Drogi Czytelniku!
Choć książka, którą właśnie trzymasz w dłoniach jest lekturą kryminalno-obyczajową, poruszony został w niej bardzo ważny problem współczesnych czasów, który w przyszłości najprawdopodobniej stanie się najpoważniejszym schorzeniem cywilizacyjnym. Choroba odbierająca radość życia, mobilizację do działania, zamiłowania i pasje, zdolność do odczuwania przyjemności oraz siły do mierzenia się z każdym nadchodzącym dniem. Ofiarująca w zamian obniżenie nastroju, poczucie pustki i brak sensu życia, negatywne spojrzenie na samego siebie, trudności z podejmowaniem decyzji, poczucie osłabienia oraz ciągłego zmęczenia. Depresja. Ciemność pochłaniająca stopniowo człowieka, zabijająca w nim nadzieję, energię, błogość i radość. Ciężar, który niejednego z nas pociągnął już na samo dno, nie dając możliwości odbicia się od niego. Pułapka czarnych scenariuszy, przybijających myśli, osamotnienia, cierpienia, bezradności i bezsilności, pragnienia ulgi i śmierci.
Diagnoza ciężkiej choroby. Obciążenie psychiczne. Badania. Różne formy terapii i zabiegów chirurgicznych. Szpitalna rzeczywistość. Odcięcie od domu i rodziny. Drżenie rąk. Trudności z poruszaniem się. Zawroty głowy. Zaburzenia funkcjonowania. Nieopisany ból. Brak sił na wstanie z łóżka. Tęsknota za dotychczasowym życiem. Informacje, brzmiące niczym wyrok. I przychodzi ona. Depresja. Zadomawia się w człowieku. Próbuje się rozgościć. Zostaje na dłużej.
Utrata pracy. Szok i niedowierzanie. Zburzenie fundamentu poczucia bezpieczeństwa. Osobiste odczucie porażki. Zrujnowanie poczucia wartości, hierarchii społecznej i akceptacji międzyludzkiej. Silny lęk. Utrata nadziei. Czarnowidztwo. Brak perspektyw na przyszłość. I przychodzi ona. Depresja. Zadomawia się w człowieku. Próbuje się rozgościć. Zostaje na dłużej.
Śmierć kogoś bliskiego. Bolesne, bezpowrotne rozstanie. Niepokój i pustka. Tysiące pytań kierowanych do Boga, na które nie uzyskuje się odpowiedzi. Tęsknota i rozpacz. Poczucie, że właśnie zawalił się świat. Osamotnienie. Kryzys lękowy. Izolacja od otoczenia. Uczucie wyczerpania, wyobcowania, samotności i niezrozumienia. I przychodzi ona. Depresja. Zadomawia się w człowieku. Próbuje się rozgościć. Zostaje na dłużej.
Trauma z przeszłości. Silne zranienie. Wykorzystywanie. Naruszenie barier cielesnych. Doświadczenie ogromnej krzywdy. Wypadek. Strata ciąży. Trudny poród. Gwałt. Molestowanie seksualne. Przemoc. Wojna. Trwałe ślady na ciele i duszy człowieka. Druzgocące, burzące spokój wydarzenia, które na zawsze zostaną w pamięci niczym ostry kolec, wbijający się przez cały czas w ludzkie serce. I przychodzi ona. Depresja. Zadomawia się w człowieku. Próbuje się rozgościć. Zostaje na dłużej.
Popełnienie błędu. Podjęcie nieodpowiedniej decyzji. Wykroczenie. Przestępstwo. Odbycie kary i powrót do społeczeństwa. Poczucie samotności. Wyrzuty sumienia. Obwinianie się. Poszukiwanie pociechy i zrozumienia. Wytykanie palcami. Stygmatyzacja i marginalizacja. Pustka. Bezsens życia. Uraz wewnętrzny. I przychodzi ona. Depresja. Zadomawia się w człowieku. Próbuje się rozgościć. Zostaje na dłużej.
