Zemsta manitou - Graham Masterton

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 1

Obu­dził się w nocy. Był pewien, że ktoś jest w sypialni. Zamarł. Nie śmiał nawet oddy­chać. Wcze­piw­szy palce w koł­drę w bla­do­nie­bie­skie prążki, pod­cią­gnął ją pod sam nos. Wytę­ża­jąc słuch, wpa­try­wał się w ciem­no­ści, gotów wychwy­cić choćby naj­drob­niej­szy ruch, naj­cich­sze skrzyp­nię­cie pod­ło­go­wych desek. Serce jak osza­lałe trze­po­tało mu w piersi, bez­gło­śnie pom­pu­jąc prze­ra­że­nie do wszyst­kich żył i arte­rii ośmio­latka.

- Tato - wyszep­tał, ale tak cicho, że nikt nie mógł go usły­szeć.

Jego rodzice spali w prze­ciw­le­głej sypialni, więc od ratunku dzie­liło go dwoje drzwi i dzie­sięć metrów mrocz­nego kory­ta­rza, gdzie tykał stary zegar szaf­kowy i nawet za dnia odczu­wało się dziwną samot­ność i dła­wiący bez­ruch.

Teraz nabrał pew­no­ści, że sły­szy czy­jeś wes­tchnie­nia lub oddech. Ciche, stłu­mione wzdy­cha­nie jakby ze smutku lub bólu. Mógł to być jedy­nie sze­lest zasłon, któ­rymi poru­szał wiatr wpa­da­jący przez uchy­lone okno. Mogły to być szep­czące fale mor­skie obmy­wa­jące plażę odda­loną o nie­cały kilo­metr. Cze­kał i cze­kał, ale nic się nie działo. Minęło pięć minut. Dzie­sięć. Ode­rwał od poduszki głowę o blond lokach. Sze­roko otwar­tymi oczami rozej­rzał się po pokoju. Spoj­rzał w nogi łóżka, na rzeź­biony wspor­nik. Na drew­nianą szafę. Na pudło z zabaw­kami z nie­do­mknię­tym wie­kiem, które oparło się na upchnię­tych w nim dźwi­gach, czoł­gach i ręka­wi­cach do base­ballu. Na ubra­nie, dżinsy i koszulkę na opar­ciu krze­sła.

Pocze­kał jesz­cze chwilę, wytę­ża­jąc wzrok. Potem ostroż­nie wstał i pod­szedł do okna. Na zewnątrz sza­rzało niebo zasnute porwa­nymi wia­trem chmu­rami. Cza­pla wrza­snęła nie­spo­koj­nie, zwia­stu­jąc świt. Z upo­rem gdzieś stu­kały drzwi. Spoj­rzał w dół na zaśmie­cony ogró­dek i chy­lący się płot, który oddzie­lał dom Fen­ne­rów od poro­śnię­tych trawą wydm wybrzeża Sonomy. Nikogo nie zoba­czył.

Wró­cił do łóżka i nacią­gnął koł­drę na głowę. Wie­dział, że to głu­pie, bo tata tak mu powta­rzał. Dzi­siaj jed­nak było ina­czej, nie tak jak wtedy, kiedy bał się cieni albo za bar­dzo się prze­jął fil­mem o UFO. Tej nocy ktoś tu był. I ten ktoś wzdy­chał.

Leżał spięty pra­wie dwa­dzie­ścia minut. Drzwi na dwo­rze nie­ustan­nie stu­kały z upiorną regu­lar­no­ścią, ale poza tym niczego nie sły­szał. Po chwili oczy same zaczęły mu się zamy­kać. Raz jesz­cze się pode­rwał, ale potem znowu przy­mknął powieki i zasnął.

Przy­śnił mu się naj­gor­szy kosz­mar w życiu. Wyda­wało się, że to wcale nie był sen. Wstał z łóżka i obró­cił się w stronę szafy, poru­szał głową dziw­nie sztywno. Słoje drewna orze­cho­wego w drzwiach szafy zawsze go tro­chę nie­po­ko­iły, ponie­waż dopa­try­wał się w nich lisich pysków. A teraz się ich prze­stra­szył. Miał wra­że­nie, że w drew­nia­nej pły­cie ktoś jest i go woła, roz­pacz­li­wie pra­gnie mu coś powie­dzieć. Ktoś, kto został tam uwię­ziony, a jed­no­cze­śnie jest prze­ra­ża­jący.

Usły­szał czyjś głos, jakby ktoś mówił do niego zza gru­bej szyby.

- Allen... Allen... na miły Bóg, Allen... na miły Bóg, pomóż mi... Allen - wzy­wał.

Chło­piec pod­szedł do szafy, jedną rękę wycią­ga­jąc przed sie­bie, jakby zamie­rzał dotknąć drewna, aby odkryć, skąd docho­dzi głos. Nie­wy­raźna, ledwo widoczna, jedy­nie jako słaba poświata na lakie­rze, ryso­wała się szara twarz, któ­rej usta się poru­szały, bła­ga­jąc o litość, o pomoc w wydo­sta­niu się z nie­wy­obra­żal­nego pie­kła.

- Allen... - Głos mono­ton­nie powta­rzał bła­ga­nie. - Allen... na miły Bóg...

- Kto to jest Allen? - wyszep­tał chło­piec. - Jaki Allen? Jestem Toby. Toby Fen­ner. Kto to jest Allen?

Chło­piec obser­wo­wał, jak twarz znika. Jed­nak przez chwilę ogar­nął go lodo­waty strach nie do opi­sa­nia, jakby zawiał zimny wiatr sprzed wielu, wielu lat. Ode­brał wra­że­nie jakie­goś innego miej­sca... zna­nego i zna­jo­mego, a zara­zem prze­ra­ża­jąco obcego. To odczu­cie poja­wiło się i zni­kło tak szybko, że nie potra­fił go zde­fi­nio­wać.

- Kto to jest Allen? - zawo­łał, waląc dłońmi w szafę. - Kto to jest Allen?

Był coraz bar­dziej prze­ra­żony i krzy­czał z całych sił.

- Kto to jest Allen? Kto to jest Allen?

Drzwi sypialni otwo­rzyły się z trza­skiem.

- Toby? Toby, do dia­ska, co tu się dzieje? - zapy­tał tata.

Sie­dzieli przy kuchen­nym sosno­wym stole. Na śnia­da­nie były jajka na beko­nie i nale­śniki. Tata prze­żu­wał jedze­nie, popi­jał kawą, jed­no­cze­śnie uważ­nie przy­glą­da­jąc się synowi. Obok niego leżała zło­żona gazeta "San Fran­ci­sco Exa­mi­ner". Toby, ubrany już do szkoły w dżinsy i let­nią błę­kitną koszulę, kon­cen­tro­wał uwagę na nale­śni­kach. Dzi­siaj widział w nich wyspy skar­bów w morzu syropu, które stop­niowo roz­ko­py­wał gigan­tyczny wide­lec.

Mama stała przy kuchence i sprzą­tała. Miała na sobie far­tu­szek w różową kratkę, blond włosy upięła w koń­ski ogon. Była szczu­pła i młoda. Przy­rzą­dziła bekon dokład­nie tak, jak Toby lubił. Tata miał ciem­niej­sze włosy, był spo­koj­niej­szy i mówił wol­niej, ale łączyło ich głę­bo­kie uczu­cie, które nie potrze­bo­wało zbyt wielu słów. Przez całe nie­dzielne popo­łu­dnie mogli pusz­czać latawce nad morzem albo łowić ryby z któ­rejś z łódek z warsz­tatu szkut­ni­czego i od obiadu po zmierzch zamie­nić naj­wy­żej pięć słów.

Za oknem kuchni jaśniało nie­bie­skie niebo z bia­łymi chmu­rami. Był cie­pły i wietrzny wrze­sień na pół­noc­nym wybrzeżu Kali­for­nii, pora, kiedy wiatr gna pia­sek przez szorstką trawę i targa pra­niem na sznu­rze.

- Chcesz jesz­cze kawy? - zapy­tała Susan Fen­ner. - Świeżo parzona.

Neil Fen­ner pod­su­nął kubek, nie spusz­cza­jąc wzroku z syna.

- Tak. Chęt­nie.

Susan, nale­wa­jąc kawy mężowi, zer­k­nęła na Toby'ego.

- Zjesz te nale­śniki czy nie? - zapy­tała nieco ostro.

Chło­piec pod­niósł wzrok.

- Jedz - pole­cił mu tata.

Toby posłu­chał. Wielki wide­lec zagłę­bił się w wyspę skar­bów, dźwi­gnął ją i wpro­wa­dził do gigan­tycz­nej kru­szarki.

- Jest coś cie­ka­wego w gaze­cie? - spy­tała Susan.

Neil zer­k­nął na gazetę i pokrę­cił głową.

- Nie będziesz czy­tał? - zdzi­wiła się, odsu­wa­jąc sobie krze­sło i sia­da­jąc z kub­kiem kawy. Sama ni­gdy nie jadła śnia­da­nia, jed­nak nie wypusz­czała z domu Neila ani Toby'ego bez porząd­nego, cie­płego posiłku. Wie­działa, że mąż prze­waż­nie zapo­mina o prze­rwie na lunch, a syn wymie­nia kanapki z masłem orze­cho­wym na pla­sti­kowe żoł­nie­rzyki albo gumę balo­nową.

- Nie - odpo­wie­dział Neil i podał jej gazetę.

Susan otwo­rzyła ją na dziale gospo­dar­stwa domo­wego.

- Uwie­rzył­byś? - ode­zwała się. - Piszą, że sprzęt marki Cuisiart wycho­dzi z mody, a ja na­dal nie mam żad­nego ich urzą­dze­nia.

- W takim razie zaosz­czę­dzi­li­śmy tro­chę pie­nię­dzy - odparł mąż, ale naj­wy­raź­niej nie był zain­te­re­so­wany tym tema­tem.

Susan spoj­rzała na niego i zmarsz­czyła brwi.

- Neil, coś się stało? - spy­tała.

Pokrę­cił głową i nagle chwy­cił syna za nad­gar­stek, a następny kęs nale­śnika zawisł nad tale­rzem.

- Tato? - zdzi­wił się Toby.

Neil bacz­nie przyj­rzał się synowi.

- Toby, wiesz, kto to jest Allen? - zapy­tał szorst­kim gło­sem.

Chło­piec popa­trzył na ojca, nic nie rozu­mie­jąc.

- Allen? - powtó­rzył.

- Wła­śnie. Powta­rza­łeś to imię w nocy, kiedy śniło ci się coś strasz­nego. Mówi­łeś: "Nie jestem Allen, jestem Toby".

Toby zamru­gał. Za dnia nie pamię­tał zbyt dokład­nie noc­nego kosz­maru. Wyda­wało mu się, że miało to zwią­zek z drzwiami szafy, ale nie wie­dział, w czym rzecz. Przy­po­mniał sobie, że się bał. Pamię­tał, że tata poło­żył go z powro­tem do łóżka i szczel­nie otu­lił koł­drą. Jed­nak imię "Allen" nic mu nie mówiło.

- Wła­śnie to mówił? "Nie jestem Allen, jestem Toby"?

Neil ski­nął głową.

- Dzieci mówią prze­różne rze­czy przez sen - powie­działa Susan do męża. - Moja młod­sza sio­stra śpie­wała rymo­wanki.

- To nie to samo - odpo­wie­dział.

Susan spoj­rzała na syna i z powro­tem na męża.

- Nie rozu­miem, o co ci cho­dzi - dodała cicho.

Neil puścił nad­gar­stek Toby'ego. Popa­trzył na stół, na swój pusty już talerz.

- Mój brat miał na imię Allen - oznaj­mił. - Wszy­scy mówili do niego Jim, bo na dru­gie miał James. Ale na pierw­sze imię miał Allen.

- Prze­cież Toby o tym nie wie.

- No wła­śnie.

Zapa­dło nie­zręczne mil­cze­nie.

- Co chcesz przez to powie­dzieć? - ode­zwała się Susan. - Że Toby ma kosz­mary o twoim bra­cie?

- Nic nie chcę przez to powie­dzieć. To mnie po pro­stu zasko­czyło, to wszystko. Pokój Toby'ego kie­dyś nale­żał do Allena. To zna­czy Jima.

Susan odsta­wiła kubek z kawą. Spoj­rzała na Neila i zro­zu­miała, że z niej nie żar­tuje. Cza­sami to robił, a poczu­cie humoru miał miłe, cho­ciaż toporne, odzie­dzi­czone po matce Polce. Poczciwe, środ­ko­wo­eu­ro­pej­skie żarty. Dzi­siaj był jed­nak zde­ner­wo­wany i zanie­po­ko­jony, jakby prze­czu­wał nie­pewną przy­szłość.

- Myślisz, że to duch? - zapy­tała.

Neil na moment spo­waż­niał, a potem naj­wy­raź­niej zmie­szany uśmiech­nął się i wzru­szył ramio­nami.

- Duch? Sam nie wiem. Nie wie­rzę w duchy. To zna­czy nie wie­rzę w duchy, które cho­dzą po nocy.

- Tato - zapisz­czał Toby. - A duchy ist­nieją? Naprawdę?

- Nie, synu - odparł sta­now­czo Neil. - Nie ma żad­nych duchów. Są tylko w baj­kach i na tym koniec.

- W nocy sły­sza­łem jakieś głosy - dodał Toby. - Czy to był duch?

- Nie, dziecko. To tylko wiatr.

- Ale co powie­dzia­łeś o Alle­nie?

Neil spu­ścił głowę. Susan wzięła Toby'ego za rękę.

- Tatuś chciał powie­dzieć, że śniło ci się coś bar­dzo wyjąt­ko­wego - wyja­śniała spo­koj­nie. - To wszystko. Nie ma się czego bać. A teraz skończ nale­śnika, bo już pora do szkoły.

Neil zawiózł Toby'ego pick-upem do Bodega Bay i wysa­dził przed samą szkołą. Dzwo­nek zawo­dził płacz­li­wie, a więk­szość dzieci była już w środku. Toby wysiadł z samo­chodu, ale zamiast pobiec pro­sto do budynku, stał jesz­cze chwilę obok pick-upa, spo­glą­da­jąc na ojca. Wiatr od oce­anu roz­wie­wał mu blond grzywę.

- Tato? - ode­zwał się.

Neil spoj­rzał na syna.

- O co cho­dzi?

- Nie chcia­łem cię zde­ner­wo­wać.

Neil się zaśmiał.

- Zde­ner­wo­wać? Nie zde­ner­wo­wa­łeś mnie.

- Myśla­łem, że tak. Mama powie­działa, że nie wolno roz­ma­wiać o Jimie.

Neil nie odpo­wie­dział. Na­dal z tru­dem przy­cho­dziło mu myśle­nie o bra­cie. Już nie nawie­dzały go te straszne, wyra­zi­ste obrazy. Z cza­sem udało mu się je zama­zać w pamięci, zapo­mnieć o nich. Cią­gle jed­nak odczu­wał ten ból zapie­ra­jący dech w piersi, jakby wsko­czył do oce­anu w gru­dniowy dzień. Wciąż czuł się bez­radny i zroz­pa­czony.

- Lepiej już bie­gnij. Pani będzie się o cie­bie mar­twiła - powie­dział.

Toby się wahał.

- No, leć - pona­glił go Neil, a Toby wie­dział, że tata nie żar­tuje.

Zarzu­cił na ramię tor­ni­ster, wziął pudełko z dru­gim śnia­da­niem, po czym ruszył powoli sza­rym, zaku­rzo­nym dzie­dziń­cem. Neil obser­wo­wał, jak syn znika za poobi­ja­nymi, nie­bie­skimi drzwiami, które się za nim zamknęły. Wes­tchnął.

Wie­dział, że powi­nien być z Tobym szczery i powie­dzieć mu o Jimie. Ale nie potra­fił, dopóki sam się nie upora ze wspo­mnie­niami. Już paro­krot­nie zaczy­nał opo­wia­dać Toby'emu o tym, co się wyda­rzyło, ale trudno mu było zna­leźć wła­ściwe słowa. Bo jakimi sło­wami można opi­sać scenę, gdy samo­chód powoli miaż­dży two­jego brata, ponie­waż przez nie­uwagę zwol­ni­łeś pod­no­śnik? Jakie słowa mogły opi­sać wła­sną winę?

Nawet dzi­siaj miał przed oczami rękę Jima wycią­gniętą w jego stronę. Widział bła­ga­jącą, nabrzmiałą twarz brata, z krwią bucha­jącą ustami i nosem. Jak powie­dzieć o tym ośmio­lat­kowi?

Poje­chał do cen­trum Bodega Bay i zapar­ko­wał samo­chód przed restau­ra­cją. Potem ruszył sza­rym, drew­nia­nym pomo­stem do White Dove, żaglówki, którą napra­wiał dla klienta. Mewy koło­wały z trze­po­tem skrzy­deł na wie­trze, a takie­lu­nek jach­tów zacu­mo­wa­nych w zatoce pobrzę­ki­wał i trzesz­czał.

Miej­sco­wość leżała nad małą, płytką zatoką z pół­wy­spem, który przy­po­mi­nał zakrzy­wiony palec wysu­nięty z wybrzeża Sonomy. Plaże wokół niej były szare i zaśmie­cone popio­łem i pusz­kami po piwie, ale dalej cią­gnęły się zie­lone pagórki i ciche gospo­dar­stwa. Tury­ści już się poroz­jeż­dżali, a spo­wite mgłą wybrzeże uci­chło, sły­szało się jedy­nie krzyk mew i chlu­pot fal o pale kei.

Neil zesko­czył na wybie­lony solą pokład White Dove i prze­szedł na rufę. Wła­ści­ciel uży­wał łodzi przez całe lato, więc wyma­gała czysz­cze­nia, kon­ser­wa­cji i malo­wa­nia. Spoj­rzał na maszt i zoba­czył, że kilka lin wystrzę­piło się i zwi­sało luźno.

Miał wła­śnie zejść pod pokład i spraw­dzić, jakie naprawy są konieczne w małej kabi­nie, kiedy wydało mu się, że usły­szał czyjś głos. Pod­niósł wzrok, ale nikogo nie było w pobliżu poza sta­rym Dough­tym, mary­na­rzem z Bodega Bay, który sie­dział na koszu na homary jakieś dzie­sięć lub pięt­na­ście metrów od niego.

Neil znie­ru­cho­miał na kilka sekund, ale doszedł do wnio­sku, że musiał się prze­sły­szeć, znów pochy­lił głowę, aby wejść do kabiny.

- Allen - wyszep­tał czyjś głos.

Neil zamarł. Bez wyraź­nego powodu ogar­nął go strach, jakiego ni­gdy dotąd nie zaznał. Przez moment nie mógł się ruszyć, jakby ów szept cał­ko­wi­cie pozba­wił go sił. Po chwili zdo­łał się odwró­cić z sze­roko otwar­tymi oczami i pobla­dłą twa­rzą.

Nie było nic poza zamgloną zatoką, mrocz­nym, sza­rym oce­anem, kołu­ją­cymi mewami. Nie sły­szał żad­nego głosu oprócz skrzy­pie­nia lin i desek, gdy White Dove uno­siła się na falach.

Neil wziął głę­boki oddech i wszedł do kabiny. Były tu trzy wąskie koje ze zmiętą pościelą. Pośrodku stał lakie­ro­wany stół, zasta­wiony papie­ro­wymi kub­kami i pustymi butel­kami po bour­bo­nie, z bla­tem przy­pa­lo­nym papie­ro­sami. Neil poczuł nie­smak na myśl, że można tak trak­to­wać łódź. Nawet naj­zwy­klej­sza łódka chroni ludzi przed żywio­łem i dla­tego uwa­żał, że każda, choćby bar­dzo skromna, zasłu­guje na tro­skę i sza­cu­nek.

Rozej­rzał się, a potem odwró­cił do schod­ków i wtedy roz­legł się szept:

- Allen, pomóż mi... Allen, pro­szę, pomóż mi.

Obej­rzał się kom­plet­nie prze­ra­żony. To śmieszne, ale przez chwilę wyda­wało mu się, że przez zabru­dzony przedni bulaj ktoś zagląda do środka, lecz twarz natych­miast prze­obra­ziła się w zwoje lin i sze­kle.

Roz­trzę­siony wydo­stał się z kabiny na pokład. Nie wie­dział, co o tym myśleć. Może to sen Toby'ego zapadł mu w pamięć. Może był prze­pra­co­wany. Wziął kilka głę­bo­kich odde­chów i wró­cił na keję po narzę­dzia i puszki lakieru.

W szkole słońce kła­dło się uko­sem na ławki. Pani Novato, młoda bru­netka z wło­chatą myszką na policzku, gustu­jąca w zwiew­nych hin­du­skich sari, zapo­wie­działa dzie­ciom wycieczkę, która miała się odbyć za tydzień. Każde dziecko musiało zapła­cić za nią dolara i trzy­dzie­ści pięć cen­tów i zabrać ze sobą suchy pro­wiant. Pojadą nad jezioro Ber­ry­essa w górach Vaca na lek­cję przy­rody i może nawet tro­chę popły­wają.

Toby sie­dział razem z Petrą Del­gadą, poważną dziew­czynką, która ni­gdy dużo nie mówiła i w nie­dzielę zawsze cho­dziła do kościoła. Nauczy­cielka prze­sa­dziła go, ponie­waż za dużo roz­ma­wiał i śmiał się, gdy dzie­lił ławkę ze swoim naj­lep­szym kolegą, rudziel­cem Linu­sem Hoplan­dem. Linus sie­dział teraz w pierw­szym rzę­dzie, a jego włosy błysz­czały niczym świa­tło latarni mor­skiej na Point Arena.

- Jedziesz nad jezioro? - Toby szep­tem zapy­tał Petrę. - Rodzice ci pozwolą?

Petra wzru­szyła ramio­nami i z uda­waną skrom­no­ścią wydęła usta.

- Nie wiem. Od czte­rech dni jest mi nie­do­brze. Mama może mi nie pozwo­lić.

- Nie­do­brze? To zna­czy, że rzy­ga­łaś?

- Nie mówi się "rzy­gać". To nie­ład­nie.

Toby się zaru­mie­nił. Nie chciał, aby Petra pomy­ślała, że nie jest duży i mądry. W końcu ona nie­długo skoń­czy dzie­więć lat i ma szansę zostać prze­wod­ni­czącą klasy.

- No to co ci jest? Masz odrę? - dopy­ty­wał się.

- Tak naprawdę to cier­pię na bez­sen­ność - wyja­śniła Petra.

- To zaraź­liwe?

- Pew­nie, że nie, głup­ta­sie. Bez­sen­ność to zna­czy, że nie możesz spać. Widzisz, jakie mam pod­krą­żone oczy? Mama mówi, że to przez napię­cie przed doj­rze­wa­niem.

Toby zmarsz­czył czoło. Nie chciał się przy­znać, że nie ma naj­mniej­szego poję­cia, o czym mówi Petra. Sły­szał coś o "doj­rze­wa­niu" i wie­dział, że ma to jakiś zwią­zek z wło­sami rosną­cymi na siu­siaku - dzia­dek zawsze tak to nazy­wał - ale na tym koń­czyła się jego wie­dza. Jak więk­szość dzieci, dla któ­rych naj­waż­niej­sze w życiu są desko­rolki, Aniołki Char­liego i Cap­tain Cosmic, zaraz zapo­mi­nał, co mu mówiono.

- Co robisz całą noc, jak nie możesz spać? - zapy­tał. - Cho­dzisz po domu?

- Och, tro­chę sypiam - wyja­śniła Petra. - Tylko że cią­gle mie­wam kosz­mary. Budzę się przez nie, a potem mija dużo czasu, zanim znowu uda mi się zasnąć.

- Kosz­mary? Wczo­raj mia­łem kosz­mar.

- E tam, ja na pewno mam gor­sze - odparła Petra. - Moje są po pro­stu straszne.

- Mnie się śniło, że ktoś utknął w mojej sza­fie - opo­wia­dał Toby. W sło­necz­nej sali zabrzmiało to dość słabo. Prze­raź­liwy strach na widok sza­rej twa­rzy w drzwiach szafy wypa­ro­wał w cie­ple dnia.

Petra zadarła nos.

- To nic takiego. W moich snach jest pełno krwi. Śnią mi się ludzie cali we krwi.

Toby był pod wra­że­niem.

- To naprawdę straszne - przy­znał. - Ludzie zalani krwią... to straszne.

- Mama mówi, że to takie stra­chy w okre­sie doj­rze­wa­nia - lekko dodała Petra. - Twier­dzi, że to strach kobiety przed jej natu­ralną funk­cją, a winni są męż­czyźni, bo nie rozu­mieją kobiet.

- Petra! - zawo­łała pani Novato. - Ty roz­ma­wiasz? To ci nie­spo­dzianka!

Dziew­czynka rzu­ciła Toby'emu ostre spoj­rze­nie.

- Prze­pra­szam - powie­działa do nauczy­cielki. - Chcia­łam mu coś wytłu­ma­czyć.

Dwa­dzie­ścioro dziew­cząt i chłop­ców w wieku od ośmiu do dzie­się­ciu lat odwró­ciło głowy w ich stronę.

- Jeżeli cze­goś nie rozu­miesz, Toby, zawsze możesz mnie zapy­tać - pouczyła go pani Novato. - Za to mi płacą. Poza tym w więk­szo­ści spraw jestem tro­chę lepiej poin­for­mo­wana niż Petra.

Linus Hopland szcze­rzył się do Toby'ego i stroił miny. Chło­piec z tru­dem hamo­wał śmiech, aż musiał ugryźć się w język, aby nie par­sk­nąć gło­śno.

- Wstań, Toby - pole­ciła nauczy­cielka. - Jeżeli chcesz o coś zapy­tać, cze­goś nie rozu­miesz, to podziel się z nami swoim pro­ble­mem. Po to są lek­cje.

Toby pod­niósł się nie­chęt­nie. Wzrok wbił w blat ławki.

- No, słu­cham - pona­glała pani Novato. - Czego tak bar­dzo chcia­łeś się dowie­dzieć?

Toby nie odpo­wia­dał.

- To było tak ważne, że musia­łeś oma­wiać to z Petrą w środku lek­cji przy­rody, a teraz nie możesz mi powie­dzieć, co to takiego?

- Cho­dziło o jej sny - odparł Toby cichym, zachryp­nię­tym gło­sem.

- Mów gło­śniej - pole­ciła nauczy­cielka. - Nic nie sły­szę.

- Cho­dziło o sny Petry. Ona ma kosz­mary, tak jak ja.

Pani Novato zamru­gała.

- Kosz­mary? Jakież to kosz­mary? - zapy­tała.

- Śnił mi się ktoś uwię­ziony w mojej sza­fie i wołał o pomoc. A Petrze śnią się ludzie cali we krwi.

Pani Novato powoli pode­szła do ich ławki. Naj­pierw spoj­rzała na Toby'ego, a potem na Petrę. Na tablicy za nią wid­niało napi­sane kredą zda­nie: "Drzewa w Ska­mie­nia­łym Lesie zostały zamie­nione w kamień przez mine­rały".

- Powie­dzie­li­ście o tym rodzi­com? - spy­tała nauczy­cielka.

- Tak, pro­szę pani. - Dzieci ski­nęły gło­wami.

Pani Novato się uśmiech­nęła.

- W takim razie wszystko będzie dobrze. Może jedz­cie tro­chę mniej sera przed snem, a kosz­mary nie będą was męczyć. Teraz zapo­mnij­cie o złych snach i zaj­mij­cie się tym, co praw­dziwe: drze­wami w Ska­mie­nia­łym Lesie.

Toby usiadł. Petra, zła, że pani Novato ją zga­niła, uszczyp­nęła go w nogę z całej siły.

Pod­czas dużej prze­rwy na roz­grza­nym, zaku­rzo­nym boisku ogro­dzo­nym meta­lową siatką Toby usiadł na ławce z roz­łu­pa­nej kłody i jadł kanapki z masłem orze­cho­wym i dże­mem. Dzi­siaj, mimo że Ben Niche­lini usil­nie pro­sił o kanapkę w zamian za żywą jasz­czurkę na sznurku, Toby był głodny i zjadł całe dru­gie śnia­da­nie przy­go­to­wane przez mamę. Na sam koniec, prze­zor­nie, zacho­wał bato­nik cze­ko­la­dowy.

Andy Beaver, któ­remu zazdro­ściła cała klasa, bo wujek zabrał go do kina na Gwiezdne wojny, cał­kiem zno­śnie uda­wał teraz R2-D2, a Karen Doughty dyszała gło­śno, powta­rza­jąc: "Jestem Darth Vader! Jestem Darth Vader!".

Daniel Soscol, jeden z naj­młod­szych chłop­ców w kla­sie, prze­ciął boisko i usiadł obok Toby'ego, z zain­te­re­so­wa­niem przy­glą­da­jąc się, jak ten pochła­nia kanapkę. Daniela nie­szcze­gól­nie lubiano, ponie­waż był mały i cichy. Miał wiel­kie, ciemne oczy, szczu­płe ręce i nogi. Jego tata był hydrau­li­kiem w Val­ley Ford, a mama zmarła w maju.

Toby nie prze­ry­wał jedze­nia. Kiedy skoń­czył, wycią­gnął kwa­dra­tową, papie­rową ser­wetkę, którą mama sta­ran­nie wło­żyła mu pod kanapki, i wytarł usta.

- Sły­sza­łem, co mówi­łeś o kosz­ma­rach - ode­zwał się Daniel.

Toby pod­niósł wzrok.

- No i? - rzu­cił, uda­jąc twar­dziela, ponie­waż Soscol był kla­so­wym popy­cha­dłem, więc nie chciał, aby Andy Beaver zoba­czył, że jest miły dla kogoś takiego, bo wtedy banda Andy'ego mogłaby zacząć trak­to­wać go podob­nie. Pod­kła­da­liby mu pinezki, cho­wali książki i robili inne podobne rze­czy.

- Mnie też śniły się kosz­mary - wyznał Daniel. - Naprawdę straszne. Śniło mi się, że idę przez las i nagle jakieś potwory spa­dają na mnie z drzew.

- I co w tym strasz­nego?

- A w tym, że ktoś ci sie­dzi w sza­fie?

- No, wtedy to było straszne - stwier­dził Toby.

- U mnie też.

Przez chwilę sie­dzieli w mil­cze­niu. Toby odwi­nął bato­nik i zaczął jeść. Chłodny powiew wia­tru z zachodu wzbił pył z boiska, a gdzieś w oddali zapiał kogut.

- Nie tylko nam śnią się kosz­mary - ode­zwał się Daniel. - Ben Niche­lini też miał złe sny. Śniło mu się, że bie­gnie i bie­gnie, a jacyś źli ludzie chcą go zła­pać.

- Wszy­scy mają takie sny - odparł Toby.

- Chyba tak - przy­znał Daniel. - Tylko to dziwne, że wszyst­kie dzieci mają kosz­mary.

Zbli­żył się do nich Andy Beaver, popi­sku­jąc i bul­go­cząc jak R2-D2. Daniel nie miał ochoty zostać w tym towa­rzy­stwie. Kiedy Andy był w nastroju do zabawy, to prze­waż­nie ozna­czało, że albo wytarga Daniela za włosy, albo ścią­gnie mu spodnie. Rzu­cił tylko "Cześć" Toby'emu i pobiegł przez boisko do klasy.

- Roz­ma­wia­łeś z tym lizu­sem? - zapy­tał Andy. Miał blond włosy i był skory do bitki, pew­nie jako doro­sły całe życie będzie oglą­dał mecze base­ballu i pił piwo.

Toby zmru­żył oczy przed słoń­cem.

- A jeżeli tak, to co z tego?

- Po pro­stu nie gadaj z tym lizu­sem. To cykor. I tyle.

- Mama nie­dawno mu umarła. Może też był­byś cykor, jakby ci mama umarła.

- Na pewno nie był­bym cyko­rem. O czym gada­li­ście?

Toby skoń­czył bato­nik i zmiął papie­rek.

- A co cię to obcho­dzi?

Andy zła­pał go za rękę i wygiął palce do tyłu. Chło­piec krzyk­nął z bólu, ale Andy był o wiele sil­niej­szy i Toby nie mógł się uwol­nić. Zbie­gło się kil­koro dzieci, woła­jąc: "Biją się! Biją się!". Toby i Andy prze­wró­cili się w piach i zaczęli się tur­lać, wierz­gać, postę­ki­wać i zada­wać sobie nawza­jem ciosy.

W końcu Andy przy­gwoź­dził Toby'ego do ziemi i kola­nami przy­gniótł mu ręce. Obaj byli cali brudni, zaczer­wie­nieni i mieli łzy w oczach.

- Dobra... O czym gada­li­ście? Chcę wie­dzieć! - wysa­pał Andy.

Toby zakasz­lał.

- O tych kosz­ma­rach. I tak byś nie zro­zu­miał.

- Ach tak?

Toby zepchnął z sie­bie kolegę i dźwi­gnął się na nogi. Na ple­cach koszula mu wyszła ze spodni, które na doda­tek się podarły. Wycią­gnął chu­s­teczkę i wytarł twarz.

- Taki cwa­niak jesteś? Myślisz, że tylko ty mia­łeś kosz­mary? - spy­tał Andy.

- To kiedy ostat­nio śnił ci się kosz­mar? - zapy­tał Toby. - Pew­nie wtedy, jak twoja matka ugo­to­wała spa­ghetti.

- Nie­prawda! - zde­cy­do­wa­nie zapro­te­sto­wał Andy. - Wczo­raj w nocy mia­łem kosz­mar i przed­wczo­raj też.

- Śniły ci się kosz­mary? - nie dowie­rzał Toby.

- Tak.

- To nie oglą­daj Gwiezd­nych wojen - wtrą­cił Ben Niche­lini. - Za mały jesteś na to.

- Zamknij się, co? - rzu­cił Andy. - Śnili mi się ludzie, któ­rym wyry­wano włosy z głowy. Całe mnó­stwo ludzi. Wszy­scy zawo­dzili i krzy­czeli.

- Jejku, to straszne - ode­zwała się Deb­bie Spurr, chuda, zastra­szona dziew­czynka w sukience w brą­zową kratkę, z kokard­kami we wło­sach. - To gor­sze od mojego kosz­maru.

- A to co? - zapy­tał Andy. - To, że Toby, Petra i ja mamy kosz­mary, nie zna­czy, że wszy­scy inni też muszą je mieć.

- David też miał - dodał Toby. - To już jest nas czworo.

- Ja też - upie­rała się Deb­bie. - Wyda­wało mi się, że nie śpię, ale spa­łam. Usły­sza­łam, jak ktoś woła. To było naprawdę straszne. Ktoś wołał bez ustanku, a ja nie wie­dzia­łam, co zro­bić. To była kobieta, strasz­nie prze­ra­żona.

Toby spoj­rzał na Andy'ego i po raz pierw­szy w życiu patrzyli na sie­bie jak doro­śli, nie jak kole­dzy z klasy ani jak dzieci. Młode twa­rze wyglą­dały śmier­tel­nie poważ­nie, jakby obaj rozu­mieli, że to, co się dzieje, jest nie­zwy­kłe i nie­bez­pieczne. Andy to prze­rwał i uśmiech­nął się lekko.

- To nic w porów­na­niu z moim snem. To co, że jakaś kobieta krzy­czała? Pod­łożę pinezkę na krze­sło pani Novato i wtedy się prze­ko­na­cie, jak kobieta krzy­czy.

Ich nauczy­cielka sta­nęła w drzwiach szkoły i dmuch­nęła w gwiz­dek, ogła­sza­jąc koniec dłu­giej prze­rwy. Skoń­czyły się roz­mowy o kosz­ma­rach i wszy­scy powę­dro­wali do klasy, a Andy Beaver znowu zaczął uda­wać R2-D2, zde­rzał się z dziew­czę­tami i wyda­wał bul­go­czące dźwięki. Toby wszedł do szkoły jako ostatni. W drzwiach coś kazało mu się zatrzy­mać, odwró­cił się i spoj­rzał na szkolne boisko.

Na słońcu i wie­trze, metr za bramą stał wysoki męż­czy­zna. Ubrany był w stare, zno­szone i zaku­rzone rze­czy, a sze­ro­kie rondo brud­nego kape­lu­sza zasła­niało oczy. Toby miał wra­że­nie, że męż­czy­zna poru­sza ustami. Przy­siągłby, że sły­szy szept: "Allen...".

Na oczach prze­ra­żo­nego chłopca męż­czy­zna zaczął blak­nąć w popo­łu­dnio­wym żarze jak stara foto­gra­fia. Po chwili znikł i nic nie było widać poza wzgó­rzami wokół Bodega Bay i roz­grzaną szosą pro­wa­dzącą na zachód ku plaży.

Toby się pode­rwał, sły­sząc za sobą jakieś szu­ra­nie. Pod­niósł głowę i zoba­czył panią Novato.

- Będzie pan łaskaw dołą­czyć do nas, panie Fen­ner? - zapy­tała z pro­tek­cjo­nalną cier­pli­wo­ścią. - Czy może spę­dzi pan resztę dnia na podzi­wia­niu kra­jo­brazu?

Chło­piec miał twarz pobla­dłą i zlaną potem. Pani Novato natych­miast poża­ło­wała swo­jego sar­ka­zmu.

- Nic ci nie jest? - zapy­tała.

Toby'emu wyda­wało się, że jego twarz wci­śnięto w poduszkę. Okrop­nie bra­ko­wało mu powie­trza, dusił się. Czuł, że ogar­nia go ciem­ność, która pochła­nia jego ciało, a na końcu umysł. Pani Novato schwy­ciła chłopca, zanim upadł bez świa­do­mo­ści.

Tego wie­czoru leżał w łóżku opa­tu­lony koł­drą. Mama przy­szła na górę z tale­rzem zupy i kra­ker­sami. Już czuł się o wiele lepiej, ale dok­tor Crow­der nale­gał, aby dobrze wypo­czął. Udało mu się dokoń­czyć puz­zle z bitwą mor­ską, potem zło­żył i rozło­żył model cadil­laca eldo­rado, a teraz czy­tał komiks o przy­go­dach Dok­tora Strange'a.

Mama usia­dła na brzegu łóżka i posta­wiła jedze­nie na noc­nym sto­liku. Za oknem zmierz­chało i niósł się zapach euka­lip­tusa od strony rzędu drzew odgra­dza­ją­cych ich działkę od pań­stwa Mac­Dean.

- Jak się czu­jesz, tygry­sku? - zapy­tała.

Toby się uśmiech­nął.

- Chyba już dobrze - odpo­wie­dział.

- Chcesz o tym poroz­ma­wiać? Nie chcia­łeś nic powie­dzieć leka­rzowi.

Toby odwró­cił głowę. Wie­dział, co by usły­szał, gdyby opo­wie­dział o męż­czyź­nie za szkol­nym pło­tem. Powie­dzie­liby, że dostał udaru sło­necz­nego albo zjadł za dużo kana­pek z masłem orze­cho­wym i dże­mem. Naj­wy­raź­niej za wszyst­kie dziwy, które się w życiu przy­tra­fiały, pono­siło winę jedze­nie. Mama cze­kała cier­pli­wie, ale on odwra­cał od niej głowę, ponie­waż wolał, żeby ode­szła, nie chciał powie­dzieć, co się wyda­rzyło.

W końcu mama wzięła go za rękę.

- Myślisz, że ci nie uwie­rzę? Tak?

Na­dal nie odwra­cał głowy, ale prze­łknął ślinę i odparł:

- Tro­chę.

- Wcale nie musisz mówić - powie­działa łagod­nie. - Masz prawo zacho­wać w tajem­nicy, co tylko zechcesz. Ale dzi­siaj w szkole naprawdę się roz­cho­ro­wa­łeś, a ponie­waż cię kocham i jesteś dla mnie ważny, chcia­ła­bym wie­dzieć, co się stało.

Toby zagryzł wargę. Potem spoj­rzał na mamę, a twarz miał tak smutną i nie­szczę­śliwą, że Susan do oczu nabie­gły łzy. Przy­cią­gnęła syna do sie­bie i mocno utu­liła. Chło­piec usiadł w łóżku pro­sto, a po jego twa­rzy dwoma stru­mie­niami spły­wały łzy.

- Jesteś głup­ta­sem - zga­niła go. - Wiesz, że możesz powie­dzieć mi o wszyst­kim. Abso­lut­nie o wszyst­kim.

Toby znowu prze­łknął ślinę i ski­nął głową.

- Wra­ca­łem do klasy po dłu­giej prze­rwie - zaczął. - Odwró­ci­łem się i zoba­czy­łem pana. Stał za ogro­dze­niem.

Susan zmarsz­czyła brwi.

- Jakiego pana? Co robił?

- Nic nie robił. Tylko tam stał.

Lekko pogła­dziła jego zmierz­wione włosy.

- Jesteś pewien? - zapy­tała. - Nie był na przy­kład nie­ubrany?

Toby pokrę­cił głową. Zapa­dła długa cisza, a mama gła­skała go po gło­wie i pró­bo­wała dojść, co mogło tak bar­dzo prze­stra­szyć jej synka.

- Jak ten pan wyglą­dał? - spy­tała w końcu. - Był prze­ra­ża­jący?

Toby zaci­snął powieki, zasta­na­wiał się. Po chwili odpo­wie­dział, powoli i bar­dzo sta­ran­nie:

- Nie był taki straszny jak potwór. Nie gonił mnie. Ale chciał, żebym mu pomógł, a ja nie wie­dzia­łem jak.

- Nie rozu­miem. Jak mia­łeś mu pomóc?

Toby spoj­rzał na mamę z nie­po­ko­jem.

- Nie mogłem mu pomóc - wyznał cicho. - Nie wie­dzia­łem, co robić. - Mil­czał przez chwilę, a potem dodał cicho: - Nie wiem.

Susan ści­snęła go za rękę. Może Toby prze­cho­dził wła­śnie okres zmy­śla­nia. Może to przez te wszyst­kie głu­poty, które ogląda w tele­wi­zji i w komik­sach. Wie­działa, że nie­które matki cen­zu­rują to, co ich dzieci oglą­dają i czy­tają, ale Neil zawsze się upie­rał, że kiedy sam był dziec­kiem, Super­man i Kapi­tan Marvel mu nie zaszko­dzili, pozwa­lali więc Toby'emu oglą­dać wszel­kie bzdury, na jakie miał ochotę. Jak się zresztą oka­zało, syn prze­waż­nie wybie­rał dobre pro­gramy i książki, ale może Dok­tor Strange i Hulk namie­szali mu w ośmio­let­niej gło­wie...

- On nie żył - dodał Toby.

- Co? - mruk­nęła Susan zajęta wła­snymi myślami.

- Ten pan, któ­rego widzia­łem. Nie żył.

- Ależ, Toby, powie­dzia­łeś, że stał przy pło­cie. Jak mógłby stać, gdyby nie żył?

Chło­piec spu­ścił oczy.

- Nie wiem. Ale on nie żył - wyszep­tał.

Susan się­gnęła po talerz z zupą i podała mu.

- Posłu­chaj - ode­zwała się spo­koj­nym i zde­cy­do­wa­nym gło­sem. - Po pro­stu zapo­mnij o tym, co dzi­siaj widzia­łeś. Nie ma się czym mar­twić. Zjedz zupę i kra­kersy, a za chwilę tatuś przyj­dzie ci poczy­tać. Potem się wyśpisz i rano nic a nic nie będziesz z tego pamię­tał.

Zosta­wiła drzwi uchy­lone i zeszła na par­ter. Neil wró­cił pół godziny temu i sie­dział w kuchni, popi­ja­jąc piwo. Kiedy żona weszła, pod­niósł głowę znad gazety.

- Jak on się czuje? - zapy­tał.

Susan pode­szła do kuchenki i zamie­szała zupę warzywną w wiel­kim, czar­nym garnku. Kuch­nię wypeł­niła woń świeżo ugo­to­wa­nej mar­chewki i porów.

- Tro­chę lepiej, ale mówi, że ten męż­czy­zna go prze­stra­szył.

Neil odło­żył gazetę.

- Męż­czy­zna? - zapy­tał. - Jaki męż­czy­zna?

- On sam nie wie. To nie było żadne napa­sto­wa­nie ani nic w tym rodzaju. Męż­czy­zna stał tylko przy pło­cie, a Toby prze­stra­szył się go z jakie­goś powodu. Czło­wiek potrze­bo­wał pomocy, a on nie wie­dział, jak mu pomóc.

- Pomocy? Jakiej pomocy?

Susan pokrę­ciła głową.

- Nie mam poję­cia. To mnie mar­twi. Mam nadzieję, że się nie roz­cho­ro­wał. Jakoś tak mówi, jakby miał gorączkę.

- Dok­tor Crow­der zmie­rzył mu tem­pe­ra­turę?

- Oczy­wi­ście. Jest w nor­mie. Powie­dział, że nic mu nie jest.

Neil podra­pał się po bro­dzie. Z jakie­goś powodu wra­cał myślą do chwili na żaglówce, kiedy usły­szał wyszep­tane imię Allen. Wstał i pod­szedł do okna. Na dwo­rze było ciemno i w szy­bie zoba­czył wła­sne upiorne odbi­cie.

- Toby się upie­rał, że on nie żył - cią­gnęła Susan.

- Kto?

- Ten czło­wiek pod szkołą. Toby powie­dział, że on nie żył.

Neil odwró­cił się do żony.

- Wyja­śnił, co przez to rozu­mie?

Susan wzru­szyła ramio­nami.

- Chyba że to był duch - odpo­wie­działa.

Zre­zy­gno­wany Neil wes­tchnął prze­cią­gle.

- Duch - powtó­rzył. - Więc to moja wina. Wszystko przez tę roz­mowę o duchach przy śnia­da­niu.

- Hm, bar­dzo moż­liwe - odparła Susan. - Może powi­nie­neś zadzwo­nić do pani Novato i zapy­tać, czy pod szkołą nie kręcą się jacyś włó­czę­dzy, jak sądzisz?

Neil ski­nął głową.

- Naj­pierw poroz­ma­wiam z Tobym - zde­cy­do­wał.

Wspiął się wąskimi scho­dami na pię­tro, gdzie kory­tarz wyło­żony był boaze­rią. Wszedł do pokoju syna. Toby pra­wie skoń­czył zupę i kra­kersy. Teraz jego policzki nabrały koloru. Neil przy­cią­gnął krze­sło z gię­tego drewna i usiadł na nim okra­kiem, czule spo­glą­da­jąc na chłopca.

- Cześć - przy­wi­tał się łagod­nie.

- Cześć.

- Jak ci sma­ko­wało? - zapy­tał.

Toby odsta­wił pusty talerz na sto­lik.

- Dobre. Teraz czuję się lepiej. Mogę wstać i pooglą­dać lata­ją­cego robota?

- A może pole­żysz w łóżku i odpocz­niesz?

- Tato, nie jestem chory. Naprawdę. Tylko tro­chę zemdla­łem.

Neil się uśmiech­nął.

- Tro­chę zemdleć to już za dużo.

Toby poka­zał tacie skła­da­nego cadil­laca.

- Świetny, nie? Wcale nie trzeba kleju.

Neil przyj­rzał się z podzi­wem.

- Kiedy byłem mały, sam musia­łem wyci­nać ele­menty z drewna balsa - powie­dział. - Trzeba było je wypo­le­ro­wać na gładko papie­rem ścier­nym i poskle­jać, wszystko od zera.

- To chyba było trudne - współ­czu­jąco zauwa­żył Toby.

Neil znowu się uśmiech­nął i zmie­nił temat.

- Toby, ten pan, któ­rego widzia­łeś... Możesz powie­dzieć, jak wyglą­dał?

Chło­piec spu­ścił wzrok.

- To dość ważne - nale­gał Neil. - Cho­dzi o to, że jeżeli naprawdę jakiś męż­czy­zna krę­cił się wokół szkoły, to należy zawia­do­mić poli­cję.

Toby mil­czał. Neil wziął go za rękę.

- Toby - powie­dział. - Opo­wiedz mi, jak wyglą­dał ten pan. To nie zabawa. To jest bar­dzo ważne.

Toby prze­łknął ślinę.

- Był wysoki i miał kow­boj­ski kape­lusz, a do tego taki długi, biały płaszcz, jaki nosili kow­boje.

- Masz na myśli pro­cho­wiec.

Chło­piec ski­nął głową.

- Chyba miał brodę. Jasną. To wszystko.

- Mam mówiła, że według cie­bie on nie żył.

- Bo nie żył.

- Dla­czego tak sądzisz?

- Po pro­stu nie żył. Wiem, że nie żył.

- Czy to był duch?

Toby znowu spu­ścił oczy. Zaczął się bawić pal­cami, a jego policzki bar­dziej się zaru­mie­niły. Nic nie mówił, ale też nie wie­dział, co powie­dzieć. Pan pod szkołą nie był duchem takim, jak ludzie sobie wyobra­żają. Nie przy­szedł tam stra­szyć. Zja­wił się, żeby pro­sić o pomoc w jakiejś strasz­li­wej spra­wie, któ­rej Toby nawet nie pró­bo­wał pojąć. Paląca potrzeba, która ema­no­wała od niego, była tak silna, że Toby, zanim zemdlał, poczuł, iż ten czło­wiek jest praw­dziwy, a on sam należy do świata duchów, jest zale­d­wie cie­niem dziecka.

- Chyba pora spać, nie sądzisz? - ode­zwał się Neil. - Gdy obu­dzisz się rano, zapo­mnisz o tym wszyst­kim.

- On już nie wróci, prawda? Bo nie wiem, co mam zro­bić, jak się zjawi. Nie wiem, jak mu pomóc.

- Już nie przyj­dzie. Przy­naj­mniej ja tak uwa­żam.

Toby zwi­nął się w łóżku, a Neil otu­lił go koł­drą. Wziął pusty talerz i postał chwilę, spo­glą­da­jąc na czu­prynę syna wypło­wiałą od słońca, powieki zaci­śnięte w moc­nym posta­no­wie­niu zaśnię­cia, na policzki jesz­cze pulchne i mięk­kie. Przy­klęk­nął przy łóżku i dotknął czoła chłopca.

- Jeśli znowu zoba­czysz tego czło­wieka, zawo­łaj mnie, sły­szysz? Zawo­łaj mnie gło­śno, a ja przy­bie­gnę.

Toby otwo­rzył jedno oko.

- Dobrze, tato - zamru­czał i zaczął zapa­dać w długi, ciemny sen.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki