. Podniósł się na nogi i wycelował rewolwer w głowę Torresoli. Strzelił i niedoszły zabójca padł martwy na brukowany
chodnik. W tym momencie także Coffelt ponownie upadł.
Rany odniosło kilku agentów i funkcjonariuszy, ale udało się ich
uratować. Coffelt został przewieziony do szpitala, gdzie przeszedł
operację, ale cztery godziny później zmarł, stając się pierwszym i nadal
jedynym funkcjonariuszem Secret Service, który zginął, chroniąc
prezydenta.
Publicznie Truman wydawał się niewzruszony. "Prezydent musi być gotowy
na takie rzeczy", jak powiedział dziennikarzom na briefingu dzień po
strzelaninie.
Jako kapitan podczas I wojny światowej Truman widział żołnierzy, którzy
umierali, wykonując jego rozkaz, niemniej jednak wydawało się, że śmierć
Coffelta poruszyła go w inny sposób. Wdowie po agencie i jego kolegom
powiedział, że to złamało mu serce. "Coffelt był jednym z najbardziej
lubianych strażników w Białym Domu"13. Jak napisał w notatce do
swojego sekretarza stanu, owa śmierć była "najbardziej niepotrzebnym
wydarzeniem", a "ludzie, którzy naprawdę zostali skrzywdzeni, byli
wspaniałymi mężczyznami"14. Od pierwszego dnia sprawowania
urzędu codziennie spacerował po centrum Waszyngtonu w towarzystwie
swoich agentów. Za każdym razem, kiedy zaniepokojeni członkowie jego
ochrony próbowali go od tego odwieść, bagatelizował ich obawy. Teraz
uznał ich racje. "Ponieważ kilka dni temu dwóch pomyleńców lub szaleńców
próbowało mnie zastrzelić, moi dobrzy i dzielni strażnicy są
zdenerwowani" -?napisał kilka dni później. "Dlatego też staram się być
tak pomocny, jak tylko mogę".
Siostra Coffelta Mildred Good usłyszała wiadomość o śmierci brata w radiu w ich rodzinnym mieście w górach Shenandoah. Wspominała, że zawsze
czuł się dumny z bycia częścią oddziału, któremu powierzono
bezpieczeństwo prezydenta, i zdawał sobie sprawę, że każdy
funkcjonariusz lub agent Secret Service może zostać zmuszony do oddania
za niego swojego życia.
-?Wiesz -?stwierdziła -?kochał swoją pracę i nie wybrałby innej drogi.
Jestem pewna, że niczego nie żałował.
Rozdział 2. Kuszenie diabła
Rozdział 2
Kuszenie diabła
W 1961, w pierwszym roku swojego urzędowania, John Kennedy szybko pobił
wszelkie rekordy liczby wyjazdów prezydenckich poza Biały Dom -?i nigdy
nie zwalniał tempa. Prezydentowi i jego doradcom nie umknęło to, że
wygrał wybory po wyjątkowo zaciętej walce, a jednym z czynników, które
mu to umożliwiły, był jego wyjątkowo telegeniczny wygląd. Biały Dom miał
świadomość, że jego najlepszą bronią polityczną jest sprawienie, by
Kennedy i jego pełna życia rodzina byli widywani przez opinię publiczną
tak często, jak to tylko możliwe.
Po starszych wiekiem, konserwatywnych prezydentach, którzy potrafili
przebywać w Białym Domu miesiącami, cotygodniowe podróże Kennedy'ego
były prawdziwym wyzwaniem dla systemu działania Secret Service. Kolejne
wyjazdy zmusiły jej agentów do rutynowej pracy na dwie zmiany, więc
często byli niewyspani i nie mogli sobie pozwolić na wzięcie kilku dni
wolnego. W najgorętszych okresach szefowie agencji zakazywali niektórym
ze swoich agentów udziału w wyjazdach, aby mieć wystarczającą liczbę
ludzi gotowych na następną podróż.
Pod koniec lata 1963 roku blask Kennedy'ego zaczął męczyć wielu agentów.
Dwa i pół roku pilnowania prezydenta podczas jego częstych podróży po
całym świecie sprawiło, iż ludzie z jego ochrony czuli się wypaleni i zmęczeni. Tego lata grupka agentów z jego osobistego otoczenia, wśród
których znajdował się również Win Lawson, była wraz z Kennedym w podróżach dyplomatycznych w Niemczech, Irlandii, Wielkiej Brytanii i we
Włoszech. Przywódcę otaczało zaledwie ośmiu ludzi, którzy własnymi
ciałami powstrzymywali miażdżące tłumy, usiłujące dostać się jak
najbliżej limuzyny Kennedy'ego.
Kennedy często szydził z bogaczy, którzy wyjeżdżali do kurortów na
podlewane winem lunche, chociaż w tym czasie jego własne życie bardzo to
przypominało15. W kilku zaledwie okresach nie spędzał
weekendów w eleganckich miejscach lub nie wyjeżdżał z rodziną. Czasami
dołączał do żony do ich 166-akrowej posiadłości pod Middleburgiem w stanie Wirginia, gdzie pierwsza dama miała nadzieję stworzyć swoim
dzieciom przyjazny plac zabaw. W zależności od pory roku spędzał również
weekendy w swojej rodzinnej posiadłości w Cape Cod lub w majątku ojca w Palm Beach. "Byliśmy niczym kaczki", żartował agent Larry Newman. "Każde
lato w Hyannis Port, Palm Beach -?zimą".
Trzydziestu czterech agentów z bezpośredniej ochrony prezydenta nie
wystarczało, aby zarówno zaplanować ochronę wszystkich miejsc, które
odwiedzał Kennedy, jak i osłaniać jego samego, kiedy był już na miejscu.
W szczególnie pracowitych okresach agenci wręcz ścigali się z własnymi
cieniami. Przez cały dzień ochraniali Kennedy'ego w jednym mieście,
późną nocą lecieli do drugiego, aby zaplanować wizytę w następnym
tygodniu, a następnie jak najszybciej lecieli z powrotem, aby
towarzyszyć prezydentowi w podróży do trzeciego miejsca.
-?W drodze jest tyle pracy, że normą było, iż wszyscy pracowaliśmy na
dwie zmiany -?wspominał agent Jerry Blaine. Oznaczało to, że agenci
towarzyszący prezydentowi na dziennej zmianie wstawali około 6.00 rano,
aby móc się zgłosić na dyżur około 8.00, kiedy zaczynali pracę trwającą
także przez dużą część nocnej zmiany -?do około 21.00 lub 22.00. Mieli
szczęście, jeżeli na obiad mogli zjeść paczkę orzeszków ziemnych lub
zimną kanapkę, wypić szkocką lub piwo, a potem, o 23.00 lub nawet o północy, rzucić się na swoje hotelowe łóżka. Nie chcąc przekraczać
budżetu Secret Service, agenci musieli spać w hotelach po dwóch na
jednym łóżku. "I mogłeś mieć jedynie nadzieję, i modliłeś się, aby
facet, z którym spałeś, nie chrapał" -?wspominał agent Tim McIntyre.
Kiedy agenci wracali do Waszyngtonu, często mieli tylko dzień, aby
zobaczyć się z żonami i dziećmi. Ich żony przyzwyczaiły się już do tego,
że mężowie pojawiali się tylko po to, aby podrzucić im brudne ubrania i zabrać czyste w następną podróż. "Byłem w podróży ponad trzysta dni w roku", żalił się Paul Landis, agent, który najpierw ochraniał dzieci
Kennedych, a następnie został przydzielony jako ochroniarz pani
Kennedy16. "Nie przeszkadzało mi to. Byłem kawalerem. Ale
większość chłopaków była żonata. Nie mam pojęcia, jak ktokolwiek mógł w tym czasie być żonaty i wykonywać tę pracę".
Szef Secret Service James Rowley, Irlandczyk z Nowego Jorku i weteran,
który miał 22 lata doświadczenia jako agent służący w Białym Domu,
wiedział, że jego ludzie desperacko potrzebują wsparcia, aby nadążyć za
nowym, bardziej aktywnym szefem. Chociaż był wdzięczny Kennedy'emu,
również Irlandczykowi, za to, że wkrótce po objęciu urzędu wybrał go na
dyrektora agencji, Rowley wiedział, że jego ludzie byli w tym momencie w krytycznym stanie przepracowania.
Od czasu pojawienia się Kennedy'ego nowy dyrektor już dwukrotnie
usiłował dopracować szczegóły ochrony Białego Domu, co w dużej mierze mu
się udało. Wiosną 1962 roku Rowley poprosił Biały Dom o 58 dodatkowych
agentów oraz zwiększenie budżetu o milion dolarów, co stanowiło
19-procentowy wzrost jego skromnych środków. Decydenci w Kongresie, po
próbie zamachu na Trumana w 1950 roku, już 10 lat wcześniej podwoili
liczbę ludzi zatrudnionych w ochronie Białego Domu, spełniając prośbę
Rowleya, ale teraz dostał jeszcze 30 agentów.
Wiosną 1963 roku Rowley ponownie poprosił o dodatkowych agentów -?tym
razem 35 ludzi -?co miało mu pomóc w realizacji niedawnej uchwały z 1962
roku, wymagającej od niego zapewnienia pełnoetatowej ochrony
wiceprezydentowi. Tym razem jednak Kongres odrzucił jego prośbę.
Opór Kongresu nie był jednak jedyną przeszkodą dla Rowleya17.
Sam prezydent chciał zmniejszenia swojej obstawy. Chociaż Kennedy był
zawsze serdeczny wobec otaczających go agentów, nie znosił ograniczeń,
jakie próbowali mu narzucić w jego kontaktach z ludźmi. Regularnie
rzucał się na oślep w tłum nieznajomych, aby ściskać im dłonie,
ignorując scenariusze Secret Service, nie kiwnąwszy przy tym nawet głową
ochraniającym go agentom. Jak wielokrotnie zwierzał się szefom swojej
ochrony, nie mógłby być politykiem, nie spotykając się z ludźmi.
Jego spontaniczność często przekraczała wszelkie granice. Pewnego
leniwego weekendu w połowie sierpnia 1962 roku prezydent Kennedy trafił
na pierwsze strony gazet, ponieważ wymknął się w biały dzień swojej
ochronie. Dowcip bardzo spodobał się zwolennikom
prezydenta18, ale sprawił też, że ochraniający go agent był
czerwony z wściekłości, a jego szef Rowley wpadł w furię. Dla każdego,
kto przyjrzał się bliżej całej sprawie, incydent ten był wyraźną oznaką
lekkomyślności Kennedy'ego, którą niektórzy w Secret Service starali się
delikatnie ukrócić.
Wydarzenie to miało miejsce w Santa Monica w Kalifornii, gdzie Kennedy
poleciał na weekend kawalerski w nadmorskiej rezydencji swojego szwagra
Petera Lawforda. W niedzielę, 19 sierpnia, leżąc na leżaku przy basenie
Lawforda, prezydent wpadł na pomysł, aby przespacerować się z posiadłości szwagra na szeroką plażę publiczną i popływać w oceanie.
Gdy tylko został zauważony, w stronę prezydenta rzuciły się dziesiątki
plażowiczów. Niektórzy zrywali się ze swoich ręczników, krzycząc: "To
prezydent!".
Kennedy zdał sobie sprawę, że będzie musiał poruszać się szybciej, aby
dostać się do oceanu, zanim zostanie otoczony przez tłum. Niezgrabnie
ściągnął przez głowę swoją niebieską koszulkę polo i przyśpieszył kroku,
po czym wreszcie rzucił się w fale.
Kilku podekscytowanych gapiów wskoczyło do wody za Kennedym. Agenci
ochraniający prezydenta, których większość stała na straży przy drzwiach
wejściowych domu Lawforda -?odwróconej tyłem do plaży -?usłyszeli hałas
i pognali na brzeg. Szybko znaleźli przywódcę wolnego świata,
pływającego około 100 metrów od brzegu.
-?Secret Service i FBI wychodziły z siebie -?opowiadał Bill Beebe,
fotograf prasowy, który zdołał uwiecznić tę scenę19.
Szef zmiany poprosił przez radio o miejscową motorową łódź patrolową,
która szybko znalazła się obok pływającego prezydenta. Agenci czekali
około dziesięciu minut, aż wreszcie Kennedy zatoczył koło i wrócił na
brzeg. Następnie czterech z nich weszło do wody, tworząc barierę
oddzielającą prezydenta od niemal tysiąca gapiów, którzy do tego czasu
pojawili się na tym niewielkim skrawku plaży.
-?O nie, nie mogę w to uwierzyć -?powiedział Kennedy, śmiejąc się, kiedy
zobaczył stojącego w wodzie fotografa, który robił mu zdjęcia.
Z ociekającymi nogawkami i butami pełnymi wody agenci Kennedy'ego
powrócili z uśmiechniętym prezydentem na chronioną posiadłość Lawforda.
Kennedy opadł ponownie na szezlong, a Lawford i doradca Białego Domu
David Powers poszli jego śladem20.
-?To była najlepsza kąpiel, na jaką mogłem sobie pozwolić od miesięcy -
stwierdził prezydent.
Piętnaście minut później sekretarz prasowy Kennedy'ego Pierre Salinger
zadzwonił do "Los Angeles Times", próbując przekonać redaktora, by nie
zamieszczał żadnych zdjęć prezydenta w samych
kąpielówkach21. Bez skutku. Zdjęcie zrobione przez
Beebe?a -?ociekającego wodą Kennedy'ego wymieniającego uśmiechy z rozpromienioną, zgrabną kobietą w bikini w kropki -?następnego dnia
zajmowało ponad połowę pierwszej strony "Timesa". Nagłówek brzmiał:
WIZYTA KENNEDY'EGO Z SZYBKĄ KĄPIELĄ W PACYFIKU.
Szef zmiany i jego agenci byli wściekli i zakłopotani tym, że ich
podopieczny wyślizgnął się w tłum i do oceanu, a oni tego nie zauważyli,
a także wizją nieszczęść, które mogły spotkać prezydenta, gdyby na plaży
pojawił się chociaż jeden szaleniec. Jednak nikt z Secret Service, nawet
jego szef Rowley, nie miał odwagi, aby przedstawić prezydentowi
ewentualne skutki jego małego spontanicznego wybryku.
Kiedy świta Kennedy'ego powróciła do Waszyngtonu, Salinger delikatnie
zasugerował prezydentowi, aby pomyślał o własnym bezpieczeństwie i unikał wchodzenia w tłum bez swoich agentów. Jednak Kennedy odrzucał
sugestię, aby ktokolwiek, w tym Secret Service, mógł ochronić go przed
zdeterminowanym zabójcą. "Jeżeli ktoś jest na tyle szalony, aby chcieć
zabić prezydenta Stanów Zjednoczonych, może to zrobić", powiedział
Kennedy swojemu rzecznikowi. "Wszystko, na co musi być przygotowany, to
oddać swoje życie za prezydenta"22.
Kennedy często żartował, usiłując w ten sposób złagodzić napięcia, jakie
odczuwali agenci dbający o jego bezpieczeństwo. Kiedy w przypływie
gniewu wiceprezydent Johnson zagroził, że zwolni lubianego agenta tylko
dlatego, że helikopter, który miał go zabrać z pogrzebu Eleanor
Roosevelt, przyleciał kilka minut spóźniony, Kennedy żartobliwie zwrócił
się do agentów swojej ochrony, że teraz w końcu zrozumiał, dlaczego są
wobec niego tak nadopiekuńczy: "Nie chcecie, żeby coś mi się stało, bo
wtedy musielibyście pracować dla Johnsona"23.
Kiedy jednak Kennedy był sam w rezydencji, zwierzył się swojej żonie: "O Boże, czy potrafisz to sobie wyobrazić, co stałoby się z krajem, gdyby
Lyndon był prezydentem?"24.
Wszyscy agenci mieli świadomość, że do ich obowiązków należy również
zachowanie dyskrecji. Mieli zakaz dzielenia się z kimkolwiek tym, co się
działo wewnątrz Białego Domu, a także opowiadania o prywatnych chwilach,
których byli świadkami, kiedy prezydent spędzał czas z rodziną. Jednak
musieli oni również dochować mroczniejszych sekretów.
-?W Białym Domu jest trochę jak w Vegas -?stwierdził Joseph Paolella,
jeden z agentów z osobistej ochrony Kennedy'ego. -?Co się dzieje w Białym Domu, zostaje w Białym Domu.
-?Nie jestem aniołem... nie jestem księdzem. Nie chciałbym, żeby ktoś mnie
śledził i raportował o wszystkim, co zrobiłem. Aby prezydent czuł się
komfortowo, musi polegać na Secret Service. Wyobraź sobie, że na każdym
kroku, jaki zrobiłeś, ktoś podąża za tobą i dzieli się tymi
informacjami. Jeżeli nie możemy ufać Secret Service, że zachowują
tajemnice, komu, do diabła, możemy zaufać?
Tylko Rowley i niektórzy członkowie osobistej ochrony Kennedy'ego
wiedzieli, że podczas pobytu w Waszyngtonie kilkukrotnie późną nocą
wymknął się on swoim ochroniarzom. Wyjeżdżał incognito z kompleksu
Białego Domu, po czym wsiadał do nieoznakowanego samochodu wraz z bratem
lub przyjacielem i wracał dopiero we wczesnych godzinach porannych.
Agenci mogli domyślać się przyczyn owych wypadów, ale Rowley i jego
ludzie byli pełni obaw. Przez kilka godzin Secret Service nie miała
pojęcia, gdzie jest prezydent Stanów Zjednoczonych.
Kennedy uwielbiał ten rodzaj niebezpieczeństwa, próbując zaspokoić swój
nieposkromiony apetyt na podboje seksualne, ale ludzie z jego ochrony
obawiali się, że w morzu przypadkowych kobiet spotykanych podczas
schadzek mogła się znaleźć taka, która próbowałaby go szantażować, otruć
lub zabić.
Kiedy latem 1963 roku do zespołu dołączył agent Tim McIntyre, został
serdecznie powitany przez kolegów i przełożonych, którzy zaoferowali mu
pomoc w opanowaniu tajników służby. Niespodzianka nastąpiła, kiedy
podczas wieczornej zmiany szef odciągnął go na bok. "Zobaczysz tu
mnóstwo gówna", zaczął Emory Roberts, zwracając się do McIntyre?a.
"Rzeczy związane z prezydentem. Po prostu zapominaj o nich. Zachowuj dla
siebie. Nie rozmawiaj o tym nawet ze swoją żoną".
McIntyre usiłował początkowo lekceważyć seksualne wybryki prezydenta,
żartując z innymi agentami: "A co się stanie, jeżeli któraś go
ugryzie?"25. Ale ostatecznie stał się świadkiem nieustannej
parady sekretarek, gwiazdek, a nawet prostytutek eskortowanych do
sypialni prezydenta -?w hotelach i jego prywatnej rezydencji. Agentom
Secret Service, którzy badali przeszłość każdego, kto spotykał się
prywatnie z prezydentem, nie pozwolono nawet zapytać o nazwiska owych
kobiet.
Nocna zmiana przyzwyczaiła się do odwiedzin przypadkowych kobiet w prywatnych apartamentach prezydenta, często pod ramię z wieloletnim
przyjacielem Kennedy'ego Davidem Powersem. Członkowie popołudniowej
zmiany, którzy kończyli służbę o 22.00, przekazywali szefom zmian
dyskretny i zwięzły raport na temat nocnych gości Kennedy'ego.
-?Kiedy mieliśmy zejść ze zmiany, przekazywaliśmy: "Taki i taki
przyprowadził blondynkę" -?wspominał jeden z byłych agentów. -?Albo:
"Wiesz szefie, w pokoju jest dwoje gości".
-?Chciałeś opisać sytuację na nocnej zmianie -?ciągnął były agent. -
Chodziło o to, że jeżeli [kobieta] nie wyjdzie około czwartej rano,
mają zacząć się martwić.
Agenci ochraniający Kennedy'ego byli wewnętrznie rozdarci. Podziwiali
prezydenta. "Był naprawdę wyjątkowym facetem" -?wspominał Paolella.