Rozstanie. Rozwód. Gonitwa myśli. Analiza. Rodzące się przez cały czas pytania. Setki emocji, zmieniających się niczym w kalejdoskopie. Rany na złamanym sercu. Doświadczenie straty. Uczucie pustki, braku stabilizacji i konsternacja. Wypieranie faktów. Zaprzeczanie. Przytłoczenie. Żałoba po rozstaniu. I przychodzi ona. Depresja. Zadomawia się w człowieku. Próbuje się rozgościć. Zostaje na dłużej.
Homoseksualizm. Biseksualizm. Transpłciowość. Ujawnienie swojej orientacji seksualnej. Zagubienie, złość, smutek. Lęk przed odrzuceniem. Poczucie winy. Brak akceptacji i tolerancji. Stygmatyzacja. Dyskryminacja. Poczucie pustki i izolacji. Niezrozumienie. I przychodzi ona. Depresja. Zadomawia się w człowieku. Próbuje się rozgościć. Zostaje na dłużej.
Wymienione powyżej sytuacje to tylko kropla w morzu momentów, w których do drzwi ludzkiego życia puka nieproszona, niechciana, niepożądana depresja. Nie pyta, czy może i czy powinna. Sprawia, że ludzie tracą siły do walki. Poddają się. Zatracają w smutku. Idą w coraz czarniejszą stronę. Niekiedy nie wytrzymują. Pogrążając się w cierpieniu i desperacji, postanawiają zakończyć swoje życie. Zostawiają innych. I niejednokrotnie dopiero wtedy najbliżsi zauważają, że coś było nie tak. Że człowiek od tygodni, miesięcy, a nawet lat toczył w sobie największą walkę. Walkę o własne życie. Bo depresji często nie widać. Przebiega w ciszy, w ukryciu, w samotności.
Problem depresji przedstawiony w niniejszej książce ukazuje, jak czują się osoby, zmagające się z tą chorobą. Spojrzenie na świat oczami literackich bohaterów pomaga dostrzec, jak bezwartościowymi i niepotrzebnymi ludźmi mogą czuć się ci, którzy nas otaczają. Jak pesymistycznie mogą spoglądać na własne życie. Nie widzieć żadnego sensu w teraźniejszości ani w przyszłości. Jak przybierają setki masek i tysiące udawanych uśmiechów, by ukryć poranioną, krwawiącą duszę i serce.
Pisanie jest czymś, dzięki czemu można zwrócić uwagę Czytelników na dany problem. Uwrażliwić. Otworzyć oczy. Pomóc dostrzec i zrozumieć więcej. Z całego serca dziękuję Ci, że przewracasz w tym momencie karty tej właśnie książki. Że po raz drugi dałeś szansę Piaseckiej, Kamińskiemu i Pawlakowi, by choć na krótki moment ponownie zagościli w Twoim życiu. To bohaterowie, którzy starają się nie tylko rozwiązać zagadkę kryminalną i poszukują prawdy, ale przede wszystkim żyją dokładnie tak samo jak Ty. Widzą, słyszą, czują, doświadczają. Stykają się z problemami podobnymi do Twoich. Można zauważyć cząstkę ich w Twoim życiu, w życiu Twoich bliskich.
Życzę wrażliwości serca i umiejętności dostrzegania tego, co na pierwszy rzut oka wydaje się być niewidzialne.
Prolog
"Jestem cały czas rozdarty pomiędzy decyzją, czy zabić siebie, czy też zabić wszystkich wokół."
(David Levithan, "Will Grayson, Will Grayson")
Pokój był niewielki. Spodziewałem się raczej czegoś spektakularnego, na wzór "50 twarzy Greya", wyposażonego w meble i dodatki od prestiżowych, drogich marek, zawierających w sobie zarówno styl nowoczesny, jak i vintage oraz niekończące się ilości akcesoriów erotycznych. Wszedłem jednak do skromnego pokoju bez przeszklonych szyb, zapewniających zapierający dech w piersiach widok na panoramę miasta. Wnętrze nie było tak awangardowe jak na oglądanym przeze mnie filmie, było raczej zimne, wręcz bezosobowe. Z drugiej strony, gdy przyjrzałem się uważniej dostrzegłem, że odnaleźć tam było można wszystko, czego zapragnęłaby nieco mroczna, lubiąca dominacje i wiązanie dusza. Na środku pokoju stało duże łóżko z bordową narzutą, naokoło którego rozpościerał się wielki, czerwony baldachim. Na wieszakach wiszących na ścianach widniały łańcuchy i więzy, a regał stojący naprzeciw łóżka skrywał w sobie gadżety niezbędne do realizacji fantazji seksualnych: pejcze, pasy i kajdanki. Przy suficie podwieszone były ledy, które po załączeniu zabarwiały pomieszczenie czerwonym światłem. Pokój był zmysłowy, choć zdecydowanie niepozorny, patrząc na jego rozmiary.
