Zemsta wrednej kocicy. Dziwnobór. Tom 1 - Nadia Shireen

Reflow text when sidebars are open.
Podobnie jak wiele lisów Ted i Nancy mieszkali w Wielkim Mieście. Nancy była najodważniejszą i najśmielszą lisicą, jaką Ted znał. Nie pamiętał, jak to jest mieszkać z mamą lub tatą, za to Nancy zawsze była w pobliżu. Dbała o to, żeby nie zabrakło im jedzenia i mieli gdzie spać.
Oprócz opiekowania się Tedem Nancy lubiła się włóczyć z przyjaciółmi po okolicy. Znała każdą ulicę, każdy ciemny zaułek, każdy śmietnik i każdą kryjówkę. Nancy była twardzielką. Nie marnowała czasu na śmiech, wąchanie kwiatów lub czytanie komiksów. W ogóle nie potrzebowała tego wszystkiego.
Natomiast Ted był przesłodkim małym lisiątkiem. Lubił przebywać blisko nory ukrytej między kłującymi krzewami ostrokrzewu w zaułku wielkiego parku. Kochał tarzać się w trawie w promieniach słońca, węszyć między gałęziami i zlizywać lody w rożkach upuszczone na chodnik. Od czasu do czasu Nancy przybiegała do nory i przynosiła mu jakąś przekąskę.
Nancy uwielbiała kawę.
Czuła się po niej taka żwawa.
Chociaż czasami, gdy wypiła za dużo, trzęsła się i szczekała. Wtedy Ted siadał obok niej i głaskał, żeby ją uspokoić.
Tak. Ted i Nancy byli wspaniałym lisim rodzeństwem i mieli wszystko, czego potrzebowali. No, prawie wszystko. Niedawno Ted poczuł dziwnie bolesne ukłucie w klatce piersiowej. Czuł je, kiedy Nancy truchtała do wielkiego świata, zostawiając go samego w norze, i wtedy, kiedy rozmawiała z lisimi przyjaciółmi, Kubełkiem i Krzewunią. Odczuwał je, kiedy w parku widział śliczne małe ludziki trzymające za ręce swoich dużych ludzi. Czasami dopadało go w nocy, kiedy siedział na kamieniu, patrzył w bezkresne ciemne niebo i wzdychał głęboko.
Pewnego popołudnia Ted leżał skulony w norze. Wtedy usłyszał muzykę. Ktoś grał na gitarze. A później piskliwy głos zaczął śpiewać przyjazną piosenkę.
Witaj, przyjacielu!
O witaj, amigo!
Nigdy nie jestem sam,
kiedy mój przyjaciel
stoi u miasta bram.
Złapmy się za ręce,
z uśmiechem - ja i ty.
Śmiejmy się, śpiewajmy,
tańczmy i skaczmy.
Samotność - to nie my.
Ted wygramolił się z nory.
- To jest to! - zawołał. - Jestem samotny! Potrzebuję przyjaciół!
Spojrzał na konika polnego, który zaśpiewał tę piosenkę.
- Cześć. Czy będziesz moim przyjacielem, mały koniku polny? - zapytał. - Lubisz śpiewać, ja też lubię śpiewać. Mamy ze sobą wiele wspólnego!
- Spadaj - odrzekł konik polny, skacząc coraz dalej i dalej.
Ted opuścił ogon, ale po chwili zatarł łapki. Skoro już wiedział, czym było to bolesne uczucie w sercu, mógł coś z tym zrobić. To był idealny moment.
Chwilę później usłyszał dobiegający ze śmietnika hałas.
Dwa gołębie przycupnęły na krawędzi śmietnika. Dziobały okruszki chipsów, kawałki jabłka i nie wiadomo czego jeszcze.
- Cześć! - zawołał Ted. Już kiedyś widział te gołębie. Jeden z nich miał tylko jedną nogę, a drugi nosił okulary przeciwsłoneczne.
- Idź sobie - odparł jednonogi gołąb.
- Nazywam się Ted. Znam cię. - Mały lisek się nie poddawał.
Gołąb spojrzał na niego wyniośle.
- Nie wątpię - odpowiedział gołąb w okularach przeciwsłonecznych. - Twoja siostra odgryzła mu nogę.