"Niezależnie od tego, czy była to królowa Anglii, czy pokojówka,
traktował je tak samo". Ale wielu czuło się zakłopotanych -?a nawet
oburzonych -?kiedy proszono ich o umożliwienie tak bezczelnego
zachowania i zluzowanie swoich standardów bezpieczeństwa. Agenci wywiadu
USA ostrzegali, że kubańscy i radzieccy agenci operacyjni mają nadzieję,
że uda im się zaszantażować lub nawet zabić prezydenta. Agenci ochrony
prywatnie wysnuli teorię, że najlepszym sposobem na zinfiltrowanie
Białego Domu byłoby wysłanie ładnej młodej kobiety.
-?Byliśmy w środku zimnej wojny, na litość boską -?powiedział Newman. -
Martwiła nas możliwość, że tak się stanie. Poinstruowano nas, aby nikt
nie wchodził w te drzwi, ale cierpiała w ten sposób nasza praca.
Ponieważ zawiedliśmy. Musieliśmy się pogodzić z taką formą zachowania,
która była niebezpieczna -?nie dla nas, ale dla kraju i ochrony
prezydenta.
-?Złożyliśmy przysięgę... Nikt nie wchodzi do jego biura, dopóki nie
wyjaśnimy, kim jest. A potem przyglądamy się, jak Dave Powers
przyprowadza do apartamentu kilka kobiet i po prostu wchodzi do środka.
Podobnie jak Newman, także Anthony Sherman, inny członek osobistej
ochrony, podziwiał urok i polityczną odwagę Kennedy'ego. Ale porażała go
wyraźnie lekkomyślna postawa prezydenta, która wyglądała na brak
szacunku dla sprawowanego przez niego urzędu.
Kroplą, która przelała czarę goryczy Shermana, stały się wydarzenia
mające miejsce podczas wizyty Kennedy'ego w Honolulu w czerwcu 1963
roku. Przybył tu, aby wygłosić przemówienie na konferencji burmistrzów
oraz zwiedzić pancernik-pomnik USS Arizona stojący w Pearl Harbor.
Ochrona prezydenta, w tym Sherman i reszta oddziału, przybyła w noc
poprzedzającą konferencję. Po tym, jak haitańscy dygnitarze przywitali
Kennedy'ego na lotnisku bukietami kolorowych kwiatów, kawalkada
samochodów z prezydentem popędziła w kierunku miejsca, gdzie miał
spędzić noc. Oficer piechoty morskiej, który nadzorował pobliską bazę
marynarki wojennej, przygotował pensjonat, gdzie miał się zatrzymać
prezydent. Dziesięć minut po przybyciu Kennedy'ego podjechał adiutant
Białego Domu z dwiema młodymi kobietami, które weszły bezpośrednio do
domu, mijając pilnującego drzwi wejściowych Shermana. Goszczący ich
oficer ze zdziwieniem spojrzał na Shermana.
-?Kim one są? -?zapytał oficer marynarki, wpatrując się w kobiety.
Sherman zatrzymał się na chwilę, aby pomyśleć, zawstydzony kłamstwem,
które powstało w jego głowie. "To sekretarki", odparł. "Przypuszczam, że
jest jakaś praca, którą prezydent chce wykonać wieczorem".
Pułkownik z kamienną twarzą przyjął wyjaśnienie. Sherman mógł być
pewien, że nie kupił tej historii.
-?Chroniliśmy prezydenta na wiele sposobów -?powiedział Sherman w ABC
News w 1997 roku. -?Ale epizod w Honolulu sprawił, że poczułem gniew. To
jest prezydent Stanów Zjednoczonych. Sam nie jestem święty, ale on po
prostu nie powinien publicznie robić takich rzeczy.
Co zatem miał zrobić lojalny agent Secret Service? Czekając wspólnie w hotelowych korytarzach i na lotniskach, członkowie oddziału po cichu
dzielili się swoimi najgorszymi obawami. Życie osobiste i decyzje
prezydenta nie były ich sprawą. Ale jeżeli podejmowane przez niego
ryzyko zagrażało jego życiu, czy automatycznie nie było to ich
interesem?
Aby pozostać wiernym dewizie agencji -?"Godni zaufania i niezawodni" -
agenci postanowili posłuchać rady szefa zmiany Emory'ego Robertsa.
Trzymali usta zamknięte na kłódkę.
We wtorek o poranku, 12 listopada, żona Wina Lawsona Barbara, wraz z dziećmi na tylnym siedzeniu ich rodzinnego sedana, zawiozła go z ich
skromnego domu w Alexandrii do Białego Domu. Jechał na dziesięć dni do
Dallas, aby na miejscu przygotować mającą niedługo nastąpić wizytę
Kennedy'ego. Zmuszony był zrezygnować z uczestnictwa w piątych
urodzinach swojego syna Jeffa. Musiał również opuścić niedawno
adoptowaną córeczkę Andreę, którą lubił karmić nocą z butelki.
Lato i wczesna jesień 1963 roku były pracowite dla agentów
ochraniających prezydenta. A teraz jeszcze Biały Dom przygotował obfity
harmonogram podróży na listopad. Po krótkich wypadach wzdłuż Wschodniego
Wybrzeża na początku miesiąca, tuż przed Świętem Dziękczynienia, Kennedy
zamierzał przemierzyć jeszcze Florydę i Teksas. Musiał wygrać wybory w tych dwóch dużych stanach. Z powodu kontrowersji, jakie wzbudzał jego
program praw obywatelskich, były to jedyne południowe stany, w których,
jak wierzono, może wygrać, więc jego doradcy wybrali je jako miejsca
nieoficjalnego rozpoczęcia kampanii na rzecz reelekcji Kennedy'ego.
Lawson potrząsnął głową, spoglądając na harmonogram, w którym miał
uczestniczyć jego zespół: 22 postoje w dziewięciu miastach, wszystko w mniej niż tydzień.
Jerry Behn, szef ochrony Kennedy'ego, do zaplanowania wizyty w Dallas
wybrał Lawsona, jednego ze swoich najbardziej skrupulatnych zwiadowców.
Miasto było otwarcie wrogie Kennedy'emu. Lokalni konserwatyści
rozprowadzali fałszywy list gończy z jego zdjęciem. Miesiąc wcześniej
protestujący opluli i uderzyli jego przedstawiciela, który odwiedził
miasto.
Lawson miał mnóstwo pracy. Nie było czasu na drinka ani na oglądanie się
za kobietami. Znano go z tego, że nie marnując czasu na sen,
wielokrotnie sprawdzał swój schemat planu zabezpieczeń, aż do później
nocy przed przybyciem prezydenta. Podczas jednego ze swoich pierwszych
zadań Lawson nalegał, aby naczelny sędzia Birmingham w stanie Nowy Jork
zamknął gmach swojego sądu na czas wizyty Nixona. Agent dowiedział się
bowiem, że pracownicy sądu zaprosili znajomych, aby mogli obejrzeć
przemówienie Nixona z wyższych pięter w ich budynku. Lawson był
przekonany, że ludzie stojący nad głową prezydenta stanowią zagrożenie
dla jego bezpieczeństwa. Sędzia się zgodził26.
Podobnie jak czynił to przed wyjazdem do każdego wcześniejszego miejsca,
8 listopada Lawson zameldował się w Sekcji Badań Ochronnych (Protective
Research Section) Secret Service. Owo niewielkie biuro, lepiej znane
jako PRS, prowadziło spis około 400 osób w całym kraju, które, zdaniem
śledczych, stanowiły prawdziwe zagrożenie dla prezydenta. Lawson chciał,
aby podano mu dane wszystkich osób ze spisu z okolic Dallas. Co dziwne,
pomimo wielkości miasta nie pojawiły się tu żadne nazwiska. Rankiem 12
listopada ponownie sprawdził, czy wyłoniły się jakieś nowe
informacje27. Nic.
We wtorek około południa Lawson wraz z sześcioma innymi agentami
oddziału rozpoznawczego ochrony wszedł na pokład wyczarterowanego
samolotu wojskowego. Każdy z nich wyruszał do innego miasta w Teksasie.
Kiedy lecieli na południe, w biurze badań ochronnych odezwał się
alarmowy telefon. Do agentów dotarły informacje o czymś, co wyglądało
jak spisek mający na celu zamach na prezydenta.
Tego wtorkowego poranka 12 listopada agent specjalny z Miami Robert
Jamison nie był w stanie określić, czy George Klansman na policyjnym
nagraniu przesadza, czy mówi prawdę. Jednak słowa nagrane na taśmie były
niepokojące. Mężczyzna twierdził, iż zna plan zamordowania prezydenta
Kennedy'ego.
Poprzedniego weekendu Joseph Milteer, bogaty przywódca grupy zwolenników
supremacji białych, podczas wycieczki samochodowej w stanach
południowych odwiedził swojego przyjaciela z dzieciństwa w jego
mieszkaniu w Miami. Nie wiedział jednak, że jego przyjaciel był
informatorem policji pracującym pod przykrywką przy infiltracji Ku Klux
Klanu -?a ich rozmowa była nagrywana.
Milteer poznał kilku znanych z okrucieństwa przywódców Klanu, których
podejrzewano o udział w niedawnej serii zamachów bombowych i morderstw.
Policja miała nadzieję, że jej informator William Somersett zdoła
nakłonić swojego starego przyjaciela Milteera do rozmowy na temat
zamachu bombowego z połowy września na kościół w Birmingham w Alabamie,
w którym zginęły cztery czarnoskóre dziewczynki w wieku od 11 do 14 lat.
Milteer przyjaźnił się również z głównym podejrzanym -?Jackiem Brownem,
wielkim mistrzem działającego w Tennessee Klanu Dixie.
Milteer nie wiedział jednak zbyt wiele o zamachu na kościół. Był za to
dużo bardziej konkretny, kiedy rozmowa zeszła na temat oczekiwanej
wizyty prezydenta w Miami.
-?Sądzę, że Kennedy przyjeżdża tu osiemnastego listopada, aby wygłosić
jakieś przemówienie -?stwierdził Somersett. -?Cóż, będzie miał przy
sobie tysiące ochroniarzy, nie martw się o to.
-?Im więcej ma ochroniarzy, tym łatwiej go dopaść -?odparł Milteer.
-?Co takiego? -?zapytał Somersett.
-?Im więcej ochroniarzy, tym łatwiej go dopaść -?powtórzył Milteer.
-?Hmm, jak do cholery wyobrażasz to sobie, że to najlepszy sposób, aby
go dopaść? -?dopytywał się Somersett.
-?Z biurowca, karabinem o dużej mocy -?odparł Milteer.
-?Naprawdę będą próbować go zabić? -?dopytywał się dalej Somersett.
-?O tak -?odparł Milteer -?Już trwają przygotowania28.
Milteer twierdził, że tym, który zabije Kennedy'ego, będzie
najprawdopodobniej sam Brown. Śledził on również przywódcę ruchu na
rzecz praw obywatelskich dr. Martina Luthera Kinga, mając nadzieję, że
jego także uda się pozbyć.
-?Podążał za nim przez wiele mil, ale nie udało mu się do niego zbliżyć
-?opowiadał Milteer.
-?Uderzenie na Kennedy'ego będzie trudną sprawą -?stwierdził Somersett.
-?Wierzę, że zdołałeś wymyślić sposób, jak go dorwać, biurowiec i tak
dalej. Nie mam pojęcia, jak ci agenci Secret Service ubezpieczają
wszystkie biurowce, gdziekolwiek się wybiera. Wiesz, jak to robią?
Milteer dokładnie wyjaśnił, dlaczego agent zwiadowczy taki jak Lawson
nie sprawdza pobliskich budynków. "Cóż, jeżeli mają jakieś podejrzenia,
oczywiście to robią" -?powiedział. "Ale bez podejrzeń jest szansa, że
tego nie zrobią".
Miał rację. Biorąc pod uwagę niewielką liczebność Secret Service, nie
można było sprawdzić setek budynków na każdej trasie przejazdu. Jeżeli
istniał powód, aby podejrzewać jakiś konkretny problem, lub budynek
znajdował się bardzo blisko, można go było sprawdzić lub nakazać zamknąć
okiennice, jak to zrobił Lawson w Birmingham. W innej sytuacji agenci
nie podejmowali żadnych działań związanych z mijanymi po drodze
budynkami29.
Tamtego wtorkowego poranka Jamison i jego szef, agent specjalny
kierujący biurem w Miami, naradzali się w kwestii otrzymanego nagrania.
Następnie zadzwonili do szefa biura badań ochronnych Roberta Boucka.
Bouck był powszechnie podziwiany w agencji jako inteligentny detektyw i urodzony przywódca. Fascynował się również technikami nadzoru
elektronicznego, dzięki czemu cieszył się w Secret Service mianem
elektronicznego geniusza. W 1962 roku, na prośbę Kennedy'ego, Bouck
zainstalował w Gabinecie Owalnym tajny system pozwalający nagrywać
rozmowy30. Jako początkujący pisarz, zanim został prezydentem,
Kennedy chciał mieć zapis ważniejszych dyskusji i wydarzeń w Białym
Domu, najprawdopodobniej po to, aby później na jego podstawie napisać
pamiętniki31.
Po usłyszeniu o zagrożeniu Bouck musiał postępować bardzo
ostrożnie32. W zwykłej sytuacji wysłałby agentów, którzy
przesłuchaliby Milteera, ale to zdemaskowałoby przykrywkę informatora.
Dlatego też Bouck polecił Jamisonowi, aby sporządził "poufny" raport na
temat rzekomego spisku i zaalarmował agenta zwiadowczego
odpowiedzialnego za nadchodzącą wizytę Kennedy'ego. Zalecił mu też, aby
udostępnił ów raport tylko czterem innym biurom terenowym -?w Atlancie,
Nashville, Indianapolis i Filadelfii. Tamtejsi agenci mieli dyskretnie
sprawdzić domy i miejsca pobytu ekstremistów, o których wspomniał
Milteer.
Dawson wylądował w Dallas 12 listopada, a następnego dnia spotkał się z lokalną policją, aby wyznaczyć trasę dla kawalkady prezydenta i pierwszej damy -?od ich lądowania na Love Field do przemówienia podczas
lunchu w Trade Mart. Lawson wiedział, że musi poprowadzić Kennedy'ego
główną ulicą przez ruchliwe śródmieście. "Jeżeli prezydent lub
wiceprezydent przejeżdża przez miasto, musi to być widoczne i muszą to
widzieć ludzie" -?stwierdził Lawson. "Często jest to tak aranżowane, aby
działo się około południa lub kolacji. Dlaczego? W tym czasie ludzie
wychodzą z biurowców. Mamy do czynienia z gęstym tłumem. Jeżeli
zabierzesz kogoś do centrum miasta, tam jest dużo biurowców, dużo
sklepów. To jeden z powodów, dla których przyjeżdżamy do centrum... Biały
Dom chciał, aby ludzie zobaczyli prezydenta. Większość ludzi przybędzie
do centrum. Ta trasa niemal musiała być taka, jaka była".
Lawson współpracował z policją, aby wyznaczyć i zablokować każde
skrzyżowanie, skrupulatnie koordynując oszałamiający zestaw planów. Na
przykład przed przylotem prezydenta na Love Field umieścił agentów na
dachach budynków, z bezpośrednim widokiem na pas startowy. Wśród
otaczających go gapiów rozstawieni zostali funkcjonariusze policji w cywilu. Na potrzeby kawalkady poprosił o eskortę na motocyklach, która
miała tworzyć barierę chroniącą prezydencką limuzynę. Poprosił też
policję, aby oczyściła wiadukty i mosty, przez które miała przejechać
kawalkada, aby utrzymać ludzi w bezpiecznej odległości od samochodu
prezydenta33.
Nie miał jednak pojęcia o tym, czego kwatera główna dowiedziała się od
agentów terenowych z Miami i Chicago -?o zagrożeniu, jakie podczas
przejazdu mogły stanowić karabiny o dużej mocy.
-?Nie, nigdy o tym nie słyszałem -?zapewniał. -?Pamiętałbym o tym.
Rozdział 3. Trzy strzały w Dallas
Rozdział 3
Trzy strzały w Dallas
W poniedziałek 18 listopada 1963 roku, po pracowitym weekendzie,
prezydent obudził się w rozległej posiadłości swojego ojca -?w stylu
śródziemnomorskim, przy plaży w Palm Beach -?po czym udał się ze swoimi
ochroniarzami na lotnisko, gdzie wsiadł do Air Force One, który
skierował się do Tampy. Był to pierwszy przystanek w tygodniowej trasie
po Florydzie i Teksasie.
Kennedy miał nadzieję, że wiele wystąpień w obu tych stanach pomoże mu
zostać na drugą kadencję w Białym Domu. Jego doradcy byli zachwyceni
tym, że pierwsza dama -?wycofana i przygnębiona tego lata po śmierci jej
przedwcześnie urodzonego synka -?zdecydowała się dołączyć do niego
podczas teksańskiej części podróży.
-?Masz szansę przyciągnąć największe tłumy w historii -?zapewniał
Kennedy'ego rzecznik Pierre Salinger. -?Podróż z panią Kennedy będzie
naprawdę czymś wspaniałym34.
Agenci ochraniający Kennedy'ego mieli z kolei nadzieję na to, na co
zawsze liczyli podczas podróży z dala od Białego Domu -?żadnych
problemów. Wyruszali jednak w podróż już mocno zmęczeni ostatnimi
miesiącami trudnych wypraw, co zmusiło ich do oparcia się tylko na
szkieletowej obsadzie i kilku młodszych agentach pracujących na zmianę w otoczeniu prezydenta. Oszczędzali także na agentach rozpoznania,
wysyłając do niektórych miast tylko pojedyncze osoby zamiast dwóch.
Jednak agenci ochraniający prezydenta zachowywali stoicki spokój. Doszli
do wniosku, iż jeżeli w ciągu najbliższych pięciu dni dadzą z siebie
wszystko, zdołają zabrać szefa z Palm Beach do Tampy, Miami,
Waszyngtonu, San Antonio, Houston, Fort Worth, Dallas, Austin na ranczo
wiceprezydenta Johnsona i bezpiecznie wrócić do domu. Nie wiedzieli
jednak wówczas, że w ich pancerzu jest coraz więcej dziur. Co więcej, w tym momencie pojawiła się wyjątkowo duża dziura, która narażała ich na
atak.
Była 11.24 rano 18 listopada 1963 roku. Samolot AF26000 z prezydentem i jego świtą na pokładzie wylądował w Bazie Sił Powietrznych MacDill. Tak
rozpoczął się najbardziej pracowity tydzień podróży, z jakim Secret
Service zmierzyła się w czasie kadencji Kennedy'ego. Szef miał
zaplanowane 22 publiczne spotkania rozłożone na trzy dni pełne pracy.
Prezydent żwawo przeszedł po płycie lotniska. Wyglądał tego
poniedziałkowego poranka na wypoczętego i wyjątkowo beztroskiego.
Kennedy miał na sobie szyty na miarę szary garnitur i błyszczał swoim
uśmiechem celebryty. Z wysoko uniesioną głową i ramionami pomachał do
wiwatującego tłumu stojącego w pobliżu mesy oficerskiej bazy lotniczej.
Szef zmiany Emory Roberts szedł kilka kroków za prezydentem i mrużył
oczy w promieniach słońca gorącego poranka. Mierzący około 185
centymetrów wzrostu, z bladą cerą i kruczoczarnymi włosami zaczesanymi
do tyłu i usztywnionymi żelem do włosów, Roberts przypominał nieco
surowego Joe Fridaya z filmu Dziennik sierżanta Fridaya. Po kilku
latach pracy jako policjant stanowy w Marylandzie i dwóch dekadach w Secret Service niewiele mogło nim wstrząsnąć. Inni agenci nazywali go
Ojcem Robertsem lub Matką Kurą, ponieważ starał się wspierać nowych
agentów35.
Tego poranka Roberts martwił się też nieco o prezydenta. Czy Kennedy nie
będzie się sprzeciwiał temu, że podczas długiej jazdy limuzyną przez
Tampę, niemal tuż za jego plecami będą podążać agenci? Prezydenta
irytowali agenci stojący między nim a uściskiem dłoni. Dobrodusznie
narzekał, kiedy agent usiłował utrzymać go kilkadziesiąt metrów od
tłumów, które chciały się z nim przywitać. "Jeżeli nie spotykam się z ludźmi, nie mogę zostać wybrany aparatczykiem", jak powiedział jednemu z szefów zmiany swojej ochrony36.
Trzydziestu czterech agentów przydzielonych do ochrony Kennedy'ego i pierwszej rodziny odnotowało w tym roku niezdrową serię dni pracy na
dwie zmiany. Jedenastu najbardziej doświadczonych członków zespołu nie
potrafiło nawet podać nazwisk swoich współpracowników -?byli zajęci
opracowywaniem wstępnych planów zabezpieczeń w innych miastach Florydy i Teksasu, które Kennedy zamierzał odwiedzić.
Roberts, który przez cały weekend pracował z Kennedym w Palm Beach,
wiedział, że ochrona, którą mógł otoczyć prezydenta w Tampie, była
bardzo słaba: zaledwie 12 agentów. I to pomimo spodziewanych ogromnych
tłumów -?ponad 125 tysięcy ludzi. Kennedy i jego świta planowali też
przejechać w kawalkadzie ponad 45 kilometrów -?najwięcej, od kiedy
Kennedy objął urząd.
Przejazd zawsze był stresujący dla ochrony. Chaotyczny tłum
podekscytowanych gapiów może wydawać się nieszkodliwy, ale zawsze było
tak, że ktoś rzucał się w stronę wolno jadącej limuzyny, mając nadzieję,
że zbliży się do prezydenta. Albo, co gorsza, radosny tłum mógł kryć
czającego się zamachowca.
Agent zwiadowczy wysłany do Tampy Jerry Blaine wyznał Robertsowi, że
martwi go tak długa trasa przejazdu37. Blaine skupił się na
zagrożeniu, jakie stwarzało kilka grup działających na Florydzie. Mafia
miała w Tampie znaczne wpływy, a administracja Kennedy'ego wypowiedziała
wojnę zorganizowanej przestępczości. Także działający na tym obszarze
kubańscy aktywiści -?ci, którzy sprzeciwiali się reżimowi Fidela Castro,
jak i ci, którzy go popierali -?grozili, że wykorzystają wizytę
prezydenta do wywołania publicznych niepokojów. Część z nich była
wściekła, że Kennedy otwarcie nie poparł Kubańczyków, którzy wzięli
udział w nieudanej inwazji w Zatoce Świń.
Blaine zalecał, aby podczas całego przejazdu dwóch agentów stało na
stopniach przymocowanych do tyłu limuzyny. Podczas tego typu powolnych
parad centrum ochrony prezydenta stanowił kolejny samochód, sedan
cadillac z 1955 roku z otwartym dachem, wypełniony uzbrojonymi agentami,
którzy dysponowali nawet karabinem szturmowym. Czterech agentów jechało,
stojąc na bocznych stopniach kolejnych samochodów, tak aby mogli rzucić
się do prezydenta, jeżeli ktoś podejdzie zbyt blisko. Dwaj agenci,
stojący na stopniach następnego samochodu, zwykle w bardziej ryzykownych
momentach przejazdu biegli do przodu i wskakiwali na tył limuzyny.
Czynili to w momentach, gdy prezydent był bardziej wyeksponowany -?kiedy
gęsty tłum zmuszał kawalkadę do zwolnienia lub gdy policjanci na
motocyklach nie mieli miejsca na ulicy, aby osłaniać boki limuzyny.
Po przywitaniu się z tłumem tysięcy żołnierzy z personelu bazy,
rodzinami i gapiami zebranymi na pasie startowym w Bazie Sił
Powietrznych MacDill, inspekcji kompanii reprezentacyjnej, a następnie
zjedzeniu szybkiego lunchu prezydent i kilku agentów wskoczyli do
helikoptera mającego ich przewieźć w pobliże Al Lopez Field, gdzie
Kennedy miał wygłosić przemówienie38. Po wylądowaniu
Roberts wytrzeszczył oczy. To wyglądało niczym koncert Beatlesów. Na
widok prezydenta kobiety zaczęły krzyczeć, a ludzie, chcąc uniknąć
długich kolejek, przeskakiwali przez ogrodzenie stadionu. Na obiekcie
przeznaczonym dla 5 tysięcy widzów roiło się około 10 tysięcy
ludzi39.
Po przemówieniu Kennedy i dwaj lokalni kongresmeni zajęli miejsca w jego
otwartym Lincolnie Continentalu, w którym odbyli długą przejażdżkę przez
miasto. Podczas jazdy Kennedy kilkukrotnie chwytał się szerokiego pałąka
specjalnie przymocowanego do wewnętrznych drzwi samochodu. Wstawał,
machał ręką i usiłował spojrzeć w oczy swoim wyborcom.
Prezydent co jakiś czas zerkał w stronę ciemnych sylwetek dwóch agentów
wyłaniających się za jego ramionami. Na schodkach na tyle jego limuzyny,
jak sugerował Blaine, trzymając się uchwytów zainstalowanych na
bagażniku, stali Chuck Zboril i Dan Lawton. Kiedy tłumy na Grand Central
Avenue nieco się przerzedziły, prezydent pochylił się, aby porozmawiać z odpowiadającym za ochronę podczas przejazdu Floydem Boringiem siedzącym
na przednim siedzeniu. "Floyd, każ tym szarlatanom z Ivy League wrócić
do następnego samochodu", zalecił sucho Kennedy40.
Boring zamarł na słowo "szarlatani". Przypuszczał, że Kennedy, któremu w Secret Service nadano kryptonim Lansjer, wymyślił własny przekorny
pseudonim dla swoich ochroniarzy z klasy robotniczej ubranych teraz w garnitury. Niemal dosłownie cytując prezydenta, przekazał Robertsowi
jadącemu w następnym samochodzie: "Lansjer prosi, aby szarlatani z Ivy
League wrócili na swoje miejsce".
Roberts gwizdnął na swoich agentów i po tym, jak limuzyna zwolniła,
wskoczyli oni z powrotem na stopnie następnego samochodu. Kiedy
kawalkada dotarła do lokalnego arsenału, Kennedy zwrócił się do Boringa:
"To przesada, Floyd. I daje złe wrażenie ludziom. Powiedz im, aby
zostali w samochodzie ochrony. Niedługo mamy wybory. Jeden punkt dla
mnie, jeżeli będę dostępny dla ludzi"41.
Z Tampy udali się na szybką trzygodzinną wizytę do Miami: powitanie
tłumu na lotnisku, przejażdżka do hotelowej plaży i przemowa podczas
obiadu. Około północy bezpiecznie wrócili wraz z prezydentem do Białego
Domu.
Podczas powrotnego lotu do Waszyngtonu Blaine zastanawiał się nad dwiema
przeciwstawnymi obawami. Po pierwsze, czy wkurzać prezydenta,
umieszczając agentów w limuzynie? A po drugie, czy umieszczając ich w większej odległości, nie naraża szefa na niebezpieczeństwo?
Siedzący z nim w samolocie Boring poradził Blaine'owi, aby się nie
przejmował. Przecież Kennedy podziękował mu za udaną wizytę. A ponadto
na horyzoncie czekały już kolejne zadania. Szybko pojawiła się kwestia
Teksasu.
-?Zapomnij, Jer -?radził Boring Blaine'owi. -?Powiedział ci przecież, że
zrobiłeś świetną robotę w Tampie. Teraz spróbujmy odpocząć. Jeżeli
sądzisz, że dzisiaj był długi dzień, powinieneś zobaczyć harmonogram,
który mamy na Teksas.
Agenci z grupy Robertsa otrzymali dzień przerwy, dzięki czemu mogli
wybrać się do własnych domów, ale we wtorek, 21 listopada, byli już z powrotem w Białym Domu, aby się przygotować do wyjazdu do Andrews, skąd
wraz z Kennedym i Johnsonem wyruszyli do San Antonio, gdzie dotarli
około południa. Przez następne 12 godzin mieli przemierzyć w Teksasie
ponad 800 kilometrów -?na ziemi i w powietrzu. Wpadli do San Antonio na
przemowę w trakcie lunchu i przejazd w kawalkadzie, a następnie
przejechali do Houston na kolejną kawalkadę i przemowę na uroczystym
obiedzie. Późnym wieczorem Air Force One odleciał do Fort Worth, gdzie
Kennedy i jego świta spędzili noc. Następny dzień mieli spędzić w Dallas, a weekend na ranczu Johnsona pod Austin.
Pierwsza para była entuzjastycznie witana, gdziekolwiek się pojawiała,
co jednak nadal budziło zaskoczenie nowo przydzielonego agenta Tima
McIntyre'a, który podczas kołowania samolotu w Bazie Sił Powietrznych w Carswell przyglądał się tłumom przez okno. Machając zza ogrodzenia
lotniska, w ciemnościach oczekiwała na nich grupa około 300
podekscytowanych ludzi, którzy mieli nadzieję zobaczyć przynajmniej
zarysy najsłynniejszej pary Ameryki.
Setki kolejnych osób tłoczyło się przed zbudowanym w stylu beaux-arts
hotelem Texas, kiedy około 23.45 pod jego wejście podjechała kolumna
samochodów z Kennedym. Absolutnie nie tego oczekiwali zmęczeni agenci.
Prezydent też nie chciał im pomóc i, pomimo późnej godziny, ściskał
kolejne ręce. Po około pięciu minutach ochrona bezpiecznie odprowadziła
go wraz z żoną do apartamentu 850.
Niedługo po północy grupa Robertsa mogła wreszcie zejść ze służby.
Agenci byli głodni niczym wilki. Ich ostatnim posiłkiem był lekki lunch
zjedzony 12 godzin wcześniej na pokładzie samolotu lecącego z Waszyngtonu.
Śmiertelnie zmęczony, z kluczem do pokoju w dłoni,
dwudziestosześcioletni McIntyre zrobił krótkie podsumowanie. Był na
służbie przez 23 godziny, a w tym dniu on sam i jego koledzy przebiegli
i przeszli ponad 16 kilometrów. Ojciec czwórki dzieci nie był do końca
pewny, gdzie spał poprzedniej nocy! Może w Miami? A może w Waszyngtonie?
Wpadł do holu swojego pokoju. W tym momencie, widząc szefa swojej zmiany
zdążającego w tę samą stronę, zdał sobie sprawę, że wyciągnął pechową
słomkę: dzielił pokój z Robertsem, którego chrapanie było wręcz
legendarne. "Cholera, to nie był zbyt długi sen" -?wspominał później.
"Spałem prawdopodobnie około sześciu [godzin]. Następnego ranka
musieliśmy oczywiście wstać i zacząć wszystko od początku".
Ale niektórych czekał jeszcze krótszy odpoczynek. Dziewięciu agentów z ochrony Kennedy'ego udało się do znajdującego się w pobliżu hotelu Klubu
Prasowego w Fort Worth, który, jak powiedzieli im reporterzy, pozostawał
otwarty do późna i mógł zaoferować podróżującym dziennikarzom lekki
obiad i drinki. Kanapki zniknęły jednak, jeszcze zanim przybyli agenci,
więc dołączyli do reporterów, aby napić się z nimi szkockiej z wodą
sodową i piwa. Około 1.00 w nocy szef klubu prasowego Cal Sutton
powiedział rozbawionej grupie, że muszą zakończyć imprezę. Zgodnie z zasadami klubu nie serwowano w nim alkoholu po północy. Jeden z bawiących się z nimi reporterów zaproponował, aby udać się do Cellar,
legendarnego, nieco skandalizującego klubu nocnego, i spotkać się z jego
menadżerem Richardem Mackiem42. Może on wpuści kilku reporterów,
agentów Secret Service oraz ludzi z Białego Domu, którzy wraz z prezydentem przybyli do miasta?
Prowadzonych przez początkującego reportera CBS News Boba Schieffera i innych dziennikarzy, dziewięciu agentów wkroczyło do Cellar. Czterech z nich: Clint Hill, Jack Ready, Glen Bennett oraz Paul Landis, następnego
ranka miało się zgłosić na służbę. Mężczyźni znaleźli się w osobliwym,
słabo oświetlonym barze, który był po części klubem dla panów, a po
części kawiarnią dla beatników. Nie przypominał żadnego baru, który
widzieli w Waszyngtonie. Niektóre z kelnerek miały na sobie
najskromniejsze z możliwych stroje, bardziej same biustonosze i majtki
niż ubranie. Cellar nie miał licencji na sprzedaż alkoholu, ale jego
właściciele trzymali za barem mocne trunki i często serwowali bezpłatne
"dania dnia" dla przyjaciół -?alkohol z sokami owocowymi i inne
drinki43. Dla właściciela klubu Pata Kirkwooda, muskularnego
zawadiaki o wyglądzie kowboja, owymi "przyjaciółmi" byli wszyscy, którzy
według niego mogli mu się przydać: "wszystkie ładne dziewczyny,
reporterzy i gliniarze". On sam i Mackie osobiście powitali gości z Waszyngtonu kilka minut przed 2.00, po czym pokazali im kilka wolnych
stolików44.
Kelnerki przyniosły Hillowi i Landisowi kilka kolorowych napojów.
-?Co to? -?zapytał Hill.
-?Słony Dick -?padła odpowiedź.
Agent poczuł owocowy smak, może grejpfruta. Hill nie był pewien, czy ów
dziwny napój był imitacją alkoholu lub czymś innym, ale nie miało to
znaczenia. Smak nie poprawił się po kolejnych łykach, więc nie dokończył
swojego drinka. Za to Landis wypił dwa.
Tej nocy jeszcze trzech agentów z nocnej zmiany zabezpieczających duszny
korytarz za drzwiami apartamentu prezydenta urwało się z posterunku, aby
także odwiedzić Cellar. Do uszu Kirkwooda doszły szepty niektórych
agentów o tym, że opuścili swoje stanowiska. "W hotelu Texas prezydenta
pilnują strażacy!" -?zawołał jeden pośród ryku śmiechów45.
Hill powrócił do hotelu około 2.45, a około 3.00 w jego ślady poszli
Ready i Bennett. Landis, który był jeszcze kawalerem, późną nocą
zakończył rozmowę z kobietą z klubu i wrócił dopiero około piątej.
Zasady Secret Service zakazywały agentom służącym w Białym Domu picia w trasie "wszelkiego rodzaju odurzających napojów". Bądź co bądź podczas
podróży prezydenta mogli być wezwani na służbę w każdym momencie. Zasada
ta była jednak notorycznie ignorowana, chodziło przecież o dorosłych
mężczyzn, którzy kierowali się własnym rozumem.
-?Czasami masz za sobą długi dzień, taki jak ten, nie możesz w żaden
sposób od razu zasnąć -?wspominał Hill. -?Nie było żadnych imprez.
Próbowaliśmy się tylko zrelaksować.
Kiedy w ten piątek agenci Białego Domu zgłaszali się na służbę w lobby
hotelu Texas o 8.00 rano, kilku z nich miało za sobą bardzo krótki sen.
Było to niemal czymś normalnym. Nienormalne natomiast było to, że
brakowało wśród nich wielu doświadczonych członków zespołu. Jedenastu
weteranów zostało w tym tygodniu oddelegowanych do innych zadań -
wszyscy zajęci byli przygotowaniami miejsc, które prezydent miał
odwiedzić na Florydzie i w Teksasie. Dziesięć doświadczonych par rąk
ostatnio zmieniło przydział. Członkowie ochrony, którzy zaczęli pracę w momencie inauguracji Kennedy'ego, skorzystali z oferty odgrywania roli
kontrolerów lub zapewnili sobie przeniesienie do innej pracy. Nawet
najstarszy z agentów -?osoba, która miała być cieniem Kennedy'ego
podczas każdej z publicznych podróży -?w tym tygodniu był na swoich
pierwszych "wakacjach" od czterech lat.
Układny dowódca oddziału, agent specjalny Jerry Behn, zdecydował, że
jego doświadczeni zastępcy poradzą sobie z podróżą na Florydę i do
Teksasu. Piątek, dzień, w którym Kennedy miał zamiar odwiedzić Dallas,
zaplanował spędzić w biurze, aby nadrobić zaległości w papierach.
Prezydent obudził się w swoim hotelowym apartamencie po godzinie 7.00.
Następnie, ubrany w ciemny garnitur ruszył w otoczeniu agentów, aby
porozmawiać ze zgromadzonym przed budynkiem tłumem. Miejscowi klaskali i wiwatowali, chociaż nieliczni wydali się nieco rozczarowani, że nie
dołączyła do niego pierwsza dama. "Pani Kennedy przygotowuje się",
wyjaśnił prezydent. "Zajmuje jej to więcej czasu, ale kiedy skończy,
wygląda oczywiście lepiej niż my". Jednak wracając do hotelowego holu,
prezydent zwrócił się do najbliższego agenta: "Proszę, sprowadź tu panią
Kennedy"46.
Clint Hill, szef ochrony pierwszej damy, szybko ruszył na górę, aby
przyprowadzić panią Kennedy. Znalazł ją w jej apartamencie zakładającą
rękawiczki. Szybko odprowadził ją do hotelowej sali bankietowej.
Zgromadzone tam 2 tysiące członków i gości Izby Handlowej Fort Worth,
którzy przybyli na wystawne śniadanie, przyjęło ją owacją na stojąco,
podczas gdy pierwsza dama dołączyła do męża na
podwyższeniu47.
Kilka minut po 11.20 pierwsza para wraz ze swoją świtą weszła na pokład
Air Force One, którym odbyli trzynastominutowy lot z Bazy Sił
Powietrznych Carswell do Love Field w Dallas. Owe nieco ponad 55
kilometrów z Fort Worth można było przejechać samochodem, ale doradcy
Kennedy'ego chcieli, aby stacje telewizyjne i gazety pokazały jak
najwięcej scen zachwyconego Dallas witającego swojego prezydenta, kiedy
ten wysiadał z nowego Air Force One.
To właśnie tutaj, kiedy agenci zaczęli zajmować swoje miejsca w kawalkadzie samochodów, najwyraźniej uwidoczniło się napięcie, pod
którego presją musiała pracować ochrona. Paul Landis, zastępujący Hilla,
jako szef ochrony Jackie Kennedy wyszedł z samolotu tylnymi schodami w przekonaniu, iż przydzielono mu niewłaściwe zadanie. Był zaskoczony,
kiedy Roberts powiedział mu, że ma jechać na stopniu samochodu z ochroną
jadącego za limuzyną prezydenta. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie
robił. Landis, sympatyczny wesołek, żartobliwie zwrócił się do agenta
Sama Kinneya, kierowcy samochodu z ochroną, obok którego obaj właśnie
stali: "Hej, Sam" -?zawołał, udając zmieszanie i kręcąc głową w obie
strony. "Powinienem być w samochodzie ochrony. Wiesz może, gdzie go
znajdę?".
Landis zaśmiał się z własnego żartu. Niemniej jednak nadal się
niepokoił. Podszedł do Lawsona stojącego obok ogrodzenia, aby sprawdzić,
czy jemu przydzielono właściwe zadanie. "Aha, zgadza się", zapewnił go
Lawson48.
Landis nie był jedynym nowym przydzielonym do samochodu ochrony. Tim
McIntyre właśnie zakończył swój pierwszy tydzień pracy jako pełnoetatowy
agent, chociaż wcześniej przepracował kilka zmian na zasadzie przydziału
tymczasowego. Świeżo przeniesiony ze Spokane, jeździł na tylnym stopniu
po lewej stronie, za pierwszą damą i Hillem. Glen A. Bennett,
wypożyczony z Sekcji Badań Ochronnych, miał swoje miejsce na tylnym
siedzeniu samochodu z ochroną. Podobnie George Hickey, agent kierowca,
który normalnie pracował za kierownicą, a nie z pistoletem49.
W samochodzie z ochroną, poza szefem zmiany, Robertsem, znajdował się
tylko jeden agent, który ochraniał prezydenta Kennedy'ego dłużej niż
rok. Był to Jack Ready, który zazwyczaj jeździł na stopniach samochodu,
bezpośrednio za Kennedym, naprzeciw Landisa.
Spontaniczny tłum około 2 tysięcy osób, klaszcząc i skandując nazwisko
Kennedych, tłoczył się przy ogrodzeniu otaczającym Love Filed. Para
prezydencka dotarła do dolnej części schodów samolotu, gdzie przyjęła
prezenty od witającej ich delegacji. On otrzymał oprawiony w ramkę
rysunek wykonany węglem, podczas gdy jej wręczono kwiaty. Ujrzawszy
twarze przy ogrodzeniu, prezydent przekazał dary Landisowi. Bez słowa
odszedł od Jackie, aby uścisnąć wszystkie wyciągające się w jego stronę
dłonie50.
Przez kilka minut agenci szli obok pierwszej pary wzdłuż ogrodzenia, po
czym Lawson dał sygnał, że nadszedł czas, aby ruszyć dalej. Zaprowadzili
gubernatora i jego żonę na ich niewielkie siedzenia w otwartej limuzynie
prezydenta, a następnie pomogli Kennedym dostać się na długie tylne
siedzenie. Ich urodzony w Irlandii kierowca, pięćdziesięcioczteroletni
agent Bill Greer, powoli ruszył na drogę do Dallas. Przejechał przez
szeroką wyrwę w ogrodzeniu lotniska, którą Lawson specjalnie nakazał
wyciąć na czas przejazdu prezydenta.
Hill i Ready, dwie stare wygi, w normalnej sytuacji powinni w tym
momencie wskoczyć na tylne stopnie limuzyny. Ale Roberts uprzedził
agentów, przypominając stanowczą prośbę prezydenta w Tampie. Zgodnie z prośbą Kennedy'ego tego dnia Roberts nie jeździł z nim na schodach
limuzyny.
Hillowi nie podobała się prośba prezydenta. Jako długoletni "cień" pani
Kennedy czuł, że jego obowiązkiem jest zadbać o jej bezpieczeństwo.
Kiedy więc poczuł, że limuzyna jedzie zbyt blisko tłumu, co tego dnia
zdarzało się bardzo często, wskoczył do limuzyny i zajął miejsce tuż za
pierwszą damą. Co więcej, Greer często trzymał się lewej strony jezdni,
co miało zapewnić prezydentowi lepszą ochronę z prawej. Spowodowało to,
że pani Kennedy często znajdowała się w odległości dwóch wyciągniętych
ramion od stojących na poboczu gapiów.
Na trasie, wzdłuż głównej ulicy, ciągnęły się szeregi gapiów, szerokie
na od czterech do pięciu ludzi. Tego ranka "The Dallas Morning Post"
podał dokładny plan przejazdu prezydenckiej kawalkady, z nazwami ulic,
który, jak twierdzili niektórzy, zdradził lokalny polityk, chcąc w ten
sposób przyciągnąć ludzi na trasę przejazdu51.
Tłumy nieco się przerzedziły, kiedy limuzyna zbliżyła się do zakrętu w Dea-ley Plaza, trawiastego wzniesienia między kilkoma wysokimi budynkami
i wyjazdem na autostradę z Dallas. Hill wyskoczył z limuzyny i wrócił na
stopień samochodu ochrony, spodziewając się, że niedługo, po wyjeździe
na autostradę, kawalkada zwiększy prędkość.
W tym miejscu, przy zjeździe na pobliską autostradę, stali Arnold i Barbara Rowlandowie, młode małżeństwo oczekujące na przejazd Kennedych.
Kilka minut przed przyjazdem samochodów Arnold Rowland spojrzał na
ceglany budynek biurowy wznoszący się po drugiej stronie zjazdu i ujrzał
coś, co przykuło jego uwagę. W dużym, sklepionym łukowo oknie, w pobliżu
najwyższego piętra budynku, stał mężczyzna z karabinem opartym na
ramieniu.
Mąż szturchnął żonę i wskazał kogoś, kogo uważał za agenta Secret
Service.
-?To musi być człowiek ubezpieczający kawalkadę -
stwierdził52.
W tym momencie w zasięgu wzroku pojawił się pierwszy samochód prowadzący
kawalkadę. Agent Greer zmniejszył prędkość do 8-12 kilometrów na
godzinę, aby skręcić w prawo, w kierunku Houston, a następnie w lewo, do
Elm. Kiedy samochody zjeżdżały w kierunku autostrady, Hill nagle
usłyszał huk, który dobiegał z tyłu po prawej stronie. Ujrzał, jak
prezydent podnosi ręce, przyciskając je do gardła. Ktoś postrzelił
prezydenta.
Wiedziałem, że powinienem być na tyle tego samochodu, pomyślał Hill.
Jego ciało mogło przeszkodzić zamachowcowi w oddaniu czystego strzału.
Jednak Hill wydawał się jedynym agentem, który połączył usłyszany dźwięk
z atakiem na prezydenta. Landis i Ready, dwaj agenci stojący na prawym
stopniu samochodu, odwrócili się, aby spojrzeć przez prawe ramię,
lustrując gapiów i budynki w poszukiwaniu źródła hałasu.
-?Co to było? -?krzyknął Ready -?Petarda?
-?Nie wiem. Nie widzę żadnego dymu -?odparł Landis53.
Co to było, do cholery? -?pomyślał McIntyre, odwracając głowę, by
spojrzeć za siebie.
Roy Kellerman, czterdziestoośmioletni inspektor odpowiadający za
przejazd przez Dallas, siedzący na prawym przednim siedzeniu pasażera,
odwrócił się, by spojrzeć na tył limuzyny. W pierwszym momencie nie
znalazł źródła hałasu. Greer, kierowca, pomyślał, że mógł to być dźwięk
z rury wydechowej jadącego obok motocykla. Odruchowo zdjął nogę z gazu.
Niektórzy policjanci z eskorty motocyklowej byli przekonani, że widzieli
czerwone światła hamowania limuzyny. Bez względu na przyczynę limuzyna
zwolniła, gdyż Greer czekał na instrukcje od Kellermana.
Spoglądając do tyłu, Kellerman usłyszał głos prezydenta z jego
charakterystycznym bostońskim akcentem: "Mój Boże, zostałem trafiony".
Kellerman ujrzał ręce prezydenta zaciskające się wokół szyi. Starszy
oficer zamarł na chwilę, próbując zrozumieć, co się dzieje. W tym
momencie rozległ się drugi strzał.
Hill nie słyszał go. Po pierwszym strzale wyskoczył z samochodu ochrony
i biegł w stronę tyłu limuzyny. Potknął się, ale udało mu się uchwycić
klamki bagażnika. Rozległ się trzeci strzał, który Hill nie tylko
usłyszał, ale i poczuł. Prawa strona głowy prezydenta eksplodowała, a nad jego uchem uniosła się różowa mgiełka krwi, po czym osunął się na
lewą stronę, opadając na żonę.
Pani Kennedy rozpłakała się: "O mój Boże, Jack! Jack! Co oni ci
zrobili?"54.
Landis nie powiązał pierwszych dwóch strzałów z prezydentem. Ale właśnie
odwracał się, kiedy zobaczył skutek trzeciego. Dźwięk był obrzydliwy,
pomyślał. Jakby ktoś ćwiczył strzelanie, celując do melona. "Widziałem
kawałki ciała i krwi unoszące się w powietrzu, po czym prezydent osunął
się na panią Kennedy, poza zasięg mojego wzroku" -?wspominał później
Landis55.
Kellerman, poplamiony krwią i z kawałkami ciała prezydenta na ubraniu,
natychmiast sięgnął po mikrofon i krzyknął do Greera: "Gazu. Zostaliśmy
trafieni"56. Krzyczał do radia, mając nadzieję, że usłyszy go
agent w samochodzie wiceprezydenta: "Niech Sztylet osłoni
Ochotnika!"57.
Greer z całej siły wcisnął pedał gazu. Wspominając później ten moment,
Kellerman określił swoje wrażenie: "po prostu wręcz wyskoczyliśmy z tej
przeklętej drogi"58.
Szef zmiany Emory Roberts, który obserwował heroiczny bieg Hilla w stronę bagażnika, ujrzał krwawą mgiełkę wokół głowy Kennedy'ego. Po jego
prawej stronie Ready szykował się do zeskoczenia ze stopnia, aby pobiec
w stronę limuzyny, ale Roberts zawołał go z powrotem. Obawiał się, że
przy tej prędkości będzie to niebezpieczne i niewiele pomoże. "Pomocnik
do Lawsona", Roberts wywołał przez radio w samochodzie agenta z prowadzącego samochodu. "Prezydent został postrzelony. Prowadź nas do
najbliższego szpitala. Szybko".
Agent George Hickey chwycił karabin szturmowy AR-15 leżący na podłodze z tyłu samochodu. Stanął, lustrując niebo za kawalkadą, przygotowany na
kolejny atak59. Ale atak już nastąpił i się zakończył.
Hill, stojąc na tylnym stopniu przyśpieszającej limuzyny i trzymając się
dłońmi pionowych uchwytów na bagażniku -?stwierdził niespodziewanie, że
pani Kennedy przesuwa się w jego stronę. Stanęła na zakrwawionych
poduszkach tylnego siedzenia, wyciągnęła tułów i prawą rękę ponad
bagażnikiem samochodu. Spoglądała tępo przed siebie, jakby nie widząc
Hilla. Sięgnęła po coś leżącego na błyszczącej, czarnej pokrywie
bagażnika -?to był mały kawałek mózgu i czaszki jej męża.
Hill wcisnął Pierwszą Damę z powrotem na jej miejsce, po czym położył
się na oparciu szerokiego kabrioletu, osłaniając własnym ciałem pierwszą
parę.
Od momentu, kiedy Hill usłyszał pierwszy strzał, minęło zaledwie sześć
lub siedem sekund. Zaglądając do limuzyny, ujrzał krew, szare i białe
kawałki ciała i mózgu rozbryźnięte na tylnym siedzeniu, a także panią
Kennedy i Connallysów. Gubernator, którego tył koszuli poplamiony był
krwią, opadł górną częścią ciała na swoją żonę. Do tego momentu Hill nie
zdawał sobie sprawy, że on również został postrzelony.
Prezydent leżał bez życia na lewym boku na kolanach żony, a jego oczy
martwo wpatrywały się przed siebie. Przez otwór wielkości piłki
golfowej, ziejący po prawej stronie jego głowy, Hill widział mózg
Kennedy'ego. Na podłodze samochodu leżał mały kawałek czaszki z włosami.
Hill obejrzał się na swoich towarzyszy w samochodzie ochrony, z twarzą
wykrzywioną udręką. Potrząsnął głową w tył i przód, po czym pokazał im
skierowany w dół kciuk. Hill był pewien, że prezydent nie żyje lub jest
umierający60.
-?Dorwali go. Dorwali go! -?krzyczał w eter Roberts.
Szef zmiany pochylił się w stronę McIntyre'a: "Jak tylko się zatrzymamy,
ty i Bennett przejmiecie Johnsona".
Wiceprezydent Johnson nie miał pojęcia, co się dzieje. Został
rozpłaszczony na podłodze swojej limuzyny pod agentem dowodzącym jego
ochroną. Na dźwięk pierwszego lub drugiego strzału Rufus Youngblood
krzyknął do wiceprezydenta: "Padnij". Następnie przeskoczył na tylne
siedzenia i rzucił na Johnsona swoje 90 kilogramów61.
Oficer z eskorty motocyklowej podjechał do Lawsona, siedzącego jako
pasażer w nieoznakowanym samochodzie prowadzącym, i krzyknął: "Prezydent
został postrzelony!".
Niczym echo, Lawson w tym samym momencie usłyszał, jak Kellerman woła do
niego przez radio: "Zostaliśmy trafieni. Zabierz nas do najbliższego
szpitala"62.
"To się może zdarzyć w każdej chwili", pomyślał Lawson, podczas gdy jego
kierowca, szef policji z Dallas, Curry, pędził w kierunku szpitala
Parkland Memorial. "Mój Boże, to się stało"63, przemyślał.
Chwilę później z głośników w stołówce na pierwszym piętrze szpitala
Parkland Memorial odezwał się głos młodej kobiety. Wzywała szefa
chirurgii: "Doktor Tom Shires, proszę zejść na dół"64.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Remarks at the Pulaski Day Parade, Buffalo, New York, The American Presidency Project, 14 października 1962. [wróć]
2. "Bomber' Planned to Kill Jack at Mass", Associated Press, 20 grudnia 1960. [wróć]
3. Zeznania Jamesa Rowleya przed Komisją Warrena, 18 lipca 1964. [wróć]
4. Jay Sekulow, Witnessing Their Faith: Religious Influence on Supreme Court Justices and Their Opinions (Sheed & Ward, 2005), s. 165. [wróć]
5. 1994 White House Security Review, Secret Service History, books.google.com/books?id=86628a9v-moC&pg= PA165#v=onepage&q&f=false. [wróć]
6. Thomas J. Craughwell, Stealing Lincoln's Body (Cambridge, Mass.: Belknap Press of Harvard University Press, 2008), s. 44. [wróć]
7. Stephen Mihm, A Nation of Counterfeiters (Cambridge, Mass.: Harvard University Press, 2007), s. 344. [wróć]
8. Philip Melanson, The Secret Service: The Hidden History of an Enigmatic Agency (Carroll & Graf, 2002), s. 20. [wróć]
9. Charles Lane, Freedom's Detective: The Secret Service, the Ku Klux Klan and the Man Who Masterminded America's First War on Terror (Hanover Square Press, 2019), s. 181-184. [wróć]
10. Melanson, The Secret Service: The Hidden History of an Enigmatic Agency, s. 22. [wróć]
12. Joseph Bucklin Bishop, Theodore Roosevelt and His Time: Shown in His Own Letters (Scribners, 1920). [wróć]
13. Sarah Booth Conroy, "Blair House Remembrance", The Washington Post, 2 listopada 1990. [wróć]
14. Harry S. Truman, "Letter to Dean Acheson", 2 listopada 1950, shapell.org/manuscript/harry-truman-assassination-attempt/. [wróć]
15. Notatka do osobistej sekretarki Evelyn Lincoln, John F. Kennedy Presidential Archives. [wróć]
16. J. Paul Landis, wykład o Secret Service w czasach Kennedy'ego podczas Cleveland Polka Association Meeting, 31 maja 2012, youtube.com/ watch?v=wENV85zx_S0. [wróć]
17. Robert S. Allen, Paul Scott, "House Group Studies President's Protection", Sarasota Herald-Tribune, 14 maja 1964. [wróć]
18. Philip Meyer, "JFK Liked Crowds, Scared Guards", The Akron Beacon Journal, 23 listopada 1963. [wróć]
19. 5 "JFK's Pacific Swim, August 1962," pophistorydig.com/topics/jfks-pacific-swim-1962/. [wróć]
20. Kenneth P. O'Donnell, David F. Powers, "Johnny, We Hardly Knew Ye": Memories of John Fitzgerald Kennedy (New York: Open Road Integrated Media, 2013), youtube.com/ watch,?v=KEHEw-dop00. [wróć]
21. "JFK's Pacific Swim"; "Kennedy Caps Visit with Dip in Pacific", Los Angeles Times, 20 sierpnia 1962. [wróć]
22. Pierre Salinger, P.S.: A Memoir (New York: St. Martin's Press, 2001), s. 155. [wróć]
23. Vince Devlin, "Former Secret Service Agent Kept Watch over Presidents and Their Families", Missoulian, 29 kwietnia 2007. [wróć]
24. Caroline Kennedy, Jacqueline Kennedy: Historic Conversations on Life with John F. Kennedy (New York: Hachette Books, 2011). [wróć]
25. Wywiad ABC News z Timem McIntyre'em, youtube.com/watch?v=30H]4EEo9Qo. [wróć]
26. Transcript of the Remarks of the Vice President, Broom County Courthouse Steps, Binghamton, New York, 30 września 1960, presidency.ucsb.edu/ ws/ index.php? pid=25517. [wróć]
27. "Report of the House Select Committee on Assassinations of the U.S. House of Representatives", część D, s. 431. [wróć]
28. House Select Committee on Assassination, Report, Volume 3, 919. Exhibit JFK F-450; dostęp 12 sierpnia 2020, history-matters.com/archive/jfk/hsca/reportvols/vol3/pdf/HSCA_Vol3_0919_3_Rowley.pdf. [wróć]
29. Zeznanie inspektora Toma Kelleya przed Komisją Warrena; dostęp 13 sierpnia 2020, mcadams.posc.mu.edu/ russ/jfkinfo/hscakell.htm. [wróć]
30. Patricia Sullivan, "Robert I. Bouck, 89", The Washington Post, 8 maja 2004. [wróć]
31. Philip Zelikow, Ernest May, wstęp do The Presidential Recordings: John F. Kennedy: The Great Crises, t. 1-3 (New York: W. W. Norton, 2001), s. xvii-xxiv. [wróć]
32. House Select Committee on Assassinations, "Final Report: I. Findings-D. Agencies and Departments of the U.S. Government Performed with Varying Degrees of Competency", s. 232. [wróć]
33. Raport Komisji Warrena, rozdział 8, "The Protection of the President", archives.gov/research/jfk/warren-commission-report/chapter-8.html. [wróć]
34. Pierre Salinger, With Kennedy (New York: Doubleday, 1966), s. 3. [wróć]
35. Douglas B. Roberts, "MSU Leader's Dad Was Secret Service Agent in Car Behind John F. Kennedy in Dallas on November 22, 1963", Michigan Live, 22 listopada 1963. [wróć]
36. William Manchester, The Death of a President (Boston: Back Bay Books, 1967), oraz Gerald Blaine, The Kennedy Detail: JFK's Secret Service Agents Break Their Silence (New York: Gallery Books, 2011). [wróć]
37. "50 Years Later, JFK's Visit to Tampa Still Resonates", Tampa Bay Times, 22 listopada 2013. [wróć]
38. "Time Capsule: JFK's Visit to Tampa, November 18, 1963", Tampa Bay Tribune, 12 listopada 2013. [wróć]
40. Manchester, Death of a President. [wróć]
41. Blaine, Kennedy Detail. [wróć]
42. Zeznanie Richarda Mackiego przed Komisją Warrena. [wróć]
43. Christopher Evans, "Remembering the Cellar", Fort Worth Star-Telegram, 25 maja 1984. [wróć]
46. Philip Potter, The Sun (Baltimore), 23 listopada 1963, s. 1. [wróć]
47. Louisville Courier-Journal, 23 listopada 1963, s. 18. [wróć]
48. Gerard Blaine, Kennedy Detail. [wróć]
49. Tamże, s. 142. [wróć]
50. Zeznanie Paula Landisa przed Komisją Warrena, 27 listopada 1963, mcadams.posc.mu.edu/russ/m_j_russ/Sa-landi.htm. [wróć]
51. Raport komisji Warrena, rozdział 2, "The Assassination", archives.gov/research/jfk/warren commission-report/chapter-2.html#motorcade. [wróć]
52. Komisja Warrena, Zeznanie Barbary Rowland, 7 kwietnia 1964, mcadams.posc.mu.edu/russ/testimony/ rowland_barb.htm; mcadams.posc.mu.edu/russ/testimony/rowland_a.htm. [wróć]
53. Komisja Warrena, Zeznanie Paula Landisa. [wróć]
54. Komisja Warrena, Zeznanie Roya Kellermana. [wróć]
55. Komisja Warrena, Zeznanie Paula Landisa. [wróć]
56. Komisja Warrena, Zeznanie Roya Kellermana. [wróć]
57. Manchester, Death of a President. [wróć]
58. Komisja Warrena, Zeznanie Roya Kellermana. [wróć]
59. Komisja Warrena, Zeznanie George'a W. Hickeya jr. [wróć]
60. Komisja Warrena, Zeznanie Paula Landisa. [wróć]
61. Komisja Warrena, Zeznanie Rufusa Wayne'a Youngblooda, mcadams.posc.mu.edu/russ/testimony/youngblo.htm. [wróć]
62. Blaine, Kennedy Detail. [wróć]
63. Wywiad z Winem Lawsonem, C-SPAN, 5 listopada 2003. [wróć]
64. Jimmy Breslin, "A Death in Emergency Room One", "New York Herald Tribune", 23 listopada 1963. [wróć]