Jedno mocniejsze uderzenie w głowę wystarczyło, by stracił przytomność. Wykorzystałem siłę swoich mięśni, by położyć go na łóżku. Nie wątpiłem już, że masa jest miarą bezwładności ciała. Nie był lekki. Gdy przykuwałem do łóżka jego nadgarstki i nogi, poczułem, jak niewielkie strugi potu spłynęły po moim czole. Spieszyłem się. Chciałem, by po przebudzeniu w swoim ulubionym czerwonym pokoju, doświadczył niemocy poruszania kończynami. Pragnąłem, by nie mógł uwolnić się spod więzów własnych kajdanek. Przecież tak bardzo podniecały go takie zabawy.
Ocknął się po krótkiej chwili. Był całkowicie zdezorientowany i rozdrażniony. Przestraszył się mojej obecności, a równocześnie nie pamiętał, w jaki sposób znaleźliśmy się razem w pomieszczeniu, które wielokrotnie było dla niego areną czerpania przyjemności z przygodnego, ostrego seksu, w którym zawsze musiał dominować. Zaczął szarpać się na łóżku, próbując wydostać swoje nogi i ręce. Bezskutecznie. Bezskutecznym okazały się również próby krzyku i wołania o pomoc. W pobliżu nie było żywej duszy. Nie było nikogo, kto mógłby usłyszeć jego wołania i wyjść im naprzeciw. Byliśmy tylko we dwóch. Ja - pragnący jego bólu, cierpienia i śmierci oraz on - żebrający o litość i wolność, patrzący na mnie z nadzieją w oczach, która przyprawiała mnie o jeszcze większą nienawiść. Poczułem przypływ sił, a myśli krążące w mojej głowie kazały wykonywać plan pozbawienia życia tego człowieka. Zasługiwał na śmierć.
Klęknąłem nad nim, nachyliłem się i ścisnąłem mocniej jego nadgarstki. Chciałem, by poczuł całkowitą, wypełniającą każdy milimetr jego ciała bezradność i zależność ode mnie. Nasze twarze były bardzo blisko. Szamotał się przez cały ten czas, wydając z siebie dźwięki płaczu, przypominającego skowyt psa. Bał się mnie. W tamtym momencie to ja czułem nieopisane podekscytowanie wywołane tym, co właśnie odbywało się w czerwonym pokoju. Pod ciężarem ciał dwóch rosłych mężczyzn, łóżko parokrotnie zaskrzypiało, wydając charakterystyczny dźwięk. Zsunąłem się niżej. Do jego nóg. Wykorzystałem cały potencjał swoich mięśni oraz wagi, by doprowadzić do pęknięcia jego kości piszczelowych i strzałkowych. Zawył z bólu, gdy jego łydki wyginały się pod moim ciężarem. To nie był koniec. Miał cierpieć jeszcze bardziej. Przesunąłem się z powrotem wyżej. Miał coraz mniej siły. Krzyczał, ale praktycznie już się nie szarpał. Wiedział, że nie ma szans w starciu ze mną. Złamanie jego kości łokciowych i promieniowych okazało się być o wiele łatwiejsze. Zrobiłem to z ogromnym impetem, nastawiony na zadanie jak największego bólu. Za każdym razem, gdy łamane przeze mnie kości pękały, słyszałem przyjemne dla moich uszu chrobotanie. Szczęk pękających kości Oktawiana Mazura był balsamem dla mojej poranionej duszy.
Podnosząc się z łóżka, nadepnąłem celowo na jego krocze. Znowu zawył z bólu. Krzyki jego cierpienia przeszyły na moment moje uszy. Zmiażdżyłem narzędzie, którym zadawał ból innym. Zgniotłem je, chcąc wcisnąć do środka, pozbyć się, a wraz z uszkodzeniem jego męskości, pragnąłem, by zniknęły wszystkie krzywdy, jakie zadawał swoimi chorymi fetyszami niewinnym kobietom. Wrzeszczał płacząc, że oddał mi już wszystko, że nic więcej nie ma do oddania. Myślał, że to wystarczy. Że wyciszy we mnie pragnienie zemsty.
Stanąłem obok łóżka z czerwonym baldachimem. Wielokrotnie przeżywał w nim chwile rozkoszy i błogości. Czuł się do tej pory prawdziwie męskim, dominującym facetem, który dostawał to, na co miał ochotę. Teraz zwijał się z bólu, rycząc w niebogłosy, leżąc dokładnie w tym samym łóżku, przypięty kajdankami, które wcześniej zakładał na nadgarstki kobiet wykorzystywanych w najpodlejszy sposób. Nie mógł zrobić zupełnie nic. Jego życie leżało w moich rękach. Przerwałem je z ulgą w sercu. Złamania otwarte, które pozostawiłem na jego rękach i nogach zaczynały przybierać kolor czerwony. Krew płynęła intensywnie, a ja wpatrywałem się w powiększające się pod jego kończynami czerwone plamy. Stałem przez chwile jak zahipnotyzowany, wpatrując się w ich nierówne kształty, wsłuchując w jego zawodzenie. Tracił siły. Każda wypływająca z niego kropla krwi odbierała mu je, a ja stałem i tylko patrzyłem. Po chwili przestał płakać. Spojrzał na mnie wzrokiem, który wydawał się być oddalony i całkowicie zmęczony. Styrany wręcz życiem. Zdążyłem powiedzieć mu jeszcze, że mam nadzieję, że zgnije szybko tam, dokąd trafi. Po tych słowach skonał. Udało mi się. Wreszcie odetchnąłem z ulgą.
Rozdział III. Niewidoczne blizny
"Każda trauma po czasie blednie, zmniejsza się i oswaja, po jakimś czasie można z niej żartować."
(Katarzyna Berenika Miszczuk, "Przesilenie")
Był rok 2003, gdy żołnierze amerykańscy, australijscy, brytyjscy i polscy wkroczyli do Iraku. Prowadzone tam działania wojenne obaliły reżim Saddama Husajna, jednak mocno podzieliły Zachód. Miałem wtedy trzynaście lat. Siadałem obok swojego ojca, oglądającego wiadomości i wsłuchiwałem się w przekazywane treści, choć nie wszystkie były dla mnie zrozumiałe. Cała zasadność tej misji była od samego początku mocno podważana. Jednak jako nastolatek, odczuwający prestiż munduru i poczucie obowiązku służby wobec ojczyzny podziwiałem naszych. Z szybkim biciem serca słuchałem o tym, jak polscy żołnierze angażują się w budowę infrastruktury, wyposażanie szkół i sierocińców w najpotrzebniejsze artykuły, służą poradą przy tworzeniu administracji cywilnej, patrolują tereny, konwojują transporty, a w razie potrzeby walczą, odpierając ataki bojowników oraz broniąc siedzib władz Iraku. Imponowali mi odwagą, odpornością na stres, umiejętnością podejmowania ważnych decyzji w trudnych warunkach, zdyscyplinowaniem i chęcią niesienia pomocy, której kosztem mogło być nawet ich życie. Ośmieliłem się zacząć marzyć, by za kilka lat zostać jednym z nich.
Na czternaste urodziny dostałem od rodziców niezapomniany prezent. Strój młodego żołnierza. Mundur pokryty w całości wzorem moro, z flagami Polski oraz stopniami, które można było przyczepiać na ramiona przy pomocy rzep. Byłem wiernym fanem wojska. Kolejne akcesoria kupowałem sobie za własne zaoszczędzone pieniądze. Popularną u służb mundurowych chustkę arafatkę koloru oliwkowego, która nadawała mojemu stylowi militarny charakter. Trzykomorowy plecak z wojskowym wzorem moro, w którym przez kilka lat nosiłem do szkoły wszystkie podręczniki. Przewiewne koszulki, zapewniające kamuflaż oraz lżejszy, pustynny mundur moro. Zacząłem kolekcjonować figurki żołnierzy oraz pojazdy militarne. Pamiętam zestaw wojskowy żołnierza z pontonem, plastikową bazę wojskową, armię żołnierzyków, okręt wojskowy oraz karabiny, pistolety, krótkofalówki, pasy i kaski. Wszystkie akcesoria, dzięki którym mogłem chociaż przez chwilę poczuć się jak zawodowy żołnierz.
Wiedziałem, że istotne znaczenie ma sprawność fizyczna osób, chcących zostać żołnierzami. Oglądając programy telewizyjne, czytając książki tematyczne czy poruszając tematykę wojskowości w rozmowach z ojcem wielokrotnie docierało do mnie, że to między innymi sprawność fizyczna bywa wyznacznikiem jakości danego żołnierza, a co za tym idzie całej armii, którą ten żołnierz współtworzy. Sporty i aktywność ruchowa pochłonęła mnie dogłębnie. Nie było dnia, w którym pominąłbym zaplanowany wcześniej trening. Pracowałem nad wytrzymałością i siłą. Biegałem, jeździłem na rowerze, podnosiłem ciężary, podciągałem się na trzepaku, robiłem brzuszki, pompki i przysiady. Regularnie chodziłem też na basen. Robiłem wszystko to, co dostępne było w tamtych czasach dla przeciętnego nastolatka ze średnio zamożnego domu. Poszerzałem swoją wiedzę teoretyczną, by móc wykorzystywać ją w praktyce. Gdy nieopodal mojego domu otworzono siłownię, wydawałem wszystkie pieniędze z kieszonkowego, by móc korzystać z dóbr, które ofiarowało mi to miejsce. Przez cały czas miałem w myślach egzamin sprawności fizycznej, który zaliczyć musieli żołnierze. Analizowałem normy czasowe i liczby powtórzeń w poszczególnych konkurencjach, sprawdzając, czy dam radę wyjść naprzeciw tym wymogom. Dążyłem do tego, by moje ciało tworzyło rozwiniętą, proporcjonalną muskulaturę, tworzącą kształt litery "V". Kontrolowałem obwód swojej klatki piersiowej, bioder, pasa, ud, łydek i bicepsów. Euforia rozpierała mnie od środka, gdy docierałem do momentu, w którym moja sylwetka zaczynała kojarzyć się ludziom z prawdziwą siłą. Chciałem budzić respekt.
Z niecierpliwością oczekiwałem ukończenia szkoły średniej. W porównaniu do moich kolegów mogłem pochwalić się wyjątkową wytrzymałością fizyczną i sprawnością ruchową. Dopisywało mi zdrowie, nigdy nie byłem karany. Posiadałem umiejętności, wiedzę i zdolności, które z punktu widzenia służby były najpotrzebniejsze. Złożyłem wniosek, ubiegający się o pełnienie służby wojskowej. Przeszedłem pomyślnie proces rekrutacji, w czasie którego szczegółowo analizowano moje dokumenty, przeprowadzano badania oraz rozmawiano ze mną. Byłem sprawdzany zarówno pod kątem zdrowia fizycznego, jak i sprawności psychologicznej. Po wszystkim wysłano mnie na pięciomiesięczne szkolenie, które rozpoczęło najważniejszą przygodę i misję mojego życia.
