Zemsta na lokacie - Iwona Banach

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Zdra­dza mnie! By­dlak mnie zdra­dza! - po­wie­działa z roz­pa­czą w gło­sie Alina, wcho­dząc do ka­wiarni i sia­da­jąc przy sto­liku, przy któ­rym były już jej trzy ko­le­żanki. - Zdra­dza jak nic! - do­dała, ła­go­dząc tym swoją wy­po­wiedź, bo gdyby tego nie do­dała, to wy­da­wa­łoby się, że jest pewna tego, co mówi, a te­raz tak jakby jed­nak pew­no­ści w niej było mniej.

Bo Alina lu­biła prze­sa­dzać pod tym aku­rat wzglę­dem i ro­biła to czę­sto. To zna­czy nie cho­dzi o prze­sadę, ale o za­wia­da­mia­nie ko­le­ża­nek o ko­lej­nych zdra­dach fa­ceta. To zna­czy za­zwy­czaj za­cho­wy­wała się roz­sąd­nie, je­dy­nie w spra­wach zdrad coś jej od­wa­lało, i to czę­sto. I nie było pewne, czy jest to zdrowa re­ak­cja na nie­zdrową sy­tu­ację, czy ona ma po pro­stu pa­ra­noję.

Dziew­czyny sie­działy z nieco znu­dzo­nymi mi­nami nad nieco na­po­czę­tymi drin­kami w nieco mar­nej at­mos­fe­rze. Wszystko było nieco i to je tak ja­koś mar­twiło. Ma­razm je ogar­niał.

Niby lato, niby cie­pło, a tu ja­koś tak nic się ostat­nio zu­peł­nie nie działo.

W cza­sach Fa­ce­bo­oka, po któ­rym stru­mień wia­do­mo­ści prze­lewa się jak rwąca rzeka (cza­sami fe­ka­liów i wy­zwisk), zwy­czajne ży­cie, na­wet to uroz­ma­icone, wy­daje się nudne, le­niwe i nie­peł­no­war­to­ściowe.

Czuły, że je­żeli na stole nie stoi coś, co da się wrzu­cić na In­sta (niechby na­wet było obrzy­dliwe), a obok nie sie­dzi ktoś, kim do­brze jest się po­chwa­lić, to nudą aż wieje.

Lu­biły się, na­wet chyba po przy­ja­ciel­sku ko­chały, ale żadna z nich nie była ikoną mody, in­flu­en­cerką ani spe­cja­listką od łza­wych cy­ta­tów.

Spo­ty­kały się nie po to, żeby się tym chwa­lić, ro­biły to po to, żeby so­bie po­ma­gać. Po swo­jemu, ostrym sło­wem, pię­ścią w stół albo so­lid­nym ko­pem w dupę.

U nich to dzia­łało.

* * *

Ma­niutka (co było zdrob­nie­niem od Mańki) na­lała so­bie piwa, wzmoc­niła go wódką i włą­czyła YouTube. Jej dwie ulu­bione pio­senki to były Czarna Mańka i Ruda Mańka. Czarną Mańkę znali "Na Czer­nia­kow­skiej, Gór­nej, na Woli", a rudą chło­pak tak ko­chał, że aż ją za­tłukł. Wes­tchnęła. Ona nie była ani czarna, ani ruda, była mniej wię­cej bura. I tak się też czuła, wiel­kiej mi­ło­ści rów­nież nie za­znała, co zwa­żyw­szy na tekst pio­senki, chyba ura­to­wało jej ży­cie.

Ale miała przy­ja­ciół.

- No to jak, chło­paki, po kie­lonku? - Pod­nio­sła szklankę do ekranu kom­pu­tera i wir­tu­al­nie stuk­nęła się ze swo­imi to­wa­rzy­szami.

Wszy­scy wy­ko­nali po­dobny gest.

- O ja pier­dolę, znowu?! - jęk­nął Jó­zek, który oczy­wi­ście za­lał so­bie lap­top. Ro­bił to już wie­lo­krot­nie, więc jego sprzęt za­bez­pie­czony był fo­lią, ale i tak mu­siał szybko le­cieć po ścierkę do kuchni, co zmu­siło go do wsta­nia sprzed lap­topa i biegu.

Jak zwy­kle od pasa w dół był nagi, jego blade pół­dupki na chwilę za­sło­niły inne wi­doki, ale nie na długo, wró­cił, za­sła­nia­jąc ścierką przy­ro­dze­nie, ale to ich ja­koś nie szo­ko­wało. Pewne rze­czy mogą się opa­trzeć, je­śli zda­rzają się zbyt czę­sto, a Jó­zek miał na­prawdę pa­skud­nie roz­trzę­sione ręce.

Pili w kil­koro, i to co­dzien­nie.