Ted się zarumienił.
- Och... - bąknął. - Tak mi przykro.
- Czego chcesz, dzieciaku? - zapytał jednonogi gołąb.
- Cóż... - powiedział nieśmiało Ted. - Siedzicie sobie tutaj, chłopaki, a mnie brakuje towarzystwa w norze. Pomyślałem, że może... zostalibyście moimi przyjaciółmi?
Gołębie pokręciły głowami.
- Chyba żartujesz, koleś - wysapał jednonogi gołąb. - Chciałbym zachować drugą nogę, dzięki.
Gołębie podskoczyły i odfrunęły do innego śmietnika. Daleko, daleko.
- No cóż - mruknął Ted, głaszcząc się po głowie. - Przynajmniej próbowałem. To najważniejsze.
Już miał napisać o tym piosenkę, kiedy w cieniu na parkowej ławce dostrzegł przycupnięte dwie istoty. Miały wąsy! Miały ogony! Nos Teda drgnął ze strachu. Koty! Jeden z nich osuszał puszkę jakiegoś napoju, drugi lizał futro w miejscu, o którym lepiej nie wspominać. Od czasu do czasu koty przestawały robić to, co robiły, żeby złowrogo zamiauczeć.
Ted jęknął i postanowił dyskretnie się oddalić. Uniósł łapę i powoli ją postawił... Uniósł drugą łapę i powoli ją postawił... Uniósł kolejną łapę i...
Ted niechcący wpadł na Sharon: wronę imprezowiczkę.
- Ćśśś - uciszał ją.
- Imprezaaa! Zaczynamy! - wrzasnęła Sharon, po czym głośno zatrąbiła w wuwuzelę.
Koty podskoczyły i spojrzały na Teda przerażającymi żółtymi ślepiami.
- Ssssss - zasyczały.
- Wrrr - zawarczał Ted.
Pobiegł do nory tak szybko, jak tylko niosły go jego małe, porośnięte futrem łapki.
Nancy siedziała w środku z Kubełkiem i Krzewunią. Robili głupie miny i pstrykali zdjęcia telefonami.
Ted zanurkował do nory z oczami wytrzeszczonymi ze strachu. Ciężko dyszał.
- Co się dzieje? - zapytała Nancy.
Jej brat pokazał za siebie, skomląc i podskakując w miejscu.
Nancy przytrzymała Teda za uszy i go pogłaskała, żeby się uspokoił.
- Ko-ko-koty - wykrztusił wreszcie.
- Czy to była ONA? - zapytała ostrym tonem Nancy.
Ted pokręcił głową.
- W takim razie nie masz co panikować. Inne koty nic ci nie zrobią.
Ted westchnął i, powłócząc nogami, poszedł do swojej części nory.
Nancy spojrzała na Kubełka i Krzewunię, przewracając oczami. Powinna poważnie porozmawiać z Tedem.
- Spotkamy się później, dobrze? - zwróciła się do przyjaciół.
- Jasne, Nancy - odpowiedział Kubełek.
Nancy usiadła obok Teda, który zwinął się w kącie i przytulił do starego kapcia z narysowaną na nim uśmiechniętą buzią. Miał go od czasu, kiedy był malutkim lisiątkiem.
- Kiedy wrócą Mama i Tata? - zapytał Ted.
Nancy westchnęła.
- Nie wiem, Ted - odpowiedziała. - Nie powiedzieli.
- Ale wrócą, prawda? Chciałbym wiedzieć, jak wyglądają.
Nancy milczała. Patrzyła przed siebie, podczas gdy Ted wsłuchiwał się w uderzenia kropli deszczu i szum samochodów sunących ulicami.
Po chwili Ted znów się odezwał:
- Dlaczego koty tak bardzo nas nienawidzą?
Nancy owinęła puchaty ogon wokół brata.
- Nie wszystkie nas nienawidzą - odpowiedziała. - Tylko niektóre. Wiesz, dlaczego tak jest.
- To przez tę okropną kocicę? - zapytał Ted.
- Tak - odparła Nancy. - To przez tę naprawdę okropną kocicę.
Dalsza część w wersji pełnej