Zagraniczne wyjazdy dawały żołnierzom doświadczenia. Miałem 22 lata, gdy wyjechałem po raz pierwszy. Ponad stu oficerów, podoficerów i szeregowych ruszyło wraz ze mną na półroczną misję do Iraku. Zabezpieczaliśmy tam bazy wojskowe i ich personel oraz wykonywaliśmy zadania powiązane ze szkoleniami. Ten wyjazd nauczył mnie życia, otworzył mi oczy. Wypełniałem powierzone mi zadania, zdając sobie sprawę z niebezpieczeństw, jakie czyhały na mnie na każdym kroku. Nie można było nawet na krótką chwilę przestać myśleć, by nie stracić życia. Przez 24 godziny na dobę trzeba było być w pełnej gotowości i oddaniu. Fakt, że wcześniej zostałem wyszkolony, nauczony korzystania z broni, że spędziłem długie godziny na poligonie, a moja dyscyplina oraz sprawność fizyczna były na wysokim poziomie, nie pomogły zbyt wiele w zderzeniu z prawdziwym piekłem, jakie toczyło się na zagranicznych misjach. Tam trzeba było być przede wszystkim silnym i wytrzymałym psychicznie. Wielu moich kolegów nie dawało rady, okazywali się być zbyt słabi. Sam czasami upadałem. Często zderzałem się ze śmiercią własnych kolegów. Ludzi, z którymi jeszcze chwilę wcześniej rozmawiałem. Każda taka śmierć pogłębiała moje wewnętrzne rany i sprawiała, że nigdy już nie byłem w stanie powrócić do tego, jakim byłem człowiekiem zanim wyjechałem na misję do Iraku. Wiele razy, patrząc na ciała współbraci zastanawiałem się: "A co gdybym to był ja?". Często nachodziły mnie refleksje nad życiem i jego wartością. Nie było czasu na żałobę i panikę, bo kolejnego dnia trzeba było znowu wyjść z bazy na patrol. Każda minuta wypełniona była strachem i świadomością, że w każdym momencie możemy zostać zaatakowani przez jednostki wroga. Wieczorami patrzyłem ukradkiem na moich starszych kolegów, którzy wpatrywali się w zdjęcia swoich żon i dzieci, głaskali je i całowali na dobranoc. Chwilę później zasypiali, zmęczeni minionym dniem, strachem i smutkiem spowodowanym wszechotaczającą nas wizją śmierci. Widziałem w Iraku biedę, zacofanie, ludzkie tragedie i niezliczone ilości niebezpiecznych sytuacji, które odbiły piętno na mojej psychice. Żyłem tak przez pół roku. Ponad 180 dni spędzonych w warunkach polowych, wysokich temperaturach, nieustannej kurzawie, dźwiękach wybuchów, strzałów, krzyków, a czasami i łkania moich kolegów.
Wróciłem do domu ze świadomością spełnienia, ale i wewnętrznego rozdarcia. Nie potrafiłem zrozumieć, jak człowiek - istota empatyczna i rozumna - potrafi uczynić piekło z życia innych ludzi. Obrazy bólu, których doświadczałem podczas misji, pojawiały się jeszcze przez długi czas po powrocie do kraju. Nie mogłem wyzbyć się wspomnień. Zrywałem się w nocy ze snu na każdy, nawet najcichszy dźwięk i gotów byłem do wykonywania rozkazów. Mijały dni, a ja nie potrafiłem powrócić do normalności. Nie udało mi się to już nigdy.
Kolejną misję odbyłem w wieku dwudziestu pięciu lat. Trwała dwanaście miesięcy. Nie miałem czasu zastanawiać się nad politycznymi aspektami konfliktu pomiędzy Ameryką a Irakiem, ponieważ z każdej otaczającej mnie strony natrafiałem na oznaki bólu, cierpienia i krzywd, jakich doznawali ludzie. Musiałem chronić najcenniejsze, co posiadaliśmy. Ludzkie życia. Każda minuta mojego pobytu tam poświęcona musiała być powierzonym mi zadaniom. Kraj był zniszczony działaniami wojennymi zarówno dosłownie, jak i w przenośni. Uszkodzone, wyniszczone budynki, przerwane, zbombardowane mosty. Rozbite szkła, fragmenty murów, ciężkie sprzęty wojskowe na ulicach. Przerażone spojrzenia ludzi, fruwające w górze rakiety i wystrzeliwane z nich pociski. Otaczająca mnie rzeczywistość była w opłakanym stanie.
Tęskniłem za rodziną. Brakowało mi mądrych rad ojca, ciepłego głosu mamy i poczucia humoru mojego brata. Przez cały czas trwania misji nie potrafiłem przyzwyczaić się do problemów z łącznością telefoniczną i internetową. Baza, do której należałem była tą, w której te problemy były dość spore. Bywały dni, że sytuacja normowała się i można było wykonać telefon lub wideorozmowę, ale nie było to zbyt często. Raz na kilka, kilkanaście dni. Zostawały listy, które nauczyłem się pisać w okamgnieniu, a te, przychodzące z domu pielęgnowałem niczym relikwie.