Ma­niutka lu­biła to to­wa­rzy­stwo i prak­tycz­nie ostat­nio rzadko wy­cho­dziła z domu.

Czas spę­dzony na pi­ciu i "roz­k­mi­nach" nie był cza­sem stra­co­nym.

W każ­dym ra­zie nie dla niej.

A roz­ma­wiali o wszyst­kim. Choć naj­bar­dziej ostat­nio o in­te­li­gen­cji. Tej sztucz­nej, ta zwy­kła nie in­te­re­so­wała ich zu­peł­nie.

- One te coś tam książki będą pi­sać i coś tam ro­bić, i w ogóle - wy­ja­śniła za­afe­ro­wana Ma­niutka - ale mnie to w su­mie nie ru­sza, niech se pi­szą. Mnie to rybka, go­rzej, że śle­dzą. Nor­mal­nie po­waż­nie i was też.

Lu­dzie skłonni do pa­ra­noi wszę­dzie wi­dzą za­gro­że­nie, oni nie byli skłonni do pa­ra­noi, oni w niej sie­dzieli po czubki uszu.

A na­wet się nią de­lek­to­wali.

Te­raz na ta­pe­cie była in­te­li­gen­cja, ale prze­ro­bili już ko­smi­tów, szcze­pionki, 5G i wiele in­nych teo­rii, któ­rych spi­sko­wymi nie na­zy­wali, bo dla nich nimi nie były.

A że dość dużo pili, to wszystko im się mie­szało, to­też ko­smici za­szcze­pili Billa Ga­tesa na pła­ską zie­mię, 5G roz­no­siło che­mi­tra­ilsy, a rep­ti­lia­nie na­le­żeli do ro­dziny kró­lew­skiej i ży­wili się nie­mow­la­kami w ka­pu­ście.

Ta­kie po­my­sły ubar­wiają ży­cie wy­znaw­com, ale jesz­cze bar­dziej są­sia­dom. Zda­rzało się, że ten i ów bu­dził wszyst­kich nocą wrza­skiem, ogła­sza­jąc ewa­ku­ację, bo w domu po­ja­wili się strep­to­ko­smici oraz me­nin­go­ko­kia­nie i za­mie­rzają prze­jąć wła­dzę nad świa­tem.

To nie był ja­kiś wielki pro­blem, wielu lu­dzi w nich wie­rzy, a prym wiodą Ame­ry­ka­nie, ale przy spo­rym spo­ży­ciu pro­cen­tów, nie­do­bo­rze kon­tak­tów po­za­in­ter­ne­to­wych i po­dat­no­ści na lęki ro­biło róż­nicę.

Jó­zek za­czął się bać kra­nów, bo miały oczy, Ste­fan na­żarł się su­ple­men­tów i po­dobno rzy­gał tę­czą, po­dobno, bo ka­merka tego nie ob­jęła, a Ma­niutka za­częła się bać Pe­ga­susa, in­te­li­gen­cji i ko­men­danta po­li­cji, bo w piw­nicy miała cał­kiem sporą ho­dowlę pię­cio­pal­cza­stej pie­truszki pa­ra­gwaj­skiej. Prze­stra­szy­łaby się jesz­cze bar­dziej, gdyby wie­działa, że kilka dni wcze­śniej sio­stra so­bie jej tro­chę na­rwała i po­sta­no­wiła po­dać w for­mie pie­trusz­ko­wego pe­sto do ma­ka­ronu.

- Chlu­śniem, bo uśniem, chlup­niem, bo dup­niem - za­pro­po­no­wała Ma­niutka, co spodo­bało się jej zna­jo­mym. Wznie­śli szkla­nice.

Jó­zek znów za­lał lap­top.

Wi­dok jego bla­dych pół­dup­ków znie­sma­czył Ma­niutkę.

- Weź dupę ob­lecz, ob­le­chu!

Wzru­szył pół­dup­kami.

- Co chwila to po­wta­rzam, chuju je­den - wark­nęła, bo była tu nie­for­malną sze­fową. - Jak to, kurwa, wy­gląda?! - Miała wy­gło­sić coś wię­cej na ten te­mat, ale jej prze­rwali.

- Z tym śle­dze­niem to jakby jest coś na rze­czy, ostat­nio to szu­ka­łem czar­nych skar­pet, bo mi się dziury po­ro­biły, to mi się re­klamy tru­mien wy­świe­tlać za­częły. Oni coś wie­dzą. - Je­den z ko­le­gów miał na ten te­mat po­dobne zda­nie. - A jak do matki dzwo­ni­łem, żeby mi obiad przy­nio­sła, to za­raz re­klama ta­ble­tek na zgagę się po­ja­wiła. I to w te­le­wi­zorni! No. Na­wet oni tam wie­dzą, że matka go­to­wać nie umie.

- Bo, one te in­te­li­gen­cje, mają ja­kieś ta­kie... wie­dzące są albo wi­dzące czy jak? Trzeba by się za­bez­pie­czać, ale są­siadka to mó­wiła, że fo­lię do pie­cze­nia wy­ku­pili.

- No bo to fo­lia­rze są.

- No wła­śnie, ja to mia­łam tak: sio­stra przy­szła i mówi, że mam syf, no mam, ale to mój syf, oso­bi­sty, więc ja jej, żeby sama sprząt­nęła, a tu ciach... Pa­trzę, a ona ma mio­tłę w ręku. I ta­kie gówno w sprayu. Skąd wie­działa, co po­wiem?

- Mó­wię wam, ta in­te­li­gen­cja nas za­bije. Ta sztuczna, ona jest na usłu­gach! - oświad­czył Jó­zek. - I wie­cie co? Zba­dali, że te pik­slo­wane lu­dzie, co ich po­ka­zują w fil­mi­kach, to one prze­stępcy są.

- No mó­wili. Ame­ry­ka­nie od­kryli, że jak ktoś ma spik­slo­wany pysk albo czarny pa­sek na oczach, to bar­dziej po­datny na prze­stęp­stwo jest.

Zde­cy­do­wa­nie mieli ra­cję.

Nie­któ­rych oczy­wi­sto­ści nie da się unik­nąć, a za­uwa­żyć je trudno.

Byli grupą in­ter­ne­to­wych przy­ja­ciół o bar­dzo po­dob­nych za­pa­try­wa­niach. Wie­rzyli w teo­rie na te­mat spi­sków, które spi­skowe nie były, więc oni nie byli fo­lia­rzami.

* * *

Bab­skie spo­tka­nia te­ra­peu­tyczne za­wsze od­by­wały się w tym sa­mym miej­scu i za­wsze koń­czyły się bó­lem głowy, z tym że rzadko Alina przy­cho­dziła aż taka za­ła­mana.

To za­po­wia­dało, że spo­tka­nie bę­dzie dłuż­sze, ból głowy więk­szy, a pod­jęte de­cy­zje i bab­skie, a wła­ści­wie przy­ja­ciel­skie, zo­bo­wią­za­nia sza­lone.

- No to wó­deczka - za­de­cy­do­wała Ka­rina - to zna­czy drink. Do­brze ci zrobi! My już so­bie za­po­da­ły­śmy. - Wska­zała swoją szklankę.

Ta nie­winna pro­po­zy­cja nie spo­tkała się z apro­batą.

- Gówno zrobi jej do­brze! Fa­cet ją zdra­dza! Zdra­dza, ro­zu­miesz? - za­pro­te­sto­wała Zoe. Ofi­cjal­nie Zo­fia, ale nie­na­wi­dziła tego imie­nia, bo uwa­żała, że ją po­sta­rza, więc wszę­dzie poza urzę­dami funk­cjo­no­wała jako Zoe. W szkole, gdzie uczyła, mó­wiono na nią pani Zło.

Zoe była już lekko pod­chmie­lona.

- Je­steś pewna? - za­py­tała Ża­neta roz­sąd­nie.

Alina mie­wała na­pady za­zdro­ści, to zna­czy albo za­zdro­ści, albo zdro­wego re­ali­zmu, ale ni­gdy nie była ni­czego pewna. Ona i jej part­ner szli przez ży­cie w dość skom­pli­ko­wa­nym tańcu, po­le­ga­ją­cym na cią­głym sza­leń­stwie po­dej­rzeń i nie­do­mó­wień.

- No więc nie - od­parła Alina ze smutną miną. - Nie wiem, co ro­bić. Prze­cież nie będę go śle­dzić! To by było ża­ło­sne.

Wszyst­kie się z tym zgo­dziły. Były pew­nymi sie­bie, do­ro­słymi ko­bie­tami, które nie ucie­kały się do ta­kich me­tod, co nie zmie­niało faktu, że chciały po­móc, a im wię­cej piły, tym bar­dziej rwały się do po­mocy.

Alina wła­ści­wie to na­wet to śle­dze­nie brała pod uwagę, li­czyła, że ko­le­żanki, sły­sząc, że nie chce go śle­dzić, same ją do tego za­chęcą, ale nic z tego. Tego dnia były ja­kieś zde­cy­do­wa­nie zbyt roz­sądne. Śle­dze­nie fa­ceta wy­glą­dało na cał­kiem za­bawne, w każ­dym ra­zie w książ­kach i fil­mach, ale do tego trzeba było po­moc­ni­ków, ja­kiejś wie­dzy kom­pu­te­ro­wej, no pew­nych umie­jęt­no­ści, któ­rych jej sa­mej bra­ko­wało.

Mo­gła wy­na­jąć de­tek­tywa, ale jesz­cze się wa­hała. To był spory koszt i nie była pewna, czy tego wła­śnie pra­gnie. No i wa­hała się: szu­kać ta­kiego, który do­star­czy do­wodu zdrady, czy może ta­kiego, który ustali stan fak­tyczny, co nie za­wsze jest tym sa­mym, dla­tego li­czyła na ko­le­żanki, nie na to, że będą śle­dzić jej part­nera. Niby ofi­cjal­nie ich nie znał, ale mógł je z nią ko­ja­rzyć.

- Po­proś wszech­świat, żeby się tym za­jął - wy­beł­ko­tała Zoe. - Wiesz, moc wszech­świata po­trafi zdzia­łać cuda! Pró­bo­wa­łam z mar­chew­kami i na­prawdę mi wy­ro­sły - do­dała za­chę­ca­jąco.

Wiek to tylko cy­fra, oświad­cza nam na każ­dym kroku fa­ce­bo­okowy spi­ry­tu­alizm i każdy to ro­zu­mie, można mieć ciało sta­ruszka, a czuć się na lat trzy­dzie­ści, można też mieć lat trzy­dzie­ści, a du­szę zle­ża­łej mu­mii, to działa w obie strony.

Można też mieć du­szę sta­ruszki, a ciało szes­na­sto­latki (w piw­nicy), ale to rzad­kość.

Zoe była tym dru­gim z przy­pad­ków, miała lat trzy­dzie­ści, ale za­cho­wy­wała się jak sta­ruszka.

Żeby mo­gła zo­stać zle­żałą mu­mią, bra­ko­wało tylko smrodu.

Nie­stety jako na­uczy­cielka Zoe mu­siała się myć, ale nie na­le­żała do osób prze­sad­nie mło­dych du­chem, a do tego wszyst­kiego była skraj­nie po­rządna i roz­sądna. Roz­sąd­kiem aż strzy­kała do­okoła, choć ostat­nio od­ro­bię skrę­ciła w New Age.

Alina, mimo pew­nych oznak wpływu al­ko­holu, pa­trzyła na siłę wszech­świata re­ali­stycz­nie, a na­wet bar­dzo re­ali­stycz­nie. Na mar­chewki też.

- I co mi ten wszech­świat od­po­wie? Je­stem dla niego jak ja­kaś je­bana bak­te­ria! Tylko mnie wy­śmieje! Czarna dziura, po­wie, wła­śnie mi we­ssała sześć pla­net, a ta mi tu z ja­ki­miś zdra­dami wy­ska­kuje! Niech spada!

- No to co? Ole­jesz? - za­py­tała ze zgrozą Ka­rina, bo zdrad ole­wać nie na­leży.

- No nie wiem - wes­tchnęła Alina - bo ja go ko­cham! Ko­cham, ro­zu­mie­cie?! Zu­peł­nie się po­gu­bi­łam, może to tylko moja pa­ra­noja? A może jed­nak nie mam pa­ra­noi, a jest ja­kaś "ona"? I co ja mam zro­bić?

- A ja wiem. - Ża­neta się ro­ze­śmiała. - Zo­staw go! - za­wo­łała nieco zbyt we­so­łym gło­sem. To było dla wszyst­kich jak po­li­czek albo ude­rze­nie pię­ścią w stół. Ow­szem, chło­pów się rzuca, ale naj­pierw im się udo­wad­nia, że to była ich wina, a nie tak o: bez awan­tury i bez sensu. Mu­szą wie­dzieć, za co, jak i dla­czego, bo jesz­cze po­my­ślą, że wy­grali!

- No po­wa­liło cię? Prze­cież to może być tylko, no wiesz... Mój wy­mysł. Wie­cie, jaka je­stem! I tak o: mam go rzu­cić? - Alina była za­szo­ko­wana po­my­słem. Dziew­czyny wie­działy, jaka jest, to prawda, śred­nio raz w mie­siącu chło­pak ją zdra­dzał, ale ni­gdy ja­koś nie do­szły do pew­no­ści, że robi to na­prawdę, a nie tylko w cze­lu­ściach buj­nej wy­obraźni Aliny.

- Gdzie rzu­cić! Jak rzu­cić? Mó­wi­łam, że­byś go zo­sta­wiła. Nie na za­wsze, na kilka dni! - od­parła Ża­neta.

- Nie jadę do żad­nego ba­bel­skiego SPA! Mowy nie ma. Po ostat­nim na­szym wy­jeź­dzie nie mo­głam dojść do sie­bie przez mie­siąc, ta­kiej aler­gii do­sta­łam na te ich spe­cy­fiki. Je­stem de­li­katna! I w ogóle SPA to nuda! Tam nie ma nic poza ma­zi­dłami!

Bab­skie wy­pady ra­tun­kowe, w in­ten­cji tej czy in­nej z przy­ja­ció­łek i tego czy in­nego pro­blemu, zda­rzały im się czę­sto. Kiedy Ża­neta po­kłó­ciła się z matką o "ze­gar tyka, a ja nie mam wnuka", wy­je­chały w Biesz­czady. Były tam żmije i ko­mary. Prze­żyły tam coś, co po la­tach może na­zwą przy­go­dami, ale jesz­cze było na to zbyt wcze­śnie, w tej chwili na­dal ja­wiło im się to kosz­ma­rem.

Wy­jazd do Tur­cji w in­ten­cji wy­pa­le­nia za­wo­do­wego Zoe skoń­czył się po­pa­rze­niami sło­necz­nymi, głu­pimi zdję­ciami i jesz­cze głup­szymi zna­jo­mo­ściami, które wciąż się za nimi cią­gnęły. Dla­tego Alina bro­niła się przed tą opcją.

- To nie bę­dzie żadne SPA! To ośro­dek od­nowy du­cho­wej. Zero stresu, zero głu­pich zna­jo­mo­ści, ma­zi­deł, nic z tych kli­ma­tów, na­wet nie bę­dziemy się opa­lać. W każ­dym ra­zie w sen­sie sło­necz­nym.

- Nie chcę się du­chowo opa­lać, tfu, od­na­wiać!

- Daj spo­kój! Oczy­wi­ście, że chcesz! To ten nowy ośro­dek dla cza­row­nic! Nie cza­isz? Prze­cież to hit! Wielka no­wość. Ba­jer! Cud nad cu­dami!

- Hello. Nie je­ste­śmy cza­row­ni­cami - mruk­nęła Alina. Była oczy­wi­ście za­cie­ka­wiona. Nie mo­gła nie być. To brzmiało świet­nie i bar­dzo, ale to bar­dzo nada­wało się na Fa­ce­bo­oka.

- Je­ste­śmy, prze­stań, po­patrz na ży­cie z punktu wi­dze­nia wy­zwań du­cho­wych. Mam cztery miej­sca, ku­zynka taka jakby to za­ło­żyła w Zło­rze­czu - ku­siła Ża­neta.

- W Zło­rze­czu? Tym Zło­rze­czu? - za­cie­ka­wiły się wszyst­kie trzy. Bo też i było czym się za­cie­ka­wić.

* * *

Po­czą­tek ka­ta­strofy za­czął się od pie­trusz­ko­wego pe­sto.

Sio­stra Ma­niutki po­de­brała so­bie pę­czek, bo ta pię­cio­pal­cza­sta pa­ra­gwaj­ska wy­glą­dała ład­nie i pach­niała tak ja­koś jak ko­len­dra. Im­preza była z oka­zji uro­dzin córki są­siadki. I na tę im­prezę sio­stra Ma­niutki obie­cała przy­nieść swoje po­pi­sowe da­nie.

I ow­szem. Przy­nio­sła.

I było po­pi­sowe.

Na­wet bar­dzo.

* * *

Zło­rze­cze było do­tąd zwy­kłym mia­stecz­kiem, tak zwy­kłym, że aż oczy bo­lały, lu­dzie bali się przy­zna­wać, że są stąd, czyli zni­kąd, a je­żeli ktoś tędy prze­jeż­dżał, to na­wet nie za­uwa­żał, że po dro­dze z ja­kie­goś kon­kret­nego A do nie mniej istot­nego B było ja­kieś mia­steczko, choć miało wszystko. Ap­tekę, bi­blio­tekę, ko­ściół, przy­chod­nię i kilka ty­sięcy miesz­kań­ców. Nie­stety, nie miało cha­ry­zmy. Zwy­kłe sku­pi­sko do­mów, i tyle.

Ni­gdy tu nie było też prze­stęp­czo­ści od­po­wied­nio zor­ga­ni­zo­wa­nej, ale to nie była wina prze­stęp­ców. Nie można na­pa­dać na banki tam, gdzie nie ma ani jed­nego banku, na­wet banku spermy, nie można na­pa­dać na ju­bi­lera tam, gdzie nie ma swo­jego sklepu ża­den ju­bi­ler, a kasy skle­powe świecą mniej wię­cej pust­kami, bo sklepy może i są, ale nikt w nich nie ku­puje.

Wszy­scy jeż­dżą do nie­zbyt od­le­głego Rawca, gdzie wszystko jest: i sklepy, i banki, i oczy­wi­ście na­pady.

Nie to, żeby Zło­rze­cze bar­dzo za na­pa­dami tę­sk­niło, ale sława to jed­nak sława. Kiedy w Rawcu ktoś wy­sa­dził w po­wie­trze kan­tor, jesz­cze w la­tach dzie­więć­dzie­sią­tych, to na­wet te­le­wi­zja przy­je­chała, a kiedy dawno temu w nie­od­le­głym Lwo­wi­nie ktoś wy­be­be­szył bank, na­prawdę do zera, to nie tylko te­le­wi­zja, ale i an­ty­ter­ro­ry­ści przy­je­chali.

Dla­tego Zło­rze­cze czuło się nie­do­ce­nione. Na­wet żad­nych ro­man­tycz­nych ruin tu nie mieli. Mieli tylko spo­kój.

Lu­dzie mó­wili, że spo­kój to cenna rzecz, otóż nie, nie w dzi­siej­szych cza­sach i wcale nie cho­dzi o nudę, choć jej się nie da spie­nię­żyć, ale o chaos, który przy­nosi sza­lone do­chody.

Aż pew­nego dnia wy­bu­chła bomba. Nie, nie zro­biło się od tego wię­cej ruin, to była bomba zu­peł­nie in­nego ro­dzaju.

A przy­naj­mniej taka była ofi­cjalna wer­sja.

Po­dobno dy­rek­torka ar­chi­wum urzędu mia­sta czy ja­koś tak, w każ­dym ra­zie urzęd­niczka, od­na­la­zła ja­kąś starą księgę, a w niej za­pis. Niby nic, ale był in­try­gu­jący. Po­szła z tym do szefa. Onie­miał.

- Że co?! - za­wo­łał bur­mistrz. - Po­waż­nie?

- Ale to dziwne! - za­wo­łała za­stępca bur­mi­strza.

- Nie­moż­liwe - po­wie­działy wszyst­kie trzy se­kre­tarki.

Już na­stęp­nego dnia wie­działo całe mia­sto.

Otóż Zło­rze­cze zo­stało prze­klęte. W sie­dem­na­stym wieku.

To zro­biło wra­że­nie na wszyst­kich. Dawno, fakt, to był rok 1654, ale zo­stało prze­klęte do ostat­niego miesz­kańca, przez wszyst­kie po­ko­le­nia. Na za­wsze. Na wszel­kie świę­to­ści i dzie­wię­cio­gło­wego władcę de­mo­nów, gdyż tego wła­śnie roku na rynku miej­skim spa­lono na sto­sie ostat­nią tu­tej­szą cza­row­nicę.

Nie wia­domo, czy nie je­dyną i czy w ogóle, bo z cza­row­ni­cami róż­nie bywa, ale jed­nak spa­lono.

O ile do­tąd dzia­ła­nie klą­twy nie było ani wi­doczne, ani znane, o tyle te­raz na­tych­miast za­dzia­łała.

Tak to już bywa z klą­twami. Bar­dzo ła­two do­cze­piają się do ludz­kiej głu­poty i ko­rzy­stają z prze­są­dów, tyle że w Zło­rze­czu wcale nie cho­dziło ani o głu­potę, ani o prze­sądy. Miesz­kali tu lu­dzie zde­cy­do­wa­nie przed­się­bior­czy.

Trudno nie wy­ko­rzy­stać każ­dej nada­rza­ją­cej się oka­zji do zdo­by­cia świata albo choć kilku gro­szy, kiedy oka­zja sama pcha się w ręce.

Ow­szem, klą­twa jest czymś uciąż­li­wym (o ile się ja­koś ob­ja­wia), ale też ku­szą­cym (na­wet je­żeli nie ist­nieje).

Współ­cze­śnie lu­dzie na­prawdę żą­dają in­te­re­su­ją­cych wy­zwań, bun­gee już nie wy­star­cza.

No i bun­gee to jed­nak nie dla każ­dego. Taka pani Mar­ki­szowa na przy­kład ze swoją tu­szą i bra­kiem od­po­wied­nich mo­stów nie mo­gła li­czyć na za­bawę, a prze­cież jej się też coś od ży­cia na­le­żało.

Bi­li­ru­bi­nek, tu­tej­szy pi­jak, też stwier­dził, że nie, on woli rzy­gać pod mo­stem, a nie z mo­stu, i to do tego pro­sto. Zresztą i tak wszy­scy uwa­żali, że ma żół­taczkę, więc się go bali. Był żółty, stąd prze­zwi­sko, któ­rego nie ro­zu­miał. Uwa­żał się za Billy'ego Ru­binka.

No ale prze­cież nie o miesz­kań­ców tu cho­dziło.

Cho­dziło o naj­więk­sze zło tego świata.

Pie­nią­dze. I tu­ry­stów.

To zna­czy dwa naj­więk­sze zła tego świata.

Tu­ry­ści zresztą na bun­gee do Zło­rze­cza by nie przy­je­chali, a na klą­twę jak naj­bar­dziej.

Tak więc klą­twa bar­dzo wszyst­kim się spodo­bała, bo dała im moż­li­wość tro­chę z tego zła sko­rzy­stać.

Nie oszu­kujmy się, mało kto jest do­bry tak na­prawdę z prze­ko­na­nia, więk­szość to lu­dzie, któ­rzy nie są źli tylko dla­tego, że to nie wy­pada, źle wy­gląda w CV albo jest ka­ralne.

Te­raz ta klą­twa, klą­twu­nia, klą­tewka rzu­ciła się wszyst­kim na mó­zgi i za­częła ku­sić pięk­nymi per­spek­ty­wami, bo...

Mia­steczko, zwłasz­cza ni­ja­kie i nie­duże, które po­siada klą­twę i spa­liło na sto­sie ja­kąś cza­row­nicę, może na­wet nie cał­kiem winną (zresztą tak jak wtedy, tak i te­raz ni­kogo to na­prawdę nie ob­cho­dziło), to miej­sce, które bar­dzo szybko się roz­wi­nie. Naj­pierw ru­szy na nie tłum dzien­ni­ka­rzy, bo taka gratka to na­prawdę coś kli­kal­nego, po dzien­ni­ka­rzach ru­szą tu­ry­ści, a po tu­ry­stach dzia­ła­cze od każ­dej moż­li­wej dzie­dziny. Ci, któ­rzy ra­tują lasy (nie wolno ści­nać drzew na stosy), ci, któ­rzy ra­tują ko­biety (cza­row­nica była ko­bietą), ci, któ­rzy ra­tują męż­czyzn (klą­twa do­ty­czy też ich), ci, któ­rzy ra­tują zwie­rzęta, bo cza­row­nice mie­wają koty... Or­ga­ni­za­cje prze­ciw prze­są­dom, bo cza­row­nice mają prze­waż­nie czarne koty, oraz każda inna or­ga­ni­za­cja, któ­rej się uda wpa­so­wać w sta­tut coś o ko­tach i cza­row­ni­cach. Ewen­tu­al­nie o wę­glu drzew­nym i pod­pałce do grilla, w końcu to też pa­suje.

No i gdzie oni się po­miesz­czą? Gdzie za­kwa­te­rują? Prze­śpią? Gdzie?

Gdzie będą cho­dzić na piwo?

Gdzie i co zje­dzą?

A prze­cież w tej chwili mó­wimy tylko o przy­ziem­nej stro­nie tej klą­twy, a ist­nieje jesz­cze ta druga. Du­chowa, nie mniej in­te­re­su­jąca fi­nan­sowo.

Wszel­kie za­re­je­stro­wane lub nie or­ga­ni­za­cje cza­row­ni­cze, wiedź­miar­skie i wróż­kar­sko-wróż­biar­skie też ze­chcą tu przy­je­chać.

A tu wszyst­kiego brak!

Ani jed­nego ho­telu, ani pół pen­sjo­natu, żad­nych po­koi go­ścin­nych, mo­teli, nic! Nic, bo ni­gdy ni­komu nie było to po­trzebne, a tu­ry­ści są wy­ma­ga­jący.

W ciągu dwóch ty­go­dni trzy sklepy bu­dow­lane w oko­licz­nych mia­stach zo­stały cał­ko­wi­cie opróż­nione, a prze­cież w ta­kich miej­scach ku­po­wali tylko klienci in­dy­wi­du­alni.

Mia­steczko osza­lało od stu­kotu młot­ków i mia­ro­wego, wręcz me­tro­no­micz­nego bu­cze­nia be­to­nia­rek.

Pro­du­cenci ko­tów (bo trudno na­zwać ich ho­dow­cami) przy­wieźli do mia­sta kilka co pięk­niej­szych mio­tów i sprze­dali wszystko na pniu, a miej­scowa mo­dystka pod­dała pod roz­wagę urzęd­ni­ków ro­dzaj ka­pe­lu­sza pa­su­jący do mia­stecz­ko­wej cza­row­nicy, która prze­cież nie mo­gła no­sić ka­pe­lu­sza z fil­mów Di­sneya.

Oka­zało się, że nie tylko mo­gła, a na­wet po­winna, bo w końcu nasi to nasi, a tu­ry­stów z za­gra­nicy też bę­dzie się go­ścić, nie mó­wiąc już, że sło­wiań­skie cza­row­nice ra­czej worki po ziem­nia­kach no­siły na gło­wach niż ka­pe­lu­sze.

Wszystko po­szło na ży­wioł.

Po­wstało kilka osad prze­miany, czyli miejsc dla spra­gnio­nych du­cho­wo­ści bo­ga­tych ko­biet, które za zupę z po­krzyw od­da­dzą wszystko, a po sa­łatce z le­biody do­staną eks­tazy or­ga­zmicz­nej.

Po­wstały też ośrodki od­nowy du­cho­wej, które za­kła­dały, że zja­wia­jące się tam osoby ja­kąś du­cho­wość miały, a te­raz za­mie­rzały ją od­no­wić.

Były skromne, ru­sty­kalne, zbu­do­wane w spo­sób nieco slum­so­waty, ale cie­szyły się ogromną po­pu­lar­no­ścią, choć wcale nie były ta­nie i wy­ko­rzy­sty­wały go­ści jako ta­nią siłę ro­bo­czą.

A to też nie wszystko.

Po­wstały re­stau­ra­cje, ka­wiar­nie, bary, puby i wszystko to te­raz miało coś wspól­nego z cza­row­ni­cami.

Po­wstała na­wet pi­jal­nia wody grun­to­wej, ale szybko ją za­mknięto, choć była wręcz ob­le­gana, bo kilka osób się tro­chę za­truło ście­ka­ją­cymi do niej z desz­czem po­płu­czy­nami po na­wo­zach sztucz­nych.

Klą­twa miała wy­raź­nie wy­miar fi­nan­sowy, bo w ciągu bar­dzo krót­kiego czasu mia­steczko za­częło or­ga­ni­zo­wać sa­baty, ofi­cjalne, nie­ofi­cjalne, a na­wet ta­neczne.

Nie­które wy­glą­dały jak sta­ro­dawne dan­singi, ale i tak cie­szyły się po­pu­lar­no­ścią.

Po­dobno zo­stał już od­pra­wiony też nagi sa­bat, ale to mo­gły być tylko plotki, praw­dziwy nagi sa­bat do­piero szy­ko­wano.

Ta­blo­idy pu­ściły w świat wia­do­mość o klą­twie, sa­ba­tach i pod­lały to opo­wie­ściami o sto­sach oraz cier­pie­niu cza­row­nic. Kla­wia­tury roz­grze­wały się do czer­wo­no­ści od za­chwy­tów i hejtu, a mia­steczko wresz­cie za­czy­nało być znane. Na­gle każdy chciał tu przy­je­chać.

Od za­fa­scy­no­wa­nych dzie­cia­ków, szcze­gól­nie dziew­czy­nek, po star­sze pa­nie, szcze­gól­nie te­ściowe. Wia­domo - cią­gnie swój do swego.

Dziew­czynki ce­lo­wały w cza­ro­dziejki, te­ściowe w wiedźmy.

I tak cza­row­nice opa­no­wały mia­sto.

Oczy­wi­ście byli i lu­dzie, któ­rzy klą­twy się bali, ale ich igno­ro­wano, choć krzy­czeli wiel­kim gło­sem, że na­leży spa­loną cza­row­nicę zna­leźć, od­ko­pać i po­cho­wać. Było to dzi­waczne, bo nie wie­dziano o niej zbyt wiele, ale jak się ktoś uprze, trudno coś zro­bić, żeby go prze­ko­nać. Ci, któ­rym klą­twa była obo­jętna, nie mieli nic do po­wie­dze­nia. To zna­czy nik­nęli w tłu­mie.

A na­wet gdyby mieli co­kol­wiek do po­wie­dze­nia, to i tak nikt by ich nie słu­chał.

Amok to amok, a je­żeli opa­nuje całe mia­sto, to nic się z tym nie da zro­bić.

Je­żeli do tego cho­dzi o pie­nią­dze, to już sprawa prze­grana.

Wszy­scy zda­wali so­bie sprawę, że to współ­cze­sne cza­row­nic­two jest nieco inne od tego sprzed wie­ków. Nikt się te­raz nie przej­mo­wał złym okiem, nie ka­zał cza­row­ni­com od­bie­rać mleka kro­wom czy ku­rom ja­jek, zresztą gdzie w mie­ście miej­sce na krowy? Współ­cze­sne cza­row­nice mu­siały się za­jąć czymś in­nym, czyli za­ra­bia­niem pie­nię­dzy.

Je­żeli cho­dzi o la­ta­nie na mio­tłach czy spół­ko­wa­nie z dia­błami, to ku­siło, ale było tro­chę nie­wy­ko­nalne.

Choć każda miała na to ochotę. Kto by nie chciał po­la­tać na mio­tle?

No, a spół­ko­wa­nie... Hmm, pewne rze­czy ku­szą bar­dziej niż inne.

Co do sa­mego cza­row­nic­twa, to na­wet ten za­wód jest na­zna­czony po­dzia­łami, bo ist­nieją wiedźmy, cza­row­nice, cza­ro­dziejki i wróżki. Dwie ostat­nie zo­stały wy­klu­czone, bo cza­ro­dziejki to tylko wy­pa­cy­ko­wane cza­row­nice ze sztucz­nym biu­stem po usu­nię­ciu bro­da­wek (z twa­rzy, nie z biu­stu), a wróżki? Ta­kie z różdż­kami do ni­czego ni­komu nie są po­trzebne, zwłasz­cza kiedy są do­bre.

Złe zo­stają cza­row­ni­cami